Rozdział 1
Mam tę moc! Rozpalę to, co się tli... -
śpiewała Laura drżącym z emocji głosem. Choć to była piosenka z bajki,
idealnie pasowała do jej sytuacji.
Laura nieraz się zastanawiała nad fenomenem popularności tego tekstu. To
było coś więcej niż tylko ścieżka dźwiękowa filmu animowanego. To ukryty
manifest wszystkich kobiet, które są uwięzione i marzą, by wydostać się
z pułapki.
Wyjść i zacząć od nowa.
- Mam tę moc... - nuciła coraz odważniej. - Wyjdę i zatrzasnę drzwi! -
dotarła do najmocniejszego fragmentu.
To jedno się nie zgadzało. Laura zamknęła drzwi cichutko. Była piąta
rano. Bała się, że obudzi męża. Na to słowa piosenki by nie pomogły.
Jeszcze nie wiedziała, czy ma dość sił, by powiedzieć mu w oczy, co
myśli. Może gdyby stanął przed nią, znów by się złamała i wróciła
pokornie do domu?
- Nigdy więcej! - wyszeptała.
Zamknęła drzwi i stanęła na schodach wiodących do pięknej rezydencji
młodego doktora Andrychowskiego, a prywatnie jej męża, po czym
rozpuściła wilgotne włosy. Może to nie był najlepszy pomysł, by myć je,
nie mając czasu na dokładne wysuszenie w ten dość chłodny poranek, ale
dziś Laura nie zachowywała się jak rozsądna żona lekarza. Chciała znów
być sobą. Mokre loki tylko czekały, by wypuścić je na wolność.
Natychmiast zaczęły wić się niesfornie we wszystkich kierunkach.
Absolutnie niezgodnie z obowiązującą modą, że ładne jest to, co proste,
wygładzone, przylizane.
- A guzik prawda! - wyszeptała Laura, a kręcący się wokół niej pies
szczeknął z aprobatą. - Cicho, Drops! - poprosiła i spojrzała z niepokojem w okno. Solidne rolety chroniły cenny odpoczynek znanego
kardiologa. Był ponoć w Krakowie najlepszy w leczeniu tego organu, a właśnie przegrywał w sercowej sprawie. Taki paradoks.
Laura po wielu ciężkich latach zebrała się na odwagę i postanowiła
wyrwać z dusznej klatki, jaką stało się jej małżeństwo. Powiedzieć
wreszcie "stop".
Mocniej ścisnęła smycz Dropsa, ale nic to nie pomogło. Jej jedyny
przyjaciel, uradowany z powodu nadprogramowej porannej eskapady, skakał,
jakby miał dostęp do nieograniczonych zasobów energii. Ani myślał
przestać.
Samochód sąsiada właśnie wyjeżdżał z garażu.
Idealna synchronizacja - pomyślała Laura.
Zamierzała skorzystać z szansy, jaką podsuwało jej życie. Złapała
walizkę i włożyła pospiesznie psa do specjalnego pojemnika. Ścisnęła
mocno, po czym pobiegła w tamtym kierunku. Włosy falowały jej na
wietrze.
* * *
Aniela Andrychowska, teściowa Laury, poruszyła się niespokojnie w pościeli. Śniło jej się, że idzie przez jesienny sad pełen
dojrzewających jabłek. Schylała się co chwila, żeby pozbierać leżące w trawie owoce. Próbowała utrzymać je w dłoniach, ale było ich za dużo,
więc wciąż się wysypywały. Żal było je zostawić. Trudziła się tak dla
synka. Pawełek rósł szybko i potrzebował witamin. Z drugiej strony
długiej szerokiej alei szedł wysoki mężczyzna, niósł kosz, chciał jej
pomóc.
Spała, ale nawet we śnie wiedziała, że on nigdy do niej nie dotrze.
Będzie tak szedł i szedł całymi godzinami i to się nie skończy. Nie
pierwszy raz śniła jej się ta sytuacja.
Nagle zobaczyła Laurę, swoją synową. Stała pod drzewem ubrana w letnią
sukienkę, promienna i szczęśliwa. Dawno jej takiej nie widziała. W pierwszej chwili nawet nie mogła jej poznać. To był w tym od lat
powtarzającym się śnie zdecydowanie nowy element. I wcale jej się nie
spodobał.
Aniela obudziła się z zimnym potem skroplonym na czole.
Coś się stało! - pomyślała. - Coś bardzo złego.
Spojrzała na męża, który zawinięty w kołdrę chrapał nieprzyjemnie po
drugiej stronie łóżka. Stary doktor Andrychowski nazywany tak dla
odróżnienia od swojego syna i następcy, czyli młodego doktora,
przewrócił się na drugi bok. Nie zamierzała go budzić. I tak nic by nie
zrozumiał ani nie pomógł.
* * *
- Cichutko, kochany - powiedziała Laura, głaszcząc szalejącego Dropsa.
Nie spodobało mu się, że został zapakowany do pojemnika, ale nie mógł
podróżować luzem. - Uciekamy i musimy być dyskretni - pouczyła go. -
Zachowywać się powściągliwie.
To były jednak chyba zbyt wysokie wymagania. Wesoły z natury kundelek o takich zachowaniach wiedział niewiele. Zwykle robił to, na co miał
ochotę. Może dlatego Laura tak bardzo go kochała? On jeden był w tym
wielkim domu wolną istotą. Ostatnio pogryzł teściowi najlepsze buty, a miał na sumieniu także o wiele poważniejsze przewiny. Na przykład
nasikał staremu doktorowi na skarpetki. Ewidentnie nie lubił ojca Pawła
i trudno się było temu dziwić. Wyrażał wprost emocje, których Laura
nigdy nie miała odwagi ujawnić. Gdyby bowiem mogła, też chętnie
nasikałaby teściowi do butów.
Spojrzała jeszcze raz w okno i wzięła głęboki oddech. Sąsiad właśnie
otwierał bramę. Musiała biec szybciej. Nadchodził decydujący moment.
Pożegnała Pawła w myślach.
Miłość jej życia. Wymarzony mąż, którego wszyscy jej zazdrościli.
Kochała go ogromnie. Czekała aż sześć lat, by się oświadczył, choć już
dużo wcześniej pragnęła założyć rodzinę, ponieważ bała się, że będzie
mieć potem problemy z zajściem w ciążę. Ale dostosowała się do jego
zawodowych planów. Znosiła samotne wieczory, kiedy miał dyżur, jego
weekendy spędzane na konferencjach. I wiele innych rzeczy. W końcu ponoć
istotą każdego dobrego związku jest kompromis. Laura stała się
mistrzynią kompromisu. Wzięła go w całości na swoje barki.
Każdego dnia przełykała upokorzenia jak tabletki na uporczywą chorobę.
Gorzkie, lecz jej zdaniem konieczne. I wciąż kochała, czekała na zmianę,
pielęgnowała w sobie nadzieję, a także walczyła z poczuciem, że to ona
jest wszystkiemu winna. Nie spełnia oczekiwań, nie potrafi doskoczyć,
jest za słaba.
Ale dzisiaj o czwartej nad ranem, o tej magicznej porze, kiedy wszystko
wygląda na takie, jakie jest naprawdę, coś w niej w końcu pękło.
Podjęła decyzję.
To z tego powodu teraz prawie wbiegła pod koła samochodu sąsiada.
Musiała wyglądać dziwnie. Z walizką, torbą oraz pojemnikiem, w którym
piszczał pies. Włosy jej się rozsypały, szalik rozwiązał. Zupełnie nie
przypominała tej eleganckiej żony doktora, jaką znali mieszkańcy
osiedla.
Samochód się zatrzymał, a Laura wpakowała się do środka.
Spojrzała na mężczyznę siedzącego za kierownicą. Miał dziwną minę.
W kategorii "najbardziej zaskoczony człowiek o poranku" sąsiad Laury
miał dziś gwarantowane pierwsze miejsce.
* * *
Paweł Andrychowski spał spokojnie. Kilka godzin temu skończył ciężki
dyżur i teraz ładował akumulatory przed kolejnym. Zapewne naznaczonym
sukcesami, jak wszystko, co dotyczyło jego zawodowego życia.
Był najzdolniejszym asystentem ordynatora kardiologii w dużym krakowskim
szpitalu, a także od pewnego czasu sakramenckim bucem. Wprawdzie tego
drugiego faktu nie zanotowano na piśmie ani nie oprawiono potwierdzenia
w ładną ramkę, ale rzucał się w oczy równie mocno, co pierwszy.
Właściwie obie te ścieżki jego życia rozwijały się jednocześnie. Paweł
zaczynał jako młody student medycyny, który uczył się pilnie, bo pragnął
zmieniać świat na lepszy. Służyć ludziom. W miarę jak rozkręcała się
jego kariera, rosła też pewność siebie, potem pycha, by w końcowej fazie
przemienić się w skrajną arogancję.
Kariera i bycie palantem splatały się w jego życiu na każdym kroku. W sferze zawodowej i prywatnej.
Nad oboma tymi ważnymi aspektami intensywnie pracował jego ojciec.
Wacław Andrychowski z wykształcenia również lekarz, obecnie emerytowany,
od początku kierował karierą syna dumny z jego osiągnięć tak, że ledwo
łapał oddech, gdy o tym opowiadał. Na każdym kroku podkreślał, że Paweł
jest kimś więcej niż zwykli śmiertelnicy. Zasługuje na najwyższy podziw,
poklask, wręcz uwielbienie. Budował jego pychę systematycznie i skutecznie.
Laura nie wiedziała, kiedy Paweł uwierzył nie tylko ojcu, lecz także
wielu innym otaczającym go osobom: pielęgniarkom, pacjentom, ich
rodzinom, studentom. Wszystkim, którzy go chwalili, łapali się jego
dłoni na szpitalnym korytarzu jak ostatniej deski ratunku. Patrzyli w niego z nadzieją i podziwem. Trzymał los ich bliskich w swoich dłoniach.
Zmiana nie przyszła z dnia na dzień. Następowała stopniowo. Aż stała się
niemożliwa do zatrzymania.
Paweł powoli doszedł do wygodnego wniosku, że świat stworzono po to, by
on mógł na nim spełniać swoje zachcianki. A wszyscy ludzie żyją
wyłącznie dlatego, by mu w tym pomagać. Nie zdawał sobie z tego sprawy,
oburzyłby się, gdyby ktoś mu o tym powiedział, ale podświadomie tak
właśnie czuł. A ponieważ na tym świecie niczego tak naprawdę nie da się
ukryć, więc te myśli wydostawały się na zewnątrz w postaci pogardliwych
słów, spojrzeń, wydawanych rozkazów i roszczeniowej postawy wobec życia.
Jemu się należało i bardzo się denerwował, gdy się okazywało, że czegoś
jednak nie może dostać.
W pracy wszystko chodziło jak dobrze naoliwiona taśma produkcyjna. Bez
zarzutu. Tylko w domu się sypało. Dlaczego? Tego nie rozumiał. Zawodowo
mógł sięgać wysoko i los stał po jego stronie. Prywatnie nie mógł
spełnić najbardziej podstawowych marzeń.
Wściekało go to, napełniało goryczą i złością.
A miało być jeszcze gorzej.
Spał i nie wiedział, że życie zamierza go znacznie mocniej zaskoczyć.
Właśnie odbiera mu coś, co uważał dotąd za swoją naturalną własność.
* * *
A wszystko to wydarzyło się dlatego, że Laura obudziła się dzisiaj o czwartej nad ranem. O tej okropnej godzinie, kiedy człowieka dopadają
najgorsze smutki, a wszelkie mechanizmy obronne zdają się nie działać.
Chwilę później siedziała na brzegu wanny. Nie mogła spać. Czuła
charakterystyczny ból w dole pleców. Jeszcze był cichy. Pulsował tylko
delikatnie. Ale znała go. Wiedziała, że wystarczy wrócić do łóżka,
zasnąć, a on znów przyjdzie i po raz kolejny zniszczy wszystkie jej
marzenia.
Nie miała siły sprostać nadchodzącemu porankowi. Paweł już od kilku dni
patrzył na nią z wyraźnym oczekiwaniem. Wiedziała, że w coraz większym
napięciu wypatruje odpowiedzi. Starał się nie nękać jej ciągłymi
pytaniami, ale i tak świeciły mu one na czole niczym świąteczny neon.
Za to teść nie bawił się w takie delikatności. Dzwonił po kilka razy
dziennie i wypytywał, jak się Laura czuje. Nie chodziło mu oczywiście
wcale o nią. Jej dobro, zdrowie oraz samopoczucie to były ostatnie
sprawy, jakimi się interesował. Pragnął wyłącznie wnuka.
Laura zadrżała. Na samą myśl, że za kilka godzin znów będzie musiała
stawić czoła zarówno mężowi, jak i teściowi, zobaczyć w ich oczach to
cholerne rozczarowanie, które znała tak dobrze, że mogłaby narysować,
cierpła jej skóra. Znów zabolało w dole pleców.
Zaczerpnęła mocno powietrza.
- Trzeba oddychać - powtarzała sobie. - To pomaga.
Ale jej nie pomogło. Może zawinił brak przekonania? Serio trzeba
oddychać? A po co? Teraz o czwartej nad ranem nie znajdowała na to
pytanie żadnej dobrej odpowiedzi. W domu było cicho. Paweł odsypiał
ciężki dyżur. Tylko że w końcu się obudzi. Dziś miał wolny dzień. Dużo
czasu na baczne przyglądanie się żonie, zadawanie dyskretnych w jego
mniemaniu pytań, poszukiwanie pierwszych objawów. Może była
przewrażliwiona, ale czuła te ukryte działania w każdym jego słowie i geście.
Najgorsze było jednak niewypowiedziane oskarżenie.
To twoja wina! Jesteś moim największym rozczarowaniem!
Paweł nigdy wprost tego tak nie ujął. Ale też nie zrobił niczego, by ją
przekonać, że myśli inaczej. Za to teść wyrażał się bardzo jasno. W gruncie rzeczy to było i tak bez znaczenia. Wszyscy myśleli jednakowo.
Cała rodzina Andrychowskich.
Laura, ich zdaniem, nie miała nic do roboty. Tylko być dobrą żoną i urodzić dziecko. W zamian dostała wszystko. Wspaniałego męża, dom,
utrzymanie, prestiż społeczny, drogie wakacje, odpowiednich znajomych
oraz wszelkie rozrywki, jakich tylko by sobie życzyła. Na początku miała
nawet miłość. Pakiet idealny.
Tuż po ślubie była bardzo szczęśliwa.
Ale czas płynął. Oczekiwania starej lekarskiej rodziny rosły. Rodzice
Pawła mieli tylko jednego syna i pragnęli teraz gromady wnuków.
Oferowali wszelkie wsparcie. A przynajmniej tak im się wydawało.
Istniały bowiem sztywne granice, których nie wolno było przekraczać. Na
przykład wspominać o badaniach Pawła.
On sam też reagował na taką propozycję wielkim oburzeniem.
- Chyba oszalałaś! - Słyszała za każdym razem, kiedy go o to prosiła. -
Mam się spuszczać do próbówki?! To poniżające. Może jeszcze w moim
szpitalu, żeby pielęgniarki miały ubaw?! Jestem lekarzem, sam się
potrafię zbadać! - wołał ze złością. - Wiem, że jestem zdrowy. Lepiej ty
idź do specjalisty.
Chodziła. Jeździła. Zapisywała się. Do wszystkich najlepszych w kraju.
Nic nie pomagało. Była zdrowa, a na to nie ma lekarstwa.
Starali się o dziecko od dziesięciu lat i chyba wreszcie należało
spojrzeć w oczy brutalnej prawdzie, że już im się nie uda. Cała rodzina
Pawła i on sam obarczyli za to pełną odpowiedzialnością Laurę. Nie
umiałaby już dzisiaj zliczyć wszystkich przepłakanych początków cyklu,
które zaczynały się krwawym bólem. Śniadań pełnych napiętego milczenia,
zaciśniętych ust męża.
Komentarzy teściowej, że biedaczek Pawełek, wiecie, on to nie ma po co
wracać do domu. Żadnej tam radości, śmiechu dzieci, perspektyw na
przyszłość. Dla kogo on, taki wspaniały, ma pracować?
Aniela Andrychowska nie zdawała sobie sprawy, jak okrutne to słowa.
Jakby Laura była nikim. Małżeństwo bez dzieci nie stanowiło żadnej
rodziny. Żona była zaledwie prochem niewartym strzepnięcia. Fakt, że ona
czekała na męża, nie miał żadnego znaczenia. Dla niej nie warto było
pracować, ich związek był nicością. Opcja, by zbudować dobre życie we
dwoje, nie istniała.
Widać to było w każdej serii ostrych uwag teścia, że kobiety mogą się,
jasna sprawa, emancypować, jeśli już koniecznie tego chcą, ale, do
licha, nie zmienia to faktu, że ich podstawowym obowiązkiem jest
stworzyć dom i urodzić dzieci.
Nie przejmowałaby się tym tak bardzo, gdyby czuła, że ojciec Pawła mówi
wyłącznie w swoim imieniu. Ale mąż nigdy nie stanął w jej obronie, robił
tylko głupie miny, uśmiechał się bezsensownie, a czasem nawet dolewał
oliwy do ognia. Zwłaszcza kiedy wypił o dwa piwa za dużo lub kilka
kieliszków ulubionej brandy.
Myślał tak samo jak jego ojciec, to nie ulegało wątpliwości.
Przytaknął mu ostatnio na rodzinnym grillu. Niby rozmowa dotyczyła
kobiet w ogólności, ale przecież wiadomo było, że ma czytelny podtekst.
- Są sprawy na niebie i ziemi, które się nie zmieniają! - wymądrzał się
teść. - Chłop sam dziecka nie urodzi. Wiadomo. Więc żona powinna się
zabrać do roboty.
A szczególnie taka, co to wszystko dostała na tacy - tego zakończenia
łatwo się było domyślić. Ich piękny dom wybudowali rodzice Pawła, auto
kupił mąż, on też finansował zdecydowaną większość rodzinnych wydatków.
Laura wprawdzie pracowała, ale jak to określał starszy pan Andrychowski,
obrazując sprawę pełnym lekceważenia machnięciem dłoni, cóż to była za
robota, bardziej hobby.
To prawda, przy naukowych i medycznych osiągnięciach Pawła sprzedawanie
biżuterii w malutkim sklepie jubilerskim mogło się wydawać niczym. Nie
była tam właścicielką ani nikim ważnym. Nie miała też żadnej możliwości
awansu. Lubiła jednak swoje zajęcie. Klientów i piękne przedmioty, które
starannie i ze smakiem układała w gablotach. A także swoją szefową.
Pełną taktu starszą panią. Choć trzymała dystans, była dla Laury jedyną
życzliwą osobą na całym świecie.
Praca stała się dla Laury wytchnieniem i ucieczką. Tam też jednak
dopadały ją domowe smutki.
Ile razy łzy kapały na szklane podstawki? Jak często nielegalnie
ocierała oczy szmatką do polerowania srebra? To wiedziała tylko ona. Jak
bolesny był ten ścisk w sercu, gdy do sklepu wchodziły mamy z dziećmi.
Rozdzierająca tęsknota, gdy szła ulicą i wszędzie widziała wózki. Ale
najgorsze to potępienie w oczach najbliższego człowieka. Totalny brak
wsparcia i zrozumienia. Paweł z coraz większym trudem trzymał nerwy na
wodzy. Czuła, że dziś wykrzyczy jej to prosto w twarz. Że jest jego
największym rozczarowaniem. To wszystko jej wina.
Jak mawiał teść przy każdej okazji, młody zastępca ordynatora ma w szpitalu dziesiątki dziewczyn. Młodych, zdrowych, a co najważniejsze
chętnych, by dać mu dzieci i stworzyć wreszcie prawdziwą rodzinę. Ta
bowiem, którą miał, najwyraźniej była do niczego, tylko na próbę. Jak
brudnopis, który wstyd komukolwiek pokazać.
Laura wyobrażała sobie, co stanie się dzisiaj. Nietrudno było to
przewidzieć. Zainwestowali ostatnio w bardzo drogie zastrzyki. Koledzy
Pawła ściągnęli je z jakiejś zagranicznej kliniki. Płatne w dolarach,
magiczne, hormonalne cudo. Ale jak widać, nie podziałało. Ból w plecach
się nasilał i już zaczynał przechodzić na brzuch. Był dwudziesty ósmy
dzień cyklu. Jej system działał jak w zegarku, a jednak nieskutecznie.
- Ja bym dla dziecka zrobiła wszystko! - powiedziała jej kiedyś
teściowa.
Nie była to życzliwa rada kogoś, kto pragnie tego samego. Raczej
pretensja, że synowa za mało się stara. Choć naprawdę nikt już nie miał
pomysłu, co jeszcze Laura mogłaby zrobić. Godziła się przecież na każdą
terapię. To jej mąż odmawiał wsparcia, ale do niego nikt nie miał
pretensji.
Teoretycznie matka Pawła powinna ją rozumieć. Aniela Andrychowska
przeszła przez to samo. Też kilka lat starała się o ciążę i również była
poddana mocnej presji ze strony swoich teściów. Mieli tylko Pawła, choć
Laura wiedziała, że oboje chcieli więcej dzieci. Anieli musiało być
trudno. Mimo tego nie dodawała swojej synowej otuchy. Nie mówiła wiele,
w przeciwieństwie do teścia. Zwykle podczas rodzinnych uroczystości
siedziała przy stole i milczała. Ale w jej zaciśniętych ustach było tyle
nagany i rozczarowania, że raniła równie mocno jak za pomocą słów.
Patrzyła intensywnie w taki dziwny sposób. Jakby cały czas starała się
coś przekazać, a Laura nie umiała tego odczytać.
Wszystko to byłoby jednak niczym, gdyby stanowili z Pawłem jedność.
Wspólnie stawiali temu czoła. Tylko że on, choć skończył medycynę i miał
w planach doktorat, uważał, że ciąża to kobiecy problem. W głowie się
nie mieściło, że lekarz może mieć takie poglądy. Ale tak właśnie było.
On, jaśniepan zastępca ordynatora, nie raczył się nawet przebadać. Nie
pobrał próbek. Nawet chodzenie z żoną na wizyty w takiej sprawie uważał
za ujmę dla swojej męskości. Co innego, gdyby zaszła w ciążę, wtedy by
jej z dumą towarzyszył. Wysłuchiwanie jednak od innych specjalistów, z pewnością słabszych niż on sam, którzy tłumaczyli mu, jak ma uprawiać
seks, żeby zwiększyć szanse, lub wymądrzali się na temat trybu życia, to
było dla niego za wiele.
Cała odpowiedzialność za leczenie spadła na Laurę. To ona leżała w gabinetach z rozłożonymi nogami i nikt się nie zastanawiał, czy to dla
niej komfortowe, nikt jej nie doceniał ani nie współczuł. Brała tabletki
hormonalne z listą skutków ubocznych długą jak litania do najbardziej
opornego świętego, robiła testy owulacyjne. Przeszła operację
udrożnienia prawego jajowodu. Na inseminację Paweł się nie zgodził. To
też było dla niego zbyt upokarzające. Za to Laura pilnie się szkoliła z naprotechnologii, która wobec jej problemów okazała się równie
nieskuteczna jak wszystkie inne metody. I co miesiąc połykała w łazience
łzy.
A potem udawała, że się trzyma. Walczy i ma nadzieję.
Dzisiaj też tak miało być. Zaplanowała, że usiądzie przy stole i będzie
się starała opanować zdenerwowanie. Nie wywołać karczemnej awantury,
która tylko wyczerpywała energię, a niczego nowego nie wnosiła. Oboje z Pawłem znali już wszystkie swoje żale na pamięć. Wygłaszanie ich na nowo
nie miało żadnego sensu.
Jeśli po ciężkim poranku zostanie jej jeszcze odrobina energii i życiowej siły, to pewnie zużyje się na kolacji z teściami. Rodzice Pawła
zaprosili się na dzisiejszy wieczór sami. Znali jej cykl równie dobrze
jak ona sama. Wiedzieli, że się właśnie kończy. I byli ciekawi. Tak
mocno, że zapewne od pierwszej chwili, gdy przekroczą próg, będą się
wpatrywać w jej twarz i szukać oznak. Smutku lub radości. Przebierać
nogami z przejęcia. Rzucać aluzjami, że są testy, które wykrywają nawet
bardzo wczesną ciążę. Teść z pewnością jeden taki będzie miał ze sobą.
Jak nie więcej. Każą jej iść do łazienki i zrobić go na wszelki wypadek.
A Paweł zamiast wyrzuć ich wszystkich za drzwi z hukiem, obronić Laurę,
postawić jasne granice prywatności, powiedzieć, że we dwoje też można
żyć, są różne drogi do wyboru, będzie siedział przy stole, robił głupie
miny i dawał do zrozumienia, jak bardzo czuje się rozczarowany taką
żoną. Jakie to dla niego poświęcenie trwać przy niej.
- Nie wytrzymam tego! - powiedziała Laura.
Pierwsze czerwone kropki pojawiły się jej na bieliźnie. Jednak tym razem
nie były oznaką klęski, lecz zmiany.
Rozdział 2
Czy może mnie pan kawałek podrzucić? -
zapytała Laura, która, gdy zamknęła za sobą drzwi samochodu, z całą mocą
poczuła niezręczność sytuacji. Zdenerwowała się tak bardzo, że zaczęły
jej się trząść ręce.
- Oczywiście - odparł sąsiad ze spokojem w głosie, po czym spojrzał na
nią z życzliwością, jakiej się nie spodziewała. Jakby wszystko rozumiał.
- Dokąd chce pani jechać? - zapytał.
- A jak daleko pan się wybiera?
Spojrzała na niego czujnie. Nawet nie wiedziała, jak on ma na imię. Nie
utrzymywała bliskich kontaktów z sąsiadami. Zbyt była zajęta mężem,
staraniami o dziecko, pracą i dopieszczaniem wiecznie niezadowolonych
teściów. Kojarzyła go oczywiście. Mówili sobie grzecznie "dzień dobry",
jeśli gdzieś się spotkali, ale okazji nie było zbyt wiele. Każdy był
zajęty. W okolicy mieszkało tylu ludzi, niektórzy bardzo blisko.
Większości Laura nie znała nawet z widzenia.
Najbliższego sąsiada niekiedy widywała przez okno. Z wysokiego piętra
można było obserwować wejście główne do jego domu, a także ogród.
Czasami nawet przypadkowo przechodząc korytarzem, spoglądała w tamtą
stronę, choć niewiele się działo. Sąsiad mieszkał sam i często przebywał
poza domem. Paweł go lubił, bo był niewidoczny, cichy i bezproblemowy.
- Jadę do Sopotu - powiedział mężczyzna. Miał poważną minę i spojrzenie,
jakby rozumiał, że to, co się dzieje, nie jest zwykłą błahostką. Laura
nie potrzebuje, by ją podrzucić do sklepu po bułki.
- Doskonale - powiedziała i zapięła pas. - Znam to miasto jeszcze z czasów dzieciństwa i zawsze sobie obiecywałam, że kiedyś tam wrócę. To
idealna okazja. Jeśli oczywiście nie ma pan nic przeciwko temu.
Głos jej drżał, a ręce się trzęsły. Nawet Drops wyczuł, że nie ma
żartów, i przestał się kręcić oraz piszczeć.
- Mam na imię Błażej - przedstawił się sąsiad.
- Laura. - Podała mu dłoń.
- Wiem - powiedział i uśmiechnął się ciepło. - Choć nigdy nie mieliśmy
okazji dłużej porozmawiać.
- Takie czasy. - Laura westchnęła. - Ludzie mieszkają o krok od siebie i wcale się nie znają.
- Moim zdaniem winne są stale otwarte sklepy. - Uśmiechnął się.
- A to dlaczego? - zapytała.
- Nikt nie ma potrzeby pożyczyć soli ani cukru - odparł. - Każdy
wsiądzie w samochód i sam sobie poradzi. To wygodne, ale bardzo osłabia
więzi międzyludzkie.
- Zgadzam się - odparła Laura nieco nieuważnie. Zerknęła czujnie w okna
sypialni. - Czy możemy już jechać? - zapytała, a zdenerwowanie opanowało
ją na nowo.
- Jeśli jesteś pewna, to ja ruszam. - Spojrzał na nią jeszcze raz, po
czym zamknął bramę pilotem i dodał gazu, wyjeżdżając na drogę.
Zapanowała konsternacja. Teraz w normalnej sytuacji nastąpiłyby jakieś
wyjaśnienia, ale Laura zupełnie nie wiedziała, od czego mogłaby zacząć.
Tylko Drops nie miał kłopotów. Znów wiercił się i poszczekiwał, ale jako
jedyny sprawiał wrażenie zupełnie niezaskoczonego i nawet zadowolonego z obrotu spraw.
Błażej minął dom Laury. Delikatny szum opon samochodowych nie obudził
jej męża.
Czasem bardzo ważna życiowa zmiana zaczyna się cicho. Od pozornie nic
nieznaczącego dźwięku. Dyskretny szczęk zamykanej bramy, szmer kół na
asfalcie. Paweł spał. Nie był świadomy, że z wielkiej, imponującej
budowli, jaką było jego życie, ktoś właśnie wyjął jedną cegiełkę z fundamentu.
Rozdział 3
Alfred Zwoliński siedział na rozległym
tarasie i patrzył na morze. Była czwarta nad ranem. Zapewne najgorsza
pora, by w zimie podziwiać horyzont. Porywisty wiatr przenikał nawet
ciepłą kurtkę. Alfred miał wrażenie, że jest sam na świecie. Jakby front
burzowy zmiótł wszystkich innych ludzi nie tylko z jego ukochanego
Sopotu, lecz wręcz całego świata. Był przekonany, że nikt prócz niego
nie zmaga się teraz z poważnymi życiowymi decyzjami.
Oczywiście było wiele lepszych miejsc na takie obrachunki. Na przykład
jasna zaciszna sypialnia z wielkim oknem dachowym, przez które nocą
widać gwiazdy. Albo przytulny salon. Z kanapy rozpościerał się widok na
morze równie imponujący jak z tarasu. A na kominku przez większą część
roku płonął ogień. Ciepły, złoty, trzaskający aż miło.
Sam kominek był wyjątkowy. Alfred zrobił go własnymi rękami. Nie w prosty sposób poprzez zakupienie materiałów w pierwszym lepszym sklepie
budowlanym, lecz układając pracowicie kamienie, które sam zdobywał i przynosił, przetykane prawdziwymi bursztynami. Nikt nie miał takiego.
Koledzy śmiali się z niego, straszyli, że zastygła żywica stopi się pod
wpływem ciepła, że to głupota używać tak cennego kruszcu do dekoracji.
Ale Alfred nie żałował. Zrobił to dobrze i wiele lat cieszył oczy, a także serce pięknem tego miejsca. Bursztynu miał sporo. Nie musiał na
nim oszczędzać.
Lubił swój dom ponad wszystko.
To miejsce pod każdym względem stanowiło jego spełnione marzenie.
Budynek położony był na klifie, miał drewniany taras i przepiękny,
niczym nieograniczony widok na pełne morze. Codziennie rozgrywał się
tutaj niebiletowany spektakl wschodów i zachodów słońca. Alfred zawsze
dostawał najlepsze miejsce w pierwszym rzędzie.
Ta posiadłość była teraz wiele warta, regularnie otrzymywał ciekawe
oferty od chętnych, by ją przejąć, ale przecież nie sprzedaje się
marzeń. Nie był bardzo zamożnym człowiekiem, w Sopocie setki innych
zrobiło większą karierę. Ale jemu udały się dwie ważne rzeczy. Wyłowił z Bałtyku najwspanialsze złoże bursztynu, a także wybudował ten dom. Poza
tym wszystko przegrał, ale o tym nie miał zwyczaju myśleć. Kiedy
siedział na swoim tarasie, wspominał tylko pierwszą część pewnej
burzowej, zimnej nocy, kiedy podczas sztormu, ryzykując życiem, zdobył
prawdziwy skarb. Cały kłąb zielska, a wśród zielonych oślizgłych kłączy
złoże kamieni. Polskiego złota, magicznego jantaru, obdarzonego
zdrowotną mocą bursztynu. Bardzo cennego kruszcu.
Jego ojciec na taki łut szczęścia bezskutecznie czekał całe życie. Stał
po pas w zimnej wodzie, nocami łowił. Zrywał się bladym świtem, by się
zanurzać w lodowatych odmętach. Znosił smaganie posztormowych wiatrów.
Miesiącami i latami wybierał z glonów, piasku oraz szczątków ryb małe
kamyczki zastygłej żywicy. Po to, by utrzymać rodzinę, ale też z powodu
pasji. Ojciec kochał bursztyn i marzył, że kiedyś uda mu się wydobyć coś
wyjątkowego.
Alfred zawsze uważał, że tata kocha swoją pracę bardziej niż jego.
Dlatego on w tym ważnym momencie zabrał swoje znalezisko, po czym
odwrócił się na pięcie i odszedł. Nie potrzebował już ojca. A przynajmniej tak mu się wydawało.
Nagle teraz zatęsknił. Poczuł ogromny żal, że wtedy, wiele lat temu, nie
cieszyli się razem. Nie pozwolił, by sukces stał się wspólny. Dziś
zrobiłby to inaczej. Zorganizował kolację z pysznym jedzeniem i muzyką.
Zadbał, by w kominku płonął ogień. Radości starczyłoby przecież dla
wszystkich. Tata też mógł się cieszyć. Ale to Alfred zrozumiał dopiero
dzisiaj. Wtedy schował swój skarb i swoją radość do pilnie strzeżonego
sejfu w banku. A ten był tak szczelny, że nawet jeden okruszek szczęścia
nie wydostał się na zewnątrz i nie trafił w niczyje ręce.
Alfred westchnął.
Ta jedna noc dawno temu ustawiła go finansowo na lata. Wciąż czerpał z tych zapasów.
Ale też wtedy właśnie został sam. Tamtego poranka, gdy wrócił zmachany i przemarznięty do domu, nie zastał w nim już żony ani dzieci. Głupia
kobieta odeszła, zostawiwszy wszystko, co jej ofiarował. Bezpieczne
życie, stały związek. Wiele lat czerpał satysfakcję, wyobrażając sobie,
jak ciężkie jest zapewne teraz jej życie. Jak się męczy sama z dwójką
dzieci. Ilekroć widział gdzieś w galerii handlowej płaczące dziecko,
myślał o niej. Że musi się z tym borykać bez pomocy kogokolwiek. Pewnie
nie starcza jej na podstawowe potrzeby, pracuje ponad siły i na wszystko
brakuje jej pieniędzy. Płacze wieczorami w samotności, a w weekendy pada
na twarz ze zmęczenia. Żałuje swojej decyzji. Dzieci nie stanowią dla
niej nagrody za trud, bo przecież wychowane bez ojca na pewno sprawiają
kłopoty.
A mogła mieć łatwiej.
Owszem, zdradził ją raz czy dwa. Ale zawsze dyskretnie. Jak dżentelmen,
by żona nie musiała się wstydzić na mieście. Jakoś się jednak
dowiedziała i zrobiła ze sprawy ogromną aferę. Dostał wtedy cios w samo
serce i już nawet nie próbował nikogo pokochać.
Nigdy też nie szukał swojej rodziny, choć bardzo często o nich myślał.
Alfred westchnął. Słońce niedługo wzejdzie łagodnie tą samą co zawsze
ścieżką po niebie. Była czwarta nad ranem. Zimno. A on nadal siedział na
tarasie. Już nic nie mogło mu zaszkodzić. Był chory. Diagnoza
wstrząsnęła nim i rzuciła o ziemię jak szmacianą lalką.
Miał umrzeć, choć przecież jeszcze nawet na dobre nie zaczął żyć.
Rozdział 4
Jechali w milczeniu, a słońce powoli
wznosiło się ponad horyzont. Wstawał mroźny, ale piękny dzień. Dobry, by
wreszcie zrobić pierwszy krok we właściwym kierunku. Tylko gdzie on
jest? Tego Laura jeszcze nie wiedziała.
Na razie zwyczajnie cieszyła się drogą w poczuciu absolutnej wolności.
Nic jej przecież nie ograniczało. Nie miała dzieci, za które byłaby
odpowiedzialna. Pracę mogła bez trudu rzucić i znaleźć nową. Jeśli nie
ma się wygórowanych potrzeb ani rodziny na utrzymaniu, nie stanowi to
szczególnego wyzwania.
Dotarli do skrzyżowania. Błażej kilkakrotnie pytał, czy się nie
rozmyśliła. Może gdzieś ją bliżej podwieźć?
Zatrzymało ich czerwone światło, a on znów spojrzał, jakby dawał jej
szansę na zmianę zdania. Mógł jeszcze zawrócić, skręcić w dowolnym
kierunku. Ruch był o tej porze niewielki. Wybór należał do niej. I to
właśnie okazało się trudne. Zaczęła się zastanawiać, czego by chciała.
Ale do tego stopnia odwykła od takiego myślenia, że mózg nie mógł sobie
poradzić z tym wyzwaniem. Przez tyle lat jej największą troską było
spełnianie oczekiwań innych. Teściów, męża, znajomych Pawła, którzy po
żonie lekarza spodziewali się określonych cech i zachowań. Starała się
sprostać tym wszystkim wymaganiom. Z miłości, a także dla dobra swojego
małżeństwa. Długo godziła się na wszystko.
Była kimś więcej niż tylko inkubatorem do sprowadzania z zaświatów
wnucząt, które miały za zadanie przedłużyć ród Andrychowskich. Była
wolną istotą z prawem do szczęścia. Na długi czas jednak o tym
zapomniała. Pozwoliła sobie wmówić, że jest inaczej.
I teraz nie potrafiła znaleźć żadnej odpowiedzi na pytanie, czego w życiu pragnie. Kim jest w głębi serca? Jakie ma marzenia, prócz tego
jednego o dziecku, które najwyraźniej nigdy miało się nie spełnić. Na
razie jechała w milczeniu. Z zadowoleniem przyjęła fakt, że Błażej
skręcił na autostradę.
To chyba intuicja. Dowód, że pragnęła większej zmiany. Nie drobnego
gestu. Wyjazd za miasto mógł się okazać niewystarczający. Tu potrzebna
była znaczna odległość. Laura musiała spojrzeć z dystansu, by znów
odnaleźć siebie.
Sopot był na to odpowiednim miejscem, choć znajdował się daleko i stał
się kierunkiem z przypadku. Wybranym przez Błażeja.
Przypomniało jej się, że kiedy była małą dziewczynką, pojechała raz z rodzicami nad morze. Do Sopotu właśnie. Skromne to były wakacje, w tanim
pensjonacie ze skrzypiącymi łóżkami i niedomykającym się oknem. Ale
jeszcze wtedy byli wszyscy razem. Mama, tata, oboje przed rozwodem, i brat, który kilka lat później wyjechał na stypendium do Stanów, by już
nigdy nie wrócić do kraju.
Laura pamiętała smak jagodowych lodów, gęstej zupy kalafiorowej z baru
mlecznego i słonej morskiej wody. A także wszechobecne pełne pokus
kramy, które rodzice mijali zawsze z tym samym komentarzem, żeby nie
nudzić, bo nie mają pieniędzy na takie głupoty.
Ale przecież żadnych głupot tam nie było. Sześcioletnia Laura widziała
same cuda. Kolorowe lizaki, dmuchane baloniki, watę cukrową na patyku,
długaśne zapiekanki i przede wszystkim pierścionek z bursztynem. Srebrny
klejnocik, który zerkał na nią każdego dnia, gdy mijali jeden ze
straganów w drodze na plażę. Nigdy nawet nie wzięła go do ręki i może
dlatego urósł w jej pamięci do rangi symbolu. Czegoś niebywale pięknego.
Zwłaszcza że już wtedy uczono ją rezygnować z marzeń, a nawet potrzeb.
Bo zawsze były większe zmartwienia.
Na przykład rozwód rodziców, który stał się tak wielką traumą, że potem
Laura gotowa była na wszystko, byle tylko ocalić własne małżeństwo.
Godziła się na kolejne kompromisy, znosiła upokorzenia, bo nie chciała
jeszcze raz przechodzić przez ten koszmar.
Albo samotne macierzyństwo niezaradnej matki, która ciągle mówiła: "nie
ma i nie będzie nas na to stać". Na ubrania, na studia, na wyjazd,
lekcje angielskiego, prezent urodzinowy. Prawie na wszystko.
Rezygnowanie stało się drugą naturą Laury. Nauczono ją, że tak trzeba.
To sprawiło też, że jako młoda dziewczyna bardzo podziwiała Pawła i jego
bliskich. Byli dla niej niczym mityczni tytani. Bo oni jednak dali radę.
Mieli w sobie siłę i moc. Umieli zadbać o potrzeby rodziny. Ochronić
się.
Może, gdyby wtedy tata pozwolił jej głośno wypowiedzieć prośbę i kupił
ten pierścionek, byłaby silniejsza? Nauczyłaby się, że jej potrzeby też
są ważne? A może nie? Zapomniałaby o tym i mimo wszystko poszła tą samą
drogą? Jedno wydarzenie nie wystarczy przecież, by się nauczyć żyć.
Ale to był ten pierwszy raz, do którego sięgała pamięcią, kiedy się
zgodziła ustąpić. Zrezygnować z małego marzenia. Potem nastąpiły takich
sytuacji tysiące.
Teraz więc, kiedy mogła wybrać, postanowiła wrócić do tego symbolicznego
drobiazgu. Zdarzenia, na które nikt inny może nie zwróciłby uwagi, ale
dla niej było ważne. Oczywiście mogła sobie kupić pierścionek z bursztynem gdziekolwiek. Choćby i w sklepie, w którym pracowała. Szefowa
bez problemu sprowadziłaby dla niej coś ładnego w hurtowej cenie. Tylko
że nie o to chodziło.
Laura czuła, jak drżą jej dłonie, kiedy poprawiła pas i ostatni raz
odpowiedziała na pytanie, czy naprawdę chce jechać tak daleko. Sopot.
Koniec lutego nie jest wymarzoną porą, by się wybierać w tamte strony.
Ale ona nie podróżowała tam dla promieni słońca, lecz pokazania sobie i innym, że potrafi zbudować dobre życie. Także sama. Też ma coś do
zaoferowania, choć nie jest to ani dyplom wyższej uczelni, ani
odziedziczone po rodzicach pieniądze.
Nie była pewna, czy ma rację. Wciąż drżały jej kolana i nie mogła się
rozgrzać, mimo że włożyła najcieplejszą kurtkę. Zawsze było jej zimno,
gdy się denerwowała. Parę razy miała ochotę wysiąść i zawrócić. Jeszcze
mogła. Nikt by się nie zorientował. Paweł zapewne wciąż spał. Pokusa
była silna, ponieważ Laura nie miała cech urodzonego buntownika. Ta
decyzja wiele ją kosztowała. Ale wiedziała, że jeśli teraz ustąpi,
zostanie w klatce na zawsze.
Spojrzała przed siebie.
Autostrada ciągnęła się aż po horyzont niczym pas startowy, po którym
można ulecieć w nowe życie. Laura po raz pierwszy poczuła, jak to jest,
gdy człowiek naprawdę rusza w drogę. Jakby wsiadł do jakiegokolwiek
pociągu pod wpływem impulsu na spotkanie z przygodą. Lekki, wolny.
Niczego nie musi i wcale go nie obchodzi, co inni sobie pomyślą.
Oni śpią. A ona już nie była częścią ich życia. Pędziła ku wschodzącemu
słońcu, a muzyka sprawiała, że miała wrażenie, że za chwilę uleci w powietrze, by jednym ślizgiem znaleźć się na plaży.
* * *
Paweł obudził się w dziwny dla niego sposób. Sam. Nikt nie potrząsnął go
delikatnie za ramię, jak wtedy, gdy przysypiał na dyżurze. Nie zadzwonił
budzik i nie weszła do sypialni żona, by go zaprosić na śniadanie. A przecież tak się właśnie wczoraj umówili. Najpóźniej o dziewiątej mieli
usiąść w zimowym ogrodzie, czyli przeszklonej części salonu, by napić
się aromatycznej kawy i schrupać rogaliki, które Laura przynosiła z pobliskiej piekarni, zawsze gdy Paweł nie miał porannego dyżuru i nie
musiał się spieszyć do szpitala. Stara tradycja jeszcze ze studenckich
czasów, kiedy właśnie na takie rogaliki zabierał swoją dziewczynę, gdy
mieli ochotę razem zacząć dzień.
Dzisiaj jednak Laura nie przyszła. Paweł nie czuł też żadnych zapachów,
które mogłyby świadczyć o tym, że właśnie ktoś starannie parzy dla niego
kawę czy też podgrzewa pieczywo. Było cicho, sennie. Przez szczelne
zasłony z trudem przedostawało się słabe zimowe światło. I wtedy Paweł
poczuł radość. Coś się zmieniło! Laura zachowała się inaczej niż zwykle.
Czy to mogło oznaczać, że wreszcie się im udało?! Test ciążowy pokazał
te cholerne dwie kreski, na które wszyscy tak długo czekali?
Ułożył wygodniej głowę na poduszce i poczuł przedsmak tej ogromnej ulgi.
Miał już tak serdecznie dość tego napięcia i oczekiwania. Był
człowiekiem nastawionym na cel. Zadaniowcem. Niektórzy uważali wręcz, że
maszyną do osiągania zamierzonych rezultatów. Uwielbiał ten moment,
kiedy odhaczał kolejny sukces. Tak wyglądało jego dotychczasowe życie.
Nie było łatwe, ale za to bardzo skuteczne. Nawet ukończenie medycyny w praktyce nie okazało się aż takim wielkim wyzwaniem, jak go wcześniej
straszono. Z każdym kolejnym zdanym egzaminem utwierdzał się w przekonaniu, że jest do tego stworzony. W szpitalu także czuł się jak w naturalnym środowisku. Swobodnie się poruszał po szlakach, które dla
innych stanowiły zawiły labirynt. Ścieżki kariery nie miały dla niego
tajemnic. Czuł, jak powoli, ale konsekwentnie zostawia wszystkich w tyle. Sukces stał się dla niego codzienną strawą. Uwierzył w swoją
nadludzką moc. Pędził przez dni nakręcony endorfinami i wysokim poziomem
emocji. Kochał swoje życie.
Tylko w domu było inaczej. To tutaj od lat raz na miesiąc rozbijał się o ścianę. Bezsilny i nieskuteczny. Nocami czuł, jakby tłukł
najdelikatniejszą częścią męskiego ciała w mur.
Bo nie potrafił dać swojej żonie dziecka. Widział przecież, jak bardzo
Laura tego pragnie.
Bo nie umiał zapewnić rodzicom wnuków. Pełne rozczarowania spojrzenie
ojca wwiercało mu się w mózg. To naruszało jakieś podstawowe fundamenty,
na których stał. Dlatego z trudem utrzymywał równowagę i łapał się
kurczowo pracy po to, by się nie przewrócić.
Wstał z łóżka i cicho otworzył drzwi. Spodziewał się żony w każdym
miejscu. Może w łazience lub w salonie? Na kanapie? Wyobrażał sobie, że
siedzi gdzieś uśmiechnięta i wreszcie jej oczy błyszczą. Nie są już
rozpaczliwą studnią smutku.
Chodził po kolejnych pokojach, ale żony nigdzie nie było. Nadzieja, że
ten poranek przyniesie radykalną odmianę, powoli w nim gasła. Gdyby
Laura miała mu do przekazania radosną wieść, już by go znalazła. Nie tak
zapewne by to wyglądało. Czuł, jak rodzi się w nim wściekłość.
Rozczarowanie. Znowu to samo.
Nie udało się. Jak zawsze w domu. Tu nic nie wychodziło.
Na myśl o wieczornym spotkaniu z ojcem splunął na czystą podłogę, choć
zwykle zachowywał nienaganne maniery. Ślina miała gorzki smak.
- Do cholery! - zaklął. - Czy to nie mogłoby być prostsze?! Nie żądam
przecież wielkich rzeczy. Zaledwie zwykłego prawa do posiadania dziecka.
Najbardziej naturalnej sprawy tego świata.
W tym momencie nawet był zadowolony, że Laury nie ma. Nie chciał teraz
spotkać się z żoną. Chyba by się nie zdołał opanować. Miał już tego
wszystkiego serdecznie dość. Małżeństwa, które nie spełniało oczekiwań.
Presji, jaką codziennie odczuwał. Dostatecznie ciężko było codziennie
być idealnym zastępcą ordynatora, by się jeszcze po godzinach tak męczyć
we własnym domu. A gdzie miejsce na odpoczynek? Inaczej to sobie
wyobrażał.
Denerwował się coraz mocniej, wchodząc ze złością pod prysznic. Gorąca
woda, a potem lodowaty strumień na plecy pomogły mu obudzić się na
dobre. Wytarł się, mocno szorując ręcznikiem o skórę, ubrał wygodnie i wyszedł z łazienki.
W domu wciąż było pusto. Nawet pies nie plątał się pod nogami. I dobrze.
Od dawna Paweł miał wrażenie, że Drops nie jest jego sprzymierzeńcem.
Wprawdzie zwierzak nie posuwał się do daleko idących działań
niszczycielskich jak w stosunku do ojca. Pawłowi pogryzł tylko raz stary
pasek od spodni, ale za to zawsze spoglądał, jakby był niezadowolony z zachowania swojego pana.
Do jasnej cholery, był tylko psem, a też oceniał i wtrącał się w jego
rodzinne sprawy! A to był akurat w tym domu drażliwy temat. Ojciec
kontrolował życie Pawła na każdym kroku. Czasem go to drażniło. Zdawał
sobie sprawę, że pozwala mu na zbyt wiele. Ale z drugiej strony
zawdzięczał tacie wszystko. To po nim miał dobre geny, talent,
umiejętność budowania kariery. To on wszystkiego go nauczył. Wdzięczność
sznurowała Pawłowi usta, gdy powinien był ostrzej się sprzeciwić.
Bywało, że miał na to ogromną ochotę. Wszystko się w nim burzyło, kiedy
słuchał, jak ojciec wypowiada się o kobietach. Ale ilekroć zdobył się na
słaby choćby protest, tata zaczynał swoją litanię poświęceń, jakie
poniósł dla syna. Paweł był jego kopią, stworzoną na wzór i podobieństwo. Nie mógł krytykować oryginału. Był bowiem jego częścią.
Dobrze, że Laura zabrała Dropsa. Chociaż jedne rozczarowane oczy mniej.
Zadowolony z tego stanu Paweł nalał sobie kawy do kubka i stanął w cichej kuchni. Spojrzał w okno. Na podjeździe nie widać było żadnych
śladów kół na niewielkiej ilości śniegu, jaka wczoraj posypała i nie
została jeszcze roztopiona przez wschodzące słońce.
Laura gdzieś pojechała? - zastanawiał się. - Może na zakupy? Tylko czym,
skoro auto najprawdopodobniej stoi w garażu?
Żona powinna była zostawić jakąś wiadomość, ale już dawno się
zorientował, że nie nadąża za jej tokiem myślenia. Nie ma pojęcia, co
jej wpadnie do głowy. Ostatnio chodziła szczególnie podenerwowana.
Cieszył się, że jeszcze jej nie ma. Zyskał chwilę spokoju, by zebrać
myśli i przygotować się na poranek pełen rozczarowania. Właściwie to nie
chciało mu się już udawać, że jeszcze ma nadzieję. Nie miał ochoty także
na wspólne śniadanie ani na grzeczną rozmowę. Zamierzał wreszcie
powiedzieć, jak bardzo cholernie to jest nie w porządku.
Miał dość swojej żony. To oczywiste, że wszystko było jej winą. On
przecież na każdym kroku udowadniał, że jest świetny. Czegokolwiek by
nie dotknął, wychodziło mu. Każdy jego pacjent mógł to potwierdzić. A także asystenci, ordynator, pielęgniarki. Mnóstwo świadków jego
doskonałości. W pracy Paweł był naprawdę kimś. Jakże trudno było z tego
wysokiego pułapu pochwał i zachwytu wrócić do domu.
Najwyraźniej źle wybrał żonę i teraz nie wiedział, jak się wydostać z pułapki. Oszukano go. Zakochał się w barwnej kobiecie. Pięknej
dziewczynie w kolorowej sukience i ciemnych lokach targanych przez
wiatr. Laura często się śmiała, kochała otwarte przestrzenie, z których
można było podziwiać szeroko ciągnący się horyzont. Wciąż go zabierała w takie miejsca. Miała swoje pasje i marzenia.
Taką ją poprosił o rękę.
A kto teraz czekał na niego, gdy wracał z pracy? Smutna kobieta w dziwnych sztywnych bluzkach i wyprostowanych pracowicie włosach. Jej
zgaszone oczy zwykle patrzyły w okno, nie na męża. W nocy płakała i wciąż miał wrażenie, że jest o coś na niego zła.
To okropne oszustwo, tak człowieka zwieść.
Małżeństwo stało się żeliwną klatką, zimną i nieprzyjemną. Już od
dłuższego czasu zastanawiał się, jak z niej uciec.
Dwie godziny później wciąż był sam. Burczało mu w brzuchu, więc
przeprosił się ze śniadaniem. Zjadł chleb z masłem, bo nikt nie zadbał o rogaliki, i po raz pierwszy pomyślał, że może coś się stało. Zadzwonił
do żony, ale ona nie odbierała. Lekki niepokój ścisnął mu gardło. To on
był w tym małżeństwie osobą, która jest tak zajęta, że oddzwania,
dopiero kiedy znajdzie chwilę. Laura zawsze była na posterunku.
Zawsze, ale nie dzisiaj.
* * *
Jedenasta godzina - pomyślała Laura, odkładając telefon. - Dopiero teraz
kochający mąż zorientował się, że mnie nie ma. To i tak niezły wynik.
Gdyby pracował, mogłoby to trwać o wiele dłużej. W niektórych
przypadkach nawet dwa dni.
Paweł nie dobijał się szczególnie rozpaczliwie. Zadzwonił dwa razy i zrezygnował. Nie nagrał się na pocztę, nie wysłał wiadomości.
A tymczasem jego żona była już daleko. Właśnie się zatrzymali przy
drewnianej karczmie stylizowanej na góralską chatę. Na parkingu stało
sporo ciężarówek, Błażej uznał więc, że dobrze tu karmią. Stali bywalcy
wiedzą zwykle, co najlepsze w okolicy.
- Nie byłeś tu nigdy wcześniej? - zapytała.
Pokręcił odmownie głową.
- Kiedy sam jadę w trasę, nie zatrzymuję się tak często. Ale Drops
powinien pobiegać. Już za długo siedzi zamknięty.
Pies z wdzięcznością przyjął propozycję i mocno szarpnął smyczą, choć
Laura rozwinęła ją do maksymalnej długości, żeby miał więcej swobody.
Sądziła, że zostanie na parkingu sama z psem, ale Błażej towarzyszył jej
podczas całego prowizorycznego spaceru.
- Często jeździsz do Sopotu? - zapytała.
Spojrzała na niego z ciekawością. Miał oczy dokładnie na wysokości jej
wzroku. Nie musiała podnosić głowy, by w nie spojrzeć, jak w przypadku
jej wysokiego męża. Ciemne włosy nosił krótko obcięte. Najładniejsze
miał usta. Pięknie wykrojone i pełne.
- Różnie, kiedyś to nawet raz na dwa tygodnie - powiedział, znosząc
cierpliwie jej trwające dłuższą chwilę oględziny. Może dlatego, że sam
przez cały czas intensywnie na nią patrzył. - Teraz rzadziej - dodał. -
Nie wszystko w firmie wymaga już mojego osobistego działania. Mam
dobrych pracowników. Ale pewne sprawy lubię zrobić sam. Tego tak do
końca nie da się zastąpić.
- Rozumiem. - Laura próbowała wyplątać się ze smyczy, którą Drops
skutecznie ją oplątywał.
Chciała zapytać o wiele rzeczy. Dlaczego Błażej mieszka sam, czym
zajmuje się jego firma, po co dokładnie jedzie do Sopotu? To byłyby
jednak dość natarczywe pytania. Ona też by nie chciała, żeby ktoś tak ją
przyciskał do muru.
Kiedy pies już trochę się wyszalał, weszli do środka i zamówili
śniadanie. Laura poprosiła o dużą kawę oraz porządny, godny umięśnionego
tirowca posiłek. Jajecznicę, dwie podsmażane kiełbaski, bułkę, musztardę
oraz sałatkę z pomidorów. Do tego jeszcze spory kawałek szarlotki z bitą
śmietaną i polewą czekoladową.
- Nie wierzę, że zjadłaś to wszystko - powiedział na koniec Błażej,
który cały czas intensywnie jej się przyglądał. W oczach wciąż miał tę
samą, co na początku, życzliwość i zadowolenie. Jakby się cieszył, że
wsiadła do jego samochodu.
Ja też nie wierzę - mówiła mina Dropsa, który oblizywał się dookoła
głowy, choć też dostał swój posiłek.
- To chyba zdenerwowanie - westchnęła Laura.
Nie chciała się zwierzać, że także pierwszy dzień miesiączki tak na nią
działa.
- Uciekasz? - Błażej spojrzał na nią.
Najwyraźniej on nie miał oporów, by zadać pytanie wprost.
- Tak - odparła szczerze. Nie zamierzała go okłamywać. - Odeszłam od
męża i chcę zacząć od nowa.
Nie wierzyła, że to mówi. Tak bardzo nie pasowały do niej te słowa.
- Czasem nie ma innego wyjścia - odparł Błażej.
Odniosła wrażenie, że on się cieszy, i to byłoby bardzo głupie. Wcale
się nie znali, a rozpad czyjegoś małżeństwa to nigdy nie jest powód do
radości.
- Przypilnujesz mi na chwilę psa? - zapytała, żeby zmienić temat. -
Muszę sobie coś przynieść z samochodu.
- Jasne - odparł i podał jej kluczyki.
Ruszyła biegiem na parking. Potrzebowała kosmetyczki i tabletek
przeciwbólowych. Brzuch dawał się jej coraz mocniej we znaki.
- Może pomóc? - zapytał jakiś mężczyzna, kiedy tylko otwarła bagażnik i próbowała przesunąć walizkę.
Facet był wysoki, miał szerokie ramiona, które z trudem opinała
podniszczona kurtka puchowa. Dwudniowy zarost i zaczerwienione oczy
zapewne świadczyły o tym, że już długo jest w trasie.
- Dziękuję - odparła. - To nie jest ciężkie.
- Nocuje pani tutaj? Szkoda, żeby taka ładna dziewczyna sama spała -
odparł niezrażony odmową. - Ja się w razie potrzeby polecam. - Otaksował
wzrokiem doświadczonego łowcy jej figurę, po czym dodał: - Droga
poczeka.
Proste to były komplementy i marnej wartości. Ostatnią rzeczą, jakiej
potrzebuje nieszczęśliwa kobieta w pierwszym dniu bolesnej miesiączki,
jest przygodny seks z nieznanym mężczyzną. Ale Laura uśmiechnęła się do
niego słabo. Tak dawno nie słyszała niczego miłego, że nawet taka nędzna
uprzejmość sprawiła, że wątły uśmiech pojawił się na jej twarzy.
- Dziękuję - powtórzyła. - Ale jestem zajęta - dodała i pokazała mu
obrączkę. Nie wiedziała, czy to coś dla niego znaczy. Czy będzie
argumentem dostatecznym, by zakończyć rozmowę.
- A to szacun! - odparł mężczyzna, po czym wycofał się. - Ja też mam
żonę.
Laura pokręciła głową z niedowierzaniem. Jakże dziwni są ludzie. Gotowi
do przygodnej zdrady, a jednocześnie przyznający się, że cenią wierność
małżeńską.
Nie był to jednak jej problem.
Wyciągnęła potrzebne rzeczy, odwróciła się na pięcie i szybko ruszyła w stronę restauracji. Błażej siedział przy stole, dopijał kawę i kończył
sernik. Uznała więc, że ma jeszcze chwilkę.
Sięgnęła po telefon. Czekało ją pierwsze zadanie na nowej drodze.
Musiała zadzwonić do szefowej. Powinna była zrobić to wcześniej, ale nie
miała odwagi. Teraz jednak nie mogła już dłużej czekać. Starsza pani
była jej zawsze życzliwa. Nie zasługiwała na to, by ją zostawić z dnia
na dzień bez słowa wyjaśnienia. Co innego mąż. Tego postanowiła nieco
potrzymać w niepewności. Zwłaszcza że Paweł wcale się do niej nie
dobijał zbyt intensywnie.
Laura stłumiła uczucie przykrości i wybrała numer szefowej.
- Dzień dobry - przywitała się. - Przepraszam, że daję pani znać dopiero
teraz, ale to wyjątkowa sytuacja. Nie przyjdę dzisiaj do pracy -
powiedziała szybko.
- Siedzę tu właśnie sama i się zastanawiam, dlaczego cię nie ma -
odparła szefowa. - Ale nie dzwonię, żeby nie przeszkadzać. Czy ja się
słusznie domyślam, że świętujesz? - zapytała ostrożnie.
Laura westchnęła. Tyle osób nadaremnie kibicowało jej staraniom.
- Nie - powiedziała i westchnęła głęboko. - Dzisiaj rano cykl się
skończył jak zawsze.
- Moja biedna. - Szefowa była kobietą o silnych instynktach
macierzyńskich. Opiekowała się Laurą trochę jak własnym dzieckiem i zawsze dobrze jej życzyła. Też liczyła dni i wspólnie z nią czekała. -
Bardzo ci współczuję - powiedziała.
- Mam jeszcze jedną wiadomość. - Laura poczuła, jak po policzkach płyną
jej łzy. Szybko je otarła. - Będę musiała zmienić pracę.
- Ależ dlaczego? Dziecko kochane, źle ci u mnie? - zdumiała się szefowa.
- Bardzo dobrze - odpowiedziała Laura szybko. - Tylko że postanowiłam
się wyprowadzić. Daleko. Od rana jestem w drodze. Już wiele kilometrów
od Krakowa. Nie wiem, kiedy wrócę i czy w ogóle się to stanie.
- Zostawiłaś męża - domyśliła się szefowa.
Laura kiwnęła głową, choć tego rozmówczyni nie mogła widzieć, i przygotowała się na kazanie. Wiedziała, że starsza pani jest zawziętą
wyznawczynią tradycyjnych wartości i zawsze narzeka, że ludzie rozstają
się teraz z byle powodu, zamiast walczyć o siebie.
- Rozumiem cię - zaskoczyła swoją odpowiedzią. - Wiesz, że nie popieram
takich słabych, tchórzliwych rozwiązań. Ale twój mąż to prawdziwy buc.
Dobrze zrobiłaś.
Laura poczuła, jak robi jej się gorąco. Te słowa uderzyły ją prosto w serce. Rozłączyła się impulsywnie, bo nagle zabrakło jej tchu. To
wszystko, co widziała i podejrzewała od lat, teraz nagle stało się
oczywiste jak nigdy dotąd. Żaden namacalny dowód, żadna kłótnia ani
niespełniona obietnica nie zabolały jej tak mocno, jak te słowa.
Uświadomiła sobie prawdę. Wszyscy dookoła najwyraźniej od dawna widzieli
to, co ona z takim trudem odkryła dzisiaj rano.
Jej mąż był palantem.
Ale wcale się nie ucieszyła, że ma rację. Wręcz przeciwnie. Było to dla
niej bardzo przykre. Jak policzek. Człowiek ma problem, lecz pragnie się
łudzić, że jednak nie jest tak źle. Może są jakieś dodatkowe
okoliczności? Nadzieja? Zamyka oczy, oszukuje się, bo boi się spojrzeć
prawdzie w oczy. Czasem bowiem musiałby zmienić zbyt wiele. Nie każdy ma
na to siłę i dostatecznie dużo odwagi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki