Taka jak ty - Gabriela Gargaś

Kup ebooka

42.99 zł
35.93 zł (33,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Karo­lina ukła­dała histo­ryjki z gumy Donald w swoim taj­nym pude­łeczku, które dwa dni temu obkle­iła złot­kiem, kiedy do pokoju weszła mama.

- Mariona przy­szła. Dziew­czynka wybie­gła do przed­po­koju. - Cześć - uśmiech­nęła się do przy­ja­ciółki. Dziew­czynki były w tym samym wieku, z tym że Mariona była drob­niej­sza i niż­sza. Miała por­ce­la­nową cerę i blond pukle, które spły­wały na ramiona. Karo­lina była jak na swój wiek dość wysoka, bar­dzo szczu­pła. Miała oliw­kowy odcień skóry i włosy czarne jak heban. - Wyj­dziesz na dwór? - zapy­tała Mariona. - Pew­nie. Wło­żyła buty pla­stiki, które były szczy­tem mody, i zawo­łała w stronę kuchni: - Mamo, idę na dwór! Mama poja­wiła się na kory­ta­rzu. - Tylko wróć na obiad. - A co będzie na obiad? - zapy­tała dziew­czynka. - Mie­lone i surówka z kapu­sty. Karo­lina prze­wró­ciła oczami. - Dobrze. - A w duchu pomy­ślała: "znowu?" Nie lubiła mie­lo­nych, wola­łaby już placki ziem­nia­czane albo nale­śniki, ale mama powie­działa jej ostat­nio, że mięso też musi jeść, więc dziew­czynka wolała nie wda­wać się w dys­ku­sję. Zła­pały się z Marioną za ręce i wybie­gły na klatkę scho­dową. Prze­ska­ki­wały co dwa stop­nie. Nie omiesz­kały też zadzwo­nić do sąsiada spod sió­demki i puścić się pędem na dół. Zdy­szane zatrzy­mały się na par­te­rze, kiedy usły­szały głos zde­ner­wo­wa­nego sąsiada. - Smar­kule jedne! Kawa­łów im się zachciało. Dupę wam złoję! Sły­szy­cie? Złoję wam dupy. Dziew­czynki dusiły się ze śmie­chu. Kiedy sąsiad zamknął drzwi, wyszły na podwórko. - Wła­ści­wie czemu zawsze do niego dzwo­nimy? - zapy­tała Mariona. - Dla śmie­chawy. Wybuch­nęły śmie­chem. Mariona była naj­lep­szą przy­ja­ciółką Karo­liny. Ich mamy poznały się na poro­dówce. Dziew­czynki uro­dziły się jedna po dru­giej. Dzie­liło je kilka godzin. Znały się więc od zawsze. Jedna bez dru­giej nie mogła żyć. - Co poro­bimy? - zapy­tała Mariona. Karo­lina wska­zała na grupkę dzieci, które grały w zbi­jaka. - Eeee tam - Mariona nie paliła się do gry. - Może w gumę, poska­czemy? - Mama Mariony kupiła jej ostat­nio kilka metrów różo­wej gumy. - Cześć, dziew­czyny - spod ziemi wyrósł Arek. Naj­więk­szy osie­dlowy roz­ra­biaka. Każdy go lubił, mimo iż pso­cił za dzie­się­ciu. Przy­jaź­nie­nie się z nim było na miej­scu. Arek miesz­kał na tym samym osie­dlu co dziew­czyny. Miał młod­szego brata Jacka, jego tata pro­wa­dził osie­dlową wypo­ży­czal­nię wideo, dla­tego też czę­sto ich paczka zbie­rała się u niego w domu, by oglą­dać nowo­ści. Do paczki nale­żeli też Mate­usz i Pio­trek. - Cześć - odpo­wie­działy chó­rem dziew­czynki. - Co robi­cie? - Jesz­cze nie wiemy. - Chodź­cie z nami na działki - ręką wska­zał na Piotrka i Mate­usza, któ­rzy wisieli gło­wami w dół na trze­paku. - U Zagór­skich są dobre śliwki. Dziew­czynki spoj­rzały na sie­bie z uśmie­chem. - Pew­nie, że idziemy. W piątkę ruszyli na działki. O tej porze mało ludzi było w swo­ich ogród­kach. Zanim weszli do Zagór­skich, usta­lili, że to Mate­usz będzie stał na cza­tach. - Nic się nie martw, chło­pie, dla cie­bie też narwiemy - Arek pokle­pał go po ple­cach. - Jeśli kogoś zoba­czysz, gwizd­nij dwa razy. Arek wspiął się na śliwę i po chwili potrzą­snął gałę­ziami. Owoce spa­dały na trawę, a dziew­czynki i Pio­trek wpy­chali śliwki do kie­szeni i zro­lo­wa­nych blu­zek. Nagle usły­szeli krzyk Mate­usza: - W nogi! Ucie­kać! Po chwili roz­le­gło się uja­da­nie psa. Dzieci zaczęły biec w stronę siatki. Prze­ska­ki­wały spraw­nym ruchem przez ogro­dze­nie. Część owo­ców wysy­pała się z kie­szeni. Śmiali się przy tym gło­śno. Zagór­ski ze swoim jam­ni­kiem biegł w ich stronę, wyma­chu­jąc paty­kiem. Jam­nik uja­dał. - Gów­nia­rze! Na sza­ber wam się zebrało! Ucie­kli. Zatrzy­mali się w pobli­skim zagaj­niku, gdzie cze­kał na nich Mate­usz. - Ej! Mia­łeś gwiz­dać, jak tylko kogoś zoba­czysz na hory­zon­cie - zwró­cił się do niego Pio­trek. - Posra­łeś się, jak zoba­czy­łeś sta­rego Zagór­skiego? - zapy­tał Arek. - Yyyy ... - Mate­usz nie chciał wyjść przed dziećmi na mię­czaka. - Zagór­ski wyrósł jak spod ziemi. I ten jego pies. - Jam­nika się boisz? - Nie boję - chło­pak wypiął dum­nie pierś. - Krzyk­ną­łem, żeby was ostrzec. Mariona wyjęła śliwkę i wytarła ją o koszulkę. - To dla cie­bie - wrę­czyła ją Mate­uszowi. - Zako­chana para Jacek i Bar­bara - zakpił zazdro­sny Pio­trek. Dzie­ciaki zja­dły śliwki, po czym stwier­dziły, że zaschło im w gar­dle. - Dzi­siaj twoja kolej - Arek lekko uszczyp­nął w bok Karo­linę.

Dziew­czynka wie­działa, o co cho­dzi. Wstała, otrze­pała tyłek i ruszyła w stronę bloku. Codzien­nie kto inny kupo­wał pty­sia. Dzi­siaj padło na nią.

- Mamooo! - zawo­łała w stronę okna. Na nie­szczę­ście miesz­kała na czwar­tym pię­trze. - Mamooo! - kilka okien otwo­rzyło się. Poja­wiły się głowy matek, żeby spraw­dzić, czy to nie ich dziecko woła. - Mamo­ooo! - zawo­łała po raz kolejny dziew­czynka. W końcu mama Karo­linki otwo­rzyła okno.

- Słu­cham? - Rzu­cisz mi kasę na pty­sia? Kobieta ski­nęła głową. Po chwili na dół zawi­nięte w siatkę sfru­nęły pie­nią­dze. Mama wło­żyła jej wię­cej pie­niąż­ków, niż potrze­bo­wała. Kochana mamu­sia - pomy­ślała z czu­ło­ścią dziew­czynka. Kupiła oczy­wi­ście pty­sia, a za resztę gumy Donald, oran­żadkę w proszku i pra­linki. Chłopcy ucie­szyli się, widząc ją obła­do­waną sma­ko­ły­kami. - No to mamy wyżerkę. - Na dzie­cię­cych buziach poja­wiły się uśmie­chy od ucha do ucha. Spa­ła­szo­wali wszystko ze sma­kiem, a potem zagrali w zbi­jaka. O pięt­na­stej Karo­lina usły­szała woła­nie mamy. - Obiad!

- Lecę! - dziew­czynka wsa­dziła do buzi gumę i pobie­gła w stronę bloku. Nie miała ochoty na obiad, ale wmu­siła w sie­bie kotleta i ziem­niaki. Mama była prze­cież dla niej taka dobra. Cza­sami ją wku­rzała, jak każdy rodzic wku­rza dziecko, ale i tak ją kochała. Oczy­wi­ście miała takie chwile, kiedy chciała spa­ko­wać walizkę i uciec w siną dal, ale to było tylko cza­sami. Tak naprawdę ni­gdy by nie ucie­kła. Lubiła to miej­sce, swoje osie­dle, tych wszyst­kich ludzi wokół, nawet Zagór­skiego i jego dzi­wacz­nego jam­nika, swoją paczkę. Ich wspólne zabawy, jeż­dże­nie na desce i wrot­kach. Pomy­ka­nie po mie­ście na gapę sta­rym ika­ru­sem. Mieli nie­zły ubaw, kiedy kon­tro­le­rzy chcieli ich zła­pać, a oni byli od nich szybsi.

W nie­dzielę mama zbu­dziła Karo­linę już o siód­mej trzy­dzie­ści.

- Mamo, chcia­ła­bym pospać - jęk­nęła Karo­lina. - Jest nie­dziela. - Idziemy na ósmą trzy­dzie­ści na mszę. - Nie mogli­by­śmy pójść na dzie­siątą trzy­dzie­ści? - Córeczko - w drzwiach poja­wił się tata, który zawią­zy­wał kra­wat. - Wiesz, że mama chce obej­rzeć swój ulu­biony pro­gram. - No wiem. - Karo­lina spu­ściła nogi z łóżka. Tata pod­szedł do niej i pokle­pał po ple­cach. - Fajna z cie­bie dziew­czynka - puścił do niej oko. Karo­lina uwiel­biała swo­jego tatę. Był taki spo­kojny i uśmiech­nięty. To mama cza­sem krzy­czała i dała jej klapsa. Tata zawsze z nią roz­ma­wiał, nawet jak coś prze­skro­bała. Karo­lina była nie­za­do­wo­lona z poran­nej pobudki, ale zja­dła śnia­da­nie, umyła zęby i wło­żyła spód­niczkę, białe raj­stopy i szary swe­te­rek, do któ­rego mama przy­szyła śliczną kre­mową różę. Wie­działa, dla­czego idą do kościoła tak wcze­śnie. Mama chciała zdą­żyć na Disco Relax. Każ­dej nie­dzieli pro­sto po mszy szli do pobli­skiej cukierni kupić ciastka. Dziew­czynka wybie­rała dla sie­bie pty­sia i pączka, mama dla sie­bie baja­derkę, a tata kawa­łek sęka­cza. Kiedy wcho­dzili do domu, Karo­lina leciała włą­czyć tele­wi­zor, a mama czaj­nik. Parzyła sobie i tacie mocną, fusia­stą kawę, dla córki robiła kakao. Sia­dały niczym paniu­sie na wer­salce, tata w fotelu. Mama pod­su­wała ławę, na któ­rej stała taca z cia­stem. Słu­chały Shazzy i delek­to­wały się sma­ko­ły­kami. To był taki ich rodzinny czas. Karo­lina nie lubiła disco polo. Słu­cha­nie tej muzyki było nie­złym obcia­chem, ale nie mówiła o tym mamie. Oglą­dała z nią pro­gram i nawet pod­śpie­wy­wała nie­które pio­senki. Ale w życiu nie przy­zna­łaby się do tego przed Marioną ani chło­pa­kami. Po połu­dniu dziew­czynka wyszła na dwór. Wzięła ze sobą kredę. Mariona poje­chała z rodzi­cami do babci, więc dziew­czynka sama nary­so­wała klasy i zaczęła w nie grać. Mogła iść po któ­rąś ze swo­ich kole­ża­nek, ale w sumie to jej się nie chciało. Kole­żanki coraz mniej lubiły się bawić. Uwa­żały, że są za duże na takie zabawy. Ona wciąż czuła się dziec­kiem. Miała dzie­sięć lat, ale wcale a wcale jej to nie prze­szka­dzało, by ska­kać w klasy czy gumę. Zresztą Mariona była podobna do niej. Lubiły robić fikołki na trze­paku, cho­dzić do apteki po vibo­vit i zja­dać całe opa­ko­wa­nie naraz. Wygłu­piać się z chło­pa­kami. Cho­dzić z nimi na działki i bawić się w pod­chody. Oczy­wi­ście miały też inne zaję­cia, bar­dziej doro­słe. Czy­ty­wały "Bravo Girl", oglą­dały Beverly Hills 90210. Mariona kochała się Bran­do­nie, a Karo­lina w Dyla­nie. Roz­ma­wiały o nich zawsze po skoń­czo­nym odcinku. - Co ty widzisz w Bran­do­nie? - pytała przy­ja­ciółkę Karo­lina. - Jest słodki. - A Dylan? To jego spoj­rze­nie... - Taki wieczny smu­tas.

- Melan­cho­lijny.

- A coś ty taka zamy­ślona? - przy boku Karo­liny poja­wił się Arek. - Gdzie Mariona?

- U babci. A gdzie chło­paki? Arek wzru­szył ramio­nami. - Zoba­czy­łem cię z okna i przy­sze­dłem. Karo­li­nie serce omal nie wysko­czyło z piersi. Bar­dzo lubiła Arka i ucie­szyła się, że chło­pak do niej wyszedł. - Może pój­dziemy na huś­tawki? - zapro­po­no­wała, żeby ukryć zaże­no­wa­nie. Bujali się "do dechy", a potem ska­kali z huś­tawki na pia­sek. - Kto by pomy­ślał, że dziew­czyna mnie pokona - powie­dział Arek, kiedy Karo­lina sko­czyła sporo dalej od niego. - No wiesz... - Karo­lina zachi­cho­tała. - Tre­nuję skoki od wielu lat. Wyko­nali jesz­cze kilka sko­ków, powłó­czyli się po osie­dlu, a potem Arek zapro­po­no­wał, aby poszli do niego. Od razu się zgo­dziła. Lubiła spę­dzać z nim czas. Arek miesz­kał z rodzi­cami w czter­dzie­sto­pię­cio­me­tro­wym miesz­ka­niu, w bloku z płyty. Dzie­lił pokój z młod­szym bra­tem, który ponoć był bar­dzo wku­rza­jący. - Dzień dobry - Karo­lina przy­wi­tała się z mamą Arka. - Z dnia na dzień jesteś coraz ład­niej­sza - powie­działa star­sza kobieta. Karo­lina poczuła, jak oblewa się rumień­cem. - Przy­niosę wam kom­pot i cia­sto - dodała. - Wchodź - Arek deli­kat­nie pchnął dziew­czynkę w stronę swo­jego pokoju. Pokój był długi i wąski. Po pra­wej stro­nie stał regał. Na jed­nej z szaf stała wieża z puszek po coli. Zapewne kolek­cja Arka. Pod oknem wer­salka, a koło drzwi roz­kła­dany fotel. Na roz­kła­danym fotelu leżał mały brzdąc i bawił się. - Wypad stąd - powie­dział do brata Arek. - Ale ja się bawię - zapro­te­sto­wał Jacek. - Poba­wisz się u rodzi­ców w pokoju. Chło­piec zro­bił nabur­mu­szoną minę, a w jego oczach poja­wiły się łzy. - Ale ja... - Ale to już. Jacek zebrał swoje żoł­nie­rzyki, kop­nął brata w pisz­czel i pobiegł co sił w nogach do pokoju rodzi­ców. - Auuua! Ja ci jesz­cze pokażę - Arek wypadł za bra­tem. Karo­lina usły­szała głosy doro­słych, pisk Jacka i wyja­śnie­nia Arka. Po chwili chło­pak wró­cił do pokoju. - Czy ty to widzia­łaś? Karo­lina ski­nęła głową. - Gów­niarz jeden! - Arek nie krył wście­kło­ści. - Sta­rzy mieli do mnie pre­ten­sję, mimo że to on mi sprze­dał kop­niaka. I te ich tłu­ma­cze­nia, że jestem star­szy i mądrzej­szy... - Nie chcę się wtrą­cać, ale to też jego pokój i on tu był pierw­szy. - Ale ja mam gościa. Zamil­kli na chwilę. Ciszę prze­rwała mama Arka, która poja­wiła się w drzwiach z tacą, na któ­rej stał talerz z cia­stem, a także dwoma szklan­kami i syfo­nem. - Stwier­dzi­łam, że będzie­cie woleli napić się wody z syfonu z sokiem zamiast kom­potu. - Ja z miłą chę­cią - Karo­lina uśmiech­nęła się. - Ja też.

Rozdział 2

W wieku dzie­się­ciu lat Karo­lina nosiła klucz na sznurku. Jak ona się cie­szyła z tego klu­cza. Mariona już od ósmego roku życia para­do­wała z klu­czem na szyi zawie­szo­nym na jaskrawo zie­lo­nej sznu­rówce. Karo­lina nie. Mama Karo­liny przez wiele lat pra­co­wała na nocną zmianę w szpi­talu, tak że była w domu o każ­dej porze dnia, co tro­chę dener­wo­wało dziew­czynkę, która chciała być tak samo samo­dzielna jak jej przy­ja­ciółka. Na szczę­ście w końcu nad­szedł dzień, w któ­rym mama stwier­dziła, że będzie pra­co­wała na zmiany, bo Karo­lina jest już na tyle doro­sła, że może sama zostać w domu i pod­grzać sobie obiad. No, wresz­cie - radość Karo­liny była ogromna. Zawie­siła klucz na poma­rań­czo­wej sznu­rówce i nosiła go niczym cenny meda­lion.

Dziew­czynki wra­cały ze szkoły. - Wpad­niesz do mnie? - zapro­po­no­wała Mariona. - Mama zro­biła cały gar gołąb­ków. - Jak masz gołąbki, to będę. - Tylko naj­pierw odbie­rzemy Zuzkę z przed­szkola. Zuzka była młod­szą sio­strą Mariony. Cichą, spo­kojną dziew­czynką, która nikomu nie wadziła. - Pew­nie. - Możemy się też poprze­bie­rać w mamine sukienki. - Ja rezer­wuję tę z ceki­nami, którą przy­słała two­jej mamie ciotka z Ame­ryki. - To ja tę fio­le­tową. Mariona z Karo­liną lubiły prze­bie­rać się w ciu­chy swo­ich mam. Szcze­gól­nie te, które dosta­wała mama Mariony od sio­stry ze Sta­nów. Były pstro­kate i kolo­rowe. Dziew­czynki malo­wały powieki per­ło­wymi cie­niami, a usta różową szminką, nie­kiedy na policzki nakła­dały też róż. Włosy ukła­dały sobie na gofrow­nicę. Wkła­dały za duże buty na obca­sach i bawiły się, że są damami z wiel­kiego świata. I tak się czuły. Pięk­nie, dostoj­nie, z klasą. Dziew­czynki zdjęły z szyi klu­cze. Zaczęły zakrę­cać sznur­kiem i rzu­cać w dal. Mariona wyrzu­ciła swoje klu­cze tak wysoko, że zaha­czyły o gałę­zie drzewa. - No to super - zawy­ro­ko­wała dziew­czynka. Pró­bo­wały rzu­cać w zwi­sa­jące klu­cze kamie­niami i paty­kami, a nawet szysz­kami. Ale klu­cze jak wisiały na gałęzi, tak wisiały. Nawet nie drgnęły. - Wejdę na drzewo, a ty mnie ase­ku­ruj - zarzą­dziła Karo­lina. Dziew­czynka zaczęła wspi­nać się po drze­wie, ale buty jej się śli­zgały i co chwila spa­dała. - I co teraz? - zapy­tała trzę­są­cym się gło­sem Mariona. Karo­lina dostrze­gła w oczach przy­ja­ciółki prze­ra­że­nie. - Za kilka minut muszę ode­brać Zuzkę z przed­szkola. Nie mam klu­czy do miesz­ka­nia i... Karo­lina zmarsz­czyła czoło. - Bie­gnij po Zuzę, ja polecę po chło­pa­ków. Razem coś wykom­bi­nu­jemy. Zacze­kaj z Zuzką pod blo­kiem. Przy­nie­siemy ci klu­cze. - Ale chłopcy mają solo na placu za szkołą. - Mam gdzieś ich solówę. Trzeba zdjąć te klu­cze. Mariona poszła po sio­strę do przed­szkola, a Karo­lina pobie­gła na plac, gdzie zebrała się już spora grupka dzie­cia­ków. Arek miał się bić z jakimś chło­pa­kiem, który naśmie­wał się z jego mamy, która była woźną w szkole. Arek ni­gdy sam nie wywo­ły­wał bójek, ale zawsze i wszę­dzie sta­wał w obro­nie bli­skich i przy­ja­ciół. - Arek! - zdy­szana Karo­lina pod­le­ciała do chło­paka. - Klu­cze zawi­sły nam na drze­wie. Mariona poszła po Zuzkę - Karo­lina z tru­dem łapała oddech. - Nie mamy jak dostać się do domu. Małą trzeba nakar­mić - mówiła roz­go­rącz­ko­wana. - Spo­koj­nie - dotknął jej ręki. - No co tam, cie­nias? - chło­pak, który miał się bić z Arkiem, zaczął się z niego nabi­jać. - Idziemy - rzu­cił do Karo­liny Arek, pod­no­sząc z ziemi ple­cak. - Pękasz? - tam­ten chło­pak naigry­wał się z Arka. - Mam waż­niej­sze rze­czy do roboty niż obi­cie ci pyska - powie­dział Arek, po czym zła­pał Karo­linę za rękę. - Prze­pra­szam - wydu­kała Karo­lina. Wie­działa, że Arek jest hono­ro­wym chło­pa­kiem i wolałby się teraz bić. - No co ty? Ura­to­wa­łaś mnie przed obi­ciem. - Ty się tak dobrze bijesz, że pew­nie być wygrał. - Tak myślisz?

- Ja to wiem.

W sobotę mama Karo­liny urzą­dzała imie­niny. Już od rana krzą­tała się w kuchni. Karo­lina rów­nież została wezwana do pomocy. Poma­gała kroić warzywa na sałatkę jarzy­nową. Tata upich­cił nóżki w gala­re­cie, flaczki i bigos. Mama pla­no­wała na tę uro­czy­stość wło­żyć kom­bi­ne­zon ze srebr­nego kre­szu. Karo­lina kupiła mamie klipsy: dłu­gie, dyn­da­jące i świe­cące. Co ona by oddała, by wło­żyć na uszy takie klipsy. Przy­glą­dała się mamie, kiedy ta się stro­iła w łazience. Poprzed­niego dnia była u fry­zjera i zro­biła sobie mokrą włoszkę. Karo­lina obie­cała sobie, że jak będzie doro­sła, to też zrobi sobie mokrą włoszkę. Musiała przy­znać, że jej mama wyglą­dała w nowej fry­zu­rze jak milion dolców. Mama pokryła powieki srebr­no­fio­le­to­wym cie­niem, pędz­lem nało­żyła róż na policzki.

- No i jak? - zapy­tała córkę. - Mamu­siu, wyglą­dasz pięk­nie. Mama cmok­nęła ją w poli­czek. Na imprezę przy­szło chyba z dwa­dzie­ścia osób. Kobiety wyglą­dały pięk­nie w nata­pi­ro­wa­nych fry­zu­rach, spry­ska­nych mocno lakie­rem, w ostrym maki­jażu. Cio­cia Jadzia, mama Mariony, zało­żyła na tę oka­zję krótką sukienkę z podusz­kami na ramio­nach i lycry. Karo­lina męczyła mamę o to, żeby kupiła jej lycry, miała nadzieję, że może dosta­nie pod cho­inkę. Mama dostała całe narę­cza ger­be­rów i goź­dzi­ków, flaszkę dobrej wódki, cze­ko­ladę, kilka par raj­stop i kawę. Karo­lina patrzyła na mamę i wie­działa, jak bar­dzo jest szczę­śliwa. To był jej dzień. Doro­śli prze­szli do gościn­nego pokoju. Na stół wjeż­dżały nóżki w gala­re­cie, sałatka warzywna, śle­dzik, ogó­reczki, wódeczka i nalewka wiśniowa. Bab­cia przy­nio­sła tatar i jajka w majo­ne­zie. Dodat­kowo mama upie­kła ser­nik, szar­lotkę i jakieś takie nowo­modne cia­sto z kre­mem i gala­retką. Było tłoczno i gwarno. Dzie­ciaki z krze­seł i koca zbu­do­wały pociąg i bawiły się w naj­lep­sze. A rodzice popi­jali wódeczkę, prze­gry­zali śle­dzikiem, a potem śpie­wali. Impreza na nie­ca­łych czter­dzie­stu metrach kwa­dra­to­wych to naj­lep­sza impreza. - Wło­dziu, grzyb­ków donieś - instru­owała mama tatę. Tata pod­niósł się od stołu i poczła­pał w stronę kuchni. Po chwili poja­wił się z dwoma sło­ikami grzyb­ków w occie. - Wło­dek! - mama nie kryła obu­rze­nia. - To sło­iki będziesz na stół sta­wiał? Myśla­łam, że na tale­rzyk wyło­żysz. Ktoś się roze­śmiał, ktoś inny poki­wał głową.

Mama sama poszła do kuchni. Wró­ciła z tale­rzy­kiem, na który wyło­żyła mary­no­wane grzyby.

Po kilku godzi­nach mama Mariony zawo­łała dzieci do pokoju gościn­nego. Doro­śli byli już wsta­wieni. Z magne­to­fonu leciała muzyka. Pani Jadzia stwier­dziła, że zrobi dla nich występ. Sta­nęła mię­dzy pustymi tale­rzami na stole i zaczęła śpie­wać wraz z Edytą Gep­pert:

- Upar­cie i skry­cie, och, życie, kocham cię, kocham cię nad życie.

- Jezu, ale obciach - jęk­nęła Mariona. - Eee, faj­nie - pocie­szyła ją Karo­lina. Chło­paki recho­tali. Tata Karo­liny kla­skał, wujek Mie­tek pod­krę­cał wąsa. - Jest moc! - zawo­łała mama Karo­liny, po czym sama wla­zła na stół. - O, nie. Co ona wypra­wia? - teraz Karo­lina była zawsty­dzona. Jej mama, nie zwa­ża­jąc na nic, ryk­nęła na całe gar­dło:

- Kocham cię, życie

Kiedy sen koń­czy się,

koń­czy się o świ­cie

A ja się rzu­cam

Z nadzieją nową na budzący się dzień...

Bab­cia pod­krę­ciła radio. Ktoś tań­czył w kącie. Zabawa trwała w naj­lep­sze.

- Tylko mi stołu nie roz­wal­cie - ryk­nął śmie­chem tata i w tym samym momen­cie kobiety jak dłu­gie runęły ze stołu, pocią­ga­jąc za sobą obrus i puste tale­rze.

Karo­lina po latach będzie wspo­mi­nała te czasy z roz­rzew­nie­niem. Wtedy nikt nie mówił o psy­cho­lo­gach, ADHD, bez­stre­so­wym wycho­wa­niu. Nie­raz dostała ścierką po rękach, nie­raz jakiś jej zna­jomy dostał pasem, ba, Mariona to nawet drew­nia­kiem obe­rwała. To były czasy, gdzie dzie­ciaki bie­gały po podwórku od świtu do nocy. Gdzie bawiło się w kałuży i pia­sku, a potem tymi samymi rękoma jadło się kaka­owe groszki i pra­linki. I naj­waż­niej­sze - cho­dziło się na wagary.

- Dziew­czyny, idzie­cie na wagary? - zapro­po­no­wał Arek. - A co? Szy­kuje się jakaś kla­sówka? - Mariona była prze­ra­żona. - Nie, ale dzi­siaj flu­ory­za­cja. - O Jezu, nie, ostat­nio mało się nie porzy­ga­łem - Pio­trek zatkał sobie ręką buzię i uda­wał, że zbiera mu się na wymioty. - W ogóle co to za spe­cy­fik leją na szczo­teczkę? Syf nad syfy. - Dobra, to kto idzie ze mną nad bajorko? - zapy­tał Arek. - Ja. - Ja też. - I ja. Jed­no­gło­śnie stwier­dzili, że zry­wają się z budy. Był cie­pły sło­neczny czerw­cowy dzień. W takie dni jak ten nie chciało się mar­no­wać czasu w szkole, a tym bar­dziej jak była flu­ory­za­cja. W piątkę poszli nad pobli­ską sadzawkę. Chło­paki prze­wie­sili na gałęzi linę. Jedno dziecko łapało się liny, dru­gie, które stało za nim, mocno je popy­chało, tak że ten, kto huś­tał się na linie, leciał do chmur, tak przy­naj­mniej dzie­ciom się wyda­wało. A kiedy lina z małym osob­ni­kiem znaj­do­wała się nad wodą, wtedy on ją pusz­czał i wska­ki­wał do wody. - Arek, ty to masz pomy­sły - pochwa­liła chło­paka Mariona. - Do usług, dziew­czyny. Pół dnia bujali się na tej linie i ska­kali do brud­nej sadzawki. Dopóki Mate­usz nie roz­ciął sobie nogi. - Lecę po jego ojca - zawo­łała spa­ni­ko­wana Karo­lina, kiedy zoba­czyła sączącą się z rany krew. Mate­usz wycho­wy­wał się z samym ojcem, który pra­co­wał w pobli­skim kio­sku Ruchu. Jego mama zmarła na raka kilka lat temu. Ojciec cho­wał go twardą ręką. - Zgłu­pia­łaś? - Mate­usz pod­niósł się do pozy­cji pół­sie­dzą­cej. - Chcesz, żeby mi lanie spu­ścił? - Za to, że sobie nogę roz­ciąłeś? - Od kilku dni gde­rał mi nad uchem, żebym nie kąpał się przy­pad­kiem w tej sadzawce, bo źle się to skoń­czy. - No i co teraz? - Karo­lina spoj­rzała na roz­ciętą stopę chło­paka. - Niech ktoś poleci do domu po ban­daż - stwier­dził Arek. Karo­lina puściła się pędem w kie­runku swo­jego bloku. Po dro­dze minęła starą Rumiń­ską. Na powi­ta­nie powie­działa "cześć" zamiast "dzień dobry". Tamta się obu­rzyła, ale dziew­czynka nic z tego sobie nie robiła. Wbie­gła do domu. Mama wró­ciła już z pracy. - Cho­lera! - zaklęła Karo­lina pod nosem. - O, dobrze, że już jesteś. Zaraz będzie obiad. Ziem­niaki z maślanką. Zro­bić ci też jajko sadzone? - Mamu­siu, nie teraz. - Nie teraz? A kiedy? Karo­lina weszła do łazienki. Pod­su­nęła tabo­ret pod szafkę, gdzie znaj­do­wała się apteczka. Mama weszła za nią. - Co robisz? - Szu­kam ban­daża. - Ban­daż? Co się stało? - Nie­ważne. - Karola, mów mi tu zaraz, co się stało. - Mama była zde­ner­wo­wana. - Mate­usz roz­wa­lił sobie nogę. Potrze­buję ban­daż. - Ale gdzie? W szkole? - Nie byli­śmy w szkole. - Dla­czego? - Mamo, póź­niej ci to wytłu­ma­czę. On mocno krwawi. - Może trzeba zszyć ranę? Dla­czego chcesz mu pomóc na wła­sną rękę? Gdzie on jest? - Nad sadzawką. - Dobrze. Idziemy po jego ojca. - Mamo­ooo - dziew­czynka jęk­nęła. - Nie znasz sta­rego Mietka, zaraz spu­ści mu łomot. Matka Karo­liny spoj­rzała na córkę. W jej oczach poja­wiły się łzy. - Dobrze. Weź­miemy ze sobą gen­cjanę, pla­stry i ban­daż. Zoba­czymy, czy to roz­cię­cie jest głę­bo­kie. - My zoba­czymy? - Idę z tobą. Po kilku minu­tach mama Karo­liny była nad sadzawką i opa­try­wała Mate­uszową stopę. - Masz szczę­ście, że to wszystko tak się skoń­czyło. - Dzię­kuję pani - burk­nął pod nosem zawsty­dzony chło­pak. - Do wesela się zagoi. A wy - zwró­ciła się do zebra­nych dzie­cia­ków - macie zakaz ska­ka­nia do sadzawki. - To gdzie mamy ska­kać? Mama Karo­liny uśmiech­nęła się pod nosem. - Na razie to lepiej zro­bi­cie, jak będzie­cie cho­dzić do szkoły. Bar­dzo czę­sto dziew­czynki spo­ty­kały się u Mariony w miesz­ka­niu. Karo­lina za każ­dym razem zachwy­cała się miesz­ka­niem przy­ja­ciółki. Zanim tata Mariony zwi­nął żagle, wyre­mon­to­wał lokum. Przed­po­kój obity był boaze­rią. Z sufitu zwi­sał fajan­siar­ski żyran­dol z błysz­czą­cymi krysz­tał­kami. Pod­łoga wyło­żona była świe­cą­cymi płyt­kami, a nie tak jak u Karo­liny gumo­leum. W pokoju gościn­nym stał nie­miecki naroż­nik, który koja­rzył się dziew­czynce z nowo­cze­sno­ścią. U niej w miesz­ka­niu na środku gościn­nego stała stara skrzy­piąca wer­salka, przy­kryta weł­nianą narzutą. Ale naj­pięk­niej­szy był pokój Mariony. Na jed­nej ścia­nie była foto­ta­peta. Obraz przed­sta­wiał błę­kitne morze i palmy. Na sza­fie od góry do dołu wisiały przy­kle­jone na taśmę pla­katy, wyrwane z "Bravo Girl". Mama Karo­liny nie lubiła, kiedy Karo­lina obkle­jała szafę pla­ka­tami. A Mariona zmie­niała pla­katy śred­nio raz w mie­siącu. Cio­cia Jadzia była kraw­cową w teatrze, dla­tego przy­no­siła do domu naj­pięk­niej­sze kre­acje, o jakich marzyła nie­jedna dziew­czynka. Prze­bie­rały się w dłu­gie świe­cące suk­nie z bufia­stymi ręka­wami. Wkła­dały buty na obca­sie i chwiej­nym kro­kiem szły na bal, który odby­wał się w kuchni. Włą­czyły kasetę magne­to­fo­nową. Zła­pały za dwa końce ska­kanki, ich pro­wi­zo­ryczne mikro­fony, i zaśpie­wały:

Odkry­jemy miłość nie­znaną,

Prze­go­nimy wiatr wesoły, co po fali gna,

Pozna­czymy kraj zako­cha­nych - dłu­gość ta, sze­ro­kość ta.

Miło­wa­nia głodni jak wilcy

Nauczymy się w tym kraju od pierw­szego dnia

Słów, któ­rymi mówią tubylcy:

Sza­ba­da­bada sza­ba­da­bada.

Potem puściły sznur i tań­czyły. Kiedy opa­dły już z sił, piły kom­pot z krysz­ta­ło­wych kie­lisz­ków i jadły naj­pysz­niej­szą napo­le­onkę, którą pie­kła nie­mal co tydzień bab­cia Mariony.

- Myślisz, że i my się kie­dyś tak zako­chamy? - zapy­tała Mariona przy­ja­ciółkę. - Jak? - Tak jak w tej pio­sence, jak wilki? - Wilcy - popra­wiła ją Karo­lina. - Nie wiem. Może. - Chcia­ła­bym tak kochać. - A ty chyba już się zako­cha­łaś. - Ja? W kim? - W Mate­uszu. - Eeee. No co ty. - Ale on ci się podoba. - Tro­chę. A tobie Arek. - Arek? - Karo­lina prych­nęła. Cho­ciaż na samą myśl o chło­paku jakoś tak cie­plej jej się zro­biło na duszy. - Arek to kum­pel - stwier­dziła, choć sama nie była tego do końca taka pewna.

- Aku­rat.

Naj­lep­szą ucztę miały, kiedy do Mariony przy­cho­dziła paczka zza gra­nicy od jej cioci. Przy­ja­ciółka zawsze wtedy zapra­szała do domu Karo­linę. Czego w tej paczce nie było: banany, poma­rań­cze, cze­ko­lady, puszki coli.

Pod­czas jed­nej z takich imprez wpa­dli w odwie­dziny chłopcy. Dziew­czyny podzie­liły się z nimi sma­ko­ły­kami. Wszystko było dobrze, dopóki chłopcy nie zaczęli się z nich śmiać. - I co was tak śmie­szy? - zapy­tała Karo­lina. - Te wasze suk­nie - par­sk­nął Pio­trek. - I te policzki różowe - wtrą­cił się Mate­usz. - Nie zna­cie się - żach­nęła się Mariona. - Może i nie. Chodź­cie lepiej na trze­pak - zapro­po­no­wał Arek. Dziew­czyny spoj­rzały na sie­bie. Pio­trek z Mate­uszem zachi­cho­tali. - Nie będzie­cie całymi dniami odgry­wać księż­ni­czek - skwi­to­wał Mate­usz. - Nam się podoba - oznaj­miła chło­pa­kom Mariona. Karo­lina zna­la­zła się mię­dzy mło­tem a kowa­dłem. Z jed­nej strony chciała jesz­cze popa­ra­do­wać w dłu­giej sukni, z dru­giej strony poszłaby z chło­pa­kami na trze­pak. - Może jed­nak pój­dziemy na trze­pak? - nie­śmiało zapro­po­no­wała Mario­nie. Dziew­czynka obrzu­ciła ją wro­gim spoj­rze­niem. - Skoro chcesz, to idź! - Mariona miała nabur­mu­szony głos. - Daj spo­kój, chodź z nami - Mate­usz szturch­nął Marionę w bok. - Kupię oran­żadkę w proszku. - Prze­ko­na­łeś mnie - dziew­czynka uśmiech­nęła się do Mate­usza. Mate­usz dotrzy­mał słowa - kupił pięć oran­ża­dek w proszku, które zaraz zje­dli ze sma­kiem. A potem zro­bili zawody na trze­paku. Wygry­wał ten, kto naj­dłu­żej wisiał głową w dół. Oczy­wi­ście wygrał Arek. Wisiał tak długo, aż miał nie tylko czer­woną twarz, ale i szyję. - Złaź już! - Karo­lina była zanie­po­ko­jona o chło­paka. O dziwo, posłu­chał, a jej zro­biło się jakoś cie­plej na sercu. Póź­niej zagrali w zbi­jaka i w pod­chody, a koło wie­czora roze­szli się do domów.

Rozdział 3

Nastało upalne lato. Dzieci cho­dziły do babci na wieś. To nie była praw­dziwa wieś, bo bab­cia miesz­kała na obrze­żach mia­sta, ale wszy­scy mówili, że idą na wieś. Bab­cia była bab­cią każ­dego z ich paczki, ale naj­praw­dziw­szą bab­cią Mariony. Mimo to kiedy dzie­ciaki do niej przycho­dziły, była bab­cią dla każ­dego. Rodzice dzie­cia­ków byli w pracy, a oni z klu­czami na sznu­rów­kach włó­czyli się po osie­dlu, w końcu Arek rzu­cił hasło:

- Idziemy do babci? Zgłod­nia­łem. - Ja też - przy­tak­nęła Mariona. Inni poki­wali gło­wami na znak zgody. Skra­jem drogi ruszyli w stronę Wil­czej. Kiedy byli w poło­wie drogi, zatrzy­mał się koło nich polo­nez pana Boczar­skiego, taty Arka. Pan Boczar­ski otwo­rzył szybę. - A wy dokąd? - Do babci. - Wy tę bab­cię zamę­czy­cie. - Bab­cia zawsze się cie­szy, kiedy do niej zaglą­damy - wtrą­ciła się Mariona. - Obja­da­cie ją. Dzie­ciaki wzru­szyły ramio­nami. - Idź­cie już, idź­cie, a wie­czo­rem zapra­szam do nas, mam kilka nowych kaset wideo, spodo­bają się wam. Dzie­ciaki nie kryły zado­wo­le­nia. Za panem Boczar­skim zaczęły usta­wiać się inne samo­chody. Ktoś zatrą­bił. Męż­czy­zna mach­nął do nich ręką i ruszył dalej. Dotarli do babci po kil­ku­na­stu minu­tach mar­szu. Bab­cia sie­działa pod jabłonką i stru­gała papie­rówki. Kiedy tylko zoba­czyła dzie­ciaki, jej twarz roz­ja­śniła się w uśmie­chu. - Dzień dobry - powie­dzieli chó­rem. - A dobry. I piękny. Sło­neczny. Napi­je­cie się kom­potu? Mariona pode­szła do babci i cmok­nęła ją w poli­czek. - Pew­nie - wszy­scy byli spra­gnieni. Bab­cia wstała, wytarła ręce o far­tuch. - Naleję wam kom­potu. Mam też pomi­do­rową i jago­dzianki. - Skąd wie­dzia­łaś, że cię odwie­dzimy? - Przy­cho­dzi­cie co drugi dzień, trudno nie zgad­nąć - star­sza kobieta roze­śmiała się. Dzie­ciaki napiły się kom­potu i zja­dły zupę z ape­ty­tem. Potem każdy zła­pał w rękę jago­dziankę i ruszyli do zabawy. Bab­cia miała duży ogród. Na tyłach domu była usy­pana z pia­sku górka. Chłopcy zła­pali za patyki, które imi­to­wały broń. Mariona pobie­gła na ganek i spod stołu wzięła starą szmatę i sznu­rek. Bawili się w wojnę, chłopcy byli żoł­nie­rzami, a dziew­czyny były sani­ta­riusz­kami i opa­try­wały postrze­lo­nym żoł­nie­rzom rany szmatą i sznur­kiem. Kiedy zabawa im się znu­dziła, usie­dli na usy­pa­nej z pia­sku górki i zje­dli swoje jago­dzianki. Potem Arek zarzą­dził: - A może byśmy tak domek zbu­do­wali? Pomysł spodo­bał się pozo­sta­łym. - Na drze­wie? - zapy­tała Karo­lina. - Pew­nie, że na drze­wie. Za pozwo­le­niem babci wzięli z komódki stare szta­chety i zaczęli two­rzyć kon­struk­cję domku. Bab­cia dała im wię­cej sznurka, jed­nak kon­struk­cja chwiała się na boki. - Przy­dałby się mło­tek - zawy­ro­ko­wał Mate­usz. - Ja wam młotka i gwoź­dzi nie dam - bab­cia pokrę­ciła głową. - Jesz­cze palce sobie poprzy­bi­ja­cie. - Bab­ciuuu - jęk­nęła Mariona. - Mam lep­szy pomysł - bab­cia odwró­ciła się w stronę drogi, po któ­rej jechał trak­tor, cią­gnący dra­bi­nia­sty wóz. Zdjęła chustkę z głowy i mach­nęła nią w powie­trzu. Kie­rowca się zatrzy­mał. Wysiadł z kabiny i wszedł do ogrodu. - Szczęść Boże. - A daj, Panie Boże. - Coś się stało, pani Bro­neczko? - A, dzieci mi tu powa­rio­wały, domek chcą zro­bić na drze­wie, ale ja im gwoź­dzi nie dam, pomo­że­cie nam, Romku? - Pomo­żemy - Romek puścił oko do babci. Po kil­ku­dzie­się­ciu minu­tach na drze­wie powstał domek. Dzieci podzię­ko­wały Rom­kowi, a bab­cia spa­ko­wała dla niego jago­dzianki. Z barku wyjęła roz­ma­joną wódeczkę, którą zro­bił jej świę­tej pamięci mąż. - Ale nie trzeba - wzbra­niał się Romek, kiedy bab­cia wrę­czała mu pół­mi­sek i flaszkę. - A Bóg zapłać za waszą pomoc. I bierz, jak wam dają. - Dobra, dzie­ciaki, chodź­cie na wóz, prze­wiozę was, a potem poba­wi­cie się w domku - zarzą­dził Roman. Dla dzieci jazda na wozie, na któ­rym było pełno siana, to była frajda. Wóz pod­ska­ki­wał na wybo­jach, prze­chy­lał się na boki, dzieci z rado­ści pisz­czały. Wró­cili do swo­jego domku na drze­wie godzinę póź­niej i bawili się tam do póź­nych godzin popo­łu­dnio­wych. Karo­lina była żoną Arka, goto­wała mu zupę z pia­chu, wody i kamy­ków. Arek pra­co­wał na budo­wie, czyli na pia­sko­wej górze. Mariona była żoną Mate­usza, on z kolei był pra­cow­ni­kiem w Urzę­dzie Mia­sta. Urząd mie­ścił się za obor­ni­kiem. - Nie może być tak, że pra­cuję w smro­dzie - krzy­wił się Mate­usz. - Tam jest urząd i tyle. - A nie może być gdzie indziej? - Mate­usz nie miał ochoty co chwila cho­dzić za obor­nik. - A dla­czego ja nie mam żony? - Pio­trek nie krył obu­rze­nia. - Nie każdy ma - wtrą­cił Arek. - Ale ja chcę mieć żonę. - A ja nie chcę cho­dzić za obor­nik. Dzieci zaczęły się kłó­cić. Były już zmę­czone upa­łem i zabawą. - A może wró­cimy już do mia­sta? - zapro­po­no­wała Karo­lina. - Tata Arka powie­dział, że puści nam jakieś filmy na wideo.

- Wra­camy - chło­paki uśmiech­nęli się od ucha do ucha.

Kolejne dni spę­dzali albo u babci, albo pod blo­kiem, albo na dział­kach, albo kąpali się w sadzawce, mimo iż przy­rze­kli rodzi­com, że od sadzawki będą trzy­mać się z daleka. Ale jak tu trzy­mać się z daleka, kiedy na dwo­rze pano­wał taki skwar? Woda chło­dziła ich ciałka. Cho­dzili też na krę­cone wło­skie lody. Nikt się nie przej­mo­wał, że ramiona czy nos miał spie­czony od słońca. Cie­szyli się waka­cjami i każdą chwilą spę­dzoną z kole­gami.

Mate­usz otrzy­mał w pre­zen­cie od cioci cho­mika, a raczej cho­miczkę. Nazwali ją "Buła", bo była jakaś gruba i ospała. Mate­usz wycho­dził z cho­mi­czą klatką na podwórko. Po kilku tygo­dniach oka­zało się, że cho­miczka była cię­żarna i powiła cztery cho­mi­czątka. Dzie­ciaki brały maleń­stwa do rąk bar­dzo deli­kat­nie i zachwy­cały się nimi. Kiedy nacie­szyły się już zwie­rząt­kami, Mate­usz zano­sił klatkę do domu i ruszali na działki. Jedli tyle owo­ców, że brzu­chy ich bolały. Popo­łu­dniami jeź­dzili po mie­ście auto­bu­sami. W rekla­mów­kach mieli pro­wiant na cały dzień, kanapki z pasz­te­tem bądź mor­ta­delą i ter­mos z her­batą. Któ­re­goś dnia ucie­kali kana­rom i zgu­bili rekla­mówkę. Cho­dzili głodni do powrotu rodzi­ców.

Było śro­dowe gorące przed­po­łu­dnie, zroz­pa­czony Mate­usz przy­biegł do Mariony. - Co się stało? - zapy­tała dziew­czynka. - Cho­miki zde­chły. - Dla­czego? - Stara cho­mi­czyca je zagry­zła. - Ale dla­czego? To ich matka. - Tata mi powie­dział, że to dla­tego, że myśmy je gła­skali. Czuła nasz zapach... - Och! - Mariona przy­tknęła palce do ust. - Chodźmy po Arka, Piotrka i Karo­linę. Musimy wypra­wić im pogrzeb. Mate­usz przy­tak­nął głową. Pogrzeb cho­mi­ków odbył się w pobliżu sadzawki. Pio­trek wyko­pał cztery dziury w ziemi. Potem dzieci deli­kat­nie wło­żyły mar­twe cho­miki do środka. Karo­lina okryła je watą. Arek zasy­pał zie­mią. Następ­nie dziew­czyny na każ­dej górce poło­żyły polne kwiaty. Po cere­mo­nii wsko­czyli do wody. Taplali się w sadzawce do póź­nego wie­czoru. A potem w mokrych ciu­chach, które powpa­dały im do wody, wra­cali do domu. Na dwo­rze już się ściem­niało. W pobliżu jeziorka nie było latarni, szli, jak to powie­dział Arek, "na czuja". Na szczę­ście po kilku minu­tach dotarli do oświe­tlo­nej drogi. Ktoś na nich zatrą­bił. - Ej, dzie­ciaki - stara syrenka pana Ożoga zatrzy­mała się na pobo­czu. - Pod­wieźć was?

Byli tak zmę­czeni, że spe­cjal­nie nie trzeba było ich zachę­cać. Mimo iż od osie­dla dzie­liło ich jakieś pięt­na­ście minut spa­cer­kiem, sko­rzy­stali z pod­wózki. Wsko­czyli w piątkę na tylne sie­dze­nie. Pan Ożóg ruszył, aż się za nim zaku­rzyło.

W sobot­nie połu­dnie Mariona wra­cała z placu zabaw do domu. Była spo­cona, a krew sączyła się jej z kolana. Prze­wró­ciła się, gra­jąc w zbi­jaka. Mate­usz zerwał liść babki i przy­ło­żył jej do rany. Pomo­gło na chwilę. Szła do domu, kuś­ty­ka­jąc i uśmie­cha­jąc się na wspo­mnie­nie Mate­usza, przy­kła­da­ją­cego liść do jej kolana. Nagle usły­szała męski głos.

- Marionka. Dziew­czynka odwró­ciła się. Zza rogu kamie­nicy wyszedł jej ojciec. Dziew­czynka otwo­rzyła sze­roko oczy. Nie mogła w to uwie­rzyć. Nie widziała ojca od ponad dwóch lat. Któ­re­goś dnia "pry­snął", jak mówiła bab­cia. Dziew­czynka była na niego zła, a potem było jej przy­kro, że tata ich zosta­wił. Nie­raz obwi­niały się z sio­strą, że to przez nie uciekł z domu. Może nie były zbyt grzeczne? - Tata? - Tak, to ja. Męż­czy­zna pod­szedł do dziew­czynki i ukuc­nął. Mariona patrzyła onie­miała na swo­jego tatu­sia. Wyglą­dał dokład­nie tak samo jak wtedy, kiedy widziała go po raz ostatni. - Wró­ci­łeś? - w oczach małej poja­wiły się łzy. - Na chwilę. Pomy­śla­łem, że was odwie­dzę. Mam walk­mana... - był wyraź­nie spe­szony. - Walk­mana - powtó­rzyła Mariona. - To faj­nie. - I kilka kaset. Bar­bie dla cie­bie i Zuzki. Każda dziew­czyna marzyła wtedy o Bar­bie. Naj­go­rzej, gdy dostała pod­róbkę. A ona, Mariona, miała dostać wyma­rzoną Bar­bie. - Ale taką praw­dziwą? - oczy Mariony zro­biły się duże jak pię­cio­zło­tówki. - Naj­praw­dziw­szą. Z Peweksu. - Tatu­siu, dzię­kuję - choć począt­kowo dziew­czynka była zła na ojca, za sprawą Bar­bie jej złość gdzieś czmych­nęła. - Dla­czego nie wsze­dłeś do miesz­ka­nia, tylko cze­kasz tutaj? - No wiesz, ja i mama... Widzia­łem, jak bawisz się na podwórku z dzie­cia­kami, pomy­śla­łem, że na cie­bie zacze­kam. - Boisz się, że mama zacznie krzy­czeć? Ojciec zmru­żył oczy, ale nie odpo­wie­dział na jej pyta­nie. Dziew­czynka wie­działa, jak bar­dzo jej mama jest zła na tatę. "Niech on mi się kie­dyś pokaże na oczy. Nie ręczę za sie­bie", powta­rzała nie­raz. - Wska­kuj na barana, widzę, że masz kon­tu­zję. Nachy­lił się, a dziew­czynka wdra­pała się na plecy ojca. Mocno się do nich przy­tu­liła. Nie odchodź - pomy­ślała. - Nie odchodź. Kiedy tylko prze­kro­czyli próg miesz­ka­nia, mama zro­biła ojcu kar­czemną awan­turę. Mariona weszła do pokoju Zuzki. Razem scho­wały się pod koł­drę.

Tata zaj­rzał do nich po kilku minu­tach, tak im się przy­naj­mniej wyda­wało. Poroz­ma­wiał z nimi chwilę, wrę­czył pre­zenty i wyszedł z miesz­ka­nia. Zatrzy­mał się u wujka Mirka, ale przez kolejny tydzień zaglą­dał do nich codzien­nie. Zabie­rał je na wycieczki, do teatru i do kina. A potem wyje­chał... Mariona była na niego wście­kła, że po raz kolejny je opu­ścił. Obie­cał, że nie­długo się spo­tkają. Nie mógł tylko spre­cy­zo­wać, co według niego zna­czy "nie­długo". Na szczę­ście Mariona miała wspar­cie u zna­jo­mych z podwórka. Bez nich pew­nie wyłaby przez kolejne dni.

- Nie przej­muj się. Też wolał­bym, by mój stary gdzieś znik­nął na zawsze - Mate­usz pokle­pał ją po ple­cach.

- Ale twój cią­gle spra­wia ci łomot, a mój nie. - Ale jak widać, nie nadaje się na ojca, skoro nie obcho­dzą go wła­sne dzieci. - No, racja. Karo­lina wyjęła z kie­szeni bluzy dwie bran­so­letki z muliny, które sama zro­biła. - To dla cie­bie i Zuzki. Cały tydzień je robi­łam. - Są piękne - Mariona uśmiech­nęła się do przy­ja­ciółki. - A więc wie­dzia­łaś, że on znowu odej­dzie? Dla­tego je zro­biłaś? - Nie wie­dzia­łam - skła­mała Karo­lina. Tak naprawdę wie­działa, pod­słu­chała roz­mowę mamy z cio­cią Jadzią, mamą Mariony. Kobieta narze­kała, że ten drań wró­cił po resztę swo­ich rze­czy, obda­ro­wał córki pre­zen­tami i za kilka dni zamie­rza znów znik­nąć. Chłopcy też sta­rali się zara­dzić kry­zy­so­wej sytu­acji. Pio­trek pierw­szy raz od zeszłych świąt zapro­sił dziew­czyny do miesz­ka­nia swo­ich rodzi­ców. Zazwy­czaj gościł u sie­bie tylko chło­pa­ków, ale widząc smu­tek na twa­rzy kole­żanki, zapro­po­no­wał im gra­nie na jego Atari. Mama Piotrka posta­wiła na stole tale­rzyk z ser­ni­kiem i sześć szkla­nek kom­potu. Chło­pak odpa­lił Atari i pozwo­lił dziew­czy­nom zagrać w Mario. Tego popo­łu­dnia Karo­lina poświę­ciła przy­ja­ciółce swój cały wolny czas. Zaplo­tła jej kłosa, dała jej do poczy­ta­nia swoje "Złote Myśli", podzie­liła się z nią kolek­cją zapa­cho­wych gumek i poka­zała nowy segre­ga­tor, który kilka dni temu kupiła jej mama. Miała już w nim sele­dy­nowe i różowe kartki. Z obiema mamami uzgod­niły, że dziew­czynka będzie noco­wała u Karo­liny. - Zro­bimy sobie kogel-mogel? - Karo­lina robiła wszystko, by ode­rwać myśli przy­ja­ciółki od ojca. - Super. - Mam nawet kakao. Czyli będzie kaka­owy. Dziew­czynki weszły do kuchni. Karo­lina wyjęła z lodówki jajka. Mariona, stały gość w domu Karo­liny, nie­mal czło­nek rodziny, wyjęła z dol­nej szafki miski. Do jed­nej wbiły żółtka, do dru­giej białka. Karo­lina dodała do żół­tek cukier i zaczęła je ucie­rać. Kiedy masa była już puszy­sta i nie­mal biała, dziew­czynka nasy­pała tro­chę kakao. - Będzie pyszne - Mariona wło­żyła palec do masy, po czym obli­zała go. - Nie może być ina­czej. Wie­czo­rem śpie­wały do szczo­tek, które słu­żyły im za bez­prze­wo­dowe mikro­fony, pio­senki chło­pa­ków z Back­street Boys. A kiedy bez sił opa­dły na łóżko, gapiły się na pla­katy, które w końcu mama pozwo­liła powie­sić Karo­li­nie na sza­fie. Karo­lina była zabu­jana w Jor­da­nie z New Kids on The Block. - Kie­dyś będę miała takiego męża. - Mnie się on wcale nie podoba. - Masz spa­czony gust. Jest przy­stojny. Te jego ufry­zo­wane czarne włosy i te spoj­rze­nia robią wra­że­nie. - Wolę Nicka z Back­street Boys. - Blon­das. - Wła­śnie, blon­das. Nie przy­po­mina ci naszego Mate­usza? - Nie. Co ty masz z tym Mate­uszem? - To samo co ty z Arkiem. - Nie to samo. Już ci tłu­ma­czy­łam, że Arek to tylko kum­pel, a ty wle­piasz oczy w Mate­usza, jakby fak­tycz­nie sam Nick Car­ter ci się obja­wił. - No dobra, powiem ci, ale to będzie nasz sekret. - Obie­cuję, że nikomu nie powiem. - Chyba się w nim zako­chuję. - Może powin­naś mu o tym powie­dzieć? - Nie, no co ty. To chyba on powi­nien zro­bić pierw­szy krok. - Może się wsty­dzi? - Ale jest chło­pa­kiem. - I co z tego? - To, że to on powi­nien zro­bić pierw­szy krok. Dobra, skończmy już roz­mowy o Mate­uszu - dziew­czynka poczuła, że oblewa ją rumie­niec. - Sądzę, że powin­ny­śmy sobie zro­bić trzy dziurki w uchu - zmie­niła temat Mariona. - Jezuuu! - jęk­nęła Karo­lina. - Ojciec mnie zabije. - Twój ojciec nawet nie zwróci uwagi. - Tak myślisz? - Znam go od lat. Mariona bar­dzo lubiła pana Unia­tow­skiego. Był miły, sym­pa­tyczny, ni­gdy się nie wście­kał i niczego nie zauwa­żał. Nawet kiedy jego żona prze­far­bo­wała się z blond na czarno. Karo­lina śmiała się, że ojciec przez kilka dni zasta­na­wiał się, co zmie­niło się w wyglą­dzie jego żony, kiedy ta zapy­tała go, czy zauwa­żył jakieś zmiany. Mariona chcia­łaby mieć ojca obok sie­bie. Jej tata ponow­nie "zwi­nął żagle", tak powta­rzała bab­cia. I ma gdzieś rodzinę. - Skoro tak twier­dzisz... - Karo­lina nie była prze­ko­nana. - Taka moda. Super to wygląda. Zaosz­czę­dzi­łam tro­chę kasy i kupi­łam nam wkręty. - Dla mnie też? - Pew­nie, że też. Karo­lina nie kryła wzru­sze­nia. Przy­tu­liła kole­żankę i cmok­nęła ją w poli­czek. - Chodź, obej­rzymy Dyna­stię, a potem zafar­bu­jemy sobie bluzki. Dziew­czyny od kilku tygo­dni pla­no­wały zgod­nie z modą zafar­bo­wać za pomocą wybie­la­cza bluzki. Obej­rzały odci­nek serialu, po czym ruszyły do łazienki. - No i co, dowie­dzia­łaś się, jak mamy to zro­bić? - zapy­tała przy­ja­ciółkę Karo­lina. - Wszystko wiem. Złóż bluzkę w kostkę - poin­stru­owała ją Mariona. Karo­lina według instruk­cji kole­żanki zło­żyła bluzkę. - Teraz musimy owi­nąć ją sznur­kiem. Dziew­czyny zła­pały za sznu­rek i obwi­nęły bluzkę.

- To teraz musimy nalać wody do miski i tro­chę wybie­la­cza. Odstawmy ją na godzinę i gotowa. Tylko żeby­śmy nie zapo­mniały jej wypłu­kać.

Mariona z Karo­liną usta­liły, że prze­kłują uszy jak naj­szyb­ciej. Jedy­nym pro­ble­mem było to, kto im te uszy prze­kłuje. Do kosme­tyczki musia­łyby pójść z kimś doro­słym, a obie wie­działy, że żadna mama nie będzie zachwy­cona pomy­słem córek. W końcu trud­nego zada­nia pod­jął się Arek.

- Ale naprawdę wiesz, jak to się robi? - na pierw­szy ogień poszła Karo­lina. - Pew­nie, że wiem. Widzia­łem nie­raz, jak moja kuzynka prze­kłu­wała uszy kole­żan­kom. - To może ona nam to zrobi? - Beti ma teraz pro­blemy z face­tem. Sie­dzi w domu i beczy. Nie bój żaby, maleńka, zro­bię to bez­bo­le­śnie. Karo­lina ufała Arkowi. Lubiła go. Cza­sami jej się nawet zda­wało, że bar­dziej niż lubiła, ale się do tego nie przy­zna­wała. Dziew­czyna usia­dła na tabo­re­cie w kuchni. Zaci­snęła zęby. Arek prze­mył jej ucho spi­ry­tu­sem. Od wewnętrz­nej strony pod­ło­żył ziem­niak, a z dru­giej strony zde­cy­do­wa­nym ruchem wbił igłę. Karo­lina była tak zszo­ko­wana, że począt­kowo nic nie poczuła. Mariona nato­miast wydała okrzyk. - Zaraz zemdleję - powie­działa. - Dawaj wkręta, a nie mdlej - poin­stru­ował Marionę chło­pak. Arek wpraw­nym ruchem wło­żył kol­czyk do dziurki i zro­bił kolejną dziurkę. - Druga dziurka za nami - otwo­rzyła usta Karo­lina. - To co, teraz trze­cią chcesz? Dziew­czyna ski­nęła głową. Chło­pak zde­cy­do­wa­nym ruchem prze­kłuł ponow­nie ucho i wło­żył kol­czyk. Podał dziew­czy­nie lusterko. - I co? - zapy­tał Arek. - Chyba ta trze­cia tro­chę za wysoko - Karo­lina wpa­try­wała się w odbi­cie swo­jego opuch­nię­tego, zakrwa­wio­nego ucha. - Dobrze jest. - Skoro tak twier­dzisz. - Co myślisz, Mariona? Dziew­czynka sie­działa z roz­dzia­wioną buzią i patrzyła na przy­ja­ciółkę. - Jest OK. Nie wiem tylko, czy ja dam radę - Mariona poczuła, że ogar­nia ją panika. - Dasz radę. Nie pękaj teraz. Po namo­wach Mariona dała sobie prze­kłuć ucho. Teraz obie dziew­czynki miały po trzy dziurki w uchu. U Mariony w domu nikt nie zauwa­żył zmian, za to Karo­li­nie się obe­rwało. - Zgłu­pia­łaś? - mama patrzyła na opuch­nięte ucho córki. - Mamo, to teraz jest modne. - Co mnie obcho­dzi moda? Czemu mnie nie zapy­tałaś o zgodę? - A zgo­dzi­ła­byś się? - Nie. - No wła­śnie. - Idź do swo­jego pokoju. Daj mi ochło­nąć. Przez kolejne dni ucho Karo­liny ropiało. Rana brzydko się goiła, a z tyłu ucha wyrósł jakiś bąbel. - Boli - jęczała. - Twoje wymy­sły. Cierp ciało, sko­roś chciało - mama prze­my­wała córce ucho riva­no­lem. Mimo to okłady nie przy­no­siły uko­je­nia. Bąbel urósł jesz­cze bar­dziej. W końcu dziew­czynka zde­cy­do­wała się wyjąć wkręty. - To naj­lep­sze wyj­ście z sytu­acji - zapew­niała ją mama.

Rozdział 4

Dzie­ciń­stwo tak szybko mijało. Ale przy­jaźń dziew­czyn wciąż była nie­ro­ze­rwalna. Jesz­cze jako pięt­na­sto­latki huś­tały się na huś­tawce "na sto­jaka do dechy". A potem ska­kały w dal. Wisiały gło­wami w dół na trze­paku. Za kie­szon­kowe, odkła­dane od kilku mie­sięcy, kupiły sobie ban­dany i pierw­sze buty na kotur­nie. Nosiły też kra­cia­ste koszule fla­ne­lowe, które zawią­zy­wały nad pęp­kiem. Zaczęły się malo­wać. Usta pać­kały białą lub różową szminką. W uszy wpi­nały sele­dy­nowe kol­czyki. Wciąż spo­ty­kały się z chło­pa­kami z podwórka, ale już nie codzien­nie, tak jak kie­dyś. Mię­dzy Mate­uszem i Marioną było takie napię­cie, że Karo­lina skwi­to­wała to nastę­pu­ją­cymi sło­wami:

- Wyła­do­wa­nia pio­ru­nów to mało. - To co ja mam zro­bić? - Nie wiem. Poca­ło­wać go? - Zgłu­pia­łaś? A jeśli on nic do mnie nie czuje? - Czuje, czuje, tylko pew­nie sam się wsty­dzi. Mam! - Karo­lina doznała olśnie­nia. - Powin­naś napi­sać do "Bravo Girl". Wiesz, te wszyst­kie porady, które czy­tamy tam... - dziew­czyna potarła czoło. - Mogliby i tobie pomóc. Wyślesz list i jakaś mądra pani z redak­cji ci dora­dzi, co masz zro­bić. - Kasia. Ta dziew­czyna, która odpi­suje na listy, nazywa się Kasia. - Kasia czy Mary­sia, nie­ważne, byleby ci dobrze dora­dziła, bo mi tu uschniesz z miło­ści. Mariona napi­sała do Kasi, ale jej list nie poja­wił się na łamach "Bravo Girl", na szczę­ście los jej sprzy­jał. Któ­re­goś dnia poszła do śmiet­nika. Nio­sła ciężki kubeł, w któ­rym pię­trzyły się śmie­cie. Cały czas wypa­dał jej jakiś papie­rek. Dziew­czyna musiała się zatrzy­my­wać, by go pod­nieść. Kiedy dotarła pod duży kon­te­ner, nie­mal nie czuła ręki. Unio­sła klapę od śmiet­nika, prze­chy­liła kubeł, jed­nak nie utrzy­mała go i kosz wylą­do­wał na dnie pustego kon­te­nera. No to super! - dziew­czyna zer­k­nęła na dno. Co ona teraz zrobi? Nawet jakby weszła do kon­te­nera, to jak z niego wyj­dzie? Jej roz­my­śla­nia prze­rwał chło­pięcy głos: - Cześć - nie musiała się odwra­cać, żeby wie­dzieć, że za jej ple­cami stoi Mate­usz. - Cześć. - Co robisz? Podzi­wiasz śmie­cie? - chło­pak ner­wowo się zaśmiał. Mariona odwró­ciła się w jego stronę. - Kosz na śmie­cie wpadł mi do środka i zasta­na­wiam się, co mam zro­bić. - Wsko­czyć po niego. - Yyyy.... - Ja wsko­czę. Zanim Mariona odpo­wie­działa, chło­pak wyko­nał susa do środka. Po chwili podał jej kubeł, a sam pod­cią­gnął się na rękach. - Dzięki. - Nie ma sprawy. - Będę musiała ci się jakoś odwdzię­czyć. - Tak, będziesz musiała. Mate­usz nachy­lił się w jej stronę i poca­ło­wał ją w usta. Dziew­czyna onie­miała. To był jej pierw­szy poca­łu­nek. Poca­łu­nek z wyśnio­nym chło­pakiem. W sumie nie wie­działa, co ma robić, ni­gdy się nie cało­wała z chło­pakiem, ale musiała stwier­dzić, że bar­dzo jej się to podo­bało. Kiedy Mate­usz się od niej odsu­nął, był tak samo spe­szony jak ona. - To było... - zaczęła Mariona. - To mój pierw­szy raz. Yyyyy... - Mój też. Popa­trzyli na sie­bie, po czym oboje spu­ścili wzrok. - To ja już idę - Mariona była zawsty­dzona. - Ja też. Mariona zła­pała za uchwyt od kosza do śmieci i puściła się pędem w stronę bloku. Po kil­ku­na­stu minu­tach była u Karo­liny w pokoju. Zwie­rzała się przy­ja­ciółce. - Ale tak przy kon­te­ne­rze na śmieci? - Karo­lina nie kryła roz­ba­wie­nia. - Tak. - Ha, ha, ha, ha - Karo­lina rżała tak bar­dzo, że po policz­kach pły­nęły jej łzy. - Super. - Nie ma się z czego śmiać. - Nie śmieję się z was - Karo­lina w końcu się opa­no­wała. - Ale z całej tej sytu­acji. Ty i on, a wokół was śmie­cie, kubły na śmie­cie i ten cha­rak­te­ry­styczny zapa­szek. Cudna sce­ne­ria. - Już nic ci nie powiem. - Kochana - Karo­lina objęła przy­ja­ciółkę. - Bar­dzo się cie­szę, że w końcu do tego doszło. Więc co, cho­dzi­cie razem?

- No wła­śnie nie wiem, bo ucie­kłam. Sytu­acja była nie­zręczna.

Przez kolejne dni Mariona nie widziała Mate­usza, ponoć się roz­cho­ro­wał.

- Ty, a może to od tego two­jego poca­łunku? Jakie­goś wirusa mu sprze­da­łaś? - żar­to­wała z niej Karo­lina. Mario­nie wcale a wcale nie było do śmie­chu. Chciała jak naj­szyb­ciej go zoba­czyć. Miała nadzieję, że chło­pak poprosi ją o cho­dze­nie. - Co nic nie mówisz? - Karo­lina szturch­nęła przy­ja­ciółkę w bok. - A co mam odpo­wie­dzieć na twoje głu­pie docinki? - No i czemu od razu się tak obru­szasz? - Bo się ze mnie nabi­jasz. - Idź do niego. - Prze­cież jest chory.

- No wła­śnie. Miło by mu było, gdy­byś go odwie­dziła.

Po nie­prze­spa­nej nocy Mariona posta­no­wiła, że odwie­dzi Mate­usza. Serce waliło jej jak sza­lone, a w żołądku czuła zaci­śnięty węzeł.

- Cześć - weszła do pokoju chło­paka. Leżał na łóżku i słu­chał walk­mana. - Cześć - zdjął słu­chawki z uszu. - Sia­daj. Mariona przy­cup­nęła na fotelu. - Wpa­dłam cię odwie­dzić. Sły­sza­łam, że jesteś chory. - Nie wie­działa, co ma począć z rękami, dla­tego bawiła się suwa­kiem. - Prze­zię­bi­łem się. Na chwilę zale­gła krę­pu­jąca cisza. W końcu chło­pak zdo­był się na odwagę i zapy­tał Mariony: - Może chcia­ła­byś ze mną cho­dzić? No wiesz... spo­ty­kać się, tak na poważ­nie. Mariona naj­chęt­niej wsta­łaby i odtań­czyła jakiś taniec albo zaśpie­wała na całe gar­dło:

Odkry­jemy miłość nie­znaną,

Na szczę­śliwy ląd zaniosą mnie pew­nego dnia

Twe ramiona - łódź Magel­lana

Serce twe - busola ma.

- Pew­nie - uśmiech­nęła się do chło­paka. Po czym nachy­liła się w jego stronę i poca­ło­wała go w usta.

- Zara­zisz się. - Nie­ważne. Cało­wali się tak długo, aż roz­bo­lały ich usta. Przez kolejne pięć lat byli parą, dopóki Matusz nie wyje­chał do rodziny do Sta­nów w poszu­ki­wa­niu lep­szego życia.

Karo­lina tro­chę zazdro­ściła przy­ja­ciółce, że z kimś się spo­tyka. Pró­bo­wali z Arkiem być parą, ale im nie wyszło. Nie łączyło ich nic wię­cej poza faj­nym kum­plo­stwem i tego się trzy­mali.

Kiedy czło­wiek ma sie­dem­na­ście lat, to wtedy czuje się jak król bądź kró­lowa życia. Używa życia, uży­wek. Tań­czy boso na desz­czu, zarywa noce na impre­zach. Robi różne głu­pie rze­czy, by na sta­rość mieć co wspo­mi­nać.

Karo­lina prze­glą­dała się uważ­nie w lustrze. Nie wie­działa, co ma na sie­bie wło­żyć. Naj­chęt­niej zadzwo­ni­łaby do przy­ja­ciółki, ale wtedy zdra­dzi­łaby się przed rodzi­cami, że wycho­dzi. Po wczo­raj­szej kar­czem­nej awan­tu­rze miała szla­ban na dzi­siej­szą imprezę. Mama z tatą zgod­nie stwier­dzili, że jest za młoda, aby co tydzień impre­zo­wać. Ale co ona miała pora­dzić na to, że aku­rat w tym roku roz­po­czął się sezon na osiem­nastki. Zresztą Karo­lina sama też nie mogła się już docze­kać swo­ich uro­dzin. Jesz­cze tylko osiem mie­sięcy i nie będzie musiała o nic pro­sić rodzi­ców. Będzie doro­sła. Naresz­cie! "Jesz­cze bokiem wyj­dzie ci ta doro­słość", powta­rzała jej mama. "Wtedy to się dopiero zaczy­nają pro­blemy", dorzu­cał tata. Patrzyła na nich spode łba i myślała sobie, co też oni pie­przą za bzdury.

Tego wie­czoru w klu­bie odby­wała się osiem­nastka Wojtka. Nie mogła prze­pu­ścić takiej oka­zji i nie zja­wić się tam. Tym bar­dziej że ostat­nio ona i Woj­tek mieli się ku sobie. Kiedy rodzice wyłą­czyli w pokoju świa­tło, dziew­czyna wysko­czyła z łóżka i z latarką w ręku zaczęła robić prze­gląd kie­cek. Rzu­cała na łóżko te najbar­dziej obci­słe i sek­sowne. Potem je przy­mie­rzała i oglą­dała się w małym lusterku, bo tylko takie miała u sie­bie w pokoju. W końcu zde­cy­do­wała się na kla­syczną małą czarną, z dużym dekol­tem. Biust o mało nie wysko­czył jej z dekoltu, ale o taki efekt wła­śnie jej cho­dziło. Pocią­gnęła usta czer­woną szminką, prze­cze­sała dłu­gie włosy, po czym usia­dła na łóżku i cze­kała. Kiedy usły­szała pochra­py­wa­nie taty, otwo­rzyła okno i wyśli­zgnęła się na zewnątrz. Jak to dobrze, że rok temu zamie­nili miesz­ka­nie i prze­pro­wa­dzili się do takiego, które znaj­do­wało się na par­te­rze.

Latar­nia rzu­cała poma­rań­czowe świa­tło na chod­nik. Karo­lina zer­k­nęła na zega­rek. Było kilka minut po dwu­dzie­stej trze­ciej. Z Marioną była umó­wiona na tę wła­śnie godzinę. Czyżby przy­ja­ciółka już sobie poszła?

- Pssst - usły­szała nawo­ły­wa­nie. Odwró­ciła się. Za ple­cami stała zdy­szana Mariona. - Wyglą­dasz, jak­byś bie­gła przez pół osie­dla. - Bo... - Mariona musiała zaczerp­nąć tchu - tak było. Nie chcia­łam się spóź­nić. Mia­łam prze­prawę z mamą. Wiesz, to gada­nie sta­rych... - Wiem. - A twoi się zgo­dzili bez pro­blemu? - No coś ty. Moi nawet nie wie­dzą, że wyszłam. - Jaja sobie robisz?

- Jaja to będą, jak się skapną, że znik­nę­łam.

Osiem­nastka Wojtka odby­wała się w Dra­gon Pub. Okna zama­lo­wane były czarną farbą, na ścia­nach łusz­czyła się farba. Mariona pchnęła drzwi. Wewnątrz było dość tłoczno. Dym papie­ro­sowy uno­sił się w górę i zaty­kał noz­drza. Dziew­czyny zauwa­żyły Wojtka, który ruszył w ich kie­runku. Zło­żyły mu życze­nia i wrę­czyły butelkę wódki, którą Karo­lina zako­siła kilka dni temu z barku rodzi­ców. W tle leciał MR. Pre­si­dent z hitem Coco Jambo.

- Czego się napi­je­cie? - zapy­tał Woj­tek. - Ja obsłużę się sama - Mariona szturch­nęła kole­żankę, pusz­cza­jąc jej filu­terny uśmie­szek, i ruszyła w stronę baru, gdzie stał Mate­usz z Piotr­kiem. - A ty? - Woj­tek poło­żył rękę na jej ple­cach. Dziew­czyna wzdry­gnęła się. - Może piwa? - Piłaś kie­dyś u-boota? - Nie. - Jedyny praw­dziwy sok, który wlewa się do piwa, to wódka. Ostra zabawa po tym drinku gwa­ran­to­wana. Pode­szli do baru. Star­szy brat Wojtka, który był bar­ma­nem, napeł­nił kufel piwem, po czym wrzu­cił do niego kie­li­szek z wódką. - Na zdro­wie maleńka - puścił do niej oko. Karo­lina z Wojt­kiem usie­dli przy sto­liku. Chło­pak objął ją w pasie. Dziew­czyna z pod­nie­ce­nia nie mogła wydo­być głosu. Impreza, gło­śna muzyka, chło­pak, w któ­rym od roku pod­ko­chi­wała się skry­cie. Wyma­rzony sobotni wie­czór. Piła drinka i uśmie­chała się do sie­bie. - Jak to jest mieć osiem­na­ście lat? - zapy­tała Wojtka. Chło­pak zerwał się na równe nogi i wsko­czył na stół. - Zaje­bi­ście! - wydarł się na całe gar­dło. Zna­jomi zaczęli kla­skać, a ona poczuła się tro­chę zaże­no­wana jego zacho­wa­niem. Kiedy zszedł ze stołu, poca­ło­wał ją w poli­czek. - Co powiesz na to, żeby­śmy się spo­ty­kali? - zapro­po­no­wał, spo­glą­da­jąc czule w jej oczy. A przy­naj­mniej tak się dziew­czy­nie wyda­wało, że to było czułe spoj­rze­nie. Chło­pak był już lekko pod­chmie­lony. Prze­chy­liła kufel z piwem i wypiła nie­mal połowę. - Byłoby faj­nie. Woj­tek pochy­lił się w jej stronę i poca­ło­wał ją. Nie był to deli­katny poca­łu­nek, raczej natar­czywy, ale dziew­czyna była zachwy­cona. Od dawna o tym marzyła. - Gwa­ran­tuję ci to, będzie faj­nie - powie­dział, kiedy ode­rwał usta od jej ust. Przez całą imprezę Karo­lina bawiła z Wojt­kiem. Pili, tań­czyli, cało­wali się po kątach. Dziew­czyna chciała zapo­mnieć o całym świe­cie. Zapo­mniała. Po kolej­nym u-boocie odszu­kała przy­ja­ciółkę, która sie­działa wtu­lona w Mate­usza. - Jak się bawisz? - zapy­tała Marionę. Dziew­czyna ode­rwała się od swo­jego chło­paka i wstała. - Super. Widzę, że ty też. Nie pij już. - Dla­czego? - Bo już ledwo sto­isz na nogach. - Tak jest, mamu­siu! - Karo­lina zasa­lu­to­wała. Mariona przy­tu­liła przy­ja­ciółkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki