Tamten smak oranżady. Z pamiętnika 78' rocznika - Monika Marszał
29.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Mama zawsze o 7.15 budziła mnie i moje młodsze siostry do szkoły. Po nakazie zjedzenia znienawidzonej przeze mnie zupy mlecznej, wręczała mi kanapki owinięte szarym papierem lub gazetą. Zazwyczaj były one z topionym serkiem lub kremem z wiewiórką. Tak na niego mówiłam, bo na etykiecie słoiczka była wiewiórka. Jeśli chleb był z kiełbasą, której naprawdę nie znosiłam, to oddawałam go Mrówce. Był to pies woźnego. Tył w oczach, od września do czerwca, więc pewnie nie byłam jedyną osobą, która go dokarmiała.
Szybko zarzucałam na plecy swój tornister z pomarańczowymi odblaskami i biegłam do szkoły. Po drodze zawsze spotykałam moją przyjaciółkę Kaśkę i opowiadałyśmy sobie sceny z obejrzanego poprzedniego dnia 9971. W dzień straszny dźwięk z tego programu i surowy głos pana Fajbusiewicza już tak nie przerażały. Co innego wieczorem, gdy podglądałam ten program zza drzwi dużego pokoju lub nasłuchiwałam, leżąc w łóżku. Mama by mnie prześwięciła, gdyby wiedziała, że jest tak późno, a ja jeszcze nie śpię. Ona lubiła, żeby po dobranocce dzieci szły prosto do łóżka.
1 Magazyn Kryminalny 997 - telewizyjny program kryminalny, emitowany od 1986 roku. W latach 1990-2017 prowadził go Michał Fajbusiewicz.
Zazwyczaj wchodziłyśmy z Kaśką do budynku szkoły z czerwonej cegły na minutę przed dzwonkiem. Zwłaszcza zimą musiałyśmy przychodzić później, żeby żaden z chłopaków nie natarł nas śniegiem. Mimo że był to rodzaj podrywu i świadczył o powodzeniu, nie sprawiało nam to żadnej przyjemności.
Po dzwonku gospodarz klasy wychodził na środek, stawał pod tablicą i recytował codzienne: "Baczność! Spocznij! Co powiemy?"2. A my równo, jak ta kukułka z mojego zegara w przedpokoju, odpowiadaliśmy: "Dzieeeń-dooo-bryyyyy".
2 Powitanie nauczyciela obowiązujące w niektórych szkołach w latach 80.
Zawsze marzyłam, żeby choć raz znaleźć się w słynnej trójce klasowej. A najlepiej zostać gospodarzem klasy, który pełnił bardzo ważną rolę. Niestety, nigdy się to nie spełniło. Ale nie mniej znaczącą rolę odgrywał też dyżurny. Pani wysyłała go przecież po kredę, wietrzył on klasę po lekcji i ścierał tablicę. Czasem pisał też na niej "Lekcja" i "Temat" lub to, co dyktował nauczyciel. Był kimś. Bywały czasem dni, kiedy i mnie przypadała ta rola. Pękałam wtedy z dumy.
W pierwszych latach podstawówki nosiłam granatowy fartuszek. Był on bardzo niewygodny. W ciepłe dni bardzo się w nim pociłam, a poza tym często odpadały od niego guziki. Nie mogłam też zrozumieć, czemu mama prała mój fartuch tak rzadko, za to jego kołnierzyk - regularnie. Czułam wielką ulgę, że w późniejszych latach nie musiałam go już nosić.
Kiedy siadałam w ławce, od razu rozkładałam przed sobą swoje kolorowe podręczniki, których kartki poprzedzielane były papierkami po cukierkach lub czekoladzie deserowej i kapitańskiej. Pachniały tak cudownie! Uwielbiałam się nimi wymieniać z moimi koleżankami. Po tym, w co obłożone były książki, widać było, jaką kto ma tapetę w swoim mieszkaniu. To było fajne, bo rzadko odwiedzaliśmy się w domach, a zawsze ciekawiło mnie, kto jak mieszka. Na ławce miałam też zeszyt, a obok niego wszystkie niezbędne przybory: linijkę do robienia marginesów i liniuszek, bo kartki niektórych zeszytów były zupełnie gładkie. Nigdy nie wiedziałam, czy taki zeszyt nazywać czystym czy pustym. Lekcje skrupulatnie numerowałam, a tematy podkreślałam podwójną linią, dokładnie omijając wystające poza nią literki. Miałam też przed sobą plan lekcji, na którym wciąż jeszcze widniała sobota. To chyba pozostałość sprzed kilku lat, kiedy do szkoły chodziło się, podobno, sześć dni w tygodniu.