1
Aidan
Atramentowy mrok nocy rozrywają migające światła policyjnych samochodów. Zauważam kilka osób stojących przy ulicy. Wszyscy udają, że rozmawiają ze sobą lub wyprowadzają psy, ale ich spojrzenia co chwilę kierują się w stronę świateł. Ciekawość wyciągnęła ich z domu w tę lepką sierpniową ciemność, bo przecież nie ma bardziej interesującej rzeczy niż banda gliniarzy plączących się wokół domu sąsiada.
Biorę głęboki wdech, rozglądając się za miejscem, w którym mógłbym zaparkować. Nagle je znajduję, bo spod domu odjeżdża karetka. Nie będzie tu potrzebna. Mamy trupa. Inaczej nie ciągnęliby mnie na Staten Island o jedenastej w nocy. Parkuję jak święta krowa, stawiając auto byle jak w miejscu, które jeszcze przed chwilą zajmował ambulans. Wysiadam z samochodu, machając odznaką do nadgorliwego młodzieńca, który już otwiera usta, żeby zwrócić mi uwagę.
- Detektyw Winters. Wydział zabójstw - tłumaczę młodemu, który się pręży, jakbym organizował jakiś konkurs dla świeżego narybku, a następnie ruchem dłoni wskazuje mi szeroko otwartą bramę rezydencji.
Unoszę żółtą taśmę i przechodzę pod nią. Ostrożnie idę podjazdem w stronę wejścia do domu, a właściwie pałacu. Budynek jest ogromny. Obstawiam, że ma co najmniej cztery wielkie sypialnie i tyle samo łazienek, a w ogrodzie lśni podświetlany basen. Wzdycham. Nienawidzę bogaczy, bo fatalnie się z nimi pracuje. Wydaje im się, że śmierć ich bliskich jest ważniejsza od śmierci tych, co nie mogą sobie pozwolić na wakacje siedemnaście razy w ciągu roku.
- Uważaj, żeby nie zadeptać śladów! - drze się ktoś za moimi plecami.
Kiedy kwadrans temu zjeżdżałem z mostu Verrazzano-Narrows, czułem, że ta noc będzie kiepska. I nie chodziło jedynie o zwłoki. Teraz już wiem, że przeczucie mnie nie zmyliło.
- Kurwa - syczę cicho i odwracam się w stronę technika, którego szczerze nienawidzę. - Gdy wezwali mnie do pierwszego trupa, mama odbierała cię z przedszkola, więc zajmij się swoją robotą.
Kręcę głową, bo Walker szczerzy się jak idiota. Czasem się zastanawiam, czy on w ogóle ma matkę, czy może rodzice porzucili go w jakiejś dżungli i dopiero po latach upomniała się o niego cywilizacja, w efekcie czego trafił do rodziny zastępczej. Naprawdę byłbym wdzięczny, gdyby podczas pracy lub jej symulacji Travis Walker nie próbował żartować. On chyba jednak myśli inaczej, bo znowu się odzywa:
- Detektywie Spaghetti! Twoja laska przyjechała!
Jego durnowaty śmiech wybrzmiewa za moimi plecami, gdy podchodzę do faceta, za którego oddałbym życie. I nie jestem jego laską, tak dla jasności. Płynie we mnie heteroseksualna energia, której nie mam czasu zaspokajać, bo w Nowym Jorku wciąż ktoś ginie. Nolan D'Abruzzo - którego ojciec pochodzi z tego samego kraju, co zapewne jedyny znany Travisowi makaron - odwraca się w stronę Walkera i gasi jego entuzjazm jednym groźnym spojrzeniem rzuconym spod ciemnych brwi. Kładę mu dłoń na ramieniu i mówię:
- Później z nim porozmawiasz, partnerze. - Gdy przenosi na mnie wzrok, wskazuję ruchem głowy drzwi domu. - Co tu mamy?
Nolan prycha i wzrusza ramionami, po czym pyta:
- Oglądałeś ten najnowszy kinowy hit, w którym koleś wbrew prawom fizyki wykonuje takie akrobacje, że na sam widok bolą cię wszystkie stawy?
- Mam dopiero trzydzieści osiem lat, nic mnie nie boli - kłamię, uśmiechając się porozumiewawczo. - Co innego ty. Jakiego dinozaura miałeś, zanim wynaleźli psy?
D'Abruzzo chichocze, co w naszym zawodzie nie jest niczym dziwnym i nie świadczy o problemach psychicznych. Jeśli na co dzień masz do czynienia ze śmiercią i okrucieństwem, musisz mieć do tego dystans, chyba że wolisz wylądować w pokoju bez klamek, a twoim sąsiadem będzie koleś, który twierdzi, że w poprzednim wcieleniu był faraonem. Nolan kilka tygodni temu przekroczył pięćdziesiątkę, więc jego dystans do tej roboty zapewne wzbudza szacunek wśród tych, co rzygają na widok krwi.
- Widziałeś ten film czy nie? - dopytuje mój partner.
- Ten, w którym facet jest taki niesamowity, że wszystkie laski klękają przed nim i nikt nie może go zabić?
- Właśnie ten. - Pstryka mi palcami przed nosem. - Nie wiem, jak naprawdę jest z tym klękaniem, ale właśnie ktoś go zabił.
- Serio? - Unoszę brwi. - Nie powiesz mi, że za tymi drzwiami leży Connor Davids.
- Powiem. Leży i nie żyje - burczy Nolan, odwracając się, żeby wejść do środka.
Podążam za nim i po chwili stajemy w obszernym holu, którego rozmiar bije na głowę wymiary mojego mieszkania na Brooklynie. Biała marmurowa podłoga upstrzona jest czerwonymi plamami. Od razu zauważam zwłoki, nad którymi pochyla się nasza patolog, Marvel Curtis. Imię pasuje do niej idealnie, bo jest fenomenalna w swoim fachu, a figury może pozazdrościć jej niejedna nastolatka. Gdyby nie fakt, że zbliża się do pięćdziesiątki i jest żoną Nolana, pewnie próbowałbym umówić się z nią na randkę.
- Słucham, kochanie - odzywa się Nolan, a ja przewracam oczami.
- Zginął tutaj - oznajmia Marvel, wskazując na zwłoki jednego z najpopularniejszych aktorów ostatniej dekady. - Umarł szybko, przyczyną był uraz czaszki. Spadł ze schodów lub ktoś pomógł mu spaść. - Kieruje wzrok na kamienne stopnie, przy których leży ciało. Jeszcze niedawno facet skakał po dachach ciężarówek, a teraz pokonały go schody. Wzdycham, a patolog kontynuuje: - Po temperaturze ciała i stopniu stężenia pośmiertnego wnioskuję, że zmarł maksymalnie dwie godziny temu, ale więcej powiem wam po sekcji.
Kucam przy zwłokach, żeby nie przegapić ewentualnych sygnałów, że to jednak nie był nieszczęśliwy wypadek. Przeczucie podpowiada mi, że brały w tym udział osoby trzecie.
- Ślady walki? - pytam.
- Pod paznokciami czysto, żadnych widocznych oznak szarpaniny, siniaków, zadrapań - oznajmia Marvel, po czym kieruje wzrok gdzieś za mnie i mówi: - Zabieramy go, pani prokurator.
Wstaję i się odwracam.
- Dobrze - odpowiada drobna brunetka, podchodząc do ciała i wstrzymując oddech. Po kilku sekundach wyciąga dłoń do Nolana i się przedstawia: - Jane Anderton z prokuratury.
- Detektywi Nolan D'Abruzzo i Aidan Winters. - Nolan dokonuje prezentacji i pyta: - Jest pani nowa?
- Nie, po prostu wcześniej się nie spotkaliśmy - tłumaczy, śledząc wzrokiem poczynania pracowników zajmujących się zwłokami Connora Davidsa.
- Wszystko w porządku? - zagaja Nolan i niedyskretnie przygląda się twarzy pani prokurator, po czym marszczy brwi na widok jej ciuchów, co ona zauważa.
- Biegałam, kiedy do mnie zadzwonili - tłumaczy szybko kobieta, naciągając rękawy szarej bluzy, a następnie spuszcza wzrok na swoje adidasy. - Co wiemy?
- Zginął wskutek upadku ze schodów - referuje Nolan. - Ciało znalazła żona, gdy ponad godzinę temu wróciła z zakupów. Nazywa się... - przerywa i otwiera notes.
- Carol Stillwater - dopowiada prokurator Anderton i bierze głęboki wdech. - Jesteśmy przyjaciółkami.
Obaj wytrzeszczamy oczy. Cholera. Czy to nie komplikuje sytuacji? Jeśli zatroskana wdowa maczała palce w śmierci mężulka, to przekonanie do tego jej przyjaciółki nie będzie łatwe. Przygryzam wargę, zastanawiając się nad tym, gdy z kuchni dobiega zachrypnięty głos:
- Jane?
- Przepraszam panów - rzuca Anderton i rusza w stronę zapłakanej kobiety, wyłaniającej się zza rogu, obejmuje ją i odprowadza do kuchni. Ze swojego miejsca widzę tylko kawałek wyspy i lodówkę.
- Co sądzisz? - pytam Nolana, wyjmuję mu z ręki notes i zerkam, o czym nie zdążył mi powiedzieć, zanim zjawiła się prokurator.
- Wygląda na nieszczęśliwy wypadek - stwierdza.
- Serio? - mówię i oddaję mu notes, w którym poza adresem i nazwiskiem Carol Stillwater widnieje jedynie godzina zgłoszenia sprawy przez telefon.
- Facet spadł ze schodów. Zdarza się.
- Mój dziadek ma sztuczne biodro i prawie dziewięćdziesiąt lat. Nigdy, kurwa, nie spadł ze schodów - tłumaczę cicho, żeby nie wzbudzać niepotrzebnej sensacji. - Dziwnym trafem takie "wypadki" - pokazuję palcami cudzysłów - przytrafiają się bitym kobietom, dilerom narkotyków oraz - wskazuję dłonią worek ze zwłokami - zdrowym i wysportowanym facetom, którzy srają forsą lub zdradzają swoje żony.
Nolan drapie się po brodzie i spogląda w stronę kuchni, gdzie powinniśmy się udać, żeby przesłuchać świadka.
- Myślisz, że ktoś go zepchnął?
- Zazdrosna żona, była kochanka, rywal z branży, ojciec jakiejś nastolatki, którą Davids przeleciał w swojej przyczepie - wymieniam, a D'Abruzzo się wzdryga, bo sam ma nastoletnią córkę. - A może jakiś jebnięty fan? Świrów nie brakuje. - Wypuszczam głośno powietrze i patrzę w oczy przyjaciela. - Moim zdaniem schody są niewinne.
- Jak taka drobna kobieta miałaby pokonać napakowanego faceta, prawie kaskadera?
- Jest gliną - odzywa się ktoś po prawej.
Odwracamy się i zauważam szczerzącą się gębę Walkera. Zerkam szybko na partnera, zastanawiając się, ile ten młotek podsłuchał i czy Nolan też o tym myśli. W tym czasie Walker opowiada dalej:
- Pracuje w obyczajówce, więc możecie jej nie kojarzyć, ale ja wykonywałem dla niej kilka badań. - Puszcza oko, jakby powiedział coś zabawnego. - Fajna laska. Teraz już wolna - zauważa z szerokim uśmiechem.
- Mogłaby być twoją matką, gdyby się postarała - zauważa cierpko Marvel, podchodząc do Nolana, żeby dać mu całusa.
- Mam prawie dwadzieścia sześć lat - tłumaczy Walker, jakby to czyniło z niego towar, po który powinny sięgać wszystkie kobiety, wliczając w to świeżo upieczoną wdowę i potencjalną morderczynię.
- A ona trzydzieści pięć, więc zajmij się dziewczynkami ze swojej piaskownicy i przestań ślinić się do starszej od siebie kobiety, która przed chwilą straciła męża - mówi Marvel, zabiera swoją torbę i wychodzi, zostawiając osłupiałego Travisa w naszym towarzystwie.
- Weź się do roboty. Strzel kilka fotek - szepczę do niego, następnie wraz z Nolanem ruszamy w stronę kuchni. - Pani Stillwater - zwracam się do kobiety płaczącej w objęciach Jane Anderton. Kiedy na mnie spogląda, od razu rzuca mi się w oczy niewielka rana na jej wardze. - Detektywi D'Abruzzo i Winters, musimy pani zadać kilka pytań. Proszę przyjąć nasze kondolencje.
Kiwa głową i wyciera rękawem łzy sunące po policzkach. Anderton coś do niej szepcze, po czym wychodzi i zostawia nas samych. Stajemy przy kuchennej wyspie, a Nolan wyciąga swój notes. Zaczynam przesłuchanie.
- O której godzinie wróciła pani do domu?
- Jakoś koło dziesiątej. Byłam na zakupach - informuje i pociąga nosem.
- Była pani sama?
- Chodzi panu o to, czy ktoś może to potwierdzić? - pyta lodowato. Potakuję. - Widziała mnie ekspedientka w sklepie z butami. Mam paragon. - Sięga po torebkę stojącą na blacie i chwilę w niej grzebie, po czym drżącą dłonią podaje mi rachunek ze sklepu. - Proszę. To moje alibi. Po drodze zajrzałam na chwilę do mamy.
Powstrzymuję parsknięcie. Mama to najlepsze alibi świata, bo zawsze skłamie dla swojego dziecka. Przynajmniej moja by tak zrobiła. Chyba. Dyskretnie zerkam na adres i godzinę widniejące na paragonie. Ósma sześć. Zdążyłaby przyjechać i sprzątnąć mężulka, o ile Marvel potwierdzi, że Davids zginął po dziewiątej wieczorem. Wyjmuję z kieszeni woreczek i chowam do niego paragon.
- Czy mąż miał jakichś wrogów?
- Co pan sugeruje? - Marszczy brwi.
- Nie możemy wykluczać udziału osób trzecich.
Blednie i głośno wciąga powietrze. Czyżbym poruszył odpowiednią strunę?
- Czy ktoś mu groził? Odbierał dziwne telefony? Ktoś państwa nachodził? - kontynuuję. - Może mąż naraził się komuś z branży?
- Nic mi o tym nie wiadomo - mówi szybko i wyciąga dłoń po opakowanie chusteczek. Podaję jej pudełko, nie spuszczając z niej wzroku. - Dziękuję.
- Kłóciliście się państwo? - pytam.
- Jak każde małżeństwo. Czasami.
- Skąd ma pani tę ranę? - Dotykam swojej wargi, na co ona przyciska palec do zadrapania na swoich ustach.
- Pracuję w obyczajówce, takie rzeczy się zdarzają - mówi sucho i zajmuje się wycieraniem nosa. Daję jej chwilę.
- Kiedy wróciła pani do domu, drzwi były zamknięte na klucz?
Skupia się, marszczy czoło. Jej auta nie ma pod domem, więc zakładam, że weszła przez garaż. Czekam, czy powie o otwartych drzwiach i zrzuci winę na włamywacza. Nie nabiorę się.
- Nie pamiętam - oznajmia spokojnie. - Gdy otwierałam policjantom, zrobiłam to automatycznie. Przykro mi, nie przypominam sobie, czy przekręciłam klucz. - Cholera, sprytna jest. - Do domu wróciłam samochodem i weszłam przez drzwi łączące garaż z... - przerywa i wskazuje ręką hol, gdzie natknęła się na zwłoki męża.
- Pobierzemy od pani odciski palców, żeby wykluczyć panią...
- ...z kręgu podejrzanych - dopowiada ostro. - Znam procedury, detektywie Winters.
Posyłam jej fałszywy uśmiech, ale w mojej głowie już kiełkuje chęć znalezienia dowodu, że pani Stillwater wcale nie musi znikać z kręgu podejrzanych. Coś mi tutaj nie pasuje. Postanawiam przestać być grzeczny i nieco ją przycisnąć.
- Dlaczego nie nosi pani nazwiska męża?
Unosi brwi. Jest zaskoczona tym pytaniem. Nolan się nie odzywa, jest równie ciekawy odpowiedzi co ja. W końcu Carol Stillwater wyjaśnia:
- Jestem policjantką. Nie chciałam, żeby każda dziwka, która jest moją informatorką, nagabywała mnie o zdjęcie z Connorem. Zostałam przy panieńskim nazwisku.
- Długo byliście małżeństwem?
- W lipcu minęło sześć lat.
- Czy w domu jest monitoring? - wypalam.
- Nie. Mąż nie chciał kamer w domu. Jest tylko jedna przed drzwiami. Connor powtarzał, że wystarczy, że w pracy wciąż czuje się obserwowany - tłumaczy, a po jej policzku spływa kolejna łza.
- Czy jest ktoś, kto panią nienawidzi? - pytam, znowu ją zaskakując.
- Do czego pan dąży? - Mruży oczy.
- Znalazła pani ciało, a ze wstępnych ustaleń wynika, że ofiara zginęła wkrótce przed pani powrotem. Możliwe, że ktoś to zaplanował, żeby skupić na pani uwagę organów ścigania. - Albo że to ty sprzątnęłaś męża, Carol, a potem zawiadomiłaś nas, żeby odsunąć od siebie podejrzenia. - Ma pani wrogów?
- Mój mąż spadł ze schodów - mówi, podnosząc głos. - Nikt niczego nie planował, bo nikogo tutaj nie było. Sprawdźcie sobie nagrania z kamery przed wejściem.
- Sprawdzimy - zapewniam.
- Obawiam się, że nasza rozmowa dobiegła końca - cedzi przez zęby, zapewne domyślając się tego, czego nie powiedziałem na głos. Przeczuwa, że ją podejrzewam. - Nie mam nic więcej do powiedzenia.
- Jeszcze nie skończyłem - uprzedzam.
- Myślę, że jednak tak - odzywa się niski głos za moimi plecami. Odwracamy się wszyscy w jego stronę, a z ust Carol wydobywa się westchnienie ulgi. W wejściu do pomieszczenia stoi rosły facet w koszulce polo i z teczką w ręku. - Nazywam się Luke Montgomery i jestem adwokatem pani Stillwater. Jeśli macie, panowie, jeszcze jakieś pytania, zadajcie je w mojej obecności.
- Skończyliśmy na dzisiaj - oznajmia Nolan, zamykając notes. - Będziemy panią informować o postępach w śledztwie.
- Na to liczę - rzuca wdowa.
Wychodzimy z kuchni, mijając zadowolonego z siebie Montgomery'ego. W holu podchodzę do jednego z techników i zlecam mu dokładne zebranie odcisków z poręczy, aby się upewnić, że w tym domu nie zjawił się jednak nikt obcy. Biorę też od niego ochraniacze na buty i podaję jedną parę mojemu towarzyszowi. Nie chcemy zatrzeć śladów.
- Co sądzisz? - pyta Nolan, kiedy ostrożnie wchodzimy po stopniach na górę.
- Myślę, że nie powinniśmy jej skreślać.
- Nie podoba mi się ton, jakim się do nas zwraca. Jakbyśmy jej tu przeszkadzali, a przecież mamy wyjaśnić sprawę śmierci jej męża.
- Ona już ją wyjaśniła - zauważam i uśmiecham się porozumiewawczo. - Według niej Davids spadł ze schodów.
- Ty w to nie wierzysz.
- A ty?
- Musiałby być niezłą łamagą, żeby się potknąć, kiedy wchodził na górę, i spaść do tyłu - mruczy Nolan, przyglądając się dekoracyjnej balustradzie. - Zobaczymy, co powie Marvel. Jeśli koleś nie dostał zawału na jednym ze stopni, to będę chciał ponownie spotkać się z panią Stillwater.
- Facet był w moim wieku. Nie strasz zawałem. - Trącam go łokciem. - Nie wydaje ci się dziwne, że ten adwokat znalazł się tutaj tak szybko? - pytam. - Musiała po niego zadzwonić zaraz po tym, jak znalazła ciało.
- Jeśli czuła, że potrzebuje adwokata, to nie działa na jej korzyść.