Kapka krwi
- Mieszkańcy, jam jest Henryk Straszny z Moraw! Ogłaszam wszem i wobec, iż od teraz jestem nowym panem tego grodu. Musicie natychmiast opuścić domostwa, inaczej wasz kres będzie bliski! Nie bójcie się o majątki, już my się dobrze nimi zajmiemy - oznajmił herszt zbójów stojący na środku grodu z ogromnym wilkiem u boku i drużyną rycerzy.
Ciszę poranka rozdzierały tętent końskich kopyt i wrzaski rycerzy dołączających do Henryka. W ten oto sposób dla mieszkańców Rokitnicy, grodu przy szlaku krakowskim niedaleko Bytomia, rozpoczął się wrześniowy niedzielny poranek roku Pańskiego tysiąc czterysta trzydziestego.
Gród w Rokitnicy z wieżą rycerską leżał nad brzegiem potoku mikulczyckiego. Otoczony rozlewiskiem i gęstymi borami był solidnym, jak na owe straszne czasy, schronieniem. Rycerze w nim ulokowani pobierali cło, myto i pilnowali bezpieczeństwa kupców podróżujących ze Śląska do Krakowa.
Zaskoczeni wrzawą mieszkańcy jęli wyglądać z domostw, gdy z wieży grodowej zaczął z wolna opadać most zwodzony. Po chwili wybiegła z niej drużyna na czele z dowódcą w czarnej zbroi.
- Jam jest Czarny Krzysztof, pan grodu rokitnickiego. Jak śmiesz, Henryku, nam grozić! Odejdź, pókim dobry, a życie uchowasz. Moi rycerze, którzy wsparli niedawno mikulczan przeciwko tobie, opowiadali mi, jaki z ciebie gamoń - oznajmił dowódca dumnie wsparty o wbity w ziemię miecz.
Henryk poczerwieniał w gniewie, energicznie uniósł rękę, dając towarzyszom znak do ataku. Rozpoczęła się zacięta walka, jednak nacierający zbóje nie potrafili przełamać szyku obrońców. Oddział Czarnego Krzysztofa, zasłaniając się szczelnym murem tarcz i wypierając napastników, krok po kroku uzyskiwał niewielką przewagę.
Nagle w sam środek bitwy, rozdzielając walczące strony, wtargnął ogromny wilk. Miał przeszywające na wskroś czerwone ślepia, a jego czarna jak smoła sierść połyskiwała w porannym słońcu. Szczerząc białe zębiska i groźnie warcząc, zataczał krąg, spoglądając na wojów, którzy w szyku bojowym wycofali się nieco, oddając pole bestii.
- Ciebie, Henryku, z miłą chęcią pokonam, ale tak pięknego psa szkoda. Zabierz go i odejdź - powiedział Czarny Krzysztof, ocierając pot z czoła.
- O nie! Nie po to tu przybyłem, a za zniewagę srogo zapłacisz. Słyszałem, że jesteście niezwyciężeni, kapki krwi nikt wam nie upuścił. Ja to zmienię. Wolf, bierz ich, a wy, moi kamraci, pokażcie, na co was stać! - wrzasnął herszt i ruszył z okrzykiem do dalszej walki.
Psisko rzuciło się na rycerzy, którzy z ogromnym trudem, zasłaniając się tarczami, odpierali jego ataki. Na skórze zwierza kruszyły się topory i miecze, nie wyrządzając mu krzywdy, w dodatku każdy, który zadał cios Wolfowi, natychmiast osuwał się nieprzytomny na ziemię. W ten oto sposób bardzo szybko topniały rycerskie szeregi.
W końcu na placu boju został sam Czarny Krzysztof otoczony przez napastników. Zmęczony walką, widząc, że drużyna leży bezwładna, wbił w ziemię miecz, odrzucił tarczę i zdjął rycerski rynsztunek, pozostając boso w samych portkach.
- Skóra twojej przeklętej bestii odporna jest na żelazo, więc załatwię go, a później was wszystkich, gołymi rękami - łapiąc oddech, wycedził przez zęby wyczerpany dowódca.
- Kamraci, utwórzcie krąg, by golas mógł rozegrać swoje ostatnie starcie. Jeżeli wygrasz, odstąpię i zostawię was w spokoju, ale jeżeli nie... Bestio moja, bierz go! - rozkazał Henryk, śmiejąc się przy tym do rozpuku.
Wolf rzucił się na rycerza, który dzielnie się bronił. Z biegiem czasu zmęczone walką psisko zaczęło powoli opadać z sił. Krzysztof, nie tracąc czasu, złapał obiema rękami ujadającego wilka i uniósł nad głowę.
- I co, Henryku, mam zakończyć jego żywot? Zabierz bestię, kompanów i odejdź!
Przerażony zbój nerwowo cofnął się kilka kroków, dając towarzyszom znak, żeby przygotowali się do ataku. Zapadła głucha cisza, rycerze wpatrywali się w Krzysztofa, któremu z każdą chwilą coraz bardziej zaczynały drżeć ręce. Jeszcze przed chwilą sierść bestii czarna jak smoła zmieniła kolor na srebrną, a oczy krwistoczerwone zastąpił łagodny błękit. Pod ciężarem psa rycerz ukląkł, jego ręce ugięły się, opuszczając Wolfa na ziemię, który spadając, zadrapał pazurami jego plecy.
Psisko wstało i zataczając się z łapy na łapę, okrążało swojego przeciwnika, bacznie obserwując każdy jego ruch. Krzysztof klęczał na środku placu boju. "Pić, pić - myśli kłębiły mu się w głowie. - Och, jak chciałbym pragnienie ugasić w naszym zimnym potoku, usłyszeć szum drzew, śpiew ptaków. Poczuć zapach pieczonych kołaczy, przywleczony ostatnim ciepłym powiewem letniego wiatru. Oczy nacieszyć paletą barw skąpanych w słońcu kwiecistych łąk, złotych pól, lasów i jezior tej rajskiej doliny".
Kropla potu spływająca po czole przerwała jego marzenia i przywróciła zmysły. Cudowny obraz splecionych kolorów, zapachów i smaków rozpłynął się w zakamarkach umysłu. Wróciło pragnienie. Dowódca uniósł głowę i wyszeptał do odmienionego wilka:
- Prawie cię dopadłem w poprzedniej postaci, więc i teraz znajdę na ciebie sposób, kamracie. Godny z ciebie przeciwnik. Tyś więcej wart niż ta cała zbójecka zbieranina.
Po ciele woja spływały krople potu, a z rany na plecach sączyła się krew. W momencie, kiedy jej pierwsza kropla spadła na ziemię, osunął się i zamarł w bezruchu. Zbóje natychmiast ruszyli dobić śpiącego rycerza, lecz ku ich zaskoczeniu dostępu do niego zaczął bronić Wolf.
- Zostawić ich wszystkich przy życiu, zamknąć śpiochów w lochu wieży i na dokładkę wrzucić tam kłody z pszczołami! Będą mieli z kim walczyć, jak się obudzą. Jeżeli przeżyją, weźmiemy za nich słony okup - zarządził Henryk, a następnie odwrócił się do zebranych mieszkańców i krzyknął: - Już mi stąd! Natychmiast domy opuścić, pókim dobry! Byliście tak pewni swoich obrońców, że nawet bram nie zamykaliście w grodzie. Patrzcie, tu leży cała drużyna, która rzekomo była niepokonana! Teraz fora ze dwora i możecie przekazać wszystkim, że od dzisiaj to ja, Henryk Straszny z Moraw, jestem nowym panem Rokitnicy. Niech żyją w trwodze wszyscy ci, którzy ze mną wcześniej zadarli, bo koniec ich jest bliski!
Kiedy w popłochu ostatni mieszkańcy opuścili grodzisko, zatrzaśnięto bramy i podniesiono most zwodzony.
- Cały gród jest nasz. Wytoczcie beczki z miodem, szykujcie kołacze i mięsiwo. Trzeba uczcić nasze zwycięstwo. Kupcy jeszcze nie wiedzą, kto teraz kontroluje szlak krakowski - obwieścił Henryk rozweselonym kompanom.
Biesiada trwała całą noc. Nad ranem, kiedy wszyscy posnęli, okolicę spowiła mgła, a była tak gęsta, że czubka nosa nie było widać. Wokół panowała głucha cisza, którą co jakiś czas przerywał odgłos uderzających o palisadę gałęzi wierzb rokity.