Taki właśnie jest grudzień - Donal Ryan

Reflow text when sidebars are open.
Styczeń
Luty
Marzec
Kwiecień
Maj
Czerwiec
Lipiec
Sierpień
Wrzesień
Październik
Listopad
Grudzień
MATKA ZAWSZE POWTARZAŁA, że styczeń to urokliwy miesiąc. Z Nowym Rokiem wszystko zaczyna się na nowo. Goście już się nasiedzieli i z Bożą pomocą nie będziesz musiał ich oglądać przed następnym Bożym Narodzeniem. Do tego nim się spostrzeżesz, bogactwo w twych oborach i stodołach zacznie się pomnażać. Inaczej być nie może - musisz przecież się odkuć za te rozrzutne, grudniowe wydatki na nikomu niepotrzebne bzdety. Lekki mróz wybija zalegające resztki wszelkiego paskudztwa. Taki właśnie jest styczeń: świat nabiera w nim świeżości. A przynajmniej tak mawiała Matka, w czasach, kiedy jeszcze miała coś do powiedzenia.
EUGENE PENROSE i jego kumple znów obsiedli niski murek przed pomnikiem Bojowników IRA. To okropne, że człowiek nie może wrócić do domu w spokoju, niezaczepiany przez tych buraków. Ostatnio Eugene nastąpił mijającemu go Johnseyowi na stopę, a ten potknął się i prawie się wywrócił. Dlaczego oni w ogóle ciągle tam przesiadują? - Wysoki zasiłek - tak to tłumaczy Matka. Dzięki niemu bandyci żyją jak królowie. Chciałby umieć zachować się jak prawdziwy facet. A tak codziennie przemyka między nimi, rumieniąc się jak bojący się własnego cienia dzieciuch, z piekącymi łzami wstydu pod powiekami. Tatuś by na to nie pozwolił, co to, to nie!
Ojciec Johnseya wzbudzał w ludziach respekt. Nie pozwalał sobie w kaszę dmuchać. Uwielbiał dzikie awantury i wdawał się w nie na targu, w środku meczu i na własnym podwórku, wykłócając się o wartość danego gracza, cenę zwierzęcia i o wszystko to, o co lubią sprzeczać się mężczyźni. Słynął z gwałtownego charakteru, ale też z dobrego serca. Co więcej, jego dobroci nie postrzegano jako słabości: Tatuś był twardym gościem. Za czasów, kiedy jeszcze trenował hurling, chłopaki padały jak kręgle pod jego naporem - Johnsey słyszał różne opowieści. Ponoć raz, w napadzie furii, roztrzaskał hurley na głowie jakiegoś faceta - gość nigdy już nie był taki jak wcześniej. Tę historię Johnsey usłyszał tylko jeden raz, a gdy opowiadający go zauważył, zamilkł szybko, wbił wzrok w szklankę whiskey i oblał się czerwienią.
JEŻELI ZAJĄŁ CZYMŚ MYŚLI, gdy przemierzał te sto ileś kroków od początku niskiego murku do dziedzińca kościoła, wówczas niemal udawało mu się oszukać samego siebie, uwierzyć, że wcale ich tam nie ma, że nikt na niego nie patrzy i nie planuje, jak by go tu upokorzyć. Rozmyślał na przykład o głębinie w dole strumienia, za płaczącą wierzbą rosnącą na końcu pola przy rzece na drodze do Shannon Callows, gdzie chodził z Tatusiem pływać. Czasem Johnsey się zastanawiał, jak by to było, zanurzyć się pod wodę i położyć na dnie, a gdy w piersi zabraknie tchu, po prostu zostać tam, nabierając w usta wody zamiast powietrza. Może wydarzyłby się cud, podobny do tego w Cork parę lat temu, kiedy to figurka Przenajświętszej Panienki ożyła, przywitała się ze wszystkimi na głos i zaczęła płakać krwawymi łzami nad stanem świata. Matka twierdziła, że płakała raczej na widok tych wszystkich gapiących się na nią świętoszkowatych babsztyli. Wyobraź to sobie: tłum skrzekliwych bab klepiących różaniec pod twoim nosem dzień i noc - każdy mógłby się załamać. A może zamiast po prostu utonąć, odkryłby, że posiada supermoc i potrafi oddychać pod wodą. Zostałby dzierżącym piekielnie ostry trójząb władcą strumieni, rzek i mórz oraz wszystkich zamieszkujących je stworzeń, otoczonym wianuszkiem przepięknych syren pływających bez staników, gotujących mu obiady i całujących na zawołanie.
Może po powrocie do domu okaże się, że Matka postanowiła upiec na deser tartę z jabłkami, a gdy wejdzie, akurat będzie wyjmowała ją z piekarnika. Zje duży kawał ciasta, ona zaś stanie obok z kubkiem herbaty "obowiązkowo z kapką mleka, inaczej jest do niczego" i powie, że te jabłka niecałą godzinę temu wisiały jeszcze na drzewie. On pochwali przepyszny obiad. "Cieszę się, kochanie - odpowie Matka - mam nadzieję, że smakowało, po ciężkim dniu należy ci się porządny posiłek". Ostatnio jednak zwykle zostawiała mu obiad w piekarniku i był albo niemożliwie gorący, albo zimny jak lód. Czasem nastawiała za wysoką temperaturę, a kiedy indziej w ogóle zapominała włączyć grzanie - wolała chodzić na cmentarz w Height, czyli tam, gdzie leżał Tatuś, modlić się i przeklinać chwasty. Podejrzewał, że ojciec nie ma w niebie ani chwili wytchnienia, biorąc pod uwagę ilość modłów, które wznosiła w jego intencji. Ojciec Cotter mówił podczas nabożeństwa pogrzebowego, że choć w niebiosach z pewnością czeka na niego porządny dom, Tatuś i tak będzie się wykłócał z aniołami o jego konstrukcję, zażąda wyburzenia i postawienia go na nowo według jego wskazówek. Sąsiedzi zanosili się śmiechem. Niektórzy spoglądali po sobie znacząco. Rzeczywiście miał bzika na punkcie dokładności, nie dało się go zbyć byle czym.
Matki nie było. W piekarniku, przykryta folią aluminiową, czekała zapiekanka pasterska o właściwej temperaturze, na stole leżały sztućce. Zjadł łapczywie i popił szklanką mleka. W telewizji o siódmej leciał program o wakacjach, prowadziła go ta blondynka. Czasem, kiedy robiło się wystarczająco cicho, bo Matka wyszła i żaden kot nie drapał i nie miauczał pod oknem, wyobrażał sobie, że kobieta mówi do niego, jest jego dziewczyną zamieszkałą w jakimś ciepłym kraju z palmami, a on dołączy do niej, gdy tylko skończy budowę ich rezydencji. Rozmawiali z sobą przez specjalny telefon z wielkim ekranem. Opisywała mu miejsce, w które mieli pojechać na wakacje. Przy jedzeniu nie dało się odpowiednio skupić na oglądaniu, konieczność zerkania na talerz oznaczała utratę całych sekund patrzenia na nią, stojącą tam w pełnej krasie, z grzywą jasnych, lśniących włosów i w skąpym odzieniu, ledwo zasłaniającym to, co wypada, czasem zanurzoną w przejrzystej, niebieskiej wodzie, z pupą oblewaną przez niezdające sobie sprawy ze swojego szczęścia drobne fale.
Dzięki Bogu program zdążył się skończyć przed powrotem Matki. Chciała wiedzieć, czy był dziś duży ruch, jak się czuje Packie i co słychać u tej jego Szkotki. Najstarsza córka Packiego uciekła z jakimś zagranicznym facetem do Szkocji. Od tej pory nazywano ją we wsi Szkotką. Tak jak o facecie, który pojechał do pracy do Ameryki na rok czy dwa, mówiło się jankes. Córka Packiego pojawiała się w sklepie kooperatywy od czasu do czasu, tylko w soboty, będąc święcie przekonana, że pomaga. Johnsey wiedział jednak, że potrafi tylko oglądać swoje paznokcie, żuć gumę i klikać na ekranie swojego smartfona. Właściwie nigdy na niego nie patrzyła ani z nim nie rozmawiała, poza jednym razem, kiedy spytała, czy chce czekoladkę Rolo. Przytaknął (i na co ci to było, kretynie?), wyciągnęła więc paczkę w jego stronę, a pieprzone rolo utknęło w opakowaniu. Ręce zaczęły mu się trząść jak szalone, a czekoladka rozmazała się cała, nim udało mu się ją wydostać - policzki piekły go na samo wspomnienie.
Przed ucieczką córki Packie niespecjalnie przejmował się imigrantami, ale teraz żywił do nich szczególną nienawiść. Paliła go ogniem, którego żar niemal dało się wyczuć. Smagłe, a nawet zupełnie czarne twarze pojawiały się w wiosce przejazdem, w drodze do miasta, gdzie ci ludzie - jak twierdził Packie - chcieli tylko jednego: wykorzystać socjal, bo taki to świetny kraj. Jeśli obaj byli akurat na zewnątrz sklepu, na widok obcych Packie trącał go znacząco i robił ruch głową w ich kierunku. Oczy błyszczały mu niezdrowo, jakby dusza mężczyzny płonęła już w ogniu piekielnym za grzechy, które popełniał w myślach. Cudzoziemcy czasem odwzajemniali spojrzenia, ale ich oczy nie zdradzały, o czym myślą. - Wiesz, Johnsey, to pewnie Hutu - mawiał Packie, wypluwając słowa jak flegmę zalegającą w płucach. - Wymordowali całe tabuny Tutsich i teraz przyjechali do nas, żeby się ukryć. - Johnsey śmiał się i przytakiwał, a w jego głowie pojawiał się obraz chłopaków na zasiłku rechoczących z durnych żartów Eugene'a Penrose'a i nagle ogarniał go smutek i wstyd za samego siebie. Kimże zresztą, na miłość boską, byli Tutsie i Huty?!
Nigdy się nie zatrzymywali i nigdy nie wchodzili do ich sklepu. Nie do kooperatywy. Trudno im się dziwić. Może Spar lepiej sobie radził z obsługą obcokrajowców.
MATKA WŁAŚCIWIE nie słuchała już, kiedy odpowiadał na jej litanię pytań. Samej siebie też chyba nie słuchała. Zadawała pytania w mechaniczny sposób, który przywodził Johnseyowi na myśl odhaczanie listy obecności w szkole. Mógłby powiedzieć coś takiego: "Mam za sobą świetny dzień, Matko - zatopiłem siekierę w czole Packiego, opróżniłem kasę kooperatywy, wsiadłem do dżipa i pojechałem do Eugene'a Penrose'a i jego kolesi zasiłkowców, pozabijałem ich wszystkich, a teraz, skoro jestem już po obiedzie, lecę do miasta się zabawić - taki ze mnie ważniak", a Matka prawdopodobnie dalej składałaby pranie, krzątała się po domu i tylko kiwała głową, nie zauważając go ani nie słysząc jego słów. Może to i dobrze.
Wyszedł przed dom, żeby poćwiczyć prowadzenie auta. Stara fiesta Matki chodziła jak złoto, ale rodzicielka pozwalała mu jeździć nią w tę i we w tę po podwórzu. Jednak nie dołączyła go do ubezpieczenia. - Stawki dla chłopaków takich jak ty to jakieś dwadzieścia tysięcy funtów, Johnsey. - Dwadzieścia tysięcy? Jego tępotę aż tak było widać? Czy może zapytaliby go o to wprost? "A więc, panie Cunliffe, hmm... widzę, że jest pan klasycznym półgłówkiem... (odgłosy stukania na klawiaturze i niecierpliwe westchnienie) dlatego stawka OC dla tego rozklekotanego gruchota wyniesie dwadzieścia tysięcy milionów miliardów funtów. Okej? Lepiej żeby ograniczył się pan do kręcenia kółek po podwórku. Dobrze? (Ty tłusty pajacu... Klik)".
Doszedł do wniosku, że przejażdżka nie jest najlepszym pomysłem. Matka narzekała wczoraj na ceny benzyny, poza tym frustrowało go, że nie może po prostu wyjechać za bramę i ruszyć przed siebie. Rozważał spacer przez pola w dół, nad rzekę, i stamtąd aż do strumienia. Było coś dziwnie satysfakcjonującego w chrzęszczącym dźwięku, jaki wydają buty, gdy idzie się po trawie zdobnej w mroźne wzory. Nad strumieniem miał takie specjalne miejsce pod gałęziami wierzby płaczącej, która rosła tuż nad niedużym, błotnistym zejściem do wody, wydeptanym przez spragnione bydło - można było się tam ukryć. Jeśli siedziało się bez ruchu, człowiek mógł sobie wyobrazić, że zamienił się w drzewo. Nikt nie wyzywał drzew od popaprańców, nie podstawiał im nogi i nie wydzierał się na nie, bo źle ustawiły towar na półkach. Tatuś mawiał, że bez drzew nie ma życia. To one wytwarzają powietrze, którym oddychamy.
Znajdował się już praktycznie po drugiej stronie przełazu, gdy przypomniał sobie o Dermocie McDermotcie, i zmienił zdanie. Wprawdzie tylko dzierżawił to gospodarstwo, lecz chełpił się tym, jakby był jego właścicielem. Gdy spotykał Johnseya na swoim terenie, traktował go jak intruza. Wypytywał, dokąd się wybiera, i nigdy nie mówił do niego "Johnsey", zawsze "John". Widocznie czuł się zbyt fajny, by używać zdrobnień. Zawsze taksował go spojrzeniem spod zmrużonych oczu, drażnił go swoim nieprzyjemnym uśmieszkiem na ustach. Pewnie myślał sobie: Patrzcie na tego małpoluda, ojciec mu umarł, a on nie jest w stanie zająć się tym marnym spłachetkiem ziemi, który mu po nim pozostał! Jeżdżę moim wielkim ciągnikiem po jego schedzie! Co to za życiowa oferma!
Matka mówi, że ludzie, którzy nazywają syna Dermot McDermott, wyżej srają, niż dupę mają. Trochę jakby chcieli udowodnić, że są jedynymi prawdziwymi McDermottami - w końcu ich chłopak to Dermot, syn Dermota, potomek w prostej linii wielkich królów Irlandii. Ich ród usadowił się co najmniej dwa szczeble wyżej na drabinie społecznej niż lumpenproletariat i co najmniej jeden szczebel nad sąsiadami.
Matka mówi, że lumpenproletariat to ci, którzy mieszkają w lokalach komunalnych kawałek za wioską, przy końcu Ashdown Road. Po ich domach wiecznie kręcą się kundle i stada dzieci. A może stada psów i skundlone dzieci, Johnsey nie pamiętał dokładnie jej słów.
KŁÓDKA WISZĄCA NA DRZWIACH OBORY została wyłamana, a drewno tak wypaczone od wilgoci i pleśni, że nie dało się ich zamknąć. Choć minęły już trzy lata, wciąż dziwnie było widzieć to miejsce puste w styczniu. Na zimę spędzało się tu bydło. Stłoczonym razem zwierzętom było przytulnie i ciepło, osłonięte od zimnego deszczu i szczypiącego mrozu grzały się nawzajem niczym potężne kaloryfery. Ich odchody przez całą zimę były odprowadzane specjalną rurą do podziemnego zbiornika, skąd następnie wypompowywano je i rozrzucano po pastwiskach, by nakarmić trawę jedzoną później przez krowy i ponownie przerabianą przez nie na mleko i gówno. Gdy w szkole nauczyciel opowiadał o narodzeniu Jezusa, Johnsey robił w wyobraźni zamiankę: stajenkę betlejemską zmieniał w ich własną oborę, która tak zgrabnie oddzielała przednie podwórze od tego z tyłu domu; w roli Trzech Króli obsadzał Tatusia, Paddy'ego Rourke'a i Pana Unthanka. Dzieciątku Jezus z pewnością byłoby tam ciepło i bezpiecznie.
Do środka wpadało wystarczająco dużo światła, by Johnsey mógł się przyjrzeć grubej belce rozporowej, która przecinała dach. Czy uniosłaby jego ciężar? - Kiedyś budowało się solidnie - zwykł mawiać Tatuś. Johnsey był bardzo gruby, tego nie dało się ukryć. A jeśli coś pójdzie nie tak, upadnie na tyłek i tylko złamie nogę? I znajdzie go, dajmy na to, Dermot McDermott. Zawoła Matkę. Wezwie straż pożarną. I Ojca Cottera. A za wozem strażackim zlecą się tu Eugene Penrose i reszta zasiłkowców. Wreszcie na podwórzu zgromadzi się cała wioska - ustawią się w kolejce do wejścia, bo każdy będzie chciał sobie popatrzeć, jak tłusty kretyn leży na klepisku w oborze z nogą wygiętą pod dziwnym kątem - złamanie otwarte - zapłakany jak małe dziecko, fioletowy i opuchnięty na twarzy, z liną wciąż zaciśniętą na szyi. Pokazywaliby go sobie palcami, kręcąc głowami z niesmakiem i przewracając oczami, aż w końcu ktoś by się nad nim zlitował, odciął linę, odepchnął gapiów i próbowałby mu pomóc, a dobroć tej osoby zakłułaby go dotkliwiej niż rechot pozostałych, bo czułby, że na nią nie zasługuje i że ten ktoś też o tym wie, ale mimo wszystko postanowił być dla niego miły.
Ojciec Cotter to człowiek tego rodzaju, małżeństwo Unthanków również. Packie Collins zdecydowanie nie. Każdego dnia powtarzał Johnseyowi, że pozwala mu pracować w kooperatywie wyłącznie ze względu na szacunek, którym darzył jego ojca, Panie, świeć nad jego duszą. Był mu to winien. Johnsey często widział, jak Packie mówi coś półgębkiem na jego temat w sklepie. Klienci zaraz po tym zaczynają się rozglądać z głupkowatymi uśmieszkami na twarzach. Jeśli udało mu się złapać ich spojrzenia, wówczas pozdrawiali go przyjaźnie, równie naturalni co tort weselny na wystawie cukierni w mieście. - Fałszywi jak banknot trzyfuntowy - mawiała Matka. Co do Ojca Cottera, to bycie miłym dla innych należało do jego obowiązków zawodowych - w końcu służył Panu Bogu, który mówił jasno i wyraźnie, że trzeba być dobrym i uprzejmym wobec bliźnich. Z kolei Pan Unthank to bliski przyjaciel Tatusia. Trzymali się razem już jako mali chłopcy. Johnsey pamiętał, że strasznie długo stał przy jego trumnie w domu pogrzebowym. Dłoń oparł na krawędzi wieka, kręcił głową i mówił, bardzo cicho: - Jack, Jack, Jackie - cmokając przy tym z dezaprobatą, tak jak robił to Tatuś, kiedy coś się marnowało i gdy działo się nie w porządku. Johnsey dostrzegł nawet łzę, która spłynęła z brody pana Unthanka i wylądowała na policzku jego ojca - mogło się wydawać, że Tatuś też płacze.
TATUŚ ZWYKŁ POWTARZAĆ, że w życiu trzeba być szczerym. Kłamstwo nie przechodziło mu przez usta. Pewnego razu, lata temu, jakaś starsza babka z wioski zadzwoniła do nich z pytaniem, czy Matka nie byłaby w stanie upiec dwudziestu tart z jabłkami na imprezę koła gospodyń. Tatuś poprosił, żeby chwilę poczekała, i wyszedł do kurnika, żeby przekazać prośbę Matce. Ta powiedziała tylko, żeby przekazał tej starej babie, by sama sobie piekła to ciasto... - Albo lepiej powiedz jej, że pojechałam do miasta i nie wrócę przed dziewiątą. - Jednak Tatuś zaprotestował: - Nie, Sarah. Wiesz, że nie potrafię kłamać. - Wypowiedział te słowa tonem księdza, który obwieszcza: "a Słowo stało się ciałem" - to był suchy, niepodlegający dyskusji ostateczny werdykt. Matka, zła jak osa, ruszyła do domu, zmuszona kłamać samodzielnie. Po wszystkim obwiniała Tatusia, że przez niego to ona czuje się teraz okropnie, i ostatecznie pojechała do tego miasta, aby kłamstwo przerobić w prawdę, i siedziała tam aż do dziewiątej, żeby mieć podwójną pewność, że tego dnia zwycięży szczerość. Taki właśnie był Tatuś: tak strasznie prawy, że przez porównanie z nim człowiek czuł się źle z samym sobą i pragnął być kimś lepszym.
Kiedy Johnsey wychodził przed dom, gdy stał blisko budynków gospodarskich czy nawet w ciemności obory, tracił jasność myśli. Wszędzie wyczuwał obecność Tatusia. Kiedy rozglądał się po podwórzu, wciąż miał wrażenie, że zaraz go zobaczy z laską uniesioną w geście pozdrowienia - zawsze sprawiał wrażenie, jakby miał coś ciekawego do opowiedzenia, nawet jeśli nie wydarzyło się nic nowego. Podwórze umarło razem z nim, jakby żyło tylko po to, by mu służyć. Jego ruchy i dotyk ukształtowały to miejsce, nikt inny nie pasował do odciśniętych w tej przestrzeni śladów jego obecności: wydeptana ścieżka biegnąca wzdłuż podwórza, którą pokonywał wiele razy każdego dnia - potykali się o nią goście, nieświadomi jej istnienia, dopóki podeszwy ich butów nie natrafiły na nierówność; wyślizgane, wytarte z farby krawędzie przy klamkach w drzwiach do obory i warsztatu, które otwierał i zamykał codziennie przez tyle lat; siedziska foteli ciągnika i dżipa, zapadnięte pod naciskiem jego ciężaru; nawet same ściany budynków zdawały się stać prosto tylko z szacunku do wspomnienia jego niezłomnej siły.
Dzisiejszy stan obejścia nie działał zbyt dobrze na samopoczucie Johnseya. Nawet taki kretyn jak on potrafił zauważyć, że źle się dzieje. Smutek dodać smutek równa się jeszcze większy smutek. Smutek rodzi smutek. Martwota podwórza zagęszczała powietrze tak bardzo, że jeszcze trudniej było się po nim poruszać. Dermotowi McDermottowi wystarczał jego własny plac i zabudowania. Dzierżawił tylko łąki. Zresztą Johnseyowi chyba pękłoby serce, gdyby musiał patrzeć, jak ten kędzierzawy gnojek jeździ po podwórzu Tatusia swoim wielkim, szpanerskim ciągnikiem marki John Deere, niszcząc to miejsce i nie dbając o jednolitość świata zbudowanego przez Tatusia. Martwa pustka, która panuje tu teraz, jest lepsza od hałaśliwej obecności tego ignoranta i jego efekciarskiego sprzętu.
Pamiętał, jak raz - myśląc, że Johnsey nie słyszy tej rozmowy - Tatuś pochwalił go, mówiąc Matce, że jest świetnym, spokojnym chłopakiem. Podejrzewał, że Matka musiała żalić się na syna idiotę, a Tatuś wziął go w obronę. W głosie Tatusia pobrzmiewała czułość. Czułość, z jaką człowiek odnosi się do słabego, nierasowego szczenięcia, które powinno zostać utopione tuż po urodzeniu. Choć taki maluch umie tylko jeść i srać i ciągle sprawia kłopoty, to i tak od czasu do czasu drapie się go za uchem i rzuca smaczny kąsek, cały czas starając się być dla niego dobrym i miłym - to przecież nie jego wina, że urodził się nieporadnym, zaślinionym kretynem. Choć po prawdzie takim nieudanym szczeniakiem nie ma co się chwalić, to nie podlega dyskusji.
Najlepiej rozmyślało mu się we własnym pokoju. Niestety, zbyt głębokie rozważania nie prowadziły do niczego dobrego. Przeciążony umysł zachowywał się czasem jak odtwarzacz wideo, obnażając przed człowiekiem jego własną głupotę. Najgorzej było, kiedy musiał rozmawiać z obcymi ludźmi, na przykład ze staruszkami, które czasem zaczepiały go w drodze do domu czy w piekarni i pytały o Matkę. Zdarzało się też, że ktoś zagadnął go na ulicy i chciał wiedzieć, jak się miewa Ciotka Theresa albo czy Mały Frank zdał już egzaminy. Stał wtedy, czując, jak płoną mu policzki, ze wszystkich sił starał się udzielać poprawnych odpowiedzi i zachowywać się jak normalny gość, ale słowa potrafią wystrychnąć człowieka na dudka. Po co w ogóle ludzie muszą tyle gadać? Co właściwie można osiągnąć słowami?
W swoim pokoju Johnsey często rozmyślał o dziewczynach. Był właścicielem jednego "świerszczyka", poprzednio należącego do Anthony'ego Dwyera, który nie był może aż takim popaprańcem jak Johnsey, ale zmagał się z dodatkową trudnością: kulał, bo urodził się z jedną nogą krótszą. Kiedy przeglądał pornos Dwyera, zwykle miał nieprzyzwoite myśli - na samo wspomnienie o tym czuł się tak jak wtedy, gdy podchodził po komunię świętą przed ołtarz, a w pierwszej ławce siedziały dziewczyny Moranów w tych swoich krótkich spódniczkach: serce mu waliło i miotało się w piersi tak gwałtownie, jakby chciało wyskoczyć mu z gardła, wygramolić się przez usta, wymierzyć mu siarczysty policzek i wreszcie uciec w siną dal na krótkich, tłuściutkich czerwonych nóżkach, zostawiając za sobą krwawy ślad i wykrzykując: "A teraz sobie radź, grubasie! Przecież i tak mnie nie potrzebujesz". Wyjrzał przez okno i rozejrzał się po podwórzu. Cisza i spokój. Nic się nie dzieje. Bo niby dlaczego miałoby się coś dziać?
Zaczął sobie wyobrażać Dermota McDermotta z jakąś śliczną dziewczyną w krótkiej spódniczce: przyciśniętą przez tego drania do ściany, uwięzioną pod jego ciężarem. Dermot mówi do niej: "No dalej, nie daj się prosić" i próbuje się do niej dobierać, ale ona się opiera i stara się wyswobodzić z jego uścisku. A potem wyobraził sobie, że oto on, Johnsey, zachodzi Dermota McDermotta od tyłu, a kiedy ten się odwraca, Johnsey wymierza mu solidną fangę prosto w szczękę. Ślicznotka piszczy: "Dziękuję, dziękuję!", Johnsey bierze ją w ramiona i nagle ona nabiera ochoty na te wszystkie świństwa, do których namawiał ją Dermot McDermott. Chce je robić z Johnseyem, a nie z tym kędzierzawym gnojkiem, który leży pokonany z twarzą w błocie.
JOHNSEY NIGDY nie rozmawiał z żadną przedstawicielką płci pięknej poza Matką, swoimi ciotkami i staruszkami w wiosce. To zdecydowanie nie to samo co gadka z prawdziwymi dziewczynami, tymi z miasta albo tymi, które stoją przed wejściem do Molloy's i palą szlugi, ubrane w spódniczki, które Matka określa mianem mrozidupek. Kilka "cześć", "do widzenia", "dobrze", "poproszę" czy "dziękuję" rzuconych do córki Packiego czy żeńskiej - zdecydowanie mniejszościowej - klienteli sklepu - i to wszystko. Rodzice namówili go raz, żeby poszedł na wieczorek taneczny. Nie mógł zrozumieć, dlaczego tak im na tym zależało. Imprezę organizowano w salce parafialnej dwadzieścia parę kilometrów od domu, z myślą o młodzieży z okolicy. Z wioski odjeżdżał z tej okazji specjalny bus - miał dwadzieścia pięć miejsc, dlatego wiadomo było, że nie wszyscy będą mogli usiąść. Wyobrażał sobie wnętrze tego busa, a potem salkę pełną dziewczyn, Eugene'a Penrose'a i innych cwaniaków. Oczyma duszy widział, jak śmieją się i patrzą na niego ze zdziwieniem, jakby chcieli zapytać: "A ten co tu robi? Nie jest jednym z nas". Do tego dochodziło ryzyko rozmów z obcymi i napięcie wynikające z oczekiwania, że będzie tańczył. Johnsey nie miał pojęcia, dlaczego Matka i Tatuś chcieli mu to zrobić. Dlaczego nie mógł po prostu spędzić wieczoru z nimi w domu, tak jak zawsze, i obejrzeć The Late Late Show, popijając herbatę i zajadając bułeczki albo placek porzeczkowy?
Johnsey miał wtedy trzynaście lat, grube, ciemne włosy i absolutnie nie potrafił kłamać. Miał też czerwoną twarz, nieproporcjonalnie duże dłonie i lubiące się potykać stopy. Głos łamał mu się w gardle i wypadał albo piskliwie, albo zbyt nisko, gdy, zmuszony do rozmowy, drżał na całym ciele - było to aż za dużo nieszczęść jak na jednego nieśmiałego chłopca.
Matka kupiła mu nowe spodnie specjalnie na tę okazję - choć z myślą, że będą też dobre na co dzień, na pewno nie pójdą na marne - a do tego koszulę i sweter. Sweter był dość drogi, ze zgrabnym wywijanym golfem, fason, jaki nosili wtedy wszyscy wporzo goście. Do tego włożył nowiutkie martensy. Tatuś przywiózł je do domu w pudełku z napisem "Air Wear". Buty okazały się za małe i ojciec musiał wrócić do miasta po większy rozmiar, ale twierdził, że nie ma sprawy, bo to jego wina - powinien wcześniej sprawdzić rozmiar.
Kiedy wychodził z domu na ów wieczorek taneczny, Matka palcami zaczesała mu włosy do tyłu, pocałowała go w czoło i zaszczebiotała: - Oto mój mały mężczyzna wychodzi na swoją pierwszą imprezę. - Tatuś zawiózł go do wioski dżipem - gdy zeskoczył na ziemię z wysokiego siedzenia, od razu poczuł się bardziej dorosły. Tatuś puścił do niego oko i zażartował: - Tylko nie szalej, zostaw choć kilka dziewczyn dla reszty chłopaków! Johnsey nie był pewien, co to miało znaczyć, ale zabrzmiało to jak jakiś męski żart, więc po prostu się zaśmiał i odpowiedział: - To się jeszcze okaże! Dzięki, tato. - Bardzo pilnował, żeby nie zwracać się do niego "Tatuś", gdy w pobliżu mogli być inni chłopcy. Tatuś dał mu na wyjście całe pięć funtów, grzał je w dłoni. Bus kosztował dwójkę, zatem trzy z tych pięciu funtów mógł wydać, na co tylko chciał. Co właściwie można kupić na takiej imprezie? Johnsey nie wiedział, czego się spodziewać. Na pewno będzie coca-cola. Mimo zdenerwowania przeszedł go dreszcz ekscytacji.
Miał nadzieję, że Dwyer będzie czekał na busa przy pomniku Bojowników IRA, wówczas miałby towarzysza niedoli. Jeszcze słyszał warkot silnika dżipa Tatusia i czuł zapach jego spalin, kiedy podszedł do niego Eugene Penrose z obstawą złożoną z Mickeya Farrella i jasnowłosego chłopaka ze szkoły średniej, który pewnego dnia wdał się w bójkę z chłopakiem z drużyny drugoligowej - jego krew była zaskakująco czerwona - i wygrał. Zawodnik, który miał wtedy osiemnaście lat, zaczął płakać, a z nosa tryskała mu krew.
- Co ty tu robisz?
Eugene Penrose miał długie włosy opadające mu na czoło długą grzywką i zasłaniające uszy. "Wygląda jak rasowy palant" - tak podsumowałby go Tatuś. Co za kretyn!
- Jadę na dyskotekę - odparł Johnsey.
- Serio? W takim razie chodź, poczekasz z nami, kierowca to stary Paddy Świr, na bank się spóźni. Pewnie jeszcze nie wyszedł z domu. Siedzi na kiblu i podciera tyłek.
Johnsey nie był pewien, co zrobić. W przeszłości Eugene Penrose nieraz zagadywał do niego przyjaźnie, ale prędzej czy później zawsze kończyło się to dla niego źle. Raz sielanka trwała cały dzień, to niby-kumplostwo, aż w końcu, gdy mijali bramy kościoła, Eugene zabrał mu plecak i zawiesił go wysoko na ogrodzeniu, a kiedy Johnsey sięgnął po niego, Penrose ściągnął mu spodnie, wepchnął pełną garść błota do majtek, rozpłaszczył je kopniakiem i zaczął krzyczeć: - Johnsey zesrał się w gacie! - Wszyscy ze szkolnego autobusu widzieli błoto rozsmarowane na jego zadku i tylnej części ud, dlatego przez niemal rok po tym incydencie wołano na niego Gównozadek Cunliffe.
Mimo to Johnsey poszedł razem z Eugene'em Penrose'em i małym Mickeyem Farrellem o skośnych oczach (którejś niedzieli, gdy wracali z kościoła, Matka spytała Tatusia: - Czy chłopak Farrellów to mongoł? - Na co Tatuś parsknął śmiechem i odparł: - Nie, te szczurze oczka ma po ojcu...) pod pomnik, gdzie czekała już grupka miejscowych cwaniaczków i parę dziewczyn, które udawały, że w ogóle nie zwracają na nich uwagi, choć było widać, że jest dokładnie na odwrót. Z boku stało kilku wyraźnie podenerwowanych popaprańców, takich jak on, którzy przypominali rozgotowane kawałki brokułów leżące na talerzu obok steku i frytek.
- Hej, chłopaki - zagaił Penrose, przyciągając go za ramię w geście prezentacji - patrzcie na sweter Cunliffe'a! Obstawiam, że jego matka zrobiła dół na drutach i przyszyła do niego golf!
- A ja założę się, że jego ojciec kupił go od Travellersów - odezwał się kto inny. Johnsey dostrzegł kątem oka, jak znajomi popaprańcy chichoczą, słuchając tekstów miejscowych ważniaków. Chwilowo ignorowani przez silniejszych poczuli się bezpiecznie.
- Hej, ty! Johnsey Gównozadek! Tylko tym razem nie popuść w gacie, to naprawdę mały bus!
- Wsadzimy śmierdziela do bagażnika!
Ktoś szarpnął go za tył swetra, żeby sprawdzić metkę i zawołał:
- Penneys!
Johnsey wiedział, gdzie matka kupiła sweter. Poszła do jednego z droższych sklepów w mieście. Wiedział to, bo słyszał, jak żaliła się Tatusiowi, że tyle wydała. Tatuś rzekł wtedy: - No tak, nic na to nie poradzimy, a ona odparła tylko: - Prawda, nic z tym nie zrobimy.
Nagle usłyszał, jak coś się drze, i dwa guziki z rękawów swetra wylądowały na ziemi. Schylił się, żeby je podnieść, ale ten, który złapał za sweter, wciąż trzymał materiał w garści, i zrobiło się kolejne rozdarcie. Sweter miał teraz zbyt luźny dekolt i zsuwał mu się z ramion - zastanawiał się, jak wyjaśni przed Matką i Tatusiem zniszczenie ubrania, które kosztowało tak dużo.
Przyjazd Paddy'ego Świra przynajmniej na chwilę zakończył męki Johnseya. Chłopak liczył na to, że tamci dadzą mu spokój w autobusie prowadzonym przez dorosłego mężczyznę. Zajął miejsce z przodu, jak najbliżej kierowcy. Dwóch pozostałych niegroźnych popaprańców usiadło naprzeciwko. Wyglądali na zawstydzonych. Względny spokój tego azylu nie trwał długo: Eugene Penrose opadł na siedzenie tuż obok Johnseya i zarzucił mu rękę na ramię niewiarygodnie przyjaznym gestem. Johnsey musiał się przesunąć, by zrobić mu miejsce. Szczurowaty Mickey Farrell i jasnowłosy chłopak usiedli za nimi. Kiedy znów zaczęli mu dokuczać, próbując zdjąć z niego sweter, Paddy Świr odwrócił się w ich stronę i rzucił: - Hej, bez łobuzerki mi tam! - po czym wyszczerzył się w uśmiechu, odsłaniając trzy ostatnie zęby trzymające się jego głupiej, starej gęby, zacharczał i zakasłał, zupełnie jak rozklekotany wóz, który prowadził, a wreszcie wrzucił wyższy bieg i dodał gazu.
Ktoś z tyłu autobusu zapalił papierosa! Nawet Eugene Penrose był zaskoczony. Nie zamierzał jednak oddać palmy pierwszeństwa w łobuzerce. Podszedł do palacza, wysępił szluga, wrócił na czoło busa, zapalił i zaczął celować rozżarzonym końcem w twarz Johnseya, a ten, robiąc uniki, raz po raz uderzał głową w szybę podskakującego busa. - Bo zaraz się zatrzymam! - pogroził na niby Paddy Świr, śmiejąc się i kaszląc. Johnsey czuł gorąco bijące z papierosa, którego końcówka znalazła się bardzo blisko jego twarzy. Wyobrażał sobie, jak Matka i Tatuś dopytują o źródło poparzeń, chcą wiedzieć, kto mu to zrobił; jak Tatuś z rykiem silnika rusza dżipem do domu Eugene'a Penrose'a i zaczyna wydzierać się na jego ojca, jak robi się z tego wielka zadyma i przez cały poniedziałek Eugene wyzywa go od pieprzonych donosicieli i leje go, kiedy i gdzie tylko się da.
Poznaj nasz wyjątkowy wybór nagradzanych utworów literackich z całego świata w doskonałych przekładach.
Efekty irlandzkiego kryzysu ekonomicznego docierają też na prowincję. Upada miejscowa firma budowlana, a wraz z nią rozpada się złudzenie stabilizacji i wspólnoty. Pojawiają się akty przemocy, poczucie krzywdy i bezbronności. Donal Ryan proponuje unikalną, wielogłosową narrację. Budowlańcy i ich żony, zatroskane matki i ojcowie, młodzi ludzie, którzy marzą o wyrwaniu się do lepszego świata - wszyscy oni muszą zmierzyć się z dezintegracją ich małej społeczności.
Dwadzieścia jeden postaci, z których każda ma do opowiedzenia własną wersję zdarzeń. Ich różne spojrzenia i doświadczenia oddają rozsypkę świata pogrążonego w chaosie. Czy na pewno tylko ekonomicznym?
Cheryl zawsze była na uboczu idealnej społeczności Little Neck Cove. Wie, że nie pasuje do perfekcyjnych żon perfekcyjnych mężów. One też to wiedzą. Rozpaczliwie próbuje odnaleźć namiastki bliskości i udawać, że znajduje radość w swoim życiu. Kiedy pasierb Cheryl, Teddy, zostaje wyrzucony ze studiów i wraca do rodzinnego domu, drobne rysy na obrazie idealnego życia zamieniają się w głębokie pęknięcia. On też tu nie pasuje.
Ze znanych motywów znudzonych żon, rozleniwionych młodzieńców, zdradzających mężów i podejrzliwych sąsiadów Karolina Waclawiak buduje zupełnie nową, intrygującą opowieść o starzeniu się, dysfunkcyjnych związkach i nie całkiem spokojnym życiu na przedmieściach.
Złowroga atmosfera, moralne dylematy, szalone namiętności, wszystko to ujęte w pięknie wyrzeźbione zdania.
Niemcy, rok 1936. Naziści dochodzą do władzy. Janna, młoda Holenderka, zostaje wysłana przez ojca do rozgoryczonego arystokraty Egona von Böttichera, który ma ją trenować w szermierce. To mężczyzna dręczony wojenną przeszłością, w którą zamieszany jest również ojciec Janny.
Historia Janny to nie tylko opowieść o miłości i utracie niewinności, ale też obraz niespokojnej atmosfery zmian w historii, pełen niepewności i napięcia poprzedzającego drugą wojnę światową.
Jedno zrządzenie losu może zmienić prostą ścieżkę życia w skomplikowany labirynt. Młoda dziewczyna traci matkę, kiedy z nieba spada bryła lodu. Kobieta dwa razy wygrywa na loterii. Pewien mężczyzna został cztery razy rażony piorunem. Zbieg okoliczności? A może coś więcej?
Rzeczy, które spadają z nieba to opowieść o trzech ludzkich istnieniach, których losy na zawsze odmieniają przypadkowe wydarzenia. To także rozważania o sile miłości, upływie czasu i bólu związanym ze stratą. Selja Ahava, jedna z najbardziej lubianych fińskich powieściopisarek, łączy te historie w niezapomnianą opowieść o nagłych zwrotach akcji.