1. Poza czasem
Nikt mi nie wierzy, gdy to mówię, ale pamiętam moment swoich narodzin. Nie wiem, jak to możliwe. Czy reinkarnacja przebiegła zbyt szybko i jakiś patałach zajmujący się przenoszeniem duszy z jednego ciała do drugiego zapomniał zresetować mi pamięć? A może Bóg, lepiąc mnie z mieszanki błota oraz lawy wulkanicznej, zbyt wcześnie obdarzył zdolnością zapamiętywania rzeczy mniej lub bardziej ważnych? Tego chyba się nie dowiem, przynajmniej w najbliższym czasie... Jednego jestem pewna: byłam w pełni świadomym świadkiem własnych narodzin.
Mama rodziła mnie w małym, prowincjonalnym szpitalu. Wyobrażam sobie, jak jej krzyk niósł się po salach i korytarzu, budząc pacjentów i jednego woźnicę, który zawiózłszy ostatniego tego dnia klienta pod szpital, rozgrzany bimbrem roboty świętej pamięci teścia, usnął snem sprawiedliwego. Mama podobno darła się jak opętana. Zirytowana położna zagroziła, że jeśli się nie zamknie, zaknebluje jej usta. Akcja porodowa trwała dziesiątą godzinę i moja rodzicielka powoli traciła siły. Ja też. Czułam, jak pępowina zaciska się na mojej szyi i z coraz większym trudem łapałam oddech. Myślę, że to przesądziło o mojej klaustrofobii. Prawdziwy wstrząs przeżyłam jednak, gdy czyjaś ręka gwałtownie wyciągnęła mnie na ten świat. Teraz myślę, że pod pewnymi względami nawet wojna nie była tak straszna: mieliśmy czas, raz krótszy, raz dłuższy, by się przygotować do wszystkich zakazów i nakazów. Wtedy nie. Wyrwali mnie z ciepłego, ciemnego i do tej pory bezpiecznego pomieszczenia. Najpierw poczułam straszne zimno, jakbym skoczyła nago do Bałtyku przy trzydziestostopniowym mrozie, po chwili jeszcze gorsza okazała się oślepiająca jasność. Mrużyłam oczy, ale nic nie widziałam. Byłam strasznie zagubiona. Zaczęłam kwilić, a wtedy poczułam mocne uderzenie i rozpłakałam się na dobre. Właściwie nie bolało mnie aż tak bardzo, ale była to kropla, która przelała czarę goryczy.
- Dziewczyna, wojny szybko nie będzie. Same baby się rodzą. Dziś już szósta - podsumował moje przyjście na świat ostry kobiecy głos. - Słyszy pani? - Położna szarpnęła moją matkę za ramię. - Córka. Mąż pewnie nie będzie zadowolony. Każdy chce mieć chłopaka.
- Dzięki Bogu... - wyszeptała wyczerpana matka.
- Ano właśnie, jak pan Bóg chce, tak zsyła. Ja mam trzech synów, chętnie bym taką dziewuszkę wszystkiego nauczyła. I mnie samej lżej by było. Bo ile to roboty przy czterech chłopach...
- Pani Majchrowska, kolejna rodzi. Powściekały się dzisiaj czy co? - Inny, bardziej przyjemny głos przerwał narzekania położnej.
Kiedy znalazłam się w ramionach matki, natychmiast się uspokoiłam. Czułam, jak lekko mnie kołysze. Po jakimś czasie zrobiło mi się tak błogo, że szybko zasnęłam. Wtedy tam na górze zapewne naprawili swoje niedopatrzenie, bo nagle wspomnienie się urywa. Wiele osób przekonywało mnie, że jest to wytwór mojej wyobraźni, a nie wspomnienie, ale ja wiem swoje...
Wspomnienia to mój najtrwalszy bagaż. Przez lata upychałam je niczym chomik jedzenie, by potem odgrzebać najcenniejsze migawki we właściwym momencie. Staram się wybierać te dobre, choć nie zawsze mam na to wpływ. Większość najlepszych wspomnień dotyczy mojego wczesnego dzieciństwa. Rodzice nieraz dziwili się, że zapamiętałam wydarzenia, które miały miejsce zaledwie cztery czy pięć lat po moich narodzinach.
I tak na przykład w głębi pamięci zachowałam chwile, kiedy biegam po parku, na trawie leży mnóstwo żółtych i czerwonych liści. Mam maksymalnie trzy, cztery lata i jestem ubrana w miękkie skórzane trzewiczki, szare grube rajstopy i sztywną sukienkę. Mój ciepły, zapewne szyty u dobrego krawca płaszczyk, chroni mnie przed zimnem polskiej jesieni. Na głowie mam beret z dziwnie dyndającym pomponem. Moja mama siedzi na ławce i coraz szczelniej otulając się grubym szalem, rozmawia z wąsatym mężczyzną. Zbierając liście, zauważam wiewiórkę skaczącą niedaleko alejki. Zwierzę wyczuwa moją obecność i szybko umyka na najbliższe drzewo, a ja podbiegam do wysokiego dębu i próbuję zrobić to samo. Nagle czuję, jak twarda kora wbija mi się w naskórek i pod paznokcie. Zaczynam głośno płakać. Po chwili towarzysz mojej mamy podbiega i bierze mnie na ręce, po czym mocno przytula i całuje poranione dłonie.
- Moja córeczka... - szepcze czule.
Płacz więźnie mi w krtani i przyglądam się mężczyźnie z zainteresowaniem.
On również nie odrywa ode mnie wzroku.
- Poznajesz mnie? - pyta wzruszony.
- Daj mi ją. - Mama podchodzi i wyrywa mnie z jego objęć.
Opowiadałam mamie moje wspomnienie, ale ona stwierdziła, że nie pamięta tej sytuacji. Tata również.
- Miał takie śmieszne wąsy i biały szal... - tłumaczyłam kiedyś ojcu, licząc, że wreszcie sobie przypomni. - To byłeś ty?
- Nigdy nie miałem wąsów, coś ci się pomyliło. - Ojciec szybko uciął temat.
- Masz zbyt wybujałą wyobraźnię... - Mama westchnęła zdenerwowana i zakończyła rozmowę.
Nie pochwalała mojej dociekliwości. Nie chciała też opowiadać o tym, jak pojawiłam się na świecie.
Bardziej rozmowna była moja babcia.
- W powstaniu człowieka biorą udział ojciec, matka i Bóg - powiedziała mi kiedyś, nagle poważniejąc.
- Ale jak powstałam? - drążyłam zaciekawiona. Babcia nigdy wcześniej nie poruszała tego tematu. Może wtedy poczuła się bardziej swobodnie, bo w pokoju nie było mamy, która nierzadko ją strofowała.
- Twoja dusza, która przebywała w siódmym niebie, wstąpiła do brzucha mamy - wyszeptała mi do ucha, przytulając lekko.
Uwielbiałam kiedy brała mnie na kolana i obejmowała ciepłymi, miękkimi ramionami. Jej puszyste włosy łaskotały mnie w policzek a lekko mentolowy oddech ogrzewał szyję i ucho.
- To ja byłam w siódmym niebie? - zapytałam zdziwiona.
- Każdy tam był - powiedziała babcia z pewnością w głosie.
- Ale ja nic nie pamiętam... Daleko to siódme niebo się znajduje?
- Baardzo daleko...
- Dalej niż do Warszawy? - Dziwiłam się, bo nawet wyjazd do stolicy oznaczał długą podróż. Były to prawdziwe wielogodzinne wyprawy, które zapadały mi głęboko w pamięć.
- Dalej, moje dziecko... - Uśmiechnęła się, ukazując swoje malutkie ząbki.
- A nad morze? - dociekałam. Nie wyobrażałam sobie, że coś może znajdować się dalej niż Bałtyk
- Jeszcze dalej niż nad morze...
Powiedziała to z taką nonszalancją, że aż zaparło mi dech w piersiach. Gdyby nie ogromne zaufanie, jakim ją darzyłam, chybabym zwątpiła w prawdziwość tych słów.
Zamilkłam na chwilę, próbując sobie wyobrazić, jak trzeba długo jechać do siódmego nieba. Wreszcie uznałam, że musiała być to niezwykle męcząca, ale ciekawa podróż.
- Długo byłam w brzuchu? Musiało mi być tam strasznie niewygodnie... - Zmieniłam nieco temat, bo czułam się nieco znużona rozmyślaniem nad podróżą do siódmego nieba.
- Długo, ale to jest najlepszy okres w całym życiu człowieka. W tym czasie anioł wszelkich mądrości Tory naucza nas, pokazując niebo i piekło. Każde dziecko, które opuszcza brzuch matki, płacze z tęsknoty za tym, co traci. Ty podobno tak płakałaś, że cały szpital postawiłaś na nogi. - Babcia uśmiechnęła się i pogłaskała mnie po głowie.
- Babciu, ja chyba... Nie pamiętam ani nieba, ani anioła... Tylko jakaś pani krzyczała... - stwierdziłam ze smutkiem, wtulając się w jej ramię.
- Nie przejmuj się, żaden człowiek nie pamięta. Anioł, który podczas porodu wypycha dziecko, dotyka jego ust i wtedy zapomina ono całą naukę. Przed tym, jak dziecko opuszcza łono matki, słyszy słowa: "Bądź sprawiedliwy, nie zaś niegodziwy i chociażby cały świat cię upewniał, żeś sprawiedliwy, ty miej się za grzesznika. Wiedz też, że Bóg jest istotą czystą, że sługi jego są czyste i że dusza, którą ci dał, jest czysta".
- Jeśli nikt tego nie pamięta, to skąd wiesz, że tak jest? - zapytałam podejrzliwie.
- Mądrzejsi ode mnie to wiedzą. Niektórzy mówią, że niemowlę pamięta wszystko, ale ze strachu przed śmiercią nie zdradza tego. - Ostatnie zdanie powiedziała dużo ciszej.
- O czym tak szepczecie? Mam nadzieję, że nie opowiadasz jej znowu o tych plebejskich zabobonach! - zawołała mama, która weszła nagle do pokoju. Stanęła na środku i rozejrzała się dookoła. - Posiedzę tu chwilę, Bogusiowa robi porządki w salonie i strasznie hałasuje - powiedziała. Zajęła jedyne wolne krzesło i zaczęła ze znudzoną miną przeglądać jakieś czasopismo.
- Mama mówiła, że rosłam w brzuchu jak bułeczki drożdżowe - wyszeptałam babci, by mama nie usłyszała. - Wyrosłam z takiej małej kulki?
- Można tak powiedzieć, moje dziecko. Jedni mówią, że człowiek rozwija się od pępka, gdyż wszystko zaczyna się od środka, inni twierdzą, że od głowy...
- Romek Truszewski na pewno zaczął rosnąć od głowy. Ma tak wielką i twardą, że potrafi przebić nią deskę w płocie. - Zaśmiałam się głośno.
Mama, odrywając się od lektury, pokręciła głową z dezaprobatą.
- Co ty za brednie wygadujesz? Prosiłam cię tyle razy, byś nie zadawała się z takimi łobuzami - przypomniała rozgniewana.
- On nie jest łobuzem, jest mini... minisrakiem! - powiedziałam zadowolona, że zdołałam zapamiętać takie trudne słowo.
- Kim? - zapytała zdziwiona babcia.
- Chwalił się wszystkim, że pomaga księdzu w czasie mszy. Śmieszna nazwa, prawda, babciu?
Babcia nie odpowiedziała, tylko głośno chrząknęła. Po chwili przytuliła mnie do siebie i cicho wyszeptała:
- Lepiej nie mów o tym, gdy będziesz u wujostwa.
- Dobrze, babciu, choć to bardzo śmieszne...
Przez chwilę zamilkłam, zastanawiając się, czemu babcia się nie śmieje. Anka, córka piekarza, miała jednak rację: starzy ludzie niczego nie rozumieją.
- A do kogo jestem podobna? - zapytałam nieco głośniej, znów zapominając o obecności mamy.
- Wiesz, każdy człowiek dostaje coś od rodziców i Boga... Od taty masz wszystko, co białe - odpowiedziała.
- Co białe? - Nie zrozumiałam.
- Kości, paznokcie, białka oczne... - wymieniała babcia, zaginając palce lewej dłoni.
- Mam paznokcie po tacie? - powtórzyłam zaskoczona i zaczęłam przyglądać się swoim krótkim palcom. - A po mamie?
- Skórę, włosy, źrenice... - wyliczała znowu, zaginając kolejne palce dłoni.
- Ale ja nie mam włosów takich jak mama. Prawda, mamo?
- Tyle razy cię prosiłam, nie mąć jej w głowie! - Mama zbeształa babcię, nawet nie patrząc w jej stronę.
Babcia posmutniała, ale nie zaprotestowała. Nigdy nie przeciwstawiała się mamie, co nieraz mnie irytowało.
- A z twarzy do kogo jestem podobna? Wszyscy mówią, że jestem taka ładna jak mama i mądra jak tata... - Uśmiechnęłam się do babci, bo to zawsze poprawiało jej humor.
- Wyraz twarzy i rozum dał ci Bóg, pamiętaj o tym! - powiedziała z poważną miną. - Zapamiętaj też, że kobieta nie powinna przechwalać się swoją urodą. To nie podoba się Bogu. Ciesz się, że twoja mama nie lubi cebuli i rzodkwi.
- Dlaczego?
- Bo byś wyglądała jak nasza nowa posługaczka. Biedaczka, ma tak ordynarny wygląd. - Babcia ze zmartwienia aż ściągnęła brwi, przez co zmarszczki na jej twarzy stały się jeszcze bardziej widoczne.
- Ale dlaczego, babciu?
- A dlatego, że na wygląd dziecka ma wpływ to, co matka je w czasie ciąży - wyjaśniła.
- Mamo, co ty jadłaś? - Podbiegłam do mamy i oparłam się o jej krzesło.
- Jesteś dziś wprost nie do zniesienia. A ty, mamo, nie opowiadaj jej tych zabobonów, tyle razy cię prosiłam! - Rozgniewana mama poderwała się z krzesła i odłożywszy gazetę na stolik kawowy, podeszła do lustra. - Później powtarza te bzdury w towarzystwie.
- To nie są żadne zabobony, moja droga. Pamiętasz, jak mówiono, że na pewno syn Estery będzie mądrym człowiekiem, bo bardzo późno zaczął ząbkować? I co? Sprawdziło się. Teraz jest profesorem na jakimś zagranicznym uniwersytecie. Estera mówiła, że ostatnio otrzymał nawet ogromnie ważną nagrodę.
- Po prostu tak się złożyło - prychnęła mama, wpatrzona w swoje odbicie w lustrze.
Babcia zwykle dawała w końcu za wygraną, by nie denerwować mamy. Mawiała, że w rodzinie najważniejszy jest spokój i dobry obiad.
Uwielbiałam moją babcię. Kiedy pojawiała się w naszym domu, wszystko wydawało się weselsze. Nawet nasza służąca Bogusiowa miała więcej energii. Babcia była zawsze zabiegana. Nie lubiła siedzieć bezczynnie, co też nieraz denerwowało mamę. Nawet jak przychodziła do nas, często przynosiła ze sobą rozpoczętą robótkę, by, jak mawiała, "zająć czymś ręce i głowę". Babcia robiła mi ubrania na drutach, szydełku albo szyła przepiękne sukienki. Miała do tego prawdziwy talent. Za każdym razem, kiedy coś mi uszyła, robiła jednocześnie identyczną małą wersję dla mojej ulubionej lalki Lili. Koleżanki zieleniały z zazdrości, podziwiając te małe dzieła sztuki. Do tej pory pamiętam, jak wyglądały najpiękniejsze sukienki czy swetry stworzone przez babcię. Wręczając mi nową rzecz, całowała mnie w czoło i powtarzała zdanie: "Noś zdrowo, zużyj zdrowo i zedrzyj zdrowo do stu dwudziestu lat", czym wzbudzała moją wesołość.
Tak... Wiele rzeczy pamiętam, choć o niektórych wolałabym zapomnieć... Moja dobra pamięć nieraz przydawała mi się w życiu. Nawet teraz ludzie z niecierpliwością czekają na moje wspomnienia. A ja lubię opowiadać, choć czasem udaję, że nie. Dzisiaj jednak stresuję się o wiele bardziej niż zwykle...