Tam, gdzie nie czuć już lęku - Monika Held

-
Proszę czekać

 

Dom stał na końcu ulicy, nieotoczony płotem ogród przechodził w las. Odsuwali zakup, jakby to miała być decyzja o ich losie. Podczas pierwszych oględzin świeciło słońce i Heiner oznajmił, że salon wygląda sympatycznie. Lenie spodobały się śliwy w ogrodzie, w wyobraźni widziała się już, jak smaży powidła. Pośredniczka dała im klucz do domu. Nie spieszcie się państwo, powiedziała. Sprawdźcie, czy do siebie pasujecie. Jak sprawdzić, czy dom pasuje do dwojga ludzi albo oni do domu? Nie wiedzieli. Obeszli budynek dookoła, podeszli do niego od wszystkich stron. Nudzi się, orzekła Lena. Zbyt długo był sam. Heiner spytał dom o przyszłość. Co w nim czekało, szczęście czy nieszczęście? Dom milczał. Jeśli pomalują framugi okien na biało, będzie wyglądać trochę milej. Podczas drugiej wizyty niebo zaciągnęło się szarością, a Heiner uznał, że sześć pokoi to za dużo jak dla jednej pary, Lena jednak miała pomysł na każde pomieszczenie. Na parterze salon, pracownia i pokój do prasowania, na pierwszym piętrze sypialnia i dwa pokoje dla gości.

Heiner sprawdził osiedle. Nie było sklepów, knajpek ani kiosków, same nowe domy, niemal identyczne, nie różniły się nawet przedogródkami. Krótko przystrzyżony trawnik i rododendron albo przystrzyżony trawnik i krzew janowca. To dobrze. Obszedł ścieżki. Przed drzwiami stały małe, brudne buty, w ogrodach wisiały huśtawki. Był plac zabaw ze zjeżdżalnią, dzieci w piaskownicy. Jakaś dziewczynka z blond warkoczykami śmigała po osiedlu na wrotkach, matka wołała z kuchennego okna: Jenny, uważaj! Widok zwinnego dziecka przywołał imię, na myśl o którym Heiner poczuł się nieswojo. Kaija. Dzieci dorosną, a gdy ich rodzice się zestarzeją, nadal będą młodsi niż dziś on sam. Nie mógłby spać na osiedlu zamieszkanym przez ludzi w jego wieku. Musiał przyznać, że osiedle jest w porządku, ale czy w domu nie trzeba się zakochać od pierwszego wejrzenia? Oddali klucze i obejrzeli inne domy na innych osiedlach z nową zabudową. Gdy po miesiącu dom nadal czekał na nabywcę, złożyli mu trzecią wizytę. Był wczesny wieczór, mglisty i parny dzień - w taką pogodę wszystkie domy wyglądają smutno. Usiedli na zapomnianej ogrodowej huśtawce, stojącej na tarasie. Lena rozłożyła na stole termos i dwa kubki kawy. Czekali, choć nie umieliby powiedzieć na co. Pasma mgły osadziły się na gałęziach jodeł, po czym opadły na leśną ściółkę. Ptaki zamilkły, jakby mgła otuliła im dzioby. Lena objęła Heinera ramieniem. Jak sądzisz, czy to miejsce dla twojej duszy?

Pachnie, powiedział. To dobry znak.

Tak pachniały wówczas włosy Leny, gdy zakrywały jego czoło, opadały na zamknięte oczy, łaskotały nos, a on nie wiedział, czy włosy pochylającej się nad nim kobiety są blond, brązowe czy czarne. Spoczywały na jego twarzy, były ciepłe i pachniały grzybami.

Kołysali się na ogrodowej huśtawce i wciąż nie wiedzieli, czy pasują do domu, a dom do nich. Sześć pokoi to za dużo, powtórzył Heiner, dodając, że tchnie tu samotnością. Dolał sobie kawy. Na osiedlu sami młodzi ludzie i dzieci. Więcej kotów niż psów. Obserwowali bezgłośną wędrówkę mgły. Cisza jest piękna, rzekł Heiner. Ledwo dokończył zdanie, Lena chwyciła go za rękę. Słuchaj. W lesie zatrzeszczało, jakby ktoś skradał się po przegniłych gałązkach, jakby zbliżał się do tarasu. I wtedy z lasu wyszedł jeleń z ogromnym porożem.

Nie do wiary, wyszeptał Heiner. Niemożliwe. Powiedz, że to nieprawda.

Zwierzę popatrzyło na nich, spokojnie, bez strachu, może nawet nie dostrzegło dwojga nieruchomych ludzi, po czym spuściło głowę i odwróciło się powoli. Zanurzone po brzuch we mgle, wydawało się płynąć z powrotem do lasu jakby na jakimś białym obłoku. Usłyszeli trzask gałązek pod jego kopytami.

Lena wstała. Spakowała termos i pociągnęła Heinera z tarasu. Miał lodowate dłonie, drżał. To znak, uznał. Los nie mógł przemówić wyraźniej. Lena spojrzała na niego. No, no, powiedziała. Słuchasz losu, cóż więc ci takiego mówi?

Kupić, odparł Heiner. A gdy tu zamieszkamy i gdy jeleń wróci, opowiem ci o najbardziej niesamowitej nocy w moim życiu.

Zatrzymali klucz i kupili dom. Framugi okien pomalowali na biało.

 

Od autorki

Ogłoszenie w gazecie składało się z kilku linijek. Pewien człowiek, który ocalał z obozu koncentracyjnego Auschwitz, założył stowarzyszenie i szukał przyjaciół, sponsorów, członków. Stowarzyszenie nosiło nazwę Lagergemeinschaft - Auschwitzer und ihre Freunde [Wspólnota obozowa - więźniowie Auschwitz i przyjaciele], inicjator mieszkał pod Frankfurtem. Pracowałam wówczas (w 1979 roku) dla heskiego radia i pomyślałam: oto ktoś, kto wydaje się gotów, by podzielić się swoimi doświadczeniami z innymi - jeśli teraz nie pokonasz swojego strachu przed tym tematem, to kiedy? Wiedziałam niewiele: Hermann Reineck był wiedeńczykiem i jako komunista w 1942 roku został wywieziony do Auschwitz. W dowodzie pieczątka: R.U. Rückkehr unerwünscht. Powrót niepożądany. Zaproponowałam w redakcji, że przygotuję portret tego mężczyzny.

Nigdy nie zapomnę tamtego popołudnia. Zaparkowałam w pobliżu domu, w którym mieszkał założyciel stowarzyszenia - i nie wysiadłam z auta. Jak przywitać człowieka, który przeżył Auschwitz? O co wolno pytać? Jak tam było? Rano, w południe, wieczorem, nocą, każdego dnia, miesiąca, roku? Jak można przeżyć w miejscu, które zostało pomyślane i urządzone po to, by mordować ludzi? Jak żyć z taką przeszłością? O co nie wolno mi pytać?

Zmusiłam się, by wysiąść z samochodu, i pomyślałam: zadzwonię, podam mu rękę - reszta potoczy się sama. Tak też się stało. Była kawa i ciasto, Hermann Reineck mówił, nie czekając na pytania, o swoim pobycie w obozie, o frankfurckim procesie oświęcimskim, o spotkaniu na sądowym korytarzu kobiety, w której się zakochał. Anni Reineck nalała kawę, postawiła na stole ciasto, a jej mąż wypowiedział zdanie świadczące o jego nastawieniu do życia: Niech się pani częstuje, w tym domu placek śliwkowy i Auschwitz pasują do siebie.

Po wywiadzie Hermann Reineck zadał mi na pożegnanie dwa pytania: Umie pani prowadzić ciężarówkę? Odpowiedź: Nie. Była już pani w Auschwitz? Odpowiedź: Nie. Zanim wyszłam, rzekł: Oczywiście, że z twoim prawem jazdy możesz prowadzić ciężarówkę. I oczywiście musisz zobaczyć Auschwitz. Mówiliśmy sobie na "ty". Hermann był szarmancki i władczy, i rzecz jasna, tego popołudnia zostałam członkiem stowarzyszenia. Należałam teraz do ich grona.

Byliśmy idealnym zespołem. Dziennikarka, która chciała wszystko zobaczyć i zrozumieć, oraz mężczyzna, który w ramach terapii, dla zachowania dobrego nastroju i zdrowia musiał rozmawiać o Auschwitz. Był utalentowanym opowiadaczem.

Na początku lat osiemdziesiątych, w czasie stanu wojennego w Polsce, organizował konwoje ciężarówek z darami dla swoich kolegów, tak jak on ocalałych z Auschwitz. Jeździliśmy wszerz i wzdłuż po kraju, w którym interesowało go przede wszystkim dobro jego przyjaciół. Ich dzieci, zmęczone strasznymi opowieściami rodziców, pokazywały nam, osobom towarzyszącym i kierowcom konwoju, współczesną Polskę. Kraj w stanie wojennym. Kraj, który spychał ludzi do podziemia.

Heiner, Lena i ich polscy przyjaciele mają zatem prawdziwe pierwowzory. Musiałam ich poznać, aby mogli jako bohaterowie powieści zacząć żyć własnym książkowym życiem, które toczy się według innych praw, innych natręctw i innych radości niż ich "prawdziwe" życie. Znaczy to, że Heiner nie jest Hermannem, a Lena nie jest Anni. Ich miłość także jest inna.

Przez kilka lat połykałam wszystko, co można było przeczytać, usłyszeć i zobaczyć na ten temat - aż mąż spytał mnie, czy nie jest to uzależnienie. Choć brzmi to dziwnie: owszem, ów horror uzależnia. Jest tak wiele historii, które nie zostały jeszcze opowiedziane, tak wielu ludzi, których można by jeszcze wypytać, nim będzie za późno. Gdy się to zrozumie, trzeba przestać. Schowałam stosy książek, kaset, manuskryptów do szafy i zamknęłam na klucz.

Blisko dwadzieścia lat później pewien przyjaciel z Izraela opowiedział mi przy kolacji, że dobrze przetrwał swoją pierwszą wizytę w Auschwitz, ale z ostrożności nie przystawał nigdzie dłużej. Słusznie zrobiłeś, odparłam, zatrzymywanie się jest niebezpieczne. Skąd to wiem? Kolacja zakończyła się pomysłem, by z rzeczywistości uczynić fikcję. Jeszcze tego samego wieczoru otworzyłam szafę. Z pierwszej książki, po którą sięgnęłam, wypadła karteczka: Moniko, nie zapomnij o nas!

Cóż zatem teraz? Próba wymyślenia prostej historii dla skomplikowanej miłości - na miejscu trwoga ginie.

 

Ogrodowa huśtawka stała się jego letnią kanapą. Często przesiadywał na niej długo po północy, nasłuchując głuchego odgłosu spadających na ziemię jodłowych szyszek, i każdego dnia utwierdzał się w przekonaniu, że w tym miejscu będzie mu się dobrze wiodło, przynajmniej przez jakiś czas. Z niecierpliwością czekał na wizytę jelenia.

W salonie na zimowej sofie straszyły dwa wytarte miejsca, jedno od siedzenia, drugie blisko prawego oparcia, tam gdzie spoczywała głowa Heinera, gdy za dnia dopadało go owo zmęczenie, na które nie pomagała nawet kawa Leny.

Nad sofą wisiał zegar z kukułką. Domek wysokości trzydziestu centymetrów, ze spadzistym daszkiem, w kolorze orzecha, obramowany pięcioma ręcznie rzeźbionymi liśćmi, pod cyferblatem blady napis: Made in Germany. Gdy kukułka odzywała się cztery razy, zapowiadała porę na ciasto, gdy wieczorem kukała ośmiokrotnie - porę na wiadomości. Zegar z kukułką był najbrzydszym przedmiotem w pokoju, w domu i prawdopodobnie na całym osiedlu. O każdej pełnej godzinie otwierały się drzwiczki, z których wyskakiwał podniszczony, wyblakły ptaszek z jasnego drewna i krzykliwie ogłaszał czas. Dzień i noc, przez całą dobę, sto pięćdziesiąt sześć ostrych pisków. Piszcząc, otwierał czerwony dziób, z którego została już tylko czerwona kropka, niczym resztka starej marmolady. Lewe oko wydawało się bledsze od prawego, ptak zezował. Heiner uwielbiał to paskudne pudełeczko. Wisiało w salonie u jego rodziców. Kukanie towarzyszyło narodzinom Heinera i wkroczeniu Niemców. Osiem okrzyków kukułki to ostatnia rzecz, jaką usłyszał, gdy został pojmany i odprowadzony przez żandarmów. Matka została w kuchni, żeby na koniec nie widział jej zapłakanej twarzy. Martha, jego ukochana, chwyciła się mocno framugi drzwi i wyszeptała: "Czerwony front". Ponieważ brzmiało to za cicho wobec tego, co z nim uczyniono i co go jeszcze miało czekać, odwrócił się na ostatnie wołanie kukułki. Głośniej, serduszko, wołaj głośniej. Nim znalazł się na ulicy, usłyszał na klatce schodowej rozpaczliwy krzyk: "Czerwony front!".

Wróć szybko, powiedziała matka - ale co znaczy szybko? Czy szybko to cztery godziny, czy trzy dni? Gdyby znał przyszłość, wówczas miesiąc, a nawet rok to byłoby szybko. Kiedy go zabierano na przesłuchanie, Heiner nie myślał jednak o długim rozstaniu, myślał o śmierci.

Gdy po wojnie odebrał od dozorcy klucze i wszedł do mieszkania rodziców, był przygotowany na wszystko, tylko nie na porządek. W swoim pokoju zastał posłane łóżko. Poduszki i wygładzona kołdra, jakby wyprasowana. Jakże często śnił o tej pościeli w czerwono-białe romby. Na nocnym stoliku leżało stare wydanie Seneki. Między stroną 260 a 261 zakładka. Tytuł rozdziału: Człowiek człowiekowi wilkiem. Tylko trzydzieści linijek. Najważniejsze podkreślił. "Wszak burza zapowiada się, zanim nadejdzie, dom trzeszczy, zanim się zawali, pożar zaś jest zwiastowany przez dym. Natomiast niebezpieczeństwo ze strony ludzi bywa zupełnie niespodziane i ukrywa się tym staranniej, im bliżej się przysuwa. Mylisz się, jeśli wierzysz wyrazowi twarzy tych, których spotykasz. Mają oni postać ludzką, lecz dusze dzikich zwierząt..."[1]. Zamknął książkę. Nie potrzebował już tych zdań.

Dla Heinera lata dzieciństwa w Wiedniu były cichym czasem. Na ulicach niemal żadnych aut, tylko konne powozy. W jego dzielnicy znajdowała się studnia, z której pewien mężczyzna, nazywany pojniczym, poił konie, tak jak później tankowano samochody na stacjach benzynowych. Zimą Heiner pędził po stromych ulicach na sankach. W szkole podobnie jak czterdziestu innych chłopców siedział w brązowej drewnianej ławce, z wyprostowanymi plecami, jakby połknął tyczkę. Miejsce dłoni było na stole, nigdy pod, toteż wszyscy uczniowie kładli przed sobą dziesięć grzecznych paluszków z wyszorowanymi paznokciami, wszyscy, tylko nie Heiner. Pod paznokciem palca wskazującego krył się brud, za co nauczyciel zbił go linijką po rękach. Pokazał te pręgi ojcu i już nigdy więcej, niezależnie od tego, jak czarne miał paznokcie, nie został zbity przez nauczyciela.

W kuchni nadal wisiał obraz, który wywoływał w nim w dzieciństwie wstręt. Na posłaniu z marchwi, selera i pora leżał martwy bażant z pustymi oczami. Rozcapierzone pazury, z otwartego dzioba wypełzał nagi ślimak. Teraz nie rozumiał już tego dziecięcego strachu. Obraz przedstawiał idyllę. Cudowny spokój.

Na brzegu wanny stał słoik kremu Nivea. W zielonym ceramicznym kubku tkwiła szczoteczka do zębów matki, a przed lustrem wiszącym nad umywalką babka czesała dawniej swoje długie włosy. Z pochylonymi plecami wykonywała sto pociągnięć szczotką od potylicy w stronę czoła. Potem odrzucała głowę w tył i zaczesywała włosy z czoła na kark, znów sto pociągnięć. Ani jednego więcej, ani jednego mniej. Dlaczego to robisz, babciu? Żeby lśniły i nie posiwiały. Patrz, mały, ani jednego siwego włosa. Czy mogę cię uczesać, babciu? Dobrze, tylko ostrożnie, mały. Nie wyrwij babci włosów z głowy, są jej jeszcze potrzebne. Czasami wieczorem wolno mu ją było czesać, dzięki temu, jeszcze zanim poszedł do szkoły, nauczył się liczyć do stu. Gdy ujmował szczotkę blisko włosia, pasma włosów przepływały mu przez palce. Jakby gładził jedwab. Czasami z włosów strzelały iskry. Babka mówiła wtedy, że burza wisi w powietrzu. Była starą kobietą, noszącą czarne spódnice, tak długie, że ocierały się o podłogę. Chodziła na barykady walczyć o prawo głosowania dla kobiet, które ustanowiono 12 listopada 1918 roku. Babka Heinera ogłosiła 12 listopada dniem swoich urodzin. Z powodu długich włosów i barykad nazywano ją w rodzinie "dziką Hildą".

Wszedł do salonu. Na stole leżał biały koronkowy obrus, wyjmowany zawsze na rodzinne uroczystości. Stała na nim srebrna solniczka, której nigdy nie chowano. Sól na stole przynosi szczęście. U szczytu stołu siadywał ojciec, naprzeciw niego babka, po prawej matka, obok Greta, której trzeba było jeszcze pomagać przy jedzeniu, a po lewej stronie ojca siedział Heiner, obok swojej siostry Almy. Przez chwilę widział ją oczyma wyobraźni, całą swoją rodzinę. Nie odmawiali modlitwy. Chwytali się za ręce, a babka mówiła: "Niech nawet w największej niedoli nie braknie nam chleba ani soli".

Ostrożnie, jakby dotykał relikwii, ujął w dłonie srebrną solniczkę. Zmatowiała; wytarł ją o kurtkę. Dziewięć małych, zatkanych dziurek. Dochodziła z nich cisza, jakby solniczka od lat wstrzymywała oddech. Polizał wieczko - niech nawet w największej niedoli nie braknie nam chleba ani soli. Dopiero gdy ojciec powiedział "smacznego", wolno było wziąć sztućce do ręki. Heiner znał ojca jako człowieka w garniturze. Urzędnik państwowy w "czerwonym Wiedniu", wrócił z wojny jako radykalny socjaldemokrata. Na deser nie zawsze mieli pudding czy ciasto, ale za każdym razem ojcowską lekcję polityki, w czasie której babka potakiwała głową, a matka słuchała cierpliwie, i która nudziła okropnie dziewczęta, Heinera zaś elektryzowała. Jego dziecięcy Wiedeń był cichy tylko poza domem. W wieku pięciu lat Heiner wiedział, że wybuchła wielka wojna, po której Austria została bez cesarza. Miał sześć lat, gdy ojciec zabrał go do socjaldemokratycznego towarzystwa przyjaciół dzieci. Heiner wiedział już wtedy, że tylko Wiedeń należy do "czerwonych", a cała reszta Austrii do "czarnych". Słyszał odgłos końskich kopyt, stukot powozów i wołanie dzieci, słyszał przed drzwiami domu swój przytulny Wiedeń, gdy ojciec nie podniósł jak zwykle sztućców i nie życzył wszystkim smacznego, tylko wbił wzrok w pusty talerz i powiedział w ciszy: Pałac Sprawiedliwości płonie. Heiner miał siedem lat i zrezygnowałby z każdej zupy, byleby tylko ojciec wyjaśnił wreszcie, dlaczego Pałac Sprawiedliwości płonął, kto go podpalił i czy to dobrze, że się pali. I dla kogo to dobrze, dla czerwonych czy dla czarnych.

Usiadł na krześle, na którym siadywał jako dziecko.

Słyszał głos ojca. Przemawiał zwięźle, niczym nauczyciel w szkole. W miejscowości Schattendorf, w kraju związkowym Burgenland, podczas konfrontacji między prawicowymi, wiernymi cesarzowi "kombatantami" a lewicowymi socjaldemokratami zastrzelono dwie osoby. Mężczyznę i dziecko. Wczoraj, 14 lipca 1927 roku, zapamiętaj tę datę, mały, sprawcy zostali uniewinnieni przez sąd przysięgłych. Oburzenie "wyrokiem z Schattendorf" sprawiło, że ludzie tłumnie wylegli na ulice, pociągnęli pod Pałac Sprawiedliwości, przełamali bariery, podchodzili coraz bliżej. Poleciały kamienie, rozbijano szyby. Odważni mężczyźni szturmowali pałac, rąbali meble siekierami i podpalali wszystko, co dawało się podpalić. Ogień przegryzł dach, pod niebo wzniósł się dym. Lud się broni, nigdy o tym nie zapomnij, mały. Chodźmy popatrzeć, błagał Heiner. Dzieci nie mają tam czego szukać, odparł ojciec. Po obiedzie wyszedł z domu, podczas kolacji podsumował wydarzenia dnia. Policja strzelała do tłumu. Osiemdziesiąt dziewięć osób zginęło, ponad tysiąc zostało rannych. Uważaj, mały, prawicowcy rosną w siłę. Ujął sztućce w dłonie. Mordercy są na wolności, dodał cicho. Czasy się radykalizują. Zapamiętajcie moje słowa, to pierwszy krok ku wojnie domowej. Smacznego. Dla Heinera ojciec był prorokiem.

W wieku jedenastu lat dołączył do Czerwonych Sokołów. Poznał Marksa oraz Marthę, chudą dziewczynkę z grubymi warkoczami, pierwszą w nowym kręgu, która spytała go, jak ma na imię. Dla innych chłopców najważniejszy był Hadżi Halef Omar ben hadżi Abdul Abbas ibn hadżi Dawud al Goszar, ale Heinerle, jak nazywała go czule Martha, marzył o dyktaturze proletariatu, dlatego zakochał się w chudej dziewczynce, która miała takie same marzenia. W imię sprawiedliwości gotowi byli pójść na barykady, jak babcia Heinera.

Gdy miał trzynaście lat, zmarł ojciec. Rok później zaczęła się wojna domowa. Heiner i Martha rozdawali ulotki. Istniało tylko "lewo" albo "prawo". Lewica oznaczała sprawiedliwość, prawica - wyzysk. Wiedzieli, gdzie należą. Prawicowcy chcieli zniweczyć wszystko, co socjaliści zrobili w Wiedniu dla najuboższych. Mieszkania, na które każdego było stać, ochronę najemców, podatek od luksusu za posiadanie służących i pokojówek, koni wyścigowych i prywatnych samochodów. W wielu dzielnicach Wiednia przestało być przytulnie. W parlamentach bili się wielcy, na ulicach mali. Heiner bił się za swoją matkę, której odebrano rentę po mężu, ponieważ była tylko jego drugą żoną. Dzięki uporowi wybłagała przyznaną z łaski rentę sierocą dla dzieci i dziesięć godzin dziennie sprzątała mieszkania bogaczy. Podczas posiłków to Heiner zasiadał teraz u szczytu stołu i odgrywał głowę domu. Wygłaszał polityczne mowy, cytował Marksa i mówił: "Czerwony front", nim wziął do rąk sztućce. Gdy nazwał matkę "pomywaczką wroga klasowego", rzuciła mu na talerz pustą portmonetkę. Wróć, jak kupisz chleb i mięso, powiedziała. Wściekły, pobiegł przez miasto, zadzwonił do Marthy i dowiedział się, że jej matka również zajmuje się sprzątaniem. Umilkł. Gdyby nie praca matek, umarliby z głodu. Sprzątanie u wroga klasowego - przysięgli, że zemszczą się za to upokorzenie.

Wyszedł z domu bez kawy i choćby kęsa chleba. Przed oczami wirowały mu czarne i czerwone kręgi, chował się więc w bramach i czekał, aż zawroty głowy miną. Wyostrzył mu się wzrok. Na ulicach widział ludzi w łachmanach. Starych płaszczy, spodni i kurtek nie wyrzucano, tylko je łatano. Patrzył na nogi w rozpadającym się obuwiu. Na uliczkach, którymi dawniej jego ojciec chodził pilnie do pracy, stali sami żebrzący. Nie był jedynym chłopcem wystającym w bramie i walczącym z czerwonymi i czarnymi kręgami, które wywoływał głód. Pojął, że na biedę nie pomoże Marks, trzeba czegoś więcej. Jego bogiem został Stalin, jego marzeniem - rewolucja. Pisanie z Marthą ulotek i roznoszenie ich nocą było najpiękniejszą rzeczą, jaką mógł sobie wyobrazić. Miłość i niebezpieczeństwo - upajał się tym. Po rewolucji zamierzali zdać maturę i podjąć studia. W Wiedniu i Moskwie. Tymczasem jednak Heiner chciał odbyć praktykę jako kreślarz, ale gdy nie znalazł nigdzie miejsca, matka posłała go na naukę do introligatora. Introligator! Harował jako koń. O świcie zaprzęgano go skórzanymi pasami do bryczki obładowanej książkami. Wcześniej nie wiedział, ile waży papier, nauczył się tego. Przez cztery godziny ciągnął wózek z piątej do siedemnastej dzielnicy. Rozładować książki, załadować papier i wio, z powrotem, z siedemnastej do piątej dzielnicy. Upadał na ulicy niczym zagoniona szkapa. Ludzie przystawali, popatrzcie no tylko - jaki biedny chłopiec! Pomagali mu wstać i popychali dalej niczym upartego osła. Kiedyś jakaś starsza kobieta dała mu nawet kawałeczek kiełbasy.

Heiner poznawał nowe słowa. Nagle pojawili się mężczyźni, o których mówiono, że mieszkają kątem, jako sublokatorzy czy podnajmujący. Mieli pracę, owszem, ale żadnych pieniędzy na pokój. Wszystkie rodziny, które znał, przyjęły sublokatora, również u Marthy zamieszkał jeden, a pewnego dnia także babka Heinera sprowadziła podnajmującego, który zgodnie z zasadami nie mógł się zjawiać przed dziewiątą wieczorem i musiał wychodzić z domu o siódmej rano. Mężczyźni nie należeli do rodziny, w niedziele, gdy nie szli do pracy, spali na ławkach w parku. W mieszkaniu towarzysza Paula Heiner zobaczył na podłodze namalowane kredą linie. Przed salonem linia, linia przed pokojem, w którym Paul spał ze swoim synem, i przed kuchnią. Spytał przyjaciela, co to za gra. To nie gra. Paul oznaczył kredą miejsca, do których sublokatorowi nie wolno było wchodzić. Heiner nigdy nie spotkał podnajemcy w swoim domu. Alma widziała go kiedyś nocą na korytarzu. To karzeł, powiedziała, mniejszy niż Greta, dwóch takich zmieściłoby się w jednym łóżku.

Jakżeż to było dawno temu. Życie przed życiem. Heiner wstał. Dosunął krzesło do stołu. Cała rodzina rozproszona, ale teraz, w tym pokoju, znów tak blisko niego. Odstawił solniczkę na stół. Dokładnie pośrodku, tam, gdzie świeciła dziurka w koronkowym obrusie.

Na krzesłach i podłodze leżała gruba warstwa kurzu. Z sufitów zwisały pajęczyny z nieruchomymi pająkami, śpiącymi lub martwymi. Czy powinien wyzwolić mieszkanie z tego zakurzonego odrętwienia, czy też pozostawić je pająkom? A może nowe życie nie musi zaczynać się od nowego mieszkania? W dywanie były dziury. Mole miały więcej do jedzenia niż on.

Gdy chciał opuścić mieszkanie, odkrył ślady butów, większe niż te, które sam zostawił. Ktokolwiek to był, przeszedł z korytarza do salonu, stamtąd na kanapę, nad którą wisiał zegar z kukułką, i z powrotem do drzwi mieszkania. Pokonał tylko tę drogę. Kroki były długie, dłuższe niż kroki Heinera. Nie znalazły się w pokoju dziecięcym, w łazience ani w kuchni. Gdy chciał już wychodzić, usłyszał stłumione pukanie. Wrócił do salonu i zobaczył, że zacięły się drzwiczki zegara z kukułką. Gdy je otworzył, mały ptaszek wyskoczył i rzucił mu na powitanie znajome "kuku".

Na Wiedeń spadły tysiące bomb, czterdzieści tysięcy mieszkań znikło, połowa świata leżała w gruzach, miliony ludzi zostały zamordowane - i w całym tym piekle jakiś szaleniec musiał co osiem dni nakręcać zegar. On zaś, który przeżył to szaleństwo i wrócił do domu, uwolnił drewnianą kukułkę z niewoli. Stał przed zegarem i śmiał się swoim heinerowskim śmiechem, który brzmiał jak napad astmy.

1 Lucius Annaeus Seneca, Listy moralne do Lucyliusza, przeł. Wiktor Kornatowski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010.

 

Delikatnie, żeby nie obudzić Heinera, Lena zamyka za sobą drzwi, wyprowadza skuter z garażu i jedzie pięć kilometrów prościutką ulicą do miejscowości, na której obrzeżach leży osiedle. Nie zdecydowałaby się na dom pod lasem, gdyby nie to miasteczko. Jej oczy potrzebują więcej barw niż tylko ciemny brąz pni drzew, aksamitny brąz wiewiórek i zielone igły jodeł, a jej uszy innych dźwięków niż skrzeczące ptaki i trzeszczące poszycie. Lenie potrzeba głosów sprzedawców na sobotnim targu, ulicznego hałasu, poczucia, że jest częścią całego tego ruchu. Miejscowość od początku się jej spodobała. Wysokie domy z muru pruskiego, stojące przy rynku, liczą pięćset lat, wszędzie biało-czerwone dachy pokryte błyszczącym łupkiem. W fontannie z piaskowca kąpią się gołębie, a latem przysiadają wokół turyści.

Gdy Lena odbiera u piekarza torebkę z "dwoma z makiem, dwoma z kminkiem dla pani Rosseck" jest tuż po ósmej. Później jedzie do kiosku, bierze ze stosu gazet "Tageszeitung", a dla Heinera "Wiener Kurier". Siada do lektury w zakurzonej Café Plüsch przy rynku i wypija dwie mokki bez niczego. Najchętniej czyta dział turystyczny. Marzy o morzach południowych. Siedzieć cztery tygodnie pod palmami, pływać wśród kolorowych ryb, zanurzać dłonie w gorącym piasku - ale kto poślubia mężczyznę takiego jak Heiner, musi zrezygnować z mórz południowych albo wyjeżdżać samemu. Jeden raz, tuż po ślubie, zdołała go zaciągnąć nad Adriatyk. Mieszkali w małym nadmorskim hoteliku. Woda była błękitna jak niebo, z okna mogli widzieć dno morza. Gdy Lena pływała i leżała na słońcu, Heiner siedział w hotelu. Nie nudził się. Czytał, spał i robił notatki do eseju o życiu po przeżyciu. Rozkoszował się miłością z Leną. Pachniała morzem, smakowała piaskiem - najchętniej nie wypuszczałby jej z rąk. Godził się na to, że dla tego wszystkiego będzie musiał fatygować się na chorwacką wyspę Dugi Otok. Dla Heinera, co Lena wiedziała już po tym urlopie, piękno nie jest źródłem wyzwolenia. Piękno go dręczy i oślepia, sprawia, że obrazy, które w sobie nosi, stają się jeszcze bardziej ponure. Poza tym ma on własny piasek, w którym raz po raz zanurza palce. Znajduje się w domu, w słoiku po musztardzie, stojącym na kredensie, o trzy kroki od kanapy.

Jak się miewa twój mąż, pyta nosowo kelner w Café Plüsch. Pyta o to każdego ranka między pierwszą a drugą mokką Leny, ta zaś odpowiada: dziękuję, mąż ma się dobrze. Nawet jeśli akurat czuje się źle. O dziewiątej wraca na osiedle. Tylko w środy i piątki czeka do dziesiątej, bo w te dni żona pastora ćwiczy grę na organach. Zrodził się wokół tego cały rytuał, o którym nikt nie wie, kiedy wziął początek. Organistka wkracza do kościoła i zamyka za sobą ciężkie drzwi. Gdy tylko rozlegają się pierwsze tony, ktoś otwiera drzwi, żeby muzyka mogła dobiegać na rynek. Dwa razy w tygodniu Lena obserwuje zafascynowana, jak kwadrans muzyki Bacha czy Brucknera wystarcza, by odrobinę zachwiać codzienną rutyną. Jakaś kobieta przerywa zakupy i przysiada na schodach kościoła. Piekarz otwiera okna piekarni, sprzedawczyni z księgarni staje przed drzwiami, a Lena odkłada gazetę. Rzeźnikowi robi różnicę, czy wbija tasak w kark jagnięcia w poniedziałek, czy w piątek. Twierdzi, że szlachtowanie zwierząt przy dźwiękach muzyki organowej ma w sobie coś świętego.

Gdy jesienią 1966 roku Heiner i Lena wprowadzili się do domu na skraju lasu, pośród młodych rodzin uchodzili za starszą parę. On po czterdziestce, ona dziesięć lat młodsza. Piętnaście lat później już tylko nowi mieszkańcy osiedla zastanawiali się, jak też ci dwoje się dobrali. Nieskrępowana kobieta, która śmieje się głośno i chętnie, smaży najlepsze powidła śliwkowe na osiedlu, mówi po polsku i francusku i nosi zwariowane kapelusze oraz buty na niebezpiecznie cienkich obcasach, gdy starym daimlerem udaje się do miasta. Na drzwiach domu wisi tabliczka: Lena Rosseck, dyplomowana tłumaczka. Kiedy jedzie na skuterze, jej długie włosy powiewają na wietrze, wygląda wtedy tak, jakby była córką mężczyzny z głębokimi zmarszczkami na twarzy. Jego austriackie rzucane na powitanie "serwus" jest urocze, tylko uśmiech niknie szybciej niż uśmiech innych ludzi. Dziwna z nich para. Nie zwracają na siebie uwagi, ale długo by można o nich rozprawiać. U Rossecków często całą noc pali się w salonie światło, wąska, żółta smuga pada wtedy przez firanki na ulicę. Mówi się, że nawet gdy mężczyzna był młodszy, też nie jeździł do pracy. Nocami czyta, może jest uczonym. Rosseckowie od czasu do czasu miewają gości, którzy zostają u nich długo, niekiedy dwa tygodnie. Ludzie ci wymawiają twardo "r" i pochodzą z Polski, przed domem często stoją także samochody na austriackich rejestracjach. Z Polakami można porozmawiać, mówią po niemiecku. Nie wiadomo, dlaczego ta pełna życia kobieta kocha owego dziwnego mężczyznę - musi mieć swoje powody. Może on jest bogaty, a ona ma w mieście kochanka. Są jedynymi na osiedlu, u których nigdy nie widziano choinki. Obchodzą święta z gośćmi z Polski i Wiednia, widać to po rejestracjach. Każdy wie, że Lena ma w mieście przyjaciółkę Gesę, właścicielkę kina. Gdy nikt się nie zjawia na pokaz filmów zamówionych przez Gesę, siedzą same na sali kinowej, oglądają filmy i piją wino. Poza Gesą, lekarzem i listonoszem nikt nie widział domu Rossecków od wewnątrz. Z lasu można zobaczyć taras, wiadomo też, że według "wiedeńczyka", jak go nazywają, można nastawiać zegarek. O trzeciej kończy popołudniową drzemkę na ogrodowej huśtawce i, jakby inaczej nie potrafił się dobudzić, przez godzinę maszeruje szybko po lesie. O czwartej pije kawę na tarasie. Gdy kończą się wiadomości, odbywa wieczorny spacer po osiedlu, niczym inspektor, z żarzącym się papierosem w lewej dłoni. Mężczyzna nie jest niesympatyczny, tylko nieco dziwny. Często dostaje listy i kilka razy w tygodniu wrzuca grube koperty do skrzynki pocztowej.

Lena wtacza skuter do garażu, nakrywa stół do śniadania, zaparza kawę i cicho otwiera drzwi do sypialni.

Nie śpisz?

Jeżeli nie odpowiada, pozwala mu spać. Gdy poruszy lekko głową, znaczy to, że nie śpi, ale nie jest jeszcze gotowy na nadchodzący dzień. Lena idzie wtedy do pracowni, zaczyna tłumaczyć tekst i nasłuchuje odgłosów z sypialni. Kiedy usłyszy prysznic, robi jajecznicę z boczkiem dla Heinera, a dla siebie dwa jajka sadzone.

Jego włosy są ciągle wilgotne. Pachnie lawendą. Ma na sobie aksamitny szlafrok, który podarowała mu na urodziny. Mak dla Leny, kminek dla Heinera. Czasami mawia: niech nawet w największej niedoli nie braknie nam chleba ani soli.

W niedzielę mamy gości, mówi Lena.

Kogo?

Koleżanka. Jest nowa w okolicy. Miła, lubię ją.

Dobrze, mówi Heiner. W takim razie i ja ją lubię. Jak ma na imię?

Ninja. Nie przestrasz jej swoim piaskiem. Albo zrób to. Zobaczysz, jak będziesz się czuł.

 

Miał zamknięte oczy, gdy włosy Leny opadły mu na twarz. Nie wiedział, jak wygląda kobieta, która się nad nim pochylała, ale spodobał mu się zapach jej włosów.

Lena także nie zapomni nigdy pierwszego razu, gdy zobaczyła Heinera. Wysoki, chudy mężczyzna opierał się o ścianę sądowego korytarza i powoli się osuwał, centymetr po centymetrze. Wcześniej spędziła kilka godzin w swoim biurze, gdzie tłumaczyła zeznania polskiego świadka, który nie chciał przyjechać do Niemiec. W biurze panował zaduch, nie było okna, jednak wrażenie braku powietrza powodował ów tekst. Wpięła protokół do teczki, którą chciała zostawić w biurze sędziego. Był piątek, 5 czerwca 1964 roku, ciepły letni dzień, na który Lena, aby wyrzucić z głowy zeznania świadka, zaplanowała miłe rzeczy. Pływanie, drzemka na otwartym basenie, wyjście z Tomem do kina, a potem ciepłą nocą na wino.

Twarz mężczyzny, który niczym w zwolnionym tempie osuwał się przy ścianie, była blada. Lena podbiegła i przytrzymała go za ramiona, aż przysiadł bezpiecznie. Niech pan popilnuje teczki, powiedziała i pobiegła do stołówki. Zabrała krzesło, kupiła wodę i czekoladę z orzechami, po czym zdobyła poduszkę. Mężczyzna odgarnął brązowe loki za uszy, na czoło wystąpił mu pot. Wiedziała, kim był. Świadkiem z Wiednia, który został zaproszony na 5 czerwca 1964 roku, pięćdziesiąty drugi dzień rozprawy, na godzinę 8.30. Otarła mu czoło własną chusteczką. Otworzył oczy. Były niebieskie i bardzo jasne, w szkole malowała tuszem niebo w takim kolorze.

Spytała, czy już mu lepiej.

Wypił łyk wody, ugryzł czekoladę, pozwolił Lenie posadzić się na krześle. Później przyznał, że mniej zajmowała go własna słabość, a bardziej silne dłonie i zapach włosów Leny. Lena zaś pomyślała: cóż za delikatna twarz. Pierwszym słowem, które wyszeptał, było: serwus. Tego dnia nie zamierzał już odpowiadać na żadne pytania, jednak Lena zadawała więcej pytań niż sędzia i chciała wiedzieć wszystko od razu. Jest pan we Frankfurcie sam? Czy ktoś się panem zajął? Jak długo już pan tu przebywa? Jak długo pan zostanie? Mieszka pan w hotelu? Co robi pan wieczorem?

Mężczyzna, który powoli odzyskiwał rumieńce na twarzy, odparł tępo:

Próbuję przejść się po mieście.

Dlaczego próbuje?

Ponieważ nie potrafię. Wychodzę z hotelu i wracam po dziesięciu minutach.

Dlaczego?

Uśmiechnął się. W mieście jest zbyt wielu Niemców.

No, no, odparła Lena, zbyt wielu Niemców, z tym raczej nic się nie da zrobić, mieszkają tutaj.

Młodzi ludzie nie są problemem, odrzekł, ale ci w moim wieku i starsi, tych nie znoszę. Przyglądam się im, aż przystają i pytają, czy się znamy. A ja odpowiadam: na miłość boską, nie, to byłoby straszne, i odwracam się. Lena odparła: no, no. Mogło to znaczyć: rozumiem. Albo: facet zwariował.

Położyła mu dłoń na ramieniu i zastanowiła się. Basen. Kino. Tom. Wino ciepłą nocą. Piękny plan - ale czyż może dopuścić, by ten mężczyzna sam próbować postawić w Niemczech kilka kroków? Dlaczego nie pozwolił się sobą zająć? Wszystkim świadkom przydzielono opiekunów. Czy miała go ze sobą zabrać, włączyć w swoje plany? Zły pomysł. Ledwie dziesięć minut temu mężczyzna miał łzy w oczach. Spojrzała na niego. Przystojny. Uśmiechał się, pozwalał sobie pomóc, nie wstydząc się swojej słabości. Im dłużej jej dłoń spoczywała na jego ramieniu, tym większą odczuwała ciekawość. Nie znała nikogo takiego jak on. Gdy mężczyzna wróci do Wiednia, straci okazję, by go poznać. "Czy mogę pana...", zaczęła, a Heiner w tej samej chwili: "Moglibyśmy...", po czym jednocześnie: "zaprosić dziś wieczorem na piwo" i "zjeść tort śmietankowy".

W pierwszą podróż do Frankfurtu wybrał się rok wcześniej. Miał wówczas nogi z ołowiu, a droga do więzienia śledczego jawiła się niczym druga deportacja. Towarzyszył mu sympatyczny sędzia, ale jakkolwiek nazwano by to, co go czekało - konfrontacja, spotkanie - przyjazne nazwy nie zdołałyby uczynić drogi lżejszą. Miał zidentyfikować dwóch mężczyzn, którzy dawniej każdego dnia mogli go zabić: Josefa Klehra i Oswalda Kaduka. Miał im powiedzieć prosto w twarz, co wówczas widział. Kaduk siedział od pięciu lat w więzieniu śledczym, został rozpoznany w Berlinie przez byłego więźnia. Jak gdyby nigdy nic pracował jako pielęgniarz, tak jak przed wojną. Pacjenci nazywali go "papą Kadukiem", taki był uroczy. Kaduk, potężny facet, nadal napawał Heinera strachem. Jeżeli nagle uderzy - czy sędzia zdoła go obronić? Strach przed Klehrem był bardziej rozmyty. Mężczyzna nie miał już w ręku strzykawki, którą mógł zabić, ale ta jedna sekunda, gdy Oberscharführer zmierzył go wtedy wzrokiem, ta zimna trwoga nadal głęboko w nim tkwiła.

Sędzia dodał mu odwagi: będzie dobrze, panie Rosseck, bez obaw. Gdy weszli do małego pokoju wizyt, obaj mężczyźni już tam siedzieli; po raz pierwszy zobaczył ich bez mundurów, bez broni, poza otoczeniem, w którym to oni byli panami. Wymienił krótkie spojrzenie z Klehrem, którego codziennie widywał w obozie. Ten spytał chłodno: Co ma znaczyć ten cyrk? Nigdy nie widziałem tego człowieka. Heiner mu wierzył. Jak miałby go rozpoznać? Nie był już szkieletem w paski, miał włosy, które zapuszczał, tam nie wolno było mieć włosów. Nosił marynarkę, białą koszulę i krawat, był człowiekiem. Oczywiste, że Klehr nie wiedział, kim jest. Wyciągnął dłoń i Heiner ją uścisnął, choć postanowił, że nie poda ręki żadnemu z tych mężczyzn. Odruch. Ściska się dłoń, którą nam podają. Klehr nie czuł wściekłości, raczej irytację z powodu tego, co mu zarzucano. Tak, tak, robiłem zastrzyki, przyznał, ile jeszcze razy chcecie to usłyszeć... prowadziłem dziennik... wszystko jest w nim zapisane... tak, zginęło ich 12 400... to było dla tych ludzi wybawienie, dlaczego nikt nie chce w to uwierzyć... w komorze gazowej musieliby cierpieć ponad osiem minut... a u mnie: zastrzyk prosto w serce, przewraca się, nie żyje... a tego mężczyzny, ponownie spojrzał na Heinera, nigdy w życiu nie widziałem. Również Heiner z trudem rozpoznał Klehra. Wyglądał jak zwykły człowiek, ale wówczas rozpoznałby go wśród setek ludzi i z każdej odległości.

Kaduk nie wstał. Odchylił gwałtownie głowę i spojrzał na Heinera, jakby chciał powiedzieć: czego tu szukasz, chłystku. Proszę, panie Rosseck, rzekł sędzia, niech pan opowie o swoim pierwszym spotkaniu z Kadukiem.

Teraz mógł przemówić, powiedział to, co sobie postanowił. Każdy miał tam swoją specjalność, panie sędzio, ale to wiadomo dopiero wtedy, gdy się to samemu zobaczy. Pamiętam wszystko tak dokładnie dlatego, że był to mój pierwszy dzień pracy, a poprzedniego mnie przywieźli. Kaduk mordował pałką.

Aresztowany aż podskoczył, zacisnął pięść. Heiner cofnął się, gdy Kaduk krzyknął: zwalaj wszystko na mnie, ha! To był na powrót dawny Kaduk. Ten krzyk i "ha" na końcu lub na początku zdania. Ha, na maluczkich zwala się wszystko, a wielkim nic się nie stanie, ich puszcza się wolno, my zaś dostajemy dożywocie. Kaduk wbił wzrok w sędziego. Chcecie wiedzieć, jak było? Sędzia skinął głową. Dlatego tu jesteśmy. Było, jak było, krzyczał Kaduk, panowie dowódcy nie powinni temu teraz zaprzeczać, transporty zjeżdżały do obozu jak ciepłe bułeczki z taśmy, wszyscy mieli służbę na rampie i oczywiście do gazu najpierw szły dzieci, jasna sprawa, potem matki, które trzymały się dzieci, ale ja nikogo tam nie posłałem, ja nie, ja tylko pilnowałem jak cerber, żeby nikt nie wykradł się z grupy kandydatów na śmierć. Tak, tak, byłem ostrym psem, prowadzenie obozu kosztowało wiele nerwów, może mi pan wierzyć, to była ciężka praca, ale ja nie byłem typem, który się załamuje - prędzej załamię się tu, w celi, a wie pan dlaczego? Bo w sądzie stosuje się podwójną miarę.

Heiner oparł się o ścianę. Kaduk był trudnym przeciwnikiem. W żadnym razie nie powinien zobaczyć, że Heiner się trzęsie. Sędzia próbował uspokoić Kaduka. Niech pan usiądzie, proszę pana, niechże pan siada. Gdy ten wreszcie opadł na krzesło, Heiner raz jeszcze wciągnął głęboko powietrze, aby z natłoku obrazów w głowie uformować zdania, o które mu chodziło. Jego głos brzmiał cicho, acz zdecydowanie. Kaduk robił to pałką, powiedział. A Klehr zastrzykami.

Gdy z pokoju wizyt wyprowadzono obu mężczyzn, z którymi w obozie zetknął się tak niebezpiecznie blisko, sędzia podsunął Heinerowi krzesło, na którym siedział wcześniej Josef Klehr. Proszę, rzekł Heiner, chodźmy już, nie mogę usiąść na tym krześle.

Wszystko to działo się rok temu, teraz miał powtórzyć przed sądem, co wówczas widział. Dokładnie. Gdzie, kiedy, jak. W protokole zapisano później, że przesłuchanie Heinera Rossecka, świadka z Wiednia, w pięćdziesiątym drugim dniu rozprawy trzeba było przerwać, ponieważ świadek płakał i nie był w stanie dalej mówić. Jednak to nie wspomnienia go przytłoczyły. Mógł opowiadać o tym, co przeżył, po to przyjechał do Niemiec. Tym, co go załamało tego ranka, było dochodzenie prawdy w rozumieniu kodeksu karnego. Wiedział, że w procesie chodzi o daty i fakty, nie o uczucia, ale przecenił samego siebie. Siedział przed nim sędzia, który przemawiał tak karcącym tonem, jakby miał przed sobą zupełnie nieprzydatnego świadka wypadku drogowego. Obrazy, które w nim tkwiły, i fakty, które chciał usłyszeć sędzia, dzieliła odległość tak wielka, że zmieściłby się w niej cały świat. Heiner nie miał grubej skóry potrzebnej do tego wystąpienia. Przecież siedzieli za nim sprawcy. Nie musiał się odwracać, wiedział, że ich twarze pełne są szyderstwa i drwiny. Klehr się uśmiechał. Kaduk arogancko odrzucał głowę w tył. Pytania ich adwokatów były ostre albo wyniosłe: gdzie to było? Którego dnia, którego miesiąca, w południe czy wieczorem? Z jakiej odległości pan to widział? Dziesięciu metrów, dwudziestu metrów? Twierdzi pan, że z odległości pięćdziesięciu metrów rozpoznał pan czyjąś twarz? A pogoda? Leżał wtedy śnieg? Padał deszcz? Było mgliście? Drzwi, zza których rzekomo obserwował pan pana Klehra podczas robienia zastrzyków, znajdowały się po prawej czy po lewej stronie, z przodu czy z tyłu baraku? Czy w ogóle były tam drzwi, a może pomieszczenie oddzielał tylko wiszący koc? I jaki koc, brązowy czy niebieski? Heiner łatwo dawał się wyprowadzić z równowagi. Adwokaci sprawców zachowywali się niczym obozowe psy. Czujne, ostre, gotowe do skoku.

Kręcił głową, zaczął się jąkać. Zalał się łzami i poprosił o przerwę.

Wieczorem pięćdziesiątego drugiego dnia rozprawy Heiner i Lena byli jedynymi gośćmi w kawiarni Stern. Kawiarnia znajdowała się w dzielnicy Gallus, gdzie obradował sąd. Lena piła wino, Heiner do każdej kawy wypalał dwa papierosy. Szybko znaleźli właściwy ton rozmowy, poważny i wesoły, i już nieco poufały po wcześniejszym spotkaniu na korytarzu. Heiner słuchał opowieści o tym, jak powoli osuwał się przy ścianie na podłogę, Lena zaś chciała wiedzieć, jak on ją odebrał. Włosy na mojej twarzy, powiedział, niczym chusta z chłodnego jedwabiu. I zapach. Czy miała pani kiedyś okazję słonecznego wrześniowego dnia wyciągać z ziemi borowiki? Tak pachną pani włosy. Pani dłonie, dodał, wydały mi się większe i silniejsze niż te, które leżą teraz na stole. Dłonie chirurga, jest pani lekarką? Miał dobry nastrój. Dawno już nie czuł się tak lekko jak tego wieczora z ową kobietą. Chciał jej się podobać, zabawić ją, chciał, żeby się śmiała. Podobał mu się jej śmiech, swobodny i głośny. Ze swoich spazmów na sali sądowej zrobił dla Leny numer kabaretowy. Mówił z wiedeńskim akcentem. Musi to pani sobie wyobrazić, wskazał na mężczyznę, który przy stole obok jadł kiełbaskę. Po dwudziestu latach zapraszamy tego człowieka i go przesłuchujemy. Heiner wstał i spytał tonem obrońców: jak długa była kiełbaska, którą pan zjadł, dziesięć centymetrów, dwanaście, dwadzieścia? Czy miała nacięcia na skórce, czy była gładka? Brązowa czy blada, chrupka czy flakowata? Gorąca czy zimna, a może tylko letnia? Panie świadku, jaki kolor miała musztarda? Jasnożółty, złotawy, pomarańczowy czy brązowy? Jaki smak? Łagodny, ostry czy średni? Z ziarenkami czy bez? A może zjadł pan kiełbaskę bez musztardy? Podano keczup albo majonez? Biały czy ciemny chleb? Obsługiwał pana Niemiec czy obcokrajowiec? Heiner był dobrym aktorem, czekał na śmiech Leny, ale ona się nie śmiała. Patrzyła na niego, jakby opowiedział jej coś niewiarygodnie smutnego, a to podobało mu się jeszcze bardziej. Czuł na sobie jej spojrzenie. Było uważne, nie mogło się przed nim ukryć, że nos Heinera wyglądał tak, jakby ten przegrał większość walk bokserskich w swoim życiu, z bliska jego podbródek wydawał się nieco krzywy. Heiner miał wielką ochotę się zakochać, ale byłby to prawdziwy cud, gdyby udało mu się to właśnie tutaj, w miejscu, w którym musiał walczyć z tyloma uczuciami. Zakochać się - cóż za chaos, budzący bardziej strach niż radość. Jeśli zaś nie odwzajemniała jego uczucia i siedziała przy nim tylko z litości, oznaczałoby to dla niego koniec w tym mieście. Lepiej już więcej się z nią nie spotykać. Czułe uczucia są niczym małe roślinki. Można je po prostu wyrwać z ziemi.