Tam i z powrotem plus trzy metry - Sebastian Orszulik

Kup ebooka

42.99 zł

-
Proszę czekać

Roz­dział 1 Dwa świa­ty, jed­no pra­gnie­nie

Se­ba­stian

Rze­szów, wio­sna 2008 roku.

Po­ran­ne słoń­ce prze­bi­ja­ło się przez war­stwy oło­wia­nych chmur i roz­le­wa­ło mlecz­no-zło­te świa­tło na chod­ni­ki, wciąż mo­kre po noc­nym desz­czu. Mia­sto bu­dzi­ło się do ży­cia w ka­ko­fo­nii dźwię­ków - prze­ni­kli­we klak­so­ny ti­rów mie­sza­ły się z ja­zgo­tem mło­tów pneu­ma­tycz­nych, ter­ko­tem wóz­ków do­staw­czych i stłu­mio­ny­mi roz­mo­wa­mi prze­chod­niów gna­nych po­ran­nym po­śpie­chem. Wą­skie ulicz­ki mię­dzy blo­ka­mi z wiel­kiej pły­ty - tymi sa­my­mi, któ­re pa­mię­ta­ły jesz­cze cza­sy PRL-u - te­raz opla­ta­ły no­wo­cze­sne, szkla­no-be­to­no­we kon­struk­cje ni­czym sta­ra ko­ron­ka otu­la­ją­ca na­gie cia­ło współ­cze­sno­ści.

Za­pach mia­sta był jak jego hi­sto­ria - zło­żo­ny, war­stwo­wy. Gór­ne nuty two­rzy­ły woń świe­żo za­pa­rzo­nej ara­bi­ki z po­bli­skiej ka­wiar­ni oraz ma­śla­na sło­dycz pie­czo­nych bu­łek. Głę­biej - stę­chły od­dech be­to­nu zmo­czo­ne­go desz­czem i me­ta­licz­na nuta spa­lin. A gdzieś na sa­mym dnie - za­pach wil­go­ci wni­ka­ją­cej w sta­re mury, le­d­wo wy­czu­wal­ny, lecz upo­rczy­wy. Taki sam, jaki to­wa­rzy­szył mi od dzie­ciń­stwa na Ślą­sku.

Rze­szów prze­cho­dził me­ta­mor­fo­zę. Gdzie­kol­wiek spoj­rzeć, dźwi­gi wy­cią­ga­ły swo­je żu­ra­wie szy­je jak pta­ki przed lo­tem. Nowe cen­tra han­dlo­we wy­ra­sta­ły w miej­scach, w któ­rych jesz­cze wczo­raj sta­ły opusz­czo­ne hale fa­brycz­ne. Ich szkla­ne fa­sa­dy od­bi­ja­ły po­ran­ne świa­tło i rzu­ca­ły mi­go­tli­we bły­ski na omsza­łe mury przed­wo­jen­nych ka­mie­nic. Mia­sto przy­po­mi­na­ło mo­zai­kę - ka­wał­ki prze­szło­ści i przy­szło­ści ukła­da­ne obok sie­bie bez wy­raź­ne­go pla­nu, a jed­nak two­rzą­ce za­ska­ku­ją­co spój­ną ca­łość.

Pro­jekt, któ­ry nad­zo­ro­wa­łem - roz­bu­do­wa szpi­ta­la Pro-Ro­dzi­na - był jed­nym z tych ele­men­tów zmie­nia­ją­cych ob­li­cze mia­sta. Sta­re skrzy­dło, ma­ją­ce już swo­je lata, otrzy­ma­ło no­we­go bliź­nia­ka - no­wo­cze­sne­go, peł­ne­go świa­tła i prze­strze­ni. Każ­de­go ran­ka, gdy mgła otu­la­ła rusz­to­wa­nia ni­czym de­li­kat­ny we­lon, a kro­ple rosy wi­sia­ły na sta­lo­wych prę­tach jak iskrzą­ce się dia­men­ty na sznur­ku, od­czu­wa­łem dziw­ną sa­tys­fak­cję. To ja by­łem tym, któ­ry prze­ku­wał pro­jekt w rze­czy­wi­stość.

Co­dzien­nie rano mi­ja­łem lu­dzi zmie­rza­ją­cych na dy­żur. Ich szyb­kie kro­ki od­bi­ja­ły się echem od szpi­tal­nych ścian, a twa­rze zdra­dza­ły zmę­cze­nie po noc­nych zmia­nach lub en­tu­zjazm zwią­za­ny z nad­cho­dzą­cym dniem. Z nie­któ­ry­mi wy­mie­nia­łem je­dy­nie bez­na­mięt­ne spoj­rze­nia. Oczy, przy­zwy­cza­jo­ne do wi­do­ku cier­pie­nia, prze­su­wa­ły się obo­jęt­nie i nie­jed­no­krot­nie omi­ja­ły moje oczy.

- Pa­nie kie­row­ni­ku, be­to­niar­ka stoi! - krzyk­nął je­den z ro­bot­ni­ków, co wy­rwa­ło mnie z za­my­śle­nia.

Ski­ną­łem gło­wą i zer­k­ną­łem na ze­ga­rek: za kwa­drans ósma. To ozna­cza­ło, że za chwi­lę...

I wte­dy ją zo­ba­czy­łem.

Szła po­wo­li, nio­sąc tecz­kę w jed­nej ręce i ku­bek kawy w dru­giej. Jej blond wło­sy (choć ona upar­cie twier­dzi, że jest sza­tyn­ką) ukła­da­ły się w ide­al­nie pro­ste li­nie, jak­by każ­dy ko­smyk znał swo­je miej­sce. Ubra­na w pro­sty gra­na­to­wy płaszcz i dżin­sy, sta­no­wi­ła żywy kon­trast dla sza­re­go tłu­mu.

- Dzień do­bry - mruk­ną­łem, gdy mi­ja­ła mój kon­te­ner.

Spoj­rza­ła na mnie swo­imi cza­ru­ją­cy­mi ocza­mi, zie­lo­ny­mi jak las po desz­czu, lecz z ta­jem­ni­czym cie­niem w głę­bi. Jak­by pa­trzy­ła nie na mnie, lecz prze­ze mnie.

- Dzień do­bry - od­po­wie­dzia­ła ci­cho, ale jej głos niósł cie­pło, któ­re roz­grze­wa­ło moją du­szę.

To był nasz ry­tu­ał. Co­dzien­nie te same sło­wa, ten sam pół­u­śmiech. Aż do tego desz­czo­we­go po­ran­ka...

Pa­mię­tam, jak wte­dy pierw­szy raz po­czu­łem, że coś się zmie­nia. Że to spoj­rze­nie było inne - głęb­sze, in­ten­syw­niej­sze. Że od tego dnia nie bę­dzie­my mo­gli uda­wać, że nic się nie wy­da­rzy­ło.

Za­nim tra­fi­łem na Pod­kar­pa­cie, moje ży­cie było po pro­stu nor­mal­ne. Wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa po­wra­ca­ły w naj­mniej ocze­ki­wa­nych mo­men­tach - za­pach wę­gla i sma­ru, dźwięk ko­pal­nia­nych i kok­sow­nia­nych sy­ren. Uro­dzi­łem się na Ślą­sku, w sza­rym, prze­my­sło­wym świe­cie, w któ­rym hał­dy i dymy z ko­mi­nów sta­no­wi­ły co­dzien­ność. Uli­ce pach­nia­ły spa­li­na­mi i py­łem wę­glo­wym, a od­głos ma­szyn two­rzył sta­łe tło ży­cia. Od za­wsze ota­cza­ły mnie ha­łas, zgiełk i sza­rość, a ja w ca­łej tej sza­ro­ści nie­zmien­nie szu­ka­łem ci­szy, spo­ko­ju, cze­goś praw­dzi­we­go i peł­ne­go ko­lo­rów. W ma­łej bi­blio­te­ce na ko­lej­nych stro­nach ksią­żek znaj­do­wa­łem chwi­le wy­tchnie­nia od prze­my­sło­we­go kra­jo­bra­zu. Moje ser­ce tę­sk­ni­ło za czymś, co przy­po­mi­na­ło mi­łość - za spoj­rze­niem, któ­re ro­zu­mie się bez słów, za obec­no­ścią, któ­ra nie wy­ma­ga tłu­ma­cze­nia.

Kie­dy po­zna­łem Mał­go­rza­tę, wy­da­wa­ło mi się, że zna­la­złem to, cze­go szu­ka­łem. Jej śmiech roz­brzmie­wał bar­wa­mi, gdy pod­czas stu­denc­kich wa­ka­cji spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy. Po stu­diach, gdy ją po­ślu­bi­łem, mia­łem wra­że­nie, że to po­czą­tek na­szej wspól­nej baj­ki. Ślub w rze­szow­skim ko­ście­le, nie­mal w sa­mym cen­trum mia­sta, ja­wił się jako speł­nie­nie ma­rzeń. Za­ko­cha­łem się w Mał­go­rza­cie, choć te­raz, gdy pa­trzę wstecz, zda­ję so­bie spra­wę, że było to bar­dziej przy­po­mnie­nie o mi­ło­ści niż jej praw­dzi­wy po­czą­tek. Z cza­sem jej do­tyk stał się ru­ty­ną, a wspól­ne chwi­le - bar­dziej ce­re­mo­nią niż spon­ta­nicz­ną bli­sko­ścią.

Mał­go­rza­ta po­cho­dzi­ła z Rze­szo­wa i mia­ła trud­no­ści z za­akli­ma­ty­zo­wa­niem się na Ślą­sku. Nowe oto­cze­nie i in­du­strial­ny kra­jo­braz ją przy­tła­cza­ły, dla­te­go po­grą­ża­ła się w smut­ku. Zde­cy­do­wa­ła się na duży krok - ku­pi­ła sta­ry dom w oko­li­cach swo­je­go ro­dzin­ne­go mia­sta, a ja, choć zmę­czo­ny i znie­chę­co­ny, pod­ją­łem wy­zwa­nie i wy­je­cha­łem ze Ślą­ska. Drew­nia­ne pod­ło­gi skrzy­pia­ły pod sto­pa­mi, a ścia­ny po­kry­te były war­stwa­mi sta­rych ta­pet i farb. Re­mont domu, ma­ją­ce­go być po­cząt­kiem na­szej no­wej przy­szło­ści, stał się moją sa­mot­ną wal­ką. Dni mi­ja­ły na no­sze­niu ma­te­ria­łów i wal­ce z opor­ną ma­te­rią, a w moim ży­ciu było co­raz mniej mo­jej żony. Sta­wa­łem się co­raz bar­dziej sa­mot­ny.

Za­miast two­rzyć wspól­nie z nią, sta­łem się więź­niem pra­cy. Dło­nie peł­ne od­ci­sków od na­rzę­dzi, ple­cy bo­lą­ce od dźwi­ga­nia - każ­dy od­pa­da­ją­cy tynk, każ­da skrzy­pią­ca de­ska sta­wa­ły się mo­imi oso­bi­sty­mi prze­ciw­ni­ka­mi. Zre­zy­gno­wa­łem ze swo­ich ma­rzeń o od­po­czyn­ku, a w za­mian co­dzien­nie wal­czy­łem o coś, co - jak mi się wte­dy wy­da­wa­ło - mia­ło nas zbli­żyć i za­pew­nić nam ko­lo­ro­wą przy­szłość. Wie­czo­ra­mi, gdy opa­da­łem na ka­na­pę, moje my­śli krą­ży­ły wo­kół li­sty nie­do­koń­czo­nych prac. Za­wo­do­wo by­łem kie­row­ni­kiem bu­do­wy, a po pra­cy wra­ca­łem do tego sa­me­go śro­do­wi­ska, choć tym ra­zem już nie jako kie­row­nik, ale jako czło­wiek or­kie­stra: do­staw­ca, ma­ga­zy­nier, tyn­karz, ma­larz, mu­rarz - i zmę­czo­ny ży­ciem czło­wiek po­grą­żo­ny w bez­sil­no­ści. Po­dwój­ny cię­żar od­po­wie­dzial­no­ści przy­gnia­tał mnie co­raz bar­dziej. Czu­łem, że wszyst­ko wo­kół mnie się kru­szy, a ja nie po­tra­fi­łem temu za­ra­dzić. Zda­wa­ło się, że ścia­ny domu po­chła­nia­ją moją ener­gię i po­zo­sta­wia­ją je­dy­nie pust­kę.

Gdy na świe­cie po­ja­wił się Fi­lip - nasz syn - my­śla­łem, że na­stą­pi zmia­na. Jego pierw­szy krzyk na szpi­tal­nej sali po­ro­do­wej wy­dał mi się dźwię­kiem no­we­go po­cząt­ku. Moje mał­żeń­stwo otrzy­ma­ło nową szan­sę - Fi­lip miał być le­kar­stwem na to, co się dzia­ło. Małe rącz­ki chwy­ta­ją­ce moje dło­nie da­wa­ły złu­dze­nie na­dziei. Ocze­ki­wa­łem, że mały chło­piec wpro­wa­dzi do na­sze­go ży­cia świa­tło, któ­re mo­gło­by na­pra­wić to, co roz­pa­dło się mię­dzy mną a Mał­go­rza­tą. Noc­ne kar­mie­nia i prze­wi­ja­nie stwo­rzy­ły nową ru­ty­nę, w któ­rej przy­cichł daw­ny kon­flikt. Lecz za­miast na­pra­wić po­wsta­łe pęk­nię­cia, ta sy­tu­acja je­dy­nie je uwy­pu­kli­ła. Brak snu i zmę­cze­nie tyl­ko po­głę­bia­ły po­dzia­ły. Fi­lip przy­szedł na świat w ostat­nich mie­sią­cach mo­je­go mał­żeń­stwa, a za­miast być spo­iwem, stał się lu­strem od­bi­ja­ją­cym na­sze nie­do­sko­na­ło­ści.

Mał­go­rza­ta, choć ko­cha­ła na­sze­go syna, wciąż była zwią­za­na tok­sycz­ną wię­zią z wła­sną mat­ką. Te­le­fo­ny o każ­dej po­rze dnia i nocy, nie­pro­szo­ne wi­zy­ty, cią­głe uwa­gi i "do­bre rady" sta­ły się co­dzien­no­ścią. To, co mia­ło być mi­ło­ścią, zmie­ni­ło się w klat­kę, z któ­rej nie po­tra­fi­li­śmy się wy­do­stać. Każ­da pró­ba po­sta­wie­nia gra­nic koń­czy­ła się awan­tu­rą i łza­mi. Mał­go­rza­ta, jej mat­ka i ja - wszy­scy by­li­śmy za­gu­bie­ni. W tym trój­ką­cie bra­ko­wa­ło miej­sca na zdro­wą re­la­cję. Za­bor­czość te­ścio­wej spra­wi­ła, że uczu­cia mię­dzy nami za­czę­ły ga­snąć. Po­ca­łun­ki sta­ły się for­mal­no­ścią, a roz­mo­wy - je­dy­nie wy­mia­ną in­for­ma­cji, a nie zwie­rze­nia­mi. Czu­łem się co­raz bar­dziej obcy w związ­ku, któ­ry miał mi da­wać szczę­ście, ale za­miast tego po­grą­żał mnie w smut­ku. Łóż­ko mał­żeń­skie za­mie­ni­ło się w pole bi­twy, na któ­rym każ­de do­tknię­cie było albo ata­kiem, albo ka­pi­tu­la­cją.

Mimo wszyst­ko Pod­kar­pa­cie sta­ło się moim no­wym do­mem, a to, co mia­ło być uciecz­ką, szyb­ko oka­za­ło się czymś wię­cej. Zie­lo­ne wzgó­rza i sze­ro­kie prze­strze­nie dzia­ła­ły ko­ją­co na zmę­czo­ne cia­ło i du­szę. To tu­taj, wśród no­wych bu­dow­li w dy­na­micz­nie roz­wi­ja­ją­cym się mie­ście, mia­łem od­na­leźć spo­kój. Pra­ca na bu­do­wie da­wa­ła mi po­czu­cie celu, któ­re­go bra­ko­wa­ło mi w domu. To tu­taj po­zna­łem po­łoż­ną, któ­rą los nie­spo­dzie­wa­nie po­sta­wił mi na mo­jej dro­dze,

Moje ży­cie - jak się wte­dy wy­da­wa­ło - było peł­ne nie­do­koń­czo­nych hi­sto­rii i nie­speł­nio­nych na­dziei. Każ­dy dzień był wal­ką o za­cho­wa­nie po­zo­rów nor­mal­no­ści. Ona sta­ła się czymś wię­cej niż tyl­ko przy­pad­ko­wym spo­tka­niem. Jej obec­ność bu­dzi­ła we mnie uczu­cia, któ­re daw­no już zda­wa­ły się za­po­mnia­ne. Czu­łem, że w jej obec­no­ści coś w moim świe­cie za­czy­na się zmie­niać. Drob­ne ge­sty, wy­mie­nio­ne spoj­rze­nia sta­wa­ły się naj­waż­niej­szy­mi mo­men­ta­mi dnia. Nie wie­dzia­łem, jak bar­dzo ta ko­bie­ta mia­ła od­mie­nić moje ży­cie. Czu­łem, że gdy ona jest w po­bli­żu, od­dy­cha mi się ła­twiej.

Choć od dziec­ka przy­wy­kłem do gwa­ru opo­wie­ści z ko­palń, do twar­dych słów ojca, któ­ry wra­cał do domu z pra­cy po­kry­ty nie­usu­wal­nym py­łem wę­glo­wym, do ota­cza­ją­cej mnie sza­ro­ści, w głę­bi du­szy wie­rzy­łem, że ist­nie­je inny świat - czyst­szy, ja­śniej­szy. Ma­rzy­łem. Nie o bo­gac­twie ani o wiel­kich rze­czach, lecz o mi­ło­ści. O po­ran­kach, gdy bu­dzi cię cie­pły od­dech ko­cha­ją­cej oso­by - a nie bu­dzik. O bli­sko­ści, aro­ma­cie świe­żej kawy, do­ty­ku, któ­ry nie mu­siał nic mó­wić. O wspól­nym mil­cze­niu, któ­re mó­wi­ło wię­cej niż ty­siąc słów.

W dro­dze na bu­do­wę mi­ja­łem ją wie­lo­krot­nie. Na­sze tra­sy prze­ci­na­ły się co­dzien­nie w tych sa­mych punk­tach. Z po­cząt­ku były to je­dy­nie spoj­rze­nia - krót­kie, ulot­ne, le­d­wo za­uwa­żal­ne. Ski­nie­nie gło­wy, pół­u­śmiech - nic wię­cej. Ale za każ­dym ra­zem, gdy na­sze oczy się spo­ty­ka­ły, czu­łem coś... coś, cze­go nie po­tra­fi­łem na­zwać. Jak­by mię­dzy nami ist­nia­ła nie­wi­dzial­na nić po­ro­zu­mie­nia, jak­by w tych spoj­rze­niach kry­ła się głęb­sza treść, któ­rej nie spo­sób opi­sać sło­wa­mi. W trak­cie tych mil­czą­cych spo­tkań ro­dzi­ła się iskra.

Nie była dla mnie tyl­ko ko­lej­ną ko­bie­tą mi­ja­ną w pę­dzie. Przy­cią­ga­ła mnie ni­czym ma­gnes. Wi­dzia­łem, jak wy­sia­da­ła z sa­mo­cho­du - w dżin­sach, za­wsze w do­pa­so­wa­nym t-shir­cie, któ­ry pod­kre­ślał jej syl­wet­kę i ko­bie­cość. Pro­ste, prak­tycz­ne ubra­nia, któ­re jed­nak nie po­tra­fi­ły ukryć jej wy­jąt­ko­we­go wdzię­ku. Jej wło­sy były ide­al­nie pro­ste, jak­by co­dzien­nie to­czy­ła wal­kę z na­tu­rą. Po­dej­rze­wa­łem, że spę­dza dłu­gie mi­nu­ty przed lu­strem, by sta­ran­nie je uło­żyć; czu­łem, że gdzieś kry­ją się nie­sfor­ne pa­sem­ka, któ­rych nie lu­bi­ła za to, że były zbun­to­wa­ne. Te nie­do­sko­na­ło­ści czy­ni­ły ją praw­dzi­wą, ludz­ką, a jed­no­cze­śnie nie­osią­gal­ną.

Nie zna­łem jej imie­nia. W mo­jej gło­wie była po pro­stu "pie­lę­gnia­recz­ką". Wie­dzia­łem, że pra­cu­je w tym szpi­ta­lu. Za­uwa­ża­łem, jak o tych sa­mych po­rach rano i wie­czo­rem wcho­dzi i wy­cho­dzi. Póź­niej od­kry­łem, że nie była zwy­kłą pie­lę­gniar­ką. Pew­ne­go dnia na jej far­tu­chu zo­ba­czy­łem na­pis: "NEO­NA­TO­LO­GIA". Zwy­kli lu­dzie nie mają ta­kie­go bły­sku w oczach. Ona czu­wa­ła nad naj­mniej­szy­mi - nad dzieć­mi, któ­re do­pie­ro po­ja­wia­ły się na świe­cie. W jej rę­kach na­wet naj­słab­sze wcze­śnia­ki mia­ły szan­sę. Jej od­dział był ostat­nią de­ską ra­tun­ku dla tych, któ­rzy przy­szli na świat przed cza­sem. Tyle ży­cia w tych ma­lut­kich ciał­kach. Każ­de wa­ży­ło mniej niż to­reb­ka cu­kru, a jed­nak wal­czy­ło z de­ter­mi­na­cją do­ro­słe­go czło­wie­ka. Ich skó­ra była tak de­li­kat­na, że mo­gła ulec uszko­dze­niu od naj­ła­god­niej­sze­go do­ty­ku. A ona... była jak anioł, któ­ry po­ma­gał im od­dy­chać, czu­wać, prze­trwać. Jej obec­ność przy in­ku­ba­to­rach dzia­ła­ła ko­ją­co za­rów­no na per­so­nel, jak i na ro­dzi­ców. Za­wsze sku­pio­na, a jed­nak jej spoj­rze­nie skry­wa­ło ta­jem­ni­cę - może zmę­cze­nie, a może coś in­ne­go. Z cza­sem do­wie­dzia­łem się o niej wię­cej, niż po­wi­nie­nem - o jej dzie­ciach, pra­cy, a na­wet o jej mężu. O nim do­wie­dzia­łem się cze­goś, co zu­peł­nie zmie­ni moje ży­cie...

A ja? By­łem fa­ce­tem od be­to­nu i sta­li. Moje dło­nie zna­ły cię­żar ce­gły i opór wier­tła. Kie­ro­wa­łem pra­ca­mi no­we­go skrzy­dła szpi­ta­la z biu­ra w kon­te­ne­rze, a naj­waż­niej­sze na­rzę­dzia prze­cho­wy­wa­łem w gło­wie - bo wła­śnie umy­słem pra­co­wa­łem naj­wię­cej. Zaj­mo­wa­łem się fun­da­men­ta­mi, ścia­na­mi, licz­ba­mi. Ta­be­le, wy­kre­sy, har­mo­no­gra­my - to był mój ję­zyk. Wszyst­ko mu­sia­ło się zga­dzać co do mi­li­me­tra. Je­den błąd mógł kosz­to­wać ży­cie. Z ze­wnątrz pre­zen­to­wa­łem się jako oso­ba ma­ją­ca wszyst­ko pod kon­tro­lą: pew­ny głos, szyb­kie de­cy­zje, neu­tral­na mina. W środ­ku na­to­miast... zma­ga­łem się z nie­pew­no­ścią, któ­ra gry­zła mnie każ­dej nocy. Zmę­czo­ny ży­ciem, któ­re nie po­to­czy­ło się zgod­nie z pla­nem. Mał­żeń­stwo, któ­re roz­pa­da­ło się jak źle zmie­sza­ny be­ton. Dom, któ­ry sam re­mon­to­wa­łem, i zwią­zek, któ­ry wy­pa­lił się, za­nim zdą­żył roz­kwit­nąć. Ścia­ny domu pa­mię­ta­ły wię­cej kłót­ni niż śmie­chu.

Pew­ne­go desz­czo­we­go ran­ka, gdy sta­łem pod dasz­kiem, cze­ka­jąc na prze­rwę w ule­wie, by móc prze­sko­czyć z bu­dyn­ku do mo­je­go kon­te­ne­ra, po­ja­wi­ła się ona - ta, któ­ra z każ­dym spoj­rze­niem, z każ­dym "dzień do­bry" mia­ła co­raz więk­sze zna­cze­nie w moim ży­ciu. Jej mo­kre wło­sy przy­le­ga­ły do twa­rzy, a para uno­szą­ca się nad kub­kiem kawy two­rzy­ła aurę cie­pła po­śród chłod­ne­go desz­czu. Uśmiech­nę­ła się sub­tel­nie, a ja, za­miast sło­wa­mi, wy­ra­zi­łem swo­je uczu­cia je­dy­nie ski­nie­niem gło­wy, bo czu­łem, że coś we mnie pęka. Ten mo­ment był jak wstrzy­ma­nie od­de­chu - krót­ka prze­rwa, któ­ra zmie­ni­ła rytm ca­łe­go dnia.

Nie wie­dzia­łem jesz­cze, że wła­śnie ten dzień przy­nie­sie ko­niec jed­ne­go roz­dzia­łu i otwar­cie no­we­go. Jej spoj­rze­nie tego ran­ka oka­za­ło się ostat­nim spo­koj­nym, nie­win­nym mo­men­tem przed tym, jak rze­czy­wi­stość za­czę­ła zmie­niać się szyb­ciej, niż by­łem go­tów to przy­jąć.

Spoj­rza­łem na nią ostat­ni raz. Sta­ła nie­ru­cho­mo, pa­trząc na mnie tym swo­im szcze­gól­nym wzro­kiem - jak­by już wie­dzia­ła, co nas cze­ka. A może to ja już daw­no czu­łem, że na­sze losy są sple­cio­ne jak dwie nit­ki utka­ne przez przy­pa­dek, a jed­nak na za­wsze nie­roz­łącz­ne.

Deszcz za­czął pa­dać jesz­cze moc­niej. Od­wró­ci­łem się do niej i za­py­ta­łem:

- Lat­te bez cu­kru? - za­py­ta­łem.

- Słu­cham? - Zmarsz­czy­ła brwi i po­wo­li unio­sła wzrok.

- Co­dzien­nie. Ta sama pora. Lat­te bez cu­kru - mó­wi­łem spo­koj­nie, ob­ser­wu­jąc jej re­ak­cję.

- Ob­ser­wu­jesz mnie?

- Za­uwa­żam.

- Tro­chę to dziw­ne...

- Może. Ale czy nie­wła­ści­we?

- Nie­wła­ści­we jest to, że za­uwa­żasz, a się nie przed­sta­wiasz.

- Se­ba­stian.

- Anka. Miło mi.

Za­mar­ła na uła­mek se­kun­dy. Nie wiem, czy to coś w moim gło­sie, w spo­so­bie wy­po­wia­da­nia słów spra­wi­ło, że de­li­kat­nie za­drża­ła - le­d­wo wy­czu­wal­nie, ale wy­star­cza­ją­co, bym to do­strzegł. Prze­szył ją dreszcz, nie­po­ko­ją­cy, lecz jed­no­cze­śnie dziw­nie przy­jem­ny.

Je­den po­ra­nek z wie­lu. Nic szcze­gól­ne­go, a jed­nak wszyst­ko. Dzi­siaj wiem, że wła­śnie wte­dy nici na­szych żyć za­czę­ły się prze­pla­tać. Ci­cho, bez słów, jak­by ktoś wy­żej po­cią­gał za nie­wi­dzial­ne sznur­ki, a los przy­go­to­wy­wał sce­nę dla wy­da­rzeń, któ­re mia­ły na­dejść.

Nie przy­pusz­cza­łem, że inna bu­do­wa, któ­rą pro­wa­dzi­łem, sta­nie się miej­scem zbrod­ni. Że be­ton, któ­ry kła­dłem z taką sta­ran­no­ścią, bę­dzie świad­kiem cze­goś prze­ra­ża­ją­ce­go ani że ko­bie­ta, któ­rą wła­śnie po­zna­łem, bę­dzie zwią­za­na z tą spra­wą bar­dziej, niż mógł­bym so­bie wy­obra­zić.

W od­da­li za­hu­cza­ła be­to­niar­ka, co przy­wró­ci­ło mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

- Już idę! - krzyk­ną­łem w stro­nę ro­bot­ni­ków.

Ostat­ni raz spoj­rza­łem na Ankę. Sta­ła nie­ru­cho­mo, pa­trząc na mnie tak, jak­by już wie­dzia­ła, co nas cze­ka.

Ja też to wie­dzia­łem.

Nie wie­dzia­łem jed­nak, że ta ko­bie­ta nosi w so­bie ta­jem­ni­cę, któ­ra wstrzą­śnie moim ży­ciem. Że jej prze­szłość jest po­dob­na do mo­jej - peł­na nie­do­mó­wień i bo­le­snych wy­bo­rów.

Deszcz pa­dał co­raz moc­niej. Od­wró­ci­łem się i wsze­dłem w świat be­to­nu i sta­li, jesz­cze nie­świa­do­my, że za chwi­lę wszyst­ko się zmie­ni. Na za­wsze.

Gdy­bym wte­dy wie­dział, że to wła­śnie ten mo­ment za­po­cząt­ku­je ciąg wy­da­rzeń, któ­rych nie będę w sta­nie kon­tro­lo­wać, może nie zro­bił­bym tego pierw­sze­go kro­ku. Ale już było za póź­no - na­sze losy zo­sta­ły sple­cio­ne jak dwie nit­ki utka­ne przez przy­pa­dek, lecz już na za­wsze nie­roz­łącz­ne.

Roz­dział 2 Pod skó­rą dnia

Anna

Dzień za­czął się jak każ­dy inny - od po­ran­ne­go za­mie­sza­nia, kie­dy pró­bo­wa­łam ogar­nąć co­dzien­ne obo­wiąz­ki. Chcia­łam, by wszyst­ko szło spraw­nie, choć wie­dzia­łam, że z trój­ką dzie­ci to nie jest ta­kie ła­twe. Da­wid, mój naj­star­szy syn, miał już dwa­na­ście lat i od za­wsze wcią­gał mnie w swój świat Bio­nic­le. Dziś, jak zwy­kle, za­raz po śnia­da­niu za­czął mi re­la­cjo­no­wać, co wy­da­rzy­ło się w szko­le, ja­kich no­wych Bio­nic­le'ów spo­tkał na pla­cu za­baw, jak prze­my­cał ko­lej­ne ka­wał­ki ze zło­żo­nej kon­struk­cji, któ­ra we­dług nie­go mia­ła coś wspól­ne­go z tech­no­lo­gią przy­szło­ści. Cza­sem jego opo­wie­ści brzmia­ły jak scien­ce fic­tion, ale w jego oczach wi­dzia­łam praw­dzi­wą pa­sję, któ­ra spra­wia­ła, że na­wet ja, scep­tycz­na wo­bec za­ba­wek, za­czy­na­łam do­strze­gać w nich coś wię­cej niż tyl­ko pla­stik. Cza­sa­mi nie ro­zu­mia­łam Da­wi­da, ale za­wsze sta­ra­łam się słu­chać, bo wi­dzia­łam, jak bar­dzo go to pa­sjo­nu­je. W pew­nym sen­sie była to moja co­dzien­na daw­ka świe­że­go spoj­rze­nia na świat, bo on na swój spo­sób po­tra­fił od­na­leźć w nim coś no­we­go, coś eks­cy­tu­ją­ce­go - na­wet je­śli cho­dzi­ło tyl­ko o pla­sti­ko­we fi­gur­ki.

Ola była zu­peł­nym prze­ci­wień­stwem Da­wi­da. Mój anio­łek, dzie­się­cio­lat­ka, któ­rej uśmiech roz­świe­tlał każ­dy kąt w domu. Za­wsze spo­koj­na, po­god­na i opie­kuń­cza. Uwiel­bia­ła zwie­rzę­ta - od ma­łych kot­ków po pta­ki, któ­re czę­sto przy­no­si­ła do domu. Każ­de­go ran­ka spraw­dza­ła, czy w ogro­dzie nie ma no­wych śla­dów zwie­rząt, a jej no­tes był pe­łen ry­sun­ków i no­ta­tek o ich zwy­cza­jach. Cho­dzi­ła do tej sa­mej szko­ły co Da­wid, ale jej za­in­te­re­so­wa­nia były zu­peł­nie inne. Każ­de zwie­rząt­ko było dla niej skar­bem. "Chcę zo­stać we­te­ry­na­rzem!" - mó­wi­ła z bły­skiem w oku, a ja wie­dzia­łam, że to jej pa­sja. Ko­cha­ła te stwo­rze­nia bar­dziej niż co­kol­wiek in­ne­go na świe­cie.

Pio­trek, naj­młod­szy, miał za­le­d­wie sie­dem lat i był wul­ka­nem ener­gii - dziec­kiem, któ­re nie zna­ło sło­wa "spo­kój". Za­wsze w ru­chu, za­wsze w po­śpie­chu. Kie­dy mu­siał iść do przed­szko­la, to­czy­li­śmy praw­dzi­wą ba­ta­lię. Dzia­dek Hie­ro­nim, mój naj­uko­chań­szy ta­tuś, za­cią­gał go tam na siłę, bo Pio­trek jak małe tor­na­do uni­kał prze­zna­cze­nia. Na­wet pod­czas śnia­da­nia nie po­tra­fił usie­dzieć w miej­scu - wier­cił się, opo­wia­dał gło­śno, a jego ręce bez prze­rwy kon­stru­owa­ły coś z wi­del­ca i ser­wet­ki. Miał w so­bie nie­ustan­ną chęć do dzia­ła­nia, za­wsze szu­kał przy­gód. Zde­cy­do­wa­nie przy­po­mi­nał mi mnie samą sprzed lat: peł­ną ener­gii, cie­ka­wo­ści świa­ta oso­bę, któ­rej ni­g­dy nie dało się za­trzy­mać. Wi­dzia­łam to w jego oczach - ten głód ży­cia, któ­ry spra­wiał, że nie po­tra­fił usie­dzieć na miej­scu. I choć cza­sem mnie to fru­stro­wa­ło, wie­dzia­łam, że to jego spo­sób na od­kry­wa­nie świa­ta.

Przed pra­cą czę­sto wstęp­nie prze­glą­da­łam rze­czy, któ­re mu­sia­łam zro­bić. Mój mąż, Ja­cek, był te­raz na Is­lan­dii. Jak zwy­kle. Wra­cał rzad­ko, tyl­ko kil­ka razy w roku. Cza­sem my­śla­łam, że to nie jest ży­cie, któ­re so­bie wy­ma­rzy­łam - ale przy­zwy­cza­iłam się do tego. Każ­dy jego wy­jazd zo­sta­wiał w domu pust­kę, któ­rą wy­peł­nia­łam pra­cą i dzieć­mi, ale no­ca­mi, gdy wszyst­ko uci­chło, od­czu­wa­łam swo­ją sa­mot­ność nie­mal jak fi­zycz­ny ból. Może kie­dyś mia­ło to sens - może na po­cząt­ku, kie­dy się po­zna­li­śmy i by­li­śmy na do­rob­ku. Mia­łam jed­nak na­dzie­ję, że to się zmie­ni. Zresz­tą na chwi­lę wró­cił, by pra­co­wać w War­sza­wie. Wte­dy czu­łam, że może nad­cho­dzi mo­ment, w któ­rym bę­dzie­my mo­gli stwo­rzyć taki dom, o ja­kim ma­rzy­łam. Wy­da­wa­ło mi się, że te­raz na­dej­dzie sta­bi­li­za­cja, któ­ra da mi po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i spo­ko­ju. Ja­cek zro­bił krok, któ­ry da­wał mi na­dzie­ję - ale to była tyl­ko złud­na na­dzie­ja.

Kie­dy po roku oznaj­mił, że wra­ca na Is­lan­dię, coś we mnie pę­kło. To wte­dy mu po­wie­dzia­łam, że je­śli wy­je­dzie, ja za­koń­czę to mał­żeń­stwo. Za­bio­rę dzie­ci i odej­dę. To była de­cy­zja, na któ­rą cze­ka­łam przez dłu­gie lata, tyl­ko po­trze­bo­wa­łam im­pul­su. Przez te wszyst­kie mie­sią­ce tłu­mi­łam w so­bie gniew, uda­wa­łam, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, ale w koń­cu mu­sia­łam przy­znać przed sobą, że nie mogę już żyć w za­wie­sze­niu. Ja­cek tyl­ko się uśmiech­nął, jak­by nie wie­rzył w moje sło­wa, jak­by uzna­wał je za pu­stą ga­da­ni­nę. Ale ja wie­dzia­łam. Po­trze­bo­wa­łam tyl­ko mo­men­tu, by to za­koń­czyć. A on nie zda­wał so­bie spra­wy, że to, co dla nie­go było zwy­kłą co­dzien­no­ścią, dla mnie sta­ło się cię­ża­rem, któ­re­go już dłu­żej nie mo­głam dźwi­gać.

Za­nim jesz­cze wy­szłam do pra­cy, wie­dzia­łam, że nie chcę wra­cać do tam­te­go ży­cia. W mo­jej gło­wie po­ja­wił się dziw­ny spo­kój - świa­do­mość, że wła­śnie pod­ję­łam naj­waż­niej­szą de­cy­zję. I choć Ja­cek nie ro­zu­miał mo­je­go wy­bo­ru, ja wresz­cie po­czu­łam, że to po­czą­tek no­we­go roz­dzia­łu, któ­ry mu­siał na­dejść. Nie­za­leż­nie od tego, co przy­nie­sie przy­szłość, nie mo­głam już żyć w tej sa­mej ilu­zji.

To był zwy­kły dzień, jak każ­dy inny. Po dro­dze do szpi­ta­la mi­ja­łam te same pola, te same domy, te same twa­rze. Kol­bu­szo­wa jesz­cze spa­ła, nic nie za­bu­rza­ło co­dzien­nej ru­ty­ny. A jed­nak było ja­koś ina­czej - może to spo­sób, w jaki świa­tło pa­da­ło na dro­gę, może lek­ki wiatr, któ­ry niósł za­pach świe­żo sko­szo­nej tra­wy. Dro­ga do Rze­szo­wa z każ­dą chwi­lą się zmie­nia. Znam ją do­brze - nie mu­szę pa­trzeć na dro­go­wska­zy, wiem, kie­dy trze­ba skrę­cić.

Ale dziś mia­łam wra­że­nie, że zmie­rzam ku cze­muś in­ne­mu. Ku cze­muś nie­zna­ne­mu, lecz upra­gnio­ne­mu.

Mi­nę­łam most, a za nim za­czę­ło się mia­sto. Sta­re bu­dyn­ki, no­wo­cze­sne biu­row­ce, wciąż te same kor­ki. Wśród tego zgieł­ku cza­sem ła­pię się na tym, że szu­kam cze­goś no­we­go, zna­ku, któ­ry po­wie mi, że nie je­stem tyl­ko try­bi­kiem w tej ma­szy­nie. Tak bar­dzo się przy­zwy­cza­iłam do tej dro­gi, do tych lu­dzi, że za­czę­łam za­po­mi­nać, co się kry­je tuż pod po­wierzch­nią. A prze­cież ży­cie nie jest tyl­ko dro­gą z punk­tu A do B. W ser­cu mia­sta, w moim szpi­ta­lu, moje ży­cie mia­ło inny rytm. Tu co­dzien­nie wal­czy­łam o cud. O ży­cie, któ­re le­d­wo się za­czę­ło.

W szpi­ta­lu Pro-Ro­dzi­na cze­kał na mnie mój mały świat - od­dział neo­na­to­lo­gii. Dzie­ci, któ­re do­pie­ro co przy­szły na świat i któ­re po­trze­bo­wa­ły mnie bar­dziej, niż ja­kie­kol­wiek sło­wa mogą to wy­ra­zić. Ich ma­leń­kie dło­nie, któ­re le­d­wo obej­mo­wa­ły mój pa­lec, ich ci­che od­de­chy - to wszyst­ko przy­po­mi­na­ło mi, jak kru­che jest ży­cie i jak waż­na jest moja rola w jego ochro­nie. Były jak ma­leń­kie iskier­ki, wciąż zbyt wraż­li­we, by sta­nąć na no­gach, a ja - ich prze­wod­ni­kiem do no­we­go ży­cia. Bez wa­ha­nia, bez py­tań. Po pro­stu by­łam tam, by trzy­mać je w ra­mio­nach, kie­dy jesz­cze nic nie było pew­ne. Kie­dy jesz­cze wal­czy­ły o każ­dy od­dech.

Ale to miej­sce to nie tyl­ko dzie­ci, któ­re wy­peł­nia­ją moją prze­strzeń. Co­dzien­nie pra­wie me­cha­nicz­nie mi­jam lu­dzi na par­kin­gu. Dzień w dzień. Za­uwa­żam ich, ale oni mnie nie wi­dzą. A przy­naj­mniej tak mi się wy­da­je. Cza­sem za­sta­na­wiam się, ja­kie hi­sto­rie skry­wa­ją - może ktoś tak jak ja wal­czy z wła­sny­mi de­mo­na­mi, może ktoś wła­śnie prze­ży­wa naj­szczę­śliw­szy dzień w ży­ciu. Wzrok, któ­ry na­po­ty­ka­my, jest ulot­ny - to coś po­wierz­chow­ne­go, coś, co nie zo­sta­je na dłu­żej. Ale... są wy­jąt­ki.

Za­czę­ło się nie­win­nie. Męż­czy­zna w ro­bo­czym ubra­niu, z któ­rym kil­ka razy wy­mie­ni­łam spoj­rze­nia. Jak­by szu­kał cze­goś w mo­ich oczach - cze­goś, cze­go nie po­tra­fi­łam do­strzec. Nie­zau­wa­żal­ny, a jed­nak obec­ny. Za pierw­szym ra­zem na­wet nie zwró­ci­łam na nie­go uwa­gi - był tyl­ko ko­lej­ną po­sta­cią w tłu­mie. Ale po­tem za­czę­łam go za­uwa­żać: jego spo­sób po­ru­sza­nia się, lek­ko po­chy­lo­ną gło­wę, jak­by cały czas ana­li­zo­wał. Za­wsze, gdy go mi­ja­łam, czu­łam coś, cze­go nie po­tra­fi­łam na­zwać. Może to była jego pew­ność sie­bie? A może coś w jego oczach, co zmu­sza­ło mnie do wzię­cia głęb­sze­go od­de­chu? Nie wie­dzia­łam. Wy­da­wał się zu­peł­nie obcy, a jed­nak nie mo­głam oprzeć się wra­że­niu, że na­sze losy były pro­wa­dzo­ne przez te same nie­wi­dzial­ne siły. To uczu­cie na­ra­sta­ło we mnie jak echo, któ­re­go nie po­tra­fi­łam za­głu­szyć.

Zwy­kle kon­cen­tro­wa­łam się na tym, co tu i te­raz. Pra­ca. Dom. Dzie­ci. Ale on... Po­ja­wiał się w tych mo­men­tach, któ­re wy­kra­cza­ły poza co­dzien­ną ru­ty­nę. Jak­by los spe­cjal­nie usta­wiał nas na swo­jej dro­dze, by spraw­dzić, czy w koń­cu coś zro­bi­my z tym nie­wy­po­wie­dzia­nym na­pię­ciem. Cza­sa­mi to było tyl­ko spoj­rze­nie. In­nym ra­zem gest - jak­by przy­pad­ko­we spo­tka­nie, któ­re nie mia­ło zna­cze­nia. A jed­nak kie­dy mi­ja­łam go na par­kin­gu, czu­łam, jak­by mię­dzy nami coś ro­sło - coś, co z każ­dym dniem sta­wa­ło się co­raz bar­dziej re­al­ne.

Czu­łam to w żo­łąd­ku - jak skrę­ca­ją­cą się wstę­gę na­pię­cia, nie­po­kój po­mie­sza­ny z eks­cy­ta­cją.

I wte­dy, pew­ne­go dnia, coś się zmie­ni­ło. Jego spoj­rze­nie, peł­ne nie­pew­no­ści i py­ta­nia, na­po­tka­ło moje. I na­gle wie­dzia­łam - to nie było zwy­kłe spo­tka­nie ob­cych lu­dzi. Na­sze dro­gi prze­ci­na­ły się w spo­sób, któ­ry nie miał nic wspól­ne­go z przy­pad­kiem.

Po­czu­łam ukłu­cie pod skó­rą. Jak­by coś się wła­śnie za­czę­ło, choć nie pa­dło ani jed­no sło­wo.

Jego obec­ność była jak zja­wi­sko, któ­re wkra­da­ło się w moje ży­cie nie­pro­szo­ne, ale ro­bi­ło to kon­se­kwent­nie. Przy każ­dym na­szym spo­tka­niu od­kry­wam ko­lej­ną war­stwę - za pierw­szym ra­zem wi­dzia­łam tyl­ko jego oczy, za dru­gim uśmiech, któ­ry spra­wiał, że moje ser­ce przy­spie­sza­ło. Każ­dy jego ruch jest prze­my­śla­ny, każ­dy gest pe­łen pew­no­ści sie­bie, jak­by wie­dział, jak ma się za­cho­wać, by mnie za­cie­ka­wić. I moja cie­ka­wość ro­sła. Nie mo­głam jej już igno­ro­wać.

Pa­trzy­łam na nie­go, a ser­ce za­czę­ło mi bić szyb­ciej, jak­bym zu­peł­nie za­po­mnia­ła, jak się od­dy­cha. Jego bru­nat­na grzyw­ka nie­dba­le opa­da­ją­ca na czo­ło, jego oczy - nie­bie­sko-sza­re jak zim­ne mo­rze tuż przed bu­rzą. Jego bro­da - lek­ko za­ro­śnię­ta, ide­al­nie do­pa­so­wa­na do twa­rzy. To nie był chło­pak, któ­ry pró­bo­wał wy­glą­dać mło­dziej, ale męż­czy­zna, któ­ry wie­dział, jak się za­pre­zen­to­wać, by wzbu­dzać po­żą­da­nie. Jego uśmiech, za­wsze lek­ko prze­kor­ny, jak­by znał od­po­wiedź na py­ta­nie, któ­re­go jesz­cze nie za­da­łam. A kie­dy prze­cho­dził obok, czu­łam ten za­pach. Nie mo­głam go opi­sać, bo był zbyt in­ten­syw­ny, by wy­ra­zić go sło­wa­mi. Jak nuta, któ­ra zo­sta­je na mo­jej skó­rze i spra­wia, że na chwi­lę za­po­mi­nam o wszyst­kim. Przez chwi­lę nic in­ne­go nie mia­ło zna­cze­nia, bo to on - z jego za­pa­chem, z jego obec­no­ścią - wy­peł­niał całą prze­strzeń. Jak­by­śmy ist­nie­li tyl­ko on i ja.

Ale to, co na­praw­dę mnie ude­rza­ło, to jego spoj­rze­nie. Nie mo­głam go znieść. Jego oczy były jak do­tyk, któ­ry za­czy­na się od środ­ka i po­wo­li wę­dru­je w dół. To nie było zwy­kłe spoj­rze­nie - to obiet­ni­ca, wy­zwa­nie, py­ta­nie i od­po­wiedź w jed­nym. Było jak igła, któ­ra wbi­ja­ła się w moje cia­ło i spra­wia­ła, że moje ser­ce za­czy­na wa­lić w pier­si. I nie cho­dzi­ło tyl­ko o to, co wi­dzia­ła - przez to, jak na mnie pa­trzył, czu­łam się naga, choć wciąż mia­łam na so­bie ubra­nie. W jego oczach było coś, na co moje cia­ło re­ago­wa­ło - jak­by w od­po­wie­dzi na ja­kieś nie­uchwyt­ne we­zwa­nie. I wie­dzia­łam, że on też to wie­dział. A ja, choć po­win­nam czuć lęk, czu­łam tyl­ko... pra­gnie­nie.

Pew­ne­go desz­czo­we­go po­ran­ka, gdy jak zwy­kle szłam do pra­cy, trzy­ma­jąc w ręce ku­bek ter­micz­ny z kawą, w koń­cu za­gad­nął:

- Lat­te bez cu­kru?

- Słu­cham? - Zmarsz­czy­łam brwi i po­wo­li unio­słam wzrok.

- Co­dzien­nie. Ta sama pora. Lat­te bez cu­kru - mó­wił spo­koj­nie.

- Ob­ser­wu­jesz mnie? - za­py­ta­łam.

- Za­uwa­żam.

- Tro­chę to dziw­ne...

- Może. Ale czy nie­wła­ści­we?

- Nie­wła­ści­we jest to, że za­uwa­żasz, a się nie przed­sta­wiasz - po­wie­dzia­łam z lek­kim sar­ka­zmem.

- Se­ba­stian.

- Anka. Miło mi.

Każ­dy nasz ko­lej­ny kon­takt, każ­de spo­tka­nie są jak po­wol­ne eks­plo­zje w moim cie­le. Nie cho­dzi o sło­wa, ale o to, co nie­wy­po­wie­dzia­ne. Na­wet gdy sto­imy w mil­cze­niu, mię­dzy nami prze­pły­wa cała fala emo­cji - na­pię­cie, któ­re ro­śnie z każ­dą se­kun­dą. Jego spoj­rze­nie przy­wo­dzi mi na myśl ob­ra­zy, któ­re sta­ram się od­py­chać, po­nie­waż świa­do­mość, że nie są dla mnie, za­czy­na mnie przy­tła­czać. Ale one wra­ca­ją. Co­raz czę­ściej. Co­raz sil­niej­sze.

Czu­ję, jak moje cia­ło za­czy­na re­ago­wać na jego naj­mniej­szy gest, na każ­dy jego ruch. To nie jest tyl­ko fi­zycz­ne przy­cią­ga­nie - to przy­cią­ga­nie dusz. Kie­dy na­sze dło­nie przy­pad­kiem się sty­ka­ją, od­czu­wam każ­dą jego re­ak­cję, znam jego my­śli i wiem, że on czu­je do­kład­nie to samo. W tych drob­nych do­tknię­ciach jest wię­cej uczu­cia niż we wszyst­kich la­tach mo­je­go mał­żeń­stwa.

Jest w nim coś, co mnie przy­cią­ga, cze­go nie mogę i nie chcę zi­gno­ro­wać. Wszyst­ko w nim spra­wia, że za­czy­nam tę­sk­nić. Za tym, cze­go tak dłu­go bra­ko­wa­ło mi w ży­ciu. Za do­ty­kiem, któ­ry nie tyl­ko pie­lę­gnu­je, lecz tak­że spra­wia, że czu­ję się po­żą­da­na. Za czu­ło­ścią, któ­ra oprócz fi­zycz­ne­go cie­pła daje też uko­je­nie du­szy.

Czu­ję, jak coś we mnie bu­dzi się z głę­bo­kie­go snu, jak za­spa­ne pra­gnie­nia za­czy­na­ją do­ma­gać się uwa­gi. Seks... tego zde­cy­do­wa­nie też mi bra­ku­je, ale nie tyl­ko. Ta bli­skość jest praw­dzi­wa. Roz­bra­ja.

Z każ­dym spoj­rze­niem Se­ba­stia­na czu­ję, jak moja ko­bie­ca na­tu­ra za­czy­na się bu­dzić. Moje zmy­sły są bar­dziej wy­ostrzo­ne niż kie­dy­kol­wiek, jak­by jego obec­ność wy­peł­nia­ła prze­strzeń, w któ­rej do­tych­czas pa­no­wa­ła pust­ka. Na­wet gdy go nie ma, my­ślę o nim - o tym, jak by to było, gdy­by w koń­cu się zbli­żył, gdy­by jego dło­nie do­tknę­ły mo­je­go cia­ła, gdy­by jego usta zna­la­zły moje. Jego obec­ność spra­wia, że za­czy­nam tę­sk­nić za czymś wię­cej niż tyl­ko chwi­lo­wym speł­nie­niem. Chcę czuć się ko­cha­na, po­żą­da­na, chcę dać się po­nieść temu, co się mię­dzy nami ro­dzi - bez wsty­du, bez za­ha­mo­wań. Chcę po­czuć jego cia­ło, jego za­pach, jego do­tyk. Chcę po­czuć sie­bie w jego spoj­rze­niu.

I choć wiem, że nie mogę tego wszyst­kie­go mieć od razu, to te my­śli nie dają mi spo­ko­ju. Wy­obra­żam so­bie jego ręce na mo­ich bio­drach, jego od­dech na mo­jej szyi, jego szept w moim uchu - i wte­dy całe moje cia­ło re­agu­je, jak­by już te­raz go po­trze­bo­wa­ło. Ma­rzę o tym, by po­czuć go bli­sko, by zo­ba­czyć, jak jego cia­ło łą­czy się z moim w na­mięt­nej, go­rą­cej chwi­li, któ­ra nie zo­sta­wia miej­sca na nic in­ne­go. Chcę tej in­tym­no­ści, tego cze­goś, co spra­wia, że moje cia­ło mówi "tak", za­nim jesz­cze po­dej­mę de­cy­zję. Chcę tej siły, któ­ra wy­do­by­wa ja­kąś za­po­mnia­ną część mnie, o któ­rej za­po­mnia­łam... Chcę być sobą - nie mat­ką, nie żoną. Ko­bie­tą.

Obu­dzi­ła się we mnie ko­bie­ta, któ­ra przez lata spa­ła pod war­stwa­mi obo­wiąz­ków i sa­mot­no­ści. Se­ba­stian wy­da­je się od­po­wie­dzią na tę pust­kę. Bu­dzi we mnie coś, cze­go nie czu­łam przez lata.

Wte­dy wiem - to nie jest tyl­ko męż­czy­zna spo­tka­ny przy­pad­ko­wo. To prze­zna­cze­nie. To de­cy­zja, któ­rą mu­szę pod­jąć. Na­wet gdy­bym chcia­ła, nie po­tra­fi­ła­bym już od­wró­cić wzro­ku, uda­wać, że nie wi­dzę, jak bar­dzo zmie­nia moje ży­cie. Do­strze­gam w nim przy­szłość - przy­szłość, któ­rej ni­g­dy nie pla­no­wa­łam, ale któ­ra w tej chwi­li sta­je się tak re­al­na, że czu­ję ją na skó­rze. Je­stem go­to­wa na zmia­nę. Go­to­wa na wszyst­ko.

Roz­dział 3 Głos z Is­lan­dii

Anna

Po­ra­nek był dziw­nie chłod­ny jak na kwie­cień. Słoń­ce, któ­re zwy­kle o tej po­rze roku roz­świe­tla­ło kuch­nię zło­ty­mi pro­mie­nia­mi, te­raz cho­wa­ło się za gę­sty­mi, oło­wia­ny­mi chmu­ra­mi. Te­le­fon za­dzwo­nił wcze­śnie, kie­dy jesz­cze szy­ko­wa­łam dzie­ci do szko­ły. Dło­nie mia­łam sztyw­ne od zim­na, choć ka­len­darz upar­cie twier­dził, że to już wio­sna.

- Halo? - Ode­bra­łam szyb­ko. Przy­trzy­mu­jąc te­le­fon mię­dzy po­licz­kiem a ra­mie­niem, jed­no­cze­śnie wkła­da­jąc ka­nap­ki do śnia­da­nió­wek. Chleb był dziw­nie twar­dy, jak­by też zmarzł w tym nie­ocze­ki­wa­nym kwiet­nio­wym chło­dzie.

- Anka? - usły­sza­łam głos Jac­ka. Nie "cześć", nie "dzień do­bry". Tyl­ko moje imię, wy­po­wie­dzia­ne to­nem, ja­kim le­karz wy­mie­nia na­zwę cho­ro­by. Brzmiał twar­do, ci­cho, jak­by dźwięk gu­bił się gdzieś po dro­dze. - Jak tam u was? - Py­ta­nie rzu­co­ne byle jak, jak­by tyl­ko dla za­cho­wa­nia po­zo­rów.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Szó­sta czter­dzie­ści. Cy­fry wy­da­wa­ły się nie­ostre, jak­bym pa­trzy­ła na nie przez za­mar­z­nię­tą szy­bę.

- Dzień jak co dzień - wes­tchnę­łam, od­gar­nia­jąc ko­smyk wło­sów z twa­rzy. - Wiesz, jak jest. Szko­ła, przed­szko­le, pra­ca... za­mie­sza­nie. Ola zno­wu roz­my­śla nad stro­jem do szko­ły, a chłop­cy, jak to chłop­cy, za­czy­na­ją dzień od kłót­ni.

- Tę­sk­nię - po­wie­dział, ale za­brzmia­ło to jak od­czy­ta­ne z kart­ki. Jak­by mó­wił to, bo tak wy­pa­da­ło. Jak­by te sło­wa nic nie wa­ży­ły. Jak­by nie były kie­ro­wa­ne do mnie.

- A kie­dy wra­casz? - za­py­ta­łam, choć już zna­łam od­po­wiedź.

Ci­sza w słu­chaw­ce prze­cią­ga­ła się nie­przy­jem­nie. W tle sły­sza­łam tyl­ko rów­ny, zim­ny od­dech Jac­ka. Żad­nych in­nych dźwię­ków, jak­by stał w ja­kiejś ogrom­nej, pu­stej prze­strze­ni.

- Wiesz... jesz­cze kil­ka ty­go­dni. Może mie­się­cy. Mamy tu opóź­nie­nia. To trud­niej­szy pro­jekt, niż się wy­da­wa­ło. - Głos miał obo­jęt­ny, jak­by mó­wił o na­pra­wie lo­dów­ki, a nie o prze­dłu­ża­ją­cej się roz­łą­ce z ro­dzi­ną.

Nie od­po­wie­dzia­łam od razu. Sło­wa za­wi­sły w prze­strze­ni mię­dzy mną a słu­chaw­ką. Po­czu­łam, jak przez krę­go­słup prze­bie­ga mi chłód - nie fi­zycz­ny, ale taki, któ­ry zo­sta­je w czło­wie­ku na dłu­go po spo­tka­niu z ob­cym czło­wie­kiem bez uczuć.

- Anka? - za­py­tał, lecz w jego gło­sie nie było nie­po­ko­ju. To było tyl­ko py­ta­nie kon­tro­l­ne.

Głos Jac­ka od­da­lał się albo to moje my­śli od­da­la­ły się od nie­go. Może całe na­sze ży­cie od­su­wa­ło się od nas krok po kro­ku jak co­fa­ją­cy się przy­pływ na lo­do­wa­tej pla­ży Is­lan­dii. A może od po­cząt­ku to tyl­ko ja je trzy­ma­łam przy brze­gu.

Wtem Ola pod­bie­gła i chwy­ci­ła mnie za rękę. Jej dłoń była cie­pła i wil­got­na - je­dy­ne cie­płe miej­sce w tej zim­nej kuch­ni.

- To tata? - za­py­ta­ła, a w jej oczach błysz­cza­ła na­dzie­ja, któ­rej już daw­no nie sły­sza­łam w gło­sie Jac­ka.

- Tak - od­po­wie­dzia­łam, po­da­jąc jej te­le­fon. - Chcesz się przy­wi­tać?

- Cześć, ta­tu­siu! - wy­krzyk­nę­ła dziew­czyn­ka, a jej głos na­gle wy­peł­nił kuch­nię ży­ciem. - Do­sta­łam piąt­kę z dyk­tan­da!

- Cześć, księż­nicz­ko! - Głos Jac­ka na chwi­lę stał się cie­plej­szy, żyw­szy. - Jak tam szko­ła? - Ale już w na­stęp­nym zda­niu wró­cił do tego sa­me­go, obo­jęt­ne­go tonu.

Da­wid i Pio­trek już cze­ka­li, żeby prze­jąć te­le­fon. Ich twa­rze były peł­ne eks­cy­ta­cji, któ­rej nie po­tra­fił już od­czu­wać ich oj­ciec.

- Tata! - Da­wid wy­krzy­czał w słu­chaw­kę. - Wi­dzia­łem nowy ka­ta­log Bio­nic­le! Jak wró­cisz, to ci po­ka­żę!

- Do­brze, już się nie mogę do­cze­kać - do­dał Ja­cek, ale gło­sem tak nie­obec­nym, jak­by my­śla­mi był gdzieś in­dziej.

- Tato! - wtrą­cił się Pio­trek, naj­młod­szy. - Kie­dy przy­je­dziesz? Bo Ola mówi, że z Is­lan­dii to dłu­go się leci!

Za­śmiał się ci­cho, ale ten śmiech brzmiał dziw­nie obco, jak echo cze­goś, co kie­dyś było praw­dzi­we.

- To praw­da, Pio­tru­siu. Ale przy­le­cę, obie­cu­ję.

Obiet­ni­ca rzu­co­na w próż­nię, sło­wa, któ­re nie mia­ły gdzie wy­lą­do­wać. Było coś w tej roz­mo­wie. Coś ulot­ne­go. Coś nie­uchwyt­ne­go, co spra­wi­ło, że na chwi­lę przy­mknę­łam oczy. Jak­bym przez uła­mek se­kun­dy usły­sza­ła trzask pę­ka­ją­ce­go szkła - tego nie­wi­dzial­ne­go mię­dzy nami.

Kie­dy dzie­ci od­da­ły mi te­le­fon, Ja­cek od­chrząk­nął. Zna­łam ten dźwięk tak do­brze, ale te­raz brzmiał obco, jak­by po­cho­dził od ko­goś zu­peł­nie in­ne­go.

- Anka...

- Mu­szę się roz­łą­czyć - prze­rwa­łam mu, na­gle przy­tło­czo­na tym zim­nem, któ­re roz­prze­strze­nia­ło się od słu­chaw­ki. - Dzie­ci mu­szą iść do szko­ły...

- Ro­zu­miem - po­wie­dział, a w jego gło­sie nie było na­wet śla­du roz­cza­ro­wa­nia. Znów ta ci­sza. Cięż­ka, gę­sta jak lód, któ­ry ni­g­dy nie top­nie­je. - Dbaj o sie­bie - do­dał me­cha­nicz­nie, jak­by czy­tał in­struk­cję ob­słu­gi.

- Ty też - szep­nę­łam, cho­ciaż wie­dzia­łam, że to bez zna­cze­nia.

Roz­łą­czy­łam się, ale nie odło­ży­łam od razu te­le­fo­nu. Sta­łam tak, wpa­trzo­na w ekran, pod­czas gdy dzie­ci koń­czy­ły się pa­ko­wać. W kuch­ni zro­bi­ło się jesz­cze zim­niej, jak­by całe cie­pło ucie­kło wraz z tą krót­ką roz­mo­wą.

Nie wie­dzia­łam jesz­cze, że to nie był po pro­stu ko­lej­ny zim­ny po­ra­nek - że to po­czą­tek koń­ca. Że chłód, któ­ry wdarł się przez słu­chaw­kę, już ni­g­dy nas nie opu­ści. Za kil­ka ty­go­dni do­wiem się, że mój mąż nie prze­dłu­ża po­by­tu - on po pro­stu tam zo­sta­je. Jak­by ta wy­spa lodu i ognia wchło­nę­ła ostat­nie reszt­ki czło­wie­ka, któ­re­go kie­dyś zna­łam. Jak­bym przez całe na­sze mał­żeń­stwo roz­ma­wia­ła z lo­do­wą fi­gu­rą i w koń­cu zo­ba­czy­ła jej praw­dzi­we ob­li­cze.

Prze­szedł mnie dreszcz. Tym ra­zem nie od kwiet­nio­we­go chło­du. I wca­le nie cho­dzi­ło o mnie. Nie by­łam z nim zwią­za­na już od dłuż­sze­go cza­su. Nic mnie z tym czło­wie­kiem nie łą­czy­ło - oprócz cu­dow­nych dzie­ci i wspól­ne­go domu.

Cho­dzi­ło wła­śnie o tę trój­kę. O ich nie­win­ne ser­ca. Wie­dzia­łam, jak bar­dzo ko­cha­ją tatę i jak bar­dzo za nim tę­sk­nią. Jak ogrom­nie pra­gną spę­dzać z nim każ­dy dzień. Chłop­cy tak po pro­stu po­trze­bo­wa­li mę­skie­go wzor­ca, bra­ko­wa­ło im ojca, z któ­rym wbi­ja się gwoź­dzie, ko­pie ło­pa­tą czy wy­ko­nu­je te wszyst­kie "mę­skie" za­da­nia.

Odło­ży­łam te­le­fon i te­raz w po­śpie­chu zbie­ra­li­śmy się do wyj­ścia.

Nie wie­dzia­łam, że to ostat­ni raz, kie­dy sły­sza­łam głos Jac­ka. Ostat­ni raz, za­nim stał się dla nas zu­peł­nie obcy. Za­nim oka­za­ło się, że czło­wiek, któ­ry od­cho­dzi, tak na­praw­dę od­szedł już daw­no temu. Ka­wa­łek po ka­wał­ku, sło­wo po sło­wie - aż nie zo­sta­ło już nic.

Roz­dział 4 Ra­port po­li­cyj­ny (nr spra­wy: KM-4872/08)

Spo­rzą­dza­ją­cy: ko­mi­sarz Da­wid Wilk, Wy­dział Kry­mi­nal­ny KWP Rze­szów

Data spo­rzą­dze­nia: 06.06.2008

I. DANE POD­STA­WO­WE

Go­dzi­na zgło­sze­nia: 6.45.

Miej­sce zda­rze­nia: Piw­ni­ca bu­do­wa­ne­go blo­ku miesz­kal­ne­go przy ul. Het­mań­skiej 21 w Rze­szo­wie (in­we­sty­cja w trak­cie wy­koń­cze­nia, brak za­mel­do­wa­nych miesz­kań­ców).

Zgła­sza­ją­cy: Męż­czy­zna, oko­ło 40 lat (Grze­gorz Szka­tu­ła, pra­cow­nik fir­my bu­dow­la­nej, nu­mer do­wo­du: XYZ 123456), przy­by­ły na miej­sce w celu przy­go­to­wa­nia te­re­nu do prac po­ran­nych.

II. OPIS ZDA­RZE­NIA

Dnia 06.06.2008 roku o 6.45 dy­żur­ny KMP Rze­szów otrzy­mał zgło­sze­nie o od­kry­ciu zwłok męż­czy­zny w po­miesz­cze­niu piw­nicz­nym wska­za­ne­go obiek­tu. Na miej­sce na­tych­miast wy­sła­no:

- pa­trol po­li­cyj­ny (funk­cjo­na­riu­sze: mł. asp. An­ge­li­ka Ma­zu­rek-Wilk i st. sierż. Ka­ro­li­na Ry­dzy),

- ze­spół tech­ni­ków kry­mi­na­li­sty­ki (spe­cja­li­ści: mgr inż. Ka­rol Drozd i st. asp. Ka­rol Ty­lut­ki),

- po­go­to­wie ra­tun­ko­we (le­karz stwier­dził zgon oko­ło 7.15).

III. OPIS OFIA­RY

1. Dane an­tro­po­me­trycz­ne

Płeć: męż­czy­zna

Wiek: 35-40 lat (sza­cun­ko­wo - na pod­sta­wie sta­nu uzę­bie­nia i skó­ry)

Wzrost: oko­ło 180 cm (?2 cm)

Bu­do­wa cia­ła: mu­sku­lar­na, wi­docz­ne śla­dy sta­rej bli­zny na pra­wym przed­ra­mie­niu (oko­ło 5 cm, praw­do­po­dob­nie po­ura­zo­wa), znak na bio­drze - pół­księ­życ prze­ci­na­ją­cy słoń­ce

2. Ubra­nie i przed­mio­ty oso­bi­ste

Okry­cie wierzch­nie: gra­na­to­wa kurt­ka typu pi­lot­ka (mar­ka nie­usta­lo­na, brak met­ki) ze śla­da­mi bło­ta na rę­ka­wach

Ko­szu­la: ja­sno­nie­bie­ska ba­weł­nia­na, roz­cię­ta w oko­li­cy most­ka (zgod­nie z ra­na­mi kłu­ty­mi)

Spodnie: ciem­no­gra­na­to­we dżin­sy, pra­wa kie­szeń wy­wró­co­na na lewą stro­nę

Buty: skó­rza­ne, czar­ne, roz­miar 43, śla­dy świe­że­go bło­ta na po­de­szwach

3. Przed­mio­ty przy zwło­kach:

- klu­cze do domu (3 sztu­ki, w tym je­den z na­lep­ką "ga­raż 2")

- te­le­fon ko­mór­ko­wy No­kia 3310 (za­blo­ko­wa­ny, prze­ka­za­ny do la­bo­ra­to­rium w celu od­zy­ska­nia da­nych)

Uwa­gi: brak port­fe­la, do­ku­men­tów, bi­żu­te­rii lub in­nych war­to­ścio­wych przed­mio­tów

IV. STAN ZWŁOK I OB­RA­ŻE­NIA

1. Cha­rak­te­ry­sty­ka ran:

Rany kłu­te: sie­dem ran w oko­li­cy klat­ki pier­sio­wej

- rana brzu­cha 3 cm na lewo od pęp­ka

- rana kłu­ta mie­dzy dru­gim a trze­cim że­brem, stro­na lewa

- rana kłu­ta tuż pod pra­wym oboj­czy­kiem

- trzy rany w bli­skim są­siedz­twie w od­le­gło­ści 3-8 mm od sie­bie, zlo­ka­li­zo­wa­ne tuż pod wy­rost­kiem mie­czy­ko­wa­tym

- rana cen­tral­na prze­bi­ja­ją­ca lewą ko­mo­rę ser­ca - śmier­tel­na

- śla­dy wska­zu­ją­ce na uży­cie na­rzę­dzia o ostro­ści jed­no­stron­nej (np. nóż my­śliw­ski lub po­krew­ny), dłu­gość ostrza oko­ło 110 mm

Rana cię­ta na le­wej dło­ni: głę­bo­kość oko­ło 2 cm, cha­rak­te­ry­stycz­na dla rany obron­nej (ofia­ra pró­bo­wa­ła chwy­cić ostrze)

Brak in­nych śla­dów wal­ki

2. Do­dat­ko­we ob­ser­wa­cje:

Przy­bli­żo­ny czas zgo­nu: mię­dzy 3.00 a 5.00 rano (na pod­sta­wie sztyw­no­ści po­śmiert­nej i tem­pe­ra­tu­ry cia­ła)

Po­zy­cja zwłok: na wznak, ręce roz­ło­żo­ne na boki, nogi wy­pro­sto­wa­ne - brak oznak prze­miesz­cze­nia po śmier­ci

Śla­dy na pod­ło­dze: pla­ma krwi o śred­ni­cy oko­ło 50 cm, brak śla­dów prze­cią­ga­nia cia­ła

V. USTA­LE­NIA WSTĘP­NE

1. Brak mo­ni­to­rin­gu w bez­po­śred­nim są­siedz­twie (in­we­sty­cja nie­za­koń­czo­na).

2. Ze­zna­nia świad­ków:

Pra­cow­nik bu­dow­la­ny ze­znał, że w nocy nie wi­dział po­dej­rza­nych osób, ale sły­szał "stłu­mio­ne krzy­ki" mię­dzy 3.30 a 4.30 (uzna­no za mało wia­ry­god­ne ze wzglę­du na od­le­głość od uli­cy).

Miesz­kań­cy są­sied­nich bu­dyn­ków nie zgła­sza­li nie­po­ko­ją­cych zda­rzeń.

3. Hi­po­te­zy:

- mo­tyw ra­bun­ko­wy (brak port­fe­la i do­ku­men­tów)

- za­bój­stwo z pre­me­dy­ta­cją (licz­ba ran wska­zu­je na emo­cjo­nal­ny cha­rak­ter ata­ku)

VI. DAL­SZE CZYN­NO­ŚCI

1. Kry­mi­na­li­stycz­ne:

- sek­cja zwłok (za­kres: okre­śle­nie do­kład­nej przy­czy­ny śmier­ci i typu na­rzę­dzia)

- ana­li­za te­le­fo­nu ofia­ry (w tym li­sta po­łą­czeń i SMS-ów)

- ba­da­nie pró­bek krwi pod ką­tem sub­stan­cji tok­sycz­nych

2. Ope­ra­cyj­ne:

- prze­szu­ka­nie oko­li­cy w po­szu­ki­wa­niu na­rzę­dzia zbrod­ni

- we­ry­fi­ka­cja ostat­nich kon­tak­tów ofia­ry (je­śli toż­sa­mość zo­sta­nie usta­lo­na)

- spraw­dze­nie baz da­nych pod ką­tem po­dob­nych za­bójstw w re­gio­nie

Pod­pis spo­rzą­dza­ją­ce­go ra­port: kom. Da­wid Wilk, Wy­dział Kry­mi­nal­ny KWP Rze­szów

Uwa­gi: Spra­wa prio­ry­te­to­wa, zle­co­no nad­zór pro­ku­ra­tor­ski (sygn. akt III Ds. 45/08).

No­tat­ka służ­bo­wa: Cia­ło prze­wie­zio­no do Za­kła­du Me­dy­cy­ny Są­do­wej w Rze­szo­wie. Wy­ni­ki sek­cji ocze­ki­wa­ne w cią­gu 72 go­dzin. Te­le­fon prze­ka­za­no do la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­ne­go w Kra­ko­wie (ze wzglę­du na spe­cja­li­stycz­ny sprzęt). Spra­wę prze­ka­za­no pro­ku­ra­to­ro­wi Bar­to­szo­wi Cho­jec­kie­mu.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.