Tam, gdzie lampki nie świecą - Kinga Jesman

-
Proszę czekać

Prolog

Gdy wydaje się, że najgorsze już minęło

Śnieg zaczął prószyć dokładnie w chwili, gdy wysiadłam z taksówki. Tak jakby ktoś tam na górze uznał, że skoro wracam do domu po czterech latach, to wypadałoby przygotować odpowiednią scenografię. Złapałam za rączkę walizki, która była zdecydowanie za lekka jak na powrót do ojczyzny po latach. Człowiek powinien wracać z ciężkimi torbami, pełnymi prezentów, ubrań na każdą okazję i rzeczy, które do niczego już nie przydają się za granicą, ale nadal szkoda je wyrzucić. Ja natomiast wracałam z lekką walizką, ale za to z ciężarem w sercu, którego nie dało się zważyć. Ciężarem, który zdawał się przygniatać mnie bardziej niż jakikolwiek bagaż, jaki mogłabym przywieźć.

Mój dom rodzinny wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałam. Ten sam dach, te same okna, ta sama furtka, która od lat skrzypiała przy otwieraniu. Nic się tutaj nie zmieniło, a jednak czułam się dziwnie nieswojo. Może dlatego, że to ja się zmieniłam. Zniknęła ta beztroska dziewczyna, która pragnęła jedynie czerpać z życia radość pełnymi garściami. Zniknęło pozytywne nastawienie, wrodzony romantyzm, zniknął spokój ducha. Doświadczenia ostatnich tygodni odebrały mi błysk w oku, który jeszcze w nich pozostał po dawnym, acz nadal bolesnym rozstaniu. Jakby ktoś zgasił we mnie światło i zostawił jedynie migoczący żar, który walczył o przetrwanie.

Zatrzymałam się na chwilę przed drzwiami, bo potrzebowałam zebrać się na odwagę. Głupie, prawda? Człowiek nie powinien bać się własnego domu. Powinien wbiec do środka z szerokim uśmiechem na twarzy, gotowy wyściskać każdego, kto stanie mu na drodze. Ja jednak się bałam. Bałam się tej ciszy, która mogła mnie tam zastać. Pustki, która mogła mnie uderzyć jak zimny podmuch wiatru. Bo to miejsce, które przez lata było moją kotwicą, moją stałą, od dawna już nią nie jest. Stało się czymś obcym.

Wsunęłam klucz do zamka i przekręciłam. Drzwi ustąpiły z tym samym znajomym kliknięciem. Nie wiem dlaczego, ale chwilę przed usłyszeniem tego dźwięku przemknęła mi przez głowę myśl, że zamki mogły przecież zostać wymienione. Że mogło mnie tu już nic nie czekać.

Pchnęłam drzwi i wtedy to poczułam. Tak jak się spodziewałam, nie usłyszałam, ale poczułam.

Ciszę.

Nie zwykłą ciszę, spokojną czy wręcz odprężającą, ale raczej tę drugą - ciężką, gęstą i niepokojącą. Taką, która nie jest brakiem dźwięku, ale brakiem życia. Która wypełnia przestrzeń jak mgła i sprawia, że człowiek zaczyna oddychać płycej, jakby bał się ją wciągnąć do płuc. Ciszę, która zdaje się obserwować.

Pomimo niepokoju w sercu weszłam do środka. Zimno uderzyło mnie w twarz. Najwyraźniej od jakiegoś już czasu nikt nie ogrzewał wnętrza. Zdjęłam buty i uświadomiłam sobie, że po raz pierwszy nie było nikogo, kto zwróciłby mi uwagę, żebym odstawiła je na półkę. Po raz pierwszy też nikt nie odebrał ode mnie płaszcza ani nie zapytał, jak minęła mi podróż.

Dom milczał, a ja stałam pośrodku przedpokoju, próbując zrozumieć, jak to możliwe, że miejsce, które zawsze było pełne dźwięków, zapachów i ciepła, teraz jest już tylko pustą skorupą. Ktoś wyssał z niego całą energię, zostawiając jedynie chłodny, martwy szkielet.

Przeszłam do kuchni, która zawsze tętniła życiem. Mama gotowała barszcz, tata podjadał pierogi, a ja udawałam, że nie widzę, jak oboje próbują ukryć przede mną stres związany ze świątecznymi przygotowaniami. Ten okres w naszym domu co roku celebrowany był z wielką pompą. Jakbyśmy zamiast kolacji wigilijnej przygotowywali się do wesela. Teraz kuchnia była zimna, cicha i sterylna. Kalendarz wisiał na swoim miejscu, jak zawsze, jednak zatrzymał się na lecie. Podeszłam bliżej i przekręciłam kilka kartek. Grudzień był pusty. Ani jednego słowa, ani jednej notatki, ani jednej gwiazdki narysowanej przez mamę. Jakby ktoś wymazał święta z naszego życia albo wręcz wymazał nas.

Dlatego poczułam, jak coś we mnie pęka. Może nie głośno czy dramatycznie, ale cicho. Tak jak pękają rzeczy, które były zbyt długo naciągane. Oparłam dłonie o blat kuchenny, próbując złapać oddech. Zaczęłam odliczać wstecz, ale to tylko sprawiło, że dotarła do mnie bolesna prawda. To nie tylko dom się zmienił, nie święta zniknęły i nie kalendarz był pusty. To my staliśmy się pustką. My jako rodzina, która kiedyś była wszystkim. Rodzina, która miała swoje rytuały i tradycje. Rodzina, która potrafiła się śmiać, kłócić, godzić i nadal kochać. Moja rodzina rozpadła się, a ja wróciłam do miejsca, które kiedyś było domem, tylko po to, żeby odkryć, że dom bez ludzi jest tylko budynkiem. I że czasem bardziej boli powrót niż wyjazd. Bo powrót zmusza do konfrontacji z tym, czego już nie ma.

Otarłszy łzę spływającą z mojego policzka, przeszłam do salonu. To miejsce zawsze tętniło świątecznym nastrojem. Tu stała choinka, którą dekorowałyśmy bombkami razem z mamą; tata rozwieszał lampki, które co roku się plątały, choć przysięgał, że ostatnim razem zwinął je "porządnie". Zawsze było tutaj gwarnie. Telewizor był włączony przez cały dzień i wszyscy na zmianę przeskakiwaliśmy po kanałach, choć żadne z nas nie było fanem konkretnego programu. Teraz salon wyglądał jak muzeum. Jakby ktoś zatrzymał czas, ale nie w tym dobrym sensie. Kanapa była pusta, stół nagi, okna zasłonięte. A w kącie, tam gdzie co roku dumnie prezentowała się stajenka ze żłóbkiem i małym Jezuskiem, stał tylko samotny stojak na kwiaty, pusty, zimny i bezużyteczny.

Usiadłam na kanapie, która wydała mi się dużo mniejsza niż kiedyś. Zacisnęłam powieki i - aż wstyd się przyznać - liczyłam na to, że kiedy je otworzę, zobaczę coś innego. Choinkę, światełka, prezenty. Cokolwiek. Ale kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam to, co wcześniej... pustkę. Pustkę, która zdawała się znów na mnie patrzeć.

Podeszłam do półki z książkami, bo wciąż stała na niej ramka ze zdjęciem, na którym miałam siedemnaście lat i głupi, szeroki uśmiech na twarzy. Naiwnie wierzyłam wtedy, że świat stoi przede mną otworem i wystarczy wyciągnąć rękę, by doświadczyć jego magii. Niestety upływający czas zweryfikował moją naiwność. Piękne doświadczenia pierwszych lat dorosłości odeszły w niepamięć. Najpierw moi rodzice postanowili się rozwieść, później zostawił mnie ukochany, z którym planowałam spędzić resztę życia. A jakby tego było mało, moje życie w Dubaju - ten wymarzony nowy początek - właśnie rozsypało się w drobny pył, po którym został jedynie kurz. Taki sam jak ten na ramce, którą trzymałam w dłoniach, niemal zdradzający, że dawno nikt jej nie przecierał. Jakby nikt nie chciał już pamiętać.

Kiedy odstawiałam ramkę, coś błyszczącego przykuło moją uwagę. Na blacie obok książek leżał naszyjnik. Cienki, srebrny łańcuszek, a na nim... Hamsa. Amulet w kształcie dłoni, z którym moja przyjaciółka nigdy się nie rozstawała. Myślałam, że to Aisha próbowała mnie ostrzec, zanim zrozumiałam, że niebezpieczeństwo nie przyszło z zewnątrz, tylko z miejsca, z którego najmniej się go spodziewałam.

Zamarłam, wpatrując się w zawieszkę. Serce zaczęło mi bić szybciej, a w gardle pojawiła się znajoma suchość. Przez chwilę stałam nieruchomo, próbując wmówić sobie, że to tylko przypadek. Że to nic nie znaczy, bo to nie może być ten sam naszyjnik. Nie zabrałam go przecież ze sobą. Nie miał więc prawa znaleźć się w moim domu, tysiące kilometrów od miejsca, gdzie widziałam go po raz ostatni. Ostrożnie podniosłam błyskotkę. Była lodowata, dokładnie taka sama jak wnętrze pomieszczenia, w którym się teraz znajdowałam. Łańcuszek był przerwany, ale zawieszka - cała. Nabrałam więc pewności, że nie mógł to być naszyjnik Aishy. A jednak... coś w nim było znajome, jak echo czegoś, co powinno zostać pogrzebane.

Mimo to uczucie... to samo, które towarzyszyło mi w Dubaju, wróciło z całą siłą. Ten irracjonalny, paraliżujący strach, że coś, co miało zostać za mną, znalazło mnie z powrotem. Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle. Prawie dwa miesiące strachu wróciły jednym uderzeniem. Dwa miesiące, w których każdy dźwięk wydawał się podejrzany, każdy krok za plecami zbyt bliski, a każdy cień zbyt długi.

Teraz stałam w swoim rodzinnym domu, w miejscu, które miało być bezpieczne, i trzymałam w dłoni dowód na to, że przeszłość nie została w Dubaju. Że ktoś ją ze sobą przywiózł. Albo... że nigdy mnie nie opuściła, tylko czekała. Jakby na potwierdzenie moich obaw światło w salonie lekko przygasło, a po plecach przebiegł mi zimny dreszcz. W ciszy, która nagle stała się cięższa, niemal lepka, usłyszałam własny oddech. Zbyt szybki. Zbyt płytki. Zbyt świadomy tego, że coś jest nie tak.

I wtedy zrozumiałam jedno. To nie jest przypadek, nie pomyłka. To ostrzeżenie. Takie samo, które - jak myślałam - próbowała przekazać mi Aisha. A ja wróciłam do domu tylko po to, by odkryć, że nic się nie skończyło. Że coś budzi się na nowo.

Rozdział 1

Spokój, w którym zaczyna rodzić się niewidoczne zagrożenie

Spojrzałam na zegarek, czując, jak narasta we mnie irytacja. Nie wiedziałam już, co denerwowało mnie bardziej: ich chroniczna niepunktualność czy moje własne absurdalne wręcz przywiązanie do dyscypliny. Cztery lata życia w Dubaju powinny mnie już nauczyć, że "spotkanie o siedemnastej" oznacza jedynie orientacyjną godzinę, o której ludzie zaczynają się szykować. Zanim dobiorą odpowiedni zapach, poprawią makijaż, wybiorą buty i ruszą w stronę centrum - zwykle mija godzina. A jednak ja jak ta ostatnia idealistka konsekwentnie pojawiałam się o czasie. I konsekwentnie siedziałam samotnie przy stoliku, popijając wodę mineralną.

Nie żebym miała na co narzekać. Była połowa listopada, słońce właśnie chyliło się ku zachodowi, więc jego promienie nie parzyły już tak bezlitośnie. Siedziałam w restauracji z widokiem na Burdż Chalifa, najwyższy budynek świata, który wyrastał przede mną niczym nierealna iglica wbita w niebo. Z głośników sączyła się delikatna melodia, a powietrze pachniało przyprawami i świeżo wypiekaną pitą. Czemu miałabym się denerwować? - pomyślałam, przymykając oczy, by dać się ponieść muzyce. Przez krótką chwilę udawało mi się zapomnieć o tym dziwnym napięciu, które od kilku dni nie opuszczało mnie ani na moment.

- Widzę, że dobrze się bez nas bawisz - usłyszałam znajomy, rozbawiony głos Selorma.

- Zabawne - mruknęłam, nie otwarłszy oczu. - Bawiłabym się dużo lepiej, gdyby para nie buchała mi z uszu.

- No przecież jestem na czas - zaczął się tłumaczyć, a ja w końcu otworzyłam oczy i posłałam mu jedno z moich słynnych morderczych spojrzeń. - Tylko piętnaście minut... - dodał, próbując ratować sytuację.

- Ty tylko piętnaście. Reszta dołączy za godzinę, a ja umieram z głodu - westchnęłam dramatycznie.

- Zamówię ci coś - stwierdził, rzuciwszy na stół telefon, portfel i okulary przeciwsłoneczne z nonszalancją godną modela z reklamy. - Zawsze chciałem zabrać cię na randkę - dodał żartobliwie... A przynajmniej miałam nadzieję, że żartobliwie. Jego ton był lekki, ale pod spodem kryło się coś bardziej intensywnego, jakby żart był tylko przykrywką dla czegoś, czego nie chciał powiedzieć wprost. Już od dawna kierował pod moim adresem podobne sugestie, lecz nigdy nie przerodziły się one w konkretną deklarację. Nie dał mi jednak czasu, bym mogła dłużej analizować ton jego głosu. Przywołał kelnera i bez wahania zamówił wszystkie dostępne przystawki. Typowy Selorm - szarmancki, pewny siebie i prostolinijny. Dziewczyny za nim szalały, bo wyglądał jak grecki bóg, tylko w czekoladowej wersji. Do tego świetnie zarabiał i miał maniery, które mogłyby zawstydzić księcia z bajki.

- No więc, jak będzie z tą naszą randką? - zapytał, wyrywając mnie z zamyślenia.

- Wiesz, że cię uwielbiam - zaczęłam ostrożnie. - Ale...

- Ale masz w sercu Manuela - dokończył za mnie bez mrugnięcia okiem. Cóż mogłam powiedzieć? Wszyscy w naszej paczce wiedzieli, że między nami coś się rodzi. Nic konkretnego się jeszcze nie wydarzyło, ale uczucia były oczywiste. - Nie mogę uwierzyć, że taka gorąca laska jak ty gustuje w grzecznych chłopcach - mruknął, udając zawiedzionego.

- Nie mam konkretnego typu - przyznałam. - To nie było planowane.

I taka była prawda. Żadne z nas nie szukało związku. Mnie cztery lata temu zostawił narzeczony, jego ukochana dwa lata temu zniknęła bez słowa. Mieliśmy podobne lęki, podobne blizny. Dopiero co odważyliśmy się przyznać do uczuć; było za wcześnie na deklaracje, a za późno na udawanie, że nic się nie dzieje. A jednak było w tym coś kruchego, jakby uczucia mogły rozsypać się przy najmniejszym nieuważnym ruchu.

Między mną a Selormem zapadła niezręczna cisza. On flirtował ze mną od zawsze, nawet wtedy, gdy jeszcze razem pracowaliśmy. Cała nasza paczka poznała się w firmie, która pewnego dnia po prostu upadła. A ponieważ byliśmy zgraną ekipą, postanowiliśmy trzymać się razem, mimo że każde z nas znalazło później pracę gdzie indziej. Odeszła tylko Aisha, a jej nagłe zniknięcie złamało nam serca. Najbardziej Manuelowi, ale prawda była taka, że cierpieliśmy wszyscy. To ona scalała naszą grupę, organizowała spotkania, motywowała nas, gdy po zwolnieniu dryfowaliśmy w niepewności. A kiedy wszystko zaczęło się układać... tak po prostu odeszła. Bez pożegnania. Bez wyjaśnienia. Zostawiła Manuelowi krótką wiadomość, że odchodzi do innego, co było do niej zupełnie niepodobne. Hiszpan do dziś nie potrafił się z tym pogodzić, ale kiedyś przecież musiał ruszyć z życiem do przodu. A ja, choć minęły dwa lata, nadal czułam, że w jej odejściu było coś więcej. Coś, czego żadne z nas nie miało odwagi nazwać.

- ...zapiekane młode ziemniaczki, szparagi i pieczarki z farszem serowym. - Kelner przerwał moje rozmyślania, stawiając przed nami tacę pełną aromatycznych przystawek.

- Przy mnie nigdy nie musiałabyś czekać na jedzenie - wyszeptał Selorm, nachylając się do mojego ucha.

- Próbujesz mnie odbić swojemu koledze? - Uniosłam brew, sięgając po szparagi.

- A jest szansa na to, żebym mu cię odbił? Bo jeśli tak, to wiesz, co mawiają... W miłości jak na wojnie - stwierdził. - Zasady nie obowiązują.

Już miałam rzucić kolejną ripostę, gdy dobiegły nas głośne śmiechy reszty ekipy.

- No więc powiedziałam mu, że to chińskie badziewie to może sobie wsadzić prosto w tyłek! - Oczywiście. Kohana. Najgłośniejsza z nas wszystkich. Sama twierdziła, że był to efekt dorastania jako najmłodsze dziecko w dużej japońskiej rodzinie. "Z moim wzrostem trudno było dojść do głosu" - żartowała zawsze.

Podniosłam się ze swojego miejsca z dziwnym przeczuciem, że ich nagłe pojawienie się nie było Selormowi na rękę. Obserwował mnie nie nachalnie, nie w sposób, który ktoś z zewnątrz mógłby zauważyć, ale wystarczająco intensywnie, by po karku przeszedł mi dreszcz. Jego spojrzenie było skupione i czujne.

Ruszyłam w stronę przyjaciół i każdego serdecznie wyściskałam, zatrzymując się na dłużej w ramionach Manuela.

- Dobrze cię znów widzieć - wyszeptał, po czym złożył na moim czole czuły pocałunek. Przymknęłam oczy i przez tę krótką chwilę poczułam się odrobinę szczęśliwsza. Po wszystkich uczuciowych burzach, które w życiu przeszłam, miałam wrażenie, że wreszcie stoję na stabilnym gruncie.

Kiedy wróciłam do stolika, obok Selorma siedziała już Ana Paula, meksykańska piękność, która potrafiła załatwić wejście do każdego klubu w Dubaju. Jej obecność zawsze wprowadzała do grupy energię. W tej chwili przystawiała nadgarstek do nosa Ghańczyka.

- Mówię ci, żadne perfumy nie trzymają się na mojej skórze tak długo - zapewniała.

Selorm zaciągnął się zapachem i lekko się skrzywił.

- Pachną jak coś do jedzenia.

- Pierniczkowe ciasteczka - odparła z dumą. - Mam dla wszystkich próbki.

Postawiła na stole swoją torebkę i zaczęła rozdawać miniaturowe flakoniki. Kohana parsknęła śmiechem.

- Do świąt jeszcze ponad miesiąc, mogłaś się wstrzymać - zażartowała, ale pierwsza sięgnęła po swój przydział.

- A propos świąt - odezwał się Selorm. - Kto spędza je w tym roku ze mną?

Miałam wrażenie, że to pytanie skierował przede wszystkim do mnie. Doskonale wiedział, że nie wracam do Polski. W rodzinnym domu nie czekało mnie nic dobrego, tylko rozwiedzeni rodzice i wspomnienia, które bolały bardziej, niż powinny.

- Ja z początkiem grudnia lecę na Filipiny - oznajmiła Angel. - Mam miesięczny urlop i zamierzam napchać się tamilokiem, aż mi będzie uszami wychodziło.

Na dźwięk tego słowa wszyscy skrzywiliśmy się jednocześnie. Tamilok był bowiem robakiem z pnia mangrowca, jedzonym na filipińskiej wyspie Palawan jako przysmak. Do tego na surowo, bo ponoć przypominał w smaku ostrygi.

- Fuj, Angel... - jęknęła Ana Paula. - Właśnie jadłam. - Poskarżyła się, przełykając pieczarkę.

- Wasza strata. - Angel wzruszyła ramionami i przywołała kelnera.

- W tej chwili niczego nie przełknę. - Manuel się skrzywił i zamówił jedynie piwo.

- Ja też nie - zawtórował mu Selorm i tym sposobem wszyscy płynnie przeszliśmy do alkoholu.

Kiedy kelner odszedł, rozmowa wróciła na świąteczne tory.

- Ja wylatuję tydzień przed świętami - powiedział Manuel. - Gdybym nie odwiedził rodziców, moja mama przestałaby się do mnie odzywać. Poza tym hiszpańskie tradycje są najlepsze.

- Czyżby? - Selorm uniósł brew, a w jego głosie pobrzmiewała nuta kpiny. - Jakie niby tradycje? - rzucił niczym wyzwanie.

- Na przykład pooping log - Manuel kontynuował niewzruszony. - Kupujemy klocek drewna, rysujemy mu twarz, przykrywamy kocem, a w święta dzieci biją go patykami, żeby "wypluł" prezenty. Albo El Gordo, największa i najbardziej emocjonująca loteria w kraju. Ludzie kupują losy już wiele miesięcy wcześniej. Całe rodziny, przyjaciele, a nawet pracownicy firm często grają wspólnie. Losowanie odbywa się dwudziestego drugiego grudnia i jest symbolicznym początkiem świąt. - Grupa śmiała się z opowieści Hiszpana, ale ja miałam wrażenie, że Selorm nie słucha. Patrzył na Manuela z czymś, czego nie potrafiłam nazwać. Nie była to zazdrość, raczej... ocena. Jakby analizował każdy jego gest i próbował przewidzieć coś, co dopiero miało się wydarzyć.

- Nie brzmi to radośnie, a raczej mocno komercyjnie - mruknął tylko w odpowiedzi.

- A wy? - zwróciłam się do milczących dotąd Nishy i Shyama.

- My dopiero co wróciliśmy z Indii po Diwali. Nie planujemy kolejnego wyjazdu - przyznali zgodnie.

- A ty, Ano Paulo?

- Meksyk.

- Ja też lecę do rodziny - dodała Kohana.

A więc jednak... tylko Selorm i ja zostawaliśmy na święta w Dubaju. Para Hindusów raczej nie będzie świętowała z nami Bożego Narodzenia.

- Czyli znów zostajemy sami. - Ghańczyk posłał mi spojrzenie, które miało być żartobliwe, ale coś mnie w nim zaniepokoiło. Co roku spędzaliśmy ten czas razem, odwiedzaliśmy zimowe markety, jeździliśmy na lodowisko, próbowaliśmy świątecznych deserów. Zawsze było lekko i beztrosko. Ale odkąd między mną a Manuelem zaczęło iskrzyć, Selorm stał się... inny. Nie wprost zazdrosny, raczej czujny, może nawet zbyt czujny.

Złapałam się na tym, że w jego obecności czuję dziwny ścisk w żołądku. Jakby coś wisiało w powietrzu. Coś, co dopiero zaczynało się formować, ale już rzucało cień. Po raz pierwszy od dawna, wśród śmiechu przyjaciół i zapachu pierniczkowych perfum, poczułam, że ta zima może przynieść coś więcej niż tylko świąteczne światła. Tylko będzie to coś niekoniecznie dobrego, co powoli nadciągało.

***

Kiedy kelner przyniósł kolejne napoje, a nam powoli zaczynało szumieć w głowach, Manuel powiódł po wszystkich spojrzeniem z miną kogoś, kto właśnie wpadł na naprawdę dobry pomysł. W jego oczach błysnęła ekscytacja kontrastująca z dziwnym napięciem, które od kilku minut wisiało nad stołem jak niewidoczna mgła.

- Wiecie co? - zaczął powoli. - Skoro mamy jeszcze pięć tygodni do świąt... to może zróbmy w tym roku coś fajnego, zanim każde z nas zacznie się pakować.

- Co masz na myśli? - zapytała Kohana, nachylając się z zainteresowaniem.

- Cztery weekendy, kiedy prawie wszyscy jesteśmy w Dubaju - wyliczył na palcach. - A nas jest... no, trochę więcej niż czworo, ale damy radę. Możemy świętować i w soboty, i w niedziele. Każde spotkanie poświęcimy tradycjom z kraju jednego z nas. Jedzenie, zwyczaje, muzyka, co kto chce. Taki... międzynarodowy kalendarz adwentowy.

Ana Paula aż zapiszczała.

- O mój Boże, tak! Mogę zrobić meksykański wieczór! Z ponchą, piniatą i pastorelas!

- A ja przygotuję coś z Ghany. - Selorm uśmiechnął się szeroko. - Ale ostrzegam, będzie głośno.

- Dokładnie tak, a ja zrobię hiszpański wieczór. - Manuel uniósł dumnie podbródek. - Turrón, villancicos i... może nawet pooping log, jeśli znajdę odpowiednio gruby klocek.

Kohana klasnęła w dłonie.

- Japonia też się zgłasza! W końcu zamówienie pudełka z KFC nie kosztuje zbyt wiele.

Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, świadomi tej dziwnej tradycji w jej ojczystym kraju.

- My możemy zrobić indyjską kolację - zaproponowała Nisha, zerkając na Shyama. - Nie damy rady wskrzesić w naszym mieszkanku bożonarodzeniowego ducha, ale mam sporo światełek po Diwali, więc przynajmniej będzie klimatycznie.

Angel uniosła rękę jak uczennica zgłaszająca się do odpowiedzi.

- Ja jestem za, ale załapię się tylko na dwie imprezki. Wylatuję piątego grudnia.

- To nic - zapewniłam ją. - Zrobimy tak, żebyś mogła być na inauguracji.

- No i zostaje Polska - dodał Manuel, spoglądając na mnie rozmarzonym wzrokiem. - Pierogi, barszcz... cokolwiek przygotujesz i tak będzie pyszne.

- Spróbuję nie spalić kuchni - mruknęłam, ale poczułam przyjemne ciepło w środku. Ciepło, które na moment zagłuszyło ten dziwny, ledwo wyczuwalny niepokój, drapiący mnie gdzieś pod skórą.

- To ustalone - podsumował Selorm, wysuwając przed siebie kufel z piwem. - Cztery weekendy, osiem dni, osiem kolacji, osiem kultur. A potem... - jego spojrzenie zatrzymało się na mnie - święta w Dubaju. Po naszemu.

Nikt nie zwrócił uwagi na ton jego głosu. Wszyscy radośnie unieśli swoje drinki i stuknęli się kieliszkami. Najwyraźniej nikt poza mną nie usłyszał, że w miękkości jego słów kryło się coś głębszego. Poczułam, jak niewidzialna pętla delikatnie zaciska mi się na szyi i z każdą sekundą staje się odrobinę ciaśniejsza - jakby przyszłość, którą właśnie zaplanowaliśmy, niosła w sobie nie obietnicę szczęścia, lecz zapowiedź nadchodzących kłopotów.

Rozdział 2

Kolory, które nie potrafią zagłuszyć niepokoju

Minął tydzień od momentu, kiedy zawarliśmy pakt odnośnie do wspólnego spędzania grudniowych weekendów. Dziś mieliśmy spotkać się po raz pierwszy. To Angel pełniła rolę naszej inauguracyjnej gospodyni. Ana Paula wymyśliła sobie, że każdą z kolacji powinniśmy dopełnić strojem. Jeśli nie mamy dostępu do tradycyjnych ubrań z danego kraju, to przynajmniej powinniśmy pojawić się w kolorach jego flagi. W przypadku Filipin oznaczało to biel, niebieski, czerwony i odrobinę żółtego. Niestety w mojej szafie nie znalazło się absolutnie nic, co choćby ocierało się o filipińską tradycję, więc ostatecznie wybrałam prostą białą sukienkę i cienką apaszkę w czerwono-żółtych barwach. Skromnie, ale wystarczająco, by Ana Paula nie zrobiła mi wykładu o "braku zaangażowania w kulturę przyjaciół". Pomyślałam, że jeśli zacznie narzekać na brak niebieskiego, to po prostu spojrzę na nią moimi błękitnymi tęczówkami i uznam sprawę za załatwioną. Mimo to, gdy patrzyłam w lustro, miałam wrażenie, że wyglądam inaczej niż zwykle - jakby coś w mojej twarzy zdradzało napięcie.

Angel opowiadała wcześniej, że z ostatniej wizyty w rodzinnym kraju wróciła do Dubaju z dwoma braćmi, którzy w walizkach przywieźli lokalny alkohol: rum Don Papa, brandy Emperador i gin Ginebra San Miguel. Bardzo chciałam wszystkiego spróbować, więc na świąteczną imprezę wybrałam się taksówką.

Po trzydziestu minutach jazdy dotarłam pod jej dom, a gdy winda zatrzymała się na właściwym piętrze, uderzyły mnie dźwięki muzyki i intensywny, słodki zapach, chyba kokosa. Pomyślałam, że Angel na pewno przygotowuje jakiś deser. Zapach był tak gęsty, że przez chwilę poczułam, jakbym miała przenieść się na jakąś tropikalną wyspę.

Drzwi otworzyły się szeroko, po czym stanęła w nich nasza filipińska piękność w tradycyjnej, haftowanej bluzce barong tagalog, tyle że w wersji damskiej - zwiewnej, półprzezroczystej, ozdobionej złotą nicią.

- Wyglądasz jak aniołek z reklamy mango - zaśmiała się, obejmując mnie mocno.

Weszłam do środka i od razu musiałam przyznać, że jej mieszkanie było nie do poznania. Zwykle minimalistyczne wnętrze tonęło teraz w kolorach. Na ścianach wisiały papierowe gwiazdy parol, a w oknach migotały światełka, ale nie te nudne, jednokolorowe, tylko takie, jakie pamiętałam z dzieciństwa, mieniące się całą paletą barw. Na stole piętrzyły się potrawy, których nazw nie potrafiłabym powtórzyć. Zapamiętałam jedynie lechon manok, czyli aromatyczny kurczak pieczony z trawą cytrynową, sosem sojowym i przyprawami, oraz menudo, wieprzowinę duszoną w pomidorowym sosie. I to tylko dlatego, że jadłam je już wcześniej. Przy wejściu na taras stała sztuczna choinka, tak kiczowato udekorowana, że omal nie parsknęłam śmiechem.

- To nasza tradycja - wyjaśniła Angel, zauważywszy wyraz mojej twarzy. - Na Filipinach nie kupujemy bombek w marketach. Dekorujemy drzewko tym, co uda się zrecyklingować. Renifery z rolek po papierze toaletowym, śnieżynki ze starych gazet, dzwoneczki z puszek po napojach, łańcuchy z kolorowego papieru - wymieniała z dumą. - Zaczynamy dekorować już we wrześniu, a potem tydzień po tygodniu dokładamy własnoręcznie zrobione ozdoby.

- Jest piękna - zapewniłam, czując się głupio, bo potraktowałam tę wspaniałą tradycję zbyt powierzchownie. Miałam nadzieję, że Angel nie zauważyła mojej pierwszej, zupełnie nieadekwatnej reakcji.

- Może rozsiądź się na tarasie, a ja dokończę przygotowywanie biko - zaproponowała.

- Biko? - powtórzyłam, nie mając pojęcia, co to takiego.

- To deser. Supersłodki deser. - Uśmiechnęła się, puszczając do mnie oczko. Doskonale wiedziała, jak bardzo lubię słodkości.

- Niech zgadnę... z kokosa? - Zaśmiałam się, bo cały dom pachniał nim tak intensywnie, że trudno było pomylić tę woń z czymkolwiek innym.

Wyszłam na kolorowo udekorowany taras i ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że po raz pierwszy w historii naszej znajomości nie byłam pierwsza. Na wygodnej kanapie siedział Selorm, w koszuli w kolorach filipińskiej flagi, jakby uszytej specjalnie na tę okazję. Miał ją rozpiętą i bezwstydnie prezentował umięśniony tors. Mężczyznom z jego części świata natura naprawdę nie poskąpiła urody.

Gdy tylko mnie zobaczył, uniósł brew i uśmiechnął się w sposób, który nawet przez sekundę nie udawał niewinnego. Był zawadiacki, pewny siebie, taki jaki mężczyzna posyła kobiecie, którą próbuje uwieść. Poczułam, jak w karku pojawia się lekkie napięcie. Nie rozumiałam, skąd ta nagła zmiana w moim postrzeganiu Selorma. Gdzie podziało się zaufanie, którym darzyłam go przez lata? I w zasadzie dlaczego? Bo bardziej otwarcie zaczął mnie podrywać? Robił to, od kiedy się poznaliśmy, więc nie mógł to być powód zmiany w moim nastawieniu.

- No proszę, Julia w wersji świątecznej - rzucił, podnosząc się z kanapy. Podszedł i przytrzymał mnie w ramionach odrobinę zbyt długo. - Brakuje ci tylko gwiazdy na głowie.

- A tobie skromności - odparłam, mijając go i kierując się w stronę bujanego fotela, tak zwanego jajka.

Ale on nie zamierzał odpuścić.

- Kupiłem nam bilety do opery na koncert kolęd i wejściówki na zimowy market - oznajmił z wyraźną satysfakcją, jakby spodziewał się, że zrobi to na mnie wrażenie. - Zastanawiam się, jak jeszcze umilić nam wspólny czas podczas świąt.

- Nie powinieneś się tak wykosztowywać - pouczyłam go. - Do Bożego Narodzenia jeszcze ponad miesiąc, wszystko może się zmienić.

- Zmienić? - zdziwił się. - W jaki sposób?

- Nie jestem pewna... ale... zadzwoniła moja mama. - Zaczęłam się jąkać, bo kłamanie nigdy nie przychodziło mi łatwo.

- To świetnie. Cieszę się, że próbujesz odbudować relacje z rodziną - zapewnił.

- Tak, ja też. Więc... istnieje szansa, że pojadę na święta do Polski - wyrzuciłam na jednym wdechu.

- Do Polski? Wow. - Ta wiadomość ewidentnie nim wstrząsnęła - To wspaniałe wieści.

Zapewnił, że jest zachwycony, ale widziałam, jak w jednej chwili zmienił się wyraz jego twarzy. W jego oczach pojawił się cień rozczarowania, który zniknął równie szybko, jak się pojawił, zostawił po sobie jednak nieprzyjemne wrażenie, jakby coś się właśnie popsuło.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, w drzwiach prowadzących na taras pojawił się Manuel. W białej koszuli i niebieskich spodniach wyglądał naprawdę dobrze - swobodnie i naturalnie. A najlepsze, że w ogóle nie musiał się starać, żeby zachwycać.

- Cześć - rzucił tonem, w którym pobrzmiewało coś dziwnego, możliwe, że stał tam już od dłuższej chwili i przysłuchiwał się naszej rozmowie. Moja przyjaźń z Selormem nie powinna budzić w nim zazdrości. Jeszcze kilka tygodni temu nas również łączyła tylko przyjaźń. Nawet jeśli teraz między nami pojawiło się coś więcej, nie zamierzałam w imię rodzącego się uczucia rezygnować z innych znajomości. Choć akurat w przypadku Selorma miałam mieszane odczucia. Jeśli wciąż będzie próbował flirtować, będę musiała postawić sprawę jasno. Albo przyjaźń, albo nic. - Dobrze cię widzieć - dodał Manuel.

- Cześć - odparłam, odrobinę speszona - Cieszę się, że już jesteś, bo zrobiłam się głodna - oznajmiłam, zrywając się z fotela. - Chodźmy zobaczyć, co Angel przygotowała.

Chcąc dopiec Selormowi, chwyciłam Manuela za rękę i wręcz wymusiłam na nim pocałunek. Nasza relacja nie była jeszcze na etapie swobodnego okazywania uczuć, do tej pory opierała się głównie na czułych słowach i uściskach, dlatego gest wypadł trochę sztucznie. Ale w tamtej chwili nie miało to żadnego znaczenia. Poczułam ulgę, że nie jestem już z Selormem sam na sam. Jego obecność naprawdę zaczynała mnie przytłaczać.

W środku Manuel podał mi talerz.

- Spróbuj bibingki. Angel robi najlepszą.

Nie musiał powtarzać. Odkroiłam spory kawałek puszystego ciasta leżącego na liściu bananowca i aż zamruczałam z zachwytu, poczuwszy jego słodki smak.

- Angel jest mistrzynią - stwierdziłam, a gdy przypadkiem spojrzałam w stronę drzwi, zobaczyłam w nich Selorma.

Patrzył na nas uważnie, jakby znów analizował każdy gest i każde spojrzenie. Ta jego nachalna czujność zaczynała mnie niepokoić. Gdy nasze oczy się spotkały, posłałam mu znaczące spojrzenie, może nawet proszące. Na szczęście odwrócił wzrok i ruszył w stronę kuchni, by dołączyć do gospodyni. Przez chwilę mogłam odetchnąć, choć niepokój wciąż buzował gdzieś pod moją skórą.

***

Impreza rozkręciła się szybciej, niż mogłam się spodziewać. Angel włączyła karaoke, a to oznaczało jedno: nikt nie miał prawa opuścić jej mieszkania, dopóki nie zaśpiewa choć jednej piosenki.

Ana Paula i Kohana jak zwykle biły wszystkich na głowę - zarówno w śpiewaniu, jak i w tańcu. Selorm najwyraźniej zrozumiał, że nic między nami nie będzie, bo na zmianę obracał to Meksykanką, to Japonką. Shyam i Nisha byli zajęci sobą oraz robieniem zdjęć wszystkiemu, co miało choćby cień świątecznego klimatu.

Było lekko i wesoło, a jednak za każdym razem, gdy podnosiłam wzrok, widziałam Selorma. Jakby cały czas miał mnie na oku, choć z pozoru zajmował się czymś zupełnie innym. To nie było zwykłe zerknięcie, raczej coś w rodzaju czujności, jakby próbował wyłapać każdy mój gest.

- Wszystko w porządku? - zapytał Manuel, kiedy zauważył, że na chwilę odpłynęłam.

- Tak, po prostu... zrobiło się za głośno i trochę boli mnie głowa - skłamałam. Nie chciałam psuć atmosfery. Nie chciałam też przyznać, że to nie hałas mnie rozpraszał, tylko czyjeś spojrzenie.

- Wyjdźmy więc na zewnątrz - zaproponował, ale w tym samym momencie Ana Paula podbiegła do nas i wciągnęła w taneczny krąg. Mnie jakimś cudem udało się z niego wysunąć, za to Manuel nie miał wyjścia i musiał zaprezentować przyklaskującym mu przyjaciołom kilka swoich popisowych ruchów.

Zostawiłam roześmianą gromadkę i sama wyszłam na taras, gdzie powietrze było chłodniejsze. Miasto pod nami pulsowało światłami. Oparłam się o balustradę i zamknęłam oczy, wsłuchując się w dźwięki miejskiego zgiełku. Dubaj nigdy nie zasypia - przemknęły mi przez myśl słowa naszej dawnej koleżanki Aishy. Jej głos wrócił do mnie tak wyraźnie, że przez sekundę miałam wrażenie, iż stoi tuż obok.

- Też czasem uciekasz od ludzi? - usłyszałam za sobą znajomy głos Selorma. Otworzyłam oczy, ale się nie odsunęłam. Nie chciałam pokazać, że mnie peszy, ale prawda była taka, że jego obecność zaczynała działać na mnie jak przeciąg.

- Niekoniecznie, po prostu potrzebowałam oddechu - odparłam. Nie mogłam zacząć reagować na niego jak na ducha, to nie byłoby logiczne.

- Wiesz... - zaczął, stając obok. - Patrzę tak sobie na was i myślę, że Manuel ma ogromne szczęście.

- Szczęście? A o czym konkretnie mówisz?

- O tym, że po Aishy dostał drugą szansę. - Zamarłam. Dosłownie, bo zaledwie chwilę wcześniej sama o niej myślałam. Jakby wyczuł moje myśli, wiedział, że jej imię właśnie przeszło mi przez głowę.

- To nieuczciwe, Selorm. W ostatnim czasie naprawdę nie podoba mi się twoje zachowanie. - Zdobyłam się na odwagę i powiedziałam wprost.

- Moje zachowanie? - zdziwił się. - Co takiego nie podoba ci się w moim zachowaniu?

- Flirtujesz ze mną, choć wiesz, że spotykam się z twoim przyjacielem. Poza tym cały czas mi się przyglądasz. To krępujące.

- Nie mam złych intencji - zapewnił natychmiast. - Zawsze z tobą flirtowałem, taki mam sposób bycia. - Wzruszył ramionami i również oparł się o barierkę. Przez chwilę staliśmy w ciszy, obserwując światła samochodów sunących po ulicy. - Ale w jednym masz rację - przerwał milczenie. - Ostatnio trochę nachalniej cię obserwuję. Was - poprawił się. - Sam jeszcze nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że intuicja próbuje mi coś podpowiedzieć.

- Przestań, Selorm. To już nie jest zabawne. - Oburzyłam się. Najpierw wspomina Aishę, teraz mówi o intuicji. Nie podobało mi się to wszystko.

- Wybacz, że wywołałem w tobie dyskomfort. Chciałbym tylko, żebyś była ostrożna. Uważała na siebie.

Zdenerwowały mnie jego słowa, jednak zanim zdążyłam odpowiedzieć, znów przerwał nam Manuel. Podszedł roześmiany i objął mnie od tyłu.

- Mamy szalonych przyjaciół - westchnął. - Ana Paula i Angel tak mną zakręciły, że aż się spociłem.

Nawet nie zdążyłam się zorientować, kiedy Selorm wrócił do środka. Jakby był magikiem i miał zdolność błyskawicznego przemieszczania się z miejsca na miejsce. Przez moment poczułam, jakby powietrze po jego odejściu zrobiło się lżejsze. Zostawił nas samych, tak jak tego chciałam, jednak ciężar w piersi bardzo szybko wrócił. Zaczęłam się martwić, że ten beztroski wieczór podświadomie przywołuje wspomnienia, których nikt nie chciał pamiętać.

***

Pomimo dziwnego zachowania Ghańczyka, tamtego wieczoru świetnie się bawiłam. Śmiech niósł się po tarasie, a kiedy wsiadałam do taksówki, by wrócić do domu, muzyka wciąż dudniła mi w uszach. Właśnie dlatego zaskoczyło mnie, kiedy nagle coś we mnie zadrżało. Jakby jakaś niewidzialna istota położyła mi dłoń na karku. Niepokój pojawił się bez zapowiedzi, był ostry i zimny. Słowa Selorma zaczęły krążyć po mojej głowie jak natrętna mucha, której nie da się odgonić.

"Chciałbym tylko, żebyś była ostrożna. Uważała na siebie".

Co on właściwie miał na myśli? Dlaczego powiedział to akurat wtedy? Zaraz po tym, jak wspomniał imię Aishy. I dlaczego brzmiało to bardziej jak ostrzeżenie niż troska? Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej czułam, jak coś się we mnie napina. Dziwne, bardzo dziwne. Przeczuwałam, że jego słowa miały drugie dno, którego nie potrafiłam jeszcze dostrzec, ale zaczynało mnie ono drapać od środka.

Kiedy dotarłam pod swoje mieszkanie, zobaczyłam kilka paczek leżących przed drzwiami. Nic niezwykłego, zamawiałam tyle rzeczy, że kurierzy znali mnie lepiej niż sąsiedzi. Wzięłam je do środka, rzuciłam na blat stołu i poszłam pod prysznic. Ciepła woda spływała po mojej skórze, ale nadal nie potrafiła zmyć tego dziwnego uczucia, które zostawiła we mnie rozmowa z Selormem na tarasie. Woda szumiała, lecz w mojej głowie wciąż brzmiało jedno zdanie: "Chciałbym tylko, żebyś była ostrożna".

Dlaczego? Co kryło się za tymi słowami? Czy próbował mnie przygotować na coś, czego sama jeszcze nie dostrzegałam?

Zmęczona natłokiem myśli, włożyłam piżamę i rozczesałam włosy. Postanowiłam wrócić do kuchni i dla odwrócenia uwagi otworzyć kilka paczek. Sięgnęłam po pierwszą z brzegu i bez większego zainteresowania rozerwałam kartonik. Kremy. Środki czystości. Zwykłe przedmioty codziennego użytku. Subskrypcje, które dostarczano mi raz w miesiącu. Przerzucałam kartony różnej wielkości, aż dotarłam do małego pudełeczka, które nie miało na opakowaniu loga żadnej z platform, na których zamawiałam produkty. Kartonik był gładki, zbyt lekki, niemal pusty, ale wiedziałam, że w środku musiało się coś kryć, bo wydawało dźwięk przy każdym ruchu mojej ręki.

Nie pamiętam, żebym zamawiała biżuterię - przemknęło mi przez głowę.

Otworzyłam pudełko i wtedy serce zamarło mi w piersi. W środku leżał naszyjnik, a konkretnie hamsa. Niby nic niezwykłego, ot, popularny w tym regionie motyw. Ale pomijając fakt, że niczego takiego nie zamawiałam, ten naszyjnik był dokładnie taki sam, jaki nosiła Aisha. Tylko że nie zauważyłam, by jej był pęknięty. A ten był. Dokładnie na pół, jakby ktoś złamał go celowo, a nie przypadkiem.

Przez chwilę nie byłam w stanie poskładać myśli. Nic, co w tej chwili działo się w mojej głowie, nie miało sensu. W mieszkaniu zrobiło się nienaturalnie cicho, chyba nawet lodówka przestała pracować. Dopiero po chwili dostrzegłam karteczkę. Małą, złożoną na pół, wsuniętą pod łańcuszek. Drżącymi palcami ją otworzyłam.

"Ty będziesz następna".

Zimno rozlało mi się po kręgosłupie, jakby ktoś oblał mnie lodowatą wodą. O co jej chodziło? Że odejdę tak jak ona? A może Aisha wcale nie odeszła dobrowolnie, tylko ktoś ją skrzywdził i dlatego zniknęła? Ale kto mógłby to zrobić? Manuel? Selorm? Ktoś zupełnie inny? Mężczyzna, do którego Aisha podobno odeszła? Albo ktoś, o kim nigdy nam nie powiedziała? Nie miałam pojęcia, a niewiedza wierciła mi w głowie niewidzialną dziurę, coraz głębszą i bardziej bolesną.

W jednej chwili wszystkie świąteczne światła, wszystkie kolacje, wszystkie plany wydały mi się groteskowe, jak dekoracje przykrywające coś gnijącego pod spodem.

Wiedziałam natomiast jedno: to nie był przypadek. Ten naszyjnik trafił do mnie z konkretnego powodu. I miał związek z nagłym zniknięciem naszej przyjaciółki. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu poczułam to bardzo wyraźnie. Wiedziałam już, że ta zima... ta, która miała być pełna świateł i śmiechu... zaczęła nagle odsłaniać swoją ciemniejszą stronę i obrała mnie za pierwszy cel.