Tanger - Kazimierz Banek

Kup ebooka

34.33 zł
28.49 zł (29,18 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Lovers in the wind

Wyłoniła się cicho i niespodziewanie, z głębokiego mroku, niczym jakaś tajemnicza zjawa. Była w długiej, białej, luźnej sukni, pod szyją zasznurowanej tasiemką, podobnie jak to jest w bluzeczkach ludowych strojów ukraińskich. Twarz miała śliczną, łagodną, w stylu tajskim albo kambodżańskim, z dużymi, zamglonymi oczami, trochę smutnymi i rozumiejącymi wszystko. Kiedy podeszła bliżej, objąłem ją i całowałem jak szalony, a ona stała w milczeniu, z rękami opuszczonymi i nic nie reagowała. Więc rozwiązałem tę tasiemkę pod szyją, na Ukrainie nazywaną zaścieszką, rozchyliłem suknię na jej barkach i ramionach a ta suknia miękko, bezszelestnie zsunęła się na podłogę. Piersi miała urocze, lekko rozchylone na boki, jak to często bywa u Murzynek, sutki drobne a otoczkę delikatnie różowawą. Pachniały jakimiś przyjemnymi wschodnimi specyfikami, może szafranem albo wanilią. Całowałem je z wielkim zapałem, a jedną wziąłem do ust, delikatnie uchwyciłem zębami, zwilżyłem śliną i zacząłem pieścić językiem i subtelnie zasysać. Westchnęła wówczas cichutko, zagłębiła palce w moich włosach i pieszczotliwie je ugniatała. Wtedy poczułem jak ta pierś rośnie w moich ustach i twardnieje. Oderwałem się więc na chwilę, żeby zaczerpnąć powietrza, niczym nurek, i zaraz w ten sam sposób rzuciłem się w otchłań i przywarłem do drugiej piersi. A potem pochyliłem się i zacząłem obcałowywać resztę jej ciała, powoli posuwając się w dół. I kiedy, po przyklęknięciu, dotarłem do brzucha, gładkiego i rozkosznie zagłębiającego się i znikającego w owym tajemnym mroku pomiędzy udami oraz pokrytego tam miękkimi, zmierzwionymi włoskami, pachnącymi imbirem albo czymś podobnym... nagle rozległ się przeraźliwy, rozdzierający wrzask i brutalnie wdarł się w tę przepiękną, urokliwą chwilę. Dolatywał on z za ściany, z tej środkowej kawalerki, wrzask dobrze mi znany, bo pojawiający się od czasu do czasu, zawsze w momencie najmniej odpowiednim, a przechodzący w zamierające stopniowo wycie.

I wtedy, niestety, obudziłem się. Z rozpaczą w sercu jeszcze przez chwilę leżałem bez ruchu, porażony urokiem snu i bezradnie obserwując, jak on blednie, rozpływa się i znika w oddali, wracając do swojej krainy. Szybko schowałem się więc pod kołdrę, w nadziei, że uda mi się go zatrzymać, choć na chwilę, żeby dokończył swoją opowieść. Ale było już za późno, odpłynął na zawsze... Poleżałem więc jeszcze kilkanaście minut, rozpamiętując to, co mi się przyśniło i jakie to było piękne, usilnie starając się utrwalić w pamięci to niezwykłe, ulotne, rozkoszne wspomnienie oraz zatrzymać pod powiekami niepowtarzalny czar fascynującej dziewczyny-zjawy...

A potem znów przysnąłem na krótko. Tym razem zobaczyłem coś zupełnie innego. Oto znalazłem się nad zalewem w Radłowie, był piękny słoneczny dzień, w wodzie i na brzegu żadnych amatorów kąpieli lub opalania, a w pobliskich krzakach pan Zagłoba przebierał się za dziada-lirnika, jak to było w czasie ucieczki z Rozłogów, zaś Helena Kurcewiczówna samotnie zażywała kąpieli w wodach zalewu. Potem wyszła na brzeg i stanęła na skarpie, owiewana wiatrem od wschodu, całkiem naga, poprawiając sobie włosy i jakby zapominając o tym, że w biały dzień bezwstydnie i bez żadnego skrępowania prezentuje pełnię swojego białego, jak na prawdziwą szlachciankę przystało, dorodnego ciała. Próbowała się wytrzeć ręcznikiem, który jej nieopatrznie podałem, a do niej dołączyły zaraz Natalia i Monika, które także wyszły właśnie z wody. August Renoir, widząc okazję do stworzenia dzieła wiekopomnego, szybko rozstawił przed nimi sztalugi, pociągnął z flaszki głębszy łyk wina i z fajką w zębach oraz w kapeluszu z wielkim rondem, trzymając w jednej ręce paletę, a w drugiej pędzel, wprawnymi pociągnięciami malował je jako "trzy Gracje" albo "sąd Parysa". Bo jeszcze nie miał pewności, co z tego będzie. Obok, na trawie, stała Ela, obiema rękami podtrzymując po bokach dół swojej długiej spódnicy i obszernymi ruchami wachlowała nią w górę i w dół, chłodząc w ten sposób swoje spocone uda. Kiedy nadjechali Skrzetuski z Wołodyjowskim, temu pierwszemu modestia nakazała odwrócić głowę, żeby nie oglądać scen nieobyczajnych w postaci trzech gołych kobiet, stojących przed Francuzem, który je malował, a ten drugi zsiadł z konia i machnął szablą, obcinając wąsy malarzowi. Helena, która przez swoje roztrzepanie do tej pory nie zdążyła przyodziać szat i obnosiła się ze swoimi cielesnymi urokami niczym jakaś głupia kurew z St. Pauli w Hamburgu, natychmiast padła do nóg Skrzetuskiego, zalała się łzami i chciała mu stopy całować, niczym Oleńka Kmicicowi, kajając się i przepraszając, że przed obcą nacją wystawiała na światło dzienne goliznę swojego niewinnego ciała. Ale Azja Tuhajbejowicz, okrutny jak kontynent, którego imię nosił, rozzsierdyłsja nie na żarty i polecił sprośnym ordyńcom rozciągnąć ją na dywanie oraz przykładnie wybatożyć korbaczem, a na koniec, zapłakaną i rozdygotaną, z pośladkami pociętymi do krwi, oddał im na całonocną rozpustę oraz wieczne pohańbienie. A w tym czasie Wołodyjowski zdołał już zapałać szalonym afektem do Natalii, owijającej się właśnie ręcznikiem, i groźnie ruszając wąsem wyzwał Renoira na pojedynek... na szable do krwi ostatniej. Na sekundantów wyznaczono Maneta, malującego w pobliskim lesie Śniadanie na trawie, oraz Joyce'a, który z powodu słabego wzroku oraz wielkiej ilości alkoholu, pitego non stop przez dwa tygodnie z Hemingway'em i Scottem Fitzgeraldem najpierw na rancho pod Cooke City w Montanie a potem w Key West na Florydzie, zamiast do Paryża trafił na kozackie Dzikie Pola.

Kiedy się obudziłem tym razem, uznałem, że wszelkie dalsze próby w dziedzinie snu nie mają sensu, więc po prostu wstałem z łóżka, nieodwołalnie porzucając świat nocy oraz wszystkie jego tajemnice i wkroczyłem do twardej rzeczywistości. Oczywiście, najpierw, jak zwykle, poszedłem do kuchni. Spojrzałem przez okno i po ciemnych, nisko płynących chmurach poznałem, że nie będzie to dzień ani udany, ani przyjazny. Nie bawiąc się więc w żadne rutynowe, zupełnie w tej sytuacji bezsensowne, działania typu śniadanie, kawa i tak dalej, od razu wziąłem z lodówki butelkę piwa, otworzyłem i potraktowałem ją bezkompromisowo, czyli w krótkim czasie wypiłem całą.

Chmury tymczasem przerzedziły się, podniosły i na chwilę zaświeciło Słońce. Odczytałem to jako znak zesłany z niebios, a mianowicie, że rzecz rozpoczętą w sposób tak udany, czyli konsumpcję piwa, należy kontynuować. Zrobiłem to na balkonie, delektując się widokiem świeżej zieleni drzew i krzewów oraz słuchaniem śpiewu ptaków. Do pięknie kwitnących surfinii podleciał jakiś duży trzmiel, rutynowo zaglądnął do kilku kwiatów i odleciał. Potem pojawił się żółtawo-czarny owad, trochę podobny do małej osy, zatrzymywał się w powietrzu przed każdym kwiatem i do niektórych z nich wchodził prawie cały. Kiedy ta osa stała nieruchomo w powietrzu, badając zawartość kielicha i najwidoczniej rozważając, czy warto się nim zainteresować, jej skrzydełka poruszały się tak szybko, że tworzyły wokół niej coś w rodzaju delikatnej mgiełki.

W tym momencie w sąsiednim mieszkaniu ktoś otworzył okno i natychmiast doleciały stamtąd dźwięki znanej mi melodii, a mianowicie Lovers in the wind Rogera Hodgsona. Przestałem więc obserwować surfinie i latające wokół nich owady, a zagłębiłem się w słuchanie muzyki. Robiłem to z wielką przyjemnością, bo to była nie tylko jedna z moich ulubionych piosenek, ale przede wszystkim wiązała się z nią piękna historia sprzed wielu lat. Bo właśnie dzięki tej melodii, poznałem kiedyś w Czarnym Potoku Klaudię i potem spędziliśmy ze sobą trzy wspaniałe, niezapomniane lata. I to przez nią, przez Klaudię Iwanowną, albo Klaudię Rochester, gdyż tak ją w myślach nazywałem, tak trudno było mi znaleźć później odpowiednią kobietę. Żadna nie mogła się z nią równać.

I pomyślcie tylko, jak to się wszystko snuje i przeplata... bo przecież wtedy, w Czarnym Potoku, też było rano, też na balkonie i ta sama melodia się pojawiła... a ile rzeczy wydarzyło się od tej pory, jaki kawał życia przewalił się, brutalnie, niczym walec drogowy... A zatem znów mamy typowy motyw: ta sama sytuacja lub to samo miejsce, ale zupełnie inny czas i inne okoliczności. Czyli tak jak wtedy, w Piwnicznej w hotelu Koliba, przed ośmiu laty, kiedy po kolacji poszedłem do swojego pokoju, cały rozdygotany oraz pełen niecierpliwości i oczekiwania: czy Ona (którą poznałem dwa dni wcześniej na Kicarzu i która od razu, jak się to mówi, zawładnęła moim sercem) przyjdzie, tak jak obiecała, czy zapuka do mojego pokoju numer 28... A potem, po pięciu latach, znów byłem w tym samym miejscu, czyli w Kolibie i też w pokoju 28, ale już na nikogo nie czekałem, bo byłem z żoną, oczywiście własną, i spaliśmy w wielkim łożu małżeńskim. Niby więc była to ta sama Koliba i ten sam pokój, ale jakże inna otoczka. Nie było już żadnej niewiadomej, żadnej niepewności, oczekiwania i napięcia, bo wszystko było z góry oczywiste. Po prostu, w sposób wypróbowany już od dwóch lat, wykonaliśmy w owym łożu z góry przewidziane, rutynowe czynności.

W tej chwili przemknęła mi przez głowę jakaś niespodziewana, piękna, głęboka, choć także trochę smutna, myśl na temat życia, miłości i niespodzianek, które na nas czekają w ukryciu. Więc zatrzymałem się nad nią, żeby dopracować i oszlifować jej kształt, aby uzyskała formę możliwie najdoskonalszą i najprostszą. Ale niestety, zupełnie nieopatrznie, odruchowo spojrzałem na chmury, które po stronie zachodniej znów zaczęły się kłębić nad domami i drzewami, w sposób wysoce niepokojący, bo zwiastujący rychłą ulewę, i owa myśl natychmiast wyleciała mi z głowy. Nie zdążyła się utrwalić w pamięci i nie potrafiłem jej odtworzyć. A była taka piękna i mądra...

Skoncentrowałem się więc na słuchaniu ptaków. Bardzo aktywny był pierwiosnek, który od jakichś dwóch tygodni pojawił się na naszym osiedlu i dawał znać o sobie, zwłaszcza w godzinach porannych. Po prostu, był niezmordowany. Ale rozpoznałem też kosa i chyba trznadla. W tym ostatnim przypadku miałem pewne wątpliwości, bo wciąż jeszcze trudno mi rozróżnić śpiew trznadla i piecuszka. Uderzyło mnie zwłaszcza to, że do tej pory zbyt mało doceniałem coś takiego, jak ptaki... a przecież, ileż radości i naturalnego uroku wnoszą one do naszego świata. Bez nich byłoby znacznie smutniej. Tyle pięknych melodii, tyle kolorów i ruchu, jakże zwinnego i wesołego, oferują nam, kiedy sobie beztrosko szybują po niebie, albo śpiewają w koronach drzew.

Pomimo tego, że mieszkałem blisko centrum miasta, nagle dostrzegłem jak silne są moje powiązania z przyrodą... Żyłem tu przecież w otoczeniu klombów z kwiatami, dużych drzew iglastych, rozłożystych krzewów, w których wesoło świergotały wróble, wśród bujnej zieleni oraz barwnego i niezwykle zróżnicowanego chóru śpiewającego ptactwa, zwłaszcza jaskółek, popisujących się pod wieczór swoimi szalonymi ewolucjami i wypełniających przestwór radosnym jazgotem, a do moich surfinii przylatują pszczoły, trzmiele i inne owady.

Z jakimś przymglonym, łagodnym i refleksyjnym rozrzewnieniem spoglądałem też na białe, dobrze mi znane, postrzępione obłoki, szybko przemykające po bladym niebie. Jedne były wiotkie i delikatne, bardzo przyjazne, a inne ciemne, napęczniałe i groźne, przesuwające się ciężko, niezdarnie i ledwie mogące utrzymać w sobie ogrom zasobów wody. Sprawiały wrażenie, że za chwilę chlusną albo rzygną całą swoją zawartość na ten leżący pod nimi, dziwny, płaski, obcy świat. No i jak to się dzieje, że one tak sobie płyną i płyną... i nic... a nagle, z jakiegoś tam powodu, otworzą się w nich tajne zawory i ta woda zamieni się w deszcz, który w postaci gęstych, pionowych albo ukośnych kropel spadnie na dół.

Widok tych chmur przypomniał mi dawne lata... lata szkolne i studenckie, kiedy lubiłem wylegiwać się w sadzie na bujnej, rzadko koszonej, chłodnej trawie, po której niezdarnie gramoliły się chrząszcze, koniki polne i zapobiegliwe mrówki. Całymi godzinami wpatrywałem się wówczas w fantazyjne konstrukcje chmur, wciąż na nowo kłębiących się i kotłujących, przybierających najdziwniejsze kształty, rozmyślając przy tym, jak to dziwnie się w świecie dzieje, że takie ulotne, mało konkretne i martwe byty potrafią być tak twórcze, ruchliwe i nieobliczalne. I po raz kolejny pogrążyłem się w smutnej świadomości, że tego sadu już nie ma... a nie ma w sposób nieodwracalny, bo wycięto go ponad dwadzieścia lat temu, żeby na jego miejscu wznieść dwa bloki mieszkalne, które zasiedliło kilka rodzin cygańskich. A przecież wraz z tym sadem wycięto też kawał mojego życia... tamtego, radosnego i beztroskiego.

Jak zwykle w takich sytuacjach, drugie piwo smakuje lepiej od pierwszego. Uznałem więc, że na tym należy poprzestać. Bo w innym przypadku mogłoby to oznaczać, że jestem uzależniony. A przecież wcale nie jestem uzależniony, absolutnie. Dlatego zostawiłem piwo w spokoju, a nalałem sobie zgrabną szklaneczkę Soberano. Soberano pije się bardzo smacznie, prawie tak jak Ararat albo Metaxę, ale jest ono zdecydowanie bardziej hiszpańskie, o czym najlepiej świadczy ów czarny byk na żółtej etykietce. Czarny, groźny byk kastylijski lub aragoński, na przykład z Saragossy, albo z dalekiej Pampeluny. W trakcie tej miłej degustacji, wypełnionej też odległymi wspomnieniami z Katalonii, zwłaszcza z Barcelony, Gerony, Lloret de Mar i Montserrat, ale też z mrocznego Toledo, porytego głębokimi jarami oraz uwiecznionego na wspaniałym obrazie El Greca, napłynęły nowe, szaro-granatowe chmury, pociemniało i przeleciał szybki, drobny, chłodny deszczyk. Zdecydowanie mało hiszpański...

Na pobliskich drzewach zasiadły teraz jakieś nowe ptaki i znów zaczęły śpiewać, radośnie i z wielkim ożywieniem. Tym razem rozpoznałem tylko bogatkę i kosa... a wśród gęstych gałęzi świerków przy ulicy ostro skrzeczały i zajadle kłóciły się sroki. Jakoś ostatnio więcej srok się tu pojawiło. A wróbli i szpaków widać coraz mniej. Wtedy podjąłem męską decyzję, a mianowicie dotyczącą możliwości wypicia trzeciego piwa. Sprawę tę miałem dobrze przemyślaną: jest przecież rzeczą oczywistą i prostą, jak budowa cepa, że nie zachodzi tu przypadek uzależnienia, bo gdybym był uzależniony, to nic bym nie rozważał tylko od razu poszedł po flaszkę i sobie ją po prostu obciągał. A ja tu prowadzę inteligentny dyskurs z samym sobą, ja tu coś rozważam... jakieś za i przeciw. Mogę więc, w sposób nadzwyczaj roztropny i przenikliwy, podjąć decyzję taką albo inną. I właśnie tak się stało: z pełną świadomością oraz odpowiedzialnością podjąłem akurat taką. Czyli nie chodzi o prymitywną kwestię jakiegoś uzależnienia, ale o umiejętność prowadzenia intelektualnego dyskursu z samym sobą oraz podejmowania decyzji. Otóż to...

Jest sprawą oczywistą, i wcale nie zamierzam tego rozwijać szerzej, że trzecie piwo było tak samo smaczne, a może nawet bardziej... Tak czasem bywa. Pijąc je rozkoszowałem się myślą, że całkowicie kontroluję sytuację, bo przecież w każdej chwili mogę butelkę odstawić... na przykład, mogę pójść do kuchni i wylać resztkę piwa do zlewu... nawet pół butelki. Jak wtedy na tarasie hotelu w Taorminie albo w biurze recepcji w Polichrono. Ale z drugiej strony, jest też wiadome, że wcale nie muszę tego robić, ponieważ całkowicie nad wszystkim panuję. W ogóle nie dopuszczam takiej możliwości, żeby ktokolwiek lub cokolwiek mogło wpływać na moje decyzje.

W tak zwanym międzyczasie z niezbyt dużą uwagą wysłuchałem wiadomości z radia i stało się oczywiste, że ludzkość rzeczywiście coraz bardziej grzęźnie w swoim bagnie. Po prostu, nieuchronnie i ostatecznie schodzi na psy. Wszędzie tylko walka o władzę, coraz bardziej nachalna i brutalna, a także pełno afer, oszustw, kłamstw, przeróżnych przekrętów, nadużyć i korupcji na wielką skalę - i to bez najmniejszego wstydu czy zażenowania. Jacyś prymitywni, nieudolni i niedouczeni ludzie, za to nadzwyczaj chciwi i bezwzględni, wszelkimi sposobami pchają się do władzy, obiecują wszystko co się da, nawet jeśli jest to niemożliwe do zrealizowania, dorywają się wreszcie do tych wysokich stanowisk i potem bronią ich za każdą cenę, nawet po trupach. A społeczeństwo, które do tych godności ich wyniosło i sowicie wynagradza, mają za nic. Codziennie i na całym świecie dzieją się rzeczy okrutne i przerażające, wołające o pomstę do nieba, a tymczasem media z ogromnym zaangażowaniem informują nas o tym, że królowa belgijska wystąpiła w nowym kapeluszu i zaraz po śniadaniu kichnęła, albo zachwycają się faktem, że księżniczka Jakaśtam uśmiechnęła się do księcia Jakiegośtam, a nawet że spędzili ze sobą wieczór w mało znanej restauracji pod Paryżem. Nie ulega wątpliwości: uczciwość, przyzwoitość i umiar ośmieszono już całkiem i zepchnięto do podziemia, a wszędzie zwycięża chamstwo, nieudolność, buta, nieuctwo, demagogia i pazerność. Pewne jest więc, że koniec świata musi być blisko. Dlatego nie ma sensu zaprzątać sobie głowy czymkolwiek.

A jeśli chodzi o konkrety, czyli aktualną sytuację, oczywiście wyłącznie moją, to istotne jest, że całkowicie panuję nad wszystkim i dzięki temu mogę podjąć decyzję dowolną. Mogę zrobić tak, albo inaczej. Rozważyłem więc, a zrobiłem to nadzwyczaj dogłębnie i wnikliwie, czy nie będzie rzeczą słuszną, jeśli przystąpię do kontynuowania dzieła rozpoczętego wcześniej. Chodzi mianowicie o dalszą konsumpcję piwa. Było to tym bardziej oczywiste, że w każdej chwili, jeśli tylko tak postanowię, mogę tę konsumpcję przerwać. Ot, tak sobie... postanawiam i przerywam. Z wieloletnich doświadczeń wynika, że działania takie najlepiej sprawdzają się w zimie, bo wtedy są skoki narciarskie i można naszym kibicować. Skaczą gdzieś tam w Kuusamo na Rukatunturi albo w Innsbrucku, czy też w Vikersund i Planicy. Najlepiej w Planicy, na Letalnicy, bo tam skaczą daleko. Zawsze któryś z naszych wygra albo stanie na podium i wtedy normalną sprawą jest, że trzeba walnąć dużego kielicha. A potem drugiego. Ale nawet jeśli nie wejdą do trójki, to zawsze można kibicować Madziarom, naszym odwiecznym i wypróbowanym braciom. Wprawdzie ci Madziarowie skaczą nad podziw rzadko i do tego jeszcze nieporadnie, czyli niezbyt daleko, ale przecież jest to naród w wysokim stopniu z nami zaprzyjaźniony... Lengyel Magyar két jó barát.

W tym momencie przypomniałem sobie, jak to kiedyś w Łomnicy, w willi Rusałka, na wyjeździe integracyjnym instytutu, paliliśmy ognisko nad potokiem Łomniczanka, dyskutowaliśmy do późnych godzin nocnych i po wypiciu kilku flaszek, Wiesiek Bator, znany i nieprzejednany nacjonalista madziarski, mocno wychylony nad ogniem i chwiejący się niebezpiecznie, przekonywał wszystkich, że największą potęgą w Europie przez wiele wieków były Węgry i to właśnie z powodu Węgier doszło do wybuchu I wojny światowej, a Polska odzyskała niepodległość.

No więc wszystko szło lekko, sprawnie i beztrosko, i kiedy we wczesnych godzinach popołudniowych przeliczyłem puste butelki, okazało się, że było ich siedem. W takiej sytuacji nie pozostało mi nic innego, tylko dokończyć Soberano... tak sobie, na luzie, spokojnie i z dystansem. Żeby poczuć coś przyjemnego na języku. Na przykład, Hiszpanię... na języku... Hiszpanię Torquemady, Cervantesa, Goyi, Picassa i Manuela de Falli. I wtedy przemknęła mi przez głowę taka myśl, trochę smutna a nawet niepokojąca: więc to tak? to już wszystko? to na tym polega? i o to chodzi?... żeby wypić jeszcze jedno piwo albo wino... jakieś Campari, Martini, Jägermeistra albo Schwartzhoga... i żeby jeszcze raz obudzić się rano, kiedy wstało Słońce i jeszcze raz zjeść śniadanie a potem obiad, wyjść na ulicę i spotkać znajomych, a wieczorem jeszcze raz oglądnąć telewizję lub przelecieć jakąś panienkę... przelecieć ją z nudów albo dlatego, żeby nie wyjść z wprawy. A potem, jeszcze raz... i jeszcze raz... Aż do znudzenia i bez większego sensu. Tylko po to, żeby przeżyć jeszcze jeden dzień... jeszcze jeden dzień o niczym...

Podszedłem do okna i bystro spojrzałem w dół. Zobaczyłem, jak między blokami przeleciała sroka... tak nisko przeleciała, tuż nad ziemią, w zupełnej ciszy, z tej nadłamanej brzozy po lewej stronie do dużego świerka przy ulicy, rzadko i nieregularnie poruszając skrzydłami... i wtedy coś mną nagle wstrząsnęło, ale tak mocno, jakbym dostał obuchem w głowę... właśnie uświadomiłem sobie, w całej pełni, że wczoraj rano odeszła ode mnie żona.

Eros i Psyche

- No więc, słuchajcie, chłopy - włączył się w tym momencie Karol von August, czyli w rzeczywistości Karol August von Marcke de Lummen - Bo kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. Wszystkie szczyty Tatr, widoczne z tego miejsca, Marek już nam pokazał, wódka się kończy, Słońce zachodzi, więc może teraz ja wam coś opowiem. Oczywiście i jak zwykle, coś z historii mojego starego rodu. Na przykład o tym, jak to się stało, że pewna grafika Gustavo van Meyena, zatytułowana Eros i Psyche, trafiła do naszej rodziny. Bo w Tarnowie historia ta jest już znana, ale tutaj, w "Chacie pod Wałem", jeszcze o tym nie mówiłem. Co? Zgoda?

Marek, ksywa Kamień, wytrawny narciarz, taternik i goprowiec, spojrzał w kierunku zamglonych w oddali gór, potem na mnie, na Monikę, Irka i Kingę, wziął flaszkę i rozlał resztę do kieliszków.

- No cóż, jeśli chodzi o mnie, to zgoda - powiedział - Ja już się nagadałem. Chociaż wszystkich szczytów wam nie pokazałem, bo widoczność dzisiaj nie jest zbyt dobra. A przecież stąd do Tatr jest około sto kilometrów w linii prostej, oczywiście do tych bliższych, czyli Bielskich. No więc, teraz twoja kolej, chcesz, to mów...

Karol von August, gdyż tak go w skrócie nazywaliśmy, rozsiadł się wygodniej na ławie, przesunął bliżej kieliszek i rozpoczął opowieść o grafice, która od dziesiątków lat znajduje się w domu jego ciotki. Bo ta ciotka pochodzi z rodu van Meyen i z owym malarzem jest w jakiś sposób spokrewniona. Gustavo van Meyen żył na przełomie XIX i XX wieku, był kupcem, dość zamożnym, mieszkał trochę w Pradze, trochę w Wiedniu, a z malarstwem miał niewiele wspólnego, chyba tyle, że był bliskim znajomym baronessy Ilony Nieder-Fladnitz von Campenhausen, kochanki Gustava Klimta (kiedy ten był trzeźwy), Alfonsa Muchy (kiedy był w Pradze) i Egona Schiele (kiedy ona była w Wiedniu). Wprawdzie trochę tam sobie rysował i malował, ale głównie w niedziele i wyłącznie dla własnej przyjemności. Więc z tej strony, jako malarza, nikt go nie znał. A zatem ta grafika to nic wielkiego, zwykły rysunek i właściwie to nie ma o czym mówić. W sposób tradycyjny, czyli realistyczny, ukazany jest muskularny Eros, prowokacyjnie demonstrujący swoją męskość i lubieżnym wzrokiem wpatrujący się w mocno wyzywającą, czyli gołą, Psyche, leżącą na łące pod lasem. Gdyby ktoś szukał jakichś cech wyróżniających, to można by wspomnieć, że w prawym górnym rogu widać dosyć sporą plamę, jasnobrązową i wypłowiałą.

Aliści na początku lat dwudziestych XX wieku jakiś początkujący dziennikarz węgierski, usiłujący napisać coś nowego na temat twórczości Klimta, opublikował w czasopiśmie belgijskim mało interesujący artykuł, w którym stwierdził, że Gustavo van Meyen, do tej pory zupełnie nieznany jako malarz, jest jednak postacią godną uwagi i należy się nim zainteresować, ponieważ pochodzi ze szkoły Klimta. Wszyscy fachowcy wiedzieli, że żadnej "szkoły Klimta" nie było, więc cała sprawa jest zupełnie cienka, a opiera się na jednej tylko i to słabej poszlace, mianowicie bliskiej, choć przypadkowej, znajomości van Meyena z kochanką Klimta, czyli baronessą Iloną Nieder-Fladnitz von Campenhausen. Jednakże od tej pory owa grafika Eros i Psyche została dostrzeżona i nagle zyskała na wartości, bo zaczęto o niej mówić, że pochodzi ze "szkoły Klimta". Nawet kolekcjonerzy i historycy sztuki twierdzili teraz, że obrazek jest interesujący oraz zwracali uwagę na emanującą z niego specyficzną, erotyczną i trochę mroczną atmosferę. To bardzo symboliczne i alegoryczne - głosili owi fachowcy z wielkim przekonaniem, nie tłumacząc jednak na czym polega ten symbolizm i alegoria.

A po kilku latach, jakiś inny, zupełnie mało znany dziennikarz, tym razem duński, opublikował w Finlandii wyniki swoich analiz i ujawnił, że sprawa rzeczywiście jest godna uwagi, a kluczową rolę odgrywa tu znajomość Gustavo van Meyena z młodym, dekadenckim poetą z Salzburga, Georgem Traklem. Odnaleziono bowiem stare listy, z których wynikało, że w 1910 roku, przebywający w interesach w Innsbrucku, Gustavo van Meyen przypadkowo poznał tego poetę. Pewnego wieczoru poszedł na kolację do sławnej knajpy "Brunner und Schwartz" na rogu Rossaugasse i Langerweg, a tam właśnie Trakl w gronie przyjaciół oblewał uzyskanie dyplomu farmaceuty oraz rozpoczęcie pracy w miejscowym szpitalu. W ten sposób jakoś się poznali, tęgo popili i przypadli sobie do gustu. W oparach alkoholu i kokainy, mocno już po północy, kiedy zaproszeni goście rozeszli się do domów albo leżeli pod stołem, Trakl w sposób mocno chaotyczny, a momentami dość bełkotliwy, ujawnił van Meyenowi swoje poglądy na temat sensu istnienia, przemijania i śmierci, ale też opowiedział o swoich wierszach, bardzo pesymistycznych i katastroficznych, a nawet o starannie ukrywanej miłości do własnej siostry, Grety.

Pod wpływem tych opowieści, poruszony ich romantyzmem i dramaturgią, van Meyen wpadł na pomysł stworzenia grafiki pod tytułem Eros i Psyche