Rozdział 1
Starszy aspirant Michał Góralski z uczuciem ulgi wypisanym na poszarzałej twarzy najechał kursorem na ikonkę "Drukuj" i odczekał, aż drukarka wypluje wezwanie na przesłuchanie świadka w sprawie z artykułu dwieście osiemdziesiątego kodeksu karnego, czyli rozboju. Kiedy przenosił się do komendy miejskiej z oddziału prewencji, trochę inaczej wyobrażał sobie służbę w wydziale kryminalnym. Rzecz jasna, starsi stażem kryminalni ostrzegali go, że utonie w papierach, których przygotowywanie będzie zajmowało mu średnio osiemdziesiąt procent czasu poświęconego na pracę, ale Góralski z natury był raczej optymistą i nie brał ich słów na poważnie. Tymczasem po pół roku spędzonym przy Lompy zdarzało mu się żałować rejterady z Koszarowej. Tam przynajmniej służba trwała osiem godzin z zegarkiem w ręku, no, chyba że jego kompania zabezpieczała jakiś mecz. Co prawda z powodu mnogości drużyn na Śląsku mecze rozgrywano niemal w każdy weekend, ale to nadal był jeden dzień w tygodniu. W kryminalnych Góralski prawie codziennie zostawał po godzinach, a zdarzało mu się zabierać robotę do domu, jeśli terminy goniły, a prokurator naciskał coraz częstszymi telefonami.
Musiał jednak przyznać, że praca w miejskiej miała też niezaprzeczalne zalety: nie musiał już robić za płot na Żoliborzu, odpadały coroczne wyjazdy do Warszawy na 11 listopada i dwutygodniowe przymusowe pobyty na granicach, najpierw polsko-białoruskiej, a teraz też polsko-ukraińskiej. Tak, wydział kryminalny z całą pewnością był jednym z najmniej upolitycznionych w całej policji i Góralski uważał, że nadgodziny są ceną, jaką może zapłacić za pracę tutaj.
Dokładnie w chwili, gdy kładł wezwanie na pokaźnych rozmiarów stos dokumentów przygotowanych dla sekretariatu, gdzie miały zostać zaadresowane i nadane, poczuł, że w jego kieszeni wibruje telefon. Wyjął go i widząc imię żony na wyświetlaczu, natychmiast odebrał.
- No co tam? - mruknął do telefonu, przygotowany na jej niezadowolenie.
Niezadowolenie było ostatnio u Aśki stanem permanentnym. Rozumiał, że kiepsko znosi ciążę, a jego przejście do kryminalnego zbiegło się z momentem, kiedy ich wieloletnie starania o dziecko wreszcie zakończyły się sukcesem, ale bez przesady. Mogłaby wykrzesać z siebie chociaż odrobinę więcej optymizmu.
- Pamiętasz, że dzisiaj jesteśmy umówieni w klinice? - od razu przeszła do rzeczy.
Michał usłyszał w słuchawce charakterystyczny szum, co oznaczało, że Aśka korzysta z zestawu głośnomówiącego w samochodzie.
- Jasne - odpowiedział. - Spotkamy się na miejscu, w porządku? Raczej się nie wyrobię, żeby przed wizytą podjechać do domu.
- Michał! - Aśka podniosła głos, a gdzieś w tle rozległo się donośne trąbienie. - Czego trąbisz, kretynie?
- Wszystko w porządku? - zaniepokoił się Góralski. - Dokąd ty w ogóle jedziesz?
- Muszę na chwilę podjechać do biura - wyjaśniła. - Tak, w porządku! Nie dość, że wymusił pierwszeństwo, to jeszcze mnie otrąbił!
Michał nie zamierzał podejmować tego wątku. Coraz częściej łapał się na tym, że zastanawia się, kto dał tej kobiecie prawo jazdy. Aśka była fatalnym kierowcą, miała na koncie kilka kolizji, oczywiście każdą z jej winy. Góralski już zapowiedział, że kiedy mały przyjdzie na świat - bo spodziewali się syna - nie pozwoli żonie wozić go samochodem, na co ona śmiertelnie się obraziła i powiedziała, że nie rozumie, o co mu chodzi. Był więc przekonany, że to Aśka wymusiła pierwszeństwo na rzeczonym kretynie, nie odwrotnie.
- Mieliśmy pojechać tam razem. - W głosie jej brzmiała pretensja.
- A co za różnica, czy spotkamy się w mieszkaniu, czy w klinice? - Góralskiego coraz bardziej męczyła ta dyskusja.
- To może twoja obecność w ogóle jest zbędna?
- Niczego takiego nie powiedziałem. Obiecałem ci, że będę, i dotrzymam słowa.
- Nie zamierzam na ciebie czekać, jeśli poproszą mnie do gabinetu. - Aśka wyraźnie się nakręcała.
- Powiedziałem, że spotkamy się na miejscu! - krzyknął Góralski, tracąc cierpliwość. - A teraz kończę, skup się na drodze - rzucił do telefonu i rozłączył się, nie czekając na reakcję żony.
Wcale nie pomagała tymi wiecznymi pretensjami i żalami o to, że spędza za dużo czasu w pracy. Przecież nie robił tego specjalnie. Poza tym, kiedy się poznali, Michał już służył w policji. Najpierw ślubował ojczyźnie. Aśka sprawiała wrażenie, jakby pojmowała, że - no właśnie - to nie jest praca, tylko służba, a jednak z roku na rok stawała się coraz mniej wyrozumiała, a w ostatnich miesiącach przechodziła samą siebie. Obraziła się nawet o to, że jako nowy w wydziale musiał spędzić święta w pracy, a przecież to nie on sobie ten grafik układał! To oczywiste, że wolał być z nią, jednak na pewne sprawy nie miał wpływu. Jako świeży nabytek Wydziału Kryminalnego Komendy Miejskiej w Katowicach musiał zapłacić frycowe.
Termin badania USG zaznaczyła w kalendarzu na czerwono co najmniej miesiąc wcześniej, a od tygodnia uporczywie przypominała mężowi, że on również tego dnia powinien być obecny w klinice. Choć tak naprawdę nie musiała tego robić - dla Michała to też było ważne wydarzenie, nie tylko dlatego, że spodziewali się pierwszego dziecka. W pewnym momencie Góralski już sam nie wierzył w to, że im się uda - lata prób, niezliczonych konsultacji, krępujących badań i wciąż brak diagnozy. Podobno z punktu widzenia medycyny nic nie stało na przeszkodzie, żeby zostali rodzicami, a mimo to co miesiąc wciąż na nowo przeżywali bolesne rozczarowanie. Udało się chyba tylko dlatego, że obydwoje odpuścili. Jak wiele par próbujących bezskutecznie począć dziecko, kupili sobie psa i przelali na niego całą miłość, jaką obdarzyliby córkę czy syna.
Ich york zresztą szybko stał się powodem kpin w wydziale. Jeden z kolegów widział Michała na spacerze z psem i od razu opowiedział o tym w komendzie. Widok dwumetrowego, barczystego, łysego, groźnego z wyglądu faceta wyprowadzającego trzykilogramowego Pimpusia, któremu takie kretyńskie imię nadała oczywiście Aśka, mógł bawić, ale bez przesady. Góralski jednak zdawał sobie sprawę, że środowisko, w którym się obraca, tworzą nieco skrzywieni zawodowo ludzie, więc znosił te kpiny z podniesionym czołem.
Mimo że Aśka była już w siódmym miesiącu ciąży, Góralski nadal nie dowierzał, że za niespełna dziesięć tygodni zostanie ojcem. Rosnący brzuch żony nijak nie łączył się w jego głowie z dzieckiem, które wciąż stanowiło dla niego byt abstrakcyjny. Przypuszczał, że to się nie zmieni aż do porodu. Aśka nosiła ich syna pod sercem, czuła jego ruchy, stanowili jeden organizm, dla niej więc dziecko istniało już teraz, tymczasem Michał wiele razy próbował wizualizować syna, lecz nic mu z tego nie wychodziło. Dla niego mały był po prostu częścią Aśki. Niepokój w jego sercu mieszał się z wątpliwościami, czy udźwignie taką odpowiedzialność. Nie mieli na miejscu rodziny do pomocy, a Aśka po macierzyńskim będzie musiała wrócić do pracy - nie utrzymają się z policyjnej pensji.
Otwierał właśnie akta kolejnej z wielu prowadzonych przez siebie spraw, kiedy zadzwonił telefon stojący na biurku. Podniósł słuchawkę. Nie zdążył nawet wyrecytować stosownej formułki, ponieważ dyżurny przerwał mu w połowie:
- Słuchaj, weź Bystrzanowskiego i jedźcie na Katowicką, wysyłam ci na terminalu dokładny adres. Nietypowy zgon.
- Nietypowy? - powtórzył Góralski, nie do końca rozumiejąc, co dyżurny ma na myśli. - Znaczy, że ze znamionami udziału osób trzecich?
- No właśnie nie. Na miejscu są chłopaki z prewencji, niby nic nie wskazuje na to, żeby ktoś tę dziewczynę zamordował, ale ma tylko dziewiętnaście lat, ojciec zarzeka się, że była okazem zdrowia, a ona po prostu się wzięła i umarła. Technicy i lekarz niedługo będą, prokurator powiadomiony - trajkotał z prędkością karabinu maszynowego dyżurny.
Facet znał się na robocie jak mało kto i swoją wiedzą chętnie dzielił się z kolegami, dzięki czemu wiele razy udało się szybko rozwiązać problem z pozoru nierozwiązywalny, miał jednak jedną niezaprzeczalną wadę: mówił tak szybko, że większość ludzi potrzebowała co najmniej kilku sekund, aby przyswoić to, co powiedział.
- Dobra, dzięki - powiedział Góralski, kiedy już przetworzył informacje. - Jedziemy tam.
Michał odłożył słuchawkę i odruchowo spojrzał na zegarek. Do wizyty w klinice zostało pięć godzin, powinien się wyrobić, a właściwie musi, jeśli nie chce narazić się na kolejną awanturę. Wyłączył komputer, zarzucił na siebie bluzę, zebrał wszystkie dokumenty przygotowane do nadania i wyszedł z pokoju. Już na korytarzu rzucił okiem na swój terminal i sprawdził adres, pod który mieli pojechać z kolegą.
Aspiranta Bystrzanowskiego znalazł w sekretariacie - właśnie opowiadał ze szczegółami pracującym tam kobietom, jak ciężko przechodził grypę. Cały Karol. Mógł się pochwalić największą liczbą zwolnień lekarskich w komendzie, a może i w całej śląskiej policji. Nie dość, że co chwila chorował, to jeszcze był nieuleczalnym hipochondrykiem i opowiadanie innym ludziom o trapiących go dolegliwościach sprawiało mu widoczną radość.
- Zbieraj się, mamy robotę - powiedział do niego Góralski, po czym zwrócił się do pracownicy sekretariatu: - Pani Kasiu, wezwania i zawiadomienia do nadania. Ogarnie pani?
- Oczywiście. - Wysoka szczupła blondynka, starsza od niego o dobre piętnaście lat, natychmiast poderwała się z fotela i przejęła podawane jej dokumenty.
Początkowo Góralski odnosił wrażenie, że pani Kasia go podrywa, lecz szybko odkrył, że taki ma po prostu sposób bycia. Flirtowała, chyba nieświadomie, ze wszystkimi mężczyznami, ale podobno była szczęśliwą mężatką i matką dwojga dorosłych już dzieci.
- Dziękuję, jest pani aniołem - skomplementował ją, bo zdążył już się zorientować, że akurat z panią Kasią warto dobrze żyć. Była nie tylko najbardziej doświadczoną osobą w sekretariacie, ale też najbardziej rozgarniętą.
- Dokąd jedziemy? - zapytał, pociągając nosem Bystrzanowski, który najwyraźniej jeszcze nie wrócił do zdrowia.
- Na Bogucice, nietypowy zgon - wyjaśnił Góralski, przechodząc przez drzwi prowadzące na klatkę schodową.
- Znowu jakiś menel zaciukał drugiego za butelkę wódki?
Rzeczywiście, Bogucice miały raczej złą sławę i dochodziło tam do takich zdarzeń, zwłaszcza w rejonie Markiefki i sąsiednich ulic.
- Nie tym razem. Bogucice zaraz na granicy z Koszutką - doprecyzował Góralski, schodząc po schodach. - Właściwie nie wiadomo, co się stało. Dziewiętnastolatka po prostu umarła, nic więcej nie wiem.
- W tym wieku raczej nie umiera się tak po prostu - zauważył Bystrzanowski.
- I dlatego zostaliśmy wezwani - podsumował Góralski, z trudem powstrzymując się od dodania: "geniuszu".
Kiedy wychodzili z komendy, słońce właśnie przebijało się przez chmury. Tego dnia wiał silny wiatr, dlatego pogoda co chwila się zmieniała - najpierw padał ulewny deszcz, za moment niebo robiło się bezchmurne, ale trzeba było przyznać, że jak na kwiecień temperatura była przyjemna. Góralski usiadł za kierownicą jednego z zaparkowanych na wielkim placu przed komendą radiowozów i zaczekał, aż Bystrzanowski wgramoli się niezdarnie na siedzenie pasażera. Michał słyszał plotki, że gdy kichnął, wypadł mu dysk. Nie miał pojęcia, czy to prawda, pewnie ktoś coś podkoloryzował, ale nie zdziwiłby się, gdyby naprawdę tak było.
Bez większych problemów zjechali w dół przejezdną już o tej porze Francuską, przecięli Warszawską i bocznymi uliczkami dostali się na północną stronę miasta. Góralski zaparkował kię tuż przy Maczku, jak potocznie nazywano liceum ogólnokształcące, którego patronem był generał Stanisław Maczek. Chodził do tej szkoły, mieszkał na pobliskiej Koszutce i wybrał to liceum właściwie tylko dlatego, że nie chciał codziennie zrywać się z łóżka skoro świt, żeby zdążyć na autobus, którym miałby się przebijać w korkach na drugą stronę miasta, a jednak był to najlepszy z możliwych wyborów. Maczek pozwalał żyć. Poziom był dość wysoki, ale nie na tyle, żeby uczniowie, by zdać do następnej klasy, musieli korzystać z pomocy korepetytorów.
Góralski spojrzał z sentymentem na gmach szkoły i wszedł do jednej z klatek w stojącym w sąsiedztwie liceum niskim bloku. Nawet gdyby nie był pewny, czy trafił pod właściwy adres, widok dwóch zaparkowanych przed budynkiem radiowozów i licznej grupy gapiów pomógłby mu trafić na miejsce.
Klatka schodowa najwyraźniej była świeżo po remoncie, ponieważ w powietrzu unosił się jeszcze ledwie wyczuwalny zapach farby. Góralski szedł przodem, pokonując po dwa stopnie naraz. Drzwi na drugim piętrze prowadzące do środkowego mieszkania były otwarte i stał w nich dobrze znany Michałowi policjant z oddziału prewencji. Choć służyli na Koszarowej w innych kompaniach, często mijali się w drodze do i z pracy, na placu ćwiczebnym i parę razy byli razem w Warszawie. Góralski wyciągnął do niego dłoń, którą ten natychmiast uścisnął.
- Cześć. Jak ci w miejskiej? - zagadnął.
- Cześć. Całkiem nieźle - uciął temat Góralski, uznawszy, że to nie czas i miejsce na pogawędki. - Co mamy?
- Denatka Paulina Hajduk, dziewiętnaście lat, brak śladów przemocy, właściwie brak jakichkolwiek śladów. Oprócz niej w mieszkaniu był jej ojciec, który na co dzień tu nie mieszka. Pokłócił się wczoraj z żoną i zadzwonił do córki z pytaniem, czy może u niej przenocować. Rano znalazł ją martwą - zaraportował mundurowy.
- Ojciec nadal tu jest?
- Tak, w drugim pokoju.
Góralski skinął głową, minął kolegę i wszedł do mieszkania, a w ślad za nim Bystrzanowski.
Michał rozejrzał się. Mieszkanie nie było duże, z małego przedpokoju wchodziło się po lewej do sypialni, a po prawej do większego, choć jednak niewielkiego salonu, w którym na kanapie siedział mężczyzna w wieku plus minus pięćdziesięciu lat i wpatrywał się w jakiś punkt na ścianie przed sobą. Góralski zwrócił uwagę na pokaźną kolekcję lamp, poustawianych w różnych miejscach pomieszczenia: na parapecie, regale, podłodze, stoliku. Dziwne, po co komuś tyle lamp? Przeniósł spojrzenie z powrotem na ojca ofiary. Wyglądał dość przeciętnie, właściwie niczym nie różnił się od innych facetów w jego wieku - lekka nadwaga, zakola i łysina na czubku głowy, długi haczykowaty nos.
Naprzeciwko drzwi wejściowych znajdowały się drzwi do łazienki, a dalej, za małym pokojem, wchodziło się do kuchni. Całe mieszkanie miało nie więcej niż czterdzieści metrów kwadratowych i Góralski musiał przyznać, że wyglądało na zadbane.
- Dzień dobry. Starszy aspirant Michał Góralski i aspirant Karol Bystrzanowski, Wydział Kryminalny Komendy Miejskiej Policji w Katowicach - zwrócił się do ojca ofiary.
Mężczyzna przeniósł nieprzytomne spojrzenie ze ściany na policjantów. Dopiero po kilku sekundach w jego oczach pojawiło się zrozumienie i poderwał się z kanapy.
- Jacek Hajduk. - Nie silił się na żadne "dzień dobry", bo z całą pewnością nie mógł zaliczyć tego dnia do dobrych.
Góralski zatrzymał na dłużej wzrok na jego twarzy. Miała niezdrowy odcień, a pod oczami uwydatniły się ciemne cienie. Mężczyzna przeczesał dłonią rzadkie włosy i uciekł spojrzeniem na bok.
- Ja... nie rozumiem - wyjąkał, kręcąc głową. - Wieczorem normalnie rozmawialiśmy, wszystko było w porządku.
- Bardzo mi przykro z powodu pana straty - powiedział Góralski, po czym zrobił pauzę i przystąpił do zadawania pytań: - Pan tutaj na co dzień nie mieszka, zgadza się?
- Nie, wynajmuję dla córki. W październiku zaczęła studia na Uniwersytecie Śląskim...
- Jaki kierunek?
- Pedagogika. Wydział mieści się niedaleko, dlatego zdecydowaliśmy się na to mieszkanie, żeby miała blisko i... - Głos mu się załamał. - Przepraszam, trudno mi zebrać myśli.
- Potrzebuje pan pomocy medycznej?
- Ja? - zdziwił się Hajduk. - Nie, nie... Tylko... Jak to możliwe? Wieczorem naprawdę wszystko było w porządku!
Opadł z jękiem na kanapę i ukrył twarz w dłoniach, wciąż kręcąc głową, jakby nie przyjmował do wiadomości tego, co się stało. I tak zapewne w istocie było. Góralski jako doświadczony policjant wiedział, że nie może brać na siebie emocji ludzi, z którymi ma do czynienia w pracy, bo to zagraża nie tylko jego profesjonalizmowi, ale też zdrowiu psychicznemu, jednak szczególnie trudne były dla niego sytuacje, gdy ktoś tracił dziecko. Nieważne, w jakim wieku było, bo przecież dla rodzica zawsze będzie dzieckiem.
- Zaraz do pana wrócę - zapowiedział Góralski, choć odniósł dziwne wrażenie, że Hajduk go nie słucha.
Poszedł do przedpokoju, w którym Bystrzanowski rozmawiał z drugim z mundurowych z oddziału prewencji, i we trzech weszli do sypialni, na której środku stało szerokie łóżko. Oprócz niego była jeszcze niewielka komoda i kilka lamp. Góralski zatrzymał wzrok na leżącej na materacu młodej czarnowłosej dziewczynie. Wyglądała, jakby spała. Podszedł bliżej i dopiero wtedy dostrzegł oznaki śmierci.
Dziewczyna leżała na plecach z dłońmi splecionymi na piersi. Jej ciemne włosy były ułożone na poduszce w sposób budzący skojarzenie z mityczną Meduzą i tymi cholernymi wężami, które wiły się wokół jej głowy. Kołdra została niedbale rzucona w róg łóżka. Ofiara miała na sobie cienką bordową koszulę nocną na ramiączkach.
Góralski przyglądał się przez dłuższą chwilę ciału dziewczyny - od razu przypomniały mu się słowa dyżurnego: "się wzięła i umarła". Właśnie tak wyglądała Paulina Hajduk - jakby postanowiła umrzeć, ułożyła się wygodnie na łóżku i po prostu odeszła. Ale to przecież było niemożliwe.
Przykucnął i przyjrzał się dziewczynie z bliska. W dolnej części odsłoniętych ramion pojawiły się już sinofioletowe plamy opadowe.
- Ktoś coś tutaj ruszał? - zapytał policjanta z prewencji.
- Z tego, co mówił ojciec, próbował ją ratować, więc na pewno jej dotykał - wyjaśnił mundurowy.
Góralski skinął głową. Wyprostował się i wrócił do drugiego pokoju. Poczekał, aż Jacek Hajduk na niego spojrzy.
- Co się stało z kołdrą? - zapytał, gdy w końcu udało mu się nawiązać kontakt wzrokowy z ojcem ofiary.
- Ale w jakim sensie? - Hajduk wydawał się jeszcze bledszy niż przed kilkoma minutami.
- Czy kołdra leżała w rogu łóżka tak jak teraz, czy może...
- Nie, córka była nią przykryta od pasa w dół - wyjaśnił ojciec ofiary. - Poszedłem do jej pokoju, bo zdziwiłem się, że jest tak późno, a ona nadal śpi, przecież miała zajęcia. Widzi pan, Paulina jest bardzo obowiązkową studentką, nie opuszcza żadnych wykładów ani ćwiczeń.
Góralski zwrócił uwagę na to, że Hajduk mówi o córce w czasie teraźniejszym. Nie zdziwiło go to. Musiał być w szoku i prawdopodobnie minie sporo czasu, zanim przyzwyczai się do myśli, że jego córka nie żyje. A może to nigdy nie nastąpi?
- I co dalej?
- No, wszedłem tam i... zobaczyłem, że śpi, a przynajmniej tak myślałem. A właściwie to nie, najpierw zobaczyłem kruka.
- Kruka?
- Na parapecie. To znaczy na zewnętrznym parapecie. - Spojrzenie Hajduka było rozbiegane. - W każdym razie Paulina się nie ruszała. Zacząłem do niej mówić, ale nie reagowała. Złapałem ją za ramię, żeby delikatnie nią potrząsnąć i obudzić, ale ona... była taka, taka... nienaturalnie sztywna. - Mężczyzna zaszlochał. - Zrozumiałem, że stało się coś złego, zrzuciłem z niej kołdrę i chciałem... sam nie wiem, co zamierzałem. Pomyślałem, że muszę ją ratować, prosiłem, żeby mi tego nie robiła i żeby się obudziła. To wszystko działo się tak szybko i... właściwie to od razu wiedziałem, że jest za późno. Była taka sztywna - powtórzył.
To, co powiedział ojciec ofiary, potwierdziło przypuszczenia Góralskiego. Kiedy tylko spojrzał na łóżko, od razu zrozumiał, że coś tu nie gra, i właśnie rzucona w kąt kołdra była tym niepasującym elementem. Z jeszcze niezrozumiałego dla niego powodu śmierć tej dziewczyny była starannie zaaranżowana, stanowiła swego rodzaju dzieło, którego twórca zadbał o najmniejszy nawet szczegół.
Gdy tylko przekroczył próg sypialni, natychmiast zrozumiał, dlaczego okoliczności zdarzenia wydały się policjantom z prewencji co najmniej dziwne. I wcale nie chodziło o wiek ofiary, chociaż o to też. Dziewiętnastoletnie i zdrowe dziewczyny nie umierają ot tak, po prostu.
Góralski wrócił do małego pokoju, by jeszcze raz przyjrzeć się zwłokom. Dopóki nie zjawi się lekarz medycyny sądowej, nie powinien ich ruszać, ale postanowił obejrzeć ręce ofiary, w szczególności zgięcie łokci. Miał już pewną teorię na temat tego, jak Paulina Hajduk mogła umrzeć. Za oknami znów zaczęły zbierać się chmury, więc włączył światło, żeby lepiej widzieć. Z pewnym podekscytowaniem pochylił się nad dziewczyną i zaczął uważnie przyglądać się skórze na jej rękach.
- Co robisz? - zapytał zdziwiony Bystrzanowski.
- Szukam śladu po wkłuciu - wyjaśnił Góralski, nie podnosząc wzroku.
Z każdą kolejną sekundą jego pewność siebie malała. Prześledził każdy centymetr skóry ofiary na rękach, ramionach, nawet na szyi, ale niczego nie znalazł. Przyjrzał się twarzy dziewczyny, która za życia z całą pewnością cieszyła się niemałym zainteresowaniem płci męskiej. Jej nietypowa, zbudowana z kontrastów uroda musiała przyciągać spojrzenia.
- Co się tutaj wydarzyło? - wymamrotał Góralski ni to do siebie, ni to do swoich kolegów, ale martwe usta dziewczyny nie mogły mu już odpowiedzieć.