- Fantastyczna robota! - zamruczał entuzjastycznie mężczyzna, któremu dostarczyłem właśnie ręcznie robione biurko, wykonane z jego projektu i wizji. Jak dla mnie przesadzone i zbyt zdobne, ale to nie ja tutaj miałem być zadowolony, a on.
Przejechał po jego blacie opuszkami palców, jakby chciał sprawdzić, czy nie posiada żadnej skazy, żadnej zadry - upewnić się, że jest prawdziwe w tym całym świecie sztuczności i plastiku.
Analizował każdy detal, szepcząc przy tym pochwały. Wyglądało, jakby rozmawiał z meblem, a nie ze mną.
Znałem go jedynie z widzenia. Nie był moim znajomym, choć rozmawialiśmy wiele razy podczas przypadkowych spotkań w mieście, sklepie lub lokalnej kawiarni. Nigdy jednak nie poszliśmy razem na piwo, nie spotykaliśmy się na kawę czy herbatę. Ot, zwyczajnie w biegu zagajaliśmy o pogodę, aktualną sytuację w miasteczku lub o kompletne bzdury, o których można rozmawiać z obcymi.
To miasteczko było małe. Ludzie żyli plotkami i życiem innych. Teoretycznie znaliśmy się wszyscy, ale w praktyce wiedzieliśmy tylko to, co dana osoba chciała wyjawić lub co inni o niej opowiedzieli.
Ja zdecydowanie należałem do tej grupy, która bardzo szanowała swoją prywatność, a wszelkie plotki puszczałem mimo uszu.
- Dzięki, Rob! - odparłem po chwilowej zadumie.
- Marnujesz się w tej wiosce. Powinieneś ruszyć na podbój Nowego Jorku - rzucił i jeszcze raz pogładził blat. - Jesteś młody, zdolny. Tutaj nic dobrego już na ciebie nie czeka. Miłości w tej dziurze zabitej dechami nie znajdziesz.
- Podobno zawsze jest lepiej tam, gdzie aktualnie nas nie ma. - Zaśmiałem się i wcisnąłem dłonie w kieszenie roboczych spodni. - I kto powiedział, że szukam czegokolwiek?
- Samemu źle żyć - skwitował, patrząc się na mnie uważnie i chyba trochę oceniająco.
Można było rzec, że przywykłem do tego. Do spojrzeń pełnych współczucia oraz tych, które przeszywały mnie na wskroś, chcąc wejść do mojej głowy i myśli. Nachalnego układania mi życia, klepania po plecach i ciągłego przypominania, jaka to wielka tragedia mnie spotkała.
Nie wspominając o głupich i żenujących próbach swatania mnie z miejscowymi panienkami, wdowami, kuzynkami i Bóg raczy wiedzieć kim jeszcze. Jakbym postradał rozum i nie był zdolny do samodzielnej oceny własnej sytuacji, która według mnie była stabilna - normalna i całkowicie akceptowalna.
Ludzie zawsze lubili podpowiadać, dawać dobre rady i pouczać, twierdząc przy tym, że robią to wyłącznie dla dobra rozmówcy.
- Słyszałeś, że ktoś kupił dom na końcu drogi? - zagaił nagle, widząc, że ewidentnie nie miałem ochoty poruszać z nim tematu moich spraw sercowych i wyjazdu, którego nigdy w życiu nie planowałem. Zniżył przy tym głos niemal do szeptu, jakby zdradzał jakąś straszną tajemnicę.
Bawiły mnie te małomiasteczkowe zachowania i nagminne wtykanie nosa we wszystkie sprawy, tylko nie w te swoje.
- Słyszałem - odparłem krótko, wzruszając przy tym ramionami.
- I co?
- Z czym? - zapytałem i zmarszczyłem brwi, udając, że nie mam pojęcia, co ma na myśli.
- Podobno to jakaś młoda kobieta. Ludzie mówią, że otoczyła się woalką tajemnicy i nie dopuszcza do siebie nikogo z "naszych". Wszelkie pytania zbywa krótkimi słówkami. Blachy samochodu wskazują na Nowy Jork. Wyniosła paniusia z miasta.
Niezłe rozeznanie, biorąc pod uwagę moją wiedzę, która kończyła się na tym, że faktycznie ktoś kupił ten piękny i stary dom rybacki.
Sądziłem, że był skazany na zniszczenie i ostatecznie padnie łupem tutejszych opryszków, którzy z nudów rozwalali wszystko, co stanęło na ich drodze.
- Czas pokaże - powiedziałem wymijająco, uśmiechnąłem się i skierowałem w stronę samochodu.
Nie miałem ochoty obgadywać nikogo, a już na pewno nie kogoś nowego, kogo ani razu nie widziałem na oczy.
Byłem wdzięczny tutejszym ludziom za okazaną empatię, za zamówienia i wsparcie, ale jednocześnie miałem ich wszystkich czasami dość, bo zamiast zająć się własnym podwórkiem, wciąż spoglądali do sąsiada.
Przekręciłem kluczyk w stacyjce mojej wysłużonej furgonetki i ruszyłem w stronę centrum - o ile w ogóle tak mogłem nazywać to miejsce składające się z banku, kawiarni i kilku małych butików.
Miałem ochotę na mocną kawę oraz dobre ciasto i wiedziałem, że znajdę to w niewielkiej, ceglanej kawiarni przy West Genesee Street u Poppy Johnson.
Kobieta o złotym sercu, która choć znała tutaj naprawdę wszystkich, nigdy nie poruszała tematów, które jej nie dotyczyły. Potrafiła błyskotliwie rozmawiać o pogodzie lub tym, czym dana osoba zajmowała się zawodowo. Nigdy nie grzebała w sferze osobistej. Była ponad tym i chyba głównie za to ją szanowałem.
- Evan! - powitała mnie tym swoim ciepłym głosem i szczerym uśmiechem. - To, co zawsze? - dopytała, choć doskonale znała odpowiedź.
- Kawa i szarlotka. Nie ma nic lepszego niż ciasto z naszych lokalnych jabłek - oznajmiłem i zająłem miejsce na wysokim krześle przy niewielkim barze.
Miałem wrażenie, że tylko ja na nim siadałem, jakby było zarezerwowane specjalnie dla mnie. Może dlatego, że nie bałem się konfrontacji z tą kobietą, która nie musiała pytać, by dużo wiedzieć. Wystarczyło, że spojrzała w oczy, jakby widziała w nich całą duszę.
Niektórzy nazywali ją czarownicą, inni wróżką lub jasnowidzką.
Nie wróżyła jednak z fusów. Zwyczajnie znała się na ludziach, na ich naturze i zachowaniu. Była mądrą, oczytaną osobą.
- Znów ktoś próbował cię swatać? - zapytała z rozbawieniem, stawiając przede mną fikuśną filiżankę w jakieś koszmarne wzory i talerzyk z ciastem.
Nie oczekiwała odpowiedzi. Zabrała się za wycieranie szklanek wyjętych ze zmywarki i układaniem ich na półkę.
- Tym razem kazano mi wyjechać - odpowiedziałem z ironią.
- Niech zgadnę... - Udała, że się zamyśla. - Do wielkiego miasta, w którym panienki będą rzucać się takiemu przystojniakowi na szyję, a pieniądze będą płynąć niczym ogromna rzeka.
Oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Ciężko było powiedzieć, że Poppy była moją przyjaciółką, ale na pewno była mi kimś bliskim. Może bratnią duszą? Rozumiała mnie jak nikt.
- Nie przejmuj się ludźmi, chcą dobrze. - Oparła się pośladkami o szafki i spojrzała mi głęboko w oczy.
Była starsza ode mnie o co najmniej dziesięć lat. Jej oczy - ciemne, mądre i czujne, miały w sobie również dużo ciepła i otuchy. Potrafiła mówić, ale jeszcze lepiej słuchać, choć ja akurat nigdy się jej nie zwierzałem. Nikomu zresztą.
- Nie drażnią mnie, choć czasami bawią. Ich troska przytłacza, a ja nie jestem małym chłopcem. Poradziłem sobie wtedy... - urwałem i spuściłem wzrok na parującą kawę.
- Zawsze sobie poradzisz, Evan - dokończyła za mnie. - Jedz. Moje ciasta trafiają prosto w serce. Łagodzą gorycz w nim zgromadzoną.
- Minęło już tyle czasu... - Westchnąłem. - Dlaczego każdy myśli, że ma prawo mi w kółko przypominać, że jestem sam? Po co na nowo otwierać stare rany? To, że oni nie umieliby się odnaleźć w mojej sytuacji, nie znaczy, że ja tego nie potrafię. Powiedz, jeśli się mylę.
Zacisnąłem palce na filiżance. Udawałem sam przed sobą, że te wszystkie dobre rady mnie nie ruszają, a prawda była taka, że właśnie dlatego chowałem się w moim warsztacie i najczęściej korzystałem z zewnętrznych firm transportowych, by unikać takich rozmów jak ta z dzisiejszego popołudnia.
Nie wiedziałem, jak było w innych miasteczkach, ale u nas każdy uważał się za specjalistę i za kogoś, kto miał genialne rozwiązanie na każdy problem - zwłaszcza ten, który istniał tylko w jego głowie.
- Evan... Naprawdę obchodzą cię te marudy z naszego miasta? - zapytała z przekąsem, oparła dłonie o wysoki blat i roześmiała się, odrzucając pokręcone blond włosy do tyłu.
- Musisz zmienić szyld - powiedziałem całkiem poważnie, na co kobieta uniosła jedną brew w oczekiwaniu na to, co dalej powiem. - To nie jest kawiarnia, to pieprzony gabinet psychologiczny - dodałem i upiłem w końcu ten nektar bogów.
W odpowiedzi poczułem tylko jej dłoń na swojej.
- Te drzwi zawsze stoją dla ciebie otworem, Evan. Jesteś dobrym człowiekiem. Nie słuchaj innych, wsłuchaj się we własne serce. Ono zawsze wie najlepiej, zna drogę, miejsce i czas. Wszystko ci pokaże i podpowie. Może nie dzisiaj, nie jutro, ale kiedy przyjdzie ten dzień, będziesz wiedział.
- Pyszne ciasto, Poppy - odparłem, by dać jej znać, że wystarczy. Że nie potrzebuję więcej.
Wróciłem do domu i usiadłem na werandzie. Drewniana huśtawka zaskrzypiała pod moim ciężarem, jakby chciała zaznaczyć, że nie byłem tu sam. Że czuła i dźwigała razem ze mną ten ciężar.
Bo nie byłem.
Duch mojej żony unosił się w każdym pomieszczeniu, które tak kochała. W najmniejszym źdźble trawy szumiącej na wietrze. W śpiewie ptaków.
Wiatr przywiał zapach trocin, które składowałem w wielkiej skrzyni za domem. One również przypominały mi o niej. Kochała obserwować mnie przy pracy. Podziwiać moje dzieła. Twierdziła, że stukanie młotka to dla niej najpiękniejsza melodia.
Spędziłem na zewnątrz długi czas, próbując oczyścić głowę i serce. Wpatrywałem się w horyzont, aż ten zniknął za ciemną zasłoną nocy.
Kiedy poczułem chłód, uznałem, że czas najwyższy schronić się w domu.
Stare radio mojego ojca stało w salonie na kominku. Zrzuciłem buty, nalałem sobie whisky i zacząłem szukać stacji radiowej, która w jakikolwiek sposób przykuje moją uwagę.
Wtedy usłyszałem kobiecy głos. Ciepły, dający nadzieję, spokojny i kojący...
- Żurawie odlatują, ale zawsze wracają w to samo miejsce. Może miłość też ma w sobie ten instynkt powrotu. Magicznego wieczoru i nocy pełnej cudów.
Trafiłem na końcówkę jakiejś audycji.
Nie wiedziałem, o czym mówiła, ale zapragnąłem jeszcze raz usłyszeć ten głos.
Był czwartek. Jeśli jutro o podobnej porze jej nie będzie, to oznacza, że jej audycje były cykliczne, ale nie codzienne.
Dlaczego mnie tak zaintrygowała - nie wiedziałem, ale bardzo chciałem to sprawdzić jeszcze raz.
Nie znałem jej, ale ten głos brzmiał tak, jakby znał mnie od zawsze.
Może to przez zmęczenie. Może przez to, że miałem wrażenie, że mówi to wprost do mnie. Bo kto inny, jak nie ja, potrzebował w swoim życiu cudu i magii?
Spojrzałem na pianino stojące w rogu pokoju, którego nie tknąłem od lat. W uszach wybrzmiała ulubiona melodia mojej żony, ale nie miałem odwagi podejść do niego i zagrać.
Robiłem to głównie dla niej. Uważała, że miałem magiczny głos i palce, które czarowały melodie trafiające prosto w serce.
Zrobiło się nostalgicznie, a może zwyczajnie ja taki byłem. Kochałem ją wspominać. Jej śmiech, skórę, to, jaka była.
Idealna. Najpiękniejsza. I na zawsze moja.
Nauczyłem się żyć bez niej. Oswoiłem samotność i teoretycznie byłem gotowy na przyjęcie nowej miłości. Wszak to właśnie obiecałem mojej żonie na łożu śmierci: że nie zostanę do końca życia sam.
Zrobiła miejsce komuś nowemu i według niej to było takie normalne, akceptowalne. A ja po pięciu latach wciąż nie wiedziałem, jak miałbym pokochać kogoś poza nią.