Tam, gdzie rodzi się magia - Joanna Tekieli

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (29,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Stary dom nad jeziorem Zapomnienie wyglądał jak oaza spokoju i przytulności. Jeszcze kilka tygodni temu tonął w feerii jesiennych barw, a teraz, w połowie listopada, większość liści już opadła i zdobiła leśną ściółkę i drogę barwną, szeleszczącą mozaiką. Trzciny otaczające jezioro pożółkły i kiedy wiał wiatr, szumiały, ocierając się o siebie. Było w tym dźwięku coś kojącego, relaksującego, co kojarzyło się z ciepłym pledem i ogniem trzaskającym w kominku. Daniel i Iga, mieszkańcy domu nad jeziorem, uwielbiali spędzać wieczory, słuchając tego śpiewu trzcin. Teraz jednak, zamiast ich szelestu, usłyszeli warkot silnika samochodu.

- Armagedon, masakra, koniec świata! - Karol, najlepszy przyjaciel Daniela, wysiadł z auta i teatralnie wymachiwał rękami, jakby w ten sposób chciał dodać dramaturgii swoim słowom.

- No, coś tam słyszałem o tej zbliżającej się zimie stulecia, ale nie przesadzasz trochę? - Daniel i Iga stali objęci na progu i patrzyli na zbliżającego się przystojnego mężczyznę ubranego w elegancki płaszcz. Karol pracował jako lekarz w luksusowym kompleksie hotelowym w centrum Zapomnej i zawsze bardzo dbał o swój wygląd zewnętrzny.

- Zresztą ciebie to nie dotyczy, bo pewnie będziesz wtedy na jakichś Karaibach - dodała Iga.

- W Palm Beach! - burknął Karol. - Na szczęście nie zdążyłem wpłacić zaliczki, bo wyobraźcie sobie, że cholerny prezes zmienił odwieczne zasady! I to w okresie Bożego Narodzenia! Przecież tradycja to rzecz święta! Nie wiem, jak ja to przeżyję. - Wszedł do domu, usiadł za stołem i oparł głowę na blacie. - Moje życie straciło sens.

- A co? Przestali produkować prezerwatywy z wypustkami? - zapytała Iga, na co doktor rzucił jej urażone spojrzenie i oznajmił z udręczoną miną:

- Mam spory zapas i raczej się nie uszczupli, bo właśnie zostałem pozbawiony szansy na wyjazd świąteczny. Tak szanuje się w Polsce tradycję!

Spojrzeli na niego z zaskoczeniem.

- No coś ty? Nie wyjedziesz na święta?

Karol znów położył głowę na blacie i postukał nią w drewnianą powierzchnię.

- Prezes, niech go hemoroidy zamęczą, stwierdził, że w tym roku nasz ośrodek zrobi wielką promocję na czas bożonarodzeniowy - powiedział z miną obrażonego dwulatka i kopnął nogę od stołu. Stojące na blacie kubki i talerzyki zabrzęczały w proteście. - Obniżył cenę o dwadzieścia procent. Zgłosiło się tylu ludzi, że już mamy prawie pełne obłożenie, chociaż dopiero jest listopad! No i w związku z tym nikomu nie da urlopu. NIKOMU! I na dodatek ktoś z personelu ma wystąpić w roli Świętego Mikołaja na przyjęciu w pierwszy dzień świąt! Skoro wszystko się tak świetnie układa, pewnie mnie przypadnie ten zaszczyt!

- O ja nie mogę! - Daniel zachichotał i uniósł w górę kciuk. - Chcę zdjęcia!

- No, już ci ślę, uważaj...

- Nie martw się - pocieszyła go Iga. - Może usiądzie ci na kolanach jakaś ponętna i wyjątkowo niegrzeczna dziewczyna?

- Raczej bym na to nie liczył - mruknął Karol. - Na święta przyjadą z całymi rodzinami, więc każda będzie udawała grzeczną. Ech, nie ma na tym świecie nic pewnego...

Desperował dalej, ale Iga zostawiła go w towarzystwie Daniela, bo zadzwonił jej telefon. Poszła do siebie, rozmawiała dość długo i gdy wróciła, Karol już się zbierał.

- A co tak szybko? - zdziwiła się.

- Mam dziś dyżur pod telefonem i właśnie zadzwonili, że ktoś sobie bark nadwyrężył. Takie moje życie! Ech, ludzie... Dlaczego nie mogą chociaż w Boże Narodzenie siedzieć w domach, tylko muszą po hotelach się włóczyć?!

- Powiedział taki, który co roku w Boże Narodzenie włóczy się po hotelach...

Rzeczywiście: każdego roku na Boże Narodzenie i Wielkanoc Karol wyjeżdżał do rozmaitych luksusowych hoteli w najbardziej egzotycznych miejscach, gdzie najczęściej nie tylko podziwiał lokalne atrakcje, ale też przeżywał intensywny romans z jakąś samotną jak on turystką. Wracał zawsze pełen wrażeń, zadowolony z życia i gotów do kolejnych podbojów. Te wyjazdy dodawały mu energii, więc mocno przeżył fakt, że zostanie tego pozbawiony.

Rozdział 2

Grudzień nastał ciepły i suchy, bez wiatrów i przymrozków, aż trudno było komukolwiek brać na poważnie długoterminowe prognozy pogody, które niemal każdego dnia straszyły zbliżającym się arktycznym chłodem i śnieżycą, jakich nie pamiętali najstarsi mieszkańcy.

- Jak tak dalej będą gadać, zacznie się wykupowanie papieru toaletowego i cukru - mruczał Karol.

Jego wróżba okazała się trafna, bo w połowie grudnia zrobiło się chłodniej i po niebie coraz częściej wędrowały ciężkie chmury. Wprawdzie śnieg z nich nie padał, ale w ludziach zrodził się niepokój, zwłaszcza że programy informacyjne zaczęły pokazywać obrazy z północnych krańców Europy, gdzie wspomniany arktyczny wyż już dotarł i zasypał śniegiem całe miasta i wioski. W związku z okresem przedświątecznym w sklepach i tak dało się zaobserwować wzmożony ruch, a teraz dodatkowo pojawiły się pierwsze objawy paniki. Daniel patrzył na to ze spokojem, bo jego gospodarstwo, położone z dala od wsi, często było odcinane od świata, a że pracował zdalnie, niespecjalnie się tym przejmował. Płynąca obok wioski Zapomna rzeka została przed laty źle uregulowana i wylewała po każdych większych opadach, a że odcinała przy tym tylko jeden, leżący na uboczu dom, nikt z tym nic nie robił. Daniel zaś, podobnie jak wcześniej jego dziadek, do którego należała chata nad jeziorem, traktował to jako część swego życia i zawsze miał w domu zapasy jedzenia.

"Jeśli nas tak na dobre odetnie, to może nawet mieć sporo uroku" - myślał, patrząc na Igę, która tak bardzo już wrosła w jego świat. Wręcz nie mógł uwierzyć, że jeszcze tak niedawno był tutaj zupełnie sam i ani trochę mu to nie przeszkadzało. Dziś nawet nie potrafił sobie wyobrazić dnia bez jej uśmiechu, a gdy czasem wyjeżdżała w sprawach zawodowych, tęsknił tak bardzo, że aż go to przerażało. "Uzależniłem się od niej".

Iga tymczasem zbierała się w sobie od kilkunastu dni, by przeprowadzić rozmowę, której nieco się bała, znając charakter Daniela. Trafiła w to miejsce ponad rok temu przez przypadek, a raczej: wypadek. Mieszkała wówczas w hotelu w centrum Zapomnej, ale pewnego dnia wybrała się na daleki spacer i zachwyciła terenem. Spacer ścieżką wokół jeziora zakończył się niefortunnym upadkiem, w wyniku którego straciła przytomność. Daniel ją znalazł i została u niego w przymusowej gościnie, bo akurat rzeka wylała, odcinając dom od reszty wsi. Początkowo kobieta była zła na to uwięzienie, ale szybko się okazało, że atmosfera domu nad jeziorem sprzyja skupieniu się na pracy, i Iga po pewnym czasie powróciła tutaj, by dokończyć swą książkę, a także sprawdzić, dokąd ją zaprowadzi to, co poczuła do małomównego właściciela starego domu.

"A potem zjawiłam się znowu, z kolejnym projektem, który właśnie dobiega końca" - pomyślała i zerknęła na siedzącego naprzeciwko niej mężczyznę. "Dziś z nim porozmawiam" - zdecydowała.

Wieczorem wyszli razem na pomost, żeby popatrzeć na zachód słońca. Iga zamierzała zacząć rozmowę i uznała, że w tej scenerii najlepiej to rozegra, ale gdy spektakl przyrody już się rozpoczął, całkowicie ją pochłonął. Choć kobieta mieszkała tutaj już rok, nadal nie spowszedniało jej to piękno i teraz też stała u boku swego mężczyzny i wpatrywała się w tarczę słoneczną, która wolno znikała za lasem, pozostawiając na niebie złote, czerwone i pomarańczowe smugi. Las przez kilka chwil zdobiła jeszcze świetlista aureola, która odbijała się w tafli jeziora, ale po kilku minutach i ją pochłonęła szarość. Iga zadrżała. Daniel objął ją ramieniem, a jego usta zaczęły błądzić po jej włosach. On także jej nie spowszedniał i często myślała o tym, że niespodziewanie dobrze się czuła w tym odludnym miejscu, u boku cichego, wycofanego człowieka, który zupełnie nie był w jej typie. Uwielbiała to, że nie musiała przy nim niczego udawać. Tak jak w tej chwili - po prostu stali obok siebie, ciasno objęci, patrzyli na zachód słońca i milczeli, bo wiedzieli, że nie ma słów, które mogłyby uczynić tę chwilę piękniejszą.

"Jutro z nim porozmawiam" - pomyślała, gdy już kładli się do łóżka. "Szkoda mącić ten moment gadaniem".

Rozdział 3

Poranek wstał pochmurny i Iga nie miała ochoty wychodzić z łóżka, zwłaszcza że słyszała dobiegające z kuchni odgłosy świadczące o tym, że Daniel szykuje już śniadanie. Posiłki w jego wykonaniu zawsze były godne uwagi, więc rozsiadła się wygodnie w oczekiwaniu na przyjemność. I rzeczywiście, pojawił się po chwili z tacą, na której stały małe patelnie z jajecznicą.

- Na lubczyku, twoja ulubiona - powiedział i usiadł obok niej.

- Mmmm...

Kiedy zjedli, Iga uznała, że to właściwy moment, więc wyciągnęła telefon i pokazała Danielowi zaproszenie, które otrzymała pod koniec listopada. Następnego dnia upływał termin potwierdzenia jego przyjęcia, więc naprawdę nie mogła dłużej czekać.

- Bal sylwestrowy? W stolicy? Zamierzasz się wybrać? - Spojrzał na nią spod oka.

- Na sylwestra chodzi się w parach, zwłaszcza na takie bale - odparła. - To impreza charytatywna, będzie wielu ludzi z branży, może złapię ciekawą osobę do wywiadu albo jakiś temat na reportaż. No a tak w ogóle, to fajnie by było wystroić się elegancko, potańczyć, zjeść coś pysznego i wykwintnego... Ale chciałabym, żebyś pojechał ze mną.

- To nie dla mnie. - Oddał jej telefon i zaczął składać naczynia na tacę.

- I już? Po dyskusji?

Odwrócił się w jej stronę, a w jego oczach pojawiło się zdumienie.

- Ale o co ci chodzi? - zapytał. - Dobrze wiesz, że nie jestem typem rozrywkowym.

- Wiem, ale mówimy o jednym wieczorze. Sylwestrowym. Nawet nie bardzo rozrywkowi ludzie w ten jeden wieczór robią wyjątek. Chyba nic ci się nie stanie, jeśli...

- Mówisz tak, jakby chodziło o jakiś drobiazg, a to nie jest coś, co da się załatwić w dwie godziny - odparł. - Trzeba poświęcić cały dzień i noc, bo do Warszawy nie dojedziemy w kwadrans.

- I serio to dla ciebie takie straszne? - Iga poczuła narastający gniew. - Nie możesz poświęcić dla mnie jednego dnia i jednej nocy? Aż tak dużo wymagam? Ja, przeprowadzając się tutaj, całkowicie zmieniłam swój styl życia, a dla ciebie jeden tylko dzień odbiegający od twojej rutyny wydaje się za wielkim poświęceniem?

- Wiedziałaś, jaki jestem. Niczego przed tobą nie udawałem. Spodobała ci się cisza i spokój.

- I nadal mi się podoba. Ale chyba nie ma nic złego w tym, że chciałabym odmiany na jeden wieczór? Że chciałabym z moim facetem pójść na elegancki bal?

- Bal! - burknął i wzdrygnął się teatralnie. - Gdyby chodziło o coś ważnego...

- Dla mnie to ważne. I nie sądziłam, że moje oczekiwania względem ciebie są czymś dziwnym i przesadnym, ale najwyraźniej się pomyliłam. Jest dobrze, dopóki wszyscy robią to, co ty lubisz, ale kiedy trzeba opuścić strefę komfortu, okazuje się to problemem nie do przejścia, tak?

Daniel odstawił tacę na nocny stolik tak gwałtownie, że sztućce zabrzęczały.

- Wiedziałem, że tak będzie! Z wami tak zawsze! - wybuchnął.

- Z nami? - Iga rozejrzała się teatralnie.

- Najpierw wam się podoba, że facet jest małomówny i wycofany, bo wietrzycie w tym tajemnicę, a potem macie do niego pretensje, gdy już odkryjecie, że żadnej tajemnicy nie ma! Jestem małomówny, bo lubię ciszę! Jestem wycofany, bo lubię spokój! Jestem odludkiem, bo nie potrzebuję towarzystwa. To cały ja!

- O, widzę nowy poziom dyskusji. Uosabiam dla ciebie wszystkie kobiety, które cię zawiodły, bo chciały, żebyś w związku poszedł na kompromis?

Spojrzał na nią z urazą.

- Wiesz, ile już moich pancerzy, ograniczeń i jaskiń zburzyłaś? - zawołał, a w jego głosie pobrzmiewało nie tylko oburzenie, ale i nutka rozpaczy. - Wiesz, jak bardzo się zmieniłem, odkąd tutaj jesteś?!

- Nie prosiłam, żebyś się zmieniał. Ale myślę, że nie wymagam zbyt wiele. Chyba nic by się nie stało, gdybyś raz do roku poszedł na imprezę?

- Stałoby się. Rozejrzyj się. Mieszkam tu nie tylko ja, ale też dwa psy, krowa, koń i stadko kur. Co mam im powiedzieć? Zajmijcie się sobą przez parę dni, bo wasz pańcio jedzie na bal?

- Nie żyjemy na pustyni! Można kogoś zatrudnić na dzień czy dwa!

- Jasne! I zrobiłbym to, gdyby chodziło o naprawdę ważną sprawę, a nie o głupi bal!

Iga zerwała się z łóżka, założyła szlafrok i z furią strzepnęła poduszkę.

- To może wyjaśnijmy sobie od razu jeszcze jedną rzecz. Czy Boże Narodzenie też podchodzi u ciebie pod głupie sprawy? - zapytała.

Rzucił jej udręczone spojrzenie.

- Dobrze wiesz, że Boże Narodzenie jest dla mnie bardzo ważne - odpowiedział.

- Moi rodzice zaprosili nas na święta - powiedziała jednym tchem. - Chcą cię poznać. Przyjadą też dziadkowie z Kenii.

Spojrzała na niego wyczekująco. Daniel pobladł, opuścił ramiona i westchnął.

- Zaprosiłem Karola do nas - odpowiedział niepewnie. - Jeszcze w listopadzie, wtedy, gdy przyjechał z nowiną, że szef cofnął im wszystkie urlopy. Skoro nie wyjeżdża i miałby być sam...

Iga patrzyła na niego przez chwilę z niedowierzaniem.

- A nie przyszło ci do głowy, że powinieneś to ze mną skonsultować? - zapytała.

- Ty akurat wyszłaś z pokoju, on był przygnębiony, wydawało mi się to oczywiste, że powinien przyjść w Wigilię do nas. Nie sądziłem, że wymyślisz coś takiego... - Rozłożył bezradnie ręce.

- Coś takiego?! Zabrzmiało, jakbym planowała wyjazd na Marsa. A co, według ciebie, jest dziwnego w tym, że chcę pojechać na Boże Narodzenie do rodzinnego domu? Zawsze tam spędzam święta! Zawsze!

- Sama mówiłaś, że tam jest mnóstwo ludzi, małe dzieci, hałas, zamieszanie! Po co tam jeszcze ja? Wiesz, że tego nie lubię!

- No cóż, skoro uważasz, że poznanie mojej rodziny nie jest warte twojego poświęcenia, to lepiej skończmy tę rozmowę w tym momencie, byśmy nie powiedzieli za dużo.

- Jest ważne! - zawołał, widząc, że opuszcza sypialnię. - Ale co ja mam zrobić? Zaprosiłem Karola! To mój najlepszy przyjaciel! Jedyny przyjaciel! Naprawdę chcesz, żebym wybierał między wami?!

Spojrzała na niego przez ramię i uderzył go chłód jej wzroku.

- Przecież ty już wybrałeś - powiedziała zrezygnowanym tonem.

Poszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi trochę zbyt głośno.

- Bardzo to dojrzałe, wiesz?! - krzyknął za nią, czując, jak gotuje się w nim złość. - Może powinnaś poszukać faceta, który będzie bardziej pasował do twoich oczekiwań!

Odpowiedziała mu cisza.

Rozdział 4

"Tylko kobiety potrafią tak w jednej chwili zepsuć piękny poranek i zrobić kłótnię stulecia z niczego" - pomyślał Daniel i zacisnął zęby ze złości. Ubrał się i wyszedł z domu, bo miał wrażenie, że jeszcze chwila, a eksploduje. Gniew wciąż w nim buzował, więc osiodłał Oberona i pomknął ścieżką nad jeziorem. Dwa psy, Romeo i Julia, odprowadziły go wzrokiem, zawiedzione, że nie zabrał ich ze sobą.

- Nie tym razem - mruknął, gdy go obiegały i łasiły się. - Tylko byście przeszkadzały, ciekawskie bestie.

Oberon jechał równym kłusem, a Daniel przyglądał się jego sylwetce odbijającej się w tafli jeziora. Miał wrażenie, że ten drugi koń wraz z jeźdźcem także mu się przyglądają, dopóki nie wjechali w las tak gęsty, że zwykle panował tutaj półmrok, a jezioro zniknęło im z oczu. Teraz, gdy wszystkie liście dawno opadły, światło słoneczne oświetlało ścieżkę i tańczyło pomiędzy nagimi konarami, które tego dnia wydawały się Danielowi jakieś złowrogie.

"Jak pazury wyciągnięte w stronę nieba" - pomyślał.

Wkrótce wyjechali z lasu i przed oczami ukazała mu się Wymarła Osada. Taką dramatyczną nazwę nadali wraz z Karolem w czasach dzieciństwa trzem opuszczonym domom, żeby dodać trochę dreszczyku wyprawom w to miejsce. Bawili się tutaj w szukanie skarbów, a z czasem Daniel zaczął traktować ten teren jako swoje sanktuarium, gdzie zawsze znajdował ciszę i spokój, większe nawet niż te, których doświadczał w domu nad jeziorem. Tym razem tak nie było, bo złość wciąż go wypełniała, choć teraz wmieszało się w nią także rozgoryczenie i poczucie niesprawiedliwości. Uważał, że Iga nie ma racji, źle go potraktowała i jej pretensje są nieuzasadnione. Usiadł na progu jednej z chat, pogładził omszałą ścianę i zapatrzył się na pożółkłą trawę i suche liście, rozrzucane podmuchami wiatru.

"Sama do mnie przyszła!" - myślał z goryczą. "O nic jej nie prosiłem, niczego nie obiecywałem. Nie udawałem przed nią nikogo. Wiedziała dokładnie, jaki jestem i jaki nie jestem. A jednak została, a teraz nagle ma pretensje. I o co? Przecież nie mogę wystawić Karola do wiatru! Nie w taki dzień! To mój najlepszy przyjaciel i po raz pierwszy od dawna miałby być sam podczas Wigilii? Chyba nietrudno zrozumieć, dlaczego go zaprosiłem i dlaczego nie mogę zmienić planów".

Podniósł kamień, który odpadł z podmurówki domu, przez chwilę ważył go w dłoni, a potem rzucił nim mocno. Trafił w drzewo, kamień odbił się od niego i spadł w trawę. Gdzieś z głębi lasu rozległo się stukanie dzięcioła.

- Niech to szlag! - warknął Daniel i rzucił drugim kamieniem, ale ani trochę nie rozładowało to kotłujących się w nim emocji.

Oberon zarżał niespokojnie, a Daniel poczuł zimny powiew wiatru, więc wstał i ruszył wolnym krokiem do drugiej z chat. Zajrzał przez wybite okno, wciągnął zapach kamieni, suchych liści i mchu, później zaś odwrócił się, oparł o zimny mur i spojrzał w niebo. Wbrew jego nastrojowi było pogodne i błękitne, z kilkoma białymi obłoczkami, które wędrowały wolno, rzucając cienie. Stał i wpatrywał się w ten ich powolny ruch, w nadziei, że wyciszą się jego emocje, ale tak się nie stało: wciąż czuł gniew i gorycz.

Nagle zerwał się wiatr, przenikliwy, lodowaty. Daniel zadrżał, spojrzał na zegarek i ze zdumieniem stwierdził, że spędził tutaj ponad dwie godziny. Nawet nie zauważył upływu czasu. Raz jeszcze potoczył wzrokiem po okolicy, wsiadł na Oberona i ruszył wolno w stronę domu.

"Nie będę z nią teraz rozmawiać, bo nadal jestem nabuzowany i znowu się tylko pokłócimy" - myślał. "Porąbię trochę drewna i może wtedy przyjdzie mi do głowy, co powiedzieć i jakich użyć argumentów, żeby do niej dotarły" - rozważał. "Choć tak naprawdę sama powinna zrozumieć, w jakiej postawiła mnie sytuacji".

Już z daleka usłyszał psy i zaniepokoił się, bo rzadko szczekały. Przyspieszył i po chwili znalazł się na podwórzu, z ulgą odnotowując, że wszystko wygląda tak jak rano, gdy wyjeżdżał. Kiedy jednak przekroczył próg domu, od razu zorientował się, że nie wszystko...

Rozdział 5

W domu panowała cisza, która aż wierciła w uszach. Daniel miał wrażenie, że powietrze jest nieruchome i ciężkie, że zawisła tutaj jakaś złowróżbna zapowiedź. Wszedł do kuchni i od razu to zobaczył: białą kartkę wyrwaną z notesu, zapisaną zamaszystym pismem Igi. Bał się po nią sięgnąć, a jednocześnie chciał poznać jej treść od razu. Zastygł z dłonią nad stołem, bo wiedział, że gdy już odczyta wiadomość, będzie musiał się z tym zmierzyć, a nie był pewien, czy jest na to gotowy. W końcu odetchnął głęboko, podniósł liścik i przeczytał:

"Będziesz miał tę swoją ciszę i spokój, na których tak ci zależy. Mam nadzieję, że się nimi nie udławisz".

Nikłe wyciszenie, którego doznał w Wymarłej Osadzie, rozpłynęło się w ułamku sekundy, zastąpione przez złość tak wielką, że Daniel zmiął kartkę i rzucił ją w płomienie, a potem uderzył pięścią w stół. Zabolało, bo trafił w chropowaty sęk, skóra pękła i krople krwi padły na blat.

- Jak sobie chcesz - warknął. - Nie będę cię błagał!

Miał ochotę walić głową w ścianę, więc wyszedł na zewnątrz w nadziei, że zimny wiatr trochę ostudzi jego emocje. Romeo i Julia podbiegły i zatrzymały się, wpatrując w niego, jakby wyczuwały, że nie jest w nastroju na wygłupy.

"Jak mogła tak po prostu wyjechać?! Bez próby porozumienia?! Bez słowa?!" - myślał, coraz bardziej rozgoryczony. "Po tylu miesiącach bycia razem tak po prostu sobie znika, bo pierwszy raz się pokłóciliśmy?"

Gniew całkowicie nim zawładnął i Daniel ruszył gwałtownie w kierunku jeziora, zrzucając po drodze ubranie, bo miał wrażenie, że jeszcze moment, a stanie w płomieniach, tak bardzo wrzała w nim złość. Wskoczył do wody i na sekundę zaparło mu dech w piersiach z zimna, ale zaczął płynąć, nie zważając na to, co dzieje się z jego ciałem. Przepłynął do drugiego brzegu i zawrócił. Obydwa psy stały na skraju pomostu, skowycząc cicho i z niepokojem patrząc na swego pana, gotowe w każdej chwili rzucić się na pomoc. Tak w każdym razie to odebrał, gdy już dotarł na brzeg i wyszedł, trzęsąc się z zimna, a one tuliły się do niego i lizały jego dłonie. Poklepał wierne zwierzaki po grzbietach.

- Na was zawsze mogę liczyć - powiedział, szczękając zębami.

Gniew z niego wywietrzał, a zastąpiło go rozżalenie i poczucie, że został skrzywdzony. Zebrał swoje ubrania i powlókł się do domu, gdzie natychmiast wskoczył pod gorący prysznic, a potem wytarł się, owinął szlafrokiem, zszedł do piwniczki po butelkę wina i położył się do łóżka, nie dbając o to, że jest wczesne popołudnie. Pił prosto z butelki, a gdy zobaczył, że jest pusta, rzucił nią o ścianę. Rozprysnęła się na setki kawałków i od razu tego pożałował, bo nie znosił nieporządku i wiedział, że spędzi później dużo czasu, zbierając je, ale w tej chwili nie miał sił na nic. Leżał przez długi czas, ciężko oddychając i użalając się nad sobą.

"Samotnia we dwoje zaczęła ją widocznie uwierać i wykorzystała tę głupią kłótnię jako pretekst, żeby się z niej wyrwać" - pomyślał nagle i aż się poderwał z łóżka. Syknął z bólu, bo stanął na szkle, ale wyszarpnął fragment, który wbił się w skórę, i ruszył do schowka, gdzie trzymał środki czystości, nie bacząc na to, że pozostawia za sobą krwawe ślady. Zaczął od pozbierania szkieł i oczyszczenia ściany, na której pozostało kilka kropek po winie, ale najbardziej ucierpiał drewniany aniołek zrobiony przez babcię Daniela, bo butelka utrąciła mu skrzydło.

- Wszystko psuję - mruknął mężczyzna i przykleił skrzydło, po czym zawiesił aniołka ponownie.

Przez kolejnych kilka godzin pucował cały dom. To był jego sposób na walkę ze stresem i gonitwą myśli, ale tym razem niewiele pomógł. Daniel kładł się spać zmęczony fizycznie, a głowę nadal miał pełną czarnych myśli, które nie pozwoliły mu zasnąć. Dopiero o świcie zapadł w sen i spał do godziny dziesiątej.

Tak zastał go Karol, gdy przyjechał po nocnej zmianie w pracy, żeby poskarżyć się na kolejny głupi pomysł pracodawcy.

- Odeszła, wyjechała - mruknął Daniel, gdy przyjaciel wypytywał, co się stało. - Daj mi spokój.

- Akurat - odparł przyjaciel. W końcu udało mu się wyciągnąć z Daniela prawie całą historię (prawie: bo nie wspomniał mu o tym, że posprzeczali się też o zaproszenie Karola na kolację wigilijną), a wówczas pokręcił głową, po czym bezceremonialnie zerwał z niego kołdrę. - Wyłaź z tego łóżka! - krzyknął. - Widać, że nie macie zbyt wielu problemów, skoro kłócicie się o takie pierdoły! Obydwoje zachowaliście się jak gówniarze.

- No i co z tego?! - burknął Daniel, ale po chwili usiadł ciężko na łóżku i ukrył twarz w dłoniach. - Ja przez nią zwariuję - jęknął.

- Raczej nie przez nią - stwierdził rzeczowo Karol. - Bo normalny to ty nigdy nie byłeś.

- Wielkie dzięki!

- Nie dziękuj. Od tego są przyjaciele, żeby wesprzeć, pocieszyć. A gdy trzeba, dać kopa w tyłek.

- No i co ja mam teraz zrobić?

- Nic. Albo bardzo dużo. - Doktor wzruszył ramionami. - Zależy, czego chcesz. Tego, żeby było jak dawniej, przed Igą, czy tego, żeby wróciła.

Daniel siedział nagi na łóżku, patrząc w ziemię, a potem podniósł wzrok na Karola, a jego oczy podejrzanie błyszczały.

- Przed Igą... Nawet nie pamiętam, że było coś takiego - szepnął.

- No to już wiesz. - Karol poklepał go po ramieniu. - I weź się ubierz, bo zaczynam się głupio czuć.

- To nie trzeba było zdzierać ze mnie kołdry!

- Jestem lekarzem i dobrze wiem, kiedy i co trzeba z kogoś zedrzeć. Rusz dupę. Będę w kuchni, a nie wypada, żeby gość siedział sam.

Rozdział 6

Daniel dołączył do przyjaciela po kwadransie, już ubrany, z włosami mokrymi po prysznicu. Zmagał się z bólem głowy, ale nie zamierzał pozwolić, by cokolwiek zepsuło jego plany, które zdążyły się wyklarować, podczas gdy Karol szykował śniadanie.

"To nie może się tak skończyć" - myślał, wyciągając ubrania z szafy, i wyrzucał sobie, że pojechał do Wymarłej Osady, zamiast pójść prosto do Igi i od razu spróbować znaleźć jakieś wyjście z sytuacji.

- Jadę do niej - oznajmił, wchodząc do kuchni. Przyjaciel tylko kiwnął głową znad kubka kawy.

- Jedź, ale nie dziś - powiedział. - Mówię ci to jako lekarz, bo wyglądasz, jakbyś nie spał przez całą noc. Albo pił. A to na jedno wychodzi, gdy zamierzasz siadać za kółkiem.

- Nie spałem - przyznał.

- A więc zostań w domu, pomyśl nad tym, co jej powiesz i co możesz usłyszeć - doradził przyjaciel. - Daj jej czas, żeby zatęskniła za Zapomną i za tobą. A potem wyśpij się i rano ruszaj w drogę.

Daniel posłuchał Karola i wcześnie położył się spać. Następnego dnia nie udało mu się jednak wyjechać, bo obudził się z gorączką i tak potwornym bólem głowy, że kiedy wstał z łóżka, zatoczył się i upadłby, gdyby nie przytrzymał się regału. Kilka książek spadło z hukiem na podłogę, ale nawet nie zwrócił na to uwagi, tylko usiadł z powrotem, trzęsąc się z zimna.

"Weź się w garść!" - dopingował samego siebie i po chwili podjął drugą próbę wstania. Tym razem udało mu się nie tylko utrzymać równowagę, ale też dotrzeć do kuchni, gdzie zażył podwójną dawkę leku na przeziębienie. "Położę się jeszcze na chwilę i gdy lek zacznie działać, to pojadę" - stwierdził w duchu. Przykrył się kołdrą i zasnął.

Gdy się obudził, wokół było już ciemno. Zaklął pod nosem, zwlókł się z łóżka i przyszedł do kuchni, gdzie Karol gotował dla niego rosół.

- Nieźle się zaprawiłeś - zauważył przyjaciel. - Siadaj, zjedz rosół, a potem zażyj to - podał mu tabletkę - i śmigaj do łóżka. To zalecenie lekarza.

- Cholera... Jutro pojadę i...

- Na pewno nie - wszedł mu w słowo. - Jutro po tym leku będziesz słaby jak niemowlę. Może pojutrze ci się uda. Zająłem się twoimi zwierzakami i jutro przed pracą też wszystko ogarnę, a ty idź się położyć.

- Dzięki, stary...

Daniel posłusznie się położył, a potem sięgnął po telefon i z nadzieją spojrzał na wyświetlacz, ale miał tylko wiadomość ze sklepu internetowego, że jego zamówienie będzie opóźnione.

"Nawet nie napisała" - pomyślał i wezbrał w nim gniew, który szybko zmienił się w poczucie, że został skrzywdzony. "Mógłbym tutaj umrzeć i nic by ją to nie obeszło". Użalał się nad sobą jeszcze przez kilka minut, aż wreszcie lek zaczął działać i Daniel zapadł w sen.

Rano czuł się jeszcze osłabiony, ale zdecydował się jechać. Kiedy jednak zakręciło mu się w głowie, gdy schylił się po torbę, usiadł na podłodze i oparł się o ścianę.

- Jeszcze kogoś zabiję - powiedział do siebie. Przez chwilę napawał się wizją Igi rozpaczającej nad jego grobem, ale zrobiło mu się wstyd, że tak dramatyzuje. - Weź się w garść - mruknął. - Nie zachowuj się jak jakiś Werter czy inny Gustaw...

Wstał i sięgnął po telefon, by zadzwonić do Igi, jednak zawahał się i nie nacisnął zielonej słuchawki. Nie chciał przeprowadzać tej rozmowy przez telefon. Chciał patrzeć ukochanej w oczy i widzieć, jakie emocje wywoła to, co zamierzał jej powiedzieć.

"Jutro pojadę" - pomyślał. "Chociaż nie wiem, czy jest jeszcze co ratować, skoro nawet nie napisała..."

Wiele kilometrów dalej Iga także wpatrywała się w telefon i także rozważała, czy ich relacja ma jakieś szanse, skoro po pierwszej kłótni Daniel tak po prostu pogodził się z jej wyjazdem.

"Pewnie zaczęła mu już doskwierać ciągła obecność drugiej osoby i ucieszył się, że odzyskał ciszę i spokój... Cóż... Jestem dorosła, poukładam to sobie jakoś. Chyba" - pomyślała z goryczą i zapatrzyła się w okno.

Rozdział 7

Karol, zanim wyszedł z domu nad jeziorem po zjedzeniu śniadania, obiecał, że zajmie się zwierzętami, ale następnego ranka Daniel na wszelki wypadek nasypał Oberonowi i Tytanii więcej karmy i nie wypuścił kur na zewnątrz. Wydoił krowę, trochę chaotycznie dorzucił do walizki kilka rzeczy i ruszył w drogę. Głowa pulsowała mu bólem, więc zatrzymał się na stacji benzynowej i kupił kawę, ale po wypiciu kilku łyków zrobiło mu się niedobrze i odstawił kubek, krzywiąc się.

"Wszystko nie tak" - pomyślał, patrząc na drogę przed sobą.

Po paru godzinach znalazł miasteczko, które było celem jego podróży, i zlokalizował właściwy dom, zresztą bez trudu, bo był największy w okolicy. Zatrzymał się przed bramką i od razu zobaczył Igę w otoczeniu gromadki maluchów. Stała na drabinie i zawieszała jedzenie dla ptaków na pięknym, dorodnym świerku. Małe rączki wyciągały się ku niej, trzymając kulki, paski słoniny albo jabłka, a ona losowo sięgała po te smakołyki i przyczepiała do gałązek. Ogarnęła go absurdalna złość, że kobieta najwyraźniej dobrze się bawi, podczas gdy on cierpi, ale to uczucie szybko zniknęło, bo widok uśmiechu Igi sprawił, że mocniej zabiło mu serce. Musiała wyczuć jego spojrzenie. Odwróciła się i zamarła na moment z plastrem słoniny w dłoni, a potem zeskoczyła z drabiny i podeszła do furtki. Szła wolno, jakby bała się tego, co od niego usłyszy. Przez całą noc układał sobie, co powie, ale teraz wróciły wszystkie żale i pretensje i wykrztusił tylko:

- Tak się nie robi, wiesz?

Popatrzyła mu w oczy.

- Wiem - odpowiedziała bardzo cicho. Otworzyła furtkę i teraz nie oddzielało ich już nic, a jednak zdawało się, jakby był pomiędzy nimi niewidzialny mur. Daniel poczuł znajomy zapach, za którym zdążył zatęsknić. Iga wyciągnęła dłoń, jakby chciała go dotknąć, ale szybko ją opuściła. Odczuł to jak odepchnięcie. - Ale bałam się, że gdy będziesz obok, nie będę w stanie odjechać, a chciałam nabrać dystansu - szepnęła.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W oczach Igi błysnęły łzy. Daniel wstrzymał oddech. Chciał coś powiedzieć, ale gardło miał ściśnięte, a to, że stała tak blisko, sprawiało, że serce biło mu jak szalone. Wpatrywali się w siebie, a potem oboje zrobili krok do przodu i wtedy już przestali kalkulować i rozważać, co powiedzieć, tylko zatonęli w pocałunku. Daniel przyciskał ją do siebie tak mocno, że aż bolało.

- Rozsypałem się bez ciebie - szepnął, gdy oderwał od niej usta. Zdawał sobie sprawę z tego, że brzmi zbyt górnolotnie i w jego słowach jest sporo przesady, bo ich rozstanie trwało przecież zaledwie kilka dni, ale tak właśnie czuł w tamtym momencie. - Musisz mnie poskładać z powrotem. - Spojrzał jej głęboko w oczy. - I doklej tam wszystko, czego ci we mnie brakuje, a odrzuć to, co zbędne... Kocham cię.

- Zakochana para! - Maluchy zebrane w ogrodzie stały teraz przy furtce, patrzyły na nich z zaciekawieniem i chichotały.

- Tak, właśnie tak - odpowiedział i pokazał im język. - Zazdrościcie?!

Iga przewróciła oczami i pociągnęła go do domu, gdzie po chwili otoczyło go mnóstwo osób. Jej dziadek i babcia, pochodzący z Kenii, rodzice, siostra z mężem, brat z żoną, jakiś wujek, ciotka, kuzyn, no i gromadka dzieciaków. Oszołomił go ten tłum, ale starał się wytrwać i spokojnie odpowiadać na niezliczone pytania, a potem usiadł z nimi do obiadu. Jego wzrok spotkał się ze wzrokiem Igi i nagle przestało mu przeszkadzać to, że jest tak głośno, a dzieciaki rozrzucają po stole zielony groszek z surówki. Uśmiechnął się i nie widział już niczego, tylko jej roziskrzone spojrzenie, które tak wiele obiecywało. Na wypełnienie tych obietnic musieli poczekać do wieczora, ale gdy wreszcie zamknęli się w jej pokoju, pełnym bibelotów kupowanych podczas licznych podróży, nagle nie wiedzieli, co powiedzieć. Patrzyli na siebie niepewnie, aż w końcu Iga podeszła bliżej i oparła głowę o jego klatkę piersiową.

- Nie muszę ci doklejać ani odejmować żadnych cech - szepnęła. - Ja też cię kocham, Danielu.

- Zostanę tutaj, jeśli chcesz - powiedział cicho. - Na Boże Narodzenie, na Nowy Rok, ile trzeba. I pójdę na ten bal... Mój Boże, jeśli chcesz, zacznę co tydzień jeździć na bale do stolicy! Tylko proszę, powiedz, że potem wrócisz ze mną do Zapomnej.

- Jest tylko teraz - odpowiedziała, wsuwając mu dłonie pod bluzę. Miała lodowate palce i aż wstrzymał oddech, gdy go dotknęła. Pocałował ją, a jego ręce zaczęły wędrówkę po jej ciele. Jęknęła i przywarła do niego mocno, później zaś pociągnęła go do łóżka, zrywając po drodze ubrania. - Tylko teraz - powtórzyła i pchnęła go na narzutę w błękitne różyczki.

Leżał nagi i patrzył, jak Iga pozbywa się resztek ubrania. Potem usiadła na nim i zaczęła się wolno poruszać. Jej piersi zafalowały nad jego głową i przez chwilę chłonął ten widok jak zahipnotyzowany, wreszcie wyciągnął ku nim dłonie, sięgnął ustami. Pokój wypełniły ich przyspieszone oddechy, jęki i westchnienia. Później wtuliła się w niego i leżeli tak, spleceni, z wolna wracając do rzeczywistości.

- A co będzie jutro? - zapytał, całując jej zamknięte powieki.

- Powiem ci jutro - odszepnęła i przytuliła się jeszcze mocniej. Po chwili usłyszał jej równy oddech. Ogarnął go niepokój, bo te słowa zabrzmiały, jakby nie była pewna, czy nadal chce z nim być. Objął ją i wdychał jej zapach, aż i do niego przyszedł sen.

Rozdział 8

Rano Daniel zbudził się pierwszy. Leżał na boku i przyglądał się, jak rzęsy Igi rzucają cień na jej policzki, a usta poruszają się, jakby coś szeptała. Lubił te ich wspólne poranki i często tak je celebrował, wciąż nie dowierzając, że ta kobieta śpi tuż obok niego i naprawdę chce z nim być.

"Samotnia dla dwojga" - tak kiedyś nazwała dom nad jeziorem Zapomnienie. Wniosła w jego życie tak wiele i niespodziewanie zaczęła znaczyć więcej niż ktokolwiek. Poczuł, że ogrania go lęk przed tym, co mu powie, gdy się obudzi, bo zdał sobie sprawę z tego, że będzie mu bardzo trudno, jeśli zdecyduje się od niego odejść. Nawet nie potrafił sobie tego wyobrazić. Nagle zorientował się, że Iga już nie śpi. Leżała, wpatrując się w niego z powagą.

- Czy mówiłeś poważnie? - zapytała. - Zostaniesz tu na święta?

- Tak. Dziś muszę wrócić do Zapomnej, bo mam nieskończone zlecenie w komputerze stacjonarnym, ale dokończę je, wyślę, a jutro przyjadę i już zostanę.

Przysunęła się, położyła głowę na jego piersi i leżała w milczeniu, słuchając bicia jego serca.

- Twoje miejsce jest w Zapomnej - powiedziała po chwili i miała wrażenie, że rytm jego serca znacznie przyspieszył.

- Nie chcesz spędzić ze mną świąt? - zapytał tak cicho, że ledwie go usłyszała. - Iga, ja...

Zamknęła mu usta pocałunkiem, a potem znów położyła głowę na jego piersi.

- Chcę spędzić z tobą święta - odpowiedziała. - Ale chcę też być tutaj, bo to wyjątkowy czas. Moi dziadkowie z Kenii przyjechali po raz pierwszy od piętnastu lat! Będzie też moja siostra z Włoch, a gdy już zacznie się przerwa świąteczna w szkołach, dojedzie dwóch kuzynów, którzy mają starsze dzieci.

- Przeżyję - zadeklarował.

- Bardzo doceniam twoje bohaterstwo, ale myślę, że będzie lepiej, jeśli pojedziesz do Zapomnej. Przemyślałam to. Po pierwsze, zaprosiłeś Karola, więc nie będziesz sam. Po drugie, tutaj będzie takie zamieszanie, że nawet nie uda nam się zamienić słowa. Po trzecie, uważam, że dobrze nam zrobi, jak za sobą zatęsknimy. No i po czwarte, coraz poważniej mówią o tej śnieżycy stulecia, więc powinieneś być na miejscu, bo Karol nie zdoła ogarnąć wszystkiego, jeśli rzeczywiście was zasypie. Wracaj do domu.

- Iga...

- Oboje spędzimy te święta po swojemu: ja w tłumie, z moją hałaśliwą rodzinką, a ty w ciszy i spokoju, z najlepszym przyjacielem. Przetrwamy śnieżycę stulecia i przyjadę zaraz po świętach.

Leżał w milczeniu i delikatnie gładził jej plecy, przetrawiając to, co usłyszał. Nie podobało mu się, że mieli się rozdzielić i to w tak wyjątkowym okresie, ale musiał przyznać, że w tym, co Iga powiedziała, było sporo racji. Zwłaszcza te prognozy pogody sugerowały, że lepiej być na miejscu, w Zapomnej, żeby zająć się gospodarstwem. Nie był pewien, czy Karol poradziłby sobie ze wszystkim, gdyby dom odcięło od świata na dłużej niż dwa dni.

- Naprawdę przyjedziesz? - upewnił się.

- Masz moje słowo. Przyjadę i wtedy urządzimy sobie własne święta. Weźmiemy garść moich zwyczajów, garść twoich, zmieszamy je, dodamy kilka własnych, zupełnie nowych i stworzymy swój rytuał.

- Iga... Przepraszam za tę kłótnię. Pójdę z tobą na ten bal.

- Ja też przepraszam. A z balu już nic nie wyjdzie, bo odmówiłam, a tam miejsca znikają błyskawicznie. Ale zapamiętam twoją zgodę i w przyszłym roku nie będzie odwołania.

- Okej. Przykro mi, że tak wyszło...

W tamtym momencie zgodziłby się na wszystko, bo fakt, że ona uwzględnia go w swoich przyszłorocznych planach, był dla niego najważniejszy. Poczuł, jakby mu wyrosły skrzydła.

- To skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, chodźmy na śniadanie, bo robię się głodna - zaproponowała Iga, ale Daniel miał inny pomysł.

- Za chwilę - powiedział i przykrył ją swoim ciałem. - Postaram się, żebyś zgłodniała jeszcze bardziej...

Rozdział 9

Daniel wyjechał z miasta tuż po południu, po tym, jak zjadł śniadanie w towarzystwie całej rodziny Igi, odpowiedział na tysiące pytań jej małych siostrzeńców i bratanków, zamienił kilka słów z rodzicami i dziadkami oraz zrobił karmnik dla ptaków. Nie do końca był zadowolony z efektu, bo deski dostał z odzysku po półce, która się urwała pod ciężarem książek. Wydawało mu się jednak, że karmnik będzie spełniał swoje zadanie, bo po tym, jak dzieciaki ustawiły go w ogrodzie i nasypały wszystkiego, co się dało, po kilku minutach pojawiła się w nim sikorka, zainteresowana ziarnem.

- O, patrz, jak dziobie! - komentowały maluchy, a Daniel wymienił z Igą spojrzenie i po cichu się wycofał.

- To chyba dobry moment na wyjazd - powiedziała. - Unikniesz wielu mokrych całusów i uścisków.

- Jednego nie zamierzam unikać... - Pocałował ją i mocno przytulił. - Jeśli zmienisz zdanie i uznasz, że jednak chcesz, żebym był tutaj, daj znać, a natychmiast rzucę wszystko i wyruszę. A jeżeli nie przyjedziesz tuż po świętach, zjawię się tutaj, choćbym miał się przebijać na piechotę przez zamieć stulecia!

- Przyjadę - obiecała. - Bawcie się dobrze z Karolem. A w szufladzie w moim gabinecie znajdziesz prezent dla ciebie. Dla Karola jeszcze nic nie kupiłam, więc wymyśl coś.

- Już wymyśliłem! Mam dla niego portret hawajskiej piękności i romans w twardej oprawie, z barwionymi brzegami. Będzie prawie tak, jakby pojechał na egzotyczne wakacje!

- Twoja kreatywność mnie ciągle zaskakuje!

Pocałowała go raz jeszcze, a potem została przed domem, dopóki jego samochód nie zniknął za zakrętem.

Przez długą chwilę napawał się ciszą, bo w domu Igi towarzyszył im nieustanny harmider, który sprawiał, że Daniel z trudem mógł zebrać myśli. A jednak uśmiechał się do dzieciaków, nawet przeczytał im jedną bajkę, a na dodatek dowiedział się od krewnych Igi wielu ciekawych rzeczy. Jechał teraz zatopiony we wspomnieniach, zadowolony, że choć spędzą święta osobno, to nie ma już między nimi tej kłótni, która uwierała go przez cały czas. Skręcił na stację benzynową i kiedy czekał w kolejce do kasy, znów usłyszał komunikat o zbliżającej się śnieżycy.

- Może spaść nawet kilka metrów śniegu, więc prosimy państwa o przygotowanie się - mówił z powagą zaproszony do studia ekspert. - Z naszych map pogodowych wynika, że będzie to swego rodzaju śnieżne tornado, więc warto zabezpieczyć okna, drzwi, no i trzymać się z daleka od otwartych przestrzeni.

Największe nasilenie tego zjawiska miało nastąpić dwudziestego czwartego grudnia, a jako epicentrum jego wystąpienia ekspert wymienił okolice Zapomnej. W tej sytuacji nawet Daniel, choć przygotowany, lekko spanikował i w najbliższym mieście wstąpił do centrum handlowego, gdzie zaopatrzył się w duży zapas świec, baterii, kilka lampek, dwa powerbanki i cztery kanistry wody mineralnej. Niby miał w schowku wszystkie te rzeczy, a dodatkowo gdzieś w piwnicy stało urządzenie prądotwórcze napędzane siłą mięśni, jednak nagle się przestraszył, że wydarzy się kataklizm, który zamknie go w domu na kilka tygodni.

"Najpierw będą odkopywać miasta, a do takiej Zapomnej dotrą na końcu" - myślał, żeby trochę usprawiedliwić swoje kompulsywne zakupy, których już się wstydził nawet przed sobą.

Dotarł do domu, jeszcze zanim zaczęło się ściemniać. Ze zdumieniem stwierdził, że kury biegają po podwórku, a Tytania i Oberon są nakarmione. Psy obskoczyły go, jakby się nie widzieli co najmniej od miesiąca, więc powi­tał je jak należy i podrzucił ich ulubione smaczki, a potem zaszył się w gabinecie, żeby dokończyć zleconą pracę, bo termin mijał tego dnia i klient dzwonił do niego dwa razy, kiedy Daniel był w drodze. Grafika pochłonęła go tak bardzo, że nawet nie zauważył, kiedy zrobiło się ciemno, a z podwórka dało się słyszeć gdakanie i nawoływanie. Wyjrzał przez okno i z rozbawieniem przyglądał się Karolowi, który próbował zagonić kury do kurnika. Biegał za nimi w swoim eleganckim płaszczu, pokrzykiwał, ale co jedną udało się skłonić do wejścia, to dwie inne wyskakiwały i gonitwa zaczynała się od nowa. Daniel uśmiechnął się pod nosem, wysłał pracę i poszedł do kuchni, żeby przygotować kolację.

- To ty jesteś w domu? - zdziwił się Karol, kiedy dwadzieścia minut później zziajany i spocony wszedł do kuchni, żeby trochę odetchnąć i napić się herbaty. - Mogłeś dać znać!

- Przyglądałem się twojej gonitwie...

Karol rzucił mu wymowne spojrzenie, usiadł za stołem i sięgnął po przygotowane przez Daniela kanapki.

- Już mi siłowni nie trzeba - sapnął. - Szybkie są, dranie.

- Gdybyś im nasypał do kurnika ziarno, same by poleciały, a ty byś tylko drzwi zamknął.

- Dzięki, że pomogłeś - prychnął.

- Dbam o twoją kondycję, doktorku.

Karol rozejrzał się, spoważniał i zapytał o Igę, więc Daniel opowiedział mu o tym, co ustalili, i przyjaciel uznał, że takie kawalerskie święta mogą być całkiem interesujące.

- Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę nadchodzące śniegowe tornado! Zamierzam nakręcić film, a ty zrobisz mnóstwo zdjęć i sprzedamy je potem różnym redakcjom - snuł wizję, patrząc na Daniela, który układał naczynia w zlewie. - Może nawet napiszę książkę? Coś w rodzaju: "Jak przeżyłem śnieżne tornado. Zapiski z centrum apokalipsy".

- Brzmi jak przyszły bestseller. Tylko pamiętaj, żebyś przeżył.

Gdy Daniel kładł się już do łóżka, nagle jego dobry nastrój i optymizm gdzieś zniknęły, zupełnie jakby ciemność wyssała z niego wszystko, co pogodne i pozytywne. Ogarnął go niepokój. Odwrócił się w stronę, gdzie zwykle spała Iga, przytulił do siebie jej poduszkę i leżał, wpatrzony w ciemność, szukając źródła tego złego przeczucia, aż w końcu zrozumiał i niepokój zastąpił lęk.

"Powiedziała, że przyjedzie" - myślał. "Ale nie powiedziała, że zostanie. W ogóle o tym nie wspomniała... Powtarzała, że moje miejsce jest w Zapomnej, a o sobie nie powiedziała ani słowa. A jeśli zdecyduje się wyjechać? Chociaż nie... Mówiła przecież o przyszłorocznym balu sylwestrowym". To wspomnienie sprawiło, że na moment odetchnął z ulgą, ale po chwili złe emocje wróciły. "Może postanowiła, że będzie do mnie wpadać, gdy mocno zatęskni, ale już tylko jako gość?" Im dłużej nad tym rozmyślał, tym bardziej był przekonany, że właśnie taką podjęła decyzję.

Ta myśl wracała do niego w kolejnych dniach i w każdej rozmowie z Igą miał zamiar poruszyć temat jej powrotu, ale bał się tego, co może usłyszeć, i dlatego nie pytał wprost i mówił o swojej tęsknocie, licząc na to, że Iga się domyśli. Domyśliła się, jednak sama nie była pewna tego, co zrobi. Gdy przebywała w Zapomnej, czasami tęskniła za miastem tak bardzo, że wsiadała w samochód i jechała gdziekolwiek pod pretekstem zakupów czy odebrania poczty, a gdy już znalazła się w mieście, po kilku godzinach hałas zaczynał ją męczyć. Nie miała pojęcia, jak to rozwiązać, i bała się tak samo jak Daniel, bo wiedziała, że jej decyzja będzie miała wpływ na nich oboje.

"Daj sobie czas" - powtarzała w duchu. "Na pewno, gdy dobrze się zastanowisz, nabierzesz dystansu, będziesz wiedziała, co robić". A przynajmniej: taką miała nadzieję...

Rozdział 10

Grudzień nadal był ciepły i pogodny, a jednak każdego dnia w mediach pojawiały się doniesienia o kolejnych zasypanych wioskach i miastach, zaś mapki, które eksperci pokazywali, dowodziły, że niebezpieczny front nieubłaganie zbliża się do Polski. Wkrótce w prognozach, oprócz intensywnych opadów śniegu, zaczęły pojawiać się też ostrzeżenia przed silnym wiatrem.

"Lepiej sprawdzę dach, żeby potem nie było problemów" - stwierdził Daniel, choć obiecywał sobie, że nie da się wpędzić w tę panikę.

Z samego rana wszedł na drabinę i ostukał dachówki położone najniżej, zamocował solidniej te, które słabo się trzymały, uszczelnił kilka ubytków. Nie był jednak w stanie dosięgnąć szczytu dachu, a nie chciało mu się wyciągać i składać dużej drabiny, którą przechowywał w stajni. Żeby się do niej dostać, musiałby przerzucić worki z paszą, więc postanowił zrobić to tak, jak mieli w zwyczaju z dziadkiem. Założył solidny skórzany pas z narzędziami i wyszedł na dach przez okno wstawione na klatce schodowej prowadzącej do małego schowka pod sufitem. Zakręciło mu się w głowie, gdy spojrzał w dół, a Romeo i Julia zaszczekały i usiadły, wpatrzone w swego pana.

- Jeśli spadnę, to zadzwońcie po Karola - zawołał do nich i ostrożnie zrobił pierwszy krok. Poruszając się na czworaka, badał każdą dachówkę i poprawiał to, co według niego wymagało poprawy. Raz po raz, gdy opuszczał wzrok, napotykał czujne spojrzenie obu psów.

"Wyglądają, jakby myślały sobie, że inne psy mają znacznie rozsądniejszych właścicieli" - pomyślał i w tym momencie poślizgnął się na obluzowanej dachówce i pojechał w stronę krawędzi dachu. Próbował rozpaczliwie chwycić się czegoś, ale dachówki były śliskie, a kilka się oderwało i sunęło wraz z nim. "Boże Narodzenie spędzę w szpitalu" - pomyślał smętnie i gdy już przygotował się na bolesny upadek, poczuł szarpnięcie i zawisł nad ziemią, bo jego pas z narzędziami zahaczył o element konstrukcji. Daniel posłał w duchu błogosławieństwo pod adresem pana Staszka, znajomego kaletnika, który zrobił dla niego tak solidną uprząż.

- To chyba poczekam, aż Karol wróci z pracy i podstawi mi drabinę - powiedział do siebie. - Ale będzie miał ubaw...

Po kwadransie uznał jednak, że długo tak nie wytrzyma, bo pas mocno go ściskał i wżynał się boleśnie w skórę. Zerknął w dół. Nie było wysoko, pewnie nieco ponad trzy metry, ale pod nim stały dwa wiadra z deszczówką i stos desek, za pomocą których chciał zabezpieczyć budynki gospodarcze.

"A gdyby tak spróbować trochę akrobacji?" - pomyślał i wyciągnął rękę w stronę rynny. Dosięgnął jej, ale tylko czubkami palców, więc postarał się rozbujać na pasie. Raz, drugi, trzeci... Za czwartym prawie złapał rynnę. "Jeszcze trochę" - dopingował samego siebie, szarpnął mocniej i łupnął z impetem o rynnę. Zabolało go krocze i czoło, ale nie miał czasu się nad tym roztkliwiać, bo czas nagle przyspieszył. Pas, chociaż solidny, nie wytrzymał takich manewrów i rozerwał się, a Daniel zawisł całym ciężarem na rynnie, która zgrzytnęła ostrzegawczo, po czym oderwała się od budynku.

- Aaaaa! - wrzasnął, a w następnej sekundzie już leżał na ziemi, trzymając w objęciach rynnę, która podczas upadku raz jeszcze łupnęła go w czoło. Odrzucił ją w bok i pozostał w pozycji na wznak, próbując wyczuć ewentualne złamania. Napinał mięśnie, poruszał delikatnie kończynami i po dłuższej chwili uznał, że chyba jest cały. Po obu stronach jego głowy pojawiły się czarne nosy. Romeo i Julia zaglądały mu w twarz, jakby pytały: "Co z tobą, chłopie?!".

- Chyba będę żył - stęknął i usiadł. Bolały go plecy i pośladki, ale wyglądało na to, że niczego sobie nie złamał, więc odetchnął z ulgą. Lewa skroń i czoło, którymi uderzył w rynnę po swoim akrobatycznym skoku, mocno pulsowały, więc przyłożył woreczek z lodem i posmarował maścią na obrzęki. Mimo tych zabiegów wyrósł mu spory guz. Karol, który przyszedł wieczorem sprawdzić, co u niego, przyjrzał mu się spod oka.

- Rany, nie chcę cię martwić, ale wygląda na to... - zaczął, jednak Daniel mu przerwał:

- Daruj sobie subtelne żarty o rogaczach - mruknął. - To jest jeden róg, a jednorożce to magiczne stworzenia.

Karol pokiwał głową i przyjrzał się bliżej stłuczeniu, ale najwyraźniej nie zobaczył niczego niepokojącego, bo poklepał przyjaciela po ramieniu.

- Wcale nie wątpię w twoje magiczne zdolności - przyznał. - W końcu rozkochałeś w sobie niesamowitą babkę i sprawiłeś, że zamieniła wielki świat na zapyziałą Za­pomną.

- Pytanie tylko, czy jej się nie odwidziało... - wyrwało się Danielowi. Przyjaciel popatrzył na niego czujnie.

- Mówiłeś, że obiecała wrócić - powiedział.

- Tak. Obiecała, że wróci. Ale nie powiedziała, że zostanie.

Karol prychnął i postukał się w czoło.

- Ech, a ty musisz szukać dziury w całym? - zapytał.

- Muszę. Bo, jak sam powiedziałeś, zamieniła wielki świat na zapyziałą Zapomną i obawiam się, że może już mieć dosyć tej zapyziałości. Projekt dobiega końca, książka, którą miała napisać podczas pobytu tutaj, jest właściwie napisana. Jeśli Iga zdecyduje się wyjechać... - Urwał i pokręcił bezradnie głową.

- Nie wierzę, że wyjedzie - odparł Karol, choć wcale nie brzmiał przekonująco. - Zresztą nie pozwolimy jej na to.

- A niby co zrobię? Przykuję ją do rury od pieca?

Karol udał, że się zastanawia.

- No widzisz, już masz plan - powiedział. - Chociaż myślę, że lepiej by zadziałało zamknięcie w piwnicy, bo gdyby tę rurę urwała, strasznych szkód w domu by narobiła.

Daniel przewrócił oczami i westchnął ciężko.

- Nie wzdychaj mi tu jak romantyczny bohater, tylko weź się za siebie! Kiedy przyjedzie, niech ją powali twoja męska uroda i zdecydowany charakter! A tak serio, to jakoś do tej pory jej nie więziłeś, a była tutaj prawie przez cały rok.

- Gdyby odjąć te wszystkie jej wyjazdy na spotkania autorskie i różne wywiady, to...

- Hej, arytmetyką mi tu nie truj. Wyjeżdżała i wracała. I tak będzie także teraz. No, pomyśl sam. Nawet ja wiernie trwam przy tobie od tylu lat, a na mnie twój urok nie działa. Chociaż, gdy tak patrzysz spode łba, to jednak mam dreszcze.

Rozdział 11

W ostatni tydzień przed świętami panika osiągnęła apogeum. Sklepy opustoszały, bo ludzie wykupili niemal wszystko, kurierzy nie nadążali z dostarczaniem zamówień złożonych w sieci i nawet w okolicznych miastach zaczęło brakować towaru.

- Czy ty jesteś dobrze przygotowany? - upewnił się Karol, spotkawszy Daniela, gdy ten przyjechał odebrać z poczty list polecony. Doktor dźwigał torbę z cukrem i zaczerwienił się, widząc kpiące spojrzenie przyjaciela. - No, wiesz, u nas w firmie zamówili hurtem i rozdzielili wśród pracowników. Chcesz trochę?

- Nie, dzięki. Uważam, że jestem wystarczająco słodki. I tak, wszystko mam przygotowane, więc nawet gdyby nas zasypało na kilka tygodni, przetrwamy. - Rzeczywiście, nie tylko miał zapasy, ale też dach naprawił, używając tym razem wysokiej i stabilnej drabiny, bo żaden dekarz nie chciałby przyjechać do Zapomnej w obawie, że mu śnieżyca drogę powrotną odetnie. Daniel przyłożył się do pracy porządnie i miał nadzieję, że jego budynki przetrwają nawet największe wichury i napór śniegu.

Wieczorem Karol odwiedził go po pracy i jednak przywiózł trzy torebki cukru.

- Ludzie odwołują rezerwacje na świąteczny tydzień - oznajmił. - Prawie wszyscy już zrezygnowali.

- Można się było tego spodziewać.

- Szef zaczął przebąkiwać, że może wzięlibyśmy urlopy, ale się wkurzyliśmy. Parę osób tak mu nagadało, że całkiem wymiękł i nawet wymyślił, że możemy zrobić dyżury. Ja będę miał wolne dwudziestego trzeciego i w Wigilię, a w pierwszy dzień świąt mam dyżur pod telefonem.

- I dobrze. Pomożesz w gotowaniu i przetrwaniu śnieżycy.

Karol zaaprobował plan, jednak z poprawką, bo stwierdził, że wolałby nie utknąć w domu nad jeziorem.

- Dlatego tylko przez parę minut pogapię się z tobą na śnieżycę, a gdy zrobi się naprawdę groźnie, pojadę do siebie, żebym mógł nieść pomoc gościom naszego hotelu.

- Ech, a mogło być tak romantycznie... A co z filmem?

- Zdążę nakręcić początek stąd. A przecież z mojego domu też będzie widać tornado, choć nie w tak malowniczych okolicznościach, jak u ciebie.

Kolejne dni Daniel poświęcił na dokończenie jeszcze jednego zlecenia i upewnienie się, czy wszystko jest odpowiednio zabezpieczone. W obliczu nadchodzącego kataklizmu rozważał, czy dekorować jodłę rosnącą przed domem, ale w końcu zdecydował, że tradycja jest ważniejsza, tylko zamiast drewnianych bombek, które malowała jeszcze jego babcia, powiesił suszone owoce i warzywa.

"Jeśli je wiatr zniszczy albo gdzieś porwie, nie będzie szkody, a nawet przyniesie pożytek dla okolicznych zwierzaków" - pomyślał. Ponieważ jednak jego drzewko w takim przybraniu wyglądało mało estetycznie, dodał szyszki i kłosy zboża. "Szyk i elegancja w stylu Zapomnej" - uznał i zdjęcie z takim podpisem wysłał do Igi.

Kilka minut później ona zrewanżowała się filmikiem prezentującym gawrona, który tak się rozpychał w karmniku, że zrzucił go na ziemię, przy czym wcale się tym nie przejął, tylko porwał kilka tłustych kawałków słoniny i skubał je sobie, siedząc nieco dalej i obojętnie patrząc na dzieło zniszczenia, jakiego dokonał.

- Wyzwania fotograficzne rozpoczęte - skomentował Daniel i bardzo go to ucieszyło. Co roku, kiedy Karol wyjeżdżał na święta, prowadzili taką zdjęciową konkurencję: Karol wysyłał fotografie z pięknych i egzotycznych plaż, basenów i restauracji, wykwintne dania, trunki i kreacje, a Daniel rewanżował się obrazami swoich ubłoconych butów, pyska Tytanii, wyszczerbionego kubka z wodą i tym podobnymi. Teraz postanowił, że będzie je wysyłał Idze. Okazja trafiła się szybko, bo po obiedzie zabrał Romea i Julię na spacer wokół jeziora. Dzień był pochmurny, na niebie królowały groźnie wyglądające, niemal czarne chmury, a nad taflą wody unosiły się kłęby mgły, przez co jezioro wyglądało, jakby woda w nim zaczynała wrzeć. Daniel tak się zapatrzył na to zjawisko, że dał się złapać na ulubioną sztuczkę swoich psów: splątały smycze tak, że owinęły mu się wokół nóg i po chwili Daniel leżał na ziemi, podczas gdy jego psy skakały dookoła i sprawiały wrażenie, jakby świetnie się bawiły.

- Może jeszcze sobie piątkę przybijecie? - mruczał, ale nie umiał się na nie gniewać. Wyciągnął z kieszeni telefon, upewnił się, że ekran jest cały, po czym pstryknął sobie zdjęcie i wysłał do Igi, z komentarzem:

"Lekko skrępowany muszę wyznać, że okropnie za Tobą tęsknię".

Odpowiedzi doczekał się, kiedy już wyplątał nogi, otrzepał ubrania i ruszył dalej. Iga przysłała mu swoją fotografię: siedziała na podłodze w salonie swego rodzinnego domu owinięta firaną, a na głowie miała mnóstwo wstążek w rozmaitych kolorach. Otaczało ją kilkoro dzieci w różnym wieku, a każde miało na sobie osobliwe ubrania i makijaże.

"Dopadły mnie szalone wizażystki i jeśli z tego nie wyjdę, wiedz, że bardzo Cię kocham".

Uśmiechnął się, powiększył obraz jej twarzy i pogładził opuszką palca jej policzek umazany czymś niebieskim.

"Wyglądasz pięknie!" - odpisał i dodał serduszko, chociaż zazwyczaj nie używał emotikonów.

Wracał do domu w doskonałym humorze, a w głowie raz po raz rozbrzmiewały mu słowa: "bardzo cię kocham". Miał wrażenie, że słyszy, jak Iga je wypowiada, i odpowiadał jej w duchu... Nastroju nie zepsuła mu nawet ulewa, która rozpętała się, gdy od domu dzielił go już niespełna kilometr. Puścił się biegiem, ku uciesze psów, ale i tak, zanim dotarli, był doszczętnie przemoczony. Psy otrząsnęły się, jednak zostały na zewnątrz, a on zerknął z niepokojem na drogę.

"Żeby tylko rzeka nie wylała" - pomyślał. "Bo Karol nie da rady przyjechać".

Zaskoczyło go to, że teraz myśl o tym, że miałby spędzić święta sam, wydawała mu się trudna, a przecież jeszcze rok wcześniej była to dla niego norma i ani trochę mu to nie przeszkadzało.

- Chyba się starzeję - stwierdził, patrząc na psy, i znów zerknął na drogę.

Deszcz ustał jednak równie szybko jak się pojawił i po kilku minutach pozostały po nim tylko kałuże i błoto, ale niepokój Daniela nie zniknął i kiedy dobrze się nad tym zastanowił, zrozumiał, że jego źródłem jest to, że nie spędzi świąt z Igą. Tęsknił za nią i myśl o tym, że w tak ważnym czasie będą z dala od siebie, nagle wydała mu się nieznośna.

"A może jednak pojechać do niej?" - rozważał, ale doskonale wiedział, że tego nie zrobi, bo nie mógłby spokojnie świętować, zostawiwszy na pastwę śnieżycy cały swój dobytek, a przede wszystkim: zwierzęta, które miał pod opieką. "Gdyby Zapomną odcięło od świata na kilka dni, nie przeżyją, a Karol może nie dać rady tutaj dotrzeć". Ta myśl wcale nie poprawiała mu nastroju...

Rozdział 12

Dwudziestego grudnia południe Polski znalazło się pod solidną śniegową kołderką, jednak meteorolodzy przestrzegali, że to zaledwie preludium i właściwa fala śnieżycy dopiero idzie. Górale nie narzekali, bo opady, choć obfite, nie nosiły znamion żadnego kataklizmu i nawet sprawiły, że znalazło się sporo chętnych na białe szaleństwo.

- Jeśli nas zasypie, to przynajmniej w takim pięknym miejscu - uznali turyści i szturmem ruszyli na Podhale, zaopatrzeni w narty.

W Zapomnej jednak rezerwacje na Boże Narodzenie odwołali prawie wszyscy i dyrektor hotelu martwił się brakiem zarobków na koniec roku, gdyż sezon świąteczny zawsze był dobrym okresem.

"Może chociaż w sylwestra trochę sobie odbiję, bo jednak część gości potwierdziła chęć przyjazdu" - pocieszał się.

Daniel nie wybiegał myślami aż tak daleko, tylko skupiał się na tym, co dziś. Na wszelki wypadek sprawdził jednak podpory pomostu nad jeziorem i wymienił dwie deski, co do których nie miał pewności, czy wytrzymają napór śniegu. Zabrał też do stajni karmnik dla ptaków, bo obawiał się, że wiatr może go porwać i narobić szkód.

"Jak już minie to tornado, dokarmianie będzie bardziej potrzebne ptakom" - uznał.

Na dwa dni przed Wigilią, późnym wieczorem, odwiedził Daniela leśniczy. Kiedy jeszcze żył dziadek Daniela, co roku zamawiał u leśniczego konar z jemiołą, bo zwykle w grudniu służby leśne odcinały te najbardziej obrośnięte, żeby ulżyć drzewom. Dziadek Daniela nie uznawał ściętych choinek, bo twierdził, że żadne drzewo nie zasługuje na śmierć tylko po to, żeby przez parę tygodni stać w czyimś domu w roli ozdoby. Zamiast tego dekorował rosnącą przed domem jodłę, a w salonie wieszał gałąź z jemiołą. Po śmierci dziadka Daniel poprosił leśniczego, by nadal mu je przywoził. Tego roku konar był wyjątkowo duży i leśniczy z trudem go dźwignął z wozu ciągniętego przez dwa konie.

- Odłamał się poprzedniej nocy - powiedział. - Miałem go pociąć, ale gdy zobaczyłem, jaka dorodna jemioła na nim rośnie, to uznałem, że będziesz wolał całość. Zresztą jakby co, masz przecież piłę.

- Pewnie! Ale nie będę jej przycinał, bo jest super!

Zostawił konar w sieni, aby do rana trochę się podsuszył, i zaprosił leśniczego na nalewkę. To stało się ich tradycją i leśniczy celowo wybierał dom Daniela na sam koniec, żeby móc spokojnie posiedzieć i powspominać starego przyjaciela, którym był dla niego dziadek mężczyzny. I posiedzieli tak do późna, a leśniczy opowiadał historie sprzed lat, które Daniel wprawdzie słyszał już ze sto razy, ale ani trochę mu to nie przeszkadzało, bo gdy ich słuchał, miał wrażenie, jakby dziadek i babcia znowu żyli i przysłuchiwali się, kiwając głowami. W końcu mężczyzna wstał i się pożegnał.

- Wczoraj mówili w radiu, że ta śnieżyca sparaliżowała Słowację i lada dzień do nas dotrze - powiedział, gdy już wsiadł na wóz. - Mam nadzieję, że jednak nas ominie, bo jak znam życie, to jeśli zasypie Zapomną, odkopią nas dopiero, gdy już wszyscy zmienimy się w szkielety!

- Zostaniemy jak polskie zimowe Pompeje - skomentował Daniel i nagle poczuł się tak senny, że gdy wóz leśniczego zniknął mu z oczu, tylko sprawdził, czy wszystkie pomieszczenia są dobrze zamknięte, i poszedł spać.

Obudził się, gdy jeszcze było zupełnie ciemno. Leżał przez chwilę, wpatrując się w okno, a potem wstał, przyniósł z sieni konar z jemiołą i zamocował go w salonie na specjalnych hakach wbitych do ściany. Przez resztę roku wisiała na nich brzozowa gałąź, która kiedyś złamała się podczas burzy i obaj z dziadkiem przytaszczyli ją do domu.

"Kawałek lasu u nas w gościnie" - stwierdził wtedy dziadek.

Konar prezentował się świetnie. Daniel ozdobił go tylko drobnymi światełkami i gdy je włączył, salon spowiła złocista poświata, nadając mu jeszcze bardziej przytulny wygląd. Daniel popatrzył na zdjęcie dziadka i babci wiszące na ścianie. Miał wrażenie, że uśmiechają się do niego, i on też się uśmiechnął. Oboje nie żyli już od kilku lat, a jednak wydawało się, że w tym domu, który po nich odziedziczył, są wciąż obecni. W każdym miejscu zostawili ślad swojej pracy, ale żyli też we wszystkich zwyczajach, które Daniel pielęgnował i ocalił od zapomnienia. Znów popatrzył na zdjęcie i żal ścisnął jego serce. Wypełniła go tęsknota za nimi, ale przede wszystkim za Igą. Było to uczucie tak dojmujące, że bez namysłu sięgnął po telefon i zadzwonił do niej i dopiero gdy rozległ się pierwszy sygnał, uświadomił sobie, że jest ledwie parę minut po piątej. Już chciał zakończyć połączenie, ale Iga niespodziewanie odebrała.

- No, hej... - Jej głos wcale nie wydawał się zaspany, a przy tym rozbrzmiał tak wyraźnie, jakby stała tuż obok.

- Hej, nie obudziłem cię? Nie popatrzyłem na zegarek i...

- Obudziły mnie chyba twoje myśli, bo od paru minut stoję w oknie i tęsknię. Za tobą, ale też za ciemnością.

- Za ciemnością?

- W Zapomnej, gdy nocą spojrzy się w okno, widać gwiazdy... A gdy wyjdzie się przed dom, widać je jeszcze lepiej. I ich odbicie w tafli jeziora. A tutaj jest tyle świateł, że przesłaniają wszystko.

Wyszedł przed dom i spojrzał w niebo. Gwiazdy lśniły i odbijały się w jeziorze.

- "Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą, I dwa obaczysz księżyce"* - szepnął i rozłączył się na moment, żeby zrobić zdjęcie. Wysłał je do Igi i ponownie wybrał jej numer, po czym wrócił do domu i wsunął się pod kołdrę. Rozmawiali długo, a chwilami po prostu milczeli w ciemnościach i oboje mieli wrażenie, że odległość między nimi zniknęła, jakby ta druga osoba była tuż obok. Razem podziwiali nadejście świtu i rozłączyli się dopiero, gdy Daniel usłyszał piski i śmiechy świadczące o tym, że najmłodsi domownicy u Igi już się obudzili.

- O rany, już wstali - jęknęła. - Chyba dlatego sama nigdy nie chciałam mieć dzieci, że doskonale wiem, jakie są absorbujące. Można to przeżyć, kiedy jest się ciocią i się wie, że za parę dni wróci się do domu, w którym panują cisza i spokój.

- Czekają tu na ciebie razem ze mną.

- Wiem. I nie mogę się doczekać, kiedy doświadczę całej waszej trójki.

Rozpamiętywał te słowa, gdy już się pożegnali, i z jednej strony napawały go nadzieją, a z drugiej w wyrażeniu "doświadczę" dopatrywał się jakiejś tymczasowości, która wzbudzała jego niepokój. Wyszedł na zewnątrz i zapatrzył się na jezioro, nad którym lśniło słońce, sprawiając, że cała tafla błyszczała i migotała, aż trzeba było mrużyć oczy. Tuż przy brzegu kołysał się samotny liść i Daniel pochylił się, wyłowił go i uniósł do słońca. Zalśnił czerwienią i żółcią, jakby zrobiono go ze szkła. Mężczyzna zrobił mu zdjęcie i wysłał do Igi z podpisem: "Nawet to, co na pozór martwe i nieciekawe, może zachwycić".

Długo nie odpisywała, aż w końcu dostał od niej wiadomość, która sprawiła, że mocniej zabiło mu serce.

"Tylko wtedy, jeśli umiesz patrzeć" - napisała Iga. "Mam wrażenie, że nauczyłam się od Ciebie widzieć dodatkowy wymiar. Dziękuję".

W pierwszej chwili odczuł radość, ale gdy przeczytał jeszcze raz, to jej "dziękuję" zabrzmiało dla niego jak pożegnanie.

"Jakby podsumowywała nasze życie we dwoje i szykowała się do odejścia" - pomyślał i rzucił liść z powrotem do wody. Zawirował w powietrzu i opadł miękko na taflę jeziora, ale w oczach Daniela stracił już cały urok.

* Adam Mickiewicz, Świteź (1822).

Rozdział 13

Karol pojawił się w domu nad jeziorem dwudziestego trzeciego grudnia. Przywiózł ze sobą walizkę z ubraniami, a także wieniec bożonarodzeniowy oraz wielkie pudło pełne wykwintnych dań.

- Ponieważ nawet ci, którzy jeszcze niedawno potwierdzali pobyt, jednak w ostatniej chwili odwołali rezerwacje, nasz szef wspaniałomyślnie rozdzielił między pracowników nadwyżki jedzenia, żeby się nie zmarnowało - powiedział. - Oczywiście tylko to, czego nie dało się zamrozić, ale i tak jest tego mnóstwo!

- No i super! Przekonam się, jak się odżywiają wyższe sfery! - Daniel gwizdnął z uznaniem na widok polędwiczek z łososia, misternych koreczków, tartaletek z sałatką, pięknie udekorowanych babeczek i innych frykasów.

- Mam propozycję, żebyśmy część tego zjedli dziś na obiad i kolację, plus jutro na śniadanie, bo do kolacji wigilijnej wolałbym jednak tradycyjne potrawy - stwierdził Karol.

- Masz to jak w banku, od wczoraj szykuję tradycyjne. Ale mnóstwo tego jest! - Powiódł wzrokiem po wypakowanych na blat stołu potrawach. - W ogóle macie jakichś gości w tym hotelu?

- Normalni turyści, to znaczy rodziny z dziećmi, odwołali pobyt, ale zupełnie pusto nie jest. Przyjechali łowcy sensacji, wiesz, tacy, co ścigają się z burzami i śledzą różne ekstremalne zjawiska. Trochę marudzili na ceny, no ale nie zaryzykowali noclegów w samochodzie w obliczu zbliżającego się tornada... Zjawiło się też paru dziennikarzy i dwie ekipy telewizyjne, więc szef trochę odetchnął, bo już liczył straty. Ale mój dyżur jest aktualny. - Wskazał na walizkę. - Pomyślałem, że lepiej wezmę parę rzeczy, na wypadek gdyby nas dziś zasypało. No i żeby mój mózg przyswoił sobie fakt, że wyjechałem, i mi się potem nie buntował, że potrzebuje wypoczynku.

- Zadbałem również o to, ale musisz poczekać do jutra. - Daniel kiwnął głową w stronę konaru z jemiołą, pod którym leżał ładnie zapakowany prezent.

- Przyjechałem już dzisiaj, bo chcę być świadkiem wszystkich twoich wigilijnych tradycji - oświadczył Karol, a potem położył pod konarem swój prezent dla Daniela i Igi. - Jak wróci, to sobie razem otworzycie. A ten wieniec dostałem od jednej pacjentki, która prowadzi kwiaciarnię. Wiem, że u ciebie nie ma choinki, więc pomyślałem, że przywiozę i postawimy na stole. Pachnie lasem i ładnie wygląda.

- Dobry pomysł.

Tego dnia we wszystkich programach informacyjnych pokazywano filmy i zdjęcia z zasypanych miast i wiosek leżących tuż przy granicy z Polską. Ludzie robili tunele od jednego domu do drugiego, wrzucali zdjęcia na swoje profile w mediach społecznościowych, a dzieciaki lepiły gigantyczne figury ze śniegu. Wyglądało na to, że śnieżyca, jak dotąd, nie wyrządzała wielkich szkód, jeśli nie liczyć tego, że nie dało się podróżować, bo pługi śnieżne nie radziły sobie z ogromną ilością białego puchu, którego wciąż zresztą przybywało. Na Podhale także dotarły dość duże opady, ale tutaj nie widać było śladów paniki ani narzekania, ponieważ turyści zjechali się tłumnie, żeby korzystać z sezonu narciarskiego. Eksperci w programach informacyjnych przestrzegali jednak przed zbytnim optymizmem i prognozowali, że te opady na Podhalu to tylko preludium do śnieżycy stulecia.

- Ostrzegamy mieszkańców Polski, bo chmury wędrują dalej, wieje silny wiatr i wygląda na to, że przemieszczą się znacznie szybciej, niż przewidywaliśmy - zapowiadali dziennikarze. - Najbardziej zagrożony jest ten region, bo tu właśnie kierują się chmury. - Wskazywali mapę z zaznaczonym na czerwono województwem.

- Prosto do nas - skomentował Karol. - No to chodźcie, chmury, i pokażcie, jakie groźne jesteście! Może zyskam sławę jako ten, który nagrał najbardziej malownicze ujęcia śnieżnego tornada!

Korespondenci zagraniczni pokazywali też ludzi, którzy utknęli na autostradach, i apelowali, aby odłożyć wszelkie podróże na inny czas, bo na drogach może być niebezpiecznie. Daniel pomyślał z obawą o Idze i jej planach na przyjazd do Zapomnej po świętach.

"Może się zdarzyć, że nie zdoła tutaj dotrzeć i nie zobaczymy się już w tym roku" - uświadomił sobie. Posmutniał i opuścił głowę, bo nie miał ochoty patrzeć dłużej na relację telewizyjną. Wstał i poszedł do kuchni, a Karol odprowadził go wzrokiem i pozostał w salonie, bo po raz pierwszy, odkąd się poznali, nie miał pojęcia, w jaki sposób podtrzymać przyjaciela na duchu.

Rozdział 14

W wigilijny poranek niebo przybrało szarą barwę, choć gdzieś nad lasem widać było za zasłoną chmur tarczę słoneczną, która nie zdołała jednak zalśnić pełnią swej mocy i wyglądała dziwnie złowrogo.

"Jak oko jakiegoś demona, który patrzy na nas z góry i zastanawia się, jaki los nam przeznaczyć" - pomyślał Daniel. Gdy podzielił się tą myślą z Karolem, przyjaciel postukał się w czoło.

- Czytasz za dużo fantastyki, a za mało obyczajówek - podsumował. - I strasznie się ponury ostatnio zrobiłeś. Jeśli to twój standardowy świąteczny nastrój, to miałem szczęście, że mnie dotąd omijał.

Daniel wzruszył ramionami, po czym poszedł do szopy i przyniósł pułapkę na ryby, którą skonstruował dawno temu jego dziadek. Wyciągał ją tylko kilka razy w roku, bo za dużo było z nią zachodu, ale właśnie w Wigilię musiała być użyta obowiązkowo, dlatego poświęcił się, przesunął dwa worki z paszą, ściągnął zasłonę z pajęczyn i wydobył mechanizm. Jego zainstalowanie w jeziorze stanowiło część ich rodzinnej tradycji, a przy tym było też wróżbą na kolejny rok, w zależności od tego, co się złapało. Karol pomógł mu założyć konstrukcję, a potem wędrował za nim krok w krok, kiedy Daniel karmił zwierzęta, doił krowę, zlewał mleko.

- Dobrze ci to idzie - skomentował. - Wydoiłem tego diabła w ten ranek, kiedy byłeś u Igi - przyznał się. - Namęczyłem się okropnie, parę razy dostałem w dziób ogonem, a na koniec, gdy już się zbierałem, wzięła, łajza, i kopnęła w wiaderko, więc wszystko mleko wsiąkło w klepisko! - Uniósł palec i pogroził Tytanii, która spokojnie przeżuwała trawę. - Wiem, że zrobiłaś to specjalnie, nie udawaj niewiniątka!

- Może ci odpowie o północy. Chociaż podejrzewam, że zrobiła to po to, żeby zwrócić twoją uwagę.

- Miała ją przez dobre pół godziny i zmarnowała swoją szansę, waląc mnie ogonem. Są jednak pewne rzeczy, których kobietom nie wybaczam.

Zajęli się potem gotowaniem, bo Daniel na ostatni dzień zostawił przygotowanie kompotu z suszu, kutii, sernika i barszczu czerwonego. Karol mielił mak, marudząc przy tym na średniowieczne metody.

- W sklepach są gotowe masy, już mielone, a do tego z bakaliami - wytknął przyjacielowi, bo rozbolała go ręka.

- Tak. Są też gotowe serniki, pierniki, uszka, pierogi i pewnie nawet kompot - odpowiedział Daniel, wzruszając ramionami. - Ale myślę, że raz w roku można tak naprawdę przyłożyć się do przygotowania posiłku.

- Tak tylko gadam. Pewnie, że można i nawet całkiem fajnie jest tak wspólnie popracować - przyznał Karol. - Chociaż fryzura na tym cierpi - dodał, ocierając przedramieniem pot z czoła.

- Zaraz kończymy i wtedy zrobisz się na bóstwo - odpowiedział Daniel. - Chociaż jak dla mnie jesteś wystarczający.

Karol zamrugał zalotnie i odrzucił włosy, ale szybko znów pochylił się nad garnkiem.

W południe wyszli obaj na pomost, żeby wyciągnąć pułapkę. Teraz niebo było pociemniałe, miało barwę grafitu, a tarcza słoneczna zdawała się tylko nieco jaśniejszą, krągłą plamą na tle wszechobecnej szarości i jeszcze bardziej przypominała demoniczne, złowrogie oko.

- No, chodź, śnieżyco! - Karol popatrzył w niebo i rzucał wyzwanie chmurom.

- Pomóż! - jęknął Daniel, który mocował się z pułapką. - Coś naprawdę dużego się złapało!

- Ale okaz! - Karol gwizdnął z uznaniem i po chwili syknął z bólu, bo dorodny szczupak zdołał go ugryźć. - Auć! Czekaj, czekaj, dziadu, zaraz cię łupnę w ten zdradziecki pysk!

- Chłopie, nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek w dziejach Zapomnej złapali takiego szczupaka! - zawołał Daniel, nie zwracając uwagi na odniesioną przez przyjaciela ranę.

- Więc wygląda na to, że przynoszę szczęście - odparł kąśliwie. - Jaka z tego wróżba płynie? Że będę ludziom dawał dużo szczęścia, a sam dostanę kopa w tyłek?

- Raczej nie. Ty przecież też będziesz jadł tego olbrzyma! Sprawię go tutaj, żeby nie brudzić w kuchni. Chyba że ty chcesz się tym zająć?

Karol spojrzał na swoje wypielęgnowane dłonie i skrzywił się.

- E, nie. Będę ci pomagał, patrząc.

- Super! Twoje poświęcenie jest powalające...

Po południu szczupak z dodatkiem masła, pieprzu, soli i rozmarynu został wstawiony do pieca. Pachniał tak smakowicie, że aż im zaburczało w brzuchach. Daniel nastawił susz na kompot i po chwili zapach pieczonej ryby zmieszał się z wonią goździków i cynamonu, których obficie dosypał do garnka. Wyszli potem przed dom, żeby popatrzeć na niebo, i Daniel zrobił serię zdjęć ciemnych chmur. Po chwili obłoki zapłonęły żywą czerwienią podarowaną im przez zachodzące słońce, które teraz dopiero zdołało przebić się przez gęstą zasłonę. Czerwienią zabarwiło się też jezioro i Daniel pstrykał zdjęcia, coraz bardziej urzeczony, dopóki nie zapadł zmierzch. Spowiła ich ciemność. Wówczas dopiero Karol odchrząknął.

- Wiesz, przyjacielu - powiedział. - Nie chciałbym być niedelikatny, ale... jeśli za chwilę czegoś nie zjem, to chyba tutaj trupem padnę!

- Serio? - Danielowi głośno zaburczało w brzuchu. - No to zacznijmy, bo miałbym problem, co zrobić ze zwłokami. Zwłaszcza gdyby nas zasypało.

Weszli do domu i Daniel się zawahał, bo tak jak jego dziadek i babcia, zawsze w Wigilię dzielił się opłatkiem ze swoimi zwierzętami, a teraz, w obecności Karola, trochę się wstydził tego zwyczaju. Czy nie wyda mu się zbyt staroświecki? Zacofany? Rozważał już, że może w tym roku daruje sobie tę tradycję, ale Karol niespodziewanie rozwiązał jego dylemat.

- Ej, a nie idziesz z opłatkiem do Tytanii i Oberona? - zapytał. - Jak żyła moja babcia, to zawsze tak robiliśmy.

- Idę.

- To ja z tobą!

Poszli do stajni i obaj podzielili się opłatkiem z koniem i krową. Z okazji święta Tytanii dostał się banan, a Oberonowi - jabłko. Smakołyki wraz z opłatkiem otrzymały też Romeo i Julia, a potem Daniel i Karol skierowali się do domu, zerkając niespokojnie w niebo, które było już tak zasnute chmurami, że nie było nawet mowy o pierwszej gwiazdce. Chmury zasłoniły także księżyc, który poprzedniego wieczoru świecił tak jasno, że Daniel musiał zaciągać kotary w oknie sypialni. Byli już na progu, gdy rozległ się warkot, a od strony drogi wychodzącej z lasu błysnęły reflektory.

- Zbłąkany wędrowiec - stwierdził Karol i uśmiechnął się szeroko, a potem wszedł do domu, żeby nie psuć Danielowi powitania, bo domyślał się, kto do nich zmierza.

Rozdział 15

Daniel przez chwilę przyglądał się światłom samochodu, po czym podbiegł do bramki i otworzył ją na oścież, a sam stanął z boku, przypatrując się zbliżającemu się pojazdowi i z każdą chwilą jego serce biło coraz szybszym rytmem, bo już nie miał wątpliwości, kto nadjeżdża. Widział za kierownicą uśmiechniętą od ucha do ucha kobietę, której kręcone włosy sterczały na wszystkie strony. A kiedy już Iga znalazła się w jego ramionach, przytulił ją do siebie mocno i długo nie wypuszczał z objęć.

- Tak straszą tą śnieżycą, że musiałam sprawdzić, czy jesteś cały - powiedziała.

- Teraz już tak - szepnął i pocałował ją, a potem znów przycisnął do siebie i kołysał w ramionach, szepcząc coś i pokrywając pocałunkami jej włosy, czoło, oczy.

- Nie chcę być uznany za nieromantycznego gbura, który włazi z buciorami w malowniczą scenę, ale trudno mi wykrzesać z siebie tkliwość, gdy burczy mi w brzuchu! No i zresztą myślę, że zbłąkany wędrowiec czuje się już naprawdę mile oczekiwanym gościem, więc proponuję, żebyśmy wreszcie zaczęli tę kolację - zawołał Karol, stając na progu. - Pierwsza gwiazdka już dawno mruga!

Roześmiali się oboje i objęci weszli do domu. Daniel wziął do ręki opłatki i poczuł, że drżą mu usta. Nie miał pojęcia, co powiedzieć. Stał i patrzył to na Igę, to na Karola, aż wreszcie kobieta wzięła od niego jeden opłatek, połowę dała Karolowi i powiedziała:

- Niech wszystkie nasze powroty będą zawsze szczęśliwe i niech zawsze czeka na nas ciepły dom i ciepłe ramiona, w które możemy się wtulić.

Karol westchnął, podszedł do Daniela i mocno się przytulił, a potem uśmiechnął się i stwierdził, że to rzeczywiście dobrze wpływa na nastrój.

- A ja nam wszystkim życzę zdrowia, zadowolenia, zgody i zrozumienia, bo to cztery słowa na ostatnią literę alfabetu, ale mają pierwszorzędne znaczenie w życiu - powiedział.

- Ja nam życzę... - zaczął Daniel i głos mu się załamał. Odchrząknął zakłopotany, bo nigdy nie należał do wylewnych osób, a Karol klepnął go w ramię.

- No i niech się spełni! - zawołał. - A teraz siadajmy wreszcie i jedzmy!

Podczas kolacji Iga wyjaśniła im, że tak się martwiła o to, że Zapomna znajdzie się pod śniegiem i stracą kontakt na wiele dni, że postanowiła zmienić plany.

- Moi rodzice stwierdzili, że możemy równie dobrze zjeść wczesny obiad wigilijny, ze wszystkimi rytuałami, żebym przed zmierzchem mogła do was dotrzeć. Nie do końca wyszło z tym "przed zmierzchem", bo trochę się zasiedzieliśmy i zasłuchali we wspomnienia dziadków, ale jednak jestem. I będę mogła razem z wami popatrzeć na to śnieżne tornado!

- Ale film kręcę ja! - zastrzegł Karol. - I sprzedam do niego prawa temu, kto da najwięcej!

- Dobra, ja za to mogę napisać artykuł do zdjęć, które zrobi Daniel - zgodziła się Iga.

Daniel nic nie mówił, tylko patrzył na nią, jakby z jej oczu i z niewypowiedzianych słów chciał wyczytać decyzję, czy przyjechała na krótko, czy też zamierza z nim zostać. Chwytała to jego spojrzenie od czasu do czasu i posyłała mu uśmiech, od którego topniało jego serce, ale nie zdradziła swoich planów.

Po kolacji ubrali się, zabrali kamerę i aparat i wyszli przed dom. Daniel zapalił światła, które jakiś czas temu zamontował na ogrodzeniu, kiedy nękali go intruzi, a teraz uznał, że przyda się oświetlenie, żeby nagrać film. Znad lasu rozległo się pohukiwanie puszczyka, któremu najwyraźniej nie spodobało się takie rozpraszanie ciemności. Iga zaparkowała swój samochód w garażu, upewnili się, że szopa, stajnia i kurnik są dobrze zamknięte, i spojrzeli w niebo. Było czarne i nadal nie przepuszczało nawet blasku księżycowego, ale nic poza tym się nie działo. Stali i patrzyli to na niebo, to na jezioro, którego tafli nie marszczył nawet najlżejszy powiew. A potem nagle podmuch wiatru uderzył w nich tak mocno i niespodziewanie, że Karol aż się zachwiał.

- Zamknę okiennice - zdecydował Daniel i ruszył wokół domu, aby zabezpieczyć wszystkie okna. Wrócił do swych towarzyszy w samą porę, bo właśnie z nieba zaczęły frunąć pierwsze płatki śniegu. Płynęły łagodnie w powietrzu i osiadały na drzewach, wodzie i ziemi, po czym od razu topniały. Romeo i Julia, które wyszły na pomost wraz z nimi, węszyły niespokojnie, więc Daniel poklepał je po łbach. - Bez nerwów - powiedział.

- Zdumiewająca precyzja! - Karol był pod wrażeniem prognoz. - Mówili, że tornado przyjdzie tej nocy i patrzcie! Nagram początek, a potem będę się zbierał, bo nie mogę tutaj utknąć. Jutro mam dyżur, a może być trochę roboty, jak się ludzie zdenerwują...

Nastawił kamerę i przez kilka chwil filmował łagodnie płynące w powietrzu płatki, podczas gdy Daniel zrobił kilka nastrojowych zdjęć. Po minucie śnieg przybrał na sile, wokół zrobiło się biało, ale była to ulotna, cienka warstewka, która szybko topniała. Wiatr znów powiał mocniej, sypnął im w twarze mokrym śniegiem, a po pięciu minutach opady ustały. Daniel prychnął z niedowierzaniem i spojrzał w niebo. Chmury się rozstąpiły i księżyc oświetlił okolicę srebrzystym blaskiem.

- Jak pięknie - wyszeptała Iga.

Daniel zrobił kilkanaście zdjęć i popatrzył na Karola.

- Ciekawe, ile stacji telewizyjnych zgłosi się po twój film - powiedział. - Myślę, że będzie ostra walka!

- Nooo. Ale było! - sapnął z podziwem Karol, a potem wszyscy troje dostali ataku śmiechu. Śmiali się i śmiali, i nie mogli przestać, aż rozbolały ich brzuchy, a po twarzach płynęły łzy. Romeo i Julia przyglądały im się zaciekawione, a po chwili zaczęły się ścigać wokół nich, jakby swoim szaleństwem chciały skłonić ludzi do uspokojenia się.

- Chodźmy do środka, bo przecież nie rozpakowaliśmy prezentów! - przypomniał sobie Daniel.

On i Iga dostali od Karola zaproszenia na bal sylwestrowy w hotelu w Zapomnej. Impreza miała odbyć się pod hasłem: "Hollywoodzki blichtr" i Iga lekko spanikowała, że nie będzie miała co na siebie włożyć, jednak nic nie powiedziała, bo Daniel od razu zadeklarował, że nie odpuści takiej imprezy. Obydwoje potem ubawili się nieźle przy rozpakowywaniu prezentów, bo okazało się, że pomyśleli podobnie i zamówili dla siebie nawzajem fotoksiążki. On dla Igi - ze zdjęciami, które robił jej podczas wspólnych prac i spacerów, ona dla Daniela - z jego własnych fotografii zjawisk i krajobrazów, ale ze swoim komentarzem, często tak intymnym, że poczuł wzruszenie, gdy zobaczył już pierwsze zdanie. Na szczęście emocje rozładował Karol, który odpakował swój prezent i zachwycił się romantyczną okładką przedstawiającą parę całującą się na plaży. W tle widać było palmy i barwne kwiaty.

- Dziś jeszcze zatonę w lekturze - stwierdził. - Biorę się do czytania, gdy tylko dotrę do domu. A tę ślicznotkę - uniósł do góry obraz z egzotyczną pięknością - powieszę nad swoim łóżkiem. Może mi się przyśni i romans świąteczny będę mógł uznać za odhaczony.

- A może jednak zostań u nas do rana, bo to śnieżne tornado to były takie emocje, że chyba nie jesteś w stanie prowadzić! - zaproponował Daniel, wywołując tym kolejny atak chichotania.

- Jakoś się ogarnę - stwierdził po namyśle Karol. - Bo boję się, że ono jednak zawróci i obudzimy się jutro zasypani.

Pożegnał się i odjechał, zabierając ze sobą prezent, który, jak uznał, na pewno da mu iluzję wypoczynku w tropikach.

Rozdział 16

Śnieżne tornado nie wróciło ani następnego dnia, ani kolejnego i meteorolodzy prześcigali się w tłumaczeniach, dlaczego nie było kataklizmu, przed którym tak ostrzegali. Mówili zawile o jakichś prądach, niżu i cyrkulacji powietrza, ale trudno było cokolwiek zrozumieć z tego naukowego bełkotu.

- Nie mogą powiedzieć po prostu, że kupili ekspres do kawy i ze sprasowanych fusów gorzej się wróży? - stwierdził Daniel. - Zresztą może zwyczajnie odetchnijmy z ulgą, że ominęło nas niebezpieczne zjawisko, zamiast szukać przyczyn i obwiniać naturę za to, że jest nieprzewidywalna.

- Dobrze się stało, że nas nie uwięziło pod śniegiem. Muszę pojechać po świętach do miasta, i to jakiegoś sporego, bo ten bal - Iga postukała palcem w zaproszenie - wymaga wystrzałowej kreacji.

Daniel spojrzał na nią niepewnie.

- Yyyy, ja kupiłem ci sukienkę - wyznał takim tonem, jakby chodziło o poważne przewinienie. - Byłem akurat w hotelu u Karola, jak do tego ich butiku przywieźli nowy towar, po jednej sztuce z każdego wzoru, żeby nie było obaw, że dwie osoby wystąpią w takich samych kreacjach. Mam paragon i mogę oddać, jeśli ci się nie spodoba.

- Kupiłeś mi sukienkę? Serio? Gdzie jest?

Otworzył szafę i wyciągnął piękną niebieską kreację ze srebrnymi lamówkami. Iga dotknęła materiału, przesunęła palcem po lamówce i westchnęła.

- Jest cudna! - powiedziała. - Naprawdę mi się podoba! Tylko czy będzie mi pasować?

- O to się nie boję, bo twoje wymiary mam doskonale utrwalone - odpowiedział i odetchnął z ulgą, bo nie był pewien, czy trafi w jej gust. Na co dzień jego kobieta nosiła sportowe sukienki, luźne i wygodne, a ta prezentowała się elegancko i klasycznie.

- Zaraz się przekonamy! - Iga zerwała z siebie ubranie i założyła kreację. Suknia leżała idealnie, więc Daniel był z siebie bardzo dumny, choć oczy mu błyszczały również z zachwytu. Kobieta doskonale o tym wiedziała i celowo wyginała się zmysłowo, uśmiechając się zalotnie. - A dla siebie coś kupiłeś?

- Drugiej takiej nie było! - odparł. - Więc wziąłem garnitur. Ale w sumie nie wiem, czy się nie wygłupiłem, bo chyba bardziej pasuje do hasła: "Pogrzeb mafiosa" niż "Hollywoodzki blichtr".

- Ja lecę się poprzeglądać w dużym lustrze, a ty zakładaj ten garnitur i się pokaż! - zakomenderowała i pobiegła do sieni, gdzie wisiało ogromne lustro, w którym można się było obejrzeć od stóp do głowy. Patrzyła na siebie z każdej strony, przechylała się, kucała, siadała i z każdą chwilą suknia podobała jej się coraz bardziej. Robiła właśnie obrót, kiedy z pokoju wyszedł Daniel. Na jego widok Iga zatrzymała się i gwizdnęła. - Ale z ciebie ciacho! - zawołała. - Ja nie mogę, idę na bal z hollywoodzkim przystojniakiem!

- Teraz dopiero się zorientowałaś? - Daniel poprawił krawat i rzucił jej spojrzenie spod rzęs.

- Sukienkę też dobrałeś obłędną! Nie wiem, jakim kluczem się kierowałeś przy kupowaniu, ale to działa!

- Chyba nie chcesz wiedzieć.

- Oj, teraz tym bardziej chcę.

Wzruszył ramionami i przyciągnął ją do siebie.

- Po prostu patrzyłem na te sukienki i zastanawiałem się, którą najchętniej bym z ciebie ściągnął - wymruczał i zaczął ją całować po szyi.

Rozdział 17

Bal w hotelu w centrum Zapomnej cieszył się sporym powodzeniem. Wielu gości, którzy odwołali rezerwację świąteczną, zadzwoniło z pytaniami o miejsce na sylwestra i sala była pełna eleganckich par. Pojawił się również Karol, wprawdzie służbowo, ale nie przeszkodziło mu to świetnie się bawić w towarzystwie pewnej wdowy, która wyznała mu, że zarezerwowali pobyt noworoczny wraz z mężem pod koniec ubiegłego roku, a na początku stycznia mężczyzna zmarł.

- Zamierzałam odwołać przyjazd, ale powiedziano mi, że opłacone tak wcześnie rezerwacje nie podlegają pełnemu zwrotowi, więc uznałam, że nic się nie stanie, jeśli jednak przyjadę i będę trochę wśród ludzi - wyznała, gdy przystojny lekarz poprosił ją do tańca. - Może dobrze mi to zrobi.

- Na pewno - odparł, obdarzając ją swoim firmowym uśmiechem. - Tym bardziej że trafiła pani w dobre ręce. Moim zadaniem jest dbanie o nastrój naszych gości i mam zamiar wywiązać się z niego jak najlepiej!

- W końcu śmiech i zabawa to nie grzech, prawda?

- Absolutnie nie!

Już w połowie wieczoru nastrój kobiety daleki był od żałoby, a po toaście o północy zaprosiła Karola do swojego pokoju, gdzie, jak można się domyślić, raczej nie oglądali znaczków.

Iga i Daniel także świetnie się bawili. Kobieta była zaskoczona tym, jak tańczy, i wówczas przyznał, że przed świętami, kiedy jej nie było, a Karol mu powiedział o wolnych zaproszeniach na bal, wziął kilka lekcji tańca u hotelowej animatorki.

- Ach, to dlatego byłeś w hotelu podczas dostawy towarów, tak myślałam, że coś kręcisz z tą wizytą u Karola, bo nigdy go nie odwiedzasz w pracy. Nie przestajesz mnie zaskakiwać! - stwierdziła.

- I o to chodzi! - odparł z uśmiechem i wykonał imponujący obrót, który trenował przez ostatnie dni.

- A ładna była ta animatorka?

- Prześliczna! - odpowiedział szczerze i wskazał brodą tańczącą na środku sali blondynkę o kuszących kształtach. Miała na sobie pomarańczową, bardzo obcisłą sukienkę, a przy tym poruszała się tak, że mężczyźni wpatrywali się w nią jak zahipnotyzowani. - Bo przez cały czas, gdy trenowaliśmy, wyobrażałem sobie, że tańczę z tobą. - Przyciągnął Igę do siebie i zakołysał się łagodnie w rytm wolniejszej muzyki, którą zaczął grać DJ.

- Mam nadzieję, że nie wczułeś się zbyt mocno... - mruknęła.

Odsunął się trochę i spojrzał jej w oczy z niedowierzaniem.

- Jesteś zazdrosna? - zapytał.

Zamrugała, odetchnęła, zamyśliła się, a potem popatrzyła na niego, lekko zaskoczona.

- Na to wygląda - odpowiedziała. - Tak. Cholera, jestem zazdrosna.

- A ja wniebowzięty! - Chwycił ją w talii, podniósł do góry i zakręcił dwa piruety, aż obojgu zawirowało w głowach. Gdy postawił ją z powrotem, zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowali się, a sala balowa przestała dla nich istnieć.

Do domu nad jeziorem wrócili tuż przed świtem i zatrzymali się na chwilę na pomoście, by popatrzeć, jak wschodzące słońce z wolna rozświetla powierzchnię jeziora. Plama słonecznego blasku wędrowała po tafli, zmieniając szarość w błękit. Śledzili tę fascynującą podróż światła, a potem zamknęli za sobą drzwi...

Pierwszego stycznia mieszkańcy Zapomnej obudzili się dość późno i gdy spojrzeli w okna, otworzyli usta ze zdumienia. Na parapetach leżała gruba warstwa śniegu!

- Zasypało nas! - jęknął ten i ów, widząc ciężką pokrywę, która sprawiała, że nie dało się otworzyć drzwi od domu. A gdy już je otworzyli, zatrzymywali się na progu i patrzyli na świat, który wyglądał jak z bajki o Królowej Śniegu. Drzewa uginały się pod ciężarem śniegowych czap, rzeka zamarzła, bo chwycił silny mróz, na podwórkach leżało dobre pół metra białego puchu, a co najistotniejsze: wciąż sypało. I nie był to łagodny walczyk śnieżynek, ale nawałnica, jakie pamiętali tylko najstarsi mieszkańcy. Śnieg padał nieprzerwanie i sprawiał, że widoczność zmalała niemal do zera, a jedyna droga wiodąca do wioski i luksusowego hotelu zniknęła pod zaspami i nie zanosiło się na to, by pługi szybko tutaj dotarły. Na szczęście wszyscy wciąż jeszcze mieli zapasy, jakie zrobili przed zapowiadaną nawałnicą, więc nikt za bardzo nie narzekał.

- Wprawdzie z opóźnieniem, ale sprawdziły się prognozy dotyczące śnieżyc nad Polską - mówili z poważnymi minami eksperci w programach telewizyjnych.

- Śnieżyc nad Polską - śmiał się Karol, który po sylwestrowej nocy miał wybitnie dobry humor. - Prognozowali tornado, a teraz się podniecają, bo w styczniu spadł śnieg.

Dom nad jeziorem także został odcięty od reszty świata na kilka dni, ale ani Iga, ani Daniel wcale się tym nie przejęli. Zresztą oni często sami odcinali się od świata już wcześniej, bo zdarzało się, że poza sobą nie widzieli nikogo i niczego...

- Pięknie to wygląda - szepnęła Iga, kiedy rano stanęli na progu domu i spojrzeli na skrzący się szron, wirujące w powietrzu płatki śniegu i przykryte białą warstwą jezioro. Strzepali najcięższe śnieżne czapy z drzew i krzewów, żeby się nie połamały, oczyścili pomost i ustawili karmnik dla ptaków, w którym od razu zaroiło się od skrzydlatych gości.

- Tylko chyba nikt nie zdołał nagrać nadejścia tej nawałnicy, bo pofatygowała się akurat w sylwestrową noc, kiedy już wszyscy spali - stwierdził Daniel, robiąc zdjęcia malowniczym krajobrazom.

-I faktycznie nas odcięło, tak jak ostrzegali - skomentowała Iga.

- Taaaak. - Daniel uśmiechnął się szeroko, objął ją ramieniem i stanęli nad zamarzniętą taflą wody, patrząc na drobne ślady zostawione przez raniuszka, który dotarł już na środek jeziora i popiskiwał zabawnie. Z trzcin odezwała się wąsatka i oboje popatrzyli na puchatą kuleczkę, która siedziała na suchych badylach i podśpiewywała. - Ostrzegali. Tylko że dla jednych to było ostrzeganie, a dla innych obietnica... Bo wiesz... - Spojrzał jej w oczy i mocniej przytulił do siebie. - Odcięcie od świata nie musi być przekleństwem, jeśli odetnie cię z właściwą osobą u boku.

Popatrzyła na niego i oparła głowę na jego ramieniu.

- Zobaczymy, czy to samo powiesz za rok - odpowiedziała z uśmiechem. - Bo ja nigdzie się stąd nie ruszam, nawet gdy już nas odkopią.

Uśmiech Daniela był tak promienny, że mógłby wystarczyć do rozproszenia mroku w kopalnianym szybie.

***

Jeśli podobała Wam się zimowa przygoda Igi, Daniela i Karola, zapraszam do lektury powieści Jezioro Zapomnienie.