TO WIADOMOŚĆ NA CZACIE GRUPOWYM RODZINY EVERLYCH. OD mojego ojca.
Tata: Nan jest w karetce.
Moja babcia, Nanette Everly, którą nazywamy pieszczotliwie Nan, od zawsze była dla mnie wzorem do naśladowania. Odkryła we mnie zamiłowanie do sztuki i pielęgnowała je niczym jedną ze swoich ukochanych piwonii. Kiedy miałam sześć lat, zabrała mnie do Art Gallery of Ontario na lekcję rysunku. Siedziałyśmy wśród rzeźb Henry'ego Moore'a ze szkicownikami na kolanach, eksperymentując z cieniami, kształtami i liniami. Kiedy miałam jedenaście lat, nauczyła mnie obsługiwać maszynę do szycia, a gdy byłam w szkole średniej, podarowała mi mój pierwszy aparat fotograficzny. Zawsze starałam się naśladować jej opanowanie, to, jak potrafiła sprawić, że wszyscy wokół niej czuli się dostrzegani - i doceniani. Nan jest bardziej praktyczna niż mapa drogowa i ma niesamowity dar do wychodzenia cało z każdej opresji oraz znajdywania rozwiązań wszystkich, nawet najgorszych problemów. Podziwiam ją równie mocno, co ją kocham.
Tak więc kiedy okazało się, że niefortunnie upadła na zajęciach tanecznych i złamała sobie kość biodrową, zamieniłyśmy wraz z siostrą nasze wieczorne wyjście na drinki na nocowankę w Sunnybrook Hospital, a gdy Nan wymieniono staw biodrowy, zmieniłam swój grafik tak, aby mieć dla niej czas i pomagać jej podczas rekonwalescencji. Padło na mnie, ponieważ ojciec jest w trakcie wyboru członków ławy przysięgłych, zresztą grafik Heather również jest koszmarnie napięty. Jest prawniczką jak tata, w dodatku samotnie wychowuje dziecko. Nasze młodsze rodzeństwo, bliźnięta Luca i Lavinia, są... cóż, to Luca i Lavinia. Kocham ich bezgranicznie, ale mają po dwadzieścia cztery lata i nadal są traktowani przez resztę naszej rodziny jak dzieci.
Rankiem, gdy Nan zostaje wypisana ze szpitala, Heather idzie ze mną, aby pomóc zabrać ją do domu.
- Dziewczyny, macie inne rzeczy do roboty niż opiekowanie się mną - ruga nas Nan, gdy prowadzimy ją do domu, wspierającą się na swoim nowym chodziku.
Jak na osiemdziesięciolatkę, która trzydzieści sześć godzin temu przeszła dość poważną operację, trzyma się zaskakująco dobrze. Cóż, w zasadzie to zawsze dobrze wygląda. Raz w tygodniu układa u fryzjera swoje krótkie włosy, zawsze jest elegancko ubrana i dba o aktywność. Ma nienaganną postawę - do tego stopnia, że za każdym razem, gdy z nią przebywam, odruchowo prostuję plecy, nawet teraz.
- Nie w tej chwili - protestuje Heather. - Muszę być w sądzie dopiero po południu.
- A ja mogę ci teraz poświęcić tyle czasu, ile będzie trzeba - dodaję.
Nan marszczy brwi.
- Czuję się koszmarnie z myślą o tym, że będziesz go marnotrawiła na zajmowanie się taką staruszką jak ja, Alice. Masz przecież własne sprawy, własne życie!
- Jakie życie? - mamrocze pod nosem Heather.
- Z przyjemnością dotrzymam ci towarzystwa - zapewniam Nan, ignorując jej uwagę. - Wiesz przecież, że uwielbiam się u ciebie zatrzymywać.
Nan mieszka w Leaside, zielonej dzielnicy w centrum Toronto. Podczas tych pierwszych szalonych lat po tym, jak urodziły się bliźniaki, w weekendy Heather i ja spałyśmy u Nan i dziadka częściej niż we własnych łóżkach. Nasz dom znajdował się kilka ulic dalej, ale to miejsce było dla mnie jak magiczna przystań. Okazałe piwonie wzdłuż chodnika, ręcznie szyte zasłony we wzór w łezki w oknach z ołowianego szkła... Dzwonek do drzwi, który dzwonił, jakby ogłaszał przybycie młodej pary... Jego uroczysty ton słychać w każdym zakątku domu z czerwonej cegły w stylu georgiańskim, ale dla mnie jest to dźwięk ciszy i spokoju. Żadnych krzyczących dzieci. Żadnej przemęczonej matki. Moja własna sypialnia...
- Pozwól mi samej wspiąć się po schodach - prosi Nan, gdy Heather chwyta ją za łokieć.
Babcia rzadko bywa drażliwa, ale doskonale ją rozumiem. Mieszka sama od śmierci dziadka, który zmarł dwadzieścia lat temu, i strzeże swojej niezależności jak smoczyca. Poza tym w przyszłym tygodniu miała wypłynąć w rejs na Alaskę. Na jej miejscu też byłabym wkurzona.
- Biedna Nan - szepczę, gdy ona przenosi swój chodzik przez próg.
Heather potrząsa głową.
- Biedna ty!
- Damy radę.
Po dobrze przespanej nocy Nan z pewnością odzyska swój zwykły optymizm i energię.
Mijają jednak trzy dni, a Nan jest coraz bardziej opryskliwa. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Rankiem w dniu rejsu jest tak milcząca i ponura, jak burzowe chmury, które zbierają się na zachodzie. Nawet nie tknęła swojej krzyżówki. Kiedy deszcz zaczyna bębnić o szyby, zerkam na nią. Uwielbia burzę, ale tym razem jej twarz kompletnie nie zdradza zainteresowania pogodą. Z zaskoczeniem dostrzegam, że wygląda naprawdę... staro. Czasami łapię się na tym, że zapominam, iż jej włosy nie są już siwe, tylko wręcz białe. Ale nagle przypominam sobie o piwoniach.
Wybiegam z domu w piżamie z nożyczkami w dłoni, ale łodyżki są już przygięte do ziemi - dziesiątki różowych i białych kwiatów chylą się nisko, a zmierzwione płatki ociekają wodą. W normalnych okolicznościach Nan byłaby tutaj w swojej podomce, zanim spadłyby pierwsze krople - woli oglądać swoje kwiaty w wazonie niż patrzeć, jak ulewa czyni pośród nich spustoszenie. Ścinam je pośpiesznie, ale kiedy wracam do domu z naręczem wonnych piwoni i mokrymi włosami przyklejonymi do policzków, patrzy na mnie pustym wzrokiem i mówi tylko:
- Nie zauważyłam, że się rozpadało.
Muszę jakoś temu zaradzić - nie ma innego wyjścia.
KIEDY NAN UCINA sobie poobiednią drzemkę, siadam w tym samym miejscu, w którym siadywałam jako dziecko: na szczycie schodów, wpatrując się w ścianę zapełnioną rodzinnymi zdjęciami w ramkach naprzeciwko balustrady. Pierwszy kroczek mojej siostrzenicy. Kolacja z okazji ukończenia szkoły przez Lucę i Lavinię. Nan i dziadek w domku ich najlepszych przyjaciół w Barry's Bay. Co roku odwiedzali tam Johna i Joyce. To jej najukochańsze miejsce na świecie. Spędziłam nad tym jeziorem tylko dwa miesiące, ale tamten pobyt trwale zapisał się w mojej pamięci.
Tamtego lata skończyłam siedemnaście lat. Na urodziny dostałam od Nan aparat - świetną lustrzankę. Pstrykałam, co tylko się dało, ucząc się obsługi sprzętu fotograficznego i stopniowo nabierając wprawy. Najlepsze zdjęcia umieszczałam w albumie, który podarowałam Nan ostatniego dnia naszego pobytu nad jeziorem. Schodzę teraz do piwnicy, odnajduję go na jednej z półek i siadam po turecku na czerwonym dywanie, kładąc go sobie na kolanach.
Jeszcze zanim go otwieram, wracają wspomnienia. Moje pierwsze wakacje bez rodziców. Smak wolności. Dwa miesiące budzenia się w promieniach słońca odbijających się od tafli jeziora i malujących na suficie łagodne poblaski. Nurkowanie z pomostu, a potem pływanie pod wodą - tak daleko, jak tylko się dało. Grillowanie na tarasie. Stale wilgotne włosy. Projekty artystyczne w hangarze na łodzie. Czerwone kapoki. Wycieczki kajakiem. Pikniki na wyspie. Harlequiny, które podkradałam Joyce. Krem do opalania o kokosowym zapachu, pokrojony w plastry arbuz i mój kostium kąpielowy z tkaniny frotte. Dzieciaki po drugiej stronie zatoki. I ich żółta motorówka.
Przerzucam zdjęcia linii brzegowych i koron drzew, dzikich kwiatów i skał, bliźniaków, ich głów tuż nad taflą jeziora, niemal niemożliwych do rozróżnienia. Jest też jedna fotografia, którą zrobiłam sobie w lustrze w sypialni, z mokrymi włosami. Myślałam wtedy, że to takie oryginalne: ja, Alice, po drugiej stronie lustra.
Większość z nich to zdjęcia Nan - mojej pierwszej muzy. Nan czytająca w hamaku, z bliźniakami tulącymi się do jej boków. Nan cerująca rozdarcie w spodenkach Lavinii, z okularami na czubku nosa. Nan w kajaku, z promiennym uśmiechem na twarzy i wiosłem w dłoni, machająca do mnie stojącej na brzegu.
Na ostatniej stronie jest zdjęcie, od którego wszystko się zaczęło.
Wyciągam je z foliowej kieszonki i studiuję twarze trojga nastolatków w żółtej łodzi. Od momentu, w którym zrobiłam to zdjęcie, bezustannie gonię za tym rodzajem doskonałości uwiecznionej obiektywem. Emocje. Ruch. Poczucie ponadczasowości. To zdjęcie udało mi się zrobić podczas jednego z moich ostatnich dni nad jeziorem, po całym lecie spędzonym na ćwiczeniu sztuki fotografowania. Wciąż nie mogę się nadziwić, jak dobrze wyszło. Nawet teraz czuję zapach benzyny, słyszę ich krzyki niosące się po wodzie...
Starszy chłopak siedzi za kierownicą, a młodszy wpatruje się w dziewczynę, która wystawia do wiatru uśmiechniętą twarz. Światło jest niesamowite, ale w tym akurat nie ma żadnej mojej zasługi. Cała scena jest cudownie naiwna, pozbawiona sztuczności. Minęły lata, odkąd ostatni raz je oglądałam, ale z jakiegoś powodu nadal czuję się głęboko związana z tą trójką dzieciaków, utrwalonych w niekończącym się lecie niczym owady uwięzione w bryłce bursztynu.
To zdjęcie jest pierwszym rozdziałem mojej historii, początkiem mojego romansu z fotografią. Było moim pierwszym krokiem na ścieżce, którą kroczę - uczyniło mnie tym, kim dziś jestem.
Wracam do zdjęcia promiennie uśmiechniętej Nan w kajaku i nagle mój pomysł zaczyna nabierać kształtu. Sposób na wyleczenie Nan z depresji i wyciągnięcie jej z domu. Zmiana scenerii. Powiew świeżości. Bezkresne niebo. Roziskrzona woda.
Moja druga wyprawa nad jezioro.
Wspólny powrót do Barry's Bay.