Rozdział 1 - Bez odwracania wzroku
28 grudnia 1984 roku.
Byłem sam w domu. Rodzice byli w pracy. Przynajmniej tak wtedy myślałem.
Dzień wcześniej w telewizji leciał program z największymi przebojami mijającego roku. Siedziałem z kasetą przy magnetofonie i nagrywałem, co się dało. Udało mi się złapać Tin Pan Alley Haliny Frąckowiak i To jest tylko rock and roll zespołu Lady Pank.
Kaseta leżała teraz na stole.
Włączyłem ją.
Zamknąłem drzwi. Raz. Potem jeszcze raz sprawdziłem.
Nie dlatego, że ktoś miał przyjść. Tylko dlatego, że mógłby.
W mieszkaniu było ciepło. Zdjąłem z siebie ubranie powoli, jakbym robił coś, co już dobrze znam, ale za każdym razem od nowa.
Zostałem sam.
Podszedłem do lustra w przedpokoju.
Stało tam od zawsze. Tak zwyczajnie, że przestawało się je zauważać.
Spojrzałem na siebie.
Najpierw krótko. Potem dłużej.
Z drugiego pokoju popłynęła znajoma zwrotka To jest tylko rock and roll Lady Pank - piosenki, w której słowa Andrzeja Mogielnickiego i muzyka Jana Borysewicza układały się dla mnie wtedy w coś więcej niż przebój z listy.
Nie rozumiałem jeszcze wszystkiego, co niosły te słowa.
Ale czułem rytm.
Czułem pytanie ukryte w piosence.
Czułem, że muzyka wie o mnie coś, czego ja sam nie umiem jeszcze nazwać.
Poruszyłem się.
Najpierw niepewnie. Jakby ciało sprawdzało, czy może.
Zrobiłem pół obrotu.
Muzyka płynęła dalej.
Obróciłem się wolniej. Tym razem świadomie. Patrząc.
Nie na całość.
Na fragmenty.
Na ruch.
Na to, jak zmienia się obraz w lustrze, kiedy ciało przestaje stać nieruchomo.
Zatrzymałem się tylko na moment.
Potem znowu się poruszyłem.
Już bez zastanawiania się, czy robię to dobrze.
Bez sprawdzania.
Tylko w rytmie.
Na fotelu leżał lis mojej mamy. Wziąłem go i przełożyłem przez ramię. Był ciężki, miękki, chłodny w dotyku. Ogon opadł w dół, muskając delikatnie moje pośladki i lekko poruszał się przy każdym ruchu.
Zauważyłem to dopiero po chwili.
I wtedy zobaczyłem siebie naprawdę.
Nie wszystko naraz. Nie całość.
Ruch. Kształt. Zmianę.
W przedpokoju, przed lustrem, którego nie zmieniło nawet tyle lat, tańczyłem nagi w rytmie zwrotki To jest tylko rock and roll i po raz pierwszy patrzyłem na siebie bez odwracania wzroku.
I przez chwilę wszystko się zgadzało.
Nagle usłyszałem zgrzyt zamka w drzwiach wejściowych.
Zamarłem.
Najpierw ciało. Potem myśl.
Ktoś wracał.
Klamka opadła.
I wtedy nie było już dokąd odwrócić wzroku.
Rozdział 3 - Coś się nie zgadzało
Miałem wtedy siedem lat.
Sierpień. Ciepło, które nie męczyło jeszcze tak jak później, tylko rozlewało się spokojnie po całym dniu. Jechaliśmy do Kazimierza Dolnego. Dla mnie to była po prostu wycieczka. Dla rodziców - coś więcej, choć wtedy tego nie rozumiałem.
Nad Wisłą było dużo ludzi.
Ktoś rozkładał koc, ktoś inny wchodził do wody, dzieci biegały po piasku, zostawiając za sobą ślady, które znikały po kilku minutach. Wszystko wyglądało tak, jak powinno wyglądać.
Do momentu, w którym zobaczyłem ich.
Byli trochę dalej. Nie bardzo daleko, ale na tyle, żeby nie być częścią tego samego świata.
Najpierw zobaczyłem, że coś się nie zgadza.
Dopiero potem zrozumiałem, co.
Nie mieli na sobie nic.
Siedzieli, leżeli, rozmawiali. Tak zwyczajnie, jak inni ludzie wokół. Jakby to nie było nic szczególnego.
Patrzyłem na nich dłużej niż powinienem.
Nie dlatego, że ktoś mi zabronił. Dlatego, że coś mnie zatrzymało.
Nie rozumiałem tego jeszcze.
-
- Mamo, dlaczego ci panowie nie mają majtek?
Zapytałem tak, jak zadawałem wszystkie inne pytania.
Bez wahania.
Mama spojrzała w tamtą stronę tylko na chwilę.
- Bo lubią.
Powiedziała to spokojnie. Jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
- A my możemy do nich pójść?
Tym razem odpowiedź była szybsza.
- Nie.
Bez wyjaśnienia.
-
Siedziałem na kocu i co jakiś czas zerkałem w tamtą stronę.
Nie wprost. Ukrycie.
Tak, jakby samo patrzenie było czymś, czego nie powinno się robić zbyt długo.
Zastanawiałem się, co to znaczy "bo lubią".
Czy to znaczy, że można tak po prostu? Że to jest wybór?
Nie znałem wtedy takich słów.
Ale czułem, że to coś innego niż wszystko, co widziałem do tej pory.
-
Mama powiedziała później, jakby mimochodem, że tata już tam był.
Kiedy ja bawiłem się w wodzie.
Nie zapytałem o nic więcej.
Nie dlatego, że nie chciałem.
Dlatego, że nie wiedziałem jak.
-
Patrzyłem na nich jeszcze przez kilka kolejnych dni.
Za każdym razem trochę krócej.
Nie dlatego, że przestawali mnie interesować.
Dlatego, że nauczyłem się, ile można.
-
Potem zmieniliśmy miejsce.
Inny kawałek brzegu, trochę bardziej na uboczu. Bez ludzi, bez hałasu, więcej ciszy.
Jakby coś zostało za nami.
Ale nie do końca.
-
Nie wiedziałem jeszcze, że to był początek.
Że ten obraz zostanie ze mną na długo.
Dłużej niż większość rzeczy z tamtego lata.
-
Dopiero później zobaczyłem coś jeszcze. I znowu coś się nie zgadzało.
Rozdział 4 - Tylko nie patrz!
Było trochę ciszej niż wcześniej.
Nowe miejsce nad Wisłą nie było tak pełne ludzi. Piasek był bardziej wilgotny, jakby rzadziej ktoś po nim chodził. Woda płynęła wolniej, szeroko, spokojnie.
Rozłożyliśmy koc.
Nie zdążyłem się jeszcze dobrze usadowić, kiedy mama powiedziała:
- Idziemy się wykąpać.
Skinąłem głową.
- Ty zostań tutaj. Pilnuj rzeczy.
To też było normalne.
Już miałem wstać, kiedy dodała:
- I nie patrz w naszą stronę.
Zatrzymałem się.
Nie zapytałem, dlaczego?
Nie zapytałem, co to znaczy "nie patrz".
Po prostu usiadłem z powrotem.
-
Słyszałem, jak wchodzą do wody.
Najpierw kroki po piasku, potem cichszy dźwięk, kiedy stopy dotykają brzegu, w końcu plusk.
Odwróciłem głowę w przeciwną stronę.
Na chwilę.
Patrzyłem na coś zupełnie zwyczajnego. Na kawałek brzegu, na trawy, na ludzi gdzieś dalej.
Ale to nie działało.
Wiedziałem, że tam są.
Że dzieje się coś, czego nie widzę.
I że właśnie dlatego nie powinienem patrzeć.
-
Wytrzymałem chwilę.
Potem jeszcze trochę.
Ciekawość rosła powoli, ale uparcie.
Nie była gwałtowna. Nie była nie do opanowania.
Była spokojna.
I przez to trudniejsza.
-
Odwróciłem głowę.
Najpierw tylko trochę.
Tak, żeby móc powiedzieć sobie, że właściwie nie patrzę.
Zobaczyłem wodę.
Potem ich.
Stali przy brzegu.
Ojciec był odwrócony tyłem.
I był nagi.
Nie tak jak ci mężczyźni wcześniej, tam dalej.
Inaczej.
Bliżej.
Bardziej prawdziwie.
Zamarłem.
Nie dlatego, że coś mnie przestraszyło.
Dlatego, że coś się nagle zgadzało.
-
Odwróciłem głowę z powrotem.
Szybko.
Jakbym zrobił coś, czego nie powinienem.
Serce biło mi szybciej.
Siedziałem nieruchomo.
Patrzyłem przed siebie, ale niczego już nie widziałem.
-
Chciałem jeszcze raz.
Bardziej świadomie.
Bez tego pośpiechu.
Bez udawania, że to przypadek.
-
Odwróciłem się drugi raz.
Tym razem trochę odważniej.
Zobaczyłem go wyraźniej.
Stał spokojnie, jakby to było coś zupełnie naturalnego. Jakby nie było w tym nic, co trzeba ukrywać.
Poczułem coś, czego nie umiałem wtedy nazwać.
Nie był to wstyd. Nie był to strach.
To było coś pomiędzy.
Coś, co przyciągało i jednocześnie kazało uważać.
-
Odwróciłem się z powrotem.
Tym razem już nie tak gwałtownie.
Siedziałem chwilę bez ruchu.
Potem spojrzałem przed siebie.
Na rzekę, na piasek, na wszystko, co było zwyczajne.
Ale to już nie było to samo.
-
Wtedy po raz pierwszy pomyślałem:
że to, co widziałem wcześniej, tam dalej, nie było przypadkiem.
-
I że to nie dotyczy tylko innych ludzi.
-
Nie odezwałem się ani słowem.
Bo czasem najważniejsze zaczyna się właśnie od słów: tylko nie patrz.
Rozdział 2 - Pytanie, które wracało
Nie pamiętam, kiedy dokładnie zadałem to pytanie po raz pierwszy.
Pamiętam tylko, że wracało.
W różnych sytuacjach. Przy obiedzie, podczas spaceru, czasem zupełnie bez powodu, jakby samo chciało się wydostać na zewnątrz.
- Mamo, a dlaczego ludzie nie chodzą bez majtek?
Mama spojrzała na mnie wtedy tak, jak patrzy się na dziecko, które pyta o coś oczywistego.
- Bo tak się przyjęło.
To była odpowiedź, która niczego nie wyjaśniała.
Ale na chwilę wystarczała.
-
W przedszkolu nikt o tym nie mówił.
Były zabawy, rysowanie, leżakowanie. Czasem ktoś się przewrócił, czasem ktoś płakał, czasem ktoś się śmiał tak głośno, że inne dzieci zaczynały się śmiać razem z nim, choć nie wiedziały, dlaczego.
Ciało było czymś zwyczajnym.
Do momentu, w którym przestawało być.
Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Może ktoś coś powiedział. Może ktoś się zaśmiał. Może ktoś zwrócił uwagę, że czegoś "nie wypada".
Takie rzeczy nie mają jednego początku.
Po prostu pojawiają się i zostają.
-
W domu było inaczej.
Nie było rozmów na ten temat. Nie było zakazów, które ktoś by jasno wypowiedział.
Było coś mniej uchwytnego.
Cisza.
Tematy, które się omija. Sytuacje, które się kończy szybciej, niż powinny.
Czasem wystarczył jeden gest. Spojrzenie. Słowo rzucone mimochodem.
Wiedziałem, że są rzeczy, o których się nie mówi.
Nie dlatego, że są złe.
Dlatego, że są niewygodne.
-
- Tato, a ty byś chodził bez majtek?
Zapytałem kiedyś przy kolacji.
Ojciec podniósł na mnie wzrok znad talerza. Przez chwilę nic nie mówił.
- Jedz.
To nie była odpowiedź.
Ale była wystarczająca, żeby więcej nie pytać.
-
Zacząłem zauważać, że to pytanie nie działa tak jak inne.
Kiedy pytałem, dlaczego pada deszcz, dostawałem odpowiedź. Kiedy pytałem, skąd się bierze śnieg, ktoś próbował mi to wytłumaczyć.
Ale to jedno pytanie zawsze trafiało w coś miękkiego.
W coś, co nie miało jasnych granic.
-
Nie przestałem go zadawać.
Przestałem tylko robić to na głos.
-
Dopiero później zrozumiałem, że to nie było pytanie o ubranie.
Tylko o coś, czego wtedy jeszcze nie umiałem nazwać.
-
Ale to przyszło później.
Najpierw był Kazimierz Dolny.
Zanim był Kazimierz Dolny, było pytanie, które wracało.
Rozdział 5 - Pierwsze słowo
Nie pamiętam całego artykułu.
Pamiętam tytuł.
I to, że babcia przez chwilę nie chciała go przeczytać.
Siedzieliśmy przy stole. Jak zwykle. Ona z gazetą, ja obok, czekający na kolejne wiadomości ze świata, który wtedy sprowadzał się głównie do tego, co ktoś dorosły uznał za warte przeczytania na głos.
Zatrzymała się.
Na chwilę.
Jakby coś ją zaskoczyło.
- Tego nie będę czytać.
Podniosłem głowę.
- Dlaczego?
Nie odpowiedziała od razu.
To była ta sama cisza, którą znałem już z domu. Ta, w której nie chodzi o brak słów, tylko o to, że coś lepiej zostawić niewypowiedziane.
- Bo nie.
To znowu niczego nie wyjaśniało.
A właśnie dlatego chciałem wiedzieć jeszcze bardziej.
-
- Przeczytaj.
Nie podniosłem głosu. Nie nalegałem.
Po prostu powtórzyłem.
- Przeczytaj.
Spojrzała na mnie. Dłużej niż zwykle.
Jakby próbowała zdecydować, czy to jest jeden z tych momentów, w których trzeba postawić granicę.
Albo ją przesunąć.
-
Przeczytała.
Nie wszystko.
Tyle, ile uznała za bezpieczne.
Artykuł był o tym, że nudyści chcą mieć swoją plażę. Że rozmawiają z władzami. Że próbują coś zorganizować.
Słuchałem uważnie.
Nie dlatego, że to było ciekawe.
Dlatego, że to było znajome.
-
- Babciu, a co to są nudyści?
Zapytałem, kiedy skończyła.
Tym razem nie zawahała się.
- To są ludzie, którzy chodzą nago.
Powiedziała to spokojnie. Bez emocji.
Jakby mówiła o czymś zwyczajnym.
-
Kiwnąłem głową.
Nie zapytałem o nic więcej.
Nie było potrzeby.
Bo już wiedziałem.
-
To słowo połączyło wszystko.
Tych mężczyzn nad Wisłą. To, co zobaczyłem później. To, o czym nie mówiło się wprost.
-
To nie był przypadek.
To byli nudyści.
-
Siedziałem jeszcze chwilę przy stole.
Babcia odłożyła gazetę i zajęła się czymś innym.
Dla niej to był tylko artykuł.
Dla mnie coś więcej.
-
Pierwsze słowo.
Rozdział 6 - Między wyjściem a powrotem
Najłatwiej było wtedy, kiedy nikogo nie było.
Nie trzeba było zamykać drzwi na klucz. Nie trzeba było sprawdzać dwa razy, czy ktoś zaraz nie wejdzie. Wystarczała cisza w mieszkaniu i to charakterystyczne poczucie, że przez jakiś czas wszystko zależy tylko ode mnie.
Zostawałem sam.
I wiedziałem już, co to znaczy.
-
Na początku robiłem to szybko.
Jak coś, co trzeba zdążyć zrobić, zanim ktoś wróci.
Zamykałem drzwi do pokoju, zdejmowałem z siebie ubranie niemal jednym ruchem i przez chwilę stałem w miejscu, nasłuchując.
Czy na pewno jestem sam?
Czy naprawdę mogę?
-
Potem było inaczej.
Wolniej.
Już nie chodziło o to, żeby zdążyć.
Chodziło o to, żeby pobyć w tym stanie choć trochę dłużej.
-
Chodziłem po pokoju bez celu.
Od okna do drzwi. Od drzwi do ściany.
Czasem zatrzymywałem się przy lustrze. Tym samym, które widziałem codziennie, ale tylko czasem patrzyłem w nie tak jak wtedy.
Nie zawsze.
Nie za długo.
-
Wyobrażałem sobie, że jestem gdzie indziej.
Nie w pokoju.
Na plaży.
Tam, gdzie widziałem tamtych ludzi nad Wisłą. Albo tam, gdzie - jak już wiedziałem - byli nudyści.
Nie znałem tego miejsca.
Ale wiedziałem, jak może wyglądać.
-
Czasem siadałem na podłodze.
Czasem kładłem się na łóżku.
Nic się nie działo.
I właśnie to było najważniejsze.
-
Nie myślałem o tym, czy robię coś dobrze.
Nie myślałem nawet o tym, czy powinienem.
To przychodziło dopiero później.
Kiedy wszystko się kończyło.
-
Wtedy ubierałem się szybko.
Znowu jednym ruchem.
Jakby ktoś mógł zobaczyć mnie w ostatniej chwili.
Jakby trzeba było wrócić do tego, co normalne.
-
Z czasem nauczyłem się jednego.
Że to, co robię, musi się zmieścić między wyjściem a powrotem.
Między jednym dźwiękiem klucza a drugim.
-
I że nikt nie może o tym wiedzieć.
-
Nie było w tym planu.
Nie było żadnej decyzji.
To się po prostu powtarzało.
-
Coraz częściej.
Wszystko musiało się zmieścić między wyjściem a powrotem.
Rozdział 7 - Na papierze
Miałem dziewięć lat.
W domu pojawiło się coś nowego.
Czasopismo.
Rodzice zaczęli kupować Veto.
Na początku nie zwróciłem na to większej uwagi. Leżało na stole razem z innymi gazetami, które przeglądało się szybko albo wcale.
Do momentu, w którym zobaczyłem jeden artykuł.
Zatrzymałem się.
Usiadłem.
I zacząłem czytać.
-
To było coś zupełnie innego niż wszystko, co widziałem wcześniej.
Nie chodziło o to, że było nowe.
Chodziło o to, że było znajome.
-
Były tam zdjęcia.
Ludzie. Nadzy. Uśmiechnięci.
Nie ukrywali się. Nie byli gdzieś daleko, za drzewami, jak tamci nad Wisłą.
Byli w środku.
Na papierze.
-
Usiadłem wygodniej.
Przewróciłem stronę.
Potem kolejną.
Nie spieszyłem się.
Tym razem nie musiałem.
-
Kiedy byłem sam w domu, wracałem do tego.
Brałem gazetę i siadałem w pokoju.
Czasem na krześle. Czasem na podłodze.
Zamykałem drzwi.
I znowu byłem sam.
-
Z czasem to przestało być tylko czytanie.
To było coś więcej.
Nie potrafiłem tego wtedy nazwać.
Ale wiedziałem, że nie chodzi tylko o słowa.
-
Zdejmowałem z siebie ubranie.
Powoli.
Nie tak jak wcześniej, kiedy wszystko trzeba było zrobić szybko.
Teraz było inaczej.
Jakby jedno wynikało z drugiego.
Obraz z gazety. Ruch. Cisza w pokoju.
-
Siedziałem i czytałem.
Wracałem do tych samych fragmentów.
Nie dlatego, że były trudne.
Dlatego, że chciałem je zapamiętać.
-
Nie było w tym pośpiechu.
Nie było napięcia.
Było skupienie.
-
Z każdym kolejnym numerem wiedziałem coraz więcej.
Nie tylko o tym, że tacy ludzie istnieją.
Ale że to jest coś większego.
Że to ma swoją nazwę.
Swoje miejsca.
Swoje zasady.
-
To nie był przypadek.
To nie była jedna sytuacja nad Wisłą.
-
To było naprawdę. Na papierze.
Rozdział 8 - Z drugiej strony
Nie zdążyłem się ruszyć.
Stałem w przedpokoju, dokładnie tam, gdzie przed chwilą wszystko było jeszcze proste. Muzyka grała dalej. Ta sama zwrotka, ten sam rytm, który przed chwilą niósł mnie bez wysiłku.
Teraz nie było w nim nic.
Tylko dźwięk.
-
Klamka opadła.
Drzwi otworzyły się szybko, jak zawsze. Bez zawahania.
Ojciec wszedł do środka.
Zatrzymał się.
Na chwilę.
Nie powiedział nic.
-
To była sekunda.
Może dwie.
Wystarczająco długo, żeby zobaczyć wszystko.
Za krótko, żeby cokolwiek z tym zrobić.
-
Nie próbowałem się zasłonić.
Nie dlatego, że nie chciałem.
Dlatego, że nie zdążyłem.
-
Stałem.
On patrzył.
-
- Co to ma znaczyć?
Głos był spokojny. Nie podniesiony. Nie ostry.
I właśnie dlatego trudniejszy.
-
Nie odpowiedziałem.
Nie dlatego, że nie wiedziałem, co powiedzieć.
Dlatego, że nie było żadnej odpowiedzi, która mogłaby coś zmienić.
-
Zrobiłem krok.
W stronę pokoju.
Jakby to miało coś naprawić.
Jakby można było cofnąć ostatnie kilka sekund.
-
- Ubierz się.
Tym razem szybciej.
Krótko.
Bez miejsca na cokolwiek więcej.
-
Posłuchałem.
Ruchy, które jeszcze przed chwilą były spokojne, teraz były nerwowe. Ubranie leżało w pokoju, dokładnie tam, gdzie je zostawiłem. Zakładałem je szybko, bez patrzenia, czy wszystko jest na swoim miejscu.
Byle szybciej.
Byle przestać być widocznym.
-
Nie spojrzałem na niego.
Ani razu.
-
Wrócił do przedpokoju.
Zostawił mnie w pokoju.
-
Muzyka dalej grała.
Jeszcze przez chwilę.
Potem się zatrzymała.
Taśma doszła do końca.
-
Stałem nieruchomo.
Ubrany.
Tak jak powinienem.
-
I wiedziałem już, że coś się zmieniło.
-
Nie chodziło o to, co zobaczył.
Chodziło o to, że ja też to zobaczyłem.
-
Z drugiej strony.
Rozdział 11 - W biały dzień
Miałem wtedy jedenaście lat.
Lato 1985 roku przyszło po zimie, którą zapamiętałem inaczej niż wszystkie wcześniejsze. Najpierw był dom, lustro i klamka w drzwiach. Potem film oglądany z podłogi w przedpokoju. Potem szpital, białe ściany, leki i ciało, które zaczęło zmieniać się szybciej, niż potrafiłem to zrozumieć.
A później nagle zrobiło się ciepło.
Tak zwyczajnie.
Jakby świat nie wiedział, co wydarzyło się wcześniej.
-
Skończyła się szkoła.
Dni stały się długie, rozciągnięte, trochę leniwe. Przez otwarte okna wpadał zapach kurzu, rozgrzanego asfaltu i obiadu gotowanego gdzieś piętro niżej. W mieszkaniu było jasno. Inaczej niż zimą. Nie trzeba było zapalać światła, żeby coś zobaczyć.
Telewizor włączało się czasem już po południu.
Nie po kryjomu.
Nie późnym wieczorem.
Nie wtedy, kiedy dorośli uznawali, że dziecko powinno już spać.
Po prostu.
W dzień.
-
W telewizji leciało Studio Lato. Codzienny, popołudniowy program rozrywkowy.
Nie pamiętam dziś dokładnie wszystkich prowadzących, konkursów ani rozmów. Pamiętam raczej atmosferę. Wakacyjny ton. Uśmiechy. Lekkość, która miała sprawić, że nawet zwykłe popołudnie w mieście wydawało się trochę jak wyjazd nad morze.
Siedziałem przed telewizorem i oglądałem.
Bez ukrywania się.
Bez nasłuchiwania kroków.
Bez leżenia na brzuchu na podłodze.
-
I wtedy pojawiła się piosenka Chałupy Welcome To Zbigniewa Wodeckiego.
Nie jako zakazany obraz.
Nie jako szept.
Nie jako coś, czego nie wolno było oglądać.
Jako piosenka.
Wesoła. Lekka. Wakacyjna. Taka, którą dorośli mogli nucić bez zmieniania tonu głosu.
A jednak dla mnie nie była tylko piosenką.
-
Na ekranie byli ludzie nad morzem.
Swobodni.
Uśmiechnięci.
Nadzy.
Tacy, którzy nie wyglądali, jakby robili coś złego.
Nie chowali się za krzakami. Nie byli daleko nad Wisłą. Nie pojawiali się tylko w urywkach filmu oglądanego z przedpokoju.
Byli w telewizji.
W zwykłym programie.
W środku dnia.
-
Patrzyłem uważnie.
Może zbyt uważnie.
Ale nikt nie mówił: nie patrz.
I to właśnie było najdziwniejsze.
Ta sama nagość, która jeszcze niedawno potrafiła zagęścić powietrze w pokoju, teraz została pokazana lekko, kolorowo, prawie żartobliwie. Jak wakacyjna ciekawostka. Jak obrazek z Polski, która latem pozwalała sobie na więcej niż zwykle.
Nie wiedziałem, co mam z tym zrobić.
-
Nie rozumiałem jeszcze ironii.
Nie rozumiałem, że dorośli potrafią śmiać się z czegoś, czego jednocześnie się boją.
Nie rozumiałem, że telewizja może coś pokazać i od razu oswoić to w taki sposób, żeby nikt nie musiał zadawać zbyt poważnych pytań.
Dla mnie było prościej.
Skoro to pokazują, to istnieje.
Skoro istnieje, to nie jestem sam.
-
Potem zobaczyłem jeszcze Nagą plażę zespołu Dwa plus Jeden.
Nie pamiętam dokładnie, w jakim programie.
Pamiętam sam fakt.
Kolejny tytuł.
Kolejny obraz.
Kolejny znak, że gdzieś jest świat, który cały czas pojawia się przede mną i natychmiast znika, zanim zdążę naprawdę do niego wejść.
-
Tamte piosenki nie były dla mnie tylko piosenkami.
Były wiadomościami.
Nadawanymi z miejsca, którego jeszcze nie znałem.
Z plaży, na której nigdy nie byłem.
Od ludzi, którzy nie wiedzieli, że istnieje jedenastoletni chłopiec siedzący przed telewizorem i próbujący zrozumieć, dlaczego to, co dla innych jest żartem, dla niego jest czymś znacznie większym.
-
Nie mówiłem o tym nikomu.
Nie musiałem.
Wiedziałem już, że niektóre odkrycia najlepiej przechowuje się w sobie.
Nie dlatego, że są złe.
Dlatego, że są zbyt delikatne, żeby wystawiać je na cudze komentarze.
-
Lato płynęło dalej.
Programy się kończyły.
Piosenki znikały z ramówki.
Ktoś w domu wyłączał telewizor. Ktoś otwierał okno. Ktoś mówił, że trzeba iść po zakupy albo zjeść kolację.
A ja zostawałem z obrazami, których nie umiałem zapomnieć.
-
Po raz pierwszy zobaczyłem, że ten świat może przychodzić nie tylko nocą.
Nie tylko w ukryciu.
Nie tylko przez szparę między przedpokojem a pokojem.
Czasem przychodził zwyczajnie.
Z muzyką.
Z uśmiechem.
W biały dzień.