Taki piękny most - Agnieszka Bednarska

Kup ebooka

25.00 zł
21.25 zł (17,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

Światło w lampie, przy której pracowała, zamigotało i zgasło, pokój wypełniła szarość budzącego się świtu. Georgia zastukała starannie opiłowanym paznokciem w szklany klosz, ale nic się nie zmieniło. Zmarszczyła brwi i przekrzywiła głowę, nasłuchując. Dom pogrążony był w zwyczajnej o tej porze ciszy. Przez uchylone okno nie dostawał się żaden dźwięk, topole okalające posesję, w których gałęziach przeważnie hulał wiatr, stały strzeliste i nieruchome.

Poczuła narastający niepokój. To nie musiało nic znaczyć. Ale mogło.

Oparła dłonie o krawędź biurka i przymknęła oczy. "Proszę - pomyślała - niech nic się nie stanie".

Wstała i poprawiła spódnicę. Wyłączyła komputer, a notes i wieczne pióro schowała do szuflady. Powinna od razu iść na piętro, ale starała się oddalić ten moment, gdy będzie musiała skonfrontować przeczucie z rzeczywistością.

Coś kazało jej podnieść głowę i spojrzeć na sufit. Zrobiła to w chwili, gdy pęknięcie dotarło do połowy długości gabinetu. I postępowało. Ciemną, kanciastą linią przypominającą pazur.

To było więcej, niż się spodziewała. Zerwała się do biegu. Piętro jeszcze nigdy nie wydawało się jej takie wysokie, a korytarz taki długi. Nacisnęła klamkę i zamaszystym ruchem pchnęła drzwi do pracowni córki.

Zachwiała się, nieprzygotowana na widok, który ukazał się jej oczom.

Wszystkie sztalugi leżały na podłodze, jak sterta gruzu. Obrazy i czyste płótna, rozrzucone i pochlapane farbami, podobnie jak ściany, okna i nieliczne meble. W powietrzu unosił się zapach wilgoci.

Żarówka w przewróconej lampie dogorywała, drżąc.

Georgia ostrożnie przekroczyła próg. Antonia powinna znajdować się gdzieś wśród tego pobojowiska, lecz Georgia na chwilę zapomniała o córce. Stanęła na środku pokoju i powiodła spojrzeniem po ścianach, bezwiednie rozchylając usta i przetrzymując powietrze w płucach tak długo, aż poczuła ból.

Dopiero spoglądając z tej perspektywy, zdała sobie sprawę, że to, co widzi, nie jest wynikiem furii z jaką ktoś, najprawdopodobniej jej córka, ciskał farbami w ściany. Przed oczami miała obrazy. Dziesiątki, a może i setki scen w odcieniach czerni i bieli, ogromnych - sięgających pod sufit - średnich i zupełnie małych. Obrazy nakładały się na siebie, przenikały jak rysunki na kalkach technicznych.

Na wszystkich widniał ten sam motyw: korytarz albo sztolnia.

Mroczna, długa i ciasna, na której końcu nie było światełka. Czuła przymus wpatrywania się w miejsce, w którym można by spodziewać się wyjścia, lecz na żadnym z malowideł go nie dostrzegła, wskutek czego już po chwili ogarnęło ją klaustrofobiczne poczucie zamknięcia. Chwyciła ją nagła duszność i Georgia zapragnęła uciec z tego miejsca, choćby tylko spojrzeniem; obróciła się wokół własnej osi, ale wszędzie widziała to samo. Zakręciło się jej w głowie, w pokoju nie było czym oddychać. Nikt nie podniósł rolet, nie działała klimatyzacja.

Nagle przypomniała sobie, gdzie jest i dlaczego przybiegła. Pełna złych przeczuć ukryła twarz w dłoniach, aby przerwać hipnotyczne oddziaływanie tunelu na zmysły. Mimo że czuła zalegające w płucach stęchłe powietrze, wzięła następny oddech i zawołała półgłosem:

- Antonio?

Pomieszczenie było duże, sypialnia znajdowała się na jego krańcu, za parawanem, ale nie dochodziły stamtąd żadne dźwięki.

- Antonio, jesteś tu? - zapytała, stawiając niepewne kroki. Gdy podeszła wystarczająco blisko, za ścianką z bambusa wyczuła czyjąś obecność. Ponieważ córka się nie odezwała, Georgii przyszło na myśl, że może zastać tam kogoś innego. Czyżby do domu wdarł się obcy i skrzywdził jej dziecko? Przyspieszyła i po chwili, gotowa odeprzeć każdy atak, weszła za parawan. Zderzyła się, ale nie z intruzem, tylko z tym, co zobaczyła. Do dziś myślała, że w zachowaniu córki nic nie zdoła jej zaskoczyć, że przerobiły już wszystko. Właśnie się przekonała, jak bardzo się myliła.

Antonia siedziała przed toaletką, w aurze światła mlecznych żarówek. W brudnej i postrzępionej pidżamie, jakby przez całą noc wędrowała po lesie. W ręku trzymała tępo zakończone nożyczki - całkiem niedawno Georgia postanowiła zaryzykować i pozwoliła córce ich używać.

Na jej częściowo odsłoniętych ramionach, na bosych stopach i wokół krzesła wiły się jak węże pukle ciemnych włosów. Niania Antonii, Ludmiła, od ponad dwudziestu lat była dumna, że są takie zdrowe i lśniące.

Na głowie pozostały strzępy, sterczały nierówne, raczej wyskubane niż obcięte, czyniąc twarz Antonii inną niż ta, do której wszyscy przywykli. Wydawało się, że wraz z włosami dziewczyna straciła niewinność - jej dotąd łagodne, wręcz dziecięce rysy wyostrzyły się i nabrały drapieżności. Antonia wpatrzona we własne odbicie wydawała się nim zaabsorbowana, a gdy zauważyła nadejście matki, spłoszyła się. Georgia odniosła wrażenie, że córka zamierza uciec, że poderwie się ze swojego miejsca i czmychnie między rzeczy jak mysz.

- Hej, córeczko - zagadała ostrożnie. Zdziwiona dziewczyna zmarszczyła brwi, zawahała się. Była spięta i w każdej chwili gotowa do odparcia ataku. Milczała, co było dziwne, bo Antonia zawsze wydawała z siebie jakieś dźwięki, ciche pomruki, chrząknięcia. - No... - wyciągnęła rękę w jej stronę - ...chodź do mamy.

- Nie znam cię - odpowiedziała dziewczyna, uchylając się przed dotykiem. Georgia znieruchomiała.

- Antonio, to ja, mama.

- Odejdź - warknęła ostrzegawczo. Jeszcze nigdy wypowiedziane przez córkę Georgii słowa nie brzmiały tak wyraźnie i zdecydowanie. Głos też miała jakby nie swój. Lecz najgorsze dla jej matki było to, że jej nie rozpoznawała.

 

***

 

- Ma gorączkę, ale poza tym fizycznie nic jej nie jest - oświadczył Thomas Hatton, neurolog i psychiatra Antonii oraz przyjaciel rodziny - niewątpliwie jednak doszło do tąpnięcia w psychice. Taka zmiana w zachowaniu nie zachodzi bez przyczyny.

- Już mówiłam, nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Wczorajszy dzień był jak setki poprzednich, żadnych odstępstw od rytuałów, może poza podaniem syropu, bo Antonia jest przeziębiona, ale ona go lubi. O wielkich emocjach nie może być mowy, Ludmiła dobrze o to dba... Więc dlaczego?

- Nie wiem. I być może nigdy się nie dowiemy. Trzeba ją obserwować.

- Dlaczego najpierw zachowywała się tak, jakby nie wiedziała kim jestem, a później wszystko wróciło do normy?

- Nie wiem - powtórzył.

- Thomasie, czy to może oznaczać, że coś się poprawi... No wiesz, w jej głowie? - zapytała niepewnie. Była wykształconą kobietą, rozumiała, co dolega jej córce, poza tym dawno omówili ten temat i wydawało się, że go zamknęli, więc Thomas był zdziwiony, że Georgia jeszcze się łudzi.

Spojrzał na nią łagodnie. Nic nie musiał mówić, wszystko miał wypisane na twarzy. Odstawił pustą filiżankę i nakrył dłonią dłoń przyjaciółki, ledwo zauważalnie pokręcił głową, ale ona chciała go jeszcze przekonywać.

- Coś ewidentnie się zmieniło, a przecież nikt się tego nie spodziewał. Odkąd zaczęła malować, malowała tylko autoportrety, ile to już lat? Piętnaście? Osiemnaście? - Patrzyła mu prosto w twarz, jakby wyczekując potwierdzenia. - Nigdy nie namalowała nikogo innego ani nawet drzewa czy ptaka. Tylko siebie. I nagle takie coś? Co to w ogóle jest?

- Moim zdaniem to jakiś tunel. Gdyby na końcu było światło, pomyślałbym, że straciła przytomność i miała wizję. To dosyć popularny motyw podczas utraty świadomości.

- Jednak to nie wygląda jak ścieżka do raju.

- Zupełnie nie - zgodził się. - Chociaż niewykluczone, że właśnie z chwilową utratą świadomości mamy do czynienia. Wystarczyłby miniwylew, a nawet bardzo silny atak migreny.

- Ona nie miewa migren - przypomniała mu Georgia.

- Rezonans mógłby rozwiać wątpliwości.

- Wiesz, z czym to się wiąże. Antonia boi się szpitali, tej całej aparatury, a podanie leków uspokajających przed badaniem nie wchodzi w grę. Taki stres mógłby pogorszyć jej stan, chyba nie warto ryzykować.

- Zobaczymy, co będzie się działo, gdy Antonia się wyśpi. Niewykluczone, że to, co zobaczyliśmy, to tylko jedna ze zmian, jakie się w niej dokonały. - Georgia wyraźnie się tymi słowami zainteresowała, ale Thomas natychmiast sprowadził ją na ziemię. - Nie, Georgio, przykro mi. Cudu nie będzie, twoja córka urodziła się z deficytem i tak już zostanie. Nawet jeśli nastąpią zmiany, niewykluczone, że na lepsze, Antonia nigdy nie będzie jak inne młode kobiety.

Thomas Hatton nie powiedział nic nowego, a jednak sprawił Georgii przykrość. "Jako lekarz nie mógł zachować się inaczej, lecz jako przyjaciel powinien być mniej obcesowy" - pomyślała, dolewając sobie herbaty. Kiedy przechyliła dzbanek nad jego filiżanką, powstrzymał ją gestem.

- Dziękuję, ale muszę już iść. Wpadnę wieczorem. Gdyby coś się działo, dzwoń.

- Czy to możliwe, że znalazła się w transie? - zapytała, jakby nie dosłyszawszy jego ostatnich słów.

- Niewykluczone.

- I przeżyła w nim coś strasznego, a potem dała temu wyraz w obrazach na ścianach?

- Tak przypuszczam.

 

- Obawiam się, że będą tego konsekwencje. Gdybyś wiedział, jak ona na mnie patrzyła, gdy ją znalazłam... Nie miała pojęcia, kim jestem, sama też wyglądała inaczej... - Szukała w myśli odpowiednich słów. - Przez chwilę sądziłam, że moja córka straciła swoją ułomność.

- Wiesz, że to niemożliwe. - Georgia skinęła głową, choć wiedziała swoje. Antonia w tamtym momencie była zdrowa.

Hatton wstał i podał rękę Georgii. Kiedy i ona się podniosła, wziął ją pod ramię i pozwolił odprowadzić się do drzwi.

- Przecież Antonii zdarzały się już różne dziwactwa i zawsze sobie z nimi radziliśmy.

- Tym razem to coś więcej.

- Ale wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda? Również na Wiktorię, wspominała cię wczoraj.

- Gdy ostatnio rozmawiałyśmy, wydawała się przybita, zauważyłeś?

- To nic wielkiego, dopadł ją syndrom opuszczonego gniazda. Poradzi sobie.

- W końcu sypia z psychiatrą - Georgia postanowiła zakończyć rozmowę w weselszym tonie. - Dziękuję, Thomasie. Do widzenia.

- Wpadnę do was niebawem. - Pochylił się i ucałował ją w policzek. - Miłego dnia.

 

***

 

 

Od autorki

 

 

Drodzy Czytelnicy,

 

nadeszła chwila, gdy mogę przekazać w Wasze ręce trzecią, ostatnią część cyklu o kobiecie prowadzącej całkiem zwyczajne życie, pełne radości i trosk znanych wszystkim ludziom, i odkrywającej w sobie dar, o którym sądziła, że utraciła go w dzieciństwie. Amy dopiero w chwili, gdy przestała walczyć ze swoim przeznaczeniem, zrozumiała, do czego została stworzona, i postanowiła pójść własną drogą. Jednak w dzisiejszym świecie, w którym wszystko, co duchowe, często wydaje się śmieszne, a liczy się pozycja społeczna i liczba zer na koncie, decyzja młodej kobiety, by porzucić schematy i wybrać niepewny szlak, nie mogła spotkać się ze zrozumieniem nawet jej bliskich. Amy znalazła w sobie siłę, której jej zazdroszczę, bo sama nierzadko rezygnowałam z walki o coś, na czym mi zależało, na rzecz świętego spokoju. Lecz ona nie.

Są ludzie, którzy kiedy czegoś pragną, sięgają po to, nie bacząc na konsekwencje. Wiedzą, po co pojawili się na świecie, i realizują swoją misję, często płacąc za to wysoką cenę. Bywa, że żyją krótko, ale po swojemu. Kto odważy się powiedzieć, że jest to gorsze rozwiązanie niż życie bezpieczne i długie, lecz na zasadach ustanowionych przez innych? Czy nie na tym właśnie polega wolność, której pragniemy? Na decydowaniu o sobie?

 

Amy wybrała zgodnie z tym, co czuła. Może gdyby wiedziała, do czego ją to doprowadzi i jak wiele światów jej decyzja obróci w ruinę, postąpiłaby inaczej? Tego nie wiemy. Nikt z nas nie wie, co by było, gdyby...

Mam nadzieję, że nie będziecie, drodzy Czytelnicy, zbyt surowymi sędziami dla Amy, wszak nigdy nie szliście w jej butach.

 

 

Z życzeniami niezapomnianych wrażeń podczas lektury

 

            Agnieszka Bednarska