II
Ledwo zrobiła krok na zewnątrz, wiatr wdarł się pod jej płaszcz, przenikając do szpiku kości, a w twarz uderzyły ją agresywne krople deszczu. Prychnęła głośno i uciekła z powrotem do budynku. Pogoda na chwilę oderwała ją od czarnych myśli, kazała skupić się na chłodzie i osiadłej na twarzy wilgoci. Michalina intensywnie wpatrywała się w ulicę, niemal rozpłaszczając nos na szybie. Na szczęście nie musiała długo czekać, zamówiony samochód właśnie parkował w niedozwolonym miejscu. Wybiegła więc, by w paru krokach dotrzeć do auta.
Wsiadła, otrzepując się z wody. W środku było ciepło i przyjemnie pachniało jabłkami, zapewne od zawieszonej na lusterku choinki zapachowej. Miała nadzieję, że trafi jej się milczący kierowca, bo ostatnie, o czym teraz marzyła, to small talk. Tym razem miała szczęście. Młody mężczyzna tylko skinął jej głową na przywitanie i ruszył bez słowa. Oparła głowę o szybę i dała się porwać potokowi myśli, w których królował jej ojciec.
Robert Milewski.
Najbardziej popularny polski aktor.
Czasami myślała, że jest bardziej znany od jaśnie panującego prezesa, a nawet od samego papieża.
Cóż, na pewno był bardziej szanowany i kochany.
Wszyscy chcieli być z nim kojarzeni, widziani, sfotografowani.
Tylko nie ona.
Nie potrzebowała jego znajomości, sławy ani pieniędzy. Kochała ojca, ale jedyne, czego od niego chciała, to by spędzał z nią czas. Dlatego dawno temu zmieniła nazwisko, zabroniła ojcu mówić, że ma córkę, wymusiła też usunięcie z internetu wszelkich informacji i zdjęć, które mogłyby zdradzić jej tożsamość. W dorosłym życiu do tej tajemnicy dopuściła tylko trzy osoby i nie zamierzała tego zmieniać. Zwłaszcza że na samą myśl, że ktoś mógłby domyślić się prawdy, zaczynało jej brakować powietrza.
Tak jak teraz.
Na szczęście dotarli na miejsce. Rzuciła szybkie "dziękuję, do widzenia", wysiadła i pobiegła do domu, zasłaniając głowę torebką i rozchlapując uciekającą spod jej stóp wodę. Jeszcze tylko parę kroków i wszystko będzie dobrze, powtarzała sobie w myślach, przemierzając ostatnie metry do mieszkania; buty miała już całkiem przemoczone.
Gdy po naciśnięciu klamki drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, zalała ją fala ulgi.
Dom i Marek - synonimy bezpieczeństwa.
- Jesteś, kochanie! Mam nadzieję, że mocno nie zmokłaś! - zawołał, wychylając głowę z kuchni i uśmiechając się czule.
Spojrzała na niego i po raz milionowy pomyślała, że jest piękny... Półdługie jasne włosy kontrastowały z ciemnymi oczami, trzydniowy zarost podkreślał zmysłowe usta. Westchnęła i z zadowoleniem stwierdziła, że strach pomału znika. Poczuła smakowity zapach makaronu, pomidorów i parmezanu. Wiedziała, że zamówił jedzenie, bo gotowanie nie należało do jego talentów, ale i tak rozczulił ją tym gestem. Pomyślał, że jest głodna, i wybrał jej ulubione danie na pocieszenie po złym dniu.
Jak ja go kocham, to aż nienormalne, pomyślała, odwzajemniając uśmiech.
Zdjęła płaszcz, buty jak zawsze rzuciła w kąt, ignorując fakt, że są kompletnie mokre. Pozwoliła, żeby panujące w domu ciepło pomału rozeszło się po jej ciele. Rozcierając dłonie, weszła do kuchni i wciągnęła apetyczny zapach.
- O nie, nie, teraz idziesz do łazienki, przygotowałem ci kąpiel. Jedzenie potem. - Marek podszedł do niej, objął ją i wyprowadził z kuchni.
Zatopiła się w jego silnym uścisku, w zapachu Hugo Bossa i miękkości dłoni, głaskającej ją po ramieniu.
W łazience czekała na nią wanna pełna piany i puchaty szlafrok, który dostała od niego na Gwiazdkę.
- Dziękuję - powiedziała z wdzięcznością, całując go.
Uśmiechnął się i wyszedł, a ona, nie zwlekając, zrzuciła ubrania i zanurzyła się w gorącej, pachnącej kokosem wodzie. Zamknęła oczy, wzdychając z błogością.
Głupia jesteś, Miśka, jak but! Durna panikara!
Czuła, że woda koi jej ciało, igiełki gorąca rozluźniają spięte mięśnie, a słodki zapach uspokaja nerwy. Słyszała, jak Marek krząta się po mieszkaniu, stuka drzwiczkami od szafek, wyciąga naczynia - i to też w jakiś sposób dawało jej poczucie bezpieczeństwa.
Marek...
Jej mężczyzna...
- Michalina? Co ty tu robisz?
Zatrzymała się zaskoczona.
- Marek?
Siedział na małym plastikowym krzesełku, ściskając w rękach plik kartek.
- Startuję w tym castingu. Widzę, że ty również?
- Co? Nie... nie, ja tylko musiałam podrzucić dokumenty mojemu ta... takiemu znajomemu - zreflektowała się szybko.
- Znasz tu kogoś?
Cholera...
Nic nie mogła poradzić, że ten mężczyzna tak na nią działał. Od dwóch miesięcy pojawiał się w jej myślach częściej, niżby sobie tego życzyła, a już na pewno nie przyznałaby się nawet sama przed sobą, że zasypia z jego widokiem pod powiekami.
Oczywiście on nie miał o tym pojęcia - traktował ją jak wszystkie inne koleżanki z pracy. I tylko jej serce wyrywało się do każdego spojrzenia, które rzucał jej zupełnie przypadkowo i niezobowiązująco.
Zresztą z rzadka.
- Nie... jestem tu... w sprawach zawodowych...
W tym momencie drzwi z napisem "casting" otworzyły się cicho i stanął w nich Robert.
- Miśka, wreszcie! Potrzebuję tych papierów na wczoraj!
Cholera, cholera, cholera!
W panice spojrzała na Marka. Przeskakiwał wzrokiem z Roberta na nią i z powrotem, a na jego twarzy malowało się bezgraniczne zdumienie.
Domyśli się, zaraz się domyśli!
Ręce zaczęły jej się trząść i niemal przestała oddychać, gdy wstał i wyciągając rękę, powiedział:
- Jestem Marek Stoliński, kolega Michaliny z pracy.
Ojciec, uważnie go obserwując, uścisnął mu dłoń.
- Robert Milewski.
Miśka odetchnęła z ulgą, gdy nie dodał nic więcej. Podeszła i podała dokumenty, znacząco patrząc mu w oczy.
- Powodzenia na castingu - rzuciła jeszcze do Marka.
A potem uciekła.
W samochodzie oparła głowę na kierownicy, próbując uspokoić oddech i drżenie rąk. Musiała wymyślić jakąś wiarygodną historyjkę, gdy Marek zapyta, skąd zna Roberta. Przecież nie powie mu prawdy, nie ma mowy!
Swoją drogą co on tam robił? Chwalił się wprawdzie, że jest początkującym aktorem i ma zamiar rozkręcić karierę, ale nie przyszło jej do głowy, że będzie startować w castingu do wysokobudżetowego filmu z samymi gwiazdami...
Myśl, Michalina, myśl! Musisz coś sensownego odpowiedzieć, gdy zapyta!
Ale Marek nie zapytał.
Nigdy.
Następnego dnia powiedział tylko, że dobrze mu poszło i że to zapewne dzięki niej, bo przyniosła mu szczęście.
Coraz częściej rozmawiał z nią w pracy, kiedyś zaproponował jej kino, potem kolację i nagle, nie wiadomo kiedy, stał w progu jej mieszkania z walizką i ekspresem do kawy, bo ten jej robił "naprawdę podłą lurę". To właśnie dzięki kawie zwróciła na niego uwagę - to, z jaką pasją o niej opowiadał, jak chwalił tę pitą we Włoszech, sprawiło, że zaczęła widzieć w nim coś więcej niż tylko śliczną buzię.
Kim jest jej ojciec, powiedziała mu po kilku dniach. Nie zaskoczył jej swoją reakcją. Dokładnie tego się spodziewała - niedowierzania, zachwytu, oszołomienia. Przerabiała to już tyle razy...
Westchnęła cicho, a dolna warga zaczęła jej drżeć, nie mogła już tego opanować. To zwróciło jego uwagę.
- Hej, kochanie, co ci jest? Michasia? - Wpatrywał się w nią uważnie.
- Nie chciałam, żebyś wiedział, nikomu o tym nie mówię... bo wtedy znikam...
- Znikasz? - spytał, najwidoczniej nie rozumiejąc, o co jej chodzi.
- Każdy przestaje postrzegać mnie jako Michalinę Król, a zaczyna widzieć tylko córkę Roberta Milewskiego... i to, co może dzięki znajomości ze mną osiągnąć.
Patrzył na nią z niedowierzaniem, a zachwyt w jego oczach natychmiast wyparował.
Pociemniały niebezpiecznie.
- Pokochałem cię, nie wiedząc, kim jest twój ojciec, prawda?
I wtedy pomyślała, że to miłość jej życia.
Spojrzała z uśmiechem na swój pierścionek. Był dokładnie taki, o jakim marzyła - z białego złota z małym diamentem. Nic rzucającego się w oczy.
Wkrótce miała zostać jego żoną. W maju, w dniu swoich urodzin.
Wyszła z wanny, bo woda już stygła, a skóra pomału zaczęła jej się marszczyć. Włożyła szlafrok, zatapiając się w jego puszystej miękkości, i boso poszła do kuchni. Miała wrażenie, że Marek szybko odłożył telefon, słysząc jej kroki.
- Do salonu, ale już! Tam będziemy jeść! - Jego wesoły ton wywołał u niej radosny uśmiech.
Posłusznie poszła do pokoju i usiadła przy stole, a Marek za chwilę postawił przed nią talerz pełen parującego makaronu. Ależ to pachniało! Poczuła, że leci jej ślinka, a żołądek kurczy się boleśnie z głodu. Z westchnieniem szczęścia nawinęła kilka nitek spaghetti na widelec i włożyła do buzi. Doskonałe połączenie sosu pomidorowego, makaronu i parmezanu sprawiło, że zamruczała z zachwytem.
Kochała włoskie jedzenie!
W zasadzie to nie tylko jedzenie - była totalną italofilką. Miłość do Włoch wzmocniły dodatkowo studia w Gdańsku i paromiesięczny pobyt w słonecznej Italii. Wszystko jej się tam podobało, zwłaszcza podejście Włochów do życia.
Dolce far niente? Certo!
Jedli w milczeniu, bo Marek nienawidził rozmów podczas posiłków. "Jak pies je, to nie szczeka" - od zawsze słyszał to od swojej mamy i sam nie potrafił inaczej. Musiała się do tego przyzwyczaić, bo dla niej pogawędki przy jedzeniu były normą.
Gdy po skończonym posiłku, błogo nasycona, wstała z zamiarem wyniesienia talerza do kuchni, Marek zerwał się gwałtownie.
- Nie, zostaw, ja to zrobię!
Posłusznie oddała mu talerz.
- Usiądź sobie na kanapie i odpal Netflixa, przyniosę wino i obejrzymy coś razem, dobrze?
Pokiwała głową i rozsiadła się na sofie, zastanawiając się, co się dzisiaj z nim stało. Zazwyczaj to ona skakała dookoła niego i zaspokajała jego zachcianki. Mimo całej miłości, jaką go darzyła, nie była ślepa. Widziała, że jest narcyzem, uwielbia być w centrum uwagi i oczekuje, żeby jego potrzeby były zaspokajane jako pierwsze.
I godziła się na to, bo go kochała.
Bardzo.
A dziś to on ją rozpieszczał - i stwierdziła, że bardzo jej się to podoba. Założyła, że chce jej poprawić humor po złym dniu... choć jak dotąd nie zainteresował się nawet, co się wydarzyło.
- To co oglądamy? - spytał, podając jej kieliszek z czerwonym winem.
- Ty wybierz, mnie wszystko jedno.
Usiadł obok niej i bez zastanowienia włączył jakiś thriller. Nie zależało jej na filmie, chciała tylko pić wino i wtulić się w ramiona Marka. Przysunęła się bliżej i oparła mu głowę na ramieniu. Objął ją odruchowo. Znowu otoczył ją zapach Hugo Bossa.
Pomyślała, że nie pamięta już, jaki jest jego naturalny zapach.
Wypiła wino kilkoma haustami i poczuła, że zaczyna uderzać jej do głowy. Tak jak bliskość jej mężczyzny. Niewiele myśląc, usiadła mu okrakiem na kolanach i zaczęła go całować.
- Michasia, oglądam film!
- Mhm... - Ugryzła go lekko w wargę i wsunęła mu dłonie pod koszulkę, głaszcząc i drapiąc gorącą skórę.
- Michasia... - to brzmiało już o wiele mniej stanowczo.
Powoli zsunęła szlafrok z ramion, odsłaniając piersi. Wiedziała, że się poddał, gdy mruknął przeciągle i zaczął całować jej usta, szyję, piersi...
Wieczór zakończyli w łóżku. Michalina miała nadzieję na fajerwerki po takim wstępie, kolacji i kąpieli, ale było jak zwykle - rutynowo i szybko. Czasami miała wrażenie, że seks to dla Marka tylko obowiązek, który musi odhaczyć. W ogóle nie dbał o jej przyjemność, czasami kończył, zanim ona zdążyła zacząć. Ale zawsze pytał, czy było jej dobrze, a gdy raz próbowała powiedzieć prawdę, obraził się na dwa tygodnie i ukarał ją cichymi dniami. Od tamtej pory łatwiej więc było udawać i kłamać.
Niska cena za szczęście w związku.
- Kocham cię... - szepnęła.
- Mhm... - mruknął sennie.
- Urodzę ci trójkę dzieci, zobaczysz.
- Mhm...
Czuła, że Marek odpływa, często zasypiał zaraz po seksie.
Zanim wtuliła się w niego mocniej, jak co wieczór zdjęła pierścionek, bo nie lubiła spać w jakiejkolwiek biżuterii. Odłożyła go starannie na szafkę i odpłynęła w marzenia o wspólnej pięknej przyszłości.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI