Tam, gdzie czekał anioł - Dorota Schrammek

Kup ebooka

25.53 zł
21.70 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Be­ata z tru­dem roz­pro­sto­wa­ła nogi. Zdrę­twia­ły od po­nad dwu­go­dzin­ne­go bez­ru­chu. Mia­ła wra­że­nie, że opa­no­wa­ły ją mrów­ki, do­kucz­li­we i ką­sa­ją­ce. Po chwi­li to uczu­cie za­mie­ni­ło się w dość bo­le­sne kłu­cie. Jak­by ktoś wbi­jał jej w skó­rę ty­sią­ce ma­łych igie­łek. Sta­ra­ła się roz­ma­so­wać nogę.

- Do­kąd je­dzie? - Współ­pa­sa­żer­ka ode­zwa­ła się po raz pierw­szy, od­kąd usia­dła na swo­im miej­scu. Bez­ce­re­mo­nial­nie po­usta­wia­ła wszyst­kie swo­je ba­ga­że pod no­ga­mi za­miast na pół­ce nad gło­wą.

Be­ata za­sta­na­wia­ła się, czy nie zwró­cić jej uwa­gi. Pa­ro­krot­nie otwie­ra­ła usta, by to zro­bić, ale w ostat­niej chwi­li re­zy­gno­wa­ła. De­pry­mo­wał ją wiek ko­bie­ty. Nie po­tra­fi­ła się prze­móc, by zwra­cać uwa­gę nie­mal dwu­krot­nie star­szym od sie­bie. Przez gło­wę prze­bie­gło jej, że ró­wie­śni­kom tak­że nie umia­ła. Wo­la­ła po­pra­wić po kimś, zjeść zim­ną zupę w re­stau­ra­cji, za­pła­cić za sok z ple­śnią po­da­ny w ka­wiar­ni niż czuć to de­ner­wu­ją­ce skrę­ca­nie w brzu­chu i tłu­mić drże­nie w gło­sie w chwi­li upo­mi­na­nia się o coś. Od dzie­ciń­stwa tak mia­ła. Nie lu­bi­ła zwra­cać na sie­bie uwa­gi. Ni­g­dy nie skar­ży­ła na dzie­ci cią­gną­ce ją za wło­sy w przed­szko­lu, na ko­le­gę, któ­ry wbi­jał jej w ple­cy za­baw­ko­wy, lecz ostry śru­bo­kręt, po któ­rym zo­sta­ła bli­zna, czy na ko­le­żan­ki z li­ceum bez­czel­nie ścią­ga­ją­ce od niej na kla­sów­ce. Zwra­cać uwa­gę na­uczy­ła się do­pie­ro, gdy uro­dzi­ła się Wik­to­ria, a za­raz po niej Ja­nek. Gdy tyl­ko dzia­ła się im ja­kaś nie­spra­wie­dli­wość, ni­czym lwi­ca bro­ni­ła dzie­ci. Z tym że wy­da­wa­ła wte­dy dźwię­ki hie­ny. W chwi­lach zde­ner­wo­wa­nia jej głos sta­wał się pi­skli­wy, drżą­cy, nie­mal płacz­li­wy. Be­ata nie lu­bi­ła sie­bie w tych mo­men­tach. Mia­ła wra­że­nie, że wszy­scy mają ją za bek­sę lub hi­ste­rycz­kę.

- Do­kąd je­dzie? Dru­gi raz py­tam! - Ton star­szej oso­by ro­bił się na­tar­czy­wy. Za­czę­ła lu­stro­wać są­siad­kę prze­szy­wa­ją­cym spoj­rze­niem.

- Do Szcze­ci­na - po­wie­dzia­ła Be­ata ci­cho, nie pa­trząc wie­ko­wej po­dróż­nej w oczy.

- Dzia­dow­skie mia­sto! - Ko­bie­ta nie­mal wy­plu­ła te sło­wa. - Ani to pol­skie, ani nie­miec­kie! Miesz­ka­ją tam tyl­ko lu­dzie bez ko­rze­ni! A praw­dzi­wy Po­lak po­wi­nien mieć hi­sto­rię i zie­mię prze­ka­zy­wa­ną z dzia­da pra­dzia­da.

- O, na­cjo­na­list­ka się tra­fi­ła! - ode­zwał się mę­ski głos. - Czło­wiek na­wet w po­cią­gu nie ma chwi­li od­de­chu od po­li­ty­ki! Co ci, ko­bie­to, prze­szka­dza w Szcze­ci­nie? Ja też tam jadę. Do wnu­ków. Szcze­cin to nor­mal­ne pol­skie mia­sto.

- Ja­kie pol­skie? Hi­sto­ria się kła­nia! Gdy­by wiel­moż­ny pan słu­chał Cej­row­skie­go, to wie­dział­by, że po­ło­wa miesz­kań­ców Szcze­ci­na to Niem­cy i Ży­dzi!

- Ko­bie­to, na gło­wę chy­ba upa­dłaś! - Po­dróż­ny ro­ze­śmiał się szy­der­czo. - Pew­nie po­zna­nian­ka - prych­nął.

- Tak! I co z tego? - Star­sza ko­bie­ta pod­nio­sła głos.

- Wy za­wsze bę­dzie­cie ata­ko­wać tych w Szcze­ci­nie, bo zwy­czaj­nie im za­zdro­ści­cie.

Be­ata za­ło­ży­ła słu­chaw­ki na uszy, by nie śle­dzić dal­szej wy­mia­ny zdań, któ­ra z każ­dą chwi­lą za­mie­nia­ła się w awan­tu­rę. Wła­ści­wie była wdzięcz­na, że obcy męż­czy­zna wtrą­cił się i to na nie­go prze­nio­sło się za­in­te­re­so­wa­nie. Mia­ła na­dzie­ję, że na do­bre. Pod­krę­ci­ła gło­śność. Od lat słu­cha­ła ra­dio­wej Je­dyn­ki. Zer­k­nę­ła na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła dzie­wią­ta. Był so­bot­ni po­ra­nek, więc au­dy­cję po­pro­wa­dzi jej ulu­bio­ny re­dak­tor Ro­man.

- Wi­tam słu­cha­czy. - Po ser­wi­sie in­for­ma­cyj­nym roz­legł się sym­pa­tycz­ny i nie­zwy­kle cie­pły głos pro­wa­dzą­ce­go pro­gram. - Za­pra­szam wszyst­kich w po­dróż do wy­jąt­ko­we­go miej­sca. To mia­sto, gdzie woj­na za­koń­czy­ła się rok póź­niej niż gdzie­kol­wiek in­dziej, bo w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym szó­stym roku. Za­bio­rę was do ruin by­łej fa­bry­ki ben­zy­ny syn­te­tycz­nej Hy­drier­wer­ke oraz do za­kła­dów che­micz­nych. Dzień do­bry z Po­lic!

Oży­wi­ła się na dźwięk na­zwy. Po­li­ce! Oglą­da­ła kil­ka dni temu mapę, spraw­dza­jąc naj­bliż­szą oko­li­cę miej­sca, do któ­re­go wła­śnie się wy­bie­ra­ła. W li­nii pro­stej obie miej­sco­wo­ści dzie­li­ło czter­dzie­ści ki­lo­me­trów. I Za­lew Szcze­ciń­ski. I pol­sko-nie­miec­ka gra­ni­ca... Uec­ker­mün­de. Gdy­by ktoś pół roku temu po­wie­dział jej, że wy­bie­rze się tam do pra­cy, nie uwie­rzy­ła­by. Prze­cież mia­ła do­brą po­sa­dę w ate­lier zna­nej pro­jek­tant­ki mody. Za­ję­cie może mo­no­ton­ne, wy­ma­ga­ją­ce mrów­czej do­kład­no­ści, ale da­wa­ło jej co­mie­sięcz­ny przy­pływ go­tów­ki. Mia­ła swój ką­cik i ma­szy­nę w rogu pra­cow­ni. Do­sta­wa­ła do szy­cia naj­trud­niej­sze i naj­bar­dziej pra­co­chłon­ne ele­men­ty sty­li­za­cji. Nad każ­dym za­da­niem po­chy­la­ła się jed­nak z pie­czo­ło­wi­to­ścią i za­an­ga­żo­wa­niem. Ak­cep­to­wa­ła to, że nie wy­mie­nia­no jej jako współ­twór­czy­ni. Au­tor­ką dzie­ła i tak była pro­jek­tant­ka. To ona zbie­ra­ła sło­wa uzna­nia i za­chwy­tu pod­czas po­ka­zów i pro­jek­cji. To ona opo­wia­da­ła z dumą o swo­im dzie­le, wy­łącz­nie swo­im. Be­atę tyl­ko od cza­su do cza­su kłu­ło coś pod ser­cem, gdy w te­le­wi­zyj­nym wy­wia­dzie sze­fo­wa opo­wia­da­ła o wy­jąt­ko­wej sta­ran­no­ści i pra­cy, któ­rą wło­ży­ła w nie­zwy­kle efek­tow­ną suk­nię. Ona! Na­wet gu­zi­ka w niej nie przy­szy­ła!

Gdy w paź­dzier­ni­ku we­zwa­ła Be­atę do swo­je­go biu­ra, pra­cow­ni­ca była pew­na, że będą oma­wiać przy­go­to­wa­nia do wio­sen­nej ko­lek­cji. Uzbro­jo­na w bru­lion i ołó­wek, usia­dła przed ob­li­czem sze­fo­wej, go­to­wa do no­to­wa­nia po­le­ceń i uwag. Pięć mi­nut póź­niej za­uwa­ży­ła, że na kart­ce ry­su­je same szlacz­ki. Mu­sia­ła czymś za­jąć ręce, by nie drża­ły ner­wo­wo. W gło­wie dud­ni­ło usły­sza­ne chwi­lę wcze­śniej zda­nie: "Mu­szę cię zwol­nić". Na­wet bez: "Przy­kro mi" jak w ame­ry­kań­skim fil­mie. Za­bra­kło ludz­kie­go od­ru­chu na ko­niec. Gdy za­miast tego pa­dły sło­wa, że trze­ba iść z du­chem cza­su, in­we­sto­wać w mło­dych i am­bit­nych, Be­ata sku­li­ła się w so­bie. Zno­wu zro­bi­ła coś nie tak. Nie na­da­je się do tej pra­cy. Tra­fi­ła do pro­jek­tant­ki pięć lat temu, wy­gry­wa­jąc dzię­ki skru­pu­lat­no­ści i do­kład­no­ści z kil­ko­ma in­ny­mi ko­bie­ta­mi. My­śla­ła, że ona - zwy­kła kraw­co­wa - zła­pa­ła Pana Boga za nogi. A te­raz wła­ści­ciel­ka pra­cow­ni wciąż myli jej imię, na­zy­wa­jąc na prze­mian Bo­że­ną i Be­atą.

Jesz­cze tego sa­me­go dnia mia­ła za­miar ro­ze­słać po­da­nie o przy­ję­cie do pra­cy do szwal­ni, w któ­rej wcze­śniej pra­co­wa­ła, oraz do za­kła­dów odzie­żo­wych. Szy­ciem zaj­mo­wa­ła się przez całe do­ro­słe ży­cie. Wie­le lat temu ukoń­czy­ła szko­łę za­wo­do­wą, uzy­sku­jąc sto­pień mi­strza kra­wiec­kie­go. Pra­co­wa­ła do­brze, była do­kład­na. Po pro­stu ro­bi­ła to w taki sam spo­sób, jak każ­de inne ży­cio­we za­da­nie. Gdy po­zna­ła Mar­ci­na, sta­ra­ła się być naj­pierw po­praw­ną na­rze­czo­ną, póź­niej żoną, a z cza­sem mat­ką. Po­praw­ną, czy­li z uśmie­chem wy­ko­nu­ją­cą obo­wiąz­ki za­wo­do­we, do­mo­we i ro­dzi­ciel­skie, nie­po­zwa­la­ją­cą so­bie na chwi­le zło­ści, kiep­skie­go na­stro­ju czy płacz. Z tym ostat­nim na­uczy­ła się do­sko­na­le kryć. Po­dob­nie jak z uczu­cia­mi. Je­dy­nie dzie­ciom ich nie szczę­dzi­ła. Cór­ce i sy­no­wi da­wa­ła to, cze­go sama nie za­zna­ła w dzie­ciń­stwie: czu­łość i uwa­gę. By­wa­ło, że te­ścio­wa stro­fo­wa­ła ją za zbyt­nie po­świę­ca­nie cza­su dzie­ciom i za­nie­dby­wa­nie męża.

- My­ślisz, że Mar­cin naje się sa­mym ka­pu­śnia­kiem? - zży­ma­ła się, cho­dząc po ich kuch­ni. - Jest kil­ka go­dzin poza do­mem, więc na­le­ży mu się so­lid­ny obiad.

Na nic zda­wa­ły się pró­by wy­tłu­ma­cze­nia, że męż­czy­zna wy­ku­pu­je po­sił­ki w pra­cy i nie po­trze­bu­je dwóch dań w domu, że Wik­to­ria i Ja­nek je­dzą w szko­le i w przed­szko­lu, a Be­acie wy­star­czy zwy­kła zupa. Te­ścio­wa jak­by nie przyj­mo­wa­ła tego do wia­do­mo­ści. Hoł­do­wa­ła tra­dy­cyj­ne­mu wy­cho­wa­niu. Uwa­ża­ła, że ko­bie­ta ma zaj­mo­wać się do­mem, a o resz­tę za­dba mąż. Cięż­ko ją było prze­ko­nać, że spo­ro się zmie­ni­ło od cza­sów, gdy ona była mło­dą mę­żat­ką. Zresz­tą ile­kroć Be­ata od­wa­ża­ła się na ja­ką­kol­wiek po­le­mi­kę, szyb­ciut­ko była za­le­wa­na po­to­kiem słów. Mat­ka Mar­ci­na prze­szy­wa­ła ją ta­kim wzro­kiem, że sy­no­wa mia­ła ocho­tę scho­wać się do my­siej dziu­ry. Od­kąd pa­mię­ta­ła, bała się pod­nie­sio­nych gło­sów. Nie­waż­ne, czy cho­dzi­ło o ostry ton na­uczy­ciel­ki w szko­le, nie­przy­jem­ne brzmie­nie eks­pe­dient­ki w skle­pie czy gło­śną mowę ojca. Każ­de­go po­po­łu­dnia po po­wro­cie ze szko­ły na­słu­chi­wa­ła już z pół­pię­tra gło­su taty. Je­że­li dał się sły­szeć, z pew­no­ścią oj­ciec był pod wpły­wem al­ko­ho­lu. Im była bli­żej miesz­ka­nia, tym bar­dziej sta­ra­ła się wy­son­do­wać, w ja­kim jest hu­mo­rze. Kie­dy śpie­wał, był za­do­wo­lo­ny. Go­rzej, gdy to­czył po­li­tycz­ne dys­ku­sje. Wte­dy sta­ra­ła się wcho­dzić do domu tak, by jej nie za­uwa­żył. Prze­my­ka­ła nie­po­strze­że­nie do swo­je­go po­ko­iku i ci­chut­ko za­my­ka­ła drzwi. Nie prze­szka­dza­ły jej skrę­ca­ją­cy się z gło­du żo­łą­dek, do­kucz­li­we uczu­cie ssa­nia i prze­ły­ka­na co chwi­lę śli­na. Wie­dzia­ła, że gdy tyl­ko wej­dzie do kuch­ni, choć­by po krom­kę chle­ba, to cze­ka ją dłu­ga dys­ku­sja z oj­cem. Cze­piał się wte­dy wszyst­kie­go. Nie po­do­bał mu się spo­sób, w jaki na nie­go spoj­rza­ła - choć sta­ra­ła się tego uni­kać. Nie od­po­wia­dał mu swe­ter, w któ­rym przy­szła. Był zły za oce­ny. Wszyst­ko jej wy­po­mi­nał. Gdy nie pił, był ma­ło­mów­ny. Sło­wo­tok uru­cha­miał mu się wraz z pierw­szym ły­kiem al­ko­ho­lu. Z każ­dym ko­lej­nym pi­wem było tyl­ko go­rzej.

- Sza­now­ni pań­stwo, do­jeż­dża­my do sta­cji Po­znań Głów­ny - do­biegł ba­ry­ton z gło­śni­ka. - Pla­no­wa­na jest pół­go­dzin­na prze­rwa. Za­chę­ca­my do sko­rzy­sta­nia z wa­go­nu re­stau­ra­cyj­ne­go.

Nie­ocze­ki­wa­ny ko­mu­ni­kat wy­bił Be­atę z po­nu­rych roz­my­ślań. Mia­ła ocho­tę na kawę i roz­pro­sto­wa­nie ko­ści. Do celu zo­sta­ły jesz­cze dwie i pół go­dzi­ny jaz­dy. Po­cze­ka­ła, aż star­sza pani za­bie­rze wszyst­kie swo­je to­boł­ki i opu­ści miej­sce. Ko­bie­ta ro­bi­ła to opie­sza­le, bur­cząc pod no­sem in­wek­ty­wy skie­ro­wa­ne pod ad­re­sem męż­czy­zny, któ­ry wdał się z nią w dys­ku­sję. Mó­wi­ła pod­nie­sio­nym gło­sem, jak­by pro­wo­ku­jąc Be­atę do ode­zwa­nia się, ale ta nie re­ago­wa­ła. Le­d­wo wy­do­sta­ła się ze swo­je­go sie­dze­nia, ru­szy­ła w prze­ciw­nym kie­run­ku. Be­ata chcia­ła wyjść in­ny­mi drzwia­mi niż mę­czą­ca współ­pa­sa­żer­ka.

Ode­tchnę­ła świe­żym po­wie­trzem i wzro­kiem od­szu­ka­ła naj­bliż­szą ka­wia­ren­kę. Na dwor­cu było ich kil­ka. We­szła do pierw­szej z brze­gu. Chcia­ła do­ko­nać za­ku­pu jak naj­szyb­ciej, jak­by oba­wia­ła się, że po­ciąg od­je­dzie bez niej. Rzad­ko zda­rza­ło się, że wy­jeż­dża­ła, ale i w tych nie­licz­nych mo­men­tach zja­wia­ła się na pe­ro­nie go­dzi­nę przed cza­sem i do­kład­nie spraw­dza­ła, czy jej ze­ga­rek wska­zu­je tę samą mi­nu­tę co dwor­co­wy cza­so­mierz.

- Co po­dać? - zwró­ci­ła się do niej mło­da dziew­czy­na.

Be­ata mia­ła za mało cza­su, by przej­rzeć spis kaw.

- Po­pro­szę czar­ną.

- Z mle­kiem i cu­krem? - Głos sprze­daw­czy­ni za­brzmiał w taki spo­sób, jak­by po­da­nie tych dwóch rze­czy wy­ma­ga­ło od niej nie lada wy­sił­ku.

- Nie, dzię­ku­ję - od­par­ła klient­ka ci­cho. Uwiel­bia­ła kawę sło­dzo­ną, ale ton dziew­czy­ny sku­tecz­nie ją de­pry­mo­wał. Za­pła­ci­ła za na­pój i pa­rząc so­bie ręce go­rą­cym kub­kiem, ode­szła w stro­nę po­cią­gu. Po chwi­li za­ję­ła miej­sce.

Resz­ta pa­sa­że­rów była na pe­ro­nie, Be­ata mia­ła więc chwi­lę spo­ko­ju. Wy­cią­gnę­ła ko­mór­kę i zer­k­nę­ła na wy­świe­tlacz. Za­pi­sa­ły się dwa po­łą­cze­nia od Mar­ci­na. Wy­bra­ła nu­mer do nie­go. Ode­brał po czwar­tym sy­gna­le.

- Cześć - rzu­cił krót­ko. - Nie mo­głem się do cie­bie do­dzwo­nić.

Iry­ta­cja w jego gło­sie spra­wi­ła, że Be­ata mia­ła ocho­tę prze­pra­szać za wyj­ście po kawę. Nie dał jej na to cza­su.

- Gdzie jest nu­mer te­le­fo­nu na­sze­go dok­to­ra?

- Co się sta­ło?! - Wy­stra­szy­ła się.

- Po­ma­ga­łem kie­row­cy otwo­rzyć za­wór. - Mar­cin był kie­row­ni­kiem tech­nicz­nym w spół­ce miej­skich prze­wo­zów. - Sko­ro­do­wa­ną czę­ścią prze­cią­łem so­bie nad­gar­stek.

Prze­łknę­ła śli­nę. Po­win­na być na miej­scu, w War­sza­wie, i uma­wiać męża do le­ka­rza. Prze­cież trze­ba spraw­dzić, czy nie wda­ło się za­ka­że­nie, zro­bić szcze­pie­nie prze­ciw­ko tęż­co­wi lub in­ne­mu dzia­do­stwu! Ona, za­miast wszyst­kim się za­jąć, znaj­do­wa­ła się w po­ło­wie dro­gi do pra­cy. Wa­ha­dło dia­gno­zu­ją­ce, czy robi do­brze, prze­chy­li­ło się na stro­nę "Wra­caj jak naj­szyb­ciej do sto­li­cy! Tam jest two­je miej­sce!".

Mar­cin za­wie­sił głos, cze­ka­jąc na re­ak­cję żony. Nie­ocze­ki­wa­nie dla sa­mej sie­bie na­bra­ła po­wie­trza i ode­zwa­ła się ci­chym gło­sem:

- Nu­mer dok­to­ra jest przy­pię­ty mo­tyl­ko­wym ma­gne­sem do bocz­nej ścian­ki lo­dów­ki.

- Jesz­cze mo­żesz wró­cić - ode­zwał się mąż twar­dym gło­sem. - Pew­nie je­steś gdzieś w po­ło­wie dro­gi.

- Tak, w Po­zna­niu.

- To wra­caj!

Wdech - wy­dech, wdech - wy­dech...

- Nie mogę. Pod­ję­łam zo­bo­wią­za­nie i mu­szę do­trzy­mać wa­run­ków.

- Zo­sta­wiasz ro­dzi­nę, żeby opie­ko­wać się ja­kąś star­szą nie­miec­ką parą! A co z nami? Nie kon­sul­to­wa­łaś ni­cze­go!

- Da­cie so­bie radę. Dzie­ci są sa­mo­dziel­ne. Będę przy­jeż­dżać co trzy ty­go­dnie na sie­dem dni. - Sta­ra­ła się mó­wić spo­koj­nie, choć czu­ła, że cała drży.

- I tak ma wy­glą­dać nor­mal­ne, ro­dzin­ne ży­cie?

- To tyl­ko rok. Na tyle pod­pi­sa­łam umo­wę.

- Do­brze się za­sta­nów, czy po dwu­na­stu mie­sią­cach bę­dziesz mia­ła do cze­go wra­cać!

W słu­chaw­ce na­sta­ła głu­cha ci­sza.

Po­wo­li odło­ży­ła te­le­fon i wró­ci­ła pa­mię­cią do tam­te­go je­sien­ne­go dnia. Nie­zwy­kle trud­ne­go. Ta­kie­go, kie­dy trze­ba przy­znać się do po­raż­ki, do prze­gra­nej, do utra­ty pra­cy. Usia­dła wte­dy do kom­pu­te­ra cór­ki, by uzu­peł­nić swo­je CV. W ru­bry­ce z wy­kształ­ce­niem wid­nia­ło: za­wód - kra­wiec oraz wie­czo­ro­we li­ceum ad­mi­ni­stra­cyj­ne. Edu­ka­cja Be­aty koń­czy­ła się na szko­le śred­niej. To oj­ciec prze­ko­nał ją, że lep­szy fach w gar­ści niż mrzon­ki o stu­diach. Po­tem w tym sa­mym utwier­dza­li ją Mar­cin i jego mat­ka. A póź­niej nie było cza­su na ja­kie­kol­wiek my­śli o edu­ka­cji, bo na świe­cie po­ja­wi­ły się dzie­ci i to im trze­ba było po­świę­cić uwa­gę. Kil­ku­let­nią. Co za­tem może wpi­sać w ży­cio­ry­sie? Do­sko­na­ła zna­jo­mość ję­zy­ka nie­miec­kie­go i do­bra or­ga­ni­za­cja pra­cy - do­da­ła. To wszyst­ko. Czy­ta­ła tę fra­zę kil­ku­krot­nie i wte­dy ją olśni­ło! A gdy­by z tego fak­tu zro­bić wio­dą­cą ce­chę? Prze­cież tak lu­bi­ła uczyć się ję­zy­ka za­chod­nich są­sia­dów!

Szko­ła, do któ­rej cho­dzi­ła, była nie­ty­po­wa. Za­miast kształ­cić we wszech­obec­nym an­giel­skim, uczy­ła nie­miec­kie­go. Be­ata po­lu­bi­ła ten ję­zyk. Na­uka przy­cho­dzi­ła jej z ła­two­ścią. Po­świę­ca­ła na nią każ­dą wol­ną chwi­lę, by już po kil­ku mie­sią­cach wy­sła­wiać się naj­le­piej w kla­sie. Ger­ma­nist­ka pro­po­no­wa­ła jej wte­dy zmia­nę szko­ły z za­wo­dów­ki na li­ceum, ale Be­ata nie chcia­ła. Jak po­wta­rzał oj­ciec - mu­sia­ła mieć za­wód w ręku.

Gdy zo­sta­ła żoną Mar­ci­na, rzad­ko za­glą­da­ła do nie­miec­kich ksią­żek. Za­nie­dba­ła to zu­peł­nie, gdy po­ja­wi­ły się dzie­ci, ale wró­ci­ła do pa­sji czte­ry mie­sią­ce temu. Chcia­ła wy­słać po­da­nie o pra­cę do szwal­ni, ale coś ją pod­ku­si­ło i w wy­szu­ki­war­kę ofert w od­po­wied­nim miej­scu wpi­sa­ła "do­bra zna­jo­mość ję­zy­ka nie­miec­kie­go". Wy­sko­czy­ło kil­ka­na­ście pro­po­zy­cji wy­jaz­du do Nie­miec. Do tej pory nie umia­ła­by po­wie­dzieć, co spra­wi­ło, że od­wa­ży­ła się na­pi­sać do agen­cji ofe­ru­ją­cej opie­kę nad oso­ba­mi star­szy­mi w za­mian za go­dzi­we za­rob­ki. To był im­puls! Gdy na­stęp­ne­go dnia za­dzwo­nił te­le­fon, mia­ła ocho­tę roz­łą­czyć się po mi­nu­cie. Ko­bie­cy głos sta­rał się prze­ko­nać ją, że do­brze zro­bi­ła, kon­tak­tu­jąc się z ich fir­mą. Że na pew­no nie bę­dzie ża­ło­wać. Be­ata po­now­nie chcia­ła prze­rwać roz­mo­wę, gdy do po­ko­ju wszedł jej mąż. Nie zwró­cił naj­mniej­szej uwa­gi na to, że żona z kimś roz­ma­wia, za to za­czął gło­śno wy­ra­żać pre­ten­sje o brak świe­żych bok­se­rek.

- Są na wie­sza­ku na bal­ko­nie. - Ko­bie­ta sta­ra­ła się za­kryć ręką mi­kro­fon, by roz­mów­czy­ni jej nie sły­sza­ła.

- To je przy­nieś! Prze­cież nie pój­dę nago na ze­wnątrz! Po­spiesz się, bo za­raz mu­szę wyjść!

Zro­zu­mia­ła wte­dy bez­sens ca­łej sy­tu­acji. Mar­cin wy­ma­gał, by ona na­tych­miast prze­rwa­ła roz­mo­wę i przy­nio­sła mu bie­li­znę, choć mógł­by wcią­gnąć na sie­bie dre­so­we spodnie wi­szą­ce na opar­ciu krze­sła w sy­pial­ni i wyjść po bok­ser­ki! Be­ata po­wo­li wy­szła z po­ko­ju, za­my­ka­jąc się w ła­zien­ce i od­po­wia­da­jąc na py­ta­nia roz­mów­czy­ni. Tak, zga­dza się wstęp­nie na rocz­ny kon­trakt w Niem­czech. Tak, zga­dza się na spo­tka­nie w biu­rze po­śred­ni­czą­cym. Tak, zga­dza się na we­ry­fi­ka­cję umie­jęt­no­ści ję­zy­ko­wych.

Wszyst­ko po­to­czy­ło się bły­ska­wicz­nie. Ty­dzień póź­niej drżą­cym gło­sem przed­sta­wia­ła mę­żo­wi swój za­miar.

- Ale jak to? - po­wta­rzał w kół­ko. - Nie dasz so­bie rady!

Im czę­ściej to mó­wił, tym więk­szej na­bie­ra­ła pew­no­ści, że pod­ję­ła traf­ną de­cy­zję. Po raz pierw­szy za­dzia­ła­ła spon­ta­nicz­nie. I choć póź­niej wie­lo­krot­nie mia­ła ocho­tę się wy­co­fać, w ostat­niej chwi­li wy­gry­wa­ła wro­dzo­na od­po­wie­dzial­ność. Sko­ro po­wie­dzia­ło się A, na­le­ży po­wie­dzieć B. Im bar­dziej mąż na­ci­skał na zmia­nę de­cy­zji, tym bar­dziej ona utwier­dza­ła się w jej słusz­no­ści. I choć ser­ce za każ­dym ra­zem roz­ry­wa­ło się na pół, gdy o tym po­my­śla­ła, nie ugię­ła się. Po raz pierw­szy w ży­ciu! Na nic zda­ły się wy­rzu­ty te­ścio­wej, że zo­sta­wia ro­dzi­nę na pa­stwę losu i so­bie wy­jeż­dża, że pró­bu­je w ten spo­sób roz­wa­lić mał­żeń­stwo, bo prze­cież miej­sce żony jest przy mężu. Be­ata na­wet nie od­po­wia­da­ła. Do­pie­ro gdy mat­ka Mar­ci­na wy­pa­li­ła:

- A może ty masz już ko­goś na boku i do nie­go je­dziesz, co?

- Nie mam. Nie ja - od­par­ła sy­no­wa, ce­dząc przez zęby i za­ci­ska­jąc usta w wą­ziut­ką kre­skę.

Roz­pła­ka­ła się, gdy tyl­ko star­sza ko­bie­ta wy­szła z ich miesz­ka­nia. Na szczę­ście męża nie było w domu, za­tem mo­gła so­bie po­zwo­lić na szloch i... wspo­mi­na­nie po­wa­ka­cyj­ne­go zna­le­zi­ska. Ko­mór­ka Mar­ci­na le­ża­ła na ku­chen­nym bla­cie, gdy nie­ocze­ki­wa­nie zo­stał przez są­sia­da po­pro­szo­ny o po­moc. Nie za­brał ze sobą apa­ra­tu. Be­ata au­to­ma­tycz­nie spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz, gdy na­de­szło po­wia­do­mie­nie.

Dzię­ku­ję za cu­dow­ną roz­mo­wę i to­wa­rzy­stwo przy ka­wie - prze­czy­ta­ła.

Ni­g­dy nie za­glą­da­ła do ko­mór­ki męża, ale tym ra­zem po­czu­ła, że musi, tym bar­dziej że nadaw­cą była ja­kaś Agu­sia. Jej ese­mes przy­szedł jako naj­now­szy w ca­łym cią­gu wia­do­mo­ści. Be­ata prze­bie­gła je wzro­kiem. Były tam głów­nie po­dzię­ko­wa­nia za spo­tka­nia, za miłe to­wa­rzy­stwo, za po­moc, a w nie­któ­rych mo­men­tach za to, że Mar­cin był. Pierw­sza wy­sła­na wia­do­mość z tego nu­me­ru nada­na była pod ko­niec sierp­nia. To wte­dy mąż wró­cił z dwu­ty­go­dnio­we­go po­by­tu w Ka­mie­niu Po­mor­skim. Wy­brał się tam, by pod­re­pe­ro­wać krę­go­słup. Za­zwy­czaj to­wa­rzy­szy­ła mu Be­ata, jed­nak tym ra­zem nie do­sta­ła urlo­pu w tym ter­mi­nie. Wy­star­czy­ło, by je­den je­dy­ny raz wy­je­chał sam, a już wy­ko­rzy­stał czas na nowe zna­jo­mo­ści.

Nie przy­zna­ła się, że przej­rza­ła jego te­le­fon. Zro­bi­ła to nie­zbyt do­kład­nie, ale wy­star­czy­ło, by utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że do ich mał­żeń­stwa do­łą­czy­ła trze­cia oso­ba. I to ona sta­ła się ar­gu­men­tem prze­ma­wia­ją­cym za wy­jaz­dem. Mar­cin bę­dzie miał czas, aby zde­cy­do­wać, cze­go i kogo chce w dal­szym ży­ciu.

O dzi­wo, dzie­ci przy­ję­ły wia­do­mość o pra­cy mat­ki za gra­ni­cą wy­jąt­ko­wo wy­ro­zu­mia­le.

- Wresz­cie po­my­ślisz o so­bie - po­wie­dzia­ła Wik­to­ria wprost do ucha Be­aty i moc­no ją przy­tu­li­ła.

Po chwi­li do uści­sku do­łą­czył Ja­nek. Ro­dzeń­stwo dzie­li­ły dwa lata, ale było nie­zwy­kle ze sobą zży­te. Be­ata po­my­śla­ła, że ich dwo­je to jej naj­więk­szy ży­cio­wy suk­ces. Je­dy­ny chy­ba. Wie­dzia­ła, że syn - stu­dent in­for­ma­ty­ki - oraz cór­ka stu­diu­ją­ca pe­da­go­gi­kę da­dzą so­bie radę.

- Trzy ty­go­dnie miną bły­ska­wicz­nie - po­wie­dzia­ła, gdy dzie­ci sta­ły z nią na Dwor­cu Cen­tral­nym. Mąż nie mógł uczest­ni­czyć w so­bot­nim po­ran­nym po­że­gna­niu, bo na­gle zo­stał we­zwa­ny do pra­cy z po­wo­du awa­rii. - I dbaj­cie o tatę. - Choć tym zaj­mu­je się już ktoś inny, do­da­ła w my­ślach.

Przez pierw­sze ki­lo­me­try po­dró­ży ukrad­kiem wy­cie­ra­ła łzy. W mia­rę jak od­le­głość od domu się zwięk­sza­ła, po­wo­li nad­cho­dzi­ło uspo­ko­je­nie prze­rwa­ne je­dy­nie ak­tyw­no­ścią mę­czą­cej to­wa­rzysz­ki w po­cią­gu. Od Po­zna­nia je­cha­ła już sama. Z za­sko­cze­niem ob­ser­wo­wa­ła zmie­nia­ją­cy się kra­jo­braz. Rano wy­jeż­dża­ła z mroź­nej, śnież­nej War­sza­wy, a przed Szcze­ci­nem zo­rien­to­wa­ła się, że tem­pe­ra­tu­ra ro­sła. Kra­jo­braz już za sto­li­cą Wiel­ko­pol­ski prze­stał być bia­ły. Te­raz prze­wa­ża­ła w nim sza­rość. Drze­wa ogo­ło­co­ne z li­ści spra­wia­ły przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie. Tra­wa była bru­nat­na, wca­le nie zie­lo­na. Im bar­dziej Be­ata zbli­ża­ła się do za­chod­niej gra­ni­cy, tym moc­niej świat wy­da­wał się po­zba­wio­ny ko­lo­rów. Zu­peł­nie jak­by tej zimy nie le­żał tu śnieg! A może na­praw­dę tu nie sy­pał?! Oglą­da­jąc pro­gno­zę po­go­dy po wie­czor­nych wia­do­mo­ściach, za­wsze zwra­ca­ła uwa­gę je­dy­nie na War­sza­wę. Po­zo­sta­łe re­gio­ny kra­ju mo­gły dla niej nie ist­nieć.

Gdy mę­ski głos za­po­wie­dział Star­gard, wie­dzia­ła, że od Szcze­ci­na dzie­lą ją trzy kwa­dran­se. W sku­pie­niu przy­glą­da­ła się, jak kra­jo­braz z le­śne­go prze­mie­nia się w in­du­strial­ny, wy­peł­nio­ny ko­mi­na­mi, za­kła­da­mi, trą­bią­cy­mi na prze­jaz­dach sa­mo­cho­da­mi. Z za­fa­scy­no­wa­niem pa­trzy­ła na Odrę - dużą rze­kę, choć mniej­szą od Wi­sły. Z da­le­ka wi­dzia­ła stocz­nię, po­usta­wia­ne wzdłuż na­brze­ża więk­sze i mniej­sze jed­nost­ki wod­ne, dźwi­gi i mo­to­rów­ki. Wresz­cie ogło­szo­na zo­sta­ła sta­cja koń­co­wa: Szcze­cin Głów­ny. Be­ata chwy­ci­ła ba­gaż le­żą­cy nad gło­wą i z tru­dem ścią­gnę­ła go z pół­ki. Gdy już stał obok jej nóg, z ple­ca­ka wy­cią­gnę­ła no­tes, w któ­rym mia­ła za­pi­sa­ne wszel­kie in­for­ma­cje. Jako pierw­szy wid­niał nu­mer te­le­fo­nu do biu­ra po­śred­ni­czą­ce­go w zna­le­zie­niu pra­cy. Była świa­do­ma, że wy­jeż­dża­ją­cym Po­lkom przy­tra­fia­ją się naj­róż­niej­sze sy­tu­acje, dla­te­go wo­la­ła się przy­go­to­wać. Przej­rza­ła fora, na któ­rych ko­bie­ty opo­wia­da­ły o przy­kro­ściach, ja­kie je spo­ty­ka­ły po prze­kro­cze­niu gra­ni­cy. Jesz­cze w War­sza­wie uzna­ła, że le­piej wie­dzieć, cze­go się spo­dzie­wać. Do­brze, że to całe Uec­ker­mün­de nie leży tak da­le­ko. Trzy kwa­dran­se jaz­dy i jest się w Po­li­cach, a chwi­lę póź­niej w Szcze­ci­nie.

Uec­ker­mün­de. Cóż za dziw­na na­zwa. Przez chwi­lę usi­ło­wa­ła prze­tłu­ma­czyć ją w my­ślach na ję­zyk pol­ski. Wkry­uj­ście! Jesz­cze dziw­niej.

Po­ciąg po­wo­li się za­trzy­mał. Be­ata na­bra­ła po­wie­trza, by uspo­ko­ić ner­wy, któ­re za­czę­ły da­wać o so­bie znać, i wy­szła na pe­ron. W cią­gu ostat­nich dwóch ty­go­dni prze­pro­wa­dzi­ła kil­ka roz­mów te­le­fo­nicz­nych z sy­nem star­szych lu­dzi, któ­ry­mi ma się opie­ko­wać. Po­chwa­lił jej bar­dzo do­brą zna­jo­mość ję­zy­ka nie­miec­kie­go. Rze­czy­wi­ście, choć była pew­na, że ze zde­ner­wo­wa­nia nie wy­du­si ani sło­wa, głos ani na chwi­lę jej nie za­drżał. Może dla­te­go, że po dru­giej stro­nie ode­zwał się nie­zwy­kle sym­pa­tycz­ny ba­ry­ton mó­wią­cy po­wo­li, by zro­zu­mia­ła każ­de sło­wo. Słu­cha­ła go z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią i nie wie­dzieć kie­dy sama za­czę­ła ak­tyw­nie uczest­ni­czyć w kon­wer­sa­cji. An­dre­as - tak przed­sta­wił się roz­mów­ca - po­wo­li wpro­wa­dzał ją w świat obo­wiąz­ków. Jego ro­dzi­ce byli star­szy­mi, acz­kol­wiek dość spraw­ny­mi ludź­mi. Obo­je cier­pie­li jed­nak na al­zhe­ime­ra. Mat­ka w po­waż­niej­szym stop­niu. Po­trze­bo­wa­li uważ­nej to­wa­rzysz­ki w cią­gu dnia, któ­ra do­pil­nu­je, by wzię­li leki, po­ło­ży­li się na po­obied­nią drzem­kę, zje­dli cały obiad i wy­szli na spa­cer. Na­tu­ral­nie tych czyn­no­ści było wię­cej, lecz nie wy­da­wa­ły się one cięż­kie do wy­ko­na­nia. Be­ata do­wie­dzia­ła się, że kil­ka razy w ty­go­dniu trze­ba bę­dzie ich tak­że za­wieźć na re­ha­bi­li­ta­cję, ma­sa­że oraz na umó­wio­ne wi­zy­ty do le­ka­rzy. Od cza­su do cza­su po­to­wa­rzy­szyć pod­czas spo­tkań, uro­dzin i wie­czor­ków u zna­jo­mych. Po­lka po­wta­rza­ła kil­ka­krot­nie, że nie po­sia­da me­dycz­ne­go wy­kształ­ce­nia lub choć­by kur­su opie­kun­ki. An­dre­as za­pew­nił, że nie ma ta­kiej ko­niecz­no­ści.

Wy­sia­da­jąc z po­cią­gu, nie­po­ko­iła się, czy go od­naj­dzie. Umó­wi­li się, że bę­dzie cze­kał w sa­mym środ­ku dwor­co­wej po­cze­kal­ni, nie­da­le­ko ka­wiar­ni Nie­bie­ska. Od­na­la­zła ten punkt, ale w po­bli­żu była tyl­ko ca­łu­ją­ca się para. Be­ata ro­zej­rza­ła się bez­rad­nie. Obok niej prze­cho­dzi­li pa­sa­że­ro­wie, ża­den jed­nak nie zbli­żał się w stro­nę ka­wia­ren­ki. Mi­ja­li ją obo­jęt­nie. Może An­dre­as nie zna­lazł par­kin­gu i dla­te­go jesz­cze go nie ma? Po­sta­no­wi­ła, że za­dzwo­ni do nie­go za dzie­sięć mi­nut. Czas wlókł się nie­mi­ło­sier­nie. Z tru­dem wy­trzy­ma­ła wy­zna­czo­ny so­bie czas. Pa­trząc w no­tes, wbi­ła na pul­pi­cie te­le­fo­nu dłu­gi nu­mer nie­miec­kiej ko­mór­ki.

- Abo­nent poza za­się­giem. - Usły­sza­ła ko­mu­ni­kat.

Cho­le­ra ja­sna! Spró­bo­wa­ła raz jesz­cze. To samo! No tak, miły głos ją zwiódł. Dała się na­brać na pra­cę, a to jed­no wiel­kie oszu­stwo!

Od przy­jaz­du po­cią­gu mi­nę­ło już po­nad trzy­dzie­ści mi­nut, a ona bez­rad­nie sta­ła w nie­zna­nym so­bie mie­ście, bo za­ufa­ła ob­cym. Trze­ba było słu­chać męża! Mam za swo­je! Za­chcia­ło mi się eks­cen­try­zmu w ży­ciu! Pierw­szy i ostat­ni raz.

Już wi­dzia­ła peł­ne po­li­to­wa­nia miny dzie­ci, trium­fu­ją­cą te­ścio­wą i wzdy­cha­ją­ce­go Mar­ci­na. Be­ata na pew­no usły­szy: "Wie­dzia­łem, że tak bę­dzie". Po­spiesz­nie otar­ła spły­wa­ją­cą po po­licz­ku łzę. Nie chcia­ła, by kto­kol­wiek ją zo­ba­czył. Po­de­szła szyb­ko do ta­bli­cy od­jaz­dów, sku­pi­ła wzrok na po­łą­cze­niach Szcze­cin - War­sza­wa i dzię­ki temu po­wstrzy­ma­ła płacz. Naj­bliż­szy po­ciąg do sto­li­cy od­jeż­dżał do­pie­ro pod wie­czór. Była dwu­na­sta czter­dzie­ści pięć. Stwier­dzi­ła, że prze­sie­dzi kil­ka go­dzin na ław­ce w po­cze­kal­ni. Jesz­cze raz wy­cią­gnę­ła te­le­fon, usi­łu­jąc skon­tak­to­wać się z An­dre­asem. Na próż­no. Za­dzwo­ni­ła do biu­ra po­śred­nic­twa - tam włą­czy­ła się au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka. No tak, so­bo­ta, nikt nie pra­cu­je.

Co ją pod­ku­si­ło, by wy­ru­szać w week­en­do­wy dzień? Proś­ba Niem­ca, któ­ry twier­dził, że tyl­ko wte­dy ma wol­ne i może po nią przy­je­chać. Po­czu­cie za­wo­du wzra­sta­ło w niej z mi­nu­ty na mi­nu­tę. Była zła na sie­bie. Po­czu­ła, że ko­niecz­nie musi wy­pić kawę i się uspo­ko­ić.

W Nie­bie­skiej nie było lu­dzi. Za­opa­trzy­ła się w pa­ru­ją­cy na­pój i usia­dła przy sto­li­ku w sa­mym rogu, od­wró­co­na ple­ca­mi do wej­ścia. Z kub­ka bu­cha­ła para, ogrze­wa­jąc łzy spły­wa­ją­ce jej po po­licz­kach. Nie dała rady ich po­wstrzy­mać. Sie­dzia­ła, a jej drob­ny­mi ra­mio­na­mi wstrzą­sa­ło łka­nie. W domu trzy­ma­ła fa­son przez kil­ka ty­go­dni, nie da­jąc po so­bie po­znać, że drę­czą ją oba­wy i nie­pew­ność. W tym mo­men­cie tamy pu­ści­ły i uczu­cia zna­la­zły uj­ście.

- Be­ata? - Usły­sza­ła swo­je imię wy­mó­wio­ne z ob­cym ak­cen­tem. Nie zwró­ci­ła uwa­gi na to, że do lo­ka­lu ktoś wszedł i sta­nął za nią. Roz­mów­ca prze­szedł na nie­miec­ki: - Wi­taj! To ja, An­dre­as.

Sta­ra­ła się w po­śpie­chu obe­trzeć łzy.

Męż­czy­zna pa­trzył na nią za­sko­czo­ny, a po chwi­li za­czął po­kor­nie prze­pra­szać.

- Spóź­ni­ła się wy­na­ję­ta opie­kun­ka - tłu­ma­czył skru­szo­nym gło­sem. - Po­dob­no po dro­dze był ja­kiś wy­pa­dek. Nie mo­głem ro­dzi­ców zo­sta­wić sa­mych, a po­dróż z nimi do Szcze­ci­na by­ła­by jesz­cze gor­sza! Ow­szem, jeż­dżą sa­mo­cho­dem, ale na krót­kich od­cin­kach, mak­sy­mal­nie do pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów w jed­ną stro­nę. Wy­jazd do du­że­go mia­sta nie dość, że roz­re­gu­lo­wał­by ich rytm dnia, to jesz­cze spo­wo­do­wał­by zmę­cze­nie.

Be­ata pa­trzy­ła na nie­go, za­sta­na­wia­jąc się, czy to, co mówi, jest szcze­re. Być może sło­wa tro­ski o ro­dzi­ców mia­ły za­kryć złe wra­że­nie spo­wo­do­wa­ne go­dzin­nym spóź­nie­niem.

- Pró­bo­wa­łam do pana za­dzwo­nić - po­wie­dzia­ła z wy­rzu­tem.

- Mam nie­miec­ki nu­mer te­le­fo­nu. Nie dzia­ła po pol­skiej stro­nie - od­parł. - Jesz­cze raz prze­pra­szam. Nie po­my­śla­łem, że coś może się wy­da­rzyć i po­trzeb­na bę­dzie ko­mu­ni­ka­cja. To jak? Bio­rę ba­gaż i mo­że­my je­chać?

Be­ata po­wo­li ski­nę­ła gło­wą. Po­czą­tek współ­pra­cy był nie naj­lep­szy. Jak­by los usil­nie chciał jej po­wie­dzieć, że ma wra­cać do War­sza­wy, do daw­ne­go ży­cia, do co­dzien­nej mo­no­to­nii, do wi­zyt uty­sku­ją­cej te­ścio­wej i do Mar­ci­na, z któ­rym pra­wie już nie roz­ma­wia­ła. Bo o czym moż­na mó­wić po ćwierć­wie­czu by­cia ra­zem?

- Je­dzie­my - od­par­ła z mocą w gło­sie.

Pięć mi­nut póź­niej w sa­mo­cho­dzie wy­cią­gnę­ła te­le­fon i na­pi­sa­ła wia­do­mość do męża, że wy­jeż­dża ze Szcze­ci­na i za chwi­lę stra­ci za­sięg pol­skie­go ope­ra­to­ra, prze­cho­dząc na ro­aming. Prze­śle­dzi­ła w in­ter­ne­cie, że po­łą­cze­nia mię­dzy­na­ro­do­we na­dal były dro­gie. Chy­ba bę­dzie mu­sia­ła po­sta­rać się o nie­miec­ką kar­tę, by swo­bod­nie ko­rzy­stać z in­ter­ne­to­wych ko­mu­ni­ka­to­rów umoż­li­wia­ją­cych tań­szy kon­takt z do­mem. Ale po­my­śli o tym do­pie­ro w po­nie­dzia­łek. Nie­dzie­la mia­ła być po­wol­nym wpro­wa­dze­niem w obo­wiąz­ki.

An­dre­as spo­koj­nym gło­sem opo­wia­dał Be­acie, jak wy­glą­da miej­sco­wość, w któ­rej miesz­ka.

- Cza­sa­mi czu­ję się jak na wsi. Mamy dom na obrze­żach Uec­ker­mün­de, a za nami są już tyl­ko łąki i pola. Je­sie­nią wy­pa­sa się na nich owce. Nie­świa­do­mych może stra­szyć be­cze­nie w ciem­no­ści i dźwięk dzwo­necz­ków. Nikt nie chce uwie­rzyć, że po be­cze­niu roz­róż­niam, w ja­kim ko­lo­rze jest zwie­rzę. Inne dźwię­ki wy­da­ją bia­łe, inne czar­ne, a jesz­cze inne ciem­no­brą­zo­we. - Uśmiech­nął się, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od dro­gi. Je­chał ostroż­nie, nie prze­kra­cza­jąc do­zwo­lo­nej pręd­ko­ści. Nie­co zwal­niał, zbli­ża­jąc się do świa­teł, by móc spo­koj­nie za­ha­mo­wać, nim z zie­lo­ne­go zro­bi się na­gle czer­wo­ne.

Mar­cin jeź­dził po­dob­nie, ale to Be­acie prze­szka­dza­ło. W War­sza­wie ostroż­ny kie­row­ca po­strze­ga­ny jest jak dzi­wa­dło, na któ­re na­le­ży trą­bić, wy­prze­dzać w po­śpie­chu i wska­zy­wać pal­cem. Po Po­mo­rzu Za­chod­nim jak­by ina­czej się jeź­dzi­ło. Spo­koj­niej, bez ner­wo­wo­ści, jaka udzie­la­ła się miesz­kań­com sto­li­cy. A prze­cież też było w tym mie­ście wie­le rond i skrzy­żo­wań z to­ra­mi tram­wa­jo­wy­mi.

- To już ko­niec mia­sta? - Be­ata za­sko­czo­na wska­za­ła pę­tlę, za któ­rą już były drze­wa.

- Tak. Za ja­kieś pięt­na­ście ki­lo­me­trów bę­dzie­my na gra­ni­cy w Do­biesz­czy­nie. - Na­zwę miej­sco­wo­ści wy­mó­wił z ogrom­nym tru­dem i tak za­baw­nie, że mu­sia­ła par­sk­nąć śmie­chem.

- Do­biesz­czyn - wy­mó­wi­ła wy­raź­nie, by do­brze usły­szał.

- Mam na­dzie­ję, że pod­uczysz mnie pol­skie­go. Miesz­kam tak bli­sko gra­ni­cy, że po­wi­nie­nem znać choć kil­ka zwro­tów.

- Czy Niem­cy chęt­nie uczą się ję­zy­ka są­sia­dów? - spy­ta­ła.

Po­krę­cił gło­wą.

- Nie. Sam nie znam nic wię­cej po­nad "dzień do­bry" i "ład­na ko­bie­ta". - Na chwi­lę się od­wró­cił w jej stro­nę i mru­gnął okiem. - Cho­ciaż był czas, że bar­dzo chcia­łem mó­wić po pol­sku... - za­wie­sił głos, jak­by w gło­wie wró­cił wspo­mnie­nia­mi do tam­te­go mo­men­tu.

Be­ata nie wy­rwa­ła go z za­du­my.

- Po­la­cy miesz­ka­ją­cy na po­gra­ni­czu przy­zwy­cza­ili nas do do­bre­go - ode­zwał się nie­co za­my­ślo­nym gło­sem. - Gdy przy­jeż­dża­cie do nas, ocze­ku­je­my, że bę­dzie­cie mó­wi­li po nie­miec­ku. Bo prze­cież to wy przy­jeż­dża­cie. Na­to­miast gdy od­wie­dza­my Szcze­cin, uwa­ża­my za nor­mal­ne, że sprze­daw­ca w skle­pie czy pra­cow­nik sta­cji ben­zy­no­wej po­słu­gu­ją się na­szą mową.

- Czy­li to my, Po­la­cy, je­ste­śmy win­ni wa­szej nie­chę­ci do po­zna­nia ję­zy­ka są­sia­dów? - Be­ata spoj­rza­ła za­sko­czo­na i nie­co zi­ry­to­wa­na.

- Ra­czej przy­zwy­cza­ili­ście nas do tego, że wie­le z sie­bie da­je­cie. Dla­te­go tak chęt­nie za­trud­nia­my was i wy­naj­mu­je­my jako spe­cja­li­stów. W Uec­ker­mün­de jest szpi­tal, w któ­rym pra­wie po­ło­wa za­trud­nio­ne­go per­so­ne­lu to Po­la­cy lub oby­wa­te­le kra­jów wschod­nich. Wie­my, że po­waż­nie pod­cho­dzi­cie do obo­wiąz­ków i po­wie­rzo­nych za­dań.

- Nie wszy­scy tacy są - po­wie­dzia­ła, przy­po­mi­na­jąc so­bie opi­nie o ro­da­kach, ja­kie wy­czy­ta­ła na fo­rum po­lo­nij­nym. Sama mia­ła epi­zod pra­cy w Niem­czech. Pierw­szy za­kład szwal­ni­czy, w któ­rym zo­sta­ła za­trud­nio­na, pod­pi­sał umo­wę na se­rię ubrań z fir­mą we Frank­fur­cie. Część pol­skiej za­ło­gi, w tym ona, przez dwa mie­sią­ce pra­co­wa­ła u za­chod­nie­go pra­co­daw­cy. Wte­dy za­uwa­ży­ła prze­kro­jo­wość po­lo­nij­ne­go spo­łe­czeń­stwa.

- W każ­dym na­ro­dzie jest róż­no­rod­ność - od­parł An­dre­as. - Po pro­stu trze­ba umieć wy­brać to­wa­rzy­stwo dla sie­bie. A Po­la­cy za gra­ni­cą, po­dob­nie jak Niem­cy, bar­dzo czę­sto ła­pią się pierw­sze­go lep­sze­go kon­tak­tu, bo są złak­nie­ni prze­by­wa­nia z ro­da­ka­mi.

- Ob­czy­zna po­win­na zbli­żać... a wi­dzę, że w więk­szo­ści dzie­li - po­wie­dzia­ła Be­ata ci­cho.

- Je­że­li tra­fi się na od­po­wied­nich lu­dzi, to nie ma pro­ble­mów - ode­zwał się Nie­miec. - Wcze­śniej za­trud­nia­łem do po­mo­cy przy ro­dzi­cach dwie Po­lki. Tyl­ko przez ty­dzień był spo­kój. Po tym cza­sie jak­by pio­run w nie strze­lił. Nie było dnia, by cze­goś prze­ciw­ko so­bie nie mó­wi­ły. Jed­na chcia­ła wy­pa­dać le­piej niż dru­ga. Do­no­si­ły na sie­bie i do­ku­cza­ły. Pró­bo­wa­łem być roz­jem­cą, ale w koń­cu ile moż­na! Sko­ro nie ma woli zro­zu­mie­nia po żad­nej ze stron, to zwol­ni­łem obie. Na ich miej­sce jest pani.

- A je­że­li i ja was roz­cza­ru­ję? - spy­ta­ła.

- Nie ukry­wam, że mu­szę się z tym li­czyć - od­parł po­waż­nie. - Dla­te­go tak istot­ne jest przed­sta­wie­nie ocze­ki­wań. Obo­pól­ne. Mam na­dzie­ję, że ju­tro to wszyst­ko zro­bi­my. Do­cho­dzi czter­na­sta. Za dwie go­dzi­ny bę­dzie ciem­no. Chciał­bym po­ka­zać pani mia­stecz­ko. Wła­śnie mi­ja­my gra­ni­cę.

Je­dy­nym do­wo­dem tego były dwa słu­py, je­den po­ma­lo­wa­ny w bar­wy pol­skiej fla­gi, dru­gi - nie­miec­kiej. Zmie­ni­ły się tak­że słup­ki dro­go­we ozna­cza­ją­ce od­le­głość. Z bia­ło-czer­wo­nych prze­szły w bia­ło-czar­ne. Poza tym wszyst­ko wy­glą­da­ło tak samo. Kil­ka chwil póź­niej mi­nę­li służ­by cel­ne wy­pa­tru­ją­ce sa­mo­cho­dów przez lor­net­kę. Be­ata za­drża­ła.

- Pro­szę się nie oba­wiać - uspo­ko­ił ją An­dre­as. - Za­trzy­mu­ją tyl­ko sa­mo­cho­dy z pol­ską re­je­stra­cją. W do­dat­ku te kon­tro­le są spo­ra­dycz­ne, głów­nie w week­en­dy.

Be­ata z za­cie­ka­wie­niem oglą­da­ła mi­ja­ne miej­sco­wo­ści. Hin­ter­see, Ge­gen­see, Ahl­beck były nie­wiel­ki­mi wio­ska­mi. Przy­ku­wa­ły wzrok za­dba­ne do­mo­stwa, przy­go­to­wa­ne do zimy ogród­ki, upo­rząd­ko­wa­ne obej­ścia. Zu­peł­nie jak­by każ­de­go dnia ich miesz­kań­cy coś przy do­mach ro­bi­li. Spo­ra­dycz­nie wi­sia­ły jesz­cze po­zo­sta­ło­ści bo­żo­na­ro­dze­nio­wych de­ko­ra­cji. Be­ata była za­sko­czo­na. W Pol­sce prak­tycz­nie wszyst­kie bu­dyn­ki były przy­stro­jo­ne i oświe­tlo­ne. Był trze­ci stycz­nia, okres świą­tecz­ny. Za kil­ka dni przy­pa­da świę­to Trzech Kró­li. Prze­jeż­dża­jąc przez zie­mię nie­miec­ką, mia­ła wra­że­nie, jak­by Boże Na­ro­dze­nie było tu­taj daw­no temu. Cho­ciaż... ona tak­że nie mia­ła uda­nych świąt.

- Wjeż­dża­my do Uec­ker­mün­de. - Usły­sza­ła głos An­dre­asa wy­ry­wa­ją­cy ją z za­my­śle­nia. - Po­je­dzie­my naj­pierw na lewo.

Po chwi­li dro­ga z sze­ro­kiej prze­szła w węż­szą i bru­ko­wa­ną.

- Do­kład­nie mia­stecz­ko chciał­bym po­ka­zać ju­tro. Uła­twi to spra­wę, gdy trze­ba bę­dzie za­wieźć ro­dzi­ców do le­ka­rza czy na te­ra­pię. Dzi­siaj ro­bię to po­bież­nie. Tu­taj mamy pla­żę. La­tem Za­lew Szcze­ciń­ski wy­peł­nio­ny jest jach­ta­mi. Zimą wszyst­kie są po­cho­wa­ne do han­ga­rów lub na po­se­sjach wła­ści­cie­li. Jedź­my da­lej. - Za­wró­cił sa­mo­cho­dem i po­je­cha­li tą samą dro­gą, któ­rą do­pie­ro prze­by­li. Do­tar­li do nie­wiel­kie­go ron­da. - W na­szym mia­stecz­ku są tyl­ko trzy - po­wie­dział, jak­by od­ga­du­jąc jej my­śli. - W zu­peł­no­ści wy­star­cza­ją, aby ruch był płyn­ny.

Roz­glą­da­ła się. Prze­je­cha­li przez most, przed któ­rym umiesz­czo­no znak in­for­mu­ją­cy, że pod nim pły­nie Wkra. Ob­je­cha­li dru­gie ron­do, a po ja­kichś stu me­trach - trze­cie. Z nie­go An­dre­as skrę­cił na pra­wo.

- A to nasz ry­nek, ra­tusz i kil­ka ka­mie­ni­czek - wy­ja­śnił. Na środ­ku pla­cu sta­ła ogrom­na cho­in­ka po­zba­wio­na już świa­te­łek. Pew­nie służ­by po­rząd­ko­we nie­dłu­go się nią zaj­mą. Oka­la­ją­ce plac bu­dyn­ki były na­praw­dę pięk­ne i za­cho­wa­ły za­byt­ko­wy cha­rak­ter. Chwi­lę póź­niej mi­ja­li ogrom­ny, zbu­do­wa­ny z czer­wo­nej ce­gły ko­ściół ze strze­li­sty­mi wie­ża­mi. - Ewan­ge­lic­ki. Ale gdy­by pani chcia­ła ka­to­lic­ki, to też jest. Ma­lut­ki, ale czyn­ny.

Be­ata nie wie­dzia­ła, czy chce. Nie od­po­wie­dzia­ła.

Jed­no­kie­run­ko­wą uli­cą ob­je­cha­li sta­rów­kę i wra­ca­li tą samą dro­gą. Na ron­dzie skie­ro­wa­li się jed­nak pro­sto.

- Je­dzie­my już do domu. - An­dre­as z nie­po­ko­jem zer­k­nął na ze­ga­rek. - Pro­szę spoj­rzeć na lewo. - Mi­ja­li bu­dy­nek, wo­kół któ­re­go ro­iło się od pla­ka­tów i zdjęć zwie­rząt. - To małe zoo. Naj­więk­sza lo­kal­na atrak­cja. Każ­de­go roku przy­jeż­dża tu kil­ka ty­się­cy Niem­ców i Po­la­ków ze Szcze­ci­na oraz oko­licz­nych miej­sco­wo­ści - do­dał. - A nasz dom jest tu­taj.

Po­wo­li wje­chał na po­dwó­rze ostat­nie­go do­mo­stwa po pra­wej stro­nie. Sa­mo­chód za­par­ko­wał pod wia­tą. Pa­sa­żer­ka była prze­ję­ta.

- Za­pra­szam. Po­ka­żę pani sie­dzi­bę. - Chwy­cił jej ple­cak i ru­szył w stro­nę nie­wiel­kie­go dom­ku, jak­by mu­ro­wa­nej al­ta­ny sto­ją­cej obok głów­ne­go bu­dyn­ku. - La­tem udo­stęp­nia­my go tu­ry­stom lub przy­ja­cio­łom. Od te­raz słu­ży pani.

Cie­ka­wie roz­glą­da­ła się po ład­nie ume­blo­wa­nym wnę­trzu. Po­kój, kuch­nia wy­po­sa­żo­na w naj­po­trzeb­niej­sze sprzę­ty, a w ła­zien­ce do­dat­ko­wy ka­lo­ry­fer, gdy­by było jej zim­no.

- Na biur­ku pod oknem stoi kom­pu­ter, z któ­re­go może pani ko­rzy­stać. Ma in­ter­net, Sky­pe i to wszyst­ko, co jest po­trzeb­ne do kon­tak­tu z naj­bliż­szy­mi. W szu­fla­dzie jest te­le­fon ko­mór­ko­wy, nie­ste­ty star­sze­go typu. Wło­ży­łem do apa­ra­tu nie­miec­ką kar­tę. Pro­szę w ra­zie po­trze­by ko­rzy­stać.

Po­sta­wił ba­gaż obok łóż­ka. Po­lka spoj­rza­ła z wdzięcz­no­ścią.

- Przyj­dę za pół go­dzi­ny i ra­zem pój­dzie­my do ro­dzi­ców, tym­cza­sem może się pani od­świe­żyć po po­dró­ży. Te­raz mu­szę spraw­dzić, jak mama i tata spra­wo­wa­li się pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści.

Męż­czy­zna wy­szedł, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Be­ata była mile za­sko­czo­na jego opie­kuń­czo­ścią i mia­ła na­dzie­ję, że nie jest ona na po­kaz. Mimo że dro­ga upły­nę­ła im na nie­zwy­kle mi­łej kon­wer­sa­cji, to gdzieś tam na dnie ser­ca cza­iła się nie­uf­ność, czy przy­pad­kiem nie jest to wy­re­ży­se­ro­wa­ny spek­takl na jej uży­tek. Skąd ten męż­czy­zna wie tyle o Po­lkach?

Nie mia­ła jed­nak cza­su, by ten pro­blem zgłę­biać. Za­ję­ła się roz­pa­ko­wy­wa­niem ple­ca­ka i po­wierz­chow­nym ukła­da­niem rze­czy w szaf­kach. Po­tem się­gnę­ła po te­le­fon, by od­na­leźć do­stęp­ne sie­ci. Łu­dzi­ła się, że bę­dzie tu za­sięg - choć­by sła­by - pol­skie­go ope­ra­to­ra, ale na­dzie­je oka­za­ły się płon­ne. Gdy w koń­cu po­łą­czy­ła się z nie­miec­ką sie­cią, przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w ekran ko­mór­ki. Li­czy­ła, że Mar­cin od­pi­sze na jej wia­do­mość choć­by jed­nym zda­niem. Kie­dy dzie­sięć mi­nut póź­niej do drzwi pu­kał An­dre­as, po­wia­do­mie­nia na­dal nie było. Al­tan­kę opusz­cza­ła nie tyle zde­ner­wo­wa­na, ile ogrom­nie roz­cza­ro­wa­na.

Rozdział 2

Be­ata po ci­chu we­szła do domu star­szych pań­stwa. Pra­co­wa­ła tu­taj od dwóch ty­go­dni i zdą­ży­ła się zo­rien­to­wać, że Frau Pe­tra uwiel­bia wsta­wać o świ­cie. Po­dob­no to na­wyk jesz­cze z cza­sów, kie­dy była ak­tyw­na za­wo­do­wo. Przez wie­le lat za­trud­nia­no ją w pie­kar­ni. Mu­sia­ła bu­dzić się oko­ło trze­ciej, by zdą­żyć na po­ran­ną zmia­nę. Syn opo­wia­dał, że mat­ka ma naj­praw­do­po­dob­niej wbu­do­wa­ny ze­gar we­wnętrz­ny i nie jest w sta­nie go prze­sta­wić. Za to bar­dzo wcze­śnie cho­dzi­ła spać. Be­ata mia­ła spo­kój ze star­szą pa­nią już o dzie­więt­na­stej każ­de­go wie­czo­ru. Jej mąż kładł się do łóż­ka go­dzi­nę póź­niej.

Frau Pe­tra nie spa­ła. Sie­dzia­ła już przy ku­chen­nym sto­le. Gdy Be­ata sta­nę­ła w drzwiach, go­spo­dy­ni spoj­rza­ła na wi­szą­cy nad nimi ze­gar. Wska­zy­wał siód­mą.

- Dzień do­bry! Chy­ba się nie spóź­ni­łam? - spy­ta­ła opie­kun­ka drżą­cym gło­sem, choć An­dre­as uprze­dzał ją, że ma nie zwra­cać uwa­gi na dzi­wac­two mat­ki.

Ko­bie­ta nie od­po­wie­dzia­ła, wpa­tru­jąc się w okno. Po­wo­li ja­śnia­ło. Po­lka po­de­szła do ku­chen­nej szaf­ki i wy­cią­gnę­ła pro­duk­ty nie­zbęd­ne do przy­go­to­wa­nia śnia­da­nia. Na­sta­wi­ła kawę. Bez niej nie mógł od­być się po­ran­ny po­si­łek. Po chwi­li w ca­łym po­miesz­cze­niu pach­nia­ło aro­ma­tycz­nym na­po­jem. Z ła­zien­ki do­cho­dzi­ły od­gło­sy my­cia. Herr Man­fred też już wstał. Star­si pań­stwo śnia­da­nie je­dli za­wsze kwa­drans po siód­mej. Be­ata na­ło­ży­ła do dwóch szkla­nych mi­se­czek nie­wiel­kie por­cje mu­sli i za­la­ła cie­płym mle­kiem.

- Dzień do­bry, mło­da damo - ode­zwał się Nie­miec we­so­łym gło­sem, wcho­dząc do kuch­ni. - Do­brze spa­łaś?

- Dzień do­bry. Wspa­nia­le! - Be­ata uśmiech­nę­ła się do pod­opiecz­ne­go.

Każ­de­go ran­ka cze­kał ją ten sam ze­staw kur­tu­azyj­nych py­tań. Męż­czy­zna nie ocze­ki­wał od­po­wie­dzi. Cie­szy­ło go samo za­ga­da­nie do opie­kun­ki. Go­spo­da­rze po chwi­li po­chło­nię­ci byli po­sił­kiem.

Be­ata po­sta­wi­ła dwa ta­le­rze. Po­ło­ży­ła na każ­dym z nich wy­cią­gnię­tą z pie­kar­ni­ka cie­płą buł­kę, kil­ka pla­ster­ków sa­la­mi i sera, jaj­ko na twar­do oraz rzod­kiew­ki. W pierw­szym ty­go­dniu pra­cy wy­sta­wia­ła z lo­dów­ki wszyst­ko, sta­ra­jąc się, by po­si­łek był jak naj­bar­dziej uroz­ma­ico­ny. Po kil­ku dniach oka­za­ło się, że jest to nie­po­trzeb­ne. Star­si pań­stwo mie­li swo­je upodo­ba­nia, a w za­sa­dze­nie śnia­da­nio­wą mo­no­to­nię. Przy­sto­so­wa­ła się za­tem do ich próśb. W ogó­le była za­sko­czo­na, że lo­dów­kę mają wy­peł­nio­ną w za­le­d­wie czwar­tej czę­ści, a nie w ca­ło­ści. Star­sze oso­by mają ten­den­cje do cho­mi­ko­wa­nia. An­dre­as stwier­dził, że zbyt duża ilość je­dze­nia się psu­je i trze­ba je wy­rzu­cać. Do­mow­ni­cy wo­le­li mieć mniej i tyl­ko to, co na­praw­dę zje­dzą.

Be­ata na­la­ła kawy do trzech kub­ków i usia­dła przy sto­le, by wspól­nie się po­si­lić.

- Dzi­siaj pią­tek - za­ga­iła roz­mo­wę. - Le­karz był wczo­raj, a fi­zjo­te­ra­peu­ta bę­dzie do­pie­ro w po­nie­dzia­łek. Mu­szę pod­je­chać do ap­te­ki i zre­ali­zo­wać re­cep­tę Frau Pe­try.

Herr Man­fred po­pa­trzył na nią tak, jak za pierw­szym ra­zem, gdy w ten spo­sób zwró­ci­ła się do jego żony. Be­ata była pew­na, że po zwro­cie Frau lub Herr może spo­koj­nie do­dać imię, jak w Pol­sce. Tu­taj jed­nak po zwro­cie grzecz­no­ścio­wym pa­da­ło wy­łącz­nie na­zwi­sko. Je­że­li chcia­ła usły­szeć swo­je imię, mu­sia­ła po­zwo­lić na mó­wie­nie do sie­bie na ty. Ina­czej była Frau Wój­cik. Cięż­ko było wy­po­wie­dzieć to na­zwi­sko sta­rusz­kom. Przy­sta­ła, by mó­wi­li do niej bez­po­śred­nio, choć czę­sto zmie­nia­li Be­ata na nie­miec­kie Be­ate. Ona sama jed­nak nie po­tra­fi­ła mó­wić do oboj­ga po na­zwi­sku. Wy­da­wa­ło się to ta­kie... po­zba­wio­ne uczuć. Jak­by urzęd­nik mó­wił do pe­ten­ta, a nie opie­kun­ka do dwój­ki sta­rusz­ków. Dla niej byli Frau Pe­trą i Herr Man­fre­dem.

- Pro­szę pa­mię­tać, że dzi­siaj ap­te­ka jest otwar­ta kró­cej - po­wie­dział go­spo­darz.

Ski­nę­ła gło­wą. Ty­dzień po przy­jeź­dzie po­peł­ni­ła gafę. An­dre­as obie­cał, że każ­dą nie­dzie­lę bę­dzie mia­ła wol­ną. Na ostat­ni dzień ty­go­dnia za­pla­no­wa­ła więk­sze za­ku­py, bo w ty­go­dniu cięż­ko jej było wy­rwać się choć­by po drob­ne spra­wun­ki. A tu nie­spo­dzian­ka! Wszyst­kie skle­py w Niem­czech są w nie­dzie­lę za­mknię­te!

- Ma­cie ocho­tę na coś z mar­ke­tu?

Za­ku­py ro­bił im syn, któ­ry miesz­kał z ro­dzi­ca­mi. Część domu na­le­ża­ła do nie­go. Spro­wa­dził się tu po roz­wo­dzie. Był geo­de­tą. Pra­co­wał od rana do wie­czo­ra. So­bo­ty miał wol­ne, ale wte­dy za­wsze było coś do zro­bie­nia przy sta­rusz­kach. Za­opa­trze­niem zaj­mo­wał się raz w ty­go­dniu, wcze­snym so­bot­nim ran­kiem.

- Pe­tra, chcesz coś? - Mąż zwró­cił się do żony.

Ko­bie­ta nie wy­po­wie­dzia­ła dzi­siaj jesz­cze ani jed­ne­go sło­wa, cho­wa­jąc się w swo­im świe­cie. To jej się bar­dzo czę­sto zda­rza­ło. Po­cząt­ko­wo Be­ata my­śla­ła, że Frau Pe­tra nie może przy­zwy­cza­ić się do niej i dla­te­go mil­czy, lecz ona po pro­stu taka była. Cho­ro­ba po­stę­po­wa­ła każ­de­go dnia. W do­dat­ku pod­opiecz­na fi­zycz­nie sła­bła w oczach. Be­ata wie­dzia­ła o jej cho­rym ser­cu, pro­ble­mach z krą­że­niem i ata­kach dusz­no­ści, ale póki co nic złe­go się nie wy­da­rzy­ło. Spa­ce­ro­wa­ła ze star­szą parą po naj­bliż­szej oko­li­cy każ­de­go dnia. Zima przy­po­mi­na­ła tu ra­czej przed­wio­śnie, więc moż­na było co­dzien­nie wyjść na go­dzi­nę. Dłuż­szej wę­drów­ki żad­ne z nich by nie wy­trzy­ma­ło. A już na pew­no nie ko­bie­ta. Te­raz też za­miast od­po­wie­dzieć, po pro­stu po­krę­ci­ła gło­wą i wró­ci­ła do śnia­da­nia. Be­atę ucie­szył brak za­chcia­nek. Nie mu­sia­ła ze sta­rusz­ka­mi iść do su­per­mar­ke­tu.

Kwa­drans póź­niej sprzą­ta­ła po po­sił­ku. Naj­pierw jed­nak po­sa­dzi­ła Frau Pe­trę w fo­te­lu. Ko­bie­ta za­zwy­czaj uci­na­ła so­bie kil­ku­mi­nu­to­wą drzem­kę po je­dze­niu. Pod­opiecz­na ro­bi­ła przy so­bie wszyst­ko sama, tyl­ko trze­ba było o nie­któ­rych rze­czach przy­po­mnieć, jak choć­by o sko­rzy­sta­niu z to­a­le­ty przed wyj­ściem na spa­cer. Na noc wkła­da­ła pie­lu­cho­majt­ki, bo zda­rza­ło się, że pod­czas snu do­cho­dzi­ło do nie­przy­jem­nych wpa­dek. Trzy razy pod­czas dwu­ty­go­dnio­we­go po­by­tu Be­ata mu­sia­ła prze­bie­rać za­nie­czysz­czo­ną w nocy po­ściel. Frau Pe­tra chy­ba na­wet nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, co zro­bi­ła. Może po­przed­nicz­ka Be­aty zga­dza­ła się na ta­kie nie­spo­dzian­ki, ale ona wo­la­ła ich uni­kać. Opo­wie­dzia­ła o ca­łej sy­tu­acji An­dre­aso­wi, a on przy­znał ra­cję i ku­pi­li od­po­wied­nie środ­ki hi­gie­nicz­ne. Opie­kun­ka nie była pew­na, czy Niem­ka ma świa­do­mość no­sze­nia noc­ne­go za­bez­pie­cze­nia. Be­ata przy­go­to­wy­wa­ła jej spe­cjal­ną bie­li­znę każ­de­go wie­czo­ru, lecz od­no­si­ła wra­że­nie, że ko­bie­ta kom­plet­nie nie ko­ja­rzy, co się wo­kół niej dzie­je, a mo­men­ty świa­do­mo­ści są nie­zwy­kle krót­kie. Frau Pe­tra re­ago­wa­ła je­dy­nie na sło­wa męża.

Zmy­war­ka ci­chut­ko szu­mia­ła. Po­lka za­pi­sa­ła na kart­ce le­żą­cej na ku­chen­nym pa­ra­pe­cie ko­lej­ną po­zy­cję: ta­blet­ki do pra­nia. W opa­ko­wa­niu zo­sta­ły za­le­d­wie trzy. To za mało. Z uzna­niem pa­trzy­ła na sys­tem or­ga­ni­za­cyj­ny, jaki wpro­wa­dzo­no w tym domu. Na­stęp­ne­go dnia po przy­jeź­dzie otrzy­ma­ła plik kar­tek. Na każ­dej z nich było co in­ne­go. Na jed­nej znaj­do­wa­ła się roz­pi­ska wszyst­kich le­ków i su­ple­men­tów, któ­re za­ży­wa­li star­si pań­stwo. Na dru­giej był spis nu­me­rów i ad­re­sów le­ka­rzy, ap­tek, urzę­dów i in­sty­tu­cji, z któ­ry­mi kon­takt może oka­zać się po­trzeb­ny. Na ko­lej­nej li­sta tego, co go­spo­da­rze lu­bią ja­dać. Na dwóch ko­lej­nych - jak ma wy­glą­dać każ­dy dzień. Har­mo­no­gra­my były szcze­gó­ło­wo roz­pi­sa­ne. Po­cząt­ko­wo prze­ra­zi­ły Be­atę, jed­nak po dwóch dniach czu­ła wdzięcz­ność, że ma ta­kie ścią­gi. Ogrom­nie uła­twia­ły jej pra­cę. Nie mu­sia­ła co chwi­lę dzwo­nić do An­dre­asa, by do­wia­dy­wać się, co na­le­ży zro­bić i do­kąd je­chać. Na­wet wska­zów­ki do­jaz­du w każ­de waż­ne miej­sce opi­sał tak szcze­gó­ło­wo, że opie­ra­ła się na nich w zu­peł­no­ści. Od­cin­ki, ja­kie mu­sia­ła po­ko­nać, roz­pi­sał z do­kład­no­ścią do kil­ku me­trów.

- Pe­tra pro­si­ła, by dzi­siaj za­jąć się anio­ła­mi. - Herr Man­fred przy­po­mniał so­bie o za­le­ce­niu żony.

- Zro­bi­my to, gdy tyl­ko się zbu­dzi - obie­ca­ła Be­ata.

Po­czu­ła dreszcz na wspo­mnie­nie ko­lek­cji pod­opiecz­nej. Gdy po raz pierw­szy we­szła do po­ko­ju wy­peł­nio­ne­go anio­ła­mi, nie wie­dzia­ła, gdzie po­dziać wzrok. To było małe po­miesz­cze­nie z jed­nym oknem. Wszyst­kie ścia­ny za­sta­wio­ne były re­ga­ła­mi. Po­środ­ku po­ko­ju znaj­do­wał się nie­wiel­ki okrą­gły sto­li­czek przy­kry­ty ko­ron­ko­wym ob­ru­sem, a przy nim stał fo­tel. Na me­blach ro­iło się od anio­łów. Były ich ty­sią­ce! Duże i ma­lut­kie, więk­szość z dwo­ma skrzy­dła­mi, po­je­dyn­cze z jed­nym, wy­ko­na­ne z drew­na, ze szkła, z ka­mie­nia, z mu­sze­lek, z pa­pie­ru, z masy sol­nej... Prak­tycz­nie z każ­de­go do­stęp­ne­go ma­te­ria­łu. I wszyst­kie ślicz­ne! Frau Pe­tra do­dat­ko­wo na­zwa­ła pół­ki od po­szcze­gól­nych grup anio­łów. Be­ata w dzie­ciń­stwie czę­sto od­wie­dza­ła ko­ściół, wła­ści­wie ucie­ka­jąc do nie­go przed oj­cem i awan­tu­ra­mi w domu. Lu­bi­ła się mo­dlić do swo­je­go Anio­ła Stró­ża, nie mia­ła jed­nak po­ję­cia, że jest tyle ro­dza­jów skrzy­dla­tych po­sta­ci! Do­pie­ro te­raz, prze­by­wa­jąc w domu pod­opiecz­nych, do­wie­dzia­ła się o nich. Na jed­nym re­ga­le sta­ły se­ra­fi­ny, na dru­gim che­ru­bi­ny, ko­lej­ne pół­ki na­le­ża­ły do tro­nów, do­mi­nions, vir­tu­os, anio­łów po­tę­gi i mocy, dal­sze do pryn­cy­pa­łów, oczysz­cza­ją­cych i ar­cha­nio­łów. Do­pie­ro gdy bli­żej się przyj­rza­ła, za­uwa­ży­ła de­li­kat­ne róż­ni­ce po­mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi ro­dza­ja­mi. Frau Pe­tra szcze­gól­nie upodo­ba­ła so­bie jed­ną ze skrzy­dla­tych po­sta­ci. Fi­gur­ki ar­cha­nio­ła Ga­brie­la zaj­mo­wa­ły je­den cały re­gał. Be­ata nie mo­gła do­wie­dzieć się od pod­opiecz­nej, dla­cze­go aku­rat ta po­stać zaj­mu­je szcze­gól­ne miej­sce, a Herr Man­fre­da nie chcia­ła wy­py­ty­wać.

Spraw­dzi­ła w in­ter­ne­cie wia­do­mo­ści o Ga­brie­lu. To on zwia­sto­wał Ma­ryi na­ro­dze­nie Je­zu­sa. Zgod­nie z tra­dy­cją chrze­ści­jań­ską za­li­cza­ny jest do gro­na sied­miu ar­cha­nio­łów o szcze­gól­nym zna­cze­niu. W Bi­blii wy­stę­pu­je pod po­sta­cią mę­ską. Jego rolą było spra­wo­wa­nie opie­ki nad ra­jem. Pra­wie wszyst­kie fi­gur­ki ar­cha­nio­ła Ga­brie­la, ja­kie po­sia­da­ła w swo­jej ko­lek­cji Frau Pe­tra, przed­sta­wia­ne były z wiel­ką mie­dzia­ną trą­bą. To on ma za­dąć w róg, za­po­wia­da­jąc dru­gie przyj­ście Chry­stu­sa. Be­ata już się zo­rien­to­wa­ła, że jej pod­opiecz­ni nie byli oso­ba­mi wie­rzą­cy­mi, tym bar­dziej dzi­wi­ła ta ko­lek­cja.

- Moja żona twier­dzi, że anio­ły to do­brzy lu­dzie. Tacy, któ­rzy pa­trzą na świat przez pry­zmat dru­gie­go czło­wie­ka, a nie kon­cen­tru­ją się na so­bie. Nie ma to nic wspól­ne­go z ja­kim­kol­wiek Bo­giem. W ży­ciu spo­tka­li­śmy wie­lu po­rząd­nych ate­istów, na­to­miast roz­cza­ro­wa­ły nas oso­by, któ­re re­gu­lar­nie uczest­ni­czy­ły w ka­to­lic­kich czy ewan­ge­lic­kich na­bo­żeń­stwach.

Opie­kun­ka nie sko­men­to­wa­ła. Sta­ra­ła się nie wda­wać w dys­pu­ty po­li­tycz­ne czy re­li­gij­ne. Nie lu­bi­ła tego. Ro­ze­gra­ła z Herr Man­fre­dem par­tyj­kę war­ca­bów, a po­tem usa­do­wi­ła go wy­god­nie w fo­te­lu, kła­dąc na ko­la­nach krzy­żów­ki, któ­re star­szy pan uwiel­biał roz­wią­zy­wać. Gdy wró­ci­ła do sy­pial­ni pod­opiecz­nej, ta już nie spa­ła. Be­ata po­mo­gła jej wstać. Naj­pierw po­szły do ła­zien­ki, a póź­niej ru­szy­ły do po­ko­ju anio­łów. Na­zwa pa­so­wa­ła do tego po­miesz­cze­nia jak ulał.

Le­d­wo prze­kro­czy­ły próg, a twarz Frau Pe­try się roz­ja­śni­ła. Opie­kun­ka z przy­jem­no­ścią ob­ser­wo­wa­ła, jak sta­rusz­ka za­czy­na się żwa­wiej ru­szać, krą­żąc wśród fi­gu­rek. Wi­tryn­ki były oszklo­ne, więc do środ­ka nie do­sta­wał się kurz. Trze­ba było oczy­ścić to wszyst­ko, co sta­ło na ze­wnątrz. Go­dzi­nę spę­dzi­ły wśród anio­łów. Frau Pe­tra jak­by od­zy­ska­ła we­rwę. Pod­cho­dzi­ła do me­bli, otwie­ra­ła drzwicz­ki, wy­cią­ga­ła nie­któ­re fi­gur­ki, do­ty­ka­ła, czer­piąc od nich ener­gię. Uśmie­cha­ła się pod no­sem, mó­wi­ła ja­kieś po­je­dyn­cze sło­wa. Be­ata my­śla­ła, że kie­ro­wa­ne są do niej. Pod­opiecz­na uci­chła, gdy po­pro­si­ła ją o po­wtó­rze­nie.

Gdy tyl­ko wy­szły z po­miesz­cze­nia, Niem­ka za­czę­ła za­cho­wy­wać się jak wcze­śniej. Zgar­bi­ła się jesz­cze bar­dziej, ra­mio­na jej opa­dły i po­włó­czy­ła no­ga­mi. Zu­peł­nie jak­by chęć do ży­cia zo­sta­ła za za­mknię­ty­mi drzwia­mi. Be­ata przez chwi­lę po­my­śla­ła, że war­to by­ło­by czę­ściej od­wie­dzać po­kój anio­łów. Jed­nak nie było na to cza­su. Star­si pań­stwo mie­li tak zor­ga­ni­zo­wa­ne dni, że cięż­ko było za­pla­no­wać coś do­dat­ko­we­go.

- Zro­bię her­ba­tę i po­dam owo­ce. - Be­ata na­uczy­ła się opo­wia­dać o każ­dej wy­ko­ny­wa­nej czyn­no­ści. Po­ma­ga­ło jej to w utrwa­la­niu ję­zy­ka nie­miec­kie­go i prze­ry­wa­ło pa­nu­ją­cą w domu ci­szę.

Od cza­su do cza­su sły­chać było skro­ba­nie ołów­ka po ksią­żecz­ce z krzy­żów­ka­mi - Herr Man­fred wpi­sy­wał wszyst­kie ha­sła ołów­kiem, by w ra­zie błę­du móc je wy­gum­ko­wać. Nie lu­bił po­ma­za­nych stron czy wy­kre­śleń. W po­jem­ni­ku na pra­sę miał kil­ka wy­peł­nio­nych ze­szy­tów z krzy­żów­ka­mi. Mimo że były bez­u­ży­tecz­ne, nie po­zwa­lał ich wy­rzu­cić. Za­do­wo­lo­ny do­koń­czył wpi­sy­wa­nie sło­wa i usiadł do sto­łu. Z ape­ty­tem za­ja­dał pod­su­nię­te przez Be­atę sma­ko­ły­ki.

Jego żona zno­wu gdzieś błą­dzi­ła my­śla­mi. Chy­ba na­wet nie zo­rien­to­wa­ła się, że opie­kun­ka wło­ży­ła jej do ręki ba­na­na i od cza­su do cza­su pod­su­wa­ła dłoń pod­opiecz­nej do ust, by ta ugry­zła owoc. Za­sta­na­wia­ła się, o czym Niem­ka my­śli. Wpa­try­wa­ła się w ogo­ło­co­ne z li­ści drze­wo ro­sną­ce na wprost okna. Sta­ła pod nim drew­nia­na ła­wecz­ka. Wio­sną i la­tem na pew­no moż­na tam zna­leźć cu­dow­ny cień chro­nią­cy przed słoń­cem i spie­ko­tą, te­raz jed­nak wi­dok nie na­le­żał do naj­przy­jem­niej­szych. W ogó­le cięż­ko było uwie­rzyć, że to zima. Tem­pe­ra­tu­ra wy­no­si­ła plus pięć stop­ni, a nocą spa­da­ła do dwóch po­ni­żej zera. Czę­sto pa­dał deszcz, a za­snu­wa­ją­ce nie­bo cięż­kie sza­re chmu­ry spra­wia­ły wra­że­nie, jak­by cią­gle była noc lub póź­ny wie­czór. Po­dob­no tak wła­śnie wy­glą­da­ją zimy nad Za­le­wem Szcze­ciń­skim. Zu­peł­nie inne niż te na Ma­zow­szu, skąd zde­cy­do­wa­nie bli­żej do wschod­niej gra­ni­cy Pol­ski i ostrzej­sze­go kli­ma­tu. Tam śnieg le­żał od po­ło­wy grud­nia do koń­ca lu­te­go, za­mie­nia­jąc sto­li­cę w brud­ne mia­sto. Na po­gra­ni­czu pol­sko-nie­miec­kim przy­naj­mniej nie było wi­dać tego brzy­dac­twa. Be­ata za­sta­na­wia­ła się, co ta­kie­go przy­ku­wa uwa­gę Niem­ki. Może przy­po­mi­na so­bie miłe chwi­le spę­dzo­ne na tej ła­wecz­ce? Pew­nie kie­dyś dość czę­sto sia­dy­wa­ła na niej ze swo­im mę­żem.

Z za­my­śle­nia wy­rwał Be­atę dźwięk te­le­fo­nu.

- Pro­szę ode­brać. - Herr Ma­fred na­wet nie pod­niósł gło­wy znad krzy­żó­wek.

- Hal­lo! - rzu­ci­ła do słu­chaw­ki. Z ulgą usły­sza­ła głos An­dre­asa po dru­giej stro­nie. Za­wsze się de­ner­wo­wa­ła, gdy ktoś dzwo­nił. Oba­wia­ła się znie­kształ­co­nej mowy, jak to zwy­kle bywa w te­le­fo­nicz­nych roz­mo­wach ze star­szy­mi ludź­mi.

- Bę­dziesz po po­łu­dniu w domu? Po­mię­dzy czter­na­stą a pięt­na­stą?

Kil­ka dni temu za­czę­li mó­wić do sie­bie po imie­niu. Byli w zbli­żo­nym wie­ku, więc tak wy­god­niej im się po­ro­zu­mie­wa­ło. Każ­de­go wie­czo­ru sia­dy­wa­li ra­zem do oglą­da­nia wia­do­mo­ści, a Be­ata opo­wia­da­ła, jak mi­nął dzień z jego ro­dzi­ca­mi. Cza­sa­mi zga­dza­ła się na lamp­kę wina przed snem. O dwu­dzie­stej sta­ra­ła się być jed­nak u sie­bie.

Im­po­no­wa­ła jej in­te­li­gen­cja An­dre­asa i cel­ność oce­nia­nia po­li­ty­ki. Ta dzie­dzi­na ni­g­dy nie in­te­re­so­wa­ła Mar­ci­na, a przy­naj­mniej ta­kie wra­że­nie od­no­si­ła. Ich po­po­łu­dnio­wo-wie­czor­na ko­mu­ni­ka­cja ogra­ni­cza­ła się do krót­kich zdań o tym, co dzia­ło się w pra­cy, lub do­ty­czy­ła ro­dzi­ny. Po go­dzi­nie osiem­na­stej za­mie­ra­ła pra­wie zu­peł­nie. Cho­ciaż... kie­dyś tak nie było. Be­ata przy­po­mnia­ła so­bie męża z po­cząt­ków ich związ­ku. In­te­re­so­wał się wte­dy tu­ry­sty­ką gór­ską, ro­bił pięk­ne zdję­cia przy­ro­dy - nie­któ­re z nich zy­ski­wa­ły uzna­nie w kon­kur­sach. Z cza­sem jed­nak, a wła­ści­wie wraz z na­ro­dzi­na­mi dzie­ci, za­pał do wła­snych pa­sji osłabł, za­stą­pio­ny co­dzien­ną ru­ty­ną i obo­wiąz­ka­mi. Wszyst­ko po­win­no po­wró­cić na nor­mal­ne tory wraz z do­ra­sta­niem po­tom­stwa, ale tak się nie sta­ło. Wła­ści­wie dla­cze­go?

- Po­win­nam być w domu - od­po­wie­dzia­ła ostroż­nie, ro­biąc w gło­wie prze­gląd my­śli, czy jed­nak nie musi ze star­szym mał­żeń­stwem gdzieś wy­je­chać. Nie, był pią­tek, za­tem żad­ne wy­jaz­dy nie wcho­dzi­ły w ra­chu­bę. Wy­sko­czy tyl­ko do ap­te­ki pod­czas ich po­obied­niej drzem­ki.

- Po czter­na­stej pod­je­dzie pe­wien męż­czy­zna. Po­lak - tłu­ma­czył An­dre­as. - By­łem z nim umó­wio­ny na ju­tro, ale prze­ło­żył przy­jazd. Bę­dziesz mu­sia­ła ode­brać od nie­go kar­to­ny z rze­cza­mi.

- To do­staw­ca?

- Nie. Pro­wa­dzi wła­sną dzia­łal­ność w Niem­czech. Re­mon­tu­je miesz­ka­nia na zle­ce­nie, głów­nie po oso­bach, któ­re nie­daw­no zmar­ły. Pra­cu­je w Ber­li­nie. Przy­wo­zi mi cza­sa­mi cie­ka­we eks­po­na­ty.

- Krad­nie je?! - W gło­sie Be­aty po­brzmie­wał strach.

An­dre­as się ro­ze­śmiał.

- Nie. Za­zwy­czaj star­si lu­dzie to na­ło­go­wi zbie­ra­cze, co zresz­tą wi­dzisz po mo­ich ro­dzi­cach. Ro­dzi­ny pro­szą Po­la­ka, by po­zbył się wszyst­kich sta­ro­ci z miesz­ka­nia. Wte­dy wy­sy­ła fo­to­gra­fie róż­nych przed­mio­tów do mnie, a ja po­dej­mu­ję de­cy­zję, czy chcę coś, czy nie.

Ode­tchnę­ła po ci­chu.

- Pro­si­łem, by zo­sta­wił wszyst­ko w rogu ga­ra­żu. Pew­nie część rze­czy wy­ma­ga wy­czysz­cze­nia. Mu­szę też wszyst­ko przej­rzeć.

Be­ata zer­k­nę­ła na ze­gar. Za kwa­drans dwu­na­sta. Wy­cią­gnę­ła z lo­dów­ki zupę przy­go­to­wa­ną po­przed­nie­go dnia i po­sta­wi­ła na pły­cie, by się za­grza­ła. Gu­la­sch­sup­pe - zupa gu­la­szo­wa. Pod­nio­sła po­kryw­kę, za­mie­sza­ła po­tra­wę i z przy­jem­no­ścią wcią­gnę­ła za­pach sma­żo­ne­go na oli­wie wo­ło­we­go mię­sa. Przez kwa­drans ru­mie­ni­ła je z każ­dej stro­ny, do­da­jąc drob­no po­kro­jo­ną ce­bul­kę, po­cię­tą w pa­secz­ki pa­pry­kę i po­sy­pu­jąc wszyst­ko czer­wo­ną pa­pry­ką w prosz­ku. Póź­niej za­la­ła da­nie bu­lio­nem i go­to­wa­ła na nie­wiel­kim ogniu przez go­dzi­nę, od cza­su do cza­su do­rzu­ca­jąc przy­pra­wy: sól, czar­ny pieprz, kmi­nek i ma­je­ra­nek. Za­sta­na­wia­ła się, czy taka po­tra­wa sma­ko­wa­ła­by jej ro­dzi­nie przy­zwy­cza­jo­nej do tra­dy­cyj­nej kuch­ni pol­skiej. Na dwo­je bab­ka wró­ży­ła. Na pew­no dzie­ci krę­ci­ły­by no­sa­mi, że da­nie nie jest za­bie­lo­ne. A w tej zu­pie na­biał był zbęd­ny! Była tak gę­sta, że moż­na łyż­kę po­sta­wić. Jej pod­opiecz­ni już na po­cząt­ku po­pro­si­li, by nie do­da­wa­ła śmie­ta­ny do po­traw. Nie lu­bi­li tego. Po kil­ku dniach prób i wie­czor­ne­go pod­czy­ty­wa­nia blo­ga dla opie­ku­nek w Niem­czech Be­ata za­ła­pa­ła, w czym rzecz. Ab­so­lut­nie nie su­ge­ro­wać się swo­imi sma­ka­mi! Niem­cy nie zje­dzą zupy ogór­ko­wej, rzad­ko się­gną po po­mi­do­ro­wą czy żu­rek, na­to­miast raz na ja­kiś czas będą się de­lek­to­wać gro­cho­wą z zie­lo­ne­go grosz­ku, dy­nio­wą, po­ro­wą, szpa­ra­go­wą czy kar­to­flan­ką z bocz­kiem. O ile w kuch­ni pol­skiej zupy są pod­sta­wą, to w nie­miec­kiej nie­ko­niecz­nie.

Da­nia głów­ne róż­ni­ły się od tych ser­wo­wa­nych w Pol­sce. Na sto­le u Be­aty czę­sto kró­lo­wa­ły ko­tle­ty scha­bo­we, że­ber­ka, kar­ków­ka, szyn­ka pie­czo­na i drób, do tego po­da­wa­ła naj­róż­niej­sze su­rów­ki. Nie­co się wy­stra­szy­ła, gdy dru­gie­go dnia po­by­tu Frau Pe­tra za­ży­czy­ła so­bie Maul­ta­schen. Cały wie­czór spę­dzi­ła na po­szu­ki­wa­niach w za­so­bach in­ter­ne­tu, co to ta­kie­go. Oka­za­ło się, że to kwa­dra­to­we pie­ro­gi z cia­sta ma­ka­ro­no­we­go wy­peł­nio­ne za­zwy­czaj na­dzie­niem mię­snym. Farsz mógł być z mię­sa mie­lo­ne­go, pie­czo­nej kieł­ba­sy cie­lę­cej, szpi­na­ku i pie­trusz­ki. We­dług le­gen­dy pie­ro­gi te zo­sta­ły wy­my­ślo­ne przez cy­ster­sów z Maul­bronn, któ­rzy nie chcie­li re­zy­gno­wać z mię­sa w cza­sie po­stu. Be­ata wy­czy­ta­ła, że do na­dzie­nia moż­na było do­dać tak­że szpa­ra­gi, mar­chew­kę lub ziem­nia­ki. Gdy za­ser­wo­wa­ła swo­ją wer­sję po­tra­wy, z oba­wą cze­ka­ła na re­ak­cję. Frau Pe­tra nie po­wie­dzia­ła wte­dy nic. Zno­wu mia­ła dzień, w któ­rym na­wet nie ko­ja­rzy­ła, co je. Na­to­miast jej mę­żo­wi sma­ko­wa­ło wszyst­ko.

Po­dob­nie było z Königs­ber­ger Klop­se, czy­li z klop­sa­mi po kró­le­wiec­ku. Po­dob­no zo­sta­ły one wy­my­ślo­ne przez ku­char­kę kup­ca, któ­ry spo­pu­la­ry­zo­wał po­tra­wę w re­gio­nie Kró­lew­ca. Klop­sy te przy­rzą­dza­ne są z cie­lę­ce­go mię­sa, buł­ki tar­tej, ja­jek i skór­ki cy­try­no­wej. Tra­dy­cyj­nie są po­da­wa­ne w so­sie ka­pa­ro­wym, cza­sa­mi z ziem­nia­ka­mi lub z ry­żem. Na­zwa su­ge­ro­wa­ła wy­kwint­ne da­nie, jed­nak po­tra­wa oka­za­ła pro­sta w wy­ko­na­niu. Mimo wszyst­ko Be­ata do co­wie­czor­ne­go usta­la­nia menu na na­stęp­ny dzień pod­cho­dzi­ła ze stra­chem, nie wie­rząc we wła­sne siły. I choć po je­dze­niu zno­si­ła pu­ste ta­le­rze ze sto­łu, na­dal czu­ła się nie­pew­nie.

Po­dob­nie było tym ra­zem. Star­sze mał­żeń­stwo za­sia­dło z ape­ty­tem do zupy gu­la­szo­wej. Nic nie mó­wi­li, da­wa­ły się jed­nak sły­szeć od­gło­sy za­do­wo­le­nia: mla­ska­nie i sior­ba­nie. Po­lka i do tego mu­sia­ła się przy­zwy­cza­ić. W jej domu ta­kie za­cho­wa­nie było nie­do­pusz­czal­ne, gdyż świad­czy­ło­by o bra­ku kul­tu­ry. Tu­taj jed­nak oka­za­ło się nor­mal­ne. Bar­dzo czę­sto zda­rza­ło się, że Herr Man­fred siar­czy­ście od­bił po zje­dze­niu so­lid­ne­go po­sił­ku. Za­wsty­dzał tym opie­kun­kę, nie zda­jąc so­bie z tego spra­wy.

Kwa­drans póź­niej zbie­ra­ła ta­le­rze i po­ma­ga­ła mał­żeń­stwu udać się do sy­pial­ni. Po chwi­li mo­gła na pięt­na­ście mi­nut wy­sko­czyć do mia­sta. Nie po­trze­bo­wa­ła wię­cej cza­su na zre­ali­zo­wa­nie re­cep­ty. Uda­ło się jej za­par­ko­wać pod sa­mym bu­dyn­kiem ap­te­ki. Nie było ko­lej­ki.

W dro­dze po­wrot­nej za­sta­na­wia­ła się, czy nie za­je­chać na chwi­lę do skle­pu, ale szyb­ko zre­zy­gno­wa­ła z tego po­my­słu. Wie­dzia­ła, że nie może zo­sta­wić pod­opiecz­nych sa­mych dłu­żej, niż to ko­niecz­ne. Zresz­tą na­stęp­ne­go dnia An­dre­as miał zro­bić duże za­ku­py. Ona chcia­ła po raz pierw­szy wy­brać się do le­żą­cych nie­da­le­ko gra­ni­cy Po­lic i ku­pić kil­ka rze­czy dla sie­bie. W Uec­ker­mün­de nie mo­gła zna­leźć od­po­wied­niej śmie­ta­ny. Był pro­dukt po­dob­ny do niej, ale za­wie­rał dzie­sięć pro­cent tłusz­czu i sma­ko­wał ra­czej jak jo­gurt. Nie było twa­ro­gu ani ulu­bio­nej kieł­ba­sy kra­kow­skiej. Gdy któ­re­goś wie­czo­ru An­dre­as przy­glą­dał się, jak za­glą­da do lo­dów­ki w po­szu­ki­wa­niu cze­goś od­po­wied­nie­go na ko­la­cję i nie może zna­leźć, za­pro­po­no­wał, żeby po­je­cha­ła do Pol­ski po rze­czy, któ­re lubi.

- Two­je po­przed­nicz­ki tak ro­bi­ły - po­wie­dział. - Raz w ty­go­dniu jeź­dzi­ły do Po­lic i ku­po­wa­ły to, do cze­go były przy­zwy­cza­jo­ne. Do­sko­na­le ro­zu­miem, że na­sza kuch­nia nie musi wszyst­kim sma­ko­wać.

Be­atę prze­ra­ża­ła inna kwe­stia - bar­dzo rzad­ko pro­wa­dzi­ła sa­mo­chód. Je­że­li gdzieś się wy­bie­ra­li, to za­wsze za kie­row­ni­cą sia­dał Mar­cin. Ona była pa­sa­że­rem. Pra­wo jaz­dy zro­bi­ła za­le­d­wie kil­ka lat temu, gdy oka­za­ło się, że cza­sa­mi musi je­chać na przy­miar­ki do klien­ta, a sze­fo­wa nie może prze­bi­jać się po nią w kor­kach przez całą War­sza­wę. Jeź­dzi­ła wte­dy z ta­kim lę­kiem, że na miej­sce do­cie­ra­ła z dłoń­mi spo­co­ny­mi ze stra­chu. Była pew­na, że tu­taj bę­dzie po­dob­nie.

Po ci­chut­ku we­szła do domu. Mał­żeń­stwo spa­ło, nie za­uwa­żyw­szy, że jej nie ma. Po chwi­li usia­dła w fo­te­lu z kub­kiem kawy. W gło­wie ukła­da­ła dal­szy plan po­po­łu­dnia. Gdy wsta­ną, prze­bie­rze po­ściel i na­sta­wi pra­nie. Mie­li su­szar­kę, więc do wie­czo­ra wszyst­ko bę­dzie moż­na po­ukła­dać w sza­fach. O szes­na­stej przy­go­tu­je star­sze­mu mał­żeń­stwu kawę i cia­sto owo­co­we. Nie wy­ma­ga­li, by pie­kła. An­dre­as ku­po­wał mro­żo­ne i już po­por­cjo­wa­ne de­se­ry. Wy­god­nie było wy­cią­gać ka­wał­ki z kar­to­ni­ka, tyl­ko smak we­dług Be­aty po­zo­sta­wiał wie­le do ży­cze­nia.

Jesz­cze raz zer­k­nę­ła na cza­so­mierz. Po­win­ni po­spać ja­kieś pół go­dzi­ny. Po­sta­no­wi­ła, że włą­czy kom­pu­ter i spraw­dzi prze­pis na ma­ka­ron z so­sem se­ro­wym, któ­ry mia­ła przy­go­to­wać na ju­tro. Sos zro­bi­ła­by przed wy­jaz­dem do Po­lic. W week­en­dy An­dre­as wręcz na­ka­zy­wał jej od­po­czy­nek poza miej­scem pra­cy. Po­ka­zy­wał na map­ce, gdzie może się udać na wy­ciecz­kę, co zo­ba­czyć, do­kąd po­je­chać ro­we­rem. Mimo dru­giej po­ło­wy stycz­nia moż­na było wy­ru­szać ro­we­rem. W ga­ra­żu sta­ła sta­ra dam­ka, z któ­rej ko­bie­ta ko­rzy­sta­ła.

Be­ata wy­cią­gnę­ła z szu­fla­dy kart­kę, by za­no­to­wać prze­pis. Nie zdą­ży­ła jesz­cze uru­cho­mić kom­pu­te­ra, gdy ką­tem oka za­uwa­ży­ła za­trzy­mu­ją­cy się przy bra­mie do­staw­czy sa­mo­chód. Kie­row­ca za­trą­bił. Wy­sko­czy­ła z domu, nie na­rzu­ca­jąc ni­cze­go na sie­bie, aby go uci­szyć. Ma­cha­ła ręką i kła­dła pa­lec na ustach, żeby męż­czy­zna prze­stał. Zro­zu­miał.

- Po co pan trą­bi? - zbesz­ta­ła go, gdy do­tar­ła do bram­ki. - O tej po­rze obo­wią­zu­je ci­sza dzien­na.

Rze­czy­wi­ście. To też była no­wość, do któ­rej mu­sia­ła się przy­zwy­cza­ić. Każ­de­go dnia mię­dzy trzy­na­stą a pięt­na­stą nie moż­na było za­kłó­cać spo­ko­ju, od­ku­rzać, uży­wać wier­tła, pro­wa­dzić prac bu­dow­la­nych. Co praw­da An­dre­as z ro­dzi­ca­mi miesz­ka­li w dom­ku jed­no­ro­dzin­nym na ubo­czu mia­stecz­ka, ale sto­so­wa­li się do za­sad. Po­dob­nie było z pra­cow­ni­ka­mi nie­da­le­kiej bu­do­wy, któ­rzy prze­ry­wa­li pra­cę na dwie go­dzi­ny i wra­ca­li do za­jęć do­pie­ro po za­koń­cze­niu ci­szy.

- Za­po­mnia­łem! - Z auta wy­sko­czył kor­pu­lent­ny pięć­dzie­się­cio­la­tek. - Zmę­czo­ny je­stem. Jadę z za­chod­nich Nie­miec od rana. Już chciał­bym być po pol­skiej stro­nie. Prze­pra­szam.

Nie był za­sko­czo­ny, że Be­ata jest jego ro­dacz­ką. Być może An­dre­as go uprze­dził.

- Mam trzy kar­to­ny. - Męż­czy­zna otwo­rzył tyl­ne drzwi do­staw­cza­ka. - Gdzie je za­nieść?

- Do ga­ra­żu. - Wska­za­ła ręką.

Kar­to­ny były za­kle­jo­ne ta­śmą. Po­lak ostroż­nie prze­no­sił je do środ­ka.

- Pro­szę po­wie­dzieć An­dre­aso­wi, żeby dał mi znać, co mu od­po­wia­da - do­dał, wsia­da­jąc do auta.

- Ja­sne.

Męż­czy­zna rzu­cił szyb­kie "do wi­dze­nia" i po­spiesz­nie od­je­chał. Be­ata spoj­rza­ła w okno sy­pial­ni star­sze­go mał­żeń­stwa. Do­strze­gła ruch za fi­ran­ką, wes­tchnę­ła i stwier­dzi­ła, że naj­wyż­sza pora wra­cać do obo­wiąz­ków. Kie­dy we­szła do domu, po przed­po­ko­ju już krą­żył Herr Man­fred. Wstał pierw­szy. Opie­kun­ka przy­go­to­wy­wa­ła kawę, gdy w drzwiach sta­nę­ła jego żona. Roz­glą­da­ła się po kuch­ni, jak­by wi­dzia­ła ją po raz pierw­szy. Be­ata po­de­szła do Niem­ki, wzię­ła ją za rękę i pod­pro­wa­dzi­ła do sto­łu, po­ma­ga­jąc usiąść. Po­sta­wi­ła przed mał­żeń­stwem kub­ki z pa­ru­ją­cą kawą i na­ło­ży­ła na ta­le­rzy­ki po ka­wał­ku cia­sta. Za oknem się ściem­nia­ło. To był ko­lej­ny dzień z cięż­ki­mi chmu­ra­mi kom­plet­nie za­snu­wa­ją­cy­mi nie­bo. Od­kąd tu za­miesz­ka­ła, wi­dzia­ła słoń­ce może ze trzy razy. Szyb­ko zja­dła swo­ją por­cję i po­szła do sy­pial­ni, by za­jąć się prze­bie­ra­niem po­ście­li. Przy­jazd tego Po­la­ka nie­co po­zmie­niał jej pla­ny. Mar­twi­ła się, czy ze wszyst­kim zdą­ży. Na­sta­wia­ła pral­kę, gdy na po­dwó­rze wje­chał sa­mo­chód An­dre­asa. No tak, pią­tek! Tego dnia koń­czył pra­cę wcze­śniej.

Po chwi­li męż­czy­zna sta­nął w drzwiach, wi­ta­jąc się z ro­dzi­ca­mi.

- Dla mnie to przy­wio­złeś? - Herr Man­fred wska­zał na bu­tel­kę z bia­łym wi­nem, któ­rą trzy­mał syn. - Nie wiem, co na to moja opie­kun­ka. - Mru­gnął okiem do sto­ją­cej w drzwiach Be­aty. - Po­zwo­li?

- Nie lu­bisz wina - ode­zwał się An­dre­as.

- Masz ra­cję. Wła­śnie dla­te­go na­la­łem so­bie kie­li­szek na­lew­ki - od­parł star­szy pan.

- Słu­cham?! - Be­ata spoj­rza­ła za­sko­czo­na. - To ja na chwi­lę tyl­ko wy­szłam z kuch­ni, a pan...

Nie do­koń­czy­ła, bo prze­rwał jej Herr Man­fred.

- Złość pięk­no­ści szko­dzi! - Wy­buch­nął grom­kim śmie­chem. - Odro­bi­na na­lew­ki jesz­cze ni­ko­mu nie za­szko­dzi­ła. Nie bę­dzie też mia­ła wpły­wu na moje leki. Szyb­ciej po niej za­snę, a wy po­sie­dzi­cie so­bie przy wi­nie.

Od­wró­cił się i po­szedł w kie­run­ku sa­lo­nu. Nie zdą­ży­ła nic od­po­wie­dzieć, zmu­szo­na za­jąć się Frau Pe­trą. Po­sa­dzi­ła ko­bie­tę przed te­le­wi­zo­rem i włą­czy­ła jej ulu­bio­ny se­rial, któ­ry pod­opiecz­na co­dzien­nie oglą­da­ła.

- Chy­ba nie masz nic prze­ciw­ko wie­czor­ne­mu win­ku? - Do kuch­ni wszedł An­dre­as. Be­ata sprzą­ta­ła po pod­wie­czor­ku.

- Ja­dłeś coś dzi­siaj? - od­po­wie­dzia­ła py­ta­niem.

- Nie, ale za­raz coś so­bie we­zmę z lo­dów­ki.

Za­zwy­czaj jadł w pra­cy. W piąt­ki jed­nak re­zy­gno­wał z po­sił­ku, by wcze­śniej być w domu.

- Sia­daj - po­le­ci­ła. - Zo­sta­ła jesz­cze zupa gu­la­szo­wa.

Nim zdą­żył od­po­wie­dzieć, po­sta­wi­ła ją na ku­chen­nej pły­cie. Po chwi­li aro­ma­tycz­ny za­pach roz­cho­dził się po ca­łej kuch­ni.

- Cu­dow­nie pach­nie! - po­chwa­lił An­dre­as. - Zjesz ze mną?

- Ja­dłam obiad z two­imi ro­dzi­ca­mi. Nie wsu­nę dru­giej por­cji.

- Prze­sa­dzasz. Przy­znaj się, że ob­se­syj­nie dbasz o li­nię. - Ro­ze­śmiał się, lu­stru­jąc ją spoj­rze­niem od góry do dołu, jak­by chciał do­szu­kać się fał­dek i nie­do­sko­na­ło­ści.

Wi­dząc to, bez­wied­nie prze­je­cha­ła dło­nią po pła­skim brzu­chu. Gdy pod­nio­sła gło­wę, na­po­tka­ła roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie męż­czy­zny.

- Tro­chę zjem. - Po­sta­no­wi­ła, że nie da mu sa­tys­fak­cji.

Już wy­cią­ga­ła z szaf­ki na­czy­nie dla sie­bie, gdy za­pro­te­sto­wał:

- Na­ło­ży­łaś mi zde­cy­do­wa­nie za dużo. Zje­my z jed­ne­go ta­le­rza. Weź łyż­kę i usiądź na­prze­ciw­ko mnie.

Spoj­rza­ła za­sko­czo­na, ale przy­sta­ła na tę pro­po­zy­cję. Z Mar­ci­nem ni­g­dy by so­bie na to nie po­zwo­li­ła. Mąż przy­wią­zy­wał ogrom­ną wagę do es­te­ty­ki po­sił­ków. Na­wet je­śli na obiad była zupa, to głę­bo­ki ta­lerz mu­siał stać na du­żym pła­skim, a obok po­win­ny le­żeć roz­ło­żo­ne wszyst­kie sztuć­ce, choć wia­do­mo było, że uży­ta zo­sta­nie je­dy­nie łyż­ka. Be­ata usia­dła na­prze­ciw­ko to­wa­rzy­sza i po­chy­li­ła się nad po­sta­wio­nym po­środ­ku sto­łu po­sił­kiem. Przez chwi­lę je­dli w cał­ko­wi­tym mil­cze­niu, każ­de po­chło­nię­te swo­imi my­śla­mi. W pew­nym mo­men­cie zbyt moc­no po­chy­li­li się nad zupą i zde­rzy­li gło­wa­mi.

- Aua! - wy­rwa­ło się Be­acie, choć była tak samo win­na.

- Po­cze­kaj, roz­sma­ru­ję bo­lą­ce miej­sce, żeby nie było guza. - An­dre­as odło­żył łyż­kę i de­li­kat­nie do­tknął skó­ry na czo­le ko­bie­ty. Po­wo­li krę­cił kciu­kiem kół­ka, za­ta­cza­jąc co­raz więk­sze krę­gi. Po chwi­li jego dłoń zna­la­zła się w po­bli­żu ucha Be­aty.

Po­czu­ła, że musi to na­tych­miast prze­rwać.

- Dzię­ku­ję, już zja­dłam. - Wsta­ła dość ner­wo­wo, nie pa­trząc męż­czyź­nie w oczy. Bała się, że An­dre­as się zo­rien­tu­je, iż ten do­tyk był dla niej przy­jem­no­ścią. - Po­dam leki two­im ro­dzi­com.

Po­de­szła do ku­chen­ne­go bla­tu, od­wra­ca­jąc się do to­wa­rzy­sza ple­ca­mi. Nie mógł wi­dzieć, jak moc­no drża­ły jej ręce, gdy na­le­wa­ła wodę do szklan­ki. Po chwi­li wy­szła z kuch­ni. Sta­ra­ła się skon­cen­tro­wać na pod­opiecz­nych i uspo­ka­ja­ła samą sie­bie, że to był do­tyk kom­plet­nie bez zna­cze­nia.

Frau Pe­tra sku­tecz­nie od­cią­gnę­ła jej uwa­gę od wszyst­kie­go. Tego wie­czo­ru po­sta­no­wi­ła zbun­to­wać się i nie mia­ła ocho­ty brać le­karstw. Do­pie­ro po kwa­dran­sie uda­ło się prze­ko­nać sta­rusz­kę, że to dla jej do­bra. Wła­ści­wie zro­bił to jej mąż, któ­ry wmó­wił żo­nie, że on łyka te same wi­ta­mi­ny, i obie­cał, że ra­zem pój­dą spać.

- I tak je­stem zmę­czo­ny. - Mru­gnął do opie­kun­ki. Zwy­kle cho­dził spać nie­co póź­niej, po obej­rze­niu ulu­bio­nych pro­gra­mów w te­le­wi­zji. - Do­bra­noc.

Be­ata w su­mie ucie­szy­ła się, że ten wy­czer­pu­ją­cy dzień ma się ku koń­co­wi. Za­pla­no­wa­ła, że ogar­nie sa­lon star­szych pań­stwa, przy­go­tu­je im leki na ju­tro i bę­dzie mo­gła umknąć do swo­je­go azy­lu. Zer­k­nę­ła na te­le­fon. Nie kon­tak­to­wa­ła się z mę­żem od dwóch dni. Ich ko­mu­ni­ka­cja ogra­ni­cza­ła się do ese­me­sów. Mar­cin uwa­żał, że po­łą­cze­nia są dro­gie i na­le­ży z nich ko­rzy­stać tyl­ko w wy­jąt­ko­wych przy­pad­kach. Dzi­siaj taki był. Przy­naj­mniej dla niej. Ko­niecz­nie, w tym mo­men­cie, pra­gnę­ła usły­szeć głos męża.

- Halo. - Ktoś ode­brał po czwar­tym sy­gna­le.

- Mamo, to ty? - ode­zwa­ła się Be­ata zdu­mio­nym gło­sem.

- No a kto? - burk­nę­ła te­ścio­wa oschle.

- Gdzie jest Mar­cin?

- Po­szedł pod prysz­nic. Jest wy­czer­pa­ny po ca­łym dniu pra­cy. Wró­cił do domu wy­koń­czo­ny, a na­wet obiad na nie­go nie cze­kał.

- Prze­cież za­wsze jadł w za­kła­do­wej sto­łów­ce!

- Od kil­ku dni tego nie robi, bo za­truł się tam­tej­szym je­dze­niem. Nie wie­dzia­łaś o tym? Co z cie­bie za żona!

Be­ata po­mi­nę­ła te sło­wa mil­cze­niem.

- Pro­szę tyl­ko prze­ka­zać Mar­ci­no­wi, że dzwo­ni­łam - do­da­ła po chwi­li ofi­cjal­nym to­nem.

- Gdy­byś tu była, nie mu­sia­ła­bym nic prze­ka­zy­wać - syk­nę­ła ko­bie­ta po dru­giej stro­nie. - Mat­ka i żona! Na­wet nie po­tra­fi­my wy­mó­wić na­zwy tej miej­sco­wo­ści, w któ­rej je­steś! Gdy­byś tyl­ko chcia­ła, mo­gła­byś się za­trud­nić tu­taj w su­per­mar­ke­cie! Na każ­dym kro­ku są od­po­wied­nie kur­sy! Ale nie, za­chcia­ło ci się wy­jeż­dżać w po­szu­ki­wa­niu szczę­ścia! Po­rzu­ci­łaś męża i dzie­ci! To ja mu­szę za­stę­po­wać im mat­kę i żonę, go­to­wać i kar­mić! Po­win­nam wy­po­czy­wać na eme­ry­tu­rze!

Be­ata nie wie­dzia­ła, co od­po­wie­dzieć na ten ab­sur­dal­ny atak. Te­ścio­wa była ich go­ściem kil­ka razy w ty­go­dniu, za­rów­no za­po­wie­dzia­nym, jak i nie. Za­wsze mia­ła dużo do po­wie­dze­nia, w lot wy­ła­py­wa­ła coś do skry­ty­ko­wa­nia, ob­ga­da­nia, do­ra­dze­nia, i tak w nie­skoń­czo­ność. Te­raz ro­bi­ła z sie­bie za­stęp­czą żonę dla Mar­ci­na!

- Do­bra­noc, mamo. - Be­ata sta­ra­ła się za­koń­czyć roz­mo­wę. Że też pod­ku­si­ło ją te­le­fo­no­wa­nie!

- Tyl­ko na tyle cię stać? Nie za­py­tasz na­wet, jak mo­je­mu sy­no­wi mi­nął dzień? Przy­szedł wy­koń­czo­ny, zjadł przy­go­to­wa­ny prze­ze mnie ro­sół i ga­la­re­tę, a te­raz się myje. Pew­nie za chwi­lę obej­rzy wia­do­mo­ści i pój­dzie spać. Ale co to może cie­bie ob­cho­dzić... - Ko­bie­ta za­wie­si­ła głos, pro­wo­ku­jąc sy­no­wą do od­po­wie­dzi.

- Ob­cho­dzi, mamo - od­par­ła Be­ata z wes­tchnie­niem. - Dla­te­go dzwo­nię.

Nie do­da­ła, że Mar­cin mógł zro­bić to samo. Mógł pod­nieść te­le­fon i za­dzwo­nić. Nie zro­bił tego jed­nak. Od dwóch ty­go­dni cze­kał na gest ze stro­ny żony. To ona wy­sy­ła­ła mu wia­do­mość i ocze­ki­wa­ła od­po­wie­dzi. To ona cią­gle cze­ka­ła...

- Prze­ka­żę mu, że dzwo­ni­łaś - ode­zwa­ła się te­ścio­wa ła­ska­wie, choć ton gło­su po­zo­stał zim­ny. - Je­że­li bę­dzie chciał, to od­dzwo­ni.

Be­ata po­dzię­ko­wa­ła i z ulgą się roz­łą­czy­ła. Była pew­na, że dzi­siej­sze­go wie­czo­ru nie ma co li­czyć na te­le­fon od Mar­ci­na. Zro­bi­ło jej się przy­kro, a w głę­bi ser­ca ko­ła­ta­ły wy­rzu­ty su­mie­nia. Może rze­czy­wi­ście skon­cen­tro­wa­ła się wy­łącz­nie na so­bie i przez to tra­ci jej ro­dzi­na? Otar­ła łzę, któ­ra ze­bra­ła się pod po­wie­ką.

- Puk, puk! - Usły­sza­ła sło­wa i de­li­kat­ne pu­ka­nie od stro­ny drzwi. Zmu­si­ła się do przy­wo­ła­nia uśmie­chu na twarz. - Wino cze­ka w sa­lo­nie.

- Prze­pra­szam, ale ra­czej nie mam ocho­ty. Je­stem zmę­czo­na i po­ło­żę się wcze­śniej spać. - Mia­ła na­dzie­ję, że ta wy­mów­ka po­skut­ku­je.

- Ale już roz­la­łem... - Męż­czy­zna wy­da­wał się stro­pio­ny. - To tyl­ko je­den kie­li­szek. Na wię­cej nie na­ma­wiam.

Wsta­ła z lek­kim ocią­ga­niem. Al­ko­hol to było ostat­nie, na co mia­ła ocho­tę dzi­siej­sze­go wie­czo­ru. Ma­rzy­ło jej się łóż­ko i czy­ta­nie książ­ki do­pó­ty, do­pó­ki nie za­śnie. Po­sta­no­wi­ła, że po­sta­ra się wy­pić tru­nek jak naj­szyb­ciej.

W sa­lo­nie na każ­dym pa­ra­pe­cie sta­ła lamp­ka. Spod klo­szy wy­pły­wa­ło de­li­kat­ne świa­tło. W oknach nie było ża­lu­zji, więc po­świa­ta wi­docz­na była z ze­wnątrz. To ko­lej­na cie­ka­wost­ka, któ­rą za­ob­ser­wo­wa­ła u Niem­ców. Prak­tycz­nie nie było domu, w któ­rym wie­czo­rem nie zo­sta­ły­by za­pa­lo­ne świa­tła. Da­wa­ło to nie tyl­ko efekt przy­tul­no­ści, ale przede wszyst­kim świa­do­mość, że w tym domu ktoś cze­ka.

Be­ata co kil­ka dni wy­cho­dzi­ła na krót­ki wie­czor­ny spa­cer. Część mia­sta, w któ­rej miesz­ka­li jej pod­opiecz­ni, skła­da­ła się wy­łącz­nie z dom­ków jed­no­ro­dzin­nych, przy któ­rych - po­dob­nie jak na dział­ce An­dre­asa - znaj­do­wa­ły się nie­wiel­kie za­bu­do­wa­nia go­spo­dar­cze lub go­ścin­ne do wy­na­ję­cia dla tu­ry­stów od­wie­dza­ją­cych Uec­ker­mün­de w se­zo­nie. Wła­śnie w ta­kim dom­ku mia­ła swój kąt.

Ci­chut­ko grał te­le­wi­zor. Wi­dać było, że syn nie chce prze­szka­dzać śpią­cym ro­dzi­com.

- Nie wiem, co im dzi­siaj zro­bi­łaś, ale za­snę­li, le­d­wo przy­ło­ży­li gło­wy do po­du­szek. - Uśmiech­nął się.

- Wła­ści­wie nic. - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Z two­ją mamą po­rząd­ko­wa­łam anio­ły. Na­wet na spa­cer nie mie­li dzi­siaj ocho­ty, bo było tak po­nu­ro. Po obie­dzie spa­li nie­co kró­cej. Zbu­dził ich ten twój zna­jo­my Po­lak.

- Rze­czy­wi­ście! Mia­łem ci coś po­ka­zać! - Męż­czy­zna pod­szedł do sto­li­ka pod oknem. - Gdy po­ma­ga­łaś ro­dzi­com kłaść się do łóż­ka, po­sze­dłem do ga­ra­żu i obej­rza­łem przy­wie­zio­ne rze­czy. Jest tam kil­ka praw­dzi­wych pe­re­łek, któ­re po od­no­wie­niu będę mógł usta­wić w wi­try­nach. Ale po­mię­dzy szkla­ne wazy, jako ochro­na przed stłu­cze­niem, wło­żo­ny był ten ze­szyt. Sama mu­sisz zo­ba­czyć, bo wy­da­je mi się, że za­pi­sa­no go po pol­sku.

Po­dał Be­acie po­żół­kły ze sta­ro­ści bru­lion. Okład­ka jesz­cze trzy­ma­ła się moc­no, choć rogi były już po­obry­wa­ne. Na przo­dzie wid­nia­ła ogrom­na czer­wo­na pla­ma, jak­by ktoś roz­lał na nią wino lub kom­pot z wi­śni. Prze­wró­ci­ła pierw­szą stro­nę.

Pol­ska zie­mia Cię wy­da­ła,

Pol­ska krew w To­bie pły­nie,

Pol­ska mat­ka Cię zro­dzi­ła

I pol­skie też no­sisz imię.

Więc uko­chaj ser­cem ca­łym

Tę ro­dzin­ną pol­ską zie­mię,

Niech dla Cie­bie ide­ałem

Bę­dzie mat­ki pol­skiej imię.

Ko­cha­nej Loli wpi­sa­ła się to­wa­rzysz­ka wspól­nych łez i uśmie­chów na ob­czyź­nie - Lil­ka.

Pod tek­stem znaj­do­wa­ła się mała fo­to­gra­fia mło­dej ko­bie­ty, praw­do­po­dob­nie Lil­ki, któ­ra zo­sta­wi­ła swo­ją po­do­bi­znę na pa­miąt­kę.

- To chy­ba pa­mięt­nik - ode­zwa­ła się Be­ata. - Sama taki pro­wa­dzi­łam w dzie­ciń­stwie. Szkol­ne ko­le­żan­ki i ko­le­dzy wpi­sy­wa­li tam ja­kieś wier­szy­ki lub cy­ta­ty, pod­pi­su­jąc się. Tu­taj nie było to prak­ty­ko­wa­ne?

- Nie przy­po­mi­nam so­bie... - od­po­wie­dział An­dre­as z na­my­słem. - Może dziew­czyn­ki tak ro­bi­ły, ale ja z ko­le­ga­mi na pew­no nie.

Be­ata po­ki­wa­ła gło­wą, przy­zna­jąc mu ra­cję.

- Data pod wpi­sem jest nie­co za­ma­za­na. Nie wiem, czy będę w sta­nie ją od­czy­tać. Pölitz, ósme­go wrze­śnia ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­ste­go czwar­te­go roku. O rany! To prze­cież cza­sy dru­giej woj­ny świa­to­wej! - Ko­bie­ta za­sko­czo­na spoj­rza­ła na swo­je­go to­wa­rzy­sza.

- Pölitz? - za­sta­na­wiał się gło­śno, jak­by nie sły­szał sło­wa "woj­na" rzu­co­ne­go przed chwi­lą. - To mia­sto nie­da­le­ko gra­ni­cy.

Be­ata pró­bo­wa­ła w gło­wie przy­po­rząd­ko­wać nie­miec­ką na­zwę do pol­skiej.

- Po­li­ce. Tak? - spy­ta­ła, marsz­cząc brwi. - Pölitz. Po­li­ce. To za­pew­ne pa­mięt­nik daw­nej miesz­kan­ki tej miej­sco­wo­ści.

Prze­wró­ci­ła ko­lej­ną stro­nę i prze­czy­ta­ła tekst.

Śmiej się, choć w oczach lśnią łzy,

Śmiej się, choć ser­ce moc­no boli.

Znik­ną kie­dyś dnie nie­do­li,

Wró­cą słod­kie, ja­sne dni...

Nic tak nie boli,

Jak chwi­le szczę­ścia, wspo­mnień w nie­do­li.

Tym ra­zem pod­pi­sa­na była Lid­ka. Data wpi­su iden­tycz­na z pierw­szym. Na trze­ciej stro­nie wid­nia­ło:

Pol­sko! Oj­czy­zno moja! Ty je­steś jak zdro­wie!

Ile Cię trze­ba ce­nić, ten tyl­ko się do­wie,

Kto Cię stra­cił. Dziś pięk­ność Twą w ca­łej ozdo­bie

Wi­dzę i opi­su­ję, bo tę­sk­nię po To­bie...

Pod nie­co zmie­nio­ny­mi sło­wa­mi utwo­ru pod­pi­sa­ła się Ma­ry­sia. Data taka sama jak wcze­śniej. Au­tor­ka wpi­su nie za­mie­ści­ła fo­to­gra­fii. Wid­nia­ła za to - o ile Be­ata do­brze się przyj­rza­ła - od­ręcz­nie na­ry­so­wa­na mapa Pol­ski. Przed­wo­jen­na. W środ­ku ob­ry­su wid­nia­ło krwa­wią­ce ser­ce prze­szy­te strza­łą. Ko­bie­cie ciar­ki prze­cho­dzi­ły po ple­cach, gdy wy­ja­śnia­ła tę sym­bo­li­kę An­dre­aso­wi.

- W Pölitz były obo­zy pra­cy - po­wie­dział.

Be­ata le­d­wo słu­cha­ła, prze­wra­ca­jąc ko­lej­ne stro­ny i czy­ta­jąc to, co na­pi­sa­no. Gdzieś w po­ło­wie pa­mięt­ni­ka znik­nę­ły wpi­sy, a po­ja­wił się jed­no­li­ty tekst po­dzie­lo­ny da­ta­mi. Za­pis wspo­mnień! Ko­bie­ta po­chy­li­ła gło­wę, by od­czy­tać pi­smo Loli. Przy­cho­dzi­ło jej to z tru­dem. Było nie­wy­raź­ne, w nie­któ­rych miej­scach li­te­ry było le­d­wo wi­dać, jak­by ktoś sta­wiał je z ogrom­nym tru­dem, wy­koń­czo­ny. Be­ata po­trze­bo­wa­ła świa­tła dzien­ne­go do od­szy­fro­wa­nia nie­zgrab­ne­go pi­sma. Dzi­siaj już nic nie zdzia­łam, po­my­śla­ła prze­ję­ta.

- Ta rzecz po­win­na być w mu­zeum - po­wie­dzia­ła do An­dre­asa, wska­zu­jąc na bru­lion. - Przy­pusz­czam, że twój do­staw­ca nie zda­wał so­bie spra­wy z hi­sto­rycz­nej wagi zna­le­zi­ska.

- Pew­nie nie. To pro­sty czło­wiek. Od­dasz pa­mięt­nik w od­po­wied­nie ręce?

- Naj­pierw go prze­czy­tam - od­par­ła ci­cho. Rze­czy­wi­ście nie­ocze­ki­wa­ny na­by­tek ogrom­nie ją po­cią­gał i ża­ło­wa­ła, że prze­glą­da­nie go musi odło­żyć w cza­sie.

Była tak za­my­ślo­na, że nie do­sły­sza­ła, co mówi do niej Nie­miec.

- Py­ta­łem, czy na­lać jesz­cze wina - po­wtó­rzył, uśmie­cha­jąc się.

- Nie, dzię­ku­ję. - Do­pi­ła to, co było w lamp­ce, i wsta­ła. Od­ru­cho­wo zer­k­nę­ła na wy­świe­tlacz te­le­fo­nu. Żad­nej pró­by na­wią­za­nia kon­tak­tu ze stro­ny męża. - Ju­tro rano jadę na za­ku­py do Po­lic wła­śnie. Nie mogę wię­cej pić.

- Ra­czej nie chcesz.

- Nie chcę...

- Mo­je­go to­wa­rzy­stwa też nie chcesz? - An­dre­as uważ­nie na nią po­pa­trzył. Za­brzmia­ło dwu­znacz­nie.

- Dzi­siej­sze­go wie­czo­ru po­trze­bu­ję tyl­ko wła­sne­go. Nie gnie­waj się na mnie. Ma­rzę po pro­stu o od­po­czyn­ku.

- Moi ro­dzi­ce dają ci w kość?

- Nie, są ko­cha­ni... Czu­ję się jed­nak psy­chicz­nie wy­czer­pa­na i nie je­stem naj­lep­szym to­wa­rzy­stwem. Wy­ba­czysz?

- Prze­cież nie mam cze­go! - Wstał, by od­pro­wa­dzić ją do drzwi. - Dzię­ku­ję za tę wie­czor­ną chwi­lę.

Wy­da­wa­ło się, jak­by chciał jesz­cze coś do­dać, ale zre­zy­gno­wał. Be­ata rzu­ci­ła zdaw­ko­we po­że­gna­nie i po­szła w stro­nę dom­ku, któ­ry zaj­mo­wa­ła. Wie­dzia­ła, że An­dre­as od­pro­wa­dza ją spoj­rze­niem i cze­ka, aż ona za­mknie za sobą drzwi. Od­ci­nek na szczę­ście nie był dłu­gi. Ode­tchnę­ła z ulgą, gdy prze­krę­ci­ła klucz w zam­ku. Była tak bar­dzo zmę­czo­na, że gdy się roz­bie­ra­ła, za­czę­ły nią wstrzą­sać dresz­cze. Mia­ła wra­że­nie, jak­by w ca­łym po­miesz­cze­niu było okrop­nie zim­no. Na­rzu­ci­ła na koł­drę do­dat­ko­wy koc, przy­kry­ła się po czu­bek nosa i po chwi­li spa­ła ka­mien­nym snem.