ROZDZIAŁ I
- Prędko, prędko, Sahib! - Żętyca pozwolił się prowadzić, Hindus wciągnął go pośpiesznie do sąsiedniego domu, gdzie zeszli do piwnicy i podziemnym korytarzem przedostali się szybko na jakąś wąską i cichą uliczkę. Tutaj czekała już duża szara limuzyna, do której dość bezceremonialnie wepchnięto go, zatrzaskując błyskawicznie drzwiczki. Wóz ruszył natychmiast. Dopiero po chwili zorientował się, że nie jest sam. W kącie limuzyny siedziała zupełnie nieruchomo jakaś postać. Obserwując dyskretnie swego towarzysza, Żętyca przyszedł do przekonania, że jedzie z bardzo wytwornym młodym Hindusem, ubranym po europejsku. Dokonawszy tego spostrzeżenia, rozsiadł się wygodnie, rozmyślając nad swoją sytuacją.
- Nie pyta pan o nic? - głos brzmiał dźwięcznie, metalicznie.
- O cóż mam pytać?
- Najwyraźniej nie jest pan człowiekiem ciekawym.
- W każdym razie nie lubię tracić czasu i energii na pytania, które nic mi nie dadzą - odparł wolno Żętyca.
- Widzę, że jest pan już pod wybitnym wpływem filozofii Wschodu - uśmiechnął się nieznacznie Hindus - ale, mimo iż pan nie zdradza większego zaciekawienia swym losem, czuję się w obowiązku udzielić panu pewnych wyjaśnień.
- Jeśli uważa pan to za wskazane, proszę - powiedział obojętnie Żętyca.
- W tej chwili oczekuje pana z niecierpliwością pański przyjaciel Masahaja.
- Masahaja?
- Tak. Z jego to polecenia znalazł się pan w tym samochodzie.
- Ale skąd Masahaja, przecież... - dziwił się Żętyca.
- O szczegóły wypyta go pan osobiście.
Umilkli. Limuzyna wydostawszy się z miasta, rozwinęła dużą szybkość, rozpraszając ciemności snopem mocnego światła. Przejechawszy tak kilkanaście kilometrów, skręcili raptownie na boczną, trochę dziką drogę i po półgodzinnej jeździe zatrzymali się przed niewielkim domem, ukrytym zupełnie wśród drzew dużego ogrodu. Na odgłos zajeżdżającego samochodu zabłysło światło w oknach i przed dom wyszedł młody, szczupły Hindus o pięknej, jakby rzeźbionej w brązie twarzy, dystyngowanych, arystokratycznych ruchach. Żętyca wyskoczył z wozu, uścisnął serdecznie przyjaciela. Masahaja przywitał go ceremonialnie, lecz choć niczym nie zdradził swych uczuć, znać było, że rad jest ogromnie. Żętyca obejrzał się na swego przygodnego towarzysza podróży, lecz spostrzegł ze zdziwieniem, że zarówno limuzyna jak i wytworny Hindus zniknęli bez śladu. Wszedł wraz z Masahają do domu. Była to piękna willa, urządzona wewnątrz całkowicie po europejsku.
- Pewnie jesteś głodny, zaraz siadamy do stołu - powiedział gospodarz, spoglądając wesoło na przyjaciela.
- Przyznam się, że chętnie coś zjem - uśmiechnął się przybyły - miałem dziś dość urozmaicony dzień i nie było mowy o obiedzie.
Masahaja skinął na służącego i po paru minutach dwaj przyjaciele zasiadali do wykwintnej kolacji. Żętyca był głodny jak wilk, toteż nie wdawał się w żadne pogawędki, tylko posilał się w milczeniu, nie tracąc ani chwili. Po kolacji przeszli do biblioteki. Masahaja zamknął starannie drzwi za sobą, Polak zaś zapalił papierosa i spojrzał wyczekująco na przyjaciela.
- Cieszę się, że cię widzę u siebie w dobrym zdrowiu - powiedział Hindus, siadając w głębokim fotelu. - Przyznam się, że byłem już trochę niespokojny. Niepotrzebnie się narażasz, mogłeś to przypłacić życiem.
- Nie mogę zrozumieć, skąd się tutaj wziąłeś i skąd mogłeś wiedzieć, że ja... - zaczął Żętyca.
- Muszę z tobą pomówić w bardzo ważnych sprawach - przerwał Masahaja, dając do zrozumienia, że nie ma ochoty tłumaczyć w tej chwili czegokolwiek.
- Słucham, o cóż chodzi?
- Chciałbym, żebyś przed świtem ruszył w drogę - powiedział wolno Hindus.
- W drogę?
- Tak. Sprawy zaszły tak daleko, że nie możesz już dłużej pozostać w tej okolicy. Spodziewam się poważniejszych konsekwencji. Jeżeli się nie rozmyśliłeś i chcesz nadal z nami pracować, to chciałbym żebyś natychmiast pojechał do Kalkuty.
Żętyca spojrzał zdziwiony.
- Ja do Kalkuty? To chyba nie wiesz, co się dzisiaj stało. Nie wiem czy znasz szczegóły tej całej awantury. Policjanci angielscy zaczęli okładać jakiegoś biednego Hindusa. Nie mogłem patrzeć spokojnie i jednemu z "policemanów" dałem lekko w szczękę. Przyjechał cały oddział.
- Who are you? - spytał mnie groźnie oficer, nacierając koniem. Pokręciłem głową i rozłożyłem ramiona udając, że nie rozumiem ani słowa. Wiedziałem przecież doskonale, że ze swym akcentem w żaden sposób nie mogę uchodzić za Anglika. Oficer szczeknął ostro jakiś rozkaz i żołnierze otoczywszy mnie dookoła ruszyli w głąb ulicy.
Czerwona tarcza gorejącego słońca skryła się właśnie za murami świątyni i począł zapadać nad miastem szybki mrok. Zabłysły światła. Ludzie kryjący się dotychczas przed palącymi promieniami słońca poczęli tłumnie wylegać z domów, napełniając gwarem i wrzawą ulice. Miejscami tłok stawał się taki, że oddział angielskich żołnierzy tylko z największym trudem mógł posuwać się naprzód.
Po jakiego diabła wdałem się właściwie w tę całą awanturę - myślałem ponuro, zdając sobie sprawę z tego, że położenie moje jest bez wątpienia ciężkie. Cudzoziemiec w czasie wojny bez papierów, bez paszportu, pobicie angielskiego oficera, to wszystko nie wyglądało dobrze.
Po jakiego diabła wdałem się w tę awanturę, zapytywałem sam siebie. W gruncie rzeczy wiedziałem jednak doskonale, że gdyby cała historia powtórzyła się raz jeszcze, niewątpliwie zachowałbym się tak samo. Nie mógłbym spokojnie patrzeć na znęcanie się nad bezbronnym człowiekiem. To trudno, zawsze w takich razach unosi mnie temperament. Ale co dalej! Albo rozstrzelają mnie jako szpiega, albo w najlepszym wypadku wpakują do więzienia. Obydwie te ewentualności nie były zbyt zachęcające. Wprawdzie Anglia jest sprzymierzeńcem Polski, ale kto tutaj będzie zważał na takie rzeczy.
W ten czy inny sposób pozbędą się mnie jako niewygodnego i podejrzanego cudzoziemca. Psiakrew!
Nagle żołnierze stanęli. Wielki wóz z warzywami zatarasował wąską uliczkę. Oficer klął głośno wymachując szpicrutą, zaś półnagi woźnica krzyczał ochrypłym głosem na flegmatyczne muły. Przyglądałem się tej scenie z pozorną obojętnością, rozmyślając, czy nie udałoby się skorzystać z zamieszania. Żołnierze jednak pilnowali mnie bardzo gorliwie. Wtem niespodziewanie huknął strzał, jeden, a potem zaraz drugi, trzeci... dziesiąty. Żołnierze odpowiedzieli natychmiast bezładną salwą, choć nikt nie wiedział, do kogo ma strzelać. Tłum ogarnięty paniką rzucił się do ucieczki, krzycząc i wyjąc przeraźliwie. Jak spod ziemi wyrosły miedzianoskóre zbrojne postaci, które otoczyły Anglików. W jednej chwili wywiązała się zacięta walka wręcz. Czyjeś mocne palce chwyciły mnie za rękę, a zdecydowany głos przynaglał do pośpiechu. No i w ten sposób znalazłem się tutaj.
- Wiem o tym wszystkim - powiedział Masahaja. - Ale ten drobny incydent niczemu nie przeszkadza.
Żętyca spojrzał na niego.
- Cóż ja u licha będę robił w Kalkucie? Zaraz mnie przecież zaaresztują jako podejrzanego cudzoziemca niemającego prawa pobytu.
- O to możesz być najzupełniej spokojny - uśmiechnął się nieznacznie Masahaja - wszystko jest już obmyślone i przygotowane. Dostaniesz potrzebne papiery i będziesz oficjalnie prowadził w Kalkucie interes handlowy. Sam z tobą niestety pojechać nie mogę, ale dam ci odpowiednie skierowanie i zajmą się tobą na miejscu moi ludzie. Chodzi tylko teraz o twoją decyzję. Dotychczas bowiem byłeś z nami związany zupełnie luźno i masz możność wycofać się ze sprawy. Pamiętaj bowiem o tym, że z chwilą przyjazdu do Kalkuty będzie za późno. - Masahaja urwał i zaciągnąwszy się dymem wonnego cygara, spojrzał uważnie na przyjaciela. Znać było, że oczekuje z niecierpliwością jego decyzji.
Żętyca przeszedł się z wolna zamyślony po pokoju, aż wreszcie zatrzymał się przed Hindusem i powiedział:
- Zanim dam ci ostateczną odpowiedź, chciałbym, żebyś mi wyjaśnił pewną rzecz.
- Bardzo chętnie - odparł Masahaja.
- Dlaczego właściwie zależy wam na tym, ażeby mnie wciągnąć do tej roboty. Jestem przecież obcym przybyszem, znającym stosunkowo słabo tutejsze stosunki, nie znam waszego języka. Jaką więc wartość przedstawiam dla was w tej całej sprawie? Tego nie bardzo mogę zrozumieć.
Hindus uśmiechnął się i spojrzał przyjaźnie na Żętycę.
- Spodziewałem się już od dawna tego pytania - powiedział z wolna. - Rozumiem też doskonale, że pewne rzeczy mogą cię dziwić czy zastanawiać. Odpowiedź na twoje pytanie jest prosta i jasna. Będę z tobą zupełnie szczery. Zarówno ja, jak i moi towarzysze, uważamy cię za człowieka uczciwego i prawego, a cechy te są rzadko spotykane u ludzi Zachodu.
- Widzę, że nie masz zbyt dobrego wyobrażenia o Europejczykach.
- Możesz być pewny, że mamy całkowite prawo tak sądzić - powiedział poważnie Masahaja. - Zachód nie zasłużył sobie u nas na dobrą opinię.
- Mam jednak wrażenie, że zbyt mało mnie znacie, ażeby móc sobie wyrobić taką czy inną opinię o mnie.
Hindus wstał i spojrzał uważnie na przyjaciela.
- Wiemy o tobie znacznie więcej, niż możesz przypuszczać. My tutaj nie potrzebujemy zbyt wiele czasu, aby przeniknąć człowieka Zachodu. Wiem, że jesteś prawy i że w każdym wypadku można ci zaufać. Inaczej nie byłbyś moim przyjacielem. Bo to, że ci zawdzięczam życie, zobowiązuje mnie do wdzięczności, ale nigdy nie mogłoby mnie zmusić do przyjaźni z człowiekiem niegodnym. Jesteś gotów walczyć w imię haseł wolności i sprawiedliwości. Dlatego pragniemy cię mieć za przyjaciela i towarzysza. Oto jest odpowiedź na twoje pytanie.
Żętyca słuchał uważnie nieco patetycznego przemówienia Masahai, a gdy ten skończył, przeciągnął w zamyśleniu ręką po czole i zapalił papierosa.
- Tak, całe życie to walka - powiedział jakby do siebie - walka o prawa człowieka, o wolność. Zgoda, więc idę z wami. Widziałem już dosyć, ażeby zrozumieć nędzę i niewolę waszego ludu. Zrobię wszystko co będzie w mej mocy, aby wam pomóc. Możesz mną rozporządzać.
Masahaja zbliżył się i uścisnął serdecznie przyjaciela.
- Wiedziałem, że się na tobie nie zawiodę - zawołał uradowany, z trudem ukrywając wzruszenie.
- Kiedy mam wyruszyć do Kalkuty? - spytał rzeczowo Żętyca, który nie lubił sentymentalnych scen.
- Czy umiesz jeździć konno?
Żętyca uśmiechnął się mimo woli, pomyślawszy, co by powiedział Wacek na takie pytanie.
- Oczywiście, służyłem w kawalerii.
- To doskonale. Przed świtem wyruszysz tak, aby zdążyć na ekspres do Kalkuty. Odesłałbym cię samochodem, ale obawiam się, że mógłbyś się niepotrzebnie natknąć na jakiś patrol po tym dzisiejszym zajściu. Będzie więc lepiej, jeśli pojedziesz konno na przełaj. Dam ci zaufanego człowieka, który z tobą pojedzie i wskaże drogę. Zresztą to nie jest daleko. Konie mam dobre, za godzinę zajedziesz na stację.
- Oby mnie tylko nie zatrzymano w pociągu - mruknął Żętyca.
- Nie obawiaj się - uspokoił go Masahaja. - Mam już dla ciebie wszystkie potrzebne dokumenty, które znajdziesz wraz z garniturem i bielizną w swoim pokoju. Musisz się koniecznie przebrać, bo daruj, ale w takim stanie nie możesz się bez ryzyka pokazać ludziom.
- Masz rację - powiedział Żętyca, spoglądając na smutne resztki swej garderoby - ale widzę, że o wszystkim pomyślałeś i że byłeś z góry pewny mej decyzji.
- Mam trochę intuicji - uśmiechnął się Hindus.
- Co mam robić w Kalkucie? - spytał Żętyca.
- Na dworcu będzie cię oczekiwał jeden z naszych ludzi, który ci wszystko wyjaśni.
- W jaki sposób mnie pozna?
- O, to nie będzie trudne. Widział cię parę razy.
- Czy to Hindus?
- Skądże znowu. Nie możesz publicznie pokazywać się w towarzystwie Hindusów. W Kalkucie będzie cię oczekiwał na dworcu Chińczyk Han-Czu, który się tobą zajmie i ułatwi ci wszystko.
- All right. A kiedy ciebie znowu zobaczę?
- Nie wiem. W każdym razie będę się starał być z tobą w ciągłym kontakcie. A teraz chciałbym, żebyś przespał się choć te parę godzin. Trzeba żebyś w drodze był możliwie wypoczęty i przytomny.
- Masz rację, jestem piekielnie śpiący.
Masahaja zadzwonił na służącego, który zjawił się bezszelestnie jak widmo i zaprowadził gościa do przeznaczonego dla niego pokoju. Tutaj Żętyca znalazł na biurku potrzebne dokumenty i papiery na swoje nazwisko, portfel wypchany funtami i ośmiostrzałowy rewolwer, w szafie zaś elegancki, sportowy garnitur, komplet bielizny i buty do konnej jazdy. Ruchem ręki oddalił milczącego Hindusa i ziewnąwszy szeroko, począł się rozbierać. Był rzeczywiście bardzo zmęczony. Po chwili zgasił światło i ułożył się na wygodnym, szerokim tapczanie. Noc była cicha, upalna. Pokój tonął w srebrnej poświacie księżyca. Z ogrodu szła mocna woń drzew i kwitnących krzewów. W oddali krzyknął ostrzegawczo jakiś ptak nocny, a wielki nietoperz szarym, zygzakowatym cieniem znaczył bezszelestnie swą wędrówkę. Żętyca, mimo znużenia nie mógł usnąć. Niesforne, bezładne myśli kotłowały mu się nieustannie pod czaszką, nie dając spokoju. Czy dobrze zrobił, wdając się w tę historię? Czy nie należało się jeszcze zastanowić? Co go czeka w tym dziwnym i pełnym niezrozumiałych tajemnic kraju? Co się dzieje teraz z Krystyną? Czy żyje? Czy potrafi kiedyś zupełnie zapomnieć o tej dziewczynie? Czy to możliwe, żeby Niemcy wygrali wojnę? Czy wróci jeszcze kiedyś do kraju, czy zobaczy matkę? - Przyszedł niespokojny, gorączkowy sen, przerywany męczącymi majakami. Bitwa. Artyleria wali ogniem zaporowym. Samoloty bombardują z góry. Tysiące ludzi i koni pada, miesza się, kotłuje. Masakra. - Zakopane. Tatry. Cicha, nędzna chata góralska. Szare spokojne tęskne oczy matki. Wygnanowice, Warszawa, Krystyna, Krystyna, Krystyna. Cudne, złote włosy, białe ręce. - Warkot motoru. Udała się ucieczka. Stach prowadzi myśliwca. Trafił ich. Jezus, spadają w dół, koniec, śmierć... - Żętyca zbudził się raptownie, zlany potem. Wstał i przeszedł się po pokoju. Był bardzo zmęczony. Napił się wody i wrócił na tapczan. Dopiero po upływie dłuższego czasu zdołał usnąć spokojniejszym, równym snem. Zbudziło go stukanie w drzwi.
- Kto tam?
- Już czas, mister - posłyszał głos służącego.
Przegarnął palcami rozczochraną czuprynę i niechętnie zwlókł się z posłania. Parę ćwiczeń gimnastycznych i zimny prysznic doprowadziły go do jakiej takiej formy. Milczący Hindus podał mu śniadanie oznajmiając, że konie czekają gotowe do drogi. Żętyca skończył jeść, nabił starannie rewolwer, który wsunął do kieszeni bryczesów i wyszedł do ogrodu. Boy powitał go bez słowa i podał mu konia. Żętyca skoczył lekko na szarogniadego ogiera i drobnym truchtem ruszył za przewodnikiem. Noc miała się już ku końcowi i w powietrzu czuć było zbliżający się brzask. Świat poszarzał i zdawał się w skupieniu czekać promieni słońca. Żętycą wstrząsnął dreszcz. Poprawił się w siodle i ujął mocniej wodze. Konie parskały, tuląc uszy po sobie i rzucając niecierpliwie łbami. Wjechali na nierówny, wyboisty teren porośnięty częściowo młodą dżunglą. Konie stąpały niepewnie po kamieniach i wykrotach i nie można było jechać prędzej. Przewodnik jednak znał widocznie dobrze drogę, gdyż prowadził pewnie, nie wdając się w żadne pogawędki ze swym towarzyszem. Nagle gdzieś bardzo blisko zaśmiała się straszliwie hiena i ogier Żętycy chrapiąc skoczył gwałtownie w bok. Niemal równocześnie spoza drzew wytrysnął gwałtownie snop czerwonych promieni i purpurowa gorąca kula wytoczyła się na niebo. Zrobił się dzień i w jednej chwili mroki nocy rozpłynęły się pośpiesznie w blasku zrodzonego nagle słońca.
Zbudzone ptactwo podniosło radosny wrzask na powitanie nowego dnia, a małe piskliwe małpki poczęły energicznie uwijać się po drzewach. Jeźdźcy natrafili teraz na jakąś równiejszą ścieżkę i ruszyli galopem. Konie rwały chętnie przed siebie. Żętycy niemałą satysfakcję sprawiała ta jazda. Już bardzo dawno nie siedział na tak dobrym koniu. Byłby też chętnie wypróbował wierzchowca, ale musiało być już najwidoczniej bardzo późno, gdyż jego towarzysz parł naprzód niezmordowanie, wykorzystując każdą okazję, aby zwiększyć tempo. I rzeczywiście nie było chwili do stracenia, gdy bowiem zbliżali się już do stacji, posłyszeli przeciągły gwizd nadjeżdżającego pociągu. Ruszyli pełnym cwałem, nie zważając już na nierówności terenu. Wpadli na stację w ostatnim momencie. Żętyca w galopie zeskoczył z konia i już w biegu wskoczył do wagonu pierwszej klasy. O kupnie biletu nie było mowy.
- Permettez, madame.
Czarne błyszczące oczy spojrzały niechętnie na intruza.
- Je vous en prie - powiedziała obojętnie doskonałym akcentem.
Usadowił się wygodnie w przeciwległym rogu przedziału i otarł zroszone potem czoło. - A więc rozpoczyna się nowy rozdział życia - pomyślał mimo woli - ciekawe jak się to wszystko ułoży w tej Kalkucie. - Spojrzał baczniej na swą towarzyszkę podróży. Nie była może klasycznie piękna, ale uroda jej miała w sobie coś niezwykle niepokojącego. Duże, gorejące oczy, wysokie czoło, falujące, gęste, czarne włosy, dość wydatny nos i trochę za grube, zmysłowe, pąsowe usta. Twarz miała śniadą, zdradzającą nieeuropejskie pochodzenie.
Muszę sobie w Kalkucie znaleźć jakąś przyjaciółkę - pomyślał nagle Żętyca, któremu zaczynało już bardzo dokuczać zakonne życie, jakie prowadził. Wiedział z doświadczenia, że bezpieczniej jest być możliwie uodpornionym na wdzięki niewieście, szczególnie przy takiej pracy, jaka go czekała.
Nieznajoma wyjęła ze skórzanej podróżnej torby elegancką papierośnicę i na próżno szukała zapałek. Pośpiesznie podał jej ogień.
- Merci.
Pierwsze lody zostały przełamane.
- Pięknego ma pan wierzchowca - powiedziała niespodziewanie.
- Wierzchowca?
- Tak, widziałam przecież jak pan gonił pociąg.
- Ach, tak. Rzeczywiście, niezły koń.
- Sądząc z akcentu, nie jest pan Francuzem.
- Ani trochę.
- Więc dlaczego używa pan tego języka?
- Po prostu dlatego, że po angielsku mówię jeszcze gorzej.
Zaśmiała się ukazując piękne, białe zęby. Żętyca skonstatował, że ta kobieta zaczyna mu się naprawdę podobać. Zapalił papierosa i niby przypadkiem usiadł naprzeciw niej przy oknie.
- Pani zapewne do Kalkuty - powiedział swobodnie.
- To dość łatwo odgadnąć. Po drodze nie ma ani jednej większej stacji.
- Czyż jeździ się tylko do większych stacji?
- Przeważnie, chyba że ktoś jest amatorem wiejskich wycieczek.
- Widzę, że pani nie jest zwolenniczką wycieczek w terenie.
- Wyrosłam już z tego.
- Ach tak, widzę wobec tego, że była pani cudownym dzieckiem, uprawiającym w niemowlęctwie turystykę - uśmiechnął się Żętyca.
- Nie radzę panu być złośliwym.
- A to dlaczego?
- Bo potrafię się zemścić.
- Jestem na tyle odważny, że mogę zaryzykować, jeśli oczywiście zemsta pani będzie interesująca.
- To się okaże.
Rozmawiali tak jeszcze czas jakiś o niczym i Żętyca doszedł do przekonania, że jego towarzyszka podróży jest pełna egzotycznego wdzięku i ma ogromny temperament.
Pociąg wypadł teraz na równinę i gnał przez uprawne pola ryżowe i plantacje bawełny. Od czasu do czasu mijali gaje figowe, po których uwijały się gromady małp.
- Pójdę napić się czegoś do wagonu restauracyjnego. Jeśli pan jest uprzejmy, proszę zwrócić uwagę na mój bagaż.
Żętyca szarmancko skinął głową. - Wspaniała dziewczyna - mruknął do siebie, patrząc na zgrabną sylwetkę nieznajomej. Zostawszy sam w przedziale, wyciągnął wygodnie nogi przed siebie, zapalił papierosa i patrząc w okno, pogrążył się w głębokiej zadumie. Marzył kiedyś, jako młody chłopiec o podróżach zamorskich i przygodach. Jakżeż często myślał o Indiach. Czyż to jest właśnie spełnienie jego chłopięcych marzeń? Tak wszystko w rzeczywistości inaczej wygląda niż to, co się czyta w powieściach dla młodzieży. Czy będzie mu dane poznać naprawdę ten kraj tajemnic i dziwnych zagadek? Czy zetknie się z prawdziwymi fakirami, joginami i mędrcami wschodu? Co go czeka na końcu tej drogi? Czy postępuje słusznie? Nagle wyrwał go z zadumy podejrzany szmer. Odwrócił głowę od okna i ze zdziwieniem skonstatował, że szmer ten pochodzi z dużej walizy stojącej przed nim na siedzeniu. Zaintrygowany, co by to być mogło i przypuszczając, że może mysz dobiera się do rzeczy jego towarzyszki, uchylił ostrożnie wieka i zajrzał do wnętrza. W tej samej chwili cofnął się przerażony. Z wnętrza walizy podniósł się błyskawicznie olbrzymi okularnik i sycząc wściekle, prostował swe potężne cielsko. Żętyca szybkim ruchem dobył rewolweru, gdy tuż za nim zabrzmiał wesoły śmiech kobiecy.
- Widzę, że nastraszył trochę pana mój pupil. Repos, Jou-jou! - dodała trącając lekko węża, który natychmiast zwinął się i legł posłusznie na dnie walizy.
Żętyca schował wolno rewolwer do kieszeni, siadł i zapalił papierosa. Był zły. Ciemnooka piękność obserwowała go spod rzęs.
- Bardzo przepraszam, to moja wina. Powinnam była dobrze zamknąć walizę.
- Ach, głupstwo, nie ma o czym mówić - mruknął niechętnie Żętyca.
Miły nastrój minął bezpowrotnie. Nieznajoma pogrążyła się w lekturze jakiejś książki. Żętyca zaś milcząc patrzył w okno. Tak dojechali do Kalkuty. Gdy pociąg wjeżdżał na peron, Żętyca zdecydował, że wypada mu się jednak przedstawić.
- Pani pozwoli - powiedział wstając - jestem Żętyca, miło mi było odbyć podróż w pani towarzystwie.
- Nazywam się Anita Lamort - uśmiechnęła się uprzejmie, podając mu rękę. - Ogromnie się cieszę z poznania pana.
W tej chwili pociąg stanął. Dworzec był zatłoczony ludźmi. Wielojęzyczny, barwny tłum popychał się wzajemnie, nawoływał, krzyczał. Wysiadających pasażerów otoczyła natychmiast gromada półnagich tragarzy, ofiarowując natarczywie swoje usługi. Żętyca wysiadłszy z wagonu, począł rozglądać się wokoło, poszukując w tłumie Chińczyka w charakterystycznym stroju i z długim czarnym warkoczem. Jakież było jego zdziwienie, gdy w pewnym momencie podszedł do niego wytworny gentleman, ubrany w świetnie skrojony jasny garnitur i uchyliwszy kapelusza, powiedział:
- Bardzo przepraszam, ale zdaje mi się, że mam przyjemność z panem Żętycą.
- Tak jest.
- Pan pozwoli, że się przedstawię, jestem Han-Czu - wymienił swe nazwisko i z zaciekawieniem spojrzał na nowego znajomego. Jedynie żółtawa cera i lekko skośne oczy świadczyły o tym, że Han-Czu należy do żółtej rasy. Chińczyk zapytał go uprzejmie, jak mu upłynęła podróż, po czym wyszli z dworca i Han-Czu skinął na piękną, błękitną limuzynę.
- Pan pozwoli, że go odwiozę do hotelu. Na razie zarezerwowałem dla pana pokój. Później pomyślimy o jakimś mieszkaniu.
Świetna maszyna ruszyła bezszelestnie, prowadzona pewną ręką szofera. W drodze Żętyca z ciekawością przyglądał się miastu.
Han-Czu zaś uprzejmie objaśniał gościa, utrzymując ciągle rozmowę w tonie oficjalnego konwenansu. Gdy już dojeżdżali do hotelu Chińczyk poczęstował Żętycę papierosem i podając ogień powiedział swobodnie:
- Bardzo się cieszę z pańskiego przyjazdu do Kalkuty i rad jestem niezmiernie, że będziemy wspólnikami. Pragnie pan teraz zapewne wypocząć po podróży, ale jeśli pan pozwoli, odwiedzę go jutro w godzinach porannych i wtedy pomówimy o interesach. Jestem przekonany, że będzie pan zadowolony.
- Bardzo proszę. Będę na pana czekał pomiędzy dziewiątą a dziesiątą rano. Jestem panu serdecznie zobowiązany za tak miłe przyjęcie - powiedział uprzejmie Żętyca, którego już zaczynała trochę nużyć wyszukana grzeczność Chińczyka.
- Jeśliby coś było panu potrzeba, proszę niech pan będzie łaskaw do mnie telefonować - dodał Han-Czu, podając bilet wizytowy. - Oto mój adres i telefon.
Samochód zatrzymał się przed hotelem i Żętyca w towarzystwie Chińczyka weszli do wnętrza. Pokój był zarezerwowany.
Żętyca nie mógł wyjść z podziwu, w jaki sposób Masahaja zdołał o wszystkim zawiadomić na czas Han-Czu. Zwróciło też jego uwagę to, że Chińczyk ani słowem nie napomknął o właściwym celu jego przyjazdu do Kalkuty. Czarny mały boy zawiózł ich windą na trzecie piętro. Numer 217, pokój był duży i bardzo porządnie urządzony, okna wychodziły na piękny ogród, z którego szła woń kwiatów i kwitnących drzew. Han-Czu zapytał Żętycę, jak mu się podoba pokój i czy jest zadowolony, po czym pożegnał się i wyszedł, zapowiedziawszy raz jeszcze swą poranną wizytę. Pozostawszy sam, Żętyca zadzwonił na służącego i kazał sobie przygotować kąpiel. Właśnie zdjął marynarkę, gdy zastukano do drzwi.
- Proszę.
Weszli dwaj numerowi, niosąc walizy i neseser.
- Pański bagaż, sir - oznajmili chórem.
- Mój bagaż? - zdumiał się Żętyca.
- Tak, mister Han-Czu kazał wnieść na górę.
Pamięta o wszystkim - mruknął do siebie Żętyca, dając napiwek służącemu. Następnie otworzył walizy i sprawdził ich zawartość. Bielizna, piżamy, przybory do golenia, dwa garnitury, chustki do nosa, krawaty, słowem absolutnie wszystko, czego mógł na razie potrzebować, nawet buty, prawidła i wieszaki. Znalazł też szczegółowy przewodnik po Kalkucie wraz z planem miasta. Pełen podziwu dla troskliwości Han-Czu, powiesił w szafie garnitury, gdy zapukał służący oznajmiając, że kąpiel gotowa.
Dzień już się skończył i miasto zabłysło nocnym życiem, gdy Żętyca wykąpany, ogolony i wyelegantowany wyszedł ze swego pokoju. Usłużny portier wskazał mu adres jakieś restauracji, którą uważał za pierwszorzędną i twierdził z zapałem, że można w niej nie tylko zjeść doskonały obiad, ale również dobrze się zabawić. Żętyca, który nie znał miasta, a nie miał zamiaru błąkać się po ulicach, kazał sobie sprowadzić taxi i rzucił szoferowi adres owego zachwalanego lokalu. Obserwując z auta świetlne reklamy i ruch uliczny, pomyślał mimo woli, co go czeka w tym nieznanym, obcym mieście. Auto stanęło. Ogromny Murzyn w czerwonej liberii otworzył pośpiesznie drzwi. Żętyca, który spodziewał się, że restauracja będzie miała w sobie coś egzotycznego, doznał uczucia pewnego zawodu, znalazłszy się w zwyczajnym europejskim lokalu, przypominającym do złudzenia warszawską "Adrię" czy "Paradis". Wytworny, wyfraczony maître d'hôtel podbiegł przywitać gościa i odprowadzić go do stolika. Ugrzeczniony kelner o twarzy Mongoła pochylił się w ukłonie i podając kartę zapytał po angielsku, w jakim języku mister życzy sobie z nim rozmawiać. Żętyca skinął głową, że rozumie i zamówił kolację, po czym rozejrzał się ciekawie po sali. Było widocznie jeszcze wcześnie jak na tutejsze stosunki, bo goście dopiero powoli napływali, sadowiąc się w lożach i wybierając najlepsze stoliki. Na efektownie oświetlonym podwyższeniu, umieszczona była orkiestra, która właśnie zaczęła grać jakieś sentymentalne tango. Nic w tym wszystkim nie było egzotycznego ani niezwykłego i Żętyca musiał sobie co jakiś czas przypomnieć, że jest przecież w Indiach i że siedzi w restauracji w Kalkucie. Nagle drgnął. Na salę wszedł jakiś wyższy oficer angielski w towarzystwie dwóch kobiet. Jedna Kreolka czy Mulatka o śniadej cerze i białych lśniących zębach, druga wspaniała, wysoka blondyna, poruszająca się z dystynkcją i dumą udzielnej księżniczki.
Gdzie ja widziałem już tę kobietę - myślał Żętyca, nadaremnie usiłując sobie przypomnieć. Zajęli stolik niedaleko orkiestry i Żętyca, który siedział opodal miał możność obserwować piękny profil nieznajomej. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że już ją gdzieś widział. Ale gdzie? Dręczyło go to ogromnie, nie mógł sobie jednak przypomnieć. W tej chwili kelner podał zamówione przekąski.
- Czy są tu u was jakieś występy - spytał Żętyca, wychylając kieliszek porta.
- O yes, sir, oczywiście - zapewnił pośpiesznie kelner - mamy dziś światową sensację w programie. Czyż nie czytał pan afiszów?
- Nie zwróciłem uwagi - uśmiechnął się Żętyca - cóż to znowu za niezwykła sensacja?
- Anita Lamort - powiedział z triumfem kelner, napełniając powtórnie kieliszek.
- Kto?
- Anita Lamort, słynna zaklinaczka wężów i pogromczyni dzikich zwierząt. Musiał pan przecież o niej słyszeć, sir.
- No tak, tak coś niecoś - mruknął Żętyca.
Kelner spojrzał z politowaniem na cudzoziemca, który nie słyszał o Anicie Lamort i odszedł wzruszywszy nieznacznie ramionami. Sala poczynała się zapełniać. Wojskowe i marynarskie mundury, białe smokingi, fraki, piękne, śmiejące się kobiety, kosztowne wieczorowe suknie, sznury pereł i brylantowe kolie. Gdzieniegdzie lśnił między stolikami biały zawój spięty drogim kamieniem. Pito szampana i bawiono się dobrze. Kelnerzy uprzątali stoliki z parkietu i pierwsze pary poczęły się poruszać w takt melodyjnego slow-foxa.
"Niezłą forsę mają tu ludzie" - pomyślał Żętyca zajadając z apetytem porcję ragout baraniego z ryżem. Wychylił drugi kieliszek dobrego wina i rozejrzał się po sali. Musiał przyznać przed samym sobą, że w gruncie rzeczy miał ochotę na jakąś przygodę. Na chwilę zapomniał o swej misji i o tym, po co właściwie tu przyjechał, i poddał się nastrojowi zabawy i muzyki. Po tym wszystkim co przeszedł, po tych strasznych, jakże tragicznych przeżyciach, cała jego istota pragnęła podświadomie odprężenia, jakiegoś chociażby chwilowego zapomnienia. Aż sam się zdumiał, przekonawszy się, jak bardzo pociąga go zabawa, muzyka i kobiety. W tej chwili orkiestra przestała grać i tańczące pary wróciły do swych stolików. Na sali światło zgasło, natomiast nad parkietem zabłysły reflektory. Wyszedł wytworny gentleman i zapowiedział rozpoczęcie programu artystycznego. Żętyca niecierpliwie przyglądał się występom. Murzyńska pieśniarka, tresowane psy, naga tancerka, żongler, para akrobatów, aż wreszcie sensacja dnia - kobieta fenomen "władczyni wężów" Anita Lamort na gościnnych występach w Kalkucie. - Tak, to ona, znajoma z pociągu, tylko jeszcze piękniejsza i bardziej pociągająca. Błękitny przezroczysty muślin otaczający ją na kształt jakiejś fantastycznej mgły podkreślał wspaniałą nagość brązowego ciała, czarne lśniące włosy spięte były brylantowym diademem, jarzące oczy pałały niezwykłym niepokojącym blaskiem. Fantastycznie wyglądała Anita otoczona jadowitymi wężami i w jakimś niesamowitym, na poły rytualnym tańcu, tuląca do siebie zimne cielska potwornych gadów. Węże były posłuszne każdemu jej skinieniu i wykonywały natychmiast rozkazy swej pani. Groza niezwykłego widowiska łączyła się w jakiejś fantastycznej dysharmonii z pełnym zmysłowego czaru ciałem pięknej kobiety. Odpowiednia gra świateł dopełniała całości. Żętyca podniecony obserwował Anitę i węże, wśród których rozpoznał znajomego okularnika. Czuł, że piękna dziewczyna coraz bardziej opanowuje jego wyobraźnię. Skinął na przechodzącą kwiaciarkę i kupiwszy bukiet wspaniałych róż rzucił go na parkiet. Anita podziękowała uśmiechem. Po skończonym programie kazał się zaprowadzić do garderoby artystów. Anita właśnie wkładała róże do wazonu. Powitała go z miłym uśmiechem.
- Przyszedłem wyrazić pani swój zachwyt - powiedział skłoniwszy się Żętyca. - Była pani doprawdy niezrównana.
- Dziękuję panu za cudowne róże.
- Skądże może pani wiedzieć, że to ode mnie?
- Och, ja mam bardzo dobre oczy - zaśmiała się ukazując piękne zęby. - Musi się pan na to przygotować, że wszystko bardzo dobrze widzę.
- Czy to ostrzeżenie?
- Nie, tylko proste stwierdzenie faktu.
W tej chwili ktoś zapukał do drzwi garderoby.
- Proszę - rzuciła Anita.
Wszedł wysoki, barczysty mężczyzna o potężnym muskularnym karku i kwadratowej szczęce boksera. Przybyły warknął niezbyt uprzejmie jakieś powitanie i spode łba spojrzał na Żętycę.
- Panowie pozwolą, że ich zapoznam - powiedziała Anita, która poczęła zdradzać nagłe zdenerwowanie. - Mister Żętyca, mister John Bud.
- How do you do.
- How do you do - skłonił się niezdarnie olbrzym, patrząc ponuro na nieznajomego.
- Napijecie się czegoś? - zawołała Anita, stawiając na stoliku butelkę i kieliszki.
Żętyca wyczuwał w powietrzu awanturę. Początkowo chciał zaczekać i zobaczyć co z tego wyniknie, ale zreflektował się natychmiast i postanowił zrezygnować ze swych zawadiackich zamiłowań.
- Pani wybaczy, ale niestety muszę już odejść, czekają na mnie - powiedział uprzejmie i skłoniwszy się, wyszedł. Zdążył zauważyć, że dziewczyna odetchnęła z widoczną ulgą.
Musi ją krótko trzymać ten goryl - pomyślał, wróciwszy do stolika. Był trochę zły, że mu się nie udało nawiązać dłuższej rozmowy z piękną Anitą. Poczuł się nagle zmęczony. Zapłacił rachunek i powrócił samochodem do hotelu. Znalazłszy się w swoim pokoju spojrzał z satysfakcją na posłane łóżko.
Nazajutrz zbudził się z lekkim bólem głowy. Parna noc nie przyniosła pożądanego wypoczynku. Gorączkowy sen przerywany majakami, wśród których królowała naga Anita, był męczący i wyczerpał go nerwowo. Han-Czu okazał się beznadziejnie punktualny. Już o godzinie dziewiątej, portier zatelefonował, że Chińczyk czeka w hallu. Rad nie rad, Żętyca musiał go przyjąć w piżamie. Przeprosił, że nie jest ubrany, tłumacząc się złym samopoczuciem i zaprosił gościa na śniadanie. Han-Czu z uprzejmym uśmiechem skinął głową.
- Jak się panu spało - spytał, gdy obaj usiedli do stołu.
- Bardzo źle - mruknął Żętyca. Nie mogę się przyzwyczaić do tych upalnych nocy. Mimo iż cały czas miałem otwarte okno, było piekielnie gorąco.
- Niech pan zamyka na noc zawsze okna - powiedział wolno Han-Czu.
- A to dlaczego? - zdziwił się Żętyca.
- Nigdy nie wiadomo, jakie stworzenie może się dostać do pana podczas snu.
- Ach, przesada, przecież w Kalkucie nie grasują dzikie zwierzęta.
- Nie chodzi tu oczywiście o dzikie zwierzęta. Otóż, panie, ja mam na myśli często spotykane w tym kraju jadowite owady i węże. Szczególniej ostrzegam pana przed wężami. To bardzo niebezpieczne stworzenia. - Ostatnie słowa powiedział Han-Czu z wyraźnym naciskiem.
Żętyca spojrzał badawczo na Chińczyka. W jednej chwili zrozumiał, że jego żółty opiekun będzie o każdym jego kroku świetnie poinformowany. To mu popsuło do reszty humor.
- Mieliśmy dziś pomówić o interesach - powiedział, ocierając usta serwetką.
Han-Czu spojrzał na niego przenikliwie.
- Jeśli pan pozwoli, zawiozę pana po śniadaniu do mego biura. Zapozna się pan od razu z terenem pracy, no i z personelem.
- Doskonale - zgodził się Polak, częstując Chińczyka papierosami.
Wstali od stołu i gospodarz przeprosiwszy przybyłego poszedł się golić do łazienki. Za piętnaście minut był gotów do wyjścia. Błękitna limuzyna oczekiwała ich przed hotelem. Żętyca zauważył, że kto inny prowadził tym razem maszynę, ale nic nie powiedział. Milcząc mijali zalane słońcem ulice. Firma, którą prowadził Han-Czu, znajdowała się w dzielnicy portowej. Było to towarzystwo importowo-eksportowe i Żętyca zorientował się od razu, że interes zakrojony jest na dużą skalę. Han-Czu oprowadził go po biurze, zapoznał z personelem oraz z dyrektorem Mayerem, chudym, wysokim Holendrem, na koniec zaprosił do swego gabinetu.
- Jakżeż się panu podoba mój handelek? - spytał z uśmiechem.
- Bardzo piękne biuro - przyznał Żętyca. - Muszą panu świetnie iść interesy.
- Na ogół nie narzekam, chociaż teraz ta wojna ogromnie pogorszyła sytuację.
- No tak, tak, to zupełnie zrozumiałe.
- Chciałbym, żeby pan, jako mój nowy wspólnik zapoznał się gruntownie z firmą - powiedział Chińczyk. - Importujemy przeważnie tekstylia i przedmioty gospodarstwa domowego, eksportujemy natomiast kauczuk, trzcinę cukrową i ryż, zresztą zorientuje się pan w całości w krótkim czasie.
Żętyca patrzył uważnie na mówiącego. Oczekiwał, że nareszcie posłyszy coś, co dotyczy ściślej celu jego przyjazdu i że otrzyma jakieś instrukcje odnośnie dalszej działalności. Han-Czu jednak ani razu nie wymienił nazwiska Masahaja i ani słowem nie uczynił aluzji odnośnie całej sprawy. Żętyca rad nierad musiał słuchać wykładu o handlu międzynarodowym i chociaż się już poczynał trochę niecierpliwić, postanowił samemu nie poruszać właściwego tematu. Począł wreszcie nabierać przekonania, że Chińczyk zupełnie celowo wstrzymuje się od drażliwych rozmów.
Jest to niewątpliwie jakaś taktyka, a może chce mnie po prostu wypróbować - myślał paląc wolno papierosa.
- Dla dobra interesu - powiedział w pewnym momencie Chińczyk - trzeba żeby pan nawiązał ścisłe kontakty z handlowymi sferami brytyjskimi.
Żętyca baczniej nadstawił ucha.
- Tak pan sądzi? - powiedział niedbale.
- Bez wątpienia. Dla tego rodzaju interesu jak nasz jest to niezbędne, a dla pana, jako dla Europejczyka, dostęp do pewnych kół jest o wiele łatwiejszy, aniżeli dla mnie.
- Czyżby zagadnienia rasowe mogły w tym wypadku odgrywać jakąś istotną rolę? - zdziwił się Żętyca.
- Bardziej, aniżeli pan to sobie wyobraża - odparł z uśmiechem Han-Czu. - Nie znam pańskiej ojczyzny i nie wiem jakie u was panują pod tym względem zwyczaje, ale Anglicy, tak jak przed wiekami, ludzi o innej barwie skóry nie uważają w gruncie rzeczy za ludzi, i jeśli ktoś nie jest Anglikiem, to choćby miał najbielszą skórę też jest dla nich tylko półczłowiekiem.
- Trudno sobie wprost wyobrazić, żeby w dwudziestym wieku mógł jeszcze zachować się taki pogląd - zawołał Żętyca.
- A jednak tak jest i będzie pan miał niejednokrotnie okazję przekonać się o tym.
Żętyca pokręcił głową z niedowierzaniem. Wiedział bardzo dobrze, że Anglicy źle się obchodzą z Hindusami i że pod pokrywką tolerancji i łagodności dopuszczają się gwałtów i nadużyć. Uważał to jednak za swego rodzaju politykę kolonialną i nie mógł uwierzyć w to, żeby można było mieć tego rodzaju poglądy, o jakich mówił Han-Czu.
- W jaki sposób mógłbym ewentualnie nawiązać kontakty z tutejszymi sferami angielskimi - powiedział, zmieniając nagle temat.
- Na to ma pan jeszcze czas - odparł Chińczyk - na razie chciałbym, żeby pan się możliwie szybko zorientował w organizacji naszego przedsiębiorstwa, ponieważ nie jest wykluczone, że będę musiał w najbliższym czasie wyjechać na jakiś czas i dobrze by było, gdyby wtedy mógł pan już objąć kierownictwo.
- No dobrze, a dyrektor Mayer - wtrącił Żętyca.
- Mayer jest bardzo dobrym fachowcem, ale nie zawsze obejmuje całokształt zagadnień - wyjaśnił ogólnikowo Han-Czu.
Żętyca wyczuł, że Chińczyk nie we wszystkie interesy wtajemnicza Mayera.
- Czy pan ma swoje własne statki - spytał po chwili.
- Tak, kupiłem dwa transportowce "Delfin" i "Mewa", ale obecnie "Mewa" jest uszkodzona i oddałem ją do remontu.
Han-Czu zawezwał telefonicznie jakiegoś urzędnika i kazał sobie przynieść książki i papiery najlepiej charakteryzujące stan i działalność firmy. Cierpliwie objaśniał wspólnika i zaznajamiał go możliwie najdokładniej ze swoimi interesami. Żętyca, który nie był handlowcem i nie znał się prawie zupełnie na buchalterii, wielu rzeczy nie bardzo rozumiał, ale dzięki wrodzonemu sprytowi i inteligencji zaczął orientować się już po paru godzinach w zagadnieniach eksportu i importu. Skończywszy pierwszy wykład Han-Czu zaproponował wspólny lunch. Żętyca zgodził się uprzejmie, chociaż w gruncie rzeczy miał już najzupełniej dość towarzystwa Chińczyka. Ta sama błękitna limuzyna zawiozła ich do restauracji.
Popijając lekkie stołowe wino gawędzili o rzeczach obojętnych, przy czym Polak przekonał się, że Han-Czu posiada znaczną erudycję i w każdej kwestii ma wyrobione zdanie. W pewnej chwili zauważył ową złotowłosą piękność, siedzącą w głębi sali. Była w towarzystwie tego samego oficera co wczoraj wieczorem. I znowu starał się sobie bezskutecznie przypomnieć, gdzie i kiedy widział już tę twarz.
- Czy pan nie wie przypadkiem, kto to jest ta piękna blondyna, która siedzi tam w rogu z oficerem? - spytał zapalając papierosa.
- To miss Orney - odparł Chińczyk nie podnosząc oczu znad talerza.
- Czy pan może zna ją osobiście?
- Nie, ale dużo o niej słyszałem. Była tu niedawno powodem skandalu i pojedynku.
- Pojedynku?
- Tak. Ten major, który z nią siedzi, zastrzelił podobno jakiegoś młodego chłopaka.
- Ciekawe.
- Nic ciekawego, po prostu zwykła awanturnica.
- Trzeba jednakże przyznać, że jest bardzo piękna - powiedział Żętyca.
- Jeśli pan pozwoli to dam panu dobrą radę - uśmiechnął się Han-Czu.
- Ależ bardzo proszę. Zawsze chętnie przyjmuję dobre rady. Słucham.
- Niech pan sobie wyszuka tutaj jakąś skromną dziewczynę i niech pan nie zajmuje się zupełnie tego rodzaju kobietami co miss Orney.
Żętyca roześmiał się szczerze.
- Widzę, że pan jest doświadczonym człowiekiem.
- Wiele rzeczy już widziałem w życiu i wiem do czego może doprowadzać kobieta - powiedział cicho Chińczyk. - Niech pan pamięta o tym, że tutaj ludzie dużo łatwiej mordują się o kobietę niż w Europie.
- Był pan w Europie? - spytał Żętyca.
- Tak. Znam dobrze Paryż, Londyn i Kopenhagę.
Żętyca spojrzał uważnie na mówiącego. Ten żółty gentleman był światowcem, inteligencją i kulturą przewyższał o całe nieba niejednego Anglika a przecież należał do "niższej rasy".
Po lunchu Han-Czu odwiózł wspólnika do hotelu. Żętyca był zmęczony i śpiący. Umówili się na dzień następny. Znalazłszy się w pokoju hotelowym, rzucił się na łóżko i prawie natychmiast zasnął. Jak długo spał, nie wiedział. Zbudził go telefon. Podniósł się ociężale i niechętnie podszedł do aparatu. Dzwonił portier zawiadamiając go, że jakaś dama pragnie się z nim widzieć i oczekuje go w hallu. Zdumiony umył się i uczesał pośpiesznie i zszedł na dół. Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył Anitę Lamort.
- How do you do - powiedziała swobodnie, wyciągając dłoń na powitanie.
- How do you do.
- Bardzo się cieszę, że panią widzę. Czy mógłbym być pani w czym pomocny?
- Chciałabym z panem pomówić - rzuciła śpiesznie Anita, rozglądając się wokoło.
- Proszę bardzo. Służę pani.
- Ale może nie tutaj.
- Gdzie pani każe.
- Mam swój wóz. Jeśliby pan mi nie odmówił, pojechalibyśmy do mojej ulubionej kawiarenki. Jest tam bardzo zacisznie. Moglibyśmy sobie swobodnie porozmawiać.
Żętyca zastanawiał się chwilę. Pamiętał dobrze przestrogę Chińczyka. Nie wypadało mu jednak odmówić, a poza tym Anita naprawdę bardzo mu się podobała. Postanowił zaryzykować.
- Jestem do pani dyspozycji - powiedział, skłoniwszy się lekko.
- Dziękuję.
Wyszli przed hotel i wsiedli do świetnego sportowego Mercedesa. Anita prowadziła sama.
- Mam szczęście, że pana zastałam o tej porze w hotelu - powiedziała, skręcając w jakąś boczną ulicę. - Widzę, że jest pan domatorem.
- Odpoczywałem trochę. Muszę przyznać, że męczą mnie te upały. Nie mogę się jeszcze przyzwyczaić.
- Pan dawno w Indiach? - spytała niedbale.
- Dość dawno - odparł ogólnikowo. Postanowił bardzo uważać i nie dać się w żadnym wypadku wyciągnąć na zwierzenia.
Anita uśmiechnęła się leciutko. Zdjęła kapelusz i zmrużywszy oczy poddała się delikatnej pieszczocie wiatru. W tej chwili była bardzo piękna.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.