PROLOG
TYBET,
6446 LAT PRZED CHRYSTUSEM
Gdy zapadał zmrok, a cała wioska już do snu się zbierała, niebo nabrało krwistej barwy i rydwan ognisty ukazał się na niebie. Dźwięk lecącego pojazdu był jak tysiąc wodospadów. Mieszkańcy, gdy tylko ujrzeli to niezwykłe wydarzenie, w popłochu schowali się w swych domostwach.
Tymczasem rydwan zatrzymał się i gdyby tylko ktoś miał odwagę wyjrzeć, zobaczyłby cały majestat tego nawiedzenia. Zaprzęgnięty był w cztery konie, a każdy z nich miał grzywę ognistą i orle skrzydła, kopyta ich podkute były rozgrzanym brązem, i zamiast ogonów końskich obdarzone były ogonami skorpionów pełnymi jadu, gotowymi do wystrzału. Każde koło spoglądało 44 parami oczu. Rydwanem dowodził demon ogromny z siedmioma rogami koloru rubinu.
I wtem poluzował leje przedwieczny demon i uwolniły się bestie z rydwanu, a każda z nich ustawiła się tak, że parami widziały swe oblicza. I wypuściły jad ze swych ogonów. Każdy w jednym kierunku świata, a gdy już trucizna została wystrzelona, to zaczęły opadać.
Spadające ogony upadły na pobliskie góry, a góry te wydały dźwięk, jakby w nie sto piorunów uderzyło, i otworzyły swe wnętrzności.
Wtem z niebios przyfrunęły cztery inne demony i dosiadły bestie, a każda z bestii zmieniła kolor swego umaszczenia. I rzekły demony do wielkiego demona: "Aweszta Abaddon", i oddały mu pokłon. To uczyniwszy, wzbiły się na swych rumakach do niebios, pozostawiając swojego pana. I rzekł odwieczny demon: "Aweszta quirin", i wtem z niebios nadleciał wielki ptak o ciele lwa i wężowym ogonie. I zniósł ów ptak jajo we wnętrzu największej z otaczających wioskę rozwartych gór.
Wtedy przedwieczny demon podleciał, rozłożył swe skrzydła, a miał ich razem osiem. Cztery z lewej i cztery z prawej strony. To uczyniwszy, zbliżył się do każdej z otwartych gór i zasklepił je tak, że śladu nie było po tym, co przed chwilą się wydarzyło. Wtem osiodłał potężne ptaszysko i na nim wzbił się do niebios, z których przybył.
Tymczasem jajo w górze ukryte czekało na dzień, kiedy zostanie odnalezione, a czekając na to, z każdym dniem odrobinę malało.
ŻNIWA - WIEŚ CHYŻONA MAŁA
Na polu już gwarno było. Kobiety żartowały, a mężczyźni wesoło rozmawiali o plonach i o tym, co ciekawego wydarzyło się we wsi. Wszyscy się radowali, bo w tym roku urodzaj dopisał. Lato było upalne i na deszcz się nie zanosiło, a na polach dorodne zboże oczekiwało na zżęcie.
- Żniwa udane będą - powiedział sąsiad z naprzeciwka.
- Każdemu z nas pszenica i żyto pięknie obrodziły. - Marianna usłyszała, jak brat podziwia pola pełne zboża.
Zobaczyła rodziców, matka srogo na nią patrzyła, lecz ojciec uśmiechał się do niej. Poczuła ulgę i radość, że nie jest sama na tym świecie. Powiodła spojrzeniem po sąsiadach, którzy przyszli im na pomoc. Ujrzała młode roześmiane dziewczyny i chłopców, co wokół nich się kręcili. W jej serce zakradły się zazdrość i żal, że to ją już ominęło. Żaden kawaler uwagi na nią nie zwracał.
Jej rozmyślania trwały krótko, bo już chłopy z sierpami w ręku pszenicę żąć zaczęli. Kobiety w stogi ją układały i przy tej pracy głośno śpiewały, aby ciężki znój przyjemniejszy był, i tak do późnego popołudnia pracowali.
Na polu stało już dużo stogów ze zbożem. Mariannę cieszył ten widok, pomimo zmęczenia radowała się z dzisiejszego dnia. Uwielbiała przebywać z ludźmi, a w żniwa zawsze pracowali dużą grupą.
Po całym dniu pracy wszyscy wracali do domu na wozach pełnych pszenicy, ale ona nie chciała. Uprosiła matkę, by mogła na piechotę do domu powrócić.
Wracając, Marianna nuciła piosenkę. Zachwycała się piękną przyrodą, kwiatami na łąkach i zapachem świeżo skoszonego zboża. Kochała wieś całym sercem.
Po powrocie z pola weszła zmęczona do izby. Spojrzała na bratową i cała radość z dzisiejszego dnia zniknęła. Nagle poczuła, że nie zniesie dłużej życia w tym domu.
Kim ja jestem? - zapytała siebie. I sama sobie na pytanie odpowiedziała: Nędznym parobkiem!
Brat ożenił się z córką młynarza. Teść przed ślubem powiedział, że córkę odda wtedy, kiedy Józek właścicielem gospodarstwa zostanie. Rodzicom zależało na bogatej synowej, więc zrobili na niego zapis. Był jednak jeszcze jeden warunek - ukochana jedynaczka w polu pracować nie będzie. Takie fanaberie sobie ojciec dziewczyny wymyślił, ale zapisali duży posag, więc rodzice na wszystko przystali. Teraz bratowa z uśmiechem na nią patrzyła. Jej młodość była jak policzek w twarz, który matka często wymierzała Mariannie.
Odwróciła się i wyszła z chaty. Zajęła się obrządkiem. Matka z ojcem krowy z pastwiska przygnali, zrobiło się zamieszanie. Córka zaczęła rodzicom pomagać. Zza płotu rozległy się głośne śmiechy. Spojrzała w tamtym kierunku i zobaczyła kilka dziewcząt. Wystrojone szły w stronę karczmy.
- Marianno, chodź z nami, tańce w karczmie będą! - zawołały chórem.
- Gdzie tam ona na tańce się nadaje! Chyba po to, by na ławie siedzieć! - Matka głośno się zaśmiała.
Tego dla dziewczyny było za dużo. Wybiegła z podwórka i pognała w kierunku rzeki.
Jestem jak ta żebraczka, co pod kościołem każdej niedzieli siedzi. Stare łachmany, ot cały mój dobytek - myślała z żalem.
Dobiegła nad rzekę. Zmęczona siadła pod drzewem i zapłakała. Gorzkie łzy lały się strumieniem po twarzy.
Śmierć jest lepsza niż takie życie! - krzyczała w duchu.
- Nawet ładnej sukni i korali nie mam! - Teraz głośno już zaczęła krzyczeć. Tym krzykiem wystraszyła ptaki, które do nieba się wzbiły.
Marianna patrzyła w nurt rzeki. Nagle wstała, rozebrała się i rzuciła się do wody. To ją otrzeźwiło. Przepraszać Boga zaczęła za to, co chciała uczynić.
Wyszła na brzeg i stanęła pod drzewem. Spojrzała w niebo. Było tak pięknie. Księżyc świecił jasno, odbijał się srebrem w wodach płynącej rzeki. Zauroczona tym widokiem zapomniała o całym świecie. Stała naga w świetle księżyca i zaczęła marzyć.
- Gdybym tylko to, co widzę, namalować mogła! Ależ cudowny obraz by powstał! Taki jak ten, co go w kościele widziałam, a może nawet ładniejszy! - Z zachwytem, a jednocześnie i z żalem na głos krzyczała.
Zamknęła oczy i w myślach malować zaczęła to, co w pamięci zostało. W jej wyobraźni powstał obraz tak piękny, że uroniła kilka łez smutku.
Wielokrotnie niespełnione marzenia pojawiały się w jej głowie, ale to jedno zabolało ją wyjątkowo mocno. Od dziecka malować pragnęła, nikt tak pięknych pisanek na święta nie robił jak ona. Zabawki z papieru też zawsze najładniejsze jej wychodziły. Potem z dumą wieszała je na choince. Pragnęła tworzyć różne cudeńka, lecz farby były za drogie, a i tak czasu na zabawy nie miała.
Po chwili zimno jej ciałem wstrząsnęło, ubrała się i wróciła do chaty. Tam już wszyscy spali. Nikt na nią nie czekał. Wślizgnęła się na posłanie i niespokojne sny tej nocy ją męczyły.
STANISŁAW
Już cztery lata minęły, jak nie mógł sobie nigdzie miejsca znaleźć. Ciągle gdzieś go gnało. Dzisiaj popędził konia galopem, aż do sąsiedniej wsi dojechał, nawet nie wiedział kiedy.
Usłyszał muzykę w karczmie, ale zabawa nie była mu dzisiaj w głowie. Pojechał w kierunku rzeki i tam konia do drzewa przywiązał. Nad brzeg poszedł pieszo. Usiadł na trawie i zaczął rozmyślać o tym, co od Janowej usłyszał. Zmienić się muszę - postanowił.
Wieczór był piękny, księżyc świecił jasno. Szum wody sprawił, że przyjemne dreszcze po ciele mu przechodziły.
Rozmyślanie nad sobą przerwał płacz dziewczyny. Zaciekawiony, cichutko poszedł w tamtym kierunku. Zobaczył ją pod drzewem, stała niedaleko niego. Głowę rękami objęła i płakała przejmująco.
- Nawet ładnej sukni i korali nie mam! - rozpaczała.
Nagle odzienie z siebie zrzuciła i wskoczyła do wody. Zerwał się z ziemi, by ją ratować, ale ona już z rzeki wychodziła. Tylko chwilę w niej była. Stanęła na brzegu naga, wyprostowana, długie włosy piersi jej zasłoniły i jak zaczarowana w księżyc patrzyła.
Stał cichutko, bo nie chciał jej spłoszyć. Wyglądała tak pięknie, księżyc rozświetlał jej postać.
- Gdybym tylko to, co widzę, namalować mogła! - usłyszał jej zbolały krzyk.
Po chwili znowu zapłakała, krótko to trwało. Ubrała się i poszła w kierunku wsi.
Udał się za nią. Zachwyciła go, ciekawy był, kim była i gdzie mieszkała. Z daleka dostrzegł, do jakiej chaty weszła. To mu wystarczyło. Zawrócił nad rzekę, wsiadł na konia i pognał do domu.
"Gdybym malować mogła!" - rozbrzmiewał mu jeszcze w głowie jej krzyk.
Cztery lata minęły, odkąd żonę pochował, został po niej pasierb, siedmioletni Antoś. Stanisław kochał go jak syna rodzonego, ale żal po utracie ukochanej był tak wielki, że o chłopcu myśleć nie chciał.
On sam wychowywał się u wujostwa w Krakowie. Jego rodzice zmarli, gdy był jeszcze niemowlęciem. Wuj z wujenką troszczyli się o niego, zadbali o jego wykształcenie.
Gdy ukończył siedem lat, zaczął uczęszczać na naukę pisania i czytania do proboszcza. Do domu przychodził nauczyciel od rachunków. Chociaż sam wuj z wujenką pisać nie umieli, zawsze powtarzali, że taka była wola rodziców, aby się uczył - na naukę i jego wychowanie pieniądze zostawili.
Gdy skończył lat szesnaście, zapytali go, co w życiu zamierza robić i jakie plany ma na przyszłość. Powiedział im wtedy, że chciałby zamieszkać na wsi, bo kocha konie. Pragnął hodować te zwierzęta i zająć się ich sprzedażą. Zgodzili się na to. Ziemię od hrabiego Mosztyna kupili i dom zlecili pobudować, większy niż inne we wsi. Miał dwie duże izby i komorę. Piec murowany kazali postawić. W innych chatach tylko paleniska były, ale u Stanisława po pańsku miało być. Nawet łóżko, stół i krzesła z Krakowa przywieźli. Dotąd na tej wsi takiego zbytku nie widziano.
Wiedział, że na wszystko ojciec z matką pieniądze zostawili. Byli dobrymi kupcami, przeto dużego majątku się dorobili. Pomarli na zarazę.
Serce z żalu mu krwawiło, bo nigdy na ich grobie nie był. Gdy o rodziców wypytywał, wujostwo zawsze temat zmieniali, prawie nic o matce i ojcu powiedzieć mu nie chcieli. Wuj mówił tylko, że daleko pochowani są, a czasy zbyt niespokojne nastały, by w podróż wyruszyć i groby odwiedzać. Mówił też, że śmierć w drodze ich zastała, dlatego daleko od domu są pochowani.
Wuj mógł zarządzać pieniędzmi do ukończenia przez Stanisława szesnastu lat. Rodzice, jakby śmierć przeczuwając, taki zapis zrobili. Od teraz to on sam za wszystko płacił.
PRZEPROWADZKA - WIEŚ CHYŻONA DUŻA
Każdy we wsi ciekawy był, kto na tym gospodarstwie zamieszka. Domysłom nie było końca. Stajnie na dziesięć koni pobudowano, a i oborę niewiele mniejszą, obok stał chlew i nieduży kurnik. Każde zwierzę osobne miejsce miało podług swego gatunku.
Gdy Stanisław skończył lat siedemnaście, czekało już na niego gotowe gospodarstwo.
Z wujostwem Kraków opuścili i na wsi zamieszkali. Zatrudnili parobków i gospodynię do pomocy w domu.
Stanisław zaczął gospodarowanie. Wuj na wszystko baczenie miał, a wujenka zarządzała domostwem. Janowa, miła kobieta ze wsi, we wszystkim wujence pomagała. Stanisław był pełen zapału, młody i energiczny, wieś szybko go polubiła. Szanował ludzi jednakowo, bogatych i biednych. Starszym mieszkańcom kłaniał się z daleka. Pomimo swojej lepszej pozycji materialnej, nie czuł się od nich lepszym.
Na wsi pod lasem mieszkała dziewczyna. Szczupła, wzrostu średniego, miała długie blond włosy zaplecione w warkocz, czerwone usta i niebieskie oczy. Na widok Stanisława uśmiechała się skromnie. Najpiękniejsza dziewczyna na świecie - tak o niej myślał.
Wieczorami marzył o ich przyszłym życiu. W niedzielę zawsze ją w kościele wypatrywał. Gdy tylko ją zobaczył, to często na nią spoglądał. Zauważył to wuj. Pewnego wieczoru przy kolacji rzekł do niego:
- Ta dziewczyna spod lasu to nie dla ciebie. Biedna jest, a ty potrzebujesz panny z lepszego domu. Córka Kowala dla ciebie będzie najlepsza. Ich ziemia z twoją graniczy, a ona ponoć nawet czytać potrafi.
Stanisław był wychowany w szacunku do starszych. Nie chciał wujowi się sprzeciwiać, więc odrzekł z pokorą:
- Na ożenek za młody jestem, niech ktoś inny Kowalównę bierze. Ziemi mi wystarczy, a Kowala ziemi nie potrzebuję.
Podziękował za kolację i odszedł. Nie wyobrażał sobie życia bez Anny.
Albo ona albo nikt inny - pomyślał i pewny swego postanowienia wyszedł z chałupy.
Dziewczyna była dla niego całym światem, myślał o niej bezustannie. Widział ją wszędzie oczami wyobraźni. Na samą myśl, że wuj na ożenek zgody mógłby nie wyrazić, szalał z rozpaczy.
W niedzielę jak co tydzień udali się do kościoła. Stanisław zauważył Annę, lecz ona nie popatrzyła na niego jak zwykle. Zauważył, że była blada i mizerna. Czyżby chora? - pomyślał ze strachem.
Całą mszę siedziała ze spuszczoną głową, a w jego kierunku nie spojrzała ani razu. Na koniec mszy ksiądz przeczytał zapowiedzi małżeńskie. Stanisław usłyszał nazwisko Anny. Jego Anny! Jego ukochana wychodzi za mąż?!
Znowu na nią spojrzał, ale ona nadal głowy nie podnosiła.
To musi być prawda! - pomyślał z rozpaczą. Serce zaczęło mu bić jak szalone, poczerwieniał ze złości i wybiegł z kościoła, nie bacząc na nikogo.
Pobiegł w stronę lasu, dobiegł na polanę i ze złością zrzucił z siebie ubranie. Popatrzył na swoje ciało, jego uwagę przykuło znamię, które miał od urodzenia. Jakby tańcząca dziewczyna umieszczona nad lewą piersią.
- Jestem przeklęty, bo jestem naznaczony! - krzyczał rozpaczliwie. - Nigdy nie będę szczęśliwy, nie mam rodziców, a teraz straciłem też ukochaną!
Położył się na trawie i płakał mocno. Tej scenie przyglądała się kobieta, żal serce jej ściskał na widok zrozpaczonego młodzieńca. On nikogo jednak nie zauważył.
Patrzyła na rozpacz chłopaka bezradnie, bo pomóc mu nie mogła. W pewnym momencie wstał, wtedy zauważyła znamię, które miał na ciele. Wyciągnęła ręce, jakby go objąć chciała. Jak zaczarowana szła w jego kierunku. Chłopak podniósł głowę i wtedy ją zauważył.
- Precz, wiedźmo! - krzyknął. - Bo zabiję!
Kobieta cofnęła się, ale nie odeszła. Nadal na niego patrzyła i ręce wyciągnięte w jego kierunku miała. Stanisław zerwał się i pobiegł do domu.
- Wiedźma przeklęta, jeszcze na mnie urok rzuci - pomstował po drodze.
Po krótkim czasie wstyd mu się zrobiło, że tak na staruchę naskoczył. Zauważył łzy w jej oczach, ale żal z powodu utraty Anny był w nim zbyt ogromny, aby się wiedźmą przejmować. Jego ukochana wychodzi za mąż za innego, tylko to się teraz liczyło.
Wbiegł do stajni, wyprowadził konia i pognał przed siebie. Jeździł po okolicy do wieczora. Wracając do domu, przejeżdżał koło karczmy. Dzisiejszego wieczoru pierwszy raz próg jej przekroczył. Na jego widok gwar ucichł, każdy wiedział, co się wydarzyło. Plotki szybko jak wiatr po wsi krążyły.
- Panie Stanisławie, a to pana wuj załatwił, sprytną intrygę uknuł - powiedział Kowalik na przywitanie.
Stanisław popatrzył na niego nieprzytomnym wzrokiem.
O co mu chodzi? - pomyślał przez chwilę. Stał i w Kowalika się wpatrywał. Nagle poczerwieniał na twarzy, bo zrozumiał, co ten ma na myśli. Ze złością krzyknął:
- Mów, co wiesz!
- Zaschło mnie w gardle, mówić mi trudno - zaśmiał się chłop.
Stanisław popatrzył na niego i złość na jego butę go oślepiła. Złapał Kowalika za koszulę i na podłogę rzucił. Ten bronić się zaczął.
- Mów, co wiesz, bo zabiję! - krzyczał.
- Pić mi się chce - powtórzył uparcie chłop, próbując wyzwolić się z uścisku młodzieńca.
Stanisław oprzytomniał nagle i z uwagą popatrzył na niego. Przyda mi się taki na służbę, odważny ten chłop jest - pomyślał.
Rozejrzał się wokół, inni tylko głowy pospuszczali, jakby niczego nie widzieli. Puścił mężczyznę i sam z podłogi się podniósł.
- Wina przynieś! - krzyknął do karczmarza i usiadł przy Kowaliku.
Ze złością na siebie patrzyli.
- Mów, co wiesz - powiedział Stanisław, patrząc mu w oczy. Po chwili dodał: - Nie powinienem bójki wszczynać, wybacz mi, bo złość mną dzisiaj targa.
Kowalik jednym haustem opróżnił puchar z winem, potem, spoglądając na Stanisława, rzekł:
- Twój wuj zapłacił Kurkowi, aby Annę za żonę bez posagu wziął.
- Jeśliś mi prawdę rzekł, to dłużnikiem twoim jestem! Nie zapomnę tego, że odwagę miałeś prawdę mi wyjawić. Bo bym ze zdrajcą nie wiadomo jak długo pod jednym dachem mieszkał! - krzyknął Stanisław.
Z karczmy wybiegł jak oszalały. Wsiadł na konia i wściekły z żalu popędził do domu.
Nie daruję mu tego! Zabiję drania! - krzyczał sam do siebie. Podczas jazdy emocje zaczęły w nim opadać, ale nienawiść do wuja, która zagościła w sercu młodzieńca, pozostała jednak na zawsze.
Wrócił do domu i jak szalony wbiegł do chaty. Wuj na jego widok wzrok opuścił. Stanisław zrozumiał, że Kowalik prawdę mówił.
- Tyś Kurkowi zapłacił, aby Annę za żonę wziął?!
- Zapłaciłem, bo twojego dobra chciałem - odrzekł wuj ze spokojem.
- Do jutra ma was tu nie być! Ja teraz do stajni spać idę, bo z takimi jak wy pod jednym dachem przebywać nie będę! - Odwrócił się i opuścił izbę.
Nazajutrz chata była pusta, wujostwo wyjechało bez pożegnania.
Chłopak rzucił się w wir pracy, a gdy nadszedł dzień wesela Anny, o mało nie zwariował. Zaczął sobie wyobrażać, że to on jej mężem został. Śnił o niej na jawie i to mu ten dzień przetrwać pomogło.
Miesiąc po tych wydarzeniach w drzwiach jego chaty pojawił się umyślny od hrabiego. Posłaniec powiedział, że w poniedziałek rano ma się stawić w pałacu. Sam hrabia Mosztyn będzie go oczekiwał.
Stanisław wystraszył się tego wezwania, niczego dobrego to nie wróżyło. Zaczął zastanawiać się, o co hrabiemu może chodzić. Przecież za ziemię zapłaciłem - myślał ze strachem.
W wyznaczonym dniu przechadzał się od rana przed pałacem. Służbę próbował wypytywać, co też hrabia od niego chcieć może, ale nikt mu nic nie odpowiedział, bo też niczego nie wiedzieli.
Gdy nadeszła ustalona godzina, poprowadzono go przed oblicze hrabiego Mosztyna. Stanisław ukłonił się nisko i czekał ze spuszczoną głową na to, co powie mężczyzna. Po chwili milczenia hrabia zapytał:
- Ponoć pisać, czytać i rachować potrafisz?
- Tak, jaśnie panie - odrzekł potulnie, kłaniając się przy tym.
- Sołtysem zostaniesz! Zapłatę za pracę będziesz miał. Kamieniuk za stary na sołtysa już jest, nie jest w stanie sprostać powierzonemu zadaniu - powiedział rozkazująco.
- To dla mnie zaszczyt - odpowiedział młodzieniec, kłaniając się głęboko.
- Idź teraz do Kamieniuka. Niech cię do obowiązków wprowadzi. Raz w miesiącu raport będziesz mi zdawał - rzekł oschle hrabia i głowę od Stanisława odwrócił, dając mu do zrozumienia, że audiencja skończona.
Chłopak, nadal się kłaniając, komnatę opuścił.
Stanisław wracał do wioski oszołomiony, nie dowierzał swojemu szczęściu. Takie wyróżnienie go spotkało i sam hrabia mu to oznajmił. Od wielu miesięcy los mu nie sprzyjał. Może i żonę znajdę - pomyślał z nadzieją.
Ostatnia myśl Annę mu przypomniała. Spochmurniał, uczucie szczęście nagle się ulotniło i znowu smutek zalał jego serce. Strapiony poszedł do Kamieniuka.
Praca sołtysa pochłaniała mu wiele czasu, ale chłopak, pomimo młodego wieku, szybko się w niej odnalazł. Do sądu jeździł, ściągał podatki i reprezentował wieś.
Ludzie zauważyli, że odkąd Stanisław został sołtysem, lepiej im się żyje. Łatwiej o sprawiedliwość, bo chłopak chociaż porywczy, to zarazem sprawiedliwy był. O słabszych się troszczył. Dbał o interesy hrabiego, ale o chłopach też nie zapominał.
Miłość do koni pozwoliła przetrwać mu rozczarowanie miłosne. Często mu się śniło, że pędzi na rumaku przed siebie, wokół niego rozciągają się ogromne połacie ziemi. Jest wojna, a on z łukiem w ręku strzela do ludzi i toczy straszne walki. Wokół leżą martwi i toną we krwi. Zaś nocą niebu hołdy oddaje. Nie lubił tych snów, bo krzyk zabijanych ludzi wybudzał go i potem długo nie mógł zasnąć. Nie rozumiał, co te sny znaczyły.
Miał piękny łuk, nie taki jak ze snu, lecz bogato zdobiony. W Krakowie od kupców go kupił, mówili, że przywieziony ze wschodu. W czasie wolnym lubił z łuku strzelać i za każdym razem trafiał do celu. W ciągu minuty nawet sześć strzał wypuścić potrafił i zawsze celnie.
Chyba przez strzelanie te sny mnie prześladują - pomyślał.
Jazda konna i łucznictwo należały do najmilszych czynności, dlatego Stanisław na sny nie zważał i swoje nadal robił. Nieraz w ten sposób upolował zająca, z którego Janowa dobrą potrawę później przyrządziła.
WYPADEK
Od tych wydarzeń minęły dwa lata, a Anna z mężem miała już małego synka. Stanisław nie pogodził się z tym, że to nie jest jego dziecko. Gdy kładł się wieczorem do łóżka, oczy zamykał i zaczynał marzyć o ich wspólnym życiu.
Udawał, że nad kołyską się schyla i z synem rozmawia. W jego wyobraźni on, Anna i to maleństwo rodzinę tworzyli. Widział chłopczyka z daleka i kochał go jak swego. Zdawał sobie sprawę z tego, że powinien jak najszybciej zapomnieć o Annie, lecz te marzenia sprawiały mu przyjemność. Nie potrafił z nich zrezygnować. Często śnił o niej i w tych snach to oni byli rodziną, a Anna kochającą żoną. Te sny dawały mu siłę i radość.
Nadszedł styczeń. Mróz skuł wody na rzece, drogi były nieprzejezdne, a śniegu powyżej pasa nasypało. Ludzie tunele kopali, aby z domu wyjść. Zapasy żywności zaczęły się kończyć, głód do rodzin chłopskich zajrzał. W chatach zimno było, ludzie musieli spać z bydłem, aby ogrzać się od zwierząt choć trochę.
- Musimy do wiosny wytrzymać - powtarzali wszyscy.
Stanisław powiedział chłopom, aby brali z lasu tyle drzewa, ile potrzebują. Zapewnił ich, że hrabia im zezwolił i żadnej kary za to nie poniosą. Ucieszyli się i po rękach z wdzięczności go całowali, a jemu serce pękało z żalu nad tą niedolą, z jaką zmagać się musieli.
Stanisław hrabiego o to drzewo dla chłopów wyprosił. Zastanawiał się potem często, skąd miał tyle odwagi, aby wielmożnego pana o to prosić.
Zapasy chrustu dawno się już pokończyły, więc to drzewo zbawienne dla nich było, ale nie wszyscy mieli paleniska w chatach. Tym było najtrudniej. Trzeba chałupy przebudować, w każdej palenisko musi być - pomyślał. Taki plan na przyszłą zimę Stanisław ułożył. Cały czas o tym myślał, ubolewając nad losem ubogich.
Pewnego poranka do drzwi ktoś głośno zaczął walić i nie czekając na pozwolenie, wszedł do chałupy.
- Panie sołtysie! - krzyczał od progu Kowalik.
- Co się stało!? - zapytał Stanisław i szybko wyskoczył z łóżka.
- Kurek, mąż Anny, do przerębla wpadł! Chciał ryb nałowić i nieszczęście się stało!
Głód ludzi powoli zabija! - pomyślał z rozpaczą i strachem.
- A co z Anną?! - krzyknął.
- Nad rzeką jest! Za mężem rozpacza! - odrzekł Kowalik.
Stanisław kożuch na siebie narzucił i pobiegł nad rzekę, nie zważając na gościa.
Zobaczył Annę w samej sukience, lamentującą nad ciałem męża. Ściągnął kożuch i okrył dziewczynę. Podniosła głowę, spojrzała na niego i okrycie z siebie zrzuciła. Dalej rozpaczała, nie bacząc na zimno. Tuliła ciało zmarłego męża, którego chłopi wyciągnęli z przerębli.
Chyba jednak go kochała, a ja tak długo o niej marzyłem. Byłem pewny, że nadal mnie miłuje, tylko pod przymusem żoną innego została - pomyślał Stanisław ze smutkiem. Żal mu się zrobiło. Smutek go ogarnął, że utraconą miłość na zawsze pożegnał.
Kobiety wzięły Annę pod rękę i choć się opierała, zaprowadziły do chałupy. Tam czekało na nią zapłakane dziecko. Chłopczyk nie rozumiał, że ojca stracił. Do matki się przytulił, a ona do niego. Sami w wielkim bólu na świecie zostali.
Stanisław wrócił do domu. Wcześniej nakazał najsilniejszym chłopom przyjść do niego. Gdy się zjawili, powiedział:
- Grób wykopać trzeba. Mróz ziemię skuł, więc nie będzie łatwo. Najpierw zaniesiemy na cmentarz drzewo, rozpalimy ognisko, aby ziemię rozgrzać. Grób kopać trzeba, czasu nie ma - powtórzył, nie wiadomo dlaczego.
Cały dzień w ciszy pracowali, a pomimo wysiłku niewielki dół powstał. Ziemia była tak zamarznięta, że zaprzestali kopania na głębokości dwóch łokci. Musiało to wystarczyć, ciemno się zrobiło, a drzewa do ogrzewania ziemi już brakło. Późną nocą do domu się rozeszli.
Stanisław do rana rozmyślał o tym, co się wydarzyło. Było mu wstyd przed sobą, że męża Anny nienawidził. Nic złego mu przecież nie zrobił. Ojciec żenić mu się kazał, to musiał rodzica słuchać, nie było w tym jego winy. Głód we wsi nastał, starał się rodzinę nakarmić i dlatego zginął.
Stanisław wstał wcześnie, troska o chłopów nie pozwalała mu spać. Muszę dziś do dworu pojechać, przywieźć chociaż trochę zboża - postanowił. Jak mam się odważyć i hrabiego o zboże prosić? Muszę stawić temu czoło, bo do wiosny niewielu dożyje.
Ciężko od stołu wstał, zbyt ciężko jak na tak młodego człowieka. Bezsilność go przytłaczała, tyle biedy i głodu wokoło było. Sam zjadał dwa skromne posiłki dziennie i cały czas odczuwał głód.
- Żeby zimę przeżyć, trzeba oszczędzać - powtarzała wciąż Janowa.
Nazajutrz odbył się pogrzeb. Kobiety lamentowały bardziej niż zwykle, bo każda myślała o tym, że na miejscu zmarłego jej chłop mógł leżeć. Ryzykowali wielokrotnie, żeby rodzinę od śmierci głodowej ochronić.
Anna nie płakała, stała nad trumną męża i tuliła do siebie dziecko. Żal było na nią patrzeć, taka bezradna się wydawała. Ksiądz prosił o pomoc dla wdowy. Pogrzeb był krótki, a po pogrzebie Anna zaprosiła żałobników do domu.
Stanisław pierwszy raz przekroczył próg chaty ukochanej. Bieda straszna, siennik na podłodze leżał chustą przykryty, pod oknem stała jedna skrzynia, a w rogu mała kołyska, to wszystko. Rodzice Anny i jej męża byli tak samo ubodzy jak ona, niewiele młodym mogli pomóc. Udekorowała izbę jak potrafiła: wycinanki na skrzyni, kwiatki w małym oknie, ale ubóstwo wyzierało z każdego kąta.
Poczęstunek był biedny, jednak nikt się nie dziwił, bo wszystkim jednakowa bieda doskwierała. Anna niewiele mówiła, siadła w kącie przy kołysce z dzieckiem w objęciach. Zupełnie nieobecna się wydawała. Patrzyła pustymi oczami przed siebie.
Chłopi zmarłego wspominali, każdy dobre słowo o nim powiedział. Stanisław nigdy z nim nie rozmawiał, więc nic rzec o nim nie mógł, pożegnał wdowę i chatę opuścił.
Wyszedł na drogę w to mroźne styczniowe popołudnie. Słońce mocno świeciło, promienie pięknie odbijały się w śniegu. Było tak pięknie, jakby przyroda chciała zrekompensować ludziom to nędzne życie na ziemi.
Wszedł do swojego domu. U niego jak w pałacu było. Stół zbity z desek, na nim leżał kolorowy obrus, przy stole stały krzesła, a w rogu łóżko piękną kapą okryte.
Usiadł na stołku i zadumał się nad ludzkim życiem. Młody był, ale już zwątpił w Boga, ludzi i bliskich. Napił się tylko wody i bez kolacji spać się położył.
Sen miał niespokojny, śnił mu się zmarły mąż Anny. Do lodowatej wody go ciągnął i próbował utopić. Walczył z nim zaciekle. Obudził się wystraszony i zmarznięty, bo podczas niespokojnego snu zrzucił z siebie pierzynę. Wstał i podniósł ją, położył się znowu, próbując zasnąć.
Sen mara, nie będę o nim rozmyślał, lecz muszę o Annę zadbać, bo z głodu z dzieckiem umrze - pomyślał. Zlecę Janowej, aby jedzenie jej zanosiła, tak długo, dopóki ciężko będzie - postanowił.
Po chwili na kobietę krzyknął, by mu strawę przyrządziła.
Janowa pomagała w domu i w gospodarstwie. Stara już była, miała koło pięćdziesięciu lat, bezzębna, ale wesoła, pracowita i dobra. Zawsze na niego czekała, dzięki niej nie czuł się taki samotny, jakby matkę po trosze miał.
DWA LATA PÓŹNIEJ
Janowa często napominała, że czas się żenić. On o tym myśleć nie chciał. Miał powodzenie u dziewcząt. Panny ze wsi za nim wzrokiem wodziły, a i te z dworu do niego często zagadywały. Panienki o gospodarstwo go wypytywały, ale on tylko grzecznie im odpowiadał, czasami zażartował i na tym się kończyło.
Zdarzało się też, że przejeżdżał koło domu Anny. Widział, jak po podwórzu się krząta, a mały chłopiec bawi się przy niej. Jednak już o niej, jako o żonie, nie marzył. Pamiętał, jak za mężem rozpaczała. Kochała go, a ta świadomość wszystko w Stanisławie zmieniła.
Wiedział, że Anna zatrudniała się do różnych prac. Jak w polu roboty nie było, to do dworu chodziła i w kuchni pomagała, niekiedy nawet pozwalali jej pokoje sprzątać, zwłaszcza gdy oczekiwano dużo gości. Cieszył się, że zajęcie ma i czas biedy już za nią.
Pewnego popołudnia Stanisław jechał z dworu, nawet konia nie gonił jak zwykle. Była piękna pogoda, ciepło i bezwietrznie. Myślał o swoich zwierzętach, bo dwie klacze na dniach oźrebić się miały. To teraz zaprzątało mu głowę.
Zobaczył ją z daleka, podjechał bliżej i zsiadł z konia.
- Dzień dobry, Anno, z dworu wracacie? - zapytał grzecznie.
- Tak - odpowiedziała, czerwieniąc się.
Głowę szybko opuściła, żeby nie zauważył rumieńca na jej twarzy.
Stanisławowi serce mocniej zabiło. Ciągle ją kochał, najchętniej by ją chwycił w ramiona, ale musiał się opanować, choć z trudem mu to przyszło.
- Dwa lata będzie, jak męża pochowałaś, może pomóc ci mogę?
- Cały czas nam pomagasz. Janowa dba o nas. Już dawno chciałam ci podziękować, lecz odwagi nie miałam.
- Nie musisz dziękować, przecież wiem, jak ciężko ci jest.
- Jest mi ciężko, bo to moja wina, że on nie żyje. Tyle łez od tego czasu wylałam, a ulgi nie czuję. Boga codziennie o wybaczenie proszę, ale dla mnie odkupienia nie ma - powiedziała smutnym głosem.
- Co ty mówisz, dziewczyno! Nie możesz się obwiniać, przecież to wypadek był!
- Ja go tam wysłałam po te ryby. Głodni byliśmy, gdyby nie ja, żyłby przecież - odpowiedziała drżącym głosem kobieta.
Zrozumiał, że ta wielka rozpacz to nie miłość do zmarłego, tylko wyrzuty sumienia. Chwycił ją za ręce.
- Nie zadręczaj się i Boga nie bój. On wie, że serce masz czyste i śmierci męża nie chciałaś. Nie twoja wina, że zima wcześniej się zaczęła i taka sroga była. Każdy szukał żywności, jak umiał, wielu z głodu pomarło i Bóg na to patrzył.
- Nie bluźnij! - Ze strachem na niego popatrzyła, ale też pierwszy raz od wielu dni z ulgą odetchnęła i na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- Kochałaś go? - zapytał.
- Nie kochałam, ale szanowałam. Dobry był dla nas -odpowiedziała.
- Czy mógłbym was kiedyś odwiedzić? Poznać twojego synka?
- Przyjdź, ale wieczorem, bo całymi dniami pracuję. Matula i ojciec Antosiem się zajmują.
- Jutro was odwiedzę! - krzyknął uradowany.
Nie mógł się doczekać tych odwiedzin. Następnego dnia od rana podśpiewywał.
- Co to sołtys dzisiaj taki wesoły? - zapytała Janowa.
- Czy to Janowa za ciekawa nie jest? - odpowiedział lekko.
- Dawno sołtysa w takim humorze nie widziałam, to i ciekawość we mnie się pojawiła.
- W odwiedziny idę.
- Do kogo w te odwiedziny, może w konkury jakie? - zadała pytanie.
- Do Anny idę, synka dzisiaj jej poznam - odpowiedział szczerze.
- Nareszcie sołtys się obudził. Od lat na was patrzę i zastanawiam się, kiedy te męczarnie przerwiecie. Sołtys smutny, ona nieszczęśliwa. Ciężko było na was patrzeć.
- Jak widziałaś to, dlaczego nic nie rzekłaś?! - prawie krzyknął.
- Jak to nie rzekłam?! Gdy o Annie chciałam coś powiedzieć, to sołtys zaraz krzyczał, że słuchać tego nie chce i z domu wybiegał, a teraz do mnie pretensje ma!
- To prawda, nie chciałem słuchać o niej, bo wielki żal we mnie był, lecz teraz to się zmieniło. Nie gniewaj się na mnie, wiesz przecież, że czasami porywczy jestem - powiedział ze skruchą.
- Nie gniewam się. Młody jesteś i życie nie raz cię jeszcze doświadczy.
- Tego Janowa niech mi nie życzy - odrzekł z udawaną złością.
- Przecież wiesz, że złego ci nie życzę. Tak tylko palnęłam, toć nie da się przejść suchą nogą przez życie. Ja sama wiele złego doświadczyłam. Cieszę się, że z Anną się pogodziłeś, bo jesteście stworzeni dla siebie - powiedziała ugodowo.
Słońce już zachodziło, gdy stanął przed drzwiami jej chaty. Nawet nie musiał pukać, bo Anna szybko mu otworzyła. Włosy miała upięte do góry, policzki lekko zaróżowione. Patrzyła na niego i uśmiechała się wesoło.
- Wejdź do środka - zaprosiła go, pokazując ręką na izbę.
Wszedł do środka i zobaczył jej synka. Bawił się na podłodze i na jego widok zaśmiał się głośno.
- Mogę go wziąć na ręce? - zapytał Annę.
- Możesz. Zobacz, jak się do ciebie śmieje, chyba cię polubił - rzekła.
Wziął dziecko na ręce i przytulił chłopca do siebie. Tak długo o tej chwili marzyłem - pomyślał szczęśliwy.
- Podobny jest do ciebie - stwierdził Stanisław, patrząc na kobietę.
- Wszyscy tak mówią. - Uśmiechnęła się.
- Masz, to dla was. - Wręczył jej paczkę.
- Dziękuję - powiedziała, odkładając podarek.
- Zobacz, co przyniosłem.
Rozwinęła papier i ujrzała kubraczek z wełny dla synka i kolorową chustkę dla siebie.
- Piękne rzeczy przyniosłeś, ale niepotrzebnie się wykosztowałeś - powiedziała zawstydzona.
- Chciałem sprawić ci prezent. Przyjmij go i zrób mi przyjemność.
Od tego dnia spotykali się często. Stanisław myślał tylko o Annie i marzył, aby została jego żoną. Po trzech miesiącach spotykania, postanowił zapytać ją, czy wyjdzie za niego, swatów do tego nie potrzebował. Tego wieczoru ubrał się elegancko, do kieszeni włożył pierścionek i poszedł do dziewczyny.
Czekała na niego jak zwykle. Nim zbliżył się do domu, stała już w drzwiach i witała go z uśmiechem.
- Anno, kocham cię - powiedział na przywitanie.
- Od śmierci męża, ale i za jego życia tylko o tobie myślałam - szczerze mu odpowiedziała, patrząc w jego oczy.
- To wesele będzie! - zakrzyknął szczęśliwy.
Objął dziewczynę i podniósł ją wysoko. Potem kręcić się z nią zaczął. Śmiali się głośno oboje. Włożył jej pierścionek na palec.
- Piękny! Jakie cudeńko! - zawołała z radością.
Pobrali się wkrótce. Stanisław Antosia kochał całym sercem, a Annę na rękach nosił. Rozpieszczał ich, jak tylko mógł. Jednak pewnego dnia jego ukochana zachorowała. Pojawiła się gorączka i kaszel. Lekarz i znachorka byli bezradni. Błagał żonę, aby z chorobą walczyła i o miłości ją zapewniał.
Ona prosiła go o opiekę nad Antosiem, gdy jej już na świecie nie będzie. Rozpaczała, że nie chce umierać i ich opuszczać. On obiecywał jej wszystko, o co tylko prosiła, nawet lekarza z Krakowa ściągnął, aby ją ratował. Na nic to się jednak zdało, wkrótce zmarła.
Po roku małżeństwa wdowcem został. Antosiem zajęła się Janowa, bo Stanisław w pijaństwo popadł. Wszędzie mu źle było, szalał z rozpaczy. Dziewki wykorzystywał i porzucał.
Całymi dniami nosiło go po okolicach, konie pod nim padały, a jemu to było obojętne. Przecież to miłość do tych zwierząt pomogła mu przetrwać pierwsze niepowodzenia i rozczarowania.
Lata mijały, a Stanisław w pijaństwie się zatracił. W ciągu dnia sprawy hrabiego załatwiał, a wieczory w gospodzie spędzał.
Pewnego późnego popołudnia inaczej niż zwykle uczynił i do karczmy nie wstąpił. Tego dnia Janowa przy śniadaniu nie wytrzymała i w końcu powiedziała mu, że jest pijak i nicpoń. Przecież obiecał Annie jej synem się opiekować, a on tylko za dziewkami jak pies za suką lata.
- A chlejesz jak jakaś świnia! - dodała na koniec ze złością.
Zagroził jej, że ją odprawi i wyszedł z chaty wściekły na cały świat. Wskoczył na konia i galopował po okolicy bez celu.
Rację ma - myślał. Co ja ze swoim życiem zrobiłem? - pytał sam siebie. O chłopcu zapomniałem. "Głodny nie jest, opiekę ma, wystarczy", usprawiedliwiałem się, a on miłości przecież potrzebuje.
Dojechał nad rzekę i usiadł.
Zmienić się muszę - postanowił. Gdy nad sobą rozmyślał, usłyszał płacz dziewczyny. Ciekawość się w nim obudziła i poszedł w kierunku nadbrzeża. Kto tak rozpacza? - zastanawiał się.
Nad rzeką zobaczył nagą dziewczynę. Zapragnął tej nieznajomej tak mocno jak przed laty Anny.
NIEZNAJOMA
Nie mógł się doczekać wiadomości na jej temat. Czy sama jest, czy może zamężna? - rozmyślał i przeżywał katusze. Kazał Kowalikowi się wszystkiego o niej dowiedzieć i teraz go wyglądał. Minęło już wystarczająco dużo czasu, aby mężczyzna z wiadomościami przyjechał. Zobaczył go, jak nadjeżdżał. Przed chatę wybiegł, bo z ciekawości nie mógł się powstrzymać.
- I co mi powiesz? - zagadnął Kowalika.
- To stara panna jest, ze trzydzieści lat ma. Głowy to ty sobie nią nie zawracaj, w domu tylko do roboty ją gnają. Matka posagu dla niej nie ma, żadnemu kawalerowi rodzice nie pozwolą na ożenek z taką - powiedział z lekceważeniem w głosie.
- Ja rodziców nie mam i nikt zabronić mi nie może! Jutro w oświadczyny jedziemy!
- Za stara dla ciebie jest! Co z tobą?! Każdą możesz mieć, tyle młódek na ciebie zerka! - krzyczał ze zdumieniem Kowalik.
- Albo ta, albo żadna! Szykuj się nazajutrz do wyjazdu! Moim swatem będziesz! - powiedział Stanisław głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Kowalik znał ten ton. Wiedział już, że sołtys podjął decyzję i nic ani nikt jej nie zmieni.
- W swaty to w czwartek lub w sobotę wypada jechać - powiedział Kowalik. - Obyczaje naszych ojców szanować trzeba - dodał.
- Jedź dziś i zapowiedz, że w czwartek do nich przyjadę. Tylko nie mów dlaczego. Niech na gościa czekają!
Kowalik konia zawrócił i pojechał do wioski zawiadomić rodzinę Marianny, że sołtys do nich zawita.
Nadszedł czwartek. Późnym popołudniem z pól wracali chłopi. Czas już nadszedł, by w odwiedziny jechać. Stanisław ubrał się odpowiednio, jak na taką uroczystość przystało. Zapakował do kosza butlę okowity i paczkę z podarkiem dla dziewczyny. Jak z nami wypiją, to dziewczyna moja będzie - pomyślał.
Czekał na Kowalika, który miał być swatem, a może i drużbą na jego weselu. Zobaczył go, jak szybkim krokiem zbliża się do domu. Ucieszył się bardzo, bo pilno mu było jechać. Pannę chciał jak najszybciej zobaczyć.
Chwilę później ruszyli przed siebie, wóz toczył się wolno. Drogi pełne dziur, więc przyspieszyć nie było jak.
Co ten Stasiek robi? Tyle młódek wokoło, a on jedzie po pannę w latach leciwą i bez posagu. No cóż, jak na swata przystało, będę zachwalać przyszłego zięcia i wódkę dam, jak wypijemy, to po sprawie będzie. Pierwsze to moje swaty, trochę nerwy mnie biorą - rozmyślał Kowalik, czując strach w ciele.
- Szybciej, Kowalik! Co tak wolno jedziemy? - rzekł Stanisław.
- Przecież nie uciekną. Czekają na nas - odpowiedział ze złością.
- Ty mnie nie denerwuj. Dzisiejszy dzień jest dla mnie ważny!
Kowalik wreszcie zrozumiał, że w tych swatach starać się musi, bo jak źle pójdą, to sołtys mu tego nie daruje. Konia pognał, nie bacząc na wyboje, wóz szybciej jechać zaczął.
Jaka ta dziewczyna jest? Czy ładna? Przy świetle księżyca piękną mi się wydawała. Czy mnie przyjmą, czy ona mnie zechce? - różne myśli Stanisławowi się w głowie kłębiły. Zdenerwowany był, ale starał się tego nie okazywać. Nawet Kowalika zagadywał, ale ten, po tym jak go sołtys zrugał, mało rozmowny się stał.
Podjechali pod dom. Gospodarze z synem i jego młodą żoną czekali na nich pod chałupą, ale dziewczyny nigdzie nie dojrzał. Spojrzał w stronę obory stojącej na uboczu. Może tam ją ujrzę - pomyślał. Niestety, tam też jej nie było. Zwrócił uwagę na zabudowania.
Podobnie jak u mnie jest, obora osobno pobudowana - zauważył.
W końcu ją zobaczył, serce szybciej mu zabiło. Szła z wiadrem w ręku, ubrana w szarą, wytartą suknię. Wodę zwierzynie niosła. W ich kierunku nawet nie spojrzała, po chwili zniknęła za drzwiami obory.
Chyba mnie nie chce, nawet ciekawa nie jest - zmartwił się.
NIECIERPLIWE OCZEKIWANIE
- Po co ten sołtys ma do nas przyjechać - mówiła z paniką matka. - Przecież podatki po żniwach zbierają - lamentowała.
- Może ziemię chcą zabrać. Hrabiemu przecież służy - powiedział ojciec.
- Do czwartku w takiej niepewności mamy czekać! Toż to zwariować idzie! - wciąż narzekała.
Syn się nie odzywał. Był bezradny i nie wiedział, co ma powiedzieć, aby jeszcze bardziej jej nie zdenerwować.
- Od razu matka lamentuje, czekać cierpliwie trzeba - powiedziała synowa.
Ona jedna respektu przed świekrą nie czuła. Za lepszą się uważała.
- Trzeba czekać, może jakieś nowe polecenia z dworu tylko będą - zgodziła się z nią matka.
Marianna przysłuchiwała się rozmowie, była ciekawa sołtysa. Młody i z sąsiedniej wioski - tyle o nim wiedziała. Mówiono we wsi, że wszystkie panny za nim wzdychały, a on nawet na żadną dłużej nie popatrzył. Inni zaś powiadali, że ciągle pił i niejedną dziewuchę wykorzystał.
Myślałaby o nim dłużej, ale te rozmyślania nagle przerwała matka, mówiąc do niej nerwowo:
- Marianna, po krowy idź, obrządek trzeba robić.
Wyszła szybko, bo nie chciała jeszcze bardziej jej denerwować. Złość matki i bez wizyty sołtysa była trudna do zniesienia. To czekanie wszystkich nas wykończy - pomyślała dziewczyna.
Nadszedł czwartek. Matka nerwowo chodziła po izbie, bratowa zaś się ładnie ubrała i, radosna jak nigdy, czekała na młodego sołtysa.
- Coś się tak wystroiła?! - powiedziała świekra ze złością. - Jeszcze pomyśli, że pieniądze mamy - dodała już pokorniej.
- Żebraczkę mam udawać? Córką młynarza jestem - odpowiedziała dumnie dziewczyna.
Stara na to nic nie rzekła, tylko do Marianny sucho rzuciła:
- Jak sołtys przyjedzie, to z chaty wyjdź.
Wstyd jej się zrobiło, że jej córka przy synowej jak żebraczka wygląda.
Może jej jaką sukienkę kupić trzeba - pomyślała. Tylko po co? I tak tylko w domu siedzi - szybko tę myśl odgoniła.
Marianna zobaczyła sołtysa. Siedział na wozie, a obok niego ten sam chłop, co przyjazd zapowiedział. Gdy tylko pod chałupę podjechali, to już na niego nie patrzyła. Weszła zaraz do obory, jak matka przykazała. Z daleka tylko zerknęła, gdy po wiadro się schylała. Dłużej je brała niż zwykle, ale nikt jej nie zbeształ, bo wszyscy na sołtysa patrzyli. Ona była nieważna.
Piękny chłopak, nie dziwota, że panny za nim wzdychają - prawie na głos pomyślała.
Zaraz jednak inne myśli w jej głowie się zalęgły: ludzie powiadają, że jak sołtys przyjeżdża, to bieda będzie, bo albo po pieniądze, albo na pole hrabiego na odrobek zagnać. Niełatwe będą z matką następne dni - na samą myśl strach ją obleciał. Najbliższą przyszłość widziała w czarnych barwach.
OŚWIADCZYNY
Gdy dojechali na miejsce, Stanisław szepnął srogo do swata:
- Postaraj się, Kowalik.
Ledwo wysiedli z wozu, a matka Marianny już do chaty ich zapraszała, od progu krzycząc:
- Podatki zapłacimy, ale po żniwach dopiero, żniwa wpierw musimy dokończyć!
Nie domyślają się, po co przyjechałem - pomyślał. Rozejrzał się po izbie i głośno powiedział:
- Ładnie tu u was jest. Palenisko z kominem widzę, a nawet ławę i łóżko drewniane macie.
- Wszystkie oszczędności na komin wydaliśmy, więcej pieniędzy nie mamy - powiedziała wystraszona matka.
- Po pieniądze do was nie przyjechałem - odpowiedział sołtys.
Gospodyni z ulgą odetchnęła i wtedy Kowalik się odezwał:
- O sołtysie na pewno słyszeliście. Wiecie, że zaradny i majętny jest.
- To wszystko prawda! - krzyknęła matka, przypochlebiając się.
- To może na zięcia się nada, bo waszą córkę chce za żonę pojąć. - Mówiąc to, wręczył ojcu dziewczyny butelkę wódki, jak to w zwyczaju było.
Zaległa cisza, wszyscy w osłupieniu to na sołtysa, to na Kowalika patrzyli. Pierwsza matka tę ciszę przerwała:
- Biedni jesteśmy. Marianna posagu nie ma.
- Mnie posag niepotrzebny. Żony potrzebuję i matki dla pasierba. Trzeba dziewczynę zapytać, czy mnie zechce. Gdzie ona?
- Obrządki robi, jak to w gospodarstwie - odpowiedziała matka.
- To trzeba ją zawołać! - Kowalik się zaśmiał.
- Idź po nią. - Matka ojca szturchnęła.
Poczerwieniała na twarzy ze wstydu. Córka w łachmanach chodzi i wiedziała, że sołtys zaraz to zobaczy.
- Na zrękowiny to ona nie jest przygotowana. Właśnie miała inną suknię włożyć, ale oporządzić najpierw w chlewie musiała - skłamała.
To jeszcze sprawę pogorszyło, bo synowa zapytała:
- To ona inną suknię ma?
Matka zaczęła się nerwowo kręcić na stołku, szukała w głowie sprytnej odpowiedzi. Trudną sytuację dla niej przerwało wejście Marianny. Przyszła, nie wiedząc, o co chodzi. Pytającym wzrokiem na matkę spojrzała.
- Za mąż pójdziesz, pan sołtys za żonę cię pojmie - wyjaśniła oschle.
Marianna nie dowierzała, że to naprawdę się dzieje.
- Ja za mąż? Przecież posagu nie mam.
Stanisław patrząc Mariannie w oczy, powiedział poważnym tonem:
- Mnie posag jest niepotrzebny. Jeżeli mnie zechcesz, to zaraz na zapowiedzi dać możemy. Mam pasierba, który matki potrzebuje, a ja żony - powtórzył to, co wcześniej jej rodzicom oznajmił.
Marianna milczała. Myślała, że to jakieś żarty.
- Zechcesz mnie? - zapytał znowu po chwili, bo wciąż na jego słowa nic nie odrzekła.
Stała w milczeniu i patrzyła na matkę. Ta głową na znak zgody wskazała. Zrozumiała wtedy, że to naprawdę się dzieje.
- Tak - odpowiedziała nieśmiało.
Oblała się pąsem, ślicznie jej z tym rumieńcem było. Stanisław wpatrywał się w Mariannę urzeczony jej pięknem.
- Ojciec, wódkę polej! Na dobrą wróżbę, aby się młodym wiodło! - zakrzyknęła matka. - Córko ty moja, toż ty za mąż idziesz, matkę samą zostawiasz! - zapłakała. Udawane to było. Wcale córki nie żałowała, ale tak powiedzieć wypadało.
Marianna popatrzyła na matkę zdziwiona, jednak nic nie powiedziała. Ojciec już wódkę rozlewał i wszyscy za pomyślność i szczęście młodych wypili. Tak, jak obyczaj nakazywał.
Stanisław do wozu poszedł i po chwili wrócił z paczką, kładąc ją przed Marianną.
- To dla ciebie, ubierz się - poprosił.
Dziewczyna zobaczyła śliczną kolorową sukienkę, korale i chustkę. Podszedł do niej i wożył jej pierścionek na palec.
- Piękny! - powiedziała, patrząc na biżuterię. Potem na siebie spojrzała. - Brudna jestem, nie mogę tego założyć. Takie cudeńka... To za ładne dla mnie.
- Jaka suknia ładna! - Bratowa prawie krzyknęła. - Ja od ciebie niczego nie dostałam! - Na męża ze złością spojrzała.
Jednak Mariannę to, co bratowa mówiła, nie interesowało.
- Zaczekajcie! Zaraz wracam! - krzyknęła.
Ubrania w ręce chwyciła i nad rzekę pobiegła.
Po długim czasie oczekiwania wróciła. Ubrana w nową suknię, z czerwonymi koralami na szyi i zarzuconą chustą na ramionach wyglądała pięknie. Rozpuszczone, jasne, jeszcze wilgotne włosy twarz jej okalały. Nawet matce ładna się wydała.
Stanisław czuł, że pokochał tę pannę i nie mógł się doczekać, kiedy w ramiona ją weźmie. Pamiętał, jak nad rzeką płakała i lamentowała, że nie ma sukienki, korali i chustki. Dlatego z prezentem dla niej przyjechał.
Matce nie spodobało się, że suknię córce przywiózł. Urągało to jej i poczuła się upokorzona. Wiedziała jednak, że na to zasłużyła, bo o córkę nie dbała i sołtys musiał się o tym od ludzi dowiedzieć. Pierwszy raz w życiu wstyd poczuła.
Marianna promieniała, pięknie ubrana, jak na narzeczoną sołtysa przystało, stanęła blisko niego. Stanisław wziął ją w ramiona i posadził na wozie. Pojechali do księdza dać na zapowiedzi. Nie dowierzała swojemu szczęściu, że taki piękny młodzieniec ją za żonę zechciał.
- Starsza od ciebie jestem - powiedziała ze strachem.
Lepiej teraz niech mnie zostawi niż później, jak już ludzie się dowiedzą. Takiego wstydu nie zniosę, i tak już palcami mnie wytykają - pomyślała z trwogą.
Usłyszał smutek i strach w jej głosie.
- Nie przeszkadza mi to. Podobasz mi się taka, jaka jesteś - odpowiedział z uśmiechem i pocałował ją w rękę.
Marianna szczęśliwa i uspokojona na chłopaka popatrywała, a jego pocałunek wzbudził w niej nieznane emocje. Zakochała się w nim bez pamięci.
MARIANNA - NOC POŚLUBNA
Noc poślubna była piękna, nawet w marzeniach tak sobie jej nie wyobrażała.
Mąż do chaty na rękach ją wniósł. W izbie kwiatami pachniało, bo cała była nimi przystrojona. Łóżko drewniane, materac mięciutki i pościel miła w dotyku. Wszystko to dla Marianny niezwykłe było, jak z jakiejś bajki.
U rodziców na podłodze spała, na materacu wypchanym sianem. Nawet ciepłego przykrycia nie miała. Nocami marzła, przez co czasami do rana usnąć nie mogła. Matula z ojcem łóżko mieli i ciepłą pierzynę.
Pewnego razu wcześniej wstali, a ona na chwilę do ich łóżka się wsunęła. Poczuła się jak w niebie. Matka na to weszła i za włosy ją z tego łóżka wyciągnęła i zapowiedziała, że jeśli to się powtórzy, to do obory ją z domu wyrzuci i z krowami mieszkać będzie. Może to i lepiej by było - pomyślała wtedy. Po chwili przeprosiła matkę i zrobiło jej się wstyd. Pomyślała, że chyba źle zrobiła, wchodząc do łóżka rodziców. Matka może miała rację, że się na nią rozgniewała.
Takie wspomnienia z rodzinnego domu w tej chwili się w jej głowie pojawiły. Otrząsnęła się z tych myśli i zaczęła się rozglądać po izbie.
Stanisław świece zapalił, podszedł do niej i rozplótł jej włosy. Marianna na wszystko mężowi pozwalała. Śmieszyło ją trochę, że mu to nie wychodziło. Chciała mu pomóc, ale nie zgodził się. Gdy włosy miała już rozpuszczone, rozebrał ją powoli i długo na nią w milczeniu patrzył.
- Piękna jesteś - usłyszała zduszony głos męża.
Wiedziała, że ciało ma młode i ładne. Pozwoliła mu na to patrzenie i wstydu nie czuła. Przez długą chwilę stał zauroczony, potem do łóżka ją zaniósł.
Leżała szczęśliwa, przyglądając się mężowi, a on zaczął się rozbierać. Czy to aby nie sen? - pomyślała ze strachem.
Spojrzała na męża, a on w stronę łóżka już szedł. Położył się przy niej. Ciało miał chłodne, objął ją i obsypał pocałunkami. To, co się później wydarzyło, bardzo jej się spodobało. Kobiety ją przestrzegały, że to boli, że to nieprzyjemny obowiązek, a ona pomimo bólu była zadowolona.
Czyżby matka miała rację, mówiąc często, że jestem nic nie warta? Może dlatego, że to, co dla innych kobiet wstrętne jest, mi przyjemne się wydaje - pomyślała. Znowu przeszłość i srogie wychowanie dały znać o sobie. Wystraszona zasnęła w objęciach męża.
MARIANNA - ODRZUCENIE
Obudziła się wcześnie i zaczęła nasłuchiwać. Mąż rzucał się przez sen i mówił na głos. To, co usłyszała, zmroziło jej krew w żyłach.
- Kocham cię, Anno - powtarzał wielokrotnie.
Rano wstał, szybko się ubrał i chatę opuścił. Podeszła do okna i zobaczyła, jak biegł w stronę stajni.
Nie kocha mnie, jeszcze nieboszczkę w sercu ma! Dlaczego mnie poślubił?! - myślała zrozpaczona.
Matka często sprawiała jej ból. Wtedy z żalu i niesprawiedliwości często płakała. Lecz to, co czuła teraz, z niczym porównać się nie dało. Rozpacz jej serce rozrywała, drżała na całym ciele, choć w izbie ciepło było. Niczego już nie rozumiała. Wczoraj o miłości tak pięknie mówił, a dzisiaj uciekł od niej, jakby zarazą była.
Ubrała się i rozejrzała po izbie. Nie wiedziała, co ma ze sobą począć w tym obcym domu. Usiadła na stołku i czekała, sama nie wiedziała na co. Bezradna płakać zaczęła.
- Macocho, nie płacz - usłyszała piskliwy głosik. - Czy ty chora jesteś? - zapytało dziecko.
- To ty, Antosiu?
Spojrzała na chłopca, na jego bladą twarzyczkę. Niebieskie oczy z ufnością na nią patrzyły. Opanowała się i przestała płakać. Przytuliła dziecko do siebie.
- Chora jestem, nogi mnie bolą, za dużo wczoraj tańczyłam - skłamała. - Na pewno głodny jesteś, śniadanie zaraz zrobię - dodała i pogłaskała Antosia po głowie.
Zajrzała do komory. Jedzenia było tyle, że można by przez miesiąc wykarmić całą wioskę. Wzięła misę kaszy ze skwarkami i nałożyła to do mniejszej miseczki. Antosiowi łyżkę podała, drugą sobie wzięła i razem do posiłku usiedli. Marianna tylko udawała, że je, bo z żalu nawet kęsa przełknąć nie mogła. Dziecko badawczo jej się przyglądało, a ona uśmiechała się do niego.
Janowej nie było, pojechała do chorej ciotki. Już dawno chciała ją odwiedzić, lecz opieka nad Antosiem jej na to nie pozwalała. Zaraz po weselu wyjechała z siostrzeńcem. Poprawin nie było, bo Marianna nie chciała.
- Wesele wystarczy - prosiła Stanisława przed ślubem.
Zgodził się na to, bowiem wiedział, że i z wesela się nie cieszyła, ponieważ marzyła o skromnej uroczystości. Poszedł na ustępstwo i nawet długo się nie opierał.
Marianna teraz myślała, że dobrze zrobiła, przecież jak by to wyglądało, że pana młodego nie ma, bo z domu po nocy poślubnej uciekł. Znowu ludzie by się z niej wyśmiewali, a ona już siły z ludzkimi językami walczyć nie miała. Stanisław dzisiaj tę resztkę mocy jej odebrał.
- Macocho, będziesz się ze mną bawiła? - Głos Antosia wyrwał ją z zamyślenia.
- Kolegów nie masz? - zapytała, spoglądając na chłopca.
- Nie mam. Dzieci się ze mnie śmieją, bo sierotą jestem.
Żal nad tym malcem ścisnął serce Marianny. Wiedziała, jak boli odrzucenie, nawet dzisiaj go doświadczyła.
- Będę się z tobą bawiła. Od dziś zaczniemy - powiedziała.
To obce dziecko dało jej odrobinę szczęścia. Czuła się potrzebna na tym świecie.
- Co będziemy robić? - zapytał Antoś.
- Do lasu pójdziemy i poszukamy ziół na bolącą nogę.
Po śniadaniu wzięła chłopca za rękę i wyszli z domu.
Weszli do lasu i szli tak przed siebie. Marianna była zamyślona, a dziecko paplało. Niewiele z tego, co mówiło, pamiętała, bo bez przerwy o mężu myślała.
- Macocho! Macocho! Tutaj iść nie można! Uciekajmy! - krzyczał przerażony Antoś.
- Dlaczego? - zapytała Marianna.
- Bo tu wiedźma mieszka! Głupia Kaśka! - krzyczał nadal chłopczyk.
Marianna przyjrzała się chacie. Wszędzie panował porządek, a mała koza beczała głośno.
- Nie bój się, nie ma na świecie wiedźm, są tylko biedni ludzie. Nikt ci krzywdy nie zrobi - uspokajała chłopca.
- A cóż to, świeżo poślubiona żona w lesie, a nie u boku męża? - usłyszała melodyjny głos.
Odwróciła się i zobaczyła kobietę. Włosy rozczochrane spod chustki wychodziły, ale za to oczy dobre na nią patrzyły.
Taka starucha, a białe zęby w uśmiechu pokazała - pomyślała zdziwiona. Jak jej się bliżej przypatrzyła, to nie wydawała jej się już tak bardzo stara. To przez te łachmany tak wygląda.
Ja sama też niedawno w takiej sukni chodziłam - przypomniała sobie.
- Inną kocha - odpowiedziała smutno.
- Macocho, do domu! - krzyczał nadal Antoś.
- Idź do domu. Dziecko się boi, a że inną kocha, nie bacz na to. Ty teraz gospodynią jesteś, i tak będziesz miała lepiej niż w rodzinnym domu. Słyszałam wiele o tobie, choć w lesie mieszkam.
- Już wracamy - uspokajała Marianna chłopca.
- Ciebie mąż miłuje, może jeszcze o tym nie wie lub boi się tej miłości. Bądź cierpliwa, a usłyszysz od niego, że cię miłuje - pokrzepiła ją staruszka z lasu.
- Dziękuję za dobre słowo - powiedziała sołtysowa i razem z chłopcem ruszyli z powrotem do domu.
Wrócili bez ziół i Antoś ubolewał, że nie mają czym leczyć chorej nogi macochy. Marianna uspokoiła go, że ją już nie boli.
Podbudowały ją słowa głupiej Kaśki. Ludzie tak na nią mówili, niesprawiedliwie oceniając. Marianna wiedziała, że to mądra i dobra kobieta. Odtąd, gdy tylko ją zobaczyła, zawsze podeszła i kilka słów z nią zamieniła. Ludzie się dziwowali, o czym żona sołtysa z taką wariatką rozmawia. Pamiętała to pierwsze spotkanie i wdzięczna jej była za rady udzielone w lesie. Okazały się mądre i dodały jej otuchy. Kaśka miała rację, że lepiej jej było pod dachem męża niż u rodziców. Tutaj choć Antoś ją pokochał.
Wieczorem Stanisław wrócił do domu, ale na żonę nawet nie spojrzał. Legł na podłodze i tak zasnął. Noc miał spokojną. Anna mu się nie śniła. Uspokojony tym wstał i podszedł do Marianny, ale ona odsunęła się od niego. Zobaczył w jej oczach żal i łzy.
Poruszony tym widokiem, szybko wyszedł z domu. Wiedział, że ją skrzywdził. Cóż jednak miał jej powiedzieć? Że zmarłej obiecał ją przegnać? Wyrzuty, że Annę zdradził, zaczęły go powoli niszczyć. Opętały go jakieś demony, poradzić sobie z nimi nie mógł.
Dni mijały, a w ich życiu nic się nie zmieniło. Stanisław rankiem wychodził i wracał do domu dopiero wieczorem. Często pijany. Ludzie się śmiali, że "stara żona" szczęścia mu nie dała. Taki przydomek we wsi dostała Marianna.
Jej rodzice z początku dumni byli z takiego wyróżnienia. Samego sołtysa za zięcia mieli. Szybko jednak plotki do nich dotarły. Ludzie mówili, że Stanisław z własnego domu od starej żony ucieka. Matka poczuła się upokorzona i o córce więcej słyszeć nie chciała.
Marianna często płakała, ale Antoś zawsze miłe słowo jej powiedział i to pomagało przetrwać jej ten ciężki czas. Chłopiec pokochał macochę jak własną matkę, tulił się do niej, a ona tę szczerą miłość odwzajemniała. Troszczyła się o niego. Gdy upadł, łzy mu ocierała, chłopaków goniła, jak mu dokuczali.
Powoli przywykła do tego, że choć zamężna, to samotna była. W domu zawsze czysto, w zimne dnie i noce ognia pilnowała. W pole do pracy chodziła i nad rzeką prała, ale grupy kobiet omijała. Nie chciała ich docinek słuchać, bo przykrości jej nigdy nie szczędziły.
BOŻE, BYM CHOĆ DZIECKO MIAŁA!
Była połowa marca, a upalnie jak w maju. Już kilka dni z rzędu słońce mocno grzało. Ludzie się cieszyli, bo pragnęli ciepła po mroźniej zimie. Takiego marca nawet najstarsi mieszkańcy wsi nie pamiętali.
Pewnego dnia Marianna w pole do pracy wyszła, ale ziemia była jeszcze za twarda. Zrezygnowała i wróciła do pustej chaty. Antoś bawił się z dziećmi na polu.
Samotność ją dziś bolała bardziej niż w inne dni i wieczory. Zobaczyła Zośkę z dzieckiem na ręku i poczuła wielką zazdrość. Od dawna pragnęła zostać matką. Antosia kochała, ale o swoim dziecku marzyła. W domu miejsca sobie znaleźć nie mogła.
Wzięła czystą sukienkę i skierowała się nad rzekę. Na miejscu rozejrzała się, czy aby ktoś jej nie będzie podglądał. Nikogo nie było, a wokół cisza panowała.
Podeszła do drzewa. Objęła je mocno, głowę do niego przytuliła i gorzko zapłakała.
- Boże, bym choć dziecko miała! - Na głos gorącą prośbę swą do Boga skierowała i modlić się zaczęła.
Zatraciła poczucie czasu w tej modlitwie.
Gdy skończyła, jej oczom ukazał się niezwykły widok. Choć jeszcze widno było, to niebo rozjaśniło się niezwykłym srebrno-niebieskim blaskiem. Skąd to światło się wzięło? - pomyślała zalękniona.
Wokół zrobiło się tak pięknie. Pomyślała, że śni właśnie jakiś cudowny sen. Zmęczona płaczem i oczarowana nieziemskim pięknem, poczuła potrzebę orzeźwienia. Rozebrała się i próbowała wejść do rzeki, lecz woda na kąpiel była za zimna. Cofnęła się i nachyliła się nad powierzchnią. Obmyła ciało spokojnymi ruchami i całą gorycz ostatnich miesięcy z siebie zmywała.
Gdy się odwróciła, ujrzała męża. Przyglądał się jej, a ona dostrzegła zachwyt w jego oczach. Chciała odejść, lecz jej na to nie pozwolił. Wziął ją w ramiona i pod drzewo poprowadził. Usiedli w milczeniu, a później kochali się namiętnie. Żadne z nich słowa nie powiedziało, żeby tej cudownej chwili nie utracić, nie spłoszyć.
Tymczasem wokół nich okręgi z niebieskiego światła się pojawiły, lecz oni zatopieni w sobie, niczego nie zauważyli.
Leżeli długo w objęciach, mąż szeptał jej czułe słowa i o miłości zapewniał. Czuła się taka szczęśliwa. Zapomniała o miesiącach smutku i samotności. Po wszystkim pomógł jej wstać i razem szczęśliwi do domu wrócili. Tę noc spędzili we wspólnym łożu.
Marianna ze szczęścia nie mogła usnąć. Wsłuchiwała się w spokojny oddech męża. Oby ta chwila wiecznie trwała. Ledwie zdążyła tak pomyśleć, a Stanisław zaczął się kręcić i majaczyć. Znowu jakaś mara nocna go nawiedziła.
Obudziła go. Otworzył oczy, spojrzał na nią i z przerażeniem na twarzy z łóżka wyskoczył. Słowa nie mówiąc, ubrał się w biegu i uciekł z chałupy. Wiedziała, że wszystko, co piękne, już się skończyło. Znowu będzie ode mnie uciekał - pomyślała zdruzgotana. Siadła na łóżku i zapłakała gorzko nad swoim losem.
Miesiące mijały, a Stanisław nadal unikał żony. Marianna od trzech miesięcy niedomagała. Pewnego dnia spotkała pod domem Kaśkę z lasu.
- Co ci jest? - zapytała starucha z troską w głosie.
- Coś niedomagam, straciłam apetyt i słaba jestem - odpowiedziała Marianna.
- Dziecko będziesz miała! - Zaśmiała się Kaśka i w ręce klaskać zaczęła.
Marianna spojrzała na nią z nadzieją.
- Ja dziecko będę miała? Matką zostanę? Powiedz mi, że to prawda być może.
- Na to wygląda. Spałaś z mężem? Kochaliście się? - spytała bez ogródek.
- Już ze trzy miesiące będzie - odpowiedziała.
- Niedługo matką zostaniesz. Dbaj o siebie, w polu za ciężko nie pracuj, bo wiem, że ból chcesz pracą zagłuszyć.
Pogłaskała ją po twarzy i radosna odeszła.
Stanisław z niezadowoleniem patrzył, jak jego żona z wiedźmą rozmawia. Przypomniał sobie, że w lesie, kiedy za Anną rozpaczał, to ona mu się przyglądała. Na jego znamię patrzyła, a potem próbowała go objąć. Wystraszyła go tak bardzo, że pogonił ją precz. Jak dotąd udawało mu się przed obcymi to znamię ukryć, nawet przed Antosiem. Latem koszuli nie ściągał. Niezadowolony był, że wiedźma znała jego tajemnicę.
Gdy Marianna wróciła do domu, od razu ze złością zapytał:
- Co ty masz z tą wiedźmą do czynienia?
- Dobra dla mnie jest i nie jest wiedźmą. Ludzie ją przezywają i krzywdzą przez to - odpowiedziała spokojnie.
Stanisław na to nic nie odrzekł. Niech robi co chce - pomyślał zniechęcony.
Mijały tygodnie. Marianna się zaokrągliła, lekko obrzmiała na twarzy. Mąż zauważył zmianę i pomyślał, że się starzeje. Pomimo zmian dla niego nadal była piękna.
Pewnego razu odwiedziła ich Janowa. Weszła do izby i z uwagą popatrzyła na Mariannę.
- Pani, ty brzemienna jesteś - powiedziała zdziwiona.
Wiedziała, że pan na podłodze śpi. Wszyscy wiedzieli.
Stanisław tego dnia był w domu. Gdy słowa Janowej usłyszał, wstał energicznie od stołu. Mleko, które na stole stało, wylał, a kubek po stole się potoczył i na podłogę spadł. Na żonę patrząc, zapytał:
- Czy to prawda, co Janowa mówi?
- Prawda - odpowiedziała wystraszona.
Ucieszył się. Podbiegł do żony i przytulił mocno. Krótko to jednak trwało, bo coś nim szarpnęło. Jakaś siła dała znać o sobie, pojawiły się w nim straszne wyrzuty, że znowu Annę zdradza. Ból i strach w sercu poczuł, wystraszył się nadchodzącej nocy. Czapkę na głowę włożył i wyszedł. Zamykał się w sobie coraz bardziej i tylko w alkoholu znajdował ukojenie.
Czas rozwiązania szybko się zbliżał. Marianna coraz bardziej się bała - o męża, o Antosia i o siebie. Stanisława całymi dniami nie było, zawsze wracał po nocy pijany, kładł się wtedy na podłodze i od razu zasypiał, głośno chrapiąc. Ona tylko w Antosiu pomoc miała, bo parobcy wieczorami za pannami ganiali, a Janowa po odwiedzinach do swej ciotki wróciła. Zostali sami, ona i Antoś.
Co będzie, jak w nocy rodzić zacznę? - Takie myśli coraz częściej ją nachodziły.
Zima zapowiadała się sroga, mróz wodę na rzece już skuł. Zamartwiała się o Stanisława, aby po pijanemu gdzieś nie zamarzł. Kowalik pilnował go jak syna i zawsze pod drzwi go odprowadzał, ale z pijanymi różnie to przecież bywa.
Zbliżało się Boże Narodzenie, trochę więcej niż tydzień do świąt zostało. Marianna robiła porządki w domu. Wiedziała, że rozwiązanie już blisko, więc spieszyła się z pracami. Odkąd wyszła za mąż, cała gospodarka została na jej głowie. Stanisław chciał do pomocy kilka kobiet jej przysłać, lecz nie zgodziła się na to.
Co by ludzie powiedzieli? Na pewno by o mnie gadali, że wielka sołtysowa jestem - martwiła się plotkami na zapas. Teraz nawet myśleć o sobie nie miała czasu.
Stanisław całymi dniami sprawami dworu się zajmował. Tak tłumaczył swoją nieobecność w domu.
- Sołtysem jestem i obowiązki mam - odpowiadał, gdy żona wyrzuty mu robiła.
Nawet na Antosia patrzyć nie chciał, tylko na głowę czapkę wkładał, na plecy kapotę i z domu wychodził. Ona krowy doiła, w polu pracowała i wychowywała Antosia. Miłości mu dawała za dwoje, za matkę i za ojczyma, który, nie wiedzieć czemu, chłopca unikał.
Tuliła go, bułeczki mu piekła, wiedziała, że to spora rozrzutność, bo głód na wsi panował. Wszystkie krzywdy, jakich doznał w swoim krótkim życiu, chciała mu tym wynagrodzić. Sama do ust nigdy bułki nie wzięła, bo tylko dla Antosia były.
Chłopak pokochał ją całym sercem. W jego oczach była najlepsza i najmądrzejsza. Duma ją rozpierała, że z niego taki dobry i spokojny chłopiec jest. Miłość dziecka była balsamem dla jej zbolałej duszy.
ROK 1694
Grudzień tego roku był niezwykle mroźny, choć niezbyt śnieżny. Chłopi martwili się, że urodzaju w plonach nie będzie, bo zbyt tęgi mróz rośliny wyniszczy.
Marianna w tym dniu pracowała więcej niż zwykle. Dom lśnił czystością, komora była pełna jadła. Szynki i kiełbasy wisiały uwędzone na kijach. Wiedziała, że musi się uwijać, bo na dniach może na świat przyjść dziecko.
Od rana była zdenerwowana i Stanisława z niepokojem wyglądała, lecz on, jak zwykle, omijał dom szerokim łukiem. Przyjdzie nocą, pijany jak zawsze - pomyślała z niechęcią.
Na początku próbowała z nim rozmawiać i wypytywać, co takiego się stało, że wstręt do niej poczuł. Lecz nigdy odpowiedzieć jej nie chciał. Prosiła go, by do domu wcześniej wracał, nawet raz się przy tym popłakała. Wszystko na nic było, zrezygnowana pogodziła się z tym i przywykła do tego, że tylko na siebie może liczyć.
Antosia z podwórka przywołała i zaczęła wieczerzę przygotowywać. Od rana odczuwała lekkie bóle, ale teraz tak mocno ją zabolało, że ledwie się powstrzymała przed krzykiem.
Dziecko na świat się wybiera - pomyślała zaniepokojona. Niepokój i radość zagościły jednocześnie w jej sercu.
Postawiła na stole misę z jadłem i popatrzyła na Antosia. Musiała mu powierzyć trudne zadanie. Był dzieckiem strachliwym, chłopaków ze wsi unikał i zawsze blisko niej starał się trzymać. Dawała mu poczucie bezpieczeństwa.
- Antosiu, jak zjesz, to po babkę Józefkę pójdziesz. Powiesz jej, że czas nadszedł. Będzie wiedziała, o co chodzi - dodała, widząc przerażenie na twarzy chłopca.
Gdy mu to mówiła, strach przed chłopcem starała się ukryć. On jednak wyczuł niepokój w głosie macochy i kolacji nawet nie ruszył. Ubrał się w pośpiechu i pobiegł do Józefki.
Biegł tak szybko, jak tylko mógł, czapkę po drodze zgubił, ale nie zawrócił po nią, bo macocha była najważniejsza.
Wpadł do chaty Józefki i od progu zaczął krzyczeć:
- Macocha powiedzieć kazała...
Zapomniał, co dalej miał powiedzieć i rozpłakał się.
- Nie płacz, już idę do twojej macochy, a ty tu zostań i na nowiny czekaj - rzekła babka Józefka. - Janka, daj mu ciepłego mleka, bo zmarznięty jest okrutnie - zwróciła się do najstarszej córki.
Antoś uśmiechnął się przez łzy. Ucieszył się, że macocha nie zostanie sama. Usiadł na podłodze, dzieci zrobiły mu miejsce koło siebie. Józefka sporą gromadkę ich miała, wśród swoich i jej wnuki się bawiły.
- Tylko mu nie dokuczajcie - powiedziała srogo. - Nie podaruję wam, jak się na was poskarży - rzuciła na odchodne.
Drzwi się za nią zamknęły. Antoś znowu zapłakał, bo bał się strasznie, żeby macochę coś złego nie spotkało. Tylko ją miał, bo ojczyma rzadko widywał.
- Przestań płakać, jeszcze niejedno dziecko macocha urodzi. To dopiero początek - powiedziała Janka, patrząc na swoje rodzeństwo. - Matka zawsze dobre nowiny przynosi - dodała.
To, co mu powiedziała, uspokoiło trochę chłopca.
- Janka, jak długo to będzie?
- Nie wiem. Pierwsze dziecko to może być nawet dwa dni - odpowiedziała poważnie. Dumna była z tego, że taka ważna dzisiaj jest.
- Dwa dni tutaj będę? - zapytał zatrwożony Antoś.
- Dzisiaj zostaniesz na noc. Poczekamy do jutra. Nie martw się już i połóż się tam w kącie - powiedziała Janka i zaczęła dzieci do snu układać.
STANISŁAW - ROZTERKI
Od ożenku z Marianną Stanisław nie był sobą. Dla ludzi stał się nieuprzejmy i do awantur skory. Jakaś czarna strona jego charakteru moc nad nim miała. Gdy furii dostawał, to jego oczy jakby niebieskie iskry rzucały. Ludzie wtedy przed nim uciekali. Z drogi mu schodzili, bo nikt z sołtysem zadzierać nie chciał.
Kochał Mariannę, ale pierwsza żona wciąż w myślach go prześladowała. We śnie przyrzekł jej, że nową żonę z domu wygoni, ale nie mógł tego zrobić, więc sam z niego uciekał. Widział smutek żony i to go zabijało, ale bał się umarłej bardziej niż tej żywej.
Te sny, co go w nocy nawiedzały, coraz bardziej przerażały Stanisława. Nawet pasierba unikał, bo oczami matki na niego patrzył. Wówczas głos jej słyszał i szybko z domu wychodził. Wiedział, że to nie jest normalne, ale wstydził się komukolwiek o tym powiedzieć, bo ludzie okrutni są i jak kogoś za wariata wezmą, to już na zawsze.
Miesiące mijały, a on całymi dniami pracował. Obowiązki sołtysa wykonywał dokładniej, niż od niego wymagano. Wieczorami do karczmy zachodził i tam się upijał. Konno jeździł tak, jakby z koniem jedność stanowili. Przeszkód przed nimi nie było, płoty przeskakiwali w galopie, a jak zły był, to i w grupę wieśniaków miał ochotę wjechać. Budziła się w nim nieujarzmiona dzikość.
Minęła jesień i zima. Nadeszła długo oczekiwana wiosna. Tego dnia ciepło było jak w lecie. Marianna często z domu wychodziła, a to na pole, a to do lasu szła. Czasami widywał ją, jak z wiedźmą z lasu rozmawiała. Zły był wtedy na nią, ale nic nie mówił, bo nie chciał, aby wiedziała, że ją podgląda.
Pewnego marcowego popołudnia widział, jak z pola wraca. Weszła do chaty, jednak po chwili z niej wyszła i skierowała się ku rzece. Udał się za nią, lecz trzymał bezpieczny dystans, żeby go nie spostrzegła. Często tak robił, bo kochał ją i patrzenie na żonę sprawiało mu przyjemność, ale i ból jednocześnie.
Tego dnia poszedł za nią i zobaczył ukochaną, jak przystanęła nad rzeką. Rozejrzała się, ale nikogo nie zauważyła. Przez moment wystraszył się, że go dostrzeże, ale było podobnie jak przed rokiem. Przyglądał jej się ukryty za drzewami. Podeszła do jednego i objęła je, jakby tuliła kochanka. Twarz do drzewa namiętnie przytulała i coś mówiła. Był za daleko, żeby usłyszeć co.
Po chwili pod tym drzewem usiadła i mocno płakała. Długo to trwało, już zamierzał odejść, gdy nagle pojawiło się na niebie niebieskie światło. Marianna też to zauważyła, bo spojrzała w górę i długo w tej pozie stała.
Stanisław nie skupił się długo na tym dziwnym zjawisku, bo dla niego ważniejsza była Marianna. Łzy żony serce jego raniły, a żarliwa modlitwa, jakiej się oddała, wzruszyła go niezmiernie. Widział, jak Marianna rozebrała się i powoli, zmysłowym krokiem zmierzała do wody. Chyba za zimna dla niej była, bo tylko na brzegu stanęła i myć się zaczęła.
Nie pamiętał tego, jak się przed nią znalazł. Patrzył na nią urzeczony jej urodą. Stała przed nim, szczupła i zgrabna, a włosy spadały jej na plecy. Nie była taka jak większość wiejskich dziewcząt, zazwyczaj otyłych i głośnych. Skromna i delikatna, urzekła go tym wdziękiem. Zakochanym wzrokiem jej się przyglądał i poczuł ogromną namiętność, której oprzeć się nie potrafił.
Niebo dalej niebieskim blaskiem lśniło, srebrno-niebieskie promienie z niego padały i ją oświetlały. Ta poświata ciała ich oplotła. Nie mógł i nie chciał tej sile się oprzeć, stał się bezwolny. Wziął ją w ramiona i kochał się z nią namiętnie, jak nigdy z żadną kobietą przedtem. Czuł, że cały strach i rozpacz z niego uchodzi. Radość i spokój zagościły w jego sercu.
Leżeli potem długo. Tulił ją mocno, chciał jej wynagrodzić wszystkie krzywdy, jakich od niego doznała. Mówił jej o tym, jak bardzo ją kocha i jaki jest przy niej szczęśliwy.
Nadszedł wieczór, wstali i objęci wrócili razem do domu. Stanisław pierwszy raz od nocy poślubnej położył się koło żony i usnął w jej ramionach.
Śniło mu się, że Anna znów go odwiedziła i ze złością na niego krzyczała:
- Tak cię kocham, a ty mnie zdradziłeś!
Patrzył na ukochaną kobietę i widział, jak łzy lały jej się strumieniem.
- Wygoń ją! - krzyczała.
- Tak zrobię! - obiecał. Wziął ją w ramiona, czuł jej ciało i słodycz. Poczuł się szczęśliwy.
Obudził się zlany potem, ubrał się w pośpiechu i z chałupy wybiegł.
Nie powinienem się żenić. Anna tego nie chce. Już więcej się do Marianny nie zbliżę - obiecał sobie.
Bał się tych snów okropnie, a wieczorem zamiast wrócić do domu, znowu do karczmy poszedł.
Już na samym wejściu krzyknął do karczmarza, żeby mu wódki przyniósł. Ten butelkę okowity podał i kielich przed nim postawił. Szybko oddalił się od niego, bo spostrzegł, że sołtys jest zły jak osa.
Stanisław jednym haustem wypił cały kielich. Alkohol szybko zadziałał, na twarzy od razu poczerwieniał i tchu mu przez chwilę zabrakło. Rozochocony Maryśkę zawołał. Ta, szczęśliwa, że to ją dziś wyróżnił, z uśmiechem na twarzy koło niego usiadła. Inne dziewczyny z zazdrością na nią patrzyły, bo dogodzić potrafił, jak mało który we wsi, i do tego jeszcze hojny był. Niejedna dziewucha za jego pieniądze korale lub chustkę nosiła.
Poszli razem w pobliskie zarośla i długo nie wracali.
Stanisław sam do karczmy wrócił, Maryśki już przy nim nie było. Nigdy z żadną do karczmy nie wracał. Pił potem bez umiaru. Na koniec półprzytomnego sołtysa Kowalik pod drzwi chaty podprowadzał. Tak było co noc. Czasami jednak na dziewuchy nie patrzył, tylko zaczepki szukał. Wtedy zazwyczaj niewinny obrywał, bo to on sołtysem był i przed nim respekt chłopi mieli.
Ludzie we wsi nienawidzić go zaczęli, ale on o tym nie wiedział lub mu na tym nie zależało. Sam nie wiedział już, kim jest i czego chce. Jakaś okrutna bestia z niego wychodziła.
Tego wieczoru, kiedy jego dziecko na świat miało przyjść, było gorzej niż zwykle. Syn Kowala, Wacław, przeciwstawił mu się, czym sołtysa mocno rozzłościł. Do bójki doszło, ale Stanisław nie dał mu rady, bo chłopak był za silny. Od dziecka w kowalstwie zaprawiony, stąd jego wielka siła pochodziła.
Sołtys przegraną zniósł ciężko, wódki wypił więcej niż zazwyczaj. Do domu wracał wściekły, złorzecząc na cały świat. Nawet Kowalik uspokoić go nie mógł.
- Łuk wezmę i drania zabiję! - pomstował na Wacława.
- To niehonorowo będzie, bo Wacław gołymi rękami cię pokonał - rzekł Kowalik.
Tymi słowami jeszcze bardziej rozzłościł sołtysa.
- Idźże precz ode mnie! - krzyczał i sam do chałupy poszedł.
Kowalik z daleka obserwował sołtysa, czy aby do domu trafi. Zobaczył, że do chałupy wchodzi, to już spokojny do swojej rodziny wrócił.