Rozdział 2
Beata po cichu weszła do domu starszych państwa. Pracowała tutaj od dwóch tygodni i zdążyła się zorientować, że Frau Petra uwielbia wstawać o świcie. Podobno to nawyk jeszcze z czasów, kiedy była aktywna zawodowo. Przez wiele lat zatrudniano ją w piekarni. Musiała budzić się około trzeciej, by zdążyć na poranną zmianę. Syn opowiadał, że matka ma najprawdopodobniej wbudowany zegar wewnętrzny i nie jest w stanie go przestawić. Za to bardzo wcześnie chodziła spać. Beata miała spokój ze starszą panią już o dziewiętnastej każdego wieczoru. Jej mąż kładł się do łóżka godzinę później.
Frau Petra nie spała. Siedziała już przy kuchennym stole. Gdy Beata stanęła w drzwiach, gospodyni spojrzała na wiszący nad nimi zegar. Wskazywał siódmą.
- Dzień dobry! Chyba się nie spóźniłam? - spytała opiekunka drżącym głosem, choć Andreas uprzedzał ją, że ma nie zwracać uwagi na dziwactwo matki.
Kobieta nie odpowiedziała, wpatrując się w okno. Powoli jaśniało. Polka podeszła do kuchennej szafki i wyciągnęła produkty niezbędne do przygotowania śniadania. Nastawiła kawę. Bez niej nie mógł odbyć się poranny posiłek. Po chwili w całym pomieszczeniu pachniało aromatycznym napojem. Z łazienki dochodziły odgłosy mycia. Herr Manfred też już wstał. Starsi państwo śniadanie jedli zawsze kwadrans po siódmej. Beata nałożyła do dwóch szklanych miseczek niewielkie porcje musli i zalała ciepłym mlekiem.
- Dzień dobry, młoda damo - odezwał się Niemiec wesołym głosem, wchodząc do kuchni. - Dobrze spałaś?
- Dzień dobry. Wspaniale! - Beata uśmiechnęła się do podopiecznego.
Każdego ranka czekał ją ten sam zestaw kurtuazyjnych pytań. Mężczyzna nie oczekiwał odpowiedzi. Cieszyło go samo zagadanie do opiekunki. Gospodarze po chwili pochłonięci byli posiłkiem.
Beata postawiła dwa talerze. Położyła na każdym z nich wyciągniętą z piekarnika ciepłą bułkę, kilka plasterków salami i sera, jajko na twardo oraz rzodkiewki. W pierwszym tygodniu pracy wystawiała z lodówki wszystko, starając się, by posiłek był jak najbardziej urozmaicony. Po kilku dniach okazało się, że jest to niepotrzebne. Starsi państwo mieli swoje upodobania, a w zasadzenie śniadaniową monotonię. Przystosowała się zatem do ich próśb. W ogóle była zaskoczona, że lodówkę mają wypełnioną w zaledwie czwartej części, a nie w całości. Starsze osoby mają tendencje do chomikowania. Andreas stwierdził, że zbyt duża ilość jedzenia się psuje i trzeba je wyrzucać. Domownicy woleli mieć mniej i tylko to, co naprawdę zjedzą.
Beata nalała kawy do trzech kubków i usiadła przy stole, by wspólnie się posilić.
- Dzisiaj piątek - zagaiła rozmowę. - Lekarz był wczoraj, a fizjoterapeuta będzie dopiero w poniedziałek. Muszę podjechać do apteki i zrealizować receptę Frau Petry.
Herr Manfred popatrzył na nią tak, jak za pierwszym razem, gdy w ten sposób zwróciła się do jego żony. Beata była pewna, że po zwrocie Frau lub Herr może spokojnie dodać imię, jak w Polsce. Tutaj jednak po zwrocie grzecznościowym padało wyłącznie nazwisko. Jeżeli chciała usłyszeć swoje imię, musiała pozwolić na mówienie do siebie na ty. Inaczej była Frau Wójcik. Ciężko było wypowiedzieć to nazwisko staruszkom. Przystała, by mówili do niej bezpośrednio, choć często zmieniali Beata na niemieckie Beate. Ona sama jednak nie potrafiła mówić do obojga po nazwisku. Wydawało się to takie... pozbawione uczuć. Jakby urzędnik mówił do petenta, a nie opiekunka do dwójki staruszków. Dla niej byli Frau Petrą i Herr Manfredem.
- Proszę pamiętać, że dzisiaj apteka jest otwarta krócej - powiedział gospodarz.
Skinęła głową. Tydzień po przyjeździe popełniła gafę. Andreas obiecał, że każdą niedzielę będzie miała wolną. Na ostatni dzień tygodnia zaplanowała większe zakupy, bo w tygodniu ciężko jej było wyrwać się choćby po drobne sprawunki. A tu niespodzianka! Wszystkie sklepy w Niemczech są w niedzielę zamknięte!
- Macie ochotę na coś z marketu?
Zakupy robił im syn, który mieszkał z rodzicami. Część domu należała do niego. Sprowadził się tu po rozwodzie. Był geodetą. Pracował od rana do wieczora. Soboty miał wolne, ale wtedy zawsze było coś do zrobienia przy staruszkach. Zaopatrzeniem zajmował się raz w tygodniu, wczesnym sobotnim rankiem.
- Petra, chcesz coś? - Mąż zwrócił się do żony.
Kobieta nie wypowiedziała dzisiaj jeszcze ani jednego słowa, chowając się w swoim świecie. To jej się bardzo często zdarzało. Początkowo Beata myślała, że Frau Petra nie może przyzwyczaić się do niej i dlatego milczy, lecz ona po prostu taka była. Choroba postępowała każdego dnia. W dodatku podopieczna fizycznie słabła w oczach. Beata wiedziała o jej chorym sercu, problemach z krążeniem i atakach duszności, ale póki co nic złego się nie wydarzyło. Spacerowała ze starszą parą po najbliższej okolicy każdego dnia. Zima przypominała tu raczej przedwiośnie, więc można było codziennie wyjść na godzinę. Dłuższej wędrówki żadne z nich by nie wytrzymało. A już na pewno nie kobieta. Teraz też zamiast odpowiedzieć, po prostu pokręciła głową i wróciła do śniadania. Beatę ucieszył brak zachcianek. Nie musiała ze staruszkami iść do supermarketu.
Kwadrans później sprzątała po posiłku. Najpierw jednak posadziła Frau Petrę w fotelu. Kobieta zazwyczaj ucinała sobie kilkuminutową drzemkę po jedzeniu. Podopieczna robiła przy sobie wszystko sama, tylko trzeba było o niektórych rzeczach przypomnieć, jak choćby o skorzystaniu z toalety przed wyjściem na spacer. Na noc wkładała pieluchomajtki, bo zdarzało się, że podczas snu dochodziło do nieprzyjemnych wpadek. Trzy razy podczas dwutygodniowego pobytu Beata musiała przebierać zanieczyszczoną w nocy pościel. Frau Petra chyba nawet nie zdawała sobie sprawy, co zrobiła. Może poprzedniczka Beaty zgadzała się na takie niespodzianki, ale ona wolała ich unikać. Opowiedziała o całej sytuacji Andreasowi, a on przyznał rację i kupili odpowiednie środki higieniczne. Opiekunka nie była pewna, czy Niemka ma świadomość noszenia nocnego zabezpieczenia. Beata przygotowywała jej specjalną bieliznę każdego wieczoru, lecz odnosiła wrażenie, że kobieta kompletnie nie kojarzy, co się wokół niej dzieje, a momenty świadomości są niezwykle krótkie. Frau Petra reagowała jedynie na słowa męża.
Zmywarka cichutko szumiała. Polka zapisała na kartce leżącej na kuchennym parapecie kolejną pozycję: tabletki do prania. W opakowaniu zostały zaledwie trzy. To za mało. Z uznaniem patrzyła na system organizacyjny, jaki wprowadzono w tym domu. Następnego dnia po przyjeździe otrzymała plik kartek. Na każdej z nich było co innego. Na jednej znajdowała się rozpiska wszystkich leków i suplementów, które zażywali starsi państwo. Na drugiej był spis numerów i adresów lekarzy, aptek, urzędów i instytucji, z którymi kontakt może okazać się potrzebny. Na kolejnej lista tego, co gospodarze lubią jadać. Na dwóch kolejnych - jak ma wyglądać każdy dzień. Harmonogramy były szczegółowo rozpisane. Początkowo przeraziły Beatę, jednak po dwóch dniach czuła wdzięczność, że ma takie ściągi. Ogromnie ułatwiały jej pracę. Nie musiała co chwilę dzwonić do Andreasa, by dowiadywać się, co należy zrobić i dokąd jechać. Nawet wskazówki dojazdu w każde ważne miejsce opisał tak szczegółowo, że opierała się na nich w zupełności. Odcinki, jakie musiała pokonać, rozpisał z dokładnością do kilku metrów.
- Petra prosiła, by dzisiaj zająć się aniołami. - Herr Manfred przypomniał sobie o zaleceniu żony.
- Zrobimy to, gdy tylko się zbudzi - obiecała Beata.
Poczuła dreszcz na wspomnienie kolekcji podopiecznej. Gdy po raz pierwszy weszła do pokoju wypełnionego aniołami, nie wiedziała, gdzie podziać wzrok. To było małe pomieszczenie z jednym oknem. Wszystkie ściany zastawione były regałami. Pośrodku pokoju znajdował się niewielki okrągły stoliczek przykryty koronkowym obrusem, a przy nim stał fotel. Na meblach roiło się od aniołów. Były ich tysiące! Duże i malutkie, większość z dwoma skrzydłami, pojedyncze z jednym, wykonane z drewna, ze szkła, z kamienia, z muszelek, z papieru, z masy solnej... Praktycznie z każdego dostępnego materiału. I wszystkie śliczne! Frau Petra dodatkowo nazwała półki od poszczególnych grup aniołów. Beata w dzieciństwie często odwiedzała kościół, właściwie uciekając do niego przed ojcem i awanturami w domu. Lubiła się modlić do swojego Anioła Stróża, nie miała jednak pojęcia, że jest tyle rodzajów skrzydlatych postaci! Dopiero teraz, przebywając w domu podopiecznych, dowiedziała się o nich. Na jednym regale stały serafiny, na drugim cherubiny, kolejne półki należały do tronów, dominions, virtuos, aniołów potęgi i mocy, dalsze do pryncypałów, oczyszczających i archaniołów. Dopiero gdy bliżej się przyjrzała, zauważyła delikatne różnice pomiędzy poszczególnymi rodzajami. Frau Petra szczególnie upodobała sobie jedną ze skrzydlatych postaci. Figurki archanioła Gabriela zajmowały jeden cały regał. Beata nie mogła dowiedzieć się od podopiecznej, dlaczego akurat ta postać zajmuje szczególne miejsce, a Herr Manfreda nie chciała wypytywać.
Sprawdziła w internecie wiadomości o Gabrielu. To on zwiastował Maryi narodzenie Jezusa. Zgodnie z tradycją chrześcijańską zaliczany jest do grona siedmiu archaniołów o szczególnym znaczeniu. W Biblii występuje pod postacią męską. Jego rolą było sprawowanie opieki nad rajem. Prawie wszystkie figurki archanioła Gabriela, jakie posiadała w swojej kolekcji Frau Petra, przedstawiane były z wielką miedzianą trąbą. To on ma zadąć w róg, zapowiadając drugie przyjście Chrystusa. Beata już się zorientowała, że jej podopieczni nie byli osobami wierzącymi, tym bardziej dziwiła ta kolekcja.
- Moja żona twierdzi, że anioły to dobrzy ludzie. Tacy, którzy patrzą na świat przez pryzmat drugiego człowieka, a nie koncentrują się na sobie. Nie ma to nic wspólnego z jakimkolwiek Bogiem. W życiu spotkaliśmy wielu porządnych ateistów, natomiast rozczarowały nas osoby, które regularnie uczestniczyły w katolickich czy ewangelickich nabożeństwach.
Opiekunka nie skomentowała. Starała się nie wdawać w dysputy polityczne czy religijne. Nie lubiła tego. Rozegrała z Herr Manfredem partyjkę warcabów, a potem usadowiła go wygodnie w fotelu, kładąc na kolanach krzyżówki, które starszy pan uwielbiał rozwiązywać. Gdy wróciła do sypialni podopiecznej, ta już nie spała. Beata pomogła jej wstać. Najpierw poszły do łazienki, a później ruszyły do pokoju aniołów. Nazwa pasowała do tego pomieszczenia jak ulał.
Ledwo przekroczyły próg, a twarz Frau Petry się rozjaśniła. Opiekunka z przyjemnością obserwowała, jak staruszka zaczyna się żwawiej ruszać, krążąc wśród figurek. Witrynki były oszklone, więc do środka nie dostawał się kurz. Trzeba było oczyścić to wszystko, co stało na zewnątrz. Godzinę spędziły wśród aniołów. Frau Petra jakby odzyskała werwę. Podchodziła do mebli, otwierała drzwiczki, wyciągała niektóre figurki, dotykała, czerpiąc od nich energię. Uśmiechała się pod nosem, mówiła jakieś pojedyncze słowa. Beata myślała, że kierowane są do niej. Podopieczna ucichła, gdy poprosiła ją o powtórzenie.
Gdy tylko wyszły z pomieszczenia, Niemka zaczęła zachowywać się jak wcześniej. Zgarbiła się jeszcze bardziej, ramiona jej opadły i powłóczyła nogami. Zupełnie jakby chęć do życia została za zamkniętymi drzwiami. Beata przez chwilę pomyślała, że warto byłoby częściej odwiedzać pokój aniołów. Jednak nie było na to czasu. Starsi państwo mieli tak zorganizowane dni, że ciężko było zaplanować coś dodatkowego.
- Zrobię herbatę i podam owoce. - Beata nauczyła się opowiadać o każdej wykonywanej czynności. Pomagało jej to w utrwalaniu języka niemieckiego i przerywało panującą w domu ciszę.
Od czasu do czasu słychać było skrobanie ołówka po książeczce z krzyżówkami - Herr Manfred wpisywał wszystkie hasła ołówkiem, by w razie błędu móc je wygumkować. Nie lubił pomazanych stron czy wykreśleń. W pojemniku na prasę miał kilka wypełnionych zeszytów z krzyżówkami. Mimo że były bezużyteczne, nie pozwalał ich wyrzucić. Zadowolony dokończył wpisywanie słowa i usiadł do stołu. Z apetytem zajadał podsunięte przez Beatę smakołyki.
Jego żona znowu gdzieś błądziła myślami. Chyba nawet nie zorientowała się, że opiekunka włożyła jej do ręki banana i od czasu do czasu podsuwała dłoń podopiecznej do ust, by ta ugryzła owoc. Zastanawiała się, o czym Niemka myśli. Wpatrywała się w ogołocone z liści drzewo rosnące na wprost okna. Stała pod nim drewniana ławeczka. Wiosną i latem na pewno można tam znaleźć cudowny cień chroniący przed słońcem i spiekotą, teraz jednak widok nie należał do najprzyjemniejszych. W ogóle ciężko było uwierzyć, że to zima. Temperatura wynosiła plus pięć stopni, a nocą spadała do dwóch poniżej zera. Często padał deszcz, a zasnuwające niebo ciężkie szare chmury sprawiały wrażenie, jakby ciągle była noc lub późny wieczór. Podobno tak właśnie wyglądają zimy nad Zalewem Szczecińskim. Zupełnie inne niż te na Mazowszu, skąd zdecydowanie bliżej do wschodniej granicy Polski i ostrzejszego klimatu. Tam śnieg leżał od połowy grudnia do końca lutego, zamieniając stolicę w brudne miasto. Na pograniczu polsko-niemieckim przynajmniej nie było widać tego brzydactwa. Beata zastanawiała się, co takiego przykuwa uwagę Niemki. Może przypomina sobie miłe chwile spędzone na tej ławeczce? Pewnie kiedyś dość często siadywała na niej ze swoim mężem.
Z zamyślenia wyrwał Beatę dźwięk telefonu.
- Proszę odebrać. - Herr Mafred nawet nie podniósł głowy znad krzyżówek.
- Hallo! - rzuciła do słuchawki. Z ulgą usłyszała głos Andreasa po drugiej stronie. Zawsze się denerwowała, gdy ktoś dzwonił. Obawiała się zniekształconej mowy, jak to zwykle bywa w telefonicznych rozmowach ze starszymi ludźmi.
- Będziesz po południu w domu? Pomiędzy czternastą a piętnastą?
Kilka dni temu zaczęli mówić do siebie po imieniu. Byli w zbliżonym wieku, więc tak wygodniej im się porozumiewało. Każdego wieczoru siadywali razem do oglądania wiadomości, a Beata opowiadała, jak minął dzień z jego rodzicami. Czasami zgadzała się na lampkę wina przed snem. O dwudziestej starała się być jednak u siebie.
Imponowała jej inteligencja Andreasa i celność oceniania polityki. Ta dziedzina nigdy nie interesowała Marcina, a przynajmniej takie wrażenie odnosiła. Ich popołudniowo-wieczorna komunikacja ograniczała się do krótkich zdań o tym, co działo się w pracy, lub dotyczyła rodziny. Po godzinie osiemnastej zamierała prawie zupełnie. Chociaż... kiedyś tak nie było. Beata przypomniała sobie męża z początków ich związku. Interesował się wtedy turystyką górską, robił piękne zdjęcia przyrody - niektóre z nich zyskiwały uznanie w konkursach. Z czasem jednak, a właściwie wraz z narodzinami dzieci, zapał do własnych pasji osłabł, zastąpiony codzienną rutyną i obowiązkami. Wszystko powinno powrócić na normalne tory wraz z dorastaniem potomstwa, ale tak się nie stało. Właściwie dlaczego?
- Powinnam być w domu - odpowiedziała ostrożnie, robiąc w głowie przegląd myśli, czy jednak nie musi ze starszym małżeństwem gdzieś wyjechać. Nie, był piątek, zatem żadne wyjazdy nie wchodziły w rachubę. Wyskoczy tylko do apteki podczas ich poobiedniej drzemki.
- Po czternastej podjedzie pewien mężczyzna. Polak - tłumaczył Andreas. - Byłem z nim umówiony na jutro, ale przełożył przyjazd. Będziesz musiała odebrać od niego kartony z rzeczami.
- To dostawca?
- Nie. Prowadzi własną działalność w Niemczech. Remontuje mieszkania na zlecenie, głównie po osobach, które niedawno zmarły. Pracuje w Berlinie. Przywozi mi czasami ciekawe eksponaty.
- Kradnie je?! - W głosie Beaty pobrzmiewał strach.
Andreas się roześmiał.
- Nie. Zazwyczaj starsi ludzie to nałogowi zbieracze, co zresztą widzisz po moich rodzicach. Rodziny proszą Polaka, by pozbył się wszystkich staroci z mieszkania. Wtedy wysyła fotografie różnych przedmiotów do mnie, a ja podejmuję decyzję, czy chcę coś, czy nie.
Odetchnęła po cichu.
- Prosiłem, by zostawił wszystko w rogu garażu. Pewnie część rzeczy wymaga wyczyszczenia. Muszę też wszystko przejrzeć.
Beata zerknęła na zegar. Za kwadrans dwunasta. Wyciągnęła z lodówki zupę przygotowaną poprzedniego dnia i postawiła na płycie, by się zagrzała. Gulaschsuppe - zupa gulaszowa. Podniosła pokrywkę, zamieszała potrawę i z przyjemnością wciągnęła zapach smażonego na oliwie wołowego mięsa. Przez kwadrans rumieniła je z każdej strony, dodając drobno pokrojoną cebulkę, pociętą w paseczki paprykę i posypując wszystko czerwoną papryką w proszku. Później zalała danie bulionem i gotowała na niewielkim ogniu przez godzinę, od czasu do czasu dorzucając przyprawy: sól, czarny pieprz, kminek i majeranek. Zastanawiała się, czy taka potrawa smakowałaby jej rodzinie przyzwyczajonej do tradycyjnej kuchni polskiej. Na dwoje babka wróżyła. Na pewno dzieci kręciłyby nosami, że danie nie jest zabielone. A w tej zupie nabiał był zbędny! Była tak gęsta, że można łyżkę postawić. Jej podopieczni już na początku poprosili, by nie dodawała śmietany do potraw. Nie lubili tego. Po kilku dniach prób i wieczornego podczytywania bloga dla opiekunek w Niemczech Beata załapała, w czym rzecz. Absolutnie nie sugerować się swoimi smakami! Niemcy nie zjedzą zupy ogórkowej, rzadko sięgną po pomidorową czy żurek, natomiast raz na jakiś czas będą się delektować grochową z zielonego groszku, dyniową, porową, szparagową czy kartoflanką z boczkiem. O ile w kuchni polskiej zupy są podstawą, to w niemieckiej niekoniecznie.
Dania główne różniły się od tych serwowanych w Polsce. Na stole u Beaty często królowały kotlety schabowe, żeberka, karkówka, szynka pieczona i drób, do tego podawała najróżniejsze surówki. Nieco się wystraszyła, gdy drugiego dnia pobytu Frau Petra zażyczyła sobie Maultaschen. Cały wieczór spędziła na poszukiwaniach w zasobach internetu, co to takiego. Okazało się, że to kwadratowe pierogi z ciasta makaronowego wypełnione zazwyczaj nadzieniem mięsnym. Farsz mógł być z mięsa mielonego, pieczonej kiełbasy cielęcej, szpinaku i pietruszki. Według legendy pierogi te zostały wymyślone przez cystersów z Maulbronn, którzy nie chcieli rezygnować z mięsa w czasie postu. Beata wyczytała, że do nadzienia można było dodać także szparagi, marchewkę lub ziemniaki. Gdy zaserwowała swoją wersję potrawy, z obawą czekała na reakcję. Frau Petra nie powiedziała wtedy nic. Znowu miała dzień, w którym nawet nie kojarzyła, co je. Natomiast jej mężowi smakowało wszystko.
Podobnie było z Königsberger Klopse, czyli z klopsami po królewiecku. Podobno zostały one wymyślone przez kucharkę kupca, który spopularyzował potrawę w regionie Królewca. Klopsy te przyrządzane są z cielęcego mięsa, bułki tartej, jajek i skórki cytrynowej. Tradycyjnie są podawane w sosie kaparowym, czasami z ziemniakami lub z ryżem. Nazwa sugerowała wykwintne danie, jednak potrawa okazała prosta w wykonaniu. Mimo wszystko Beata do cowieczornego ustalania menu na następny dzień podchodziła ze strachem, nie wierząc we własne siły. I choć po jedzeniu znosiła puste talerze ze stołu, nadal czuła się niepewnie.
Podobnie było tym razem. Starsze małżeństwo zasiadło z apetytem do zupy gulaszowej. Nic nie mówili, dawały się jednak słyszeć odgłosy zadowolenia: mlaskanie i siorbanie. Polka i do tego musiała się przyzwyczaić. W jej domu takie zachowanie było niedopuszczalne, gdyż świadczyłoby o braku kultury. Tutaj jednak okazało się normalne. Bardzo często zdarzało się, że Herr Manfred siarczyście odbił po zjedzeniu solidnego posiłku. Zawstydzał tym opiekunkę, nie zdając sobie z tego sprawy.
Kwadrans później zbierała talerze i pomagała małżeństwu udać się do sypialni. Po chwili mogła na piętnaście minut wyskoczyć do miasta. Nie potrzebowała więcej czasu na zrealizowanie recepty. Udało się jej zaparkować pod samym budynkiem apteki. Nie było kolejki.
W drodze powrotnej zastanawiała się, czy nie zajechać na chwilę do sklepu, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Wiedziała, że nie może zostawić podopiecznych samych dłużej, niż to konieczne. Zresztą następnego dnia Andreas miał zrobić duże zakupy. Ona chciała po raz pierwszy wybrać się do leżących niedaleko granicy Polic i kupić kilka rzeczy dla siebie. W Ueckermünde nie mogła znaleźć odpowiedniej śmietany. Był produkt podobny do niej, ale zawierał dziesięć procent tłuszczu i smakował raczej jak jogurt. Nie było twarogu ani ulubionej kiełbasy krakowskiej. Gdy któregoś wieczoru Andreas przyglądał się, jak zagląda do lodówki w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego na kolację i nie może znaleźć, zaproponował, żeby pojechała do Polski po rzeczy, które lubi.
- Twoje poprzedniczki tak robiły - powiedział. - Raz w tygodniu jeździły do Polic i kupowały to, do czego były przyzwyczajone. Doskonale rozumiem, że nasza kuchnia nie musi wszystkim smakować.
Beatę przerażała inna kwestia - bardzo rzadko prowadziła samochód. Jeżeli gdzieś się wybierali, to zawsze za kierownicą siadał Marcin. Ona była pasażerem. Prawo jazdy zrobiła zaledwie kilka lat temu, gdy okazało się, że czasami musi jechać na przymiarki do klienta, a szefowa nie może przebijać się po nią w korkach przez całą Warszawę. Jeździła wtedy z takim lękiem, że na miejsce docierała z dłońmi spoconymi ze strachu. Była pewna, że tutaj będzie podobnie.
Po cichutku weszła do domu. Małżeństwo spało, nie zauważywszy, że jej nie ma. Po chwili usiadła w fotelu z kubkiem kawy. W głowie układała dalszy plan popołudnia. Gdy wstaną, przebierze pościel i nastawi pranie. Mieli suszarkę, więc do wieczora wszystko będzie można poukładać w szafach. O szesnastej przygotuje starszemu małżeństwu kawę i ciasto owocowe. Nie wymagali, by piekła. Andreas kupował mrożone i już poporcjowane desery. Wygodnie było wyciągać kawałki z kartonika, tylko smak według Beaty pozostawiał wiele do życzenia.
Jeszcze raz zerknęła na czasomierz. Powinni pospać jakieś pół godziny. Postanowiła, że włączy komputer i sprawdzi przepis na makaron z sosem serowym, który miała przygotować na jutro. Sos zrobiłaby przed wyjazdem do Polic. W weekendy Andreas wręcz nakazywał jej odpoczynek poza miejscem pracy. Pokazywał na mapce, gdzie może się udać na wycieczkę, co zobaczyć, dokąd pojechać rowerem. Mimo drugiej połowy stycznia można było wyruszać rowerem. W garażu stała stara damka, z której kobieta korzystała.
Beata wyciągnęła z szuflady kartkę, by zanotować przepis. Nie zdążyła jeszcze uruchomić komputera, gdy kątem oka zauważyła zatrzymujący się przy bramie dostawczy samochód. Kierowca zatrąbił. Wyskoczyła z domu, nie narzucając niczego na siebie, aby go uciszyć. Machała ręką i kładła palec na ustach, żeby mężczyzna przestał. Zrozumiał.
- Po co pan trąbi? - zbeształa go, gdy dotarła do bramki. - O tej porze obowiązuje cisza dzienna.
Rzeczywiście. To też była nowość, do której musiała się przyzwyczaić. Każdego dnia między trzynastą a piętnastą nie można było zakłócać spokoju, odkurzać, używać wiertła, prowadzić prac budowlanych. Co prawda Andreas z rodzicami mieszkali w domku jednorodzinnym na uboczu miasteczka, ale stosowali się do zasad. Podobnie było z pracownikami niedalekiej budowy, którzy przerywali pracę na dwie godziny i wracali do zajęć dopiero po zakończeniu ciszy.
- Zapomniałem! - Z auta wyskoczył korpulentny pięćdziesięciolatek. - Zmęczony jestem. Jadę z zachodnich Niemiec od rana. Już chciałbym być po polskiej stronie. Przepraszam.
Nie był zaskoczony, że Beata jest jego rodaczką. Być może Andreas go uprzedził.
- Mam trzy kartony. - Mężczyzna otworzył tylne drzwi dostawczaka. - Gdzie je zanieść?
- Do garażu. - Wskazała ręką.
Kartony były zaklejone taśmą. Polak ostrożnie przenosił je do środka.
- Proszę powiedzieć Andreasowi, żeby dał mi znać, co mu odpowiada - dodał, wsiadając do auta.
- Jasne.
Mężczyzna rzucił szybkie "do widzenia" i pospiesznie odjechał. Beata spojrzała w okno sypialni starszego małżeństwa. Dostrzegła ruch za firanką, westchnęła i stwierdziła, że najwyższa pora wracać do obowiązków. Kiedy weszła do domu, po przedpokoju już krążył Herr Manfred. Wstał pierwszy. Opiekunka przygotowywała kawę, gdy w drzwiach stanęła jego żona. Rozglądała się po kuchni, jakby widziała ją po raz pierwszy. Beata podeszła do Niemki, wzięła ją za rękę i podprowadziła do stołu, pomagając usiąść. Postawiła przed małżeństwem kubki z parującą kawą i nałożyła na talerzyki po kawałku ciasta. Za oknem się ściemniało. To był kolejny dzień z ciężkimi chmurami kompletnie zasnuwającymi niebo. Odkąd tu zamieszkała, widziała słońce może ze trzy razy. Szybko zjadła swoją porcję i poszła do sypialni, by zająć się przebieraniem pościeli. Przyjazd tego Polaka nieco pozmieniał jej plany. Martwiła się, czy ze wszystkim zdąży. Nastawiała pralkę, gdy na podwórze wjechał samochód Andreasa. No tak, piątek! Tego dnia kończył pracę wcześniej.
Po chwili mężczyzna stanął w drzwiach, witając się z rodzicami.
- Dla mnie to przywiozłeś? - Herr Manfred wskazał na butelkę z białym winem, którą trzymał syn. - Nie wiem, co na to moja opiekunka. - Mrugnął okiem do stojącej w drzwiach Beaty. - Pozwoli?
- Nie lubisz wina - odezwał się Andreas.
- Masz rację. Właśnie dlatego nalałem sobie kieliszek nalewki - odparł starszy pan.
- Słucham?! - Beata spojrzała zaskoczona. - To ja na chwilę tylko wyszłam z kuchni, a pan...
Nie dokończyła, bo przerwał jej Herr Manfred.
- Złość piękności szkodzi! - Wybuchnął gromkim śmiechem. - Odrobina nalewki jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Nie będzie też miała wpływu na moje leki. Szybciej po niej zasnę, a wy posiedzicie sobie przy winie.
Odwrócił się i poszedł w kierunku salonu. Nie zdążyła nic odpowiedzieć, zmuszona zająć się Frau Petrą. Posadziła kobietę przed telewizorem i włączyła jej ulubiony serial, który podopieczna codziennie oglądała.
- Chyba nie masz nic przeciwko wieczornemu winku? - Do kuchni wszedł Andreas. Beata sprzątała po podwieczorku.
- Jadłeś coś dzisiaj? - odpowiedziała pytaniem.
- Nie, ale zaraz coś sobie wezmę z lodówki.
Zazwyczaj jadł w pracy. W piątki jednak rezygnował z posiłku, by wcześniej być w domu.
- Siadaj - poleciła. - Została jeszcze zupa gulaszowa.
Nim zdążył odpowiedzieć, postawiła ją na kuchennej płycie. Po chwili aromatyczny zapach rozchodził się po całej kuchni.
- Cudownie pachnie! - pochwalił Andreas. - Zjesz ze mną?
- Jadłam obiad z twoimi rodzicami. Nie wsunę drugiej porcji.
- Przesadzasz. Przyznaj się, że obsesyjnie dbasz o linię. - Roześmiał się, lustrując ją spojrzeniem od góry do dołu, jakby chciał doszukać się fałdek i niedoskonałości.
Widząc to, bezwiednie przejechała dłonią po płaskim brzuchu. Gdy podniosła głowę, napotkała rozbawione spojrzenie mężczyzny.
- Trochę zjem. - Postanowiła, że nie da mu satysfakcji.
Już wyciągała z szafki naczynie dla siebie, gdy zaprotestował:
- Nałożyłaś mi zdecydowanie za dużo. Zjemy z jednego talerza. Weź łyżkę i usiądź naprzeciwko mnie.
Spojrzała zaskoczona, ale przystała na tę propozycję. Z Marcinem nigdy by sobie na to nie pozwoliła. Mąż przywiązywał ogromną wagę do estetyki posiłków. Nawet jeśli na obiad była zupa, to głęboki talerz musiał stać na dużym płaskim, a obok powinny leżeć rozłożone wszystkie sztućce, choć wiadomo było, że użyta zostanie jedynie łyżka. Beata usiadła naprzeciwko towarzysza i pochyliła się nad postawionym pośrodku stołu posiłkiem. Przez chwilę jedli w całkowitym milczeniu, każde pochłonięte swoimi myślami. W pewnym momencie zbyt mocno pochylili się nad zupą i zderzyli głowami.
- Aua! - wyrwało się Beacie, choć była tak samo winna.
- Poczekaj, rozsmaruję bolące miejsce, żeby nie było guza. - Andreas odłożył łyżkę i delikatnie dotknął skóry na czole kobiety. Powoli kręcił kciukiem kółka, zataczając coraz większe kręgi. Po chwili jego dłoń znalazła się w pobliżu ucha Beaty.
Poczuła, że musi to natychmiast przerwać.
- Dziękuję, już zjadłam. - Wstała dość nerwowo, nie patrząc mężczyźnie w oczy. Bała się, że Andreas się zorientuje, iż ten dotyk był dla niej przyjemnością. - Podam leki twoim rodzicom.
Podeszła do kuchennego blatu, odwracając się do towarzysza plecami. Nie mógł widzieć, jak mocno drżały jej ręce, gdy nalewała wodę do szklanki. Po chwili wyszła z kuchni. Starała się skoncentrować na podopiecznych i uspokajała samą siebie, że to był dotyk kompletnie bez znaczenia.
Frau Petra skutecznie odciągnęła jej uwagę od wszystkiego. Tego wieczoru postanowiła zbuntować się i nie miała ochoty brać lekarstw. Dopiero po kwadransie udało się przekonać staruszkę, że to dla jej dobra. Właściwie zrobił to jej mąż, który wmówił żonie, że on łyka te same witaminy, i obiecał, że razem pójdą spać.
- I tak jestem zmęczony. - Mrugnął do opiekunki. Zwykle chodził spać nieco później, po obejrzeniu ulubionych programów w telewizji. - Dobranoc.
Beata w sumie ucieszyła się, że ten wyczerpujący dzień ma się ku końcowi. Zaplanowała, że ogarnie salon starszych państwa, przygotuje im leki na jutro i będzie mogła umknąć do swojego azylu. Zerknęła na telefon. Nie kontaktowała się z mężem od dwóch dni. Ich komunikacja ograniczała się do esemesów. Marcin uważał, że połączenia są drogie i należy z nich korzystać tylko w wyjątkowych przypadkach. Dzisiaj taki był. Przynajmniej dla niej. Koniecznie, w tym momencie, pragnęła usłyszeć głos męża.
- Halo. - Ktoś odebrał po czwartym sygnale.
- Mamo, to ty? - odezwała się Beata zdumionym głosem.
- No a kto? - burknęła teściowa oschle.
- Gdzie jest Marcin?
- Poszedł pod prysznic. Jest wyczerpany po całym dniu pracy. Wrócił do domu wykończony, a nawet obiad na niego nie czekał.
- Przecież zawsze jadł w zakładowej stołówce!
- Od kilku dni tego nie robi, bo zatruł się tamtejszym jedzeniem. Nie wiedziałaś o tym? Co z ciebie za żona!
Beata pominęła te słowa milczeniem.
- Proszę tylko przekazać Marcinowi, że dzwoniłam - dodała po chwili oficjalnym tonem.
- Gdybyś tu była, nie musiałabym nic przekazywać - syknęła kobieta po drugiej stronie. - Matka i żona! Nawet nie potrafimy wymówić nazwy tej miejscowości, w której jesteś! Gdybyś tylko chciała, mogłabyś się zatrudnić tutaj w supermarkecie! Na każdym kroku są odpowiednie kursy! Ale nie, zachciało ci się wyjeżdżać w poszukiwaniu szczęścia! Porzuciłaś męża i dzieci! To ja muszę zastępować im matkę i żonę, gotować i karmić! Powinnam wypoczywać na emeryturze!
Beata nie wiedziała, co odpowiedzieć na ten absurdalny atak. Teściowa była ich gościem kilka razy w tygodniu, zarówno zapowiedzianym, jak i nie. Zawsze miała dużo do powiedzenia, w lot wyłapywała coś do skrytykowania, obgadania, doradzenia, i tak w nieskończoność. Teraz robiła z siebie zastępczą żonę dla Marcina!
- Dobranoc, mamo. - Beata starała się zakończyć rozmowę. Że też podkusiło ją telefonowanie!
- Tylko na tyle cię stać? Nie zapytasz nawet, jak mojemu synowi minął dzień? Przyszedł wykończony, zjadł przygotowany przeze mnie rosół i galaretę, a teraz się myje. Pewnie za chwilę obejrzy wiadomości i pójdzie spać. Ale co to może ciebie obchodzić... - Kobieta zawiesiła głos, prowokując synową do odpowiedzi.
- Obchodzi, mamo - odparła Beata z westchnieniem. - Dlatego dzwonię.
Nie dodała, że Marcin mógł zrobić to samo. Mógł podnieść telefon i zadzwonić. Nie zrobił tego jednak. Od dwóch tygodni czekał na gest ze strony żony. To ona wysyłała mu wiadomość i oczekiwała odpowiedzi. To ona ciągle czekała...
- Przekażę mu, że dzwoniłaś - odezwała się teściowa łaskawie, choć ton głosu pozostał zimny. - Jeżeli będzie chciał, to oddzwoni.
Beata podziękowała i z ulgą się rozłączyła. Była pewna, że dzisiejszego wieczoru nie ma co liczyć na telefon od Marcina. Zrobiło jej się przykro, a w głębi serca kołatały wyrzuty sumienia. Może rzeczywiście skoncentrowała się wyłącznie na sobie i przez to traci jej rodzina? Otarła łzę, która zebrała się pod powieką.
- Puk, puk! - Usłyszała słowa i delikatne pukanie od strony drzwi. Zmusiła się do przywołania uśmiechu na twarz. - Wino czeka w salonie.
- Przepraszam, ale raczej nie mam ochoty. Jestem zmęczona i położę się wcześniej spać. - Miała nadzieję, że ta wymówka poskutkuje.
- Ale już rozlałem... - Mężczyzna wydawał się stropiony. - To tylko jeden kieliszek. Na więcej nie namawiam.
Wstała z lekkim ociąganiem. Alkohol to było ostatnie, na co miała ochotę dzisiejszego wieczoru. Marzyło jej się łóżko i czytanie książki dopóty, dopóki nie zaśnie. Postanowiła, że postara się wypić trunek jak najszybciej.
W salonie na każdym parapecie stała lampka. Spod kloszy wypływało delikatne światło. W oknach nie było żaluzji, więc poświata widoczna była z zewnątrz. To kolejna ciekawostka, którą zaobserwowała u Niemców. Praktycznie nie było domu, w którym wieczorem nie zostałyby zapalone światła. Dawało to nie tylko efekt przytulności, ale przede wszystkim świadomość, że w tym domu ktoś czeka.
Beata co kilka dni wychodziła na krótki wieczorny spacer. Część miasta, w której mieszkali jej podopieczni, składała się wyłącznie z domków jednorodzinnych, przy których - podobnie jak na działce Andreasa - znajdowały się niewielkie zabudowania gospodarcze lub gościnne do wynajęcia dla turystów odwiedzających Ueckermünde w sezonie. Właśnie w takim domku miała swój kąt.
Cichutko grał telewizor. Widać było, że syn nie chce przeszkadzać śpiącym rodzicom.
- Nie wiem, co im dzisiaj zrobiłaś, ale zasnęli, ledwo przyłożyli głowy do poduszek. - Uśmiechnął się.
- Właściwie nic. - Wzruszyła ramionami. - Z twoją mamą porządkowałam anioły. Nawet na spacer nie mieli dzisiaj ochoty, bo było tak ponuro. Po obiedzie spali nieco krócej. Zbudził ich ten twój znajomy Polak.
- Rzeczywiście! Miałem ci coś pokazać! - Mężczyzna podszedł do stolika pod oknem. - Gdy pomagałaś rodzicom kłaść się do łóżka, poszedłem do garażu i obejrzałem przywiezione rzeczy. Jest tam kilka prawdziwych perełek, które po odnowieniu będę mógł ustawić w witrynach. Ale pomiędzy szklane wazy, jako ochrona przed stłuczeniem, włożony był ten zeszyt. Sama musisz zobaczyć, bo wydaje mi się, że zapisano go po polsku.
Podał Beacie pożółkły ze starości brulion. Okładka jeszcze trzymała się mocno, choć rogi były już poobrywane. Na przodzie widniała ogromna czerwona plama, jakby ktoś rozlał na nią wino lub kompot z wiśni. Przewróciła pierwszą stronę.
Polska ziemia Cię wydała,
Polska krew w Tobie płynie,
Polska matka Cię zrodziła
I polskie też nosisz imię.
Więc ukochaj sercem całym
Tę rodzinną polską ziemię,
Niech dla Ciebie ideałem
Będzie matki polskiej imię.
Kochanej Loli wpisała się towarzyszka wspólnych łez i uśmiechów na obczyźnie - Lilka.
Pod tekstem znajdowała się mała fotografia młodej kobiety, prawdopodobnie Lilki, która zostawiła swoją podobiznę na pamiątkę.
- To chyba pamiętnik - odezwała się Beata. - Sama taki prowadziłam w dzieciństwie. Szkolne koleżanki i koledzy wpisywali tam jakieś wierszyki lub cytaty, podpisując się. Tutaj nie było to praktykowane?
- Nie przypominam sobie... - odpowiedział Andreas z namysłem. - Może dziewczynki tak robiły, ale ja z kolegami na pewno nie.
Beata pokiwała głową, przyznając mu rację.
- Data pod wpisem jest nieco zamazana. Nie wiem, czy będę w stanie ją odczytać. Pölitz, ósmego września tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku. O rany! To przecież czasy drugiej wojny światowej! - Kobieta zaskoczona spojrzała na swojego towarzysza.
- Pölitz? - zastanawiał się głośno, jakby nie słyszał słowa "wojna" rzuconego przed chwilą. - To miasto niedaleko granicy.
Beata próbowała w głowie przyporządkować niemiecką nazwę do polskiej.
- Police. Tak? - spytała, marszcząc brwi. - Pölitz. Police. To zapewne pamiętnik dawnej mieszkanki tej miejscowości.
Przewróciła kolejną stronę i przeczytała tekst.
Śmiej się, choć w oczach lśnią łzy,
Śmiej się, choć serce mocno boli.
Znikną kiedyś dnie niedoli,
Wrócą słodkie, jasne dni...
Nic tak nie boli,
Jak chwile szczęścia, wspomnień w niedoli.
Tym razem podpisana była Lidka. Data wpisu identyczna z pierwszym. Na trzeciej stronie widniało:
Polsko! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie!
Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto Cię stracił. Dziś piękność Twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po Tobie...
Pod nieco zmienionymi słowami utworu podpisała się Marysia. Data taka sama jak wcześniej. Autorka wpisu nie zamieściła fotografii. Widniała za to - o ile Beata dobrze się przyjrzała - odręcznie narysowana mapa Polski. Przedwojenna. W środku obrysu widniało krwawiące serce przeszyte strzałą. Kobiecie ciarki przechodziły po plecach, gdy wyjaśniała tę symbolikę Andreasowi.
- W Pölitz były obozy pracy - powiedział.
Beata ledwo słuchała, przewracając kolejne strony i czytając to, co napisano. Gdzieś w połowie pamiętnika zniknęły wpisy, a pojawił się jednolity tekst podzielony datami. Zapis wspomnień! Kobieta pochyliła głowę, by odczytać pismo Loli. Przychodziło jej to z trudem. Było niewyraźne, w niektórych miejscach litery było ledwo widać, jakby ktoś stawiał je z ogromnym trudem, wykończony. Beata potrzebowała światła dziennego do odszyfrowania niezgrabnego pisma. Dzisiaj już nic nie zdziałam, pomyślała przejęta.
- Ta rzecz powinna być w muzeum - powiedziała do Andreasa, wskazując na brulion. - Przypuszczam, że twój dostawca nie zdawał sobie sprawy z historycznej wagi znaleziska.
- Pewnie nie. To prosty człowiek. Oddasz pamiętnik w odpowiednie ręce?
- Najpierw go przeczytam - odparła cicho. Rzeczywiście nieoczekiwany nabytek ogromnie ją pociągał i żałowała, że przeglądanie go musi odłożyć w czasie.
Była tak zamyślona, że nie dosłyszała, co mówi do niej Niemiec.
- Pytałem, czy nalać jeszcze wina - powtórzył, uśmiechając się.
- Nie, dziękuję. - Dopiła to, co było w lampce, i wstała. Odruchowo zerknęła na wyświetlacz telefonu. Żadnej próby nawiązania kontaktu ze strony męża. - Jutro rano jadę na zakupy do Polic właśnie. Nie mogę więcej pić.
- Raczej nie chcesz.
- Nie chcę...
- Mojego towarzystwa też nie chcesz? - Andreas uważnie na nią popatrzył. Zabrzmiało dwuznacznie.
- Dzisiejszego wieczoru potrzebuję tylko własnego. Nie gniewaj się na mnie. Marzę po prostu o odpoczynku.
- Moi rodzice dają ci w kość?
- Nie, są kochani... Czuję się jednak psychicznie wyczerpana i nie jestem najlepszym towarzystwem. Wybaczysz?
- Przecież nie mam czego! - Wstał, by odprowadzić ją do drzwi. - Dziękuję za tę wieczorną chwilę.
Wydawało się, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale zrezygnował. Beata rzuciła zdawkowe pożegnanie i poszła w stronę domku, który zajmowała. Wiedziała, że Andreas odprowadza ją spojrzeniem i czeka, aż ona zamknie za sobą drzwi. Odcinek na szczęście nie był długi. Odetchnęła z ulgą, gdy przekręciła klucz w zamku. Była tak bardzo zmęczona, że gdy się rozbierała, zaczęły nią wstrząsać dreszcze. Miała wrażenie, jakby w całym pomieszczeniu było okropnie zimno. Narzuciła na kołdrę dodatkowy koc, przykryła się po czubek nosa i po chwili spała kamiennym snem.