Jak filozofia dostała adres we Lwowie
(Najpierw był klucz - dopiero potem pytanie)
Pod koniec XIX wieku Lwów był miastem, w którym niemal wszystko tętniło życiem, tylko filozofia pozostawała jakby na uboczu. Po ulicach jeździły dorożki, paliły się gazowe latarnie, a w kawiarniach mieszały się zapachy kawy, wina, tytoniu i rozmów, które nie chciały się skończyć. Miasto miało teatr, filharmonię, gazety gotowe do sporów o drobiazgi i środowisko literackie przekonane, że sztuka zbawi świat, jeśli znajdzie się ktoś, kto za to zapłaci. Wieczorami spotykali się poeci, malarze, dziennikarze i patrioci. Dyskutowano o Norwidzie, przyszłości Galicji, Mickiewiczu i o wszystkim, co dało się jeszcze podzielić na strony sporu. Kultura była intensywna i gęsta, a jednocześnie filozofia zdawała się w tym pejzażu milczeć, jakby siedziała w kącie z notatnikiem, którego nikt jeszcze nie otworzył.
Uniwersytet Lwowski, duma miasta, był poważny i stateczny, pełen rytuałów, cylindrów i cesarskich portretów. W auli czuło się politurę i tradycję, a łacińskie sentencje nad katedrami bardziej pilnowały porządku niż zachęcały do ryzyka. Filozofia miała tu być solidna, spokojna i bezpieczna, najlepiej taka, która nie wchodzi w konflikty i nie dotyka polityki. Wykładano ją z rutynową regularnością, trochę moralności, historii idei i odrobina metafizyki, wszystko w sosie porządnej, lecz czerstwej scholastyki. Profesorowie mówili poprawnie, studenci notowali pilnie, a potem szli na piwo, bo w tej dziedzinie nikt nie spodziewał się rewolucji. Brakowało myślenia, które chciałoby zaryzykować i sprawdzić, czy da się inaczej.
Zmiana przyszła w 1896 roku i miała postać zwykłego urzędowego papieru. Z Wiednia nadszedł dekret Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, numer 15093, datowany na 19 września. Na pierwszy rzut oka był to jeden z wielu dokumentów, pełen paragrafów i podpisów, jakich w administracji powstawały setki. Ten jednak stał się metryką urodzenia nowoczesnej polskiej szkoły filozoficznej we Lwowie. Powoływał przy C.K. Uniwersytecie Lwowskim seminarium filozoficzne, które miało na nowo organizować naukę filozofii. Podzielono je na dwa oddziały, jeden powierzono Aleksandrowi Skórskiemu, profesorowi statecznemu, pedagogowi o moralistycznym usposobieniu, drugi młodemu Kazimierzowi Twardowskiemu, przybyszowi z Wiednia, który wierzył, że porządek świata zaczyna się od porządku w zdaniach.
W ten sposób filozofia dostała we Lwowie swój adres, pokój, klucz i budżet, a wraz z nimi prawo do traktowania jej poważnie. Najważniejsze nie były jednak meble, lecz metoda. Seminarium nie miało być miejscem dla gawędziarzy ani dla miłośników filozofii w wersji łagodnej i dekoracyjnej. Było małą akademicką rewolucją, która zaczynała się od prostych rygorów. Twardowski wprowadził zasady, które brzmiały jak minimalizm intelektualny - "nie mów, jeśli nie wiesz, nie pisz, jeśli nie rozumiesz i nie powtarzaj, jeśli nie potrafisz uzasadnić". Każde słowo miało mieć sens, zdanie dać się obronić, a argument musiał wytrzymać próbę krytyki. Studenci szybko zrozumieli, że nie chodzi o słuchanie, lecz o pracę, i że samodzielność nie jest pokazem, tylko obowiązkiem. W tej atmosferze filozofia przestała być ozdobnym wykładem o moralności, a stała się laboratorium myślenia. Analizowano pojęcia, spierano się o definicje, testowano argumenty i potrafiono poświęcić godzinę na ustalenie, co właściwie znaczy poznanie. Z zewnątrz mogło to wyglądać jak czepianie się słów, ale dla uczestników było budowaniem mostu, w którym materiałem były zdania, a spoiwem logika.
Z codziennego wysiłku rodziła się filozoficzna szkoła lwowska, choć sam Twardowski niechętnie używał tego słowa. Trudno jednak inaczej nazwać wspólnotę, którą łączył nie dogmat, lecz metoda. Nikt nie musiał się zgadzać z nikim, ale każdy musiał mówić jasno. Program tej szkoły dało się streścić trzema słowami - jasność, precyzja i odpowiedzialność, rozumiane nie jako hasło, lecz jako styl życia intelektualnego. Zanim ktoś otworzył usta, musiał być gotów bronić sensu własnych słów, a milczenie było dozwolone tylko wtedy, gdy służyło prawdzie.
Z tej tradycji po latach wyrosła szkoła lwowsko-warszawska, a wraz z nią dokonało się wejście polskiej filozofii do obiegu europejskiej nauki. Po roku 1918, gdy odrodzona Polska miała wolność, entuzjazm i chaos, zaczęto porządkować warszawskie kadry akademickie, a decyzje podejmowano w komisjach, które z pozoru rozdzielały katedry według formalnych zasług. W praktyce Warszawa otrzymała uczniów Twardowskiego. W lutym 1919 roku swoje katedry dostali Tadeusz Kotarbiński, Jan Łukasiewicz i Władysław Witwicki, później dołączyli Stanisław Leśniewski i na pewien czas Kazimierz Ajdukiewicz, a jedynie Władysław Tatarkiewicz usłyszał, że musi jeszcze zrobić habilitację. Twardowski nie zasiadał w komisjach, ale jego listy ważyły jak decyzje, a w stolicy powstała nieformalna filia lwowskiego laboratorium, prowadzona z dystansu przez mistrza, który nie musiał podnosić głosu. W Warszawie, gdzie filozofia łatwo mogła zatonąć w polityce i kawiarnianej erudycji, jego uczniowie zabrali się do pracy bez manifestów, za to z logiką, tabelami prawdy i językiem, który, jak mówiono, nie pozwala kłamać nawet przez przypadek.
W końcu z jednego dekretu z Wiednia, z kilku sal we Lwowie i z garstki ludzi przekonanych, że definicje mają moc, narodziła się polska filozoficzna szkoła. Seminarium Skórskiego, Twardowskiego i później Wartenberga nie było w istocie budynkiem, lecz sposobem życia, cierpliwym, precyzyjnym, pełnym pytań i przecinków, w którym brak uzasadnienia był kompromitacją, a jasność najwyższą cnotą. Ta szkoła nie potrzebowała sztandaru ani hymnu, bo wystarczała jej zasada, która mogłaby wisieć nad drzwiami lwowskiej sali seminaryjnej - "nie mów, jeśli nie potrafisz zdefiniować". W takiej atmosferze zaczęła się historia jednej z najjaśniejszych tradycji polskiego myślenia.