1
DZIEWCZYNA, KTÓRA WKROCZYŁA DO LASU
Liska Radost opuszcza wioskę akurat, gdy w oddali zaczynają się obchody nocy Kupały.
Do jej oczu napływają łzy, gdy po raz ostatni ogląda się przez ramię. Powiew wiatru szarpie jej chustą, grożąc, że zdusi płomień w lampionie. Dzisiejsza noc, przesilenie letnie, wypełniona będzie biesiadą pod olbrzymim letnim księżycem. Jest to noc, podczas której panny plotą wianki z kwiatów polnych i puszczają je na rzece, by miejscowi chłopcy mogli je wyławiać; noc, podczas której ludowe pieśni śpiewa się przy akompaniamencie trzaskającego ogniska; noc, podczas której mieszkańcy wioski modlą się do Boga o płodne pola, trzodę i żony. Przede wszystkim jednak jest to noc, podczas której, jeśli wierzyć legendom, zakwita kwiat paproci.
I jeśli legendy mówią prawdę, jest to noc, kiedy Liska go odnajdzie. Weźmie go w dłonie, wypowie życzenie i odpokutuje za wszystkie swoje grzechy.
Wkracza głębiej w mrok poprzez jedno z wielu pól pszenicy, które ciągną się po falujących wzgórzach, otaczając wioskę z każdej strony. W południe w promieniach słońca kłosy rozbłysną złotem, ale w tej chwili szeleszczą złowrogo, ocierając się o spódnicę Liski z wyszytymi kwiecistymi motywami i kłaniając się jak skruszeni pokutnicy. Liska unosi lampion wyżej, ale jego światło jest niczym więcej jak migotliwą iskrą - parodią wielkiego ogniska Kupały, które tańczy w oddali i wymalowuje strzechy domów Stodoły na nocnym płótnie.
Wieś Stodoła. Dom. Miejsce, którego nigdy już nie zobaczy, jeśli jej wyprawa zakończy się niepowodzeniem. Zna szeptane po wsi plotki: że Liska jest czarownicą, że jest tak nikczemna jak czarna magia zalęgła w zaklętym lesie. Ironia sytuacji niemal wykrzywia jej usta w uśmiechu: właśnie w tym przeklętym miejscu, zwanym Driadą, rzekomo zakwita kwiat paproci.
To jej jedyna szansa na odkupienie.
Nad głową wisi księżyc, wielkie srebrzyste, szeroko otwarte czujne oko. Popędza Liskę, podsyca płomień szalejący w jej piersi. We wszystkich opowieściach kwiat paproci kwitnie jedynie do wschodu słońca - nie ma chwili do stracenia.
Ścieżka wyprowadza ją poza pola, na faliste wzgórza znaczone białymi jak widma brzozami i bujnymi trawami skrywającymi orkiestrę świerszczy. Próbując dodać sobie otuchy, zaczyna nucić ludową pieśń o dziewczynie, dwóch zalotnikach i jarzębie. Swoim cykaniem świerszcze podają rytm, wiatr świszczy harmonijnie i nuta po nucie Liska przekonuje samą siebie, że wcale się nie boi.
Aż do momentu, w którym jej oczom ukazuje się zaklęty las.
Nie raz widziała drzewa Driady - każde dziecko w Stodole widziało, wiedzione tu psotną ciekawością właściwą jedynie dzieciom. Ileż to razy stawała w tym miejscu z Marysieńką i rywalizowały, która podejdzie bliżej lasu? Bliżej i bliżej, i bliżej, aż jakiś szelest czy warknięcie z jego wnętrza sprawiało, że rzucały się do ucieczki, piszcząc, i pędziły do domu. Dzieci robią niemądre rzeczy, dopóki nie dorosną na tyle, by zrozumieć, że są niemądre - dopóki ich ojcowie nie nauczą ich pleść wiklinowych wieńców, które znaleźć można w każdym domu Stodoły, albo ich matki nie wyjaśnią im, dlaczego we włosy wplata się czerwone wstążki. To dla ochrony, powiedzą łagodnie, acz ponuro, przed demonami oraz złem z zaklętego lasu.
Stojąc tak blisko, Liska musi przyznać, że las jest piękny w makabryczny sposób: jak piękno kwiatów porastających grobowce albo nurkowanie jastrzębia łowiącego zwierzynę. Jego drzewa są olbrzymie, grube jak wieże i rozłożyste, z gałęziami jak palce starowinki, zaplątanymi we mgle gęstej jak mleko. Pachnie, zauważa Liska, jak świeżo wykopany grób - glina, zgnilizna i padlina. Przenika każdy oddech.
Gdzieś tam jest kwiat paproci. Kiedy go odnajdzie, będzie musiała starannie sformułować swoje życzenie, bo będzie miała tylko jedno. W legendach ludzie często niefortunnie dobierają słowa i spotyka ich przykry los, przy założeniu, że uprzednio nie dopadnie ich któryś z upiornych duchów lasu. W tym przypadku przekleństwo Liski może się w końcu przydać - od zawsze wyczuwała obecność duchów, słyszała je, a nawet widziała: skrzat przy piecu narzekający na brudną podłogę albo kikimora w domu sąsiadów wykrzykująca z zachwytem, gdy znalazła przędzę, którą mogła poplątać. Te jednak są życzliwymi domowymi duszkami, pyzatymi od darów z chleba i soli, przyjacielskimi wobec ludzi, którzy dają im dach nad głową. Szczerze wątpiła, żeby demony Driady miały podobne nastawienie.
Czy naprawdę to zrobi? Jeszcze nie jest za późno, by zawrócić.
To nie miejsce dla niej.
Wspomnienie: ksiądz Paweł siedzi w kuchni ciasnego domu Radostów. Jest młodym księdzem, jego wytarta sutanna jest równie postrzępiona jak jego broda, a wyraz twarzy nadto nieufny, żeby uszedł jako życzliwy. On i mama są jedynymi ludźmi w Stodole, znającymi sekret Liski. A przynajmniej tak było jeszcze dwa wieczory temu.
- Ludzie zaczynają gadać, Dobrawo - mówi Paweł. - Dowodu nie ma, ale nikt nie potrafi znaleźć innego wytłumaczenia. Najlepiej, gdybyś ją odesłała, zanim znowu straci kontrolę albo Prawoci przekonają i skrzykną większość ludzi.
Liska nie powinna tego słyszeć, ale nadal podsłuchuje, zagląda do chaty przez szczelinę w okiennicach. Jej zęby są mocno zaciśnięte na wargach; na języku czuje żelazo. Dzień jest wilgotny, niebo niebieskie, choć pełne chmur, a ziemia wokół jej stóp dziobana jest przez kurę.
- Wiem, ojcze, wiem, ale gdzie miałaby się podziać?
Dobrawa Radost - mama - siedzi naprzeciw księdza Pawła, odrywając liście mięty od łodygi i rozkładając je do wysuszenia. Jej sztywna postura i zimne jak szron spojrzenie od zawsze przypominały Lisce legendarną Szklaną Górę, której nie był w stanie zdobyć żaden rycerz. I jak ta góra, mama nie jest ani życzliwa, ani okrutna. Jest po prostu nieugięta - a to cecha niezbędna dla uzdrowicielki w Stodole.
- Jest pełnoletnia - odpowiada ksiądz. - Jest też dobrze wychowaną, porządną dziewczyną. Możesz ją wydać za mąż, oddać do przyuczenia zawodu... albo, jeszcze lepiej, wysłać do zakonu. Bóg nikogo nie odrzuca, a Jego obecność powstrzyma pokusy tych bluźnierczych mocy.
Dobrawa wzdycha.
- Wszystkie te rzeczy rozważałam, ojcze, ale czy posyłanie jej samej na pewno jest dobrym pomysłem? Obawiam się tego, czym może się stać, jeśli zabraknie kogoś, kto ją poprowadzi. - Odrzuca odartą łodygę mięty. - Ach, Bogdan wiedziałby, co z nią zrobić. Tylko on zawsze to wiedział.
- Słusznie czynisz - zapewnia ją ksiądz Paweł. - To nie potępienie, a jedynie przezorność. Dla jej własnego bezpieczeństwa i...
I naszego. Ostatnie słowa zostają niewypowiedziane, ale Liska wie, co ksiądz chciał powiedzieć: że Liska jest niebezpieczna, że została skażona magią niczym sad zarazą.
- Nie zostawię tego tak - obiecuje gwiazdom na niebie. - Wszystko naprawię.
Zrobi cokolwiek konieczne, by udowodnić, że nie jest niebezpieczna, że jej miejsce jest tutaj, w wiosce, wśród tych ludzi. Nawet jeśli oznacza to, że musi zawierzyć swój los baśniom z dzieciństwa.
Robi krok w przód, dalej, bliżej, wpatruje się w korony drzew Driady z zadartym nosem. Groza ściska jej gardło, ale Liska przełyka ją z powrotem do żołądka.
- Boże, miej mnie w swojej opiece - szepcze.
W odpowiedzi coś wybrzmiewa spomiędzy drzew. Wiatr? Nie, zbyt nieregularny dźwięk.
Ryk.
Albo może śmiech.
Unosząc swój lampion wyżej, Liska Radost wpatruje się w ścieżkę, którą wybrała, która jest niczym więcej jak wydeptanym runem leśnym wijącym się pomiędzy szepczącymi pokrzywami i krzewami ciernistej dzikiej róży, rozwartymi jak szczęki. W migoczącym świetle lampionu wszystko to wydaje się mirażem, pierwszym stopniem do pałacu ciemności. Wyczekującym. Obserwującym.
Śmiech rozlega się ponownie, ale tym razem Liska zmusza się do zareagowania uśmiechem.
I wkracza pomiędzy drzewa.
Nocą w lesie nic nie jest pewne.
W bezwietrznym, odizolowanym od świata mroku drzewo nie jest drzewem, a powykręcanym ciałem z krzywymi kończynami; jego kora nie jest korą, a groteskową twarzą ze spękaną skórą; krzewy wokół nie są krzewami, a nikczemnymi szponami szarpiącymi i rozrywającymi ubrania. Pokrzywy kłują nagie kostki Liski, ale ból jest niczym w porównaniu z mrowieniem na karku, palącym uczuciem bycia obserwowaną.
Liska zauważa, że nie boi się tak bardzo, jak powinna. Być może to dlatego, że las, podobnie do niej, jest czymś nienaturalnym, czymś obcym. Z pozoru samotna, bardziej pasuje do gęstej puszczy niż do własnej wioski; włosy ma w kolorze świeżo przekopanej ziemi, oliwkowa skóra i policzki poznaczone są wyciągniętymi przez słońce piegami. Na noc Kupały włożyła swój odświętny strój: karmazynową spódnicę w blade kwiaty i haftowany gorset, założony na koronkową białą koszulę; jej dzikie loki zostały ujarzmione w warkoczach. Liska nosi naszyjnik z jarzębiny, stanowiący zarówno odświętny dodatek jak i ochronę przeciw demonom. Jak na ironię zahacza nim o gałąź, sznurek pęka i czerwone kulki rozlatują się na wszystkie strony.
Nie zatrzymuje się, by je pozbierać.
Las gęstnieje. W oddali migają nieokreślone światła, zbyt duże jak na świetliki. Słychać szelest w gęstwinie na prawo od Liski; mogłaby przysiąc, że widzi koślawe coś czające się we mgle, ale kształt znika z oczu, wymykając się światłu lampionu. Przy kolejnym kroku coś chrupie pod jej stopą. Gałąź, mówi sobie.
Choć brzmiało bardziej jak kość.
Nie zatrzymuje się. To jej jedyna szansa i desperacja zdecydowanie przeważa nad strachem. Oczami wyobraźni już widzi tę scenę - powrót do domu, do mamy, powiedzenie jej, że nie musi się już martwić, że magia Liski już nie sprawi im problemu. Naczynia nie będą się już same tłukły, płomienie w jej obecności nie będą już buchały, ptaki przestaną każdego dnia przylatywać pod jej okno, jakby po to, by przekazać jej tajemnicę, której nie potrafi zrozumieć.
Jak będzie wyglądać jej życie, gdy nie będzie musiała już zwieszać głowy i udawać, że ciągnące się za nią nieszczęścia są zwykłymi przypadkami? Gdy nie będzie musiała kontrolować każdej emocji, która mogłaby uwolnić jej magię?
Myślała już - naprawdę w to wierzyła - że w końcu ją opanowała.
Aż do wypadku z Marysieńką.
Wspomnienie zaczyna ją zżerać, ale spycha je w głąb umysłu. Patrz ku światłu, napomina się. Wtedy nie zobaczysz cienia za sobą.
Tylko że w nocnym lesie światła jest bardzo niewiele.
Liska dość szybko zbacza ze ścieżki. Jeden krok w roztargnieniu i gdy się odwraca, nie widzi już wydeptanego szlaku - jedynie drzewa przed sobą i za sobą, zamykające się nad nią, przeplatające się gałęzie, tworzące klaustrofobiczną klatkę, oraz liście, zimne i mokre, bijące w jej twarz.
W uszach szumi jej bicie serca. Ścieżki takie jak ta, którą właśnie zgubiła, zostały wydeptane przez karawany kupieckie podróżujące z Orlicy do sąsiadującego z nią kraju Litven. Kupcy wkraczają do Driady przygotowani - biorą ze sobą wytrzymałe konie, broń palną i miecze, czasem nawet najmują eskortę. Tydzień przed wejściem zostawiają dziesięcinę: mięso, chleb, lub monety przy ścieżce, którą pragną podążyć; dary dla Leszego, demona lasu.
Leszy. Imię znane każdemu mieszkańcowi Stodoły, wyryte w pamięci jak modlitwa, choć wymawiane jak przekleństwo. To właśnie on włada Driadą i panuje nad zamieszkującymi ją stworzeniami, to on chroni podróżujących lasem i wieśniaków mieszkających wokół niego. Nikomu nie pozwala wejść do swojej domeny bez uprzedniego opłacenia dziesięciny - i wszyscy wiedzą, że jeśli czyjaś ofiara nie zadowoli Leszego, osoba ta już z Driady nie wyjdzie.
Liska złożyła swoje dary dzień przed nocą Kupały: bochen żytniego chleba i suszona kiełbasa, zostawione przed ścieżką, którą chciała podążyć. Teraz, gdy z niej zeszła, straciła jakąkolwiek nadzieję na ochronę Leszego. Opowieści mówiące o tym, jak ów demon chroni podróżujących, niosą również przestrogę, że ci, którzy zejdą z jego ścieżek, już nigdy ich nie odnajdą.
- Nieważne - mówi Liska do lasu albo do Boga, albo bez różnicy, bo w tym momencie równie dobrze mogą być jednym i tym samym. - Nie spodziewam się, że ukryłeś kwiat gdzieś na widoku.
Wtedy właśnie zahacza palcem o korzeń. Leci do przodu niezgrabnie i upada na kolana. Lampion wymyka się z jej palców, szkło rozbija się z przytłumionym pęknięciem.
Płomień gaśnie.