Rozdział II All excuse me
Zakynthos zachwyciło mnie od pierwszego dnia.
Nie wiem, czy teraz wpadłabym w ten sam zachwyt. Wtedy dla mnie było to coś nowego. Intensywnie turkusowe morze wyglądało, jakby ktoś przesadził z filtrem w programie graficznym. Widoki oglądane wcześniej jedynie na zdjęciach na żywo robiły jeszcze większe wrażenie. Może poza słynnym klifem z widokiem na Zatokę Wraku, gdzie trzeba było odstać swoje w kolejce do zdjęcia.
Z tamtych wakacji nie pamiętam już wszystkich szczegółów, ale pamiętam wycieczkę statkiem wokół wyspy i ten wiatr we włosach, który Kamilowi zdmuchnął do morza nowo zakupiony kapelusz.
Nie zapomnę też greckiej gościnności, spontanicznie tańczonej zorby w hotelowej restauracji i tłuczonych talerzy, które wtedy wydawały mi się kwintesencją greckiego klimatu. Pamiętam też starszą Greczynkę częstującą nas owczym serem i piwem w zmrożonych kuflach gdzieś przy szlaku prowadzącym na pobliski szczyt.
Wtedy po raz pierwszy poczułam, że podróżowanie może być czymś więcej niż tylko wyjazdem. Może stać się częścią życia i sposobem na przeżywanie świata.
Kreta po Zakynthos wydała się naturalnym wyborem. Skoro jedna grecka wyspa skradła nasze serca, druga powinna zrobić to samo.
Powinna.
Niestety tym razem nie trafiliśmy najlepiej.
Wybraliśmy hotel położony zupełnie po przeciwnej stronie wyspy niż wszystkie miejsca, które chcieliśmy zobaczyć.
Nie sprawdziłam wcześniej jednego drobnego szczegółu - Kreta jest ogromna. To nie maleńki Zakynthos, który można objechać quadem w jeden dzień.
Z tej podróży przywieźliśmy jednak coś znacznie cenniejszego niż idealne wspomnienia - znajomość z fantastycznymi ludźmi, z którymi dzięki Facebookowi mamy kontakt do dziś.
Po greckich przygodach przyszedł czas na Turcję
All inclusive spodobało nam się na tyle, że chętnie korzystaliśmy z tej formy wyjazdów, ale nigdy nie należeliśmy do turystów, którzy przez tydzień nie opuszczają hotelowego basenu. Zawsze uważałam, że jeśli już jestem w jakimś miejscu, chcę wycisnąć je maksymalnie. Zobaczyć, spróbować, poczuć.
Dlatego na Riwierze Tureckiej zaczęliśmy planować wycieczki.
Jako miłośniczka gór od razu wybrałam wycieczkę na górę Tahtal?. W cenie znalazł się przejazd autobusem oraz bilet na kolejkę prowadzącą na szczyt położony na wysokości 2365 m n.p.m. - a to już robi naprawdę spore wrażenie.
Na szczyt prowadzi również szlak będący fragmentem słynnego Szlaku Licyjskiego. Wejście pieszo zajmuje około 6-8 godzin, dlatego w pełnym słońcu nie wydaje się to najlepszym pomysłem.
Będąc w Turcji najbardziej zależało nam na Pamukkale.
Bawełniana Twierdza - jeden z cudów natury.
Białe wapienne tarasy, gorące źródła i widoki, które zna chyba każdy folder reklamowy biur podróży. "Kto nie był w Pamukkale, ten nie widział Turcji wcale" - słyszeliśmy wielokrotnie.
Problem w tym, że Turcja chyba bardzo nie chciała, żebyśmy je zobaczyli.
Pierwsze podejście zaczęło się o 3:30 nad ranem.
Zaspani staliśmy przed hotelem, czekając na autobus.
Po kilkunastu minutach podjechał autokar, z którego wysiadła piękna, długonoga blondynka. Okazało się, że jest przewodniczką.
Problem polegał na tym, że mówiła wyłącznie po rosyjsku i turecku.
Po chwili nerwowych telefonów udało jej się przekazać łamanym angielskim:
- Tomorrow. English guide. Better for you.
Spojrzeliśmy po sobie. W sumie... może faktycznie lepiej przełożyć wycieczkę niż spędzić kilkanaście godzin, nie rozumiejąc kompletnie niczego.
Wracamy spać.
Następnego dnia 3:30. Stoimy przed hotelem półprzytomni, czekamy... pół godziny... czterdzieści minut... godzinę.
Autobus nie przyjechał.
Po śniadaniu poszliśmy do biura podróży wyjaśnić sytuację.
- Kierowca mówił, że państwa nie było przed hotelem - usłyszeliśmy.
To ciekawe, bo byliśmy tam tak długo, że zdążyliśmy prawie zapaść w sen zimowy.
Dostaliśmy trzeci termin.
Ostatnią szansę przed powrotem do Polski.
Podejście numer trzy.
Godzina 3:30. Ciemno. Cisza. Stoimy przed hotelem i nagle podjeżdża autobus. Drzwi się otwierają, a ze środka wysiada... ta sama piękna blondynka.
Spojrzała na nas szeroko uśmiechnięta i powiedziała:
- Moje turysty!
Tym razem "special for you" pojawił się również praktykant mówiący trochę po angielsku, który przez cały dzień tłumaczył nam wszystko mniej więcej "piąte przez dziesiąte".
Pamukkale w końcu zobaczyliśmy.
Po dziesięciu godzinach spędzonych w autokarze w dwie strony, obowiązkowych postojach na zakupy i całym dniu podróży dostaliśmy około dwóch i pół godziny na zwiedzanie.
Wtedy przyszło gorzkie rozczarowanie.
Białe tarasy w dużej części okazały się wyschnięte, antyczne Hierapolis było bardziej "fragmentem ruin" niż imponującym starożytnym miastem, a kąpiel w słynnym basenie Kleopatry przypominała tłoczne jacuzzi z glonami.
Patrzyłam na to wszystko i myślałam tylko:
"Na zdjęciach wyglądało lepiej".
Do dziś uważam, że ta wycieczka kompletnie nie była warta tak męczącej podróży.
Na szczęście Turcja szybko się zrehabilitowała.
Między drugą a trzecią próbą Pamukkale popłynęliśmy na rejs na wyspę Sulu Ada, nazywaną tureckimi Malediwami. Nieduży statek, błękitna laguna, cztery przystanki na kąpiel, skały schodzące prosto do krystalicznej wody i ten spokój, którego nie da się oddać na zdjęciach.
Wśród skał i turkusowej wody podczas snorkelingu Kamil nagle złapał mnie za nogę. Myślałam, że coś się stało. Tymczasem zaczął nerwowo szukać czegoś w kieszeni kąpielówek, wyciągnął małe pudełeczko i się oświadczył. Nie wyglądało to na zaplanowaną akcję, raczej na spontaniczny impuls - jakby uznał, że właśnie teraz jest ten moment. I było cudownie!
Wtedy zrozumiałam też coś jeszcze.
Najbardziej pamięta się nie zabytki i widoki, ale historie, które wydarzyły się po drodze. Gdyby nie piękna blondynka z autokaru, może dziś nie byłoby czego wspominać.
Z Turcji przywieźliśmy jeszcze jedną ważną lekcję: musimy nauczyć się targować i być bardziej asertywni wobec ulicznych sprzedawców. Inaczej zawsze wrócimy z niepotrzebnymi perfumami albo wypastowanymi za milion monet butami.
Mimo wszystkich przygód postanowiliśmy dać Turcji drugą szansę.
Tym razem wybraliśmy zachodnie wybrzeże i okolice Kusadasi.
I to był zdecydowanie lepszy wybór.
Jak zwykle omijaliśmy wycieczki oferowane przez rezydentów. Po co przepłacać, skoro wiele miejsc można zobaczyć samodzielnie? Do starożytnego Efezu pojechaliśmy lokalnym dolmuszem za jednego dolara. Z Kusadasi to zaledwie kilkanaście kilometrów.
Efez zrobił na nas ogromne wrażenie. Kamienne uliczki, ruiny dawnych budowli i świadomość, że tysiące lat temu tętniło tu życie - wszystko to miało w sobie coś niezwykłego.
Nie mogliśmy sobie natomiast odmówić kolejnego rejsu.
Po doświadczeniach z poprzedniego roku pokochaliśmy miejsca dostępne wyłącznie od strony morza. Ukryte zatoki i krystaliczną wodę z dala od resortów.
Oczywiście nie obyło się bez stresów.
Kiedy busik mający zabrać nas do portu spóźniał się kilka minut, natychmiast zadzwoniliśmy do organizatora. Nauka z Pamukkale nie poszła w las.
Ku naszemu zaskoczeniu kilka minut później podjechał po nas pracownik biura i własnym samochodem zawiózł nas do portu.
To się nazywa obsługa.
Kolejną wycieczką miał być rejs na grecką wyspę Samos.
I wszystko szło dobrze.
Do czasu.
Busik przyjechał punktualnie, odprawa przebiegła sprawnie, wsiedliśmy na statek, zajęliśmy miejsca.
Kamil zasnął niemal natychmiast.
Po około piętnastu minutach rejsu rozległ się alarm.
Załoga nagle zaczęła biegać w stronę pomieszczenia kapitana. Wśród pasażerów pojawił się niepokój.
Na szczęście na pokładzie była polska przewodniczka z grupą turystów, więc szybko zdobyliśmy informacje.
Rozdział I Pierwsze drogi
Przez wiele lat pracowałam w gastronomii, a to nie jest branża dla ludzi marzących o częstych podróżach. Od maja do października trwał niekończący się sezon komunii, wesel i wszelkich rodzinnych uroczystości, więc o urlopie można było co najwyżej pomarzyć. Wolne? Najlepiej w listopadzie, kiedy po letnim szaleństwie robiło się chwilowo spokojniej, zanim ruszył grudniowy maraton firmowych wigilii.
Tylko co zrobić z urlopem w listopadzie?
Dziś odpowiedziałabym bez zastanowienia: wyjechać do ciepłego kraju. Ale wtedy taka forma wypoczynku kompletnie mnie nie pociągała. Wolałam nasze polskie góry, schroniska i wielogodzinne wędrówki po szlakach niż leżenie pod palmą z kolorową opaską all inclusive na ręce.
Moim jedynym zagranicznym wypadem był krótki city break w Mediolanie z koleżanką z pracy. I właściwie tyle.
Wszystko zmieniło się przez Zakynthos.
A właściwie przez Kamila.
Poznali nas wspólni znajomi, którzy uparli się, że koniecznie powinniśmy być razem. Nam samym ten pomysł niespecjalnie się podobał. Organizowane przez nich "przypadkowe" spotkania bardziej nas peszyły niż zbliżały. Im bardziej próbowali nas zeswatać, tym bardziej miałam ochotę uciekać.
Mimo wszystko daliśmy się namówić na wspólny, przedłużony weekend w Budapeszcie.
To był wyjazd pełen znaków ostrzegawczych, które - jak się później okazało - stały się motywem przewodnim naszych podróży. Wróciłam z niego ze skręconą kostką po nieudanej próbie przebiegnięcia przez trzypasmową ulicę pod wzgórzem Gellérta. Kamil wrócił z zepsutym samochodem. Do dziś nie wiem, co dokładnie się popsuło - jakiś EGR albo coś równie tajemniczego - ale do Polski wracaliśmy sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, modląc się, żeby auto wytrzymało jeszcze kawałek.
Wytrzymało.
Kamil wniósł mi wtedy bagaże do mieszkania i... już został. Od tamtej pory towarzyszy mi w tej najdłuższej podróży, czyli życiu.
Zaczęliśmy wspólnie wędrować po górach. Każdy wyjazd był małą przygodą, podczas której uczyliśmy się być razem - w ciszy, w deszczu, w zmęczeniu i zachwycie nad widokami.
Jeździliśmy też na rowerze wzdłuż morza i po mazurskich trasach, zatrzymując się w małych miejscowościach.
Nad morzem towarzyszył nam szum fal i zapach morskiego powietrza, a na Mazurach - cisza jezior i sosnowych lasów. To podczas tych prostych podróży najbardziej docenialiśmy wspólny czas, rozmowy i poczucie wolności, jakie dawał każdy przejechany kilometr.
Kiedy Kamil zaproponował wspólne wakacje all inclusive na Zakynthos, podeszłam do tego pomysłu dość sceptycznie. Wakacje z opaską na ręku, hotelowym bufetem i leżakiem przy basenie wydawały mi się czymś kompletnie nie dla mnie. Ale pomyślałam, że raz można spróbować.
I przepadłam.