Tamte dni - Małgorzata Lis

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Czerwiec 1992

Słońce powoli kończyło codzienną wędrówkę. Już za chwilę miało się zanurzyć w spokojnych wodach Bałtyku. Tego dnia było bezchmurnie, nic więc nie przysłaniało ogromnej świetlistej kuli wiszącej tuż nad horyzontem. Niebo wokół przyjmowało liczne odcienie różu, pomarańczu i czerwieni, tworząc niezwykłe i niepowtarzalne tło. Zgromadzeni na plaży ludzie patrzyli jak urzeczeni na ten spektakl, który choć grany od zawsze, nigdy się chyba nie znudzi.

Ada również stała zachwycona. A przecież mieszkała tu od urodzenia. I przychodziła bardzo często wieczorem na plażę, zwłaszcza gdy niebo było bezchmurne. Za każdym razem nie mogła się napatrzeć. Dziś wyrwała się z domu, mimo że mama kazała usmażyć dżem truskawkowy i włożyć go do słoików. Dziewczyna jednak wolała pójść nad morze. Dżem nie ucieknie, a słońce nie poczeka, aż Ada wykona swoją robotę.

- Piękny widok - usłyszała nagle za sobą.

Obróciła się gwałtownie. Za nią stał mężczyzna, chłopak właściwie. Może rok, może dwa lata starszy od Adrianny. Średniego wzrostu, szczupły, ciemnowłosy, uśmiechał się przyjaźnie i musiała przyznać, że ją to zaintrygowało. Niecodziennie zagadywał ją na plaży przystojny nieznajomy. Właściwie to nigdy się to nie zdarzyło, nie licząc nachalnych i wulgarnych zaczepek podpitych turystów.

- Piękny - powiedziała tylko i wbrew sobie obróciła się w stronę słońca, które już do połowy było zanurzone w morzu. Wolała teraz patrzeć na chłopaka, dowiedzieć się, co tu robi i dlaczego ją zagadnął, ale postanowiła nie zdradzać zbytniego zainteresowania.

Nagle usłyszała znowu jego głos:

Smutno mi, Boże!

Dla mnie na zachodzie

Rozlałeś tęczę blasków promienistą;

Przede mną gasisz w lazurowej wodzie

Gwiazdę ognistą...

Drgnęła, przejęta słowami wiersza tak idealnie wpisującymi się w klimat tego wieczoru.

- "Choć mi tak niebo ty złocisz i morze, Smutno mi Boże!" - dokończył nieznajomy i zamilkł.

Ada znała ten wiersz. Uwielbiała poezję, lubiła czytać, zresztą nie bez powodu wybrała profil humanistyczny w liceum i namówiła polonistkę do założenia kółka teatralnego, w którym to ona grała pierwsze skrzypce. Na koniec roku mieli wystawić scenki z Teatrzyku Zielona Gęś Gałczyńskiego, ale Ada zdecydowanie wolała bardziej liryczne fragmenty.

Hymn Słowackiego był dla niej szczególnym utworem, bo to od niego zaczęła się jej przygoda z poezją, kiedy w szóstej klasie zgłosiła się na konkurs recytatorski. Nie miała wtedy jak dojechać, bo matka stwierdziła, że to fanaberie i wierszyki recytowało się w przedszkolu, a teraz trzeba zabrać się do prawdziwej roboty. Na szczęście nauczycielka się zlitowała i zabrała ją swoim autem, wysłużonym maluszkiem. I dobrze, bo dzięki temu Ada zajęła drugie miejsce, a sama wyprawa do Koszalina była dla niej ogromnym przeżyciem. Zapragnęła chodzić tam do liceum, a potem zostać aktorką. Od pamiętnego konkursu upłynęły już ponad cztery lata, ale wiersza nie zapomniała.

Odpowiedziała ostatnią strofą:

Na tęczę blasków, którą tak ogromnie

Anieli Twoi w niebie rozpostarli,

Nowi gdzieś ludzie w sto lat będą po mnie

Patrzący - marli.

Nim się przed moją nicością ukorzę,

Smutno mi Boże!

Zapadła cisza. Właściwie to milczenie zawisło wyłącznie między tym dwojgiem młodych ludzi, bo tłum na plaży rozgadał się jak widzowie w kuluarach po zakończonym przedstawieniu. Powoli zbierali swoje koce i opuszczali plażę. Ada stała odwrócona tyłem do chłopaka i nawet nie była pewna, czy jeszcze tam jest. Ogarnął ją smutek, który często ją dopadał. Nie wiedziała, skąd się brał ani co z nim zrobić.

"Na smutki najlepsza jest praca", powiadała zawsze babcia Gienia i chyba miała rację. Ada przypomniała sobie o dżemie. Nie powinna tkwić teraz na plaży i wpatrywać się w ciemniejące niebo. Zresztą chłód, jaki zapadł, kiedy tylko słońce schowało się za horyzontem, sprawił, że zadrżała i szczelnie objęła się ramionami. Odwróciła się, by ruszyć w stronę domu, pewna, że jest już sama, zatrzymała się jednak w pół kroku. Chłopak nadal tam stał i się uśmiechał.

- Mam na imię Wiktor - oznajmił. - Nierzadko mi się zdarza rozmawiać z kimś słowami Słowackiego, dlatego postanowiłem zaczekać, by się chociaż przedstawić. Mam nadzieję, że do zobaczenia - dodał i miał odejść, ale Ada zawołała nieco wbrew sobie:

- Zaczekaj!

Zatrzymał się i popatrzył na nią z zaciekawieniem.

- Tobie zdarza się to nierzadko, mnie nigdy. Jestem Adrianna - powiedziała i wyciągnęła rękę w jego stronę.

- Bardzo mi miło. - Odwzajemnił uścisk dłoni. - Przyjechałem na wakacje do Sarbinowa. Uczę się do egzaminów na studia, więc to nie do końca wakacje, ale takie widoki jak ten wynagradzają mi godziny nauki. Ty też na wczasach?

Zapytał chyba zbyt śmiało, bo dziewczyna milczała. Pomyślał, że dotąd nie widział tak ładnej młodej kobiety. Miała na oko jakieś szesnaście lub siedemnaście lat, szczupłą sylwetkę i długie jasne włosy, które teraz rozwiewał wiatr. Patrzyła na niego dużymi niebieskimi oczami i sprawiała wrażenie zaciekawionej i zdystansowanej zarazem.

- Przepraszam, że zapytałem. W ogóle nie powinienem był cię zaczepiać. Pójdę już. Ten wiatr... No i robi się ciemno...

- Jestem stąd - powiedziała cicho Ada i szybkim krokiem oddaliła się w stronę wyjścia z plaży.

Nie szedł za nią. Odprowadził ją jedynie wzrokiem. Wiedział już, że trudy nauki wynagrodził mu nie tylko przepiękny zachód słońca, lecz także to spotkanie. I miał nieodparte przekonanie, że nie widział po raz ostatni tej uroczej blondynki.

***

- Gdzieś ty się podziewała?! - Na progu domu przywitało ją gderanie matki. - Dżem miałaś smażyć, a znowu na plażę polazłaś. I co tam oglądasz? Chłopa szukasz? Za wcześnie. Skończ najpierw to liceum, co żeś wybrała. Zresztą chłopy - machnęła ręką - to potrafią jedynie zniszczyć życie. Nie warto.

- Oglądałam zachód słońca - odpowiedziała Ada, nic sobie nie robiąc z narzekań matki, która zawsze więcej gadała, niż stwarzała jakiekolwiek zagrożenie.

Ojciec za to był bardzo surowy. Potrafił i pasem przyłożyć, i kazał iść spać bez kolacji, i ciepłą wodę zakręcił. A jak wypił, to lepiej mu było schodzić z drogi. Po jego śmierci matka trochę weszła w jego rolę i zdarzało się, że zamknęła w pokoju lub nie dała deseru, lecz wtedy zjawiała się babcia Gienia i najczęściej łagodziła konflikty.

- Zachód słońca? - Anna wzruszyła ramionami. - Słońce jak słońce, a truskawki same do słoika nie wskoczą. Potem słodkie chcecie jeść w środku zimy, to dżem będzie jak znalazł.

- Już idę... - mruknęła Ada i skierowała kroki do kuchni.

- Sama zrobiłam - odpowiedziała jej matka. - Garnki tylko umyj, stół wytrzyj i podłogę - dodała i zniknęła za drzwiami łazienki.

Adrianna weszła do kuchni, w której panował niezły rozgardiasz. Parapet i kuchenny blat zastawione były słoikami, a wszędzie dało się czuć aromatyczny zapach dżemu truskawkowego. Pewnie niejeden na jej miejscu by westchnął z rozkoszy, ale Ada miała naprawdę serdecznie dość tych owoców.

Najpierw cały dom zawalony sadzonkami, potem robota w polu, często rano przed szkołą albo po godzinach, następnie biadolenie matki, że przymrozki zniszczą kwiaty, deszcz wszystko zaleje, a słońca nie będzie, a na koniec zbieranie - często w upale, ze zgiętymi plecami, w kucki albo na klęcząco. Koniec to jednak złe słowo. Potem trzeba było owoce przerobić albo sprzedać przy drodze wczasowiczom, których w czerwcu nie było zbyt wielu, ale chętnie kupowali dojrzałe, pachnące truskawki.

Teraz wolała zbyt długo nie myśleć o tej wątpliwej przyjemności, jaką była uprawa truskawek, tylko posprzątać jak najszybciej, a potem położyć się do łóżka i przed zaśnięciem pomarzyć o przystojnym Wiktorze, który tak pięknie recytował Słowackiego.

- Coś taka zamyślona? - usłyszała za sobą głos babci. - Rozcierasz tylko dżem po stole. Machasz ścierką jak automat. Zakochałaś się czy co? - zapytała i się roześmiała, ale szybko jej śmiech przeszedł w męczący kaszel.

- Wody? - Ada podała babci szklankę.

Wszyscy mówili Genowefie, żeby poszła do lekarza, a przede wszystkim rzuciła palenie, ale ona była uparta i wiedziała swoje. "Złego diabli nie biorą", powiadała, co akurat nie miało sensu, bo raz, że była dobrą kobietą, a dwa - jej syn, najgorszy z całej rodziny, utopił się w morzu, kiedy po pijaku postanowił w środku nocy wybrać się na połów.

Gienia wypiła duszkiem wodę, po czym mruknęła:

- Idę zapalić. - I wyszła na dwór.

Dziadek jak nieruchoma kukła siedział w kącie na ławie i przyglądał się tej scenie. Po chwili jednak podniósł się ciężko i wsparty o lasce, też zamierzał opuścić kuchnię.

- Pomogę! - Ada podbiegła, by podtrzymać dziadka, jednak odpędził ją jak natrętną muchę i poczłapał do swojego pokoju.

Westchnęła i dokończyła robotę. Zachowanie dziadka ją irytowało. Zamknął się w sobie po tragicznej śmierci Romana, swojego jedynego syna. Nic nie mówił i tylko siedział cały czas w kuchni lub na ławeczce przed domem. A babcia wokół niego biegała. Dobra kobieta, lecz również denerwująca tym ciągłym wszystkorobieniem. Matka i siostra też działały jej na nerwy.

Ada o niczym innym nie marzyła, jak o tym, by się wyrwać z tego grajdołka i pojechać w daleki świat. Może studiować polonistykę? A najlepiej spełnić największe z marzeń i pójść do szkoły aktorskiej. To wcale nie było takie proste, bo dopiero po jej licznych błaganiach i wstawiennictwie wychowawczyni matka pozwoliła Adzie na pójście do liceum. A i tak niemal codziennie Anna sarkała na córkę, że jest nierobem, że ciągnie kasę od rodziny, że powinna brać przykład z siostry, która dwa lata temu skończyła zawodówkę, a taka jest dobra w tym, co robi, że kolejki do niej ustawiają się z miesięcznym wyprzedzeniem, i planuje otworzenie własnego zakładu fryzjerskiego.

- Co ty będziesz robić po tym ogólniaku?! - gderała. - Będziesz nikim. Po czterech latach nauki nikim. Kto potem studia opłaci? A poszłabyś do zawodówki, to już masz fach w ręku. Albo technikum. Pięć lat, matura jak po liceum i jeszcze zawód.

"Też jesteś nikim", myślała wtedy Ada, ale nie mówiła tego na głos. W sumie żal jej było mamy. Poszła do technikum ekonomicznego, miała się wyrwać z Sarbinowa do większego świata, ale Roman Komar z Gąsek zrobił jej dziecko, zanim skończyła szkołę. Wyszła za mąż i wylądowała na jeszcze bardziej zapadłej wsi, w zrujnowanym domu otoczonym podwórkiem zafajdanym przez kury, starym sadem, w którym jabłonki rodziły tak kwaśne jabłka, że zdaniem jej teścia nadawały się wyłącznie na jabcok, i niewielkim pastwiskiem, z którego Komarowie zrobili pole namiotowe.

Pole! Też coś! Kawał łąki upstrzonej krowimi plackami, w rogu dwa drewniane wychodki, a przy ogrodzeniu metalowe koryto przykryte azbestowym daszkiem, w którym turyści mogli umyć naczynia i siebie. Ada widziała, jak przedsiębiorczy sąsiedzi wynajmowali pokoje, a kilku z nich postawiło nawet drewniane domki i jakoś do nich zjeżdżała większość turystów. U nich parę namiotów, zazwyczaj pełnych hałaśliwej młodzieży. No i z przodu domu pole truskawek.

Adrianna wykręciła szmatę do podłogi i zawiesiła ją na barierce na ganku. Przystanęła na chwilę i odetchnęła pełną piersią. Wieczór był ciepły, cichy, jedynie z oddali dochodził monotonny szum morza - odgłos tak codzienny, że niemal niezauważalny. Ale Ada go słyszała. Przymknęła powieki i oczyma wyobraźni ujrzała siebie spacerującą brzegiem z Wiktorem za rękę. Serce w niej zatrzepotało. Wiedziała już, że to lato będzie zupełnie inne niż dotąd.