Tak kochają lemury - Violetta Nowakowska

-
Proszę czekać

ZA­MIAST WSTĘPU

To nie był mój pies. Nie­wiel­ki krótkowłosy kun­de­lek z ogon­kiem jak ro­ga­lik. Obroża. Wesołe spoj­rze­nie. Błyszcząca sierść. Bie­gał naj­pierw wzdłuż płotu, zaglądał na podwórko, jak­by chciał się prze­ko­nać, czy gdzieś tu­taj na chwilę nie za­trzy­mał się jego właści­ciel, po czym pew­nym sie­bie truch­ci­kiem po­biegł da­lej wzdłuż dro­gi. Nie tyl­ko po spo­so­bie cho­dze­nia, lecz i po zakręco­nym ogon­ku widać było, że jest zupełnie, ale to zupełnie bez­tro­ski.

Następne­go dnia za­stałam go pod la­sem, na po­se­sji na­szych do­brych zna­jo­mych z tej sa­mej wsi. Bie­gał jak gdy­by nig­dy nic wśród ro­do­wo­do­wych sznau­cerów ol­brzymów i sznau­ceropodobnej, przy­gar­niętej ze schro­ni­ska, sucz­ki. Gdy­by wie­rzyć wiej­skim plot­kom, cała ta gro­ma­da "czar­nych, wcie­lo­nych diabłów" go­to­wa była roz­szar­pać na­wet ko­nia. Tym­cza­sem kun­de­lek (być może dla­te­go, że do ko­nia zupełnie nie­po­dob­ny) bie­gał pomiędzy nimi z bez­troską miną. Z ko­lei Małgo­sia - właści­ciel­ka sznau­cerek i sznau­ceropodobnej - wyglądała ra­czej na zmar­twioną.

- Przy­garnęliście go?

- Ależ skąd. On gdzieś tu­taj miesz­ka, ale nikt go nie ko­ja­rzy.

- On też nie ko­ja­rzy?

- Kom­plet­nie nic. Do każdej furt­ki bie­gnie w taki sposób, jak­by zna­lazł dom.

- Daj mi go - za­pro­po­no­wałam. - Jadę do sąsied­niej wsi, do stad­ni­ny, ode­brać mo­ich chłopaków. Wy­je­cha­li kon­no w te­ren. Zawożąc ich, wi­działam, że na bo­isku szkol­nym gmi­na urządziła fe­styn. Jest tłum lu­dzi z oko­licz­nych wsi, pokażę psa, po­wiem kil­ka słów do mi­kro­fo­nu, jest na­dzie­ja, że ktoś go roz­po­zna.

Małgo­sia przy­pięła kun­dlo­wi smycz, a ja otwo­rzyłam drzwi sa­mo­cho­du. Pies wsko­czył na­tych­miast i ułożył się wy­god­nie na wy­cie­racz­ce przed sie­dze­niem pasażera.

- Jeździł - za­wy­ro­ko­wałyśmy jed­no­cześnie.

W ogóle był "bywały". Do sa­mo­cho­du wsia­dał ocho­czo, na cu­dzym podwórku czuł się jak u sie­bie, po es­tra­dzie cho­dził jak mo­del. Pre­zen­ta­cja? Proszę bar­dzo: przód, tył, pra­wy i lewy pro­fil, kurc­ga­lo­pek, siad, prze­chy­la­nie głowy na bok. Uro­czy. Wszyst­ko na nic. Nikt go nie roz­po­znał, a ja nie dałam się już na­brać na to, że on roz­po­znawał wszyst­kich. Zre­zy­gno­wa­na zeszłam z es­tra­dy, pies ze mną, we­so­lut­ki, pew­nym kro­kiem pociągnął mnie w kie­run­ku sa­mo­cho­du. Wsie­dliśmy. Ułożył się na­tych­miast, bar­dzo z sie­bie za­do­wo­lo­ny.

Pod­je­cha­liśmy kawałek. Drogą szedł mężczy­zna. Z psem. Za­trzy­małam się.

- Prze­pra­szam - uchy­liłam drzwi - czy nie zna pan przy­pad­kiem tego pie­ska? Może wie pan, do kogo należy? Błąka się od wczo­raj w na­szej wsi...

Mężczy­zna pod­szedł do sa­mo­cho­du, włożył głowę do środ­ka.

- Za­raz... - za­sta­no­wił się, przyglądając się uważnie kun­del­ko­wi. - Czy to cza­sem nie nasz...?

Spoj­rzałam na nie­go jak na kogoś nie­spełna ro­zu­mu. Chy­ba na­wet le­ciut­ko zaczęłam się go bać. Co to zna­czy: "Czy to cza­sem nie nasz"?! Własne­go psa roz­po­zna­je się prze­cież tak samo jak własne­go męża, własne dziec­ko i własną matkę... To nie są zma­sa­kro­wa­ne zwłoki, tyl­ko żywy, do­brze utrzy­ma­ny pies. Fa­cet wyglądał zwy­czaj­nie, mówił po pol­sku, a tekst brzmiał jak z Mon­ty Py­tho­na. Po­czułam nikły za­pach al­ko­ho­lu. Na­sze spoj­rze­nia spo­tkały się, pa­trzył naj­zu­pełniej przy­tom­nie. Za­sta­na­wiał się. Naj­po­ważniej na świe­cie się za­sta­na­wiał.

- Nasz był chy­ba ciu­tek większy... Ale mord­ka jak­by po­dob­na. I ucho tak samo trzy­mał. No... sam nie wiem... Mi­cha­el! - zawołał na­gle gdzieś za sie­bie. - Mi­cha­el, pozwól tu na chwilę...

Zro­bił krok do tyłu i w otwar­tych drzwiach sa­mo­cho­du po­ja­wił się pies. Wy­ra­zi­ste, unie­sio­ne w górę brwi, ciem­na opra­wa oczu. Słowo ho­no­ru, był na­prawdę po­dob­ny do Jack­so­na.

- Mi­cha­el, zo­bacz, czy to nasz...?

Mi­cha­el wsunął łeb do środ­ka. Kun­de­lek, leżący dotąd obojętnie, pod­niósł głowę i za­mer­dał ogon­kiem. Mi­cha­el zmarsz­czył nos, wol­no uniósł górną wargę, obnażył kły i za­war­czał. Ci­cho, lecz złowro­go.

- Nie, nie nasz - oznaj­mił sta­now­czo nie­zna­jo­my, zde­cy­do­wa­nym ru­chem ko­la­na wy­pchnął głowę Mi­cha­ela z sa­mo­cho­du i za­trzasnął drzwi. - Tak myślałem - mruknął uspra­wie­dli­wiająco w kie­run­ku swo­je­go psa - cho­ciaż, fak­tycz­nie, masz rację: nasz był ciu­tek większy.

Ko­niec hi­sto­rii jest ba­nal­ny. Od­wiozłam kun­dla do Małgosi, a ona jesz­cze tego sa­me­go dnia, chodząc po wsi od furt­ki do furt­ki, zna­lazła jego dom. Ale tam­to krótkie spo­tka­nie na dro­dze z nie­zna­jo­mym i jego psem Mi­cha­elem spo­wo­do­wało, że zaczęłam ko­lek­cjo­no­wać opo­wieści o zwierzętach i lu­dziach, którzy do­brze się ro­zu­mieją.

Ta książka to zbiór hi­sto­rii o miłości wza­jem­nej. O od­da­niu człowie­ka i psiej wier­ności. O bli­skości, ko­mu­ni­ka­cji, od­po­wie­dzial­ności i po­ro­zu­mie­niu. O jeżach, kaw­kach, wie­wiórkach, psach, cho­mi­kach, le­mu­rach, wielbłądach, żółwiach, łabędziach i ko­tach różnej maści. I o lu­dziach, którzy do nich należą. Nic wiel­kie­go. Ot, różne ob­li­cza miłości. "Bo wiel­ka jest w nas wszyst­kich po­trze­ba ko­cha­nia".

FIŚ

Mu­si­my przy­rodę wziąć w obronę. Jest pamiątką raju, jest życiem,

a chrześci­ja­ni­na obo­wiązuje ochro­na życia...

Jan Twar­dow­ski, Nie tyl­ko o jeżach

Edytę po­znałam przez owce. Owce przez Mi­ro­na. Za­nim przy­je­chały do mnie czer­wo­nym sa­mo­cho­dem eko­straży, za­nim wy­pa­ko­wały się - brud­na, kudłata i pękata jak becz­ka mat­ka z bagażnika, a bia­lu­sieńka, pu­szy­sta i okrąglut­ka jej córka z tyl­ne­go sie­dze­nia - za­nim ob­gryzły mi do cna ogród, łącznie z blusz­czem (trującym rze­ko­mo), za­nim wypełniły naszą prze­strzeń po­be­ki­wa­niem - mat­ka gru­bym, a córka dzie­cięcym, cie­niut­kim - czym wpra­wiały w dziką eks­cy­tację na­sze psy, za­dzwo­nił te­le­fon. Późnym wie­czo­rem, w piątek.

- Chce­cie owce? - za­py­tał Mi­ron.

Nie chce­my - od­po­wie­działam sta­now­czo.

- Nie cho­dzi o ho­dowlę, tyl­ko o po­moc. To są owce po­wo­dzian­ki. Tyl­ko dwie. Edy­ta z eko­straży nie wie, co z nimi zro­bić. Żeby je prze­trzy­mać, nie wy­star­czy być wo­lon­ta­riu­szem. Trze­ba jesz­cze mieć wa­run­ki. Wy ma­cie.

- No, do­brze - wes­tchnęłam. - Jak po­wo­dzian­ki, to niech przy­jeżdżają.

Ucie­szył się i oznaj­mił, że na­tych­miast po­da­je Edy­cie nasz ad­res.

- Owce do nas jadą! - zawołałam do mo­ich synów donośnie, lecz bez cie­nia en­tu­zja­zmu, prze­ko­na­na, że oto na własne życze­nie re­ali­zuję w swo­im życiu żydow­ski dow­cip o ko­zie. Ale dzie­ci, cho­ciaż sta­re ko­nie i też znają ten dow­cip, za­miast pod­nieść la­rum, ucie­szyły się jak dwa szcze­nia­ki. Na­wet mąż, do którego za­dzwo­niłam do Oslo z wia­do­mością, że przy­gar­nia­my na nie­określony czas dwie owce po­wo­dzian­ki, nie krył radości: "Bar­dzo słusznie, bar­dzo słusznie. Do­brze zro­biłaś, wresz­cie te dwa hek­ta­ry przed do­mem znajdą swo­je uza­sad­nie­nie". Nie ode­zwałam się. Dla mnie miały uza­sad­nie­nie także bez owiec, kie­dy latały tu tyl­ko kru­ki, cho­dził bo­cian, kwitła nawłoć, a na kom­po­stow­ni­ku roiło się od jasz­czu­rek. Boże, jak pięknie było, jak spo­koj­nie, gdy pod starą gruszą ulęgałką wy­pa­sały się wyłącznie sar­ny, a w jej dziu­pli, bucząc nie­miłosier­nie, robiły so­bie gniaz­do szer­sze­nie...

Hi­sto­ria owiec była przej­mująca. Każdy szczegół owcze­go życio­ry­su chwy­tał za ser­ce. "Nikt ich nie chce - pomyślałam. - To świństwo mieć łąkę i nie przyjąć dwóch bied­nych, bez­dom­nych owie­czek".

Cóż, każda idyl­la ma swój ko­niec.

Hi­sto­ria owiec była przej­mująca. Każdy szczegół owcze­go życio­ry­su chwy­tał za ser­ce. "Nikt ich nie chce - pomyślałam. - To świństwo mieć łąkę i nie przyjąć dwóch bied­nych, bez­dom­nych owie­czek". Mała uro­dziła się w cza­sie po­wo­dzi. Naj­pierw nikt nie roz­po­znał ich jako własnych, później nikt nie chciał jako cu­dzych, a kie­dy wresz­cie zna­lazł się taki, co ze­chciał, to szyb­ko oka­zało się, że fa­cet ma budkę z ke­ba­bem. Ktoś za­dzwo­nił do eko­straży z in­for­macją, że wo­lon­ta­riusz, który tak ocho­czo przy­garnął owiecz­ki, chy­ba nie zro­bił tego całkiem bez­in­te­re­sow­nie. Dziew­czy­ny z eko­straży na­tych­miast po­je­chały, żeby ode­brać mu zwierzęta. Przez kil­ka dni trzy­mały je w przy­do­mo­wym ogródku i wresz­cie przy­wiozły do nas.

Za­raz pierw­sze­go dnia Edy­ta, pa­li­kując owce ("żeby tyl­ko nie po­ob­gry­zały drze­wek"), ro­zej­rzała się i po­wie­działa:

- Ale ma­cie tu dużo miej­sca dla zwierząt.

Od tam­tej pory przy­jeżdża re­gu­lar­nie. Za­bie­ra ze sobą klat­ki i kla­tecz­ki, "ptasz­ki, kuny, wie­wiórecz­ki", mle­ko, sia­no i ko­cy­ki... Mogłabym ry­mo­wać bez końca, bo w ekwi­pun­ku Edy­ty końca rze­czy­wiście nie widać. Po­prze­stanę więc na tym, że za­baw­ki dla psów i ptaków oraz odżywki ma przy so­bie za­wsze. I już.

Rozkłada­my się z całym in­wen­ta­rzem na łące przed do­mem. Wy­pusz­cza­my na wy­pas, co jest do wy­pasania, kar­mi­my, co jest do na­kar­mie­nia, a Edy­ta opo­wia­da. Za każdym ra­zem wyciągam z niej jakąś ab­so­lut­nie wyjątkową hi­sto­rię. O łapa­niu łabędzia, o tym, jak z wysięgni­ka dźwigu straży pożar­nej wcho­dziła przez okno do czy­je­goś miesz­ka­nia, żeby po­skro­mić roz­ju­szo­ne­go psa ("robiłam za be­ha­wio­rystkę, którą nie byłam"), o wie­wiórce, którą wro­na ukradła z gniaz­da, o łapa­niu gołymi rękami dzi­ka wiel­kie­go jak ka­na­pa, o tym, jak przy­mu­so­wo za­szcze­pio­no ją prze­ciw­ko wście­kliźnie, po tym jak ugryzła ją kuna, o John­nym - jed­no­no­giej sójce, z którą jeździ na­wet do pra­cy...

Po pięciu mi­nu­tach na­sze­go pierw­sze­go spo­tka­nia za­przy­jaźniłyśmy się, po dzie­sięciu opo­wie­działyśmy so­bie całe swo­je życie, po piętna­stu ona zaczęła mówić do mnie "Viol­ciu", nie wiedząc, że tak zwra­cała się do mnie je­dy­nie bab­cia, a ja do niej - "Ediś".

W pew­nym mo­men­cie, po ko­lej­nej jej opo­wieści, przy­po­mniało mi się, że mój do­bry zna­jo­my An­drzej Tyl­kow­ski ry­su­je prześlicz­ne kart­ki oko­licz­nościo­we sty­li­zo­wa­ne na ry­sun­ki dzie­cięce.

- Dużo sprze­da­je się ich w em­pi­kach - mówię. - Więc pew­nie wi­działaś. Na jed­nej jest całe mnóstwo różowych pro­siaczków, a każdy ma inny ry­jek i in­a­czej zakręcony ogo­nek. To moja ulu­bio­na kart­ka, nie tyl­ko z uwa­gi na wielką różno­rod­ność ryjków i ogonków, ale także ze względu na pod­pis, który au­tor umieścił pod ry­sun­kiem: "Każdy ma swo­je­go zakręta­ska". Tyle tytułem wstępu, bo chcę ci ni­niej­szym oznaj­mić, że twój zakręta­sek bar­dzo mi się po­do­ba. Kie­dy się zaczął twój fiś?

Edy­ta roz­myśla przez krótką chwilę nad swo­im fi­siem.

- Nie wiem - od­po­wia­da po chwi­li.

- Przy­po­mnij so­bie - na­le­gam. - Może w przed­szko­lu?

Kręci głową.

- Nie pamiętam. Wy­da­je mi się, że mam go za­wsze. Być może za­raz po uro­dze­niu, będąc jesz­cze na od­dzia­le no­wo­rodków, ra­to­wałam bie­gające po ścia­nach pru­sa­ki.

- Mama wspo­mi­nała, że bie­gały?

- Nie, można jed­nak przyjąć z dużym praw­do­po­do­bieństwem, że bie­gały. Prze­cież w la­tach głębo­kie­go so­cja­li­zmu pru­sa­ki w szpi­ta­lach były normą, tak jak kawa zbożowa, za­pach fe­no­lu i lam­pe­rie ma­lo­wa­ne olej­no.

- Obrzy­dli­we.

- Brud jest obrzy­dli­wy, nie pru­sa­ki - obu­rza się szcze­rze. - Człowiek boi się tego, cze­go nie zna, a brzy­dzi się często ze społecz­ne­go na­wy­ku. Ta­kie są ste­reo­ty­py i my się w nie chętnie i dość bez­myślnie wpi­su­je­my.

- Co wiesz o pru­sa­kach?

- Nie­wie­le. Tyl­ko tyle, że są sym­pa­tycz­ne, szyb­ko się po­ru­szają i mają ładne wąsiki. Jeśli jed­nak będzie trze­ba wal­czyć o pra­wa pru­saków, do­wiem się o nich wszyst­kie­go.

- Jest coś, cze­go się brzy­dzisz?

- Nie. W okre­sie wcze­sne­go dzie­ciństwa zaczęła się moja miłość do koni. Jesz­cze nie jeździłam wte­dy kon­no, więc ko­chałam je tyl­ko z da­le­ka.

- Jak się ko­cha ko­nie z da­le­ka, miesz­kając we Wrocławiu?

- Wy­pa­try­wałam ich na uli­cy, gdy ciągnęły wozy na targ albo roz­wo­ziły węgiel. Zbie­rałam włosie z ogonów i końskie kupy do słoika. Te kupy właśnie, nie wiem dla­cze­go, wszyst­kich brzy­dziły naj­bar­dziej. Nie pamiętam jed­nak z tego po­wo­du ja­kichś awan­tur w domu. Moja mama była albo zbyt za­pra­co­waną, albo bar­dzo mądrą matką, albo po pro­stu po­go­dziła się z tym, że je­stem trochę stuk­nięta na punk­cie zwierząt. Przez ko­nie zresztą po raz pierw­szy spi­sała mnie mi­li­cja.

- Zo­stałaś nie­let­nim ko­nio­kra­dem?

- Prze­ciw­nie. To jest opo­wieść o tym, jak nie zo­stałam, cho­ciaż tak to mogło wyglądać. Nie pamiętam, ile miałam lat, ale byłam dość smar­ka­ta. Wte­dy już brałam pierw­sze lek­cje jaz­dy kon­nej z koleżanką i to ona właśnie któregoś dnia za­afe­ro­wa­na wpadła do mnie do domu z wia­do­mością, że po uli­cy Ol­szew­skie­go bie­gają lu­zem trzy ko­nie. To dość ru­chli­we skrzyżowa­nie, tram­wa­je, sa­mo­cho­dy. Wia­do­mo, że nie było wte­dy ta­kie­go ru­chu jak dziś, nie­mniej cho­dziło o główną ulicę Bi­sku­pi­na. Nie­chby so­bie po niej bie­gały bez­pańskie psy albo koty w mar­cu, ale prze­cież nie ko­nie. Naj­pierw uważałam, że koleżanka zmyśla, biła się jed­nak w pier­si, których nie miała, przy­sięgając, że na­prawdę nie robi mi żad­ne­go nu­me­ru, i na­ma­wiając, żebyśmy tam na­tych­miast poszły. Tak zro­biłyśmy. Wzięłam dwa kan­ta­ry i ogłowie (ogłowie miałam tyl­ko jed­no). Uszłyśmy za­le­d­wie kawałek (z mo­jej Spółdziel­czej na Ol­szew­skie­go nie jest da­le­ko), kie­dy je zo­ba­czyłyśmy. Fak­tycz­nie, dwa do­rosłe i źre­bak. Były ogrom­ne, mimo to z ich złapa­niem dziw­nym tra­fem nie miałam kłopo­tu. Wyglądały na dość zmęczo­ne i zdez­o­rien­to­wa­ne. Założyłam im kan­ta­ry i bez tru­du po­pro­wa­dziłam, a moja koleżanka z tyłu za­ga­niała źre­baka. Właści­wie on sam szedł za tam­ty­mi dwo­ma, ale niech jej będzie, że za­ga­niała. Lu­dzie ga­pi­li się na nas, bo to mu­siało dziw­nie wyglądać. Nie wiedząc, co da­lej zro­bić, za­pro­wa­dziłam je do sie­bie, do ogródka.

- Miesz­kałaś tu gdzie te­raz?

- Tak. Nie­wy­so­kie ka­mie­ni­ce, ty­po­wa przed­wo­jen­na za­bu­do­wa Bi­sku­pi­na i Sępo­lna. Z tyłu, od podwórka, nie­wiel­ki ogródek.

- Pamiętasz ja­kieś szczegóły?

- Wszyst­kie sąsiad­ki w oknach, wy­chy­lo­ne do połowy. Cho­ciaż nie uznałabym tego za szczegół. Później, kie­dy ko­nie już poszły do sie­bie, jed­na z nich zbie­rała końskie kupy.

- Do słoika?

- Do wia­der­ka. Za­pew­ne z prak­tycz­nych po­wodów, jako nawóz do kwiatów, a nie z miłości do zwierząt.

Chcę wie­dzieć, jak się to wszyst­ko skończyło. Edy­ta uważa jed­nak, że nie ma o czym opo­wia­dać. Nor­mal­nie. Naj­pierw po­ja­wi­li się dwaj mi­li­cjan­ci i sporządzi­li pro­tokół. Kto, jak, kie­dy, gdzie i dla­cze­go. Później przy­szedł właści­ciel i za­brał ko­nie do sie­bie. Miesz­kał na Swoj­czy­cach, a to zna­czy, że zwierzęta, ucie­kając, przeszły przez oba mo­sty Chro­bre­go. Dwie smar­ku­le, pławiąc się w glo­rii "tych dziew­czy­nek, które zna­lazły i same przy­pro­wa­dziły ko­nie", poszły ra­zem z nim, od­pro­wa­dzając zwierzęta aż do staj­ni. Go­spo­darz bar­dzo im dziękował, nie wie­dział, jak mu uciekły i - co dla Edy­ty naj­ważniej­sze - powie­dział, że mogą so­bie z koleżanką od cza­su do cza­su na nich pojeździć. Ko­nie nie nada­wały się pod siodło, więc jaz­da na nich oka­zała się nie­mal nie­możliwa.

- Zwłasz­cza - za­uważyła Edy­ta - z tymi umiejętnościa­mi, ja­kie wte­dy miałyśmy, a ra­czej ja­kich nie miałyśmy.

- Jeździłyście na oklep?

- Nie. Do­stałyśmy siodło, lecz nie ujeżdżenio­we czy sko­ko­we, ja­kie wi­du­je się te­raz, tyl­ko kul­bakę - sta­re siodło woj­sko­we z wy­so­ki­mi łękami, chy­ba pamiętające jesz­cze ka­wa­le­rię. Trze­ba się było nieźle namęczyć, żeby dopiąć popręg.

- Zrzu­cały was?

- Nie, ale szły tam, gdzie chciały. Nie re­ago­wały ani na wo­dze, ani na łydkę, a naj­za­baw­niej­sze, że kie­dy miały już dość na­szej jaz­dy czy też, mówiąc ściślej, wożenia nas na grzbie­cie, za­wra­cały i mimo na­szych gorących pro­testów przy­wo­ziły nas z po­wro­tem do staj­ni. Jaz­dy w te­re­nie od­by­wały się na Swoj­czy­cach, wzdłuż wałów nad Wi­dawą.

Mama Edy­ty cho­dziła później na ko­mi­sa­riat, żeby za­py­tać o udział córki w tej spra­wie. Bar­dzo się przejęła końmi w swo­im ogródku. Wróciła uspo­ko­jo­na. Usłyszała, że córka nie popełniła żad­ne­go wy­kro­cze­nia, tyl­ko właści­cie­la uka­ra­no man­da­tem, bo wsku­tek jego nie­do­pa­trze­nia mogło dojść do wy­pad­ku.

- Opo­wiem ci dziś za­bawną hi­sto­rię ro­dzinną, bo za­wsze chcesz coś usłyszeć - obie­cała Edy­ta, za­po­wia­dając przez te­le­fon swo­je od­wie­dzi­ny. - Będę tyl­ko z John­nym, bo jadę pro­sto z pra­cy. Przy­po­mniało mi się, że mój tata jako dziec­ko przy­je­chał z ro­dzi­ca­mi z Ukra­iny do Wrocławia na kro­wich pa­pie­rach.

Nie ro­zu­miem, co to zna­czy "na kro­wich pa­pie­rach". Edy­ta przy­zna­je, że dzi­siaj rze­czy­wiście trud­no to pojąć, ale tak właśnie było.

- Po woj­nie cała ro­dzi­na Wy­rstów (dziad­ko­wie i ich dwóch synów) je­chała pociągiem z Ukra­iny do Pol­ski na Zie­mie Od­zy­ska­ne. Dziad­ko­wi na czas podróży wy­sta­wio­no do­ku­ment, którym się le­gi­ty­mo­wał, po­twier­dzający liczbę prze­wożonych osób i sztuk żywe­go in­wen­ta­rza. Urzędnik od­no­to­wał liczbę osób, wpi­sując każdą z nich do od­dziel­nej ru­bry­ki. Wi­działam ten do­ku­ment. Na­pi­sa­no czar­no na białym: "Oby­wa­tel Je­rzy Wy­rsta, jego żona - He­le­na Wy­rsta, ich syn - Mi­chał Wy­rsta", a za­miast mo­je­go ojca Sta­nisława... "kro­wa". Oj­ciec zo­sta­wił te pa­pie­ry na pamiątkę. Uważa, że urzędni­cy, którzy spi­sy­wa­li stan fak­tycz­ny, po­my­li­li się i za­miast dru­gie­go syna jako czwartą sztukę "pogłowia" wpi­sa­li krowę. Licz­ba sztuk się zga­dzała, więc nikt się nie wda­wał w szczegóły. O tej hi­sto­rii do­wie­działam się przy­pad­kiem całkiem nie­daw­no i pomyślałam so­bie, że tam­to ze­zwo­le­nie na przewóz, do­ku­mentujące praw­nie mój zoo­lo­gicz­ny ro­dowód, w pew­nym stop­niu wyjaśnia też moje umiłowa­nie zwierząt - kończy opo­wieść Edy­ta i lek­ko do­da­je: - A jak srocz­ki?

In­wen­tarz, którym nas ob­da­ro­wała, daje się nam we zna­ki. Gdzie te nie­gdy­siej­sze siel­skie śnia­da­nia, gdzie le­ni­we na­siadówki przy po­ran­nej her­ba­cie, gdzie nie­po­ru­sze­nie stojący na sto­le do­stoj­ny dzba­nek i przy­go­to­wa­ne obok do pod­pa­le­nia "tea li­gh­ty", gdzie te cza­sy, gdy za­pal­nicz­ka do świe­czek nie sta­no­wiła przed­mio­tu ni­czy­je­go pożąda­nia i za­wsze spo­czy­wała na swo­im miej­scu, gdzie sta­ran­nie ułożone ser­wet­ki i her­bat­nicz­ki w otwar­tym po­jem­ni­ku... Nie zdążyłam na­wet po­wie­dzieć: "Chwi­lo, trwaj!", a już wszyst­ko dia­bli wzięli.

Naj­pierw roz­pa­no­szyły się sro­ki.

Bo­bek to jesz­cze pół bie­dy, jest moim ulu­bieńcem. "Wszyst­ko mu wol­no, bo go wy­sie­działaś" - za­rzu­cają mi dzie­ci. No, wy­sie­działam. Z kla­teczką jeździłam wszędzie (Bobiś jadł co go­dzinę), a kie­dy tyl­ko na­uczył się cho­dzić, nie opusz­czał mnie ani na krok. Po pierw­szym kar­mie­niu nad ra­nem (pi­skląt nie kar­mi się w nocy) za­sy­piał wtu­lo­ny w moją piżamę z po­la­ru, a ja, bojąc się po­ru­szyć, pisałam so­bie spo­koj­niut­ko, półleżąc, z pta­sim dziec­kiem pod brodą, dopóki na dwo­rze nie zro­biło się całkiem ja­sno.

Igę do­sta­liśmy jako młodą sroczkę, która szyb­ko z sa­mo­mia­no­wa­nia zo­stała prze­wod­niczką sta­da. Nie cier­pi mnie i mo­je­go Bob­ka. Związała się z Ni­ko­de­mem, na­szym najmłod­szym sy­nem, i swo­je uczu­cie wyraża w ten sposób, że jego dzio­bie naj­rza­dziej. Z Bob­kiem wal­czy o pry­mat, a mnie ma za psi pa­zur. Spusz­cza mi la­nie na każdym kro­ku, do­brze wie, że się jej boję. Le­d­wie otworzę drzwi, a ona już sie­dzi na sąsied­nim da­chu, nie­cier­pli­wie przestępuje z nogi na nogę, pu­szy się i drze uszczęśli­wio­na, że oto wresz­cie wyściu­biłam nos z domu i za­cznie się coś dziać. "Je­steś jej chłopcem do bi­cia - mówi mąż z na­ganą. - Jeśli chcesz to zmie­nić, mu­sisz się jej nie dać". Ba! Nie dać się! Nie wiem, jak mam się nie dać. Iga ni­czym mes­ser­sch­mitt leci za mną skośnym lo­tem, bezbłędnie roz­po­znając moje za­mia­ry. Wie­sza­nie pra­nia? Proszę bar­dzo, może być wie­sza­nie. Nie zdążę jesz­cze wyjść z pral­ni, a ona już cze­ka na mnie na sznu­rze roz­piętym między drze­wa­mi i nawołuje bo­jo­wo: "A-a-a-a-a-a-a! A-a-a-a-a-a-a!". Gdy się zbliżam, dzio­bie mnie po rękach, za­bie­ra kla­mer­ki, a kie­dy schy­lam się po ko­lejną sztukę bie­li­zny, wska­ku­je mi na głowę, dzio­bie z całej siły i boleśnie (do krwi) ciągnie za uszy.

Jeśli kie­dyś uważałam, że posiłki w to­wa­rzy­stwie srok są nie do wy­trzy­ma­nia, to te­raz, odkąd za­miesz­kały z nami owce, wspo­mi­nam tam­te chwi­le jako błogie i spo­koj­ne.

- Boguś! - krzyczę do męża. - Boguś! Prze­goń tę po­krakę!

Sama nie daję rady. Pra­nie wie­szam koślawo, bo w jed­nej dłoni dzierżę mio­tełkę do ku­rzu, którą prze­ga­niam wstrętne pta­szy­sko. Ono re­agu­je jed­nak tyl­ko na pierw­sze mach­nięcie. Przy dru­gim robi unik, za­ta­cza koło i sia­da mi na głowie, waląc dzio­bem, ile wle­zie. Je­dy­nym roz­wiąza­niem jest wyjęcie z wa­nien­ki jed­nej sztu­ki bie­li­zny i za­ba­wa w he­li­kop­ter. Kręcę nad głową mo­krym ręczni­kiem, Iga, wściekła, cze­ka na gałęzi drze­wa, aż skończę, łypie na mnie złym okiem, przy­my­kając od dołu białą po­wiekę. Ku­mu­lu­je agresję, obmyśla ko­lejną napaść. "Cze­kaj! - zda­je się mówić. - Skończysz wresz­cie, wte­dy ci pokażę". Ro­bo­ta ani za mną, ani przede mną, ale uszy oca­liłam. Pra­nie wie­szam w asyście męża lub nie wie­szam wca­le. Nikt mi nie po­wie, że tak po­win­ny wyglądać do­mo­we zajęcia. O otwar­ciu bra­my wjaz­do­wej nie ma na­wet mowy. Dłonie mam za­wsze po­dzio­ba­ne. Pusz­czam ra­mio­na w ruch, bo ta wre­do­ta upar­cie wska­ku­je mi na głowę.

Bo­bek to co in­ne­go. Bywa bez­czel­ny i też dzio­bie w uszy, jed­nak nig­dy mnie. Do mnie przy­mi­la się, gru­cha de­li­kat­nie jak gołąb, przy­no­si tłuste mu­chy. Sama czułość. Krad­nie, owszem, ze stołu małe srebr­ne łyżecz­ki do lodów, robi dziu­ry w maśle i żółtym se­rze, kru­szy her­bat­ni­ki. Sta­ram się za­wsze za­cie­rać po nim ślady. Dziurę za­kle­jam, for­mując zgrabną kostkę nożem, łyżecz­ki zbie­ram z tra­wy, ser od­wra­cam do góry no­ga­mi i szyb­ko strze­puję okru­chy z ob­ru­sa.

- Śnia­da­nie! - wołam. - Chodźcie na śnia­da­nie!

Pierw­sze pędzą owce.

Jeśli kie­dyś uważałam, że posiłki w to­wa­rzy­stwie srok są nie do wy­trzy­ma­nia, to te­raz, odkąd za­miesz­kały z nami owce, wspo­mi­nam tam­te chwi­le jako błogie i spo­koj­ne.

Po­du­cha i Jaśka oka­zały się za­jadłymi nisz­czy­ciel­ka­mi. Ko­szyk z chle­bem lądował na tra­wie, nim się odwróciłam. Wy­spe­cja­li­zo­wały się. Fa­cho­wo pociągały za ser­wetę, chwy­tając w lo­cie toczące się ze stołu bułki. Dzba­nek z her­batą za­wsze strącały z pod­grze­wa­cza, słoiki z dżemem tur­lały po traw­ni­ku, sałatę i świecz­ki zja­dały na­tych­miast. O po­mi­do­ry szła ostra wal­ka ziem­no-po­wietrz­na, bo sro­ki też miały na nie ochotę i nie od­pusz­czały. Pew­ne­go dnia, gdy zo­ba­czyłam Po­duchę z przed­ni­mi no­ga­mi na moim ada­masz­ko­wym ob­ru­sie, jak łamiąc ko­szy­czek na pie­czy­wo, kończy zja­dać chałkę, po­wie­działam: "Dość!". A jeśli jesz­cze nie wte­dy, to następnym ra­zem, kie­dy Iga znów po­dziu­ra­wiła wszyst­kie jo­gur­ty, a Bo­bek pod­czas posiłku położył mi na ta­le­rzy­ku owczy bo­bek. Możliwe zresztą, że wszyst­kie te zda­rze­nia miały miej­sce jed­no­cześnie. Pod­dałam się. Odtąd, mimo cza­row­nych po­ranków, pod­noszącej się lub opa­dającej mgły, śpie­wu ptaków, po­wiewów wio­sny i za­pachów lata, ja­da­liśmy w domu.

- Jak owiecz­ki? - za­py­tała in­nym ra­zem Edy­ta.

Opo­wie­działam w skrócie i dość oględnie, uni­kając słów: "de­wa­sta­cja", "de­mol­ka", "wan­da­lizm" i "skan­dal" - żeby nie wpra­wiać jej w zakłopo­ta­nie. Mu­siała jed­nak wie­dzieć, o co cho­dzi, bo zmie­niła te­mat i zaczęła mówić o swo­ich wie­wiórkach.

Coś na ten te­mat wie­działam, nie z au­top­sji na szczęście (na wie­wiórkę nig­dy bym się nie zgo­dziła), lecz z całkiem świeżej lek­tu­ry Ma­rii i Mag­da­le­ny, książki, w której Mag­da­le­na Sa­mo­zwa­niec, jed­na z pa­nien Kos­sakówien, opo­wia­da o pe­ry­pe­tiach z Sor­kiem - wie­wiórką jej sio­stry, Ma­rii Paw­li­kow­skiej-Ja­sno­rzew­skiej. Ta­pe­ta zwi­sająca smętnie w strzępach ze ścia­ny w eks­klu­zyw­nym ho­te­lu w Rzy­mie należała do drob­niej­szych szkód, ja­kie co dzień po­wo­do­wał So­rek.

Edy­ta ma te­raz dwie wie­wiórki: Vikę i Wiórka. Wiórcia przy­wieźli jej z Czech. Był połama­ny i wy­cieńczo­ny, nie wie­rzyła, że przeżyje. Ja­kimś cu­dem udało się jed­nak wy­kar­mić go bu­telką dla la­lek. Py­tam, czy to ten, który po­gryzł jej córkę. Z tego, co mi wcześniej opo­wia­dała, wy­ni­kało, że zajście wyglądało ma­ka­brycz­nie - po wejściu do domu zo­ba­czyła całą podłogę zbry­zganą krwią. Pierw­sza myśl: "Ktoś kogoś zjadł". Na szczęście oka­zało się, że wszy­scy żyją. To "tyl­ko" jej córkę ugryzła wie­wiórka, nieszczęśli­wym tra­fem uszka­dzając większe na­czyn­ko krwio­nośne, i krew lała się stru­mie­niem.

- Nie rób z tego sen­sa­cji - mówi Edy­ta. - To nie była wina Wiórka. Ju­styn­ki zresztą też nie. Wie­wiór po­sta­no­wił przejść z po­ko­ju do po­ko­ju, a Ju­styn­ka chciała mu pomóc, bo bał się trochę psów. Wzięła go do ręki. Pew­nie nie­for­tun­nie chwy­ciła i spra­wiła mu ból, bo Wiórcio wte­dy jesz­cze był nie­oswo­jo­ny i cier­piący, z licz­ny­mi złama­nia­mi. Obo­je się wy­stra­szy­li, na szczęście jed­nak in­cy­dent nie wpłynął na ich dal­sze re­la­cje. Przy­jaźnią się i nie wra­cają do tego te­ma­tu.

- Jak owiecz­ki? - za­py­tała in­nym ra­zem Edy­ta.

Opo­wie­działam w skrócie i dość oględnie, uni­kając słów: "de­wa­sta­cja", "de­mol­ka", "wan­da­lizm" i "skan­dal" - żeby nie wpra­wiać jej w zakłopo­ta­nie.

Na początku miałam trzy wie­wiórki - do­da­je. - Oprócz Viki i Wiórcia jesz­cze Al­ber­ta. Ten jed­nak szyb­ko do­szedł do sie­bie, od­zy­skał pełną spraw­ność, więc zo­stał od­wie­zio­ny do Prze­myśla, do azy­lu. Stamtąd w krótkim cza­sie wy­puszczą go na wol­ność. Mają to świet­nie zor­ga­ni­zo­wa­ne. Naj­pierw spraw­dzają, czy zwierzę daje so­bie radę ze zdo­by­wa­niem po­kar­mu, a do­pie­ro później, upew­niw­szy się, że samo się wyżywi, wywożą je do lasu.

Działalność wrocław­skiej eko­straży jest mi co­raz le­piej zna­na. Spraw­dzam, co na­pi­sa­no na ich te­mat w pra­sie, wy­py­tuję o nich, (zwłasz­cza o Edytę), wspólnych zna­jo­mych. Wy­szu­kuję w in­ter­ne­cie cie­kaw­sze hi­sto­rie, a później proszę ją, żeby opo­wie­działa mi je szczegółowo. No­tat­ki pra­so­we zwy­kle tyl­ko na­po­my­kają o zda­rze­niu.

- Jak było z tą akcją łapa­nia łabędzia? - za­ga­duję przy oka­zji ko­lej­ne­go spo­tka­nia. (Sójka John­ny, ko­lej­na srocz­ka, dwa jeże, sześć je­rzyków. "Cho­le­ra, jak ja mam je na­kar­mić? Mam za gru­be pa­lu­chy" - de­ner­wu­je się Edy­ta, wci­skając po mi­kro­sko­pij­nej ku­lecz­ce masy se­ro­wej do sze­ro­ko otwar­tych dziobków). - To działo się na Wy­spie Słodo­wej, praw­da? - do­py­tuję, kie­dy wresz­cie w gnieździe robi się ci­cho.

Edy­ta przy­kry­wa kla­teczkę cienką pie­luszką, po chwi­li uchy­la rąbek, żeby spraw­dzić, czy "dzie­ci" śpią. Wpa­da trochę światła i sześć je­rzyków na­tych­miast otwie­ra dzio­by. Zastępcza mat­ka od­wi­ja z fo­lii alu­mi­nio­wej na­poczętą kulkę se­rową i kar­mie­nie za­czy­na się od początku.

- Tak - od­po­wia­da wresz­cie, wy­cie­rając pal­ce o trawę. - Dla mnie było to chy­ba trau­ma­tycz­ne przeżycie, sko­ro ile­kroć tam je­stem, przy­po­mi­na mi się ta hi­sto­ria. Tuż obok stoi ho­tel Pla­za. Do­stałam zgłosze­nie, że w po­bliżu most­ku, gdzie zwy­kle gro­ma­dzi się dużo ptaków, za­uważono łabędzia ze złama­nym skrzydłem. Już z da­le­ka wi­działam, że jest w fa­tal­nym sta­nie - skrzydło zwi­sało, a na nim utwo­rzyła się wiel­ka bryła lodu. Nie wie­działam, co robić. Prze­cież nie rzucę się za nim wpław - myślałam. Za­dzwo­niłam więc do straży wod­nej. Cze­kałam bar­dzo długo, zmarzłam na kość. Wresz­cie przy­je­cha­li. Stanęliśmy na moście z funk­cjo­na­riu­szem do­wodzącym akcją. To był wiel­ki mężczy­zna. Ogrom­ny. Zwy­kle mówi się "słusznej po­stu­ry", w tym wy­pad­ku określe­nie to nie od­zwier­cie­dlało jesz­cze jego ga­ba­rytów. Wiesz, jak zaczął roz­mowę? "Czy pani wie, że łabędź jed­nym ude­rze­niem skrzydła może zabić człowie­ka?". Przy­znasz, że w ustach mężczy­zny tak ma­syw­ne­go, że chy­ba tyl­ko w zde­rze­niu z czołgiem mógłby do­znać kon­tu­zji, słowa te za­brzmiały gro­te­sko­wo. Może to mało ele­ganc­kie, co po­wiem, ale po­pa­trzyłam na nie­go i za­raz po­tem na tego bie­da­czynę pod mo­stem z bryłą lodu na skrzy­dle i zgad­nij, którego z nich było mi bar­dziej żal? "Wie pan - powie­działam - nie raz, nie dwa miałam do czy­nie­nia z łabędziem i na­wet kie­dyś do­stałam skrzydłem, nie czułam się jed­nak zno­kau­to­wa­na. Będę panów ubez­pie­czać, jeśli to was uspo­koi" - zażar­to­wałam. Mój żart nie przy­padł mu do gu­stu. Oznaj­mił, że te­raz nic już nie zro­bią, bo jest za ciem­no, więc jeśli ptak przeżyje do ju­tra, przy­jadą rano. Umówiliśmy się. Cze­kałam. Nie przy­je­cha­li. Ko­lej­ny te­le­fon, ponagle­nie. Wresz­cie są.

- Prze­pro­si­li?

- Daj spokój! Tyl­ko w ka­ba­re­cie Olgi Lipińskiej Fron­czew­ski prze­pra­szał kurę. W na­szym społeczeństwie nie ma zwy­cza­ju prze­pra­szać łabędzia. Ci, którzy się zja­wi­li, sta­no­wi­li oczy­wiście inną ekipę i mo­je­go bo­ha­te­ra wśród nich nie było. Straż wod­na, chłopcy jak ułani, su­per­ekwi­pu­nek. Uwie­rzysz, że czte­rech ros­łych, młodych mężczyzn stanęło na most­ku i załamało ręce? "Ale jak to zro­bić?" - za­sta­na­wia­li się. Wresz­cie we­szli na mo­torówkę, ubra­ni w spe­cja­li­stycz­ny sprzęt: kom­bi­ne­zo­ny, pian­ki ocie­plające i sama nie wiem w co jesz­cze. Na­prawdę chcie­li złapać tego bie­da­ka, ale łabędź oka­zał się spryt­niej­szy. Dwa razy uciekł im z pod­bie­ra­ka. Za­nur­ko­wał i wypłynął kawałek da­lej. Był tak osłabio­ny i zmęczo­ny, że ser­ce się kra­jało. W końcu wy­szedł na lód i poczłapał wzdłuż Odry. Strażacy uzna­li, że nic więcej nie zro­bią, bo po lo­dzie ani za nim biec, ani płynąć się nie dało, i zarządzi­li ko­niec ak­cji.

Brze­gi Odry wyłożone są ka­mie­nia­mi, skar­py wy­mu­ro­wa­no ukośnie, pod kątem, przy czym co pe­wien czas w ka­mien­nych ścia­nach po­ja­wia się wnęka. Nie wiem, ja­kie jest jej prze­zna­cze­nie. W tym wy­pad­ku oka­zała się bar­dzo przy­dat­na, bo ten bied­ny i skraj­nie osłabio­ny ptak tam się właśnie scho­wał. Mimo że straż już się od­da­liła, po­sta­no­wiłam, że po nie­go zejdę. Wiem, że ważę dużo więcej niż naj­większy na­wet okaz łabędzia, ale - pomyślałam so­bie - sko­ro on prze­szedł, to może ja­kimś cu­dem i mnie się uda. Zeszłam i krok za kro­kiem, po­wo­lut­ku, nadsłuchując, czy lód nie pęka, wędro­wałam tuż przy mur­ku, aż do­tarłam do wnęki. Łabędź już się na­wet nie bro­nił. Wzięłam go pod pachę i zaczęłam się wspi­nać na górę. Nie, to jesz­cze nie ko­niec. Nie wy­obrażasz so­bie, jak oni na mnie na­krzy­cze­li. Strażak do­wodzący całą akcją omal nie eks­plo­do­wał. Wrzesz­czał, że je­stem nie­nor­mal­na i że nie wol­no mi robić ta­kich rze­czy.

- Ob­ra­ziłaś się?

- Coś ty. Prze­cież wiem, że jeśli cho­dzi o do­bro zwierząt, całkiem nor­mal­na nie je­stem.

- A może strażak awan­tu­ro­wał się z po­wodów am­bi­cjo­nal­nych?

- Eeee... Chy­ba nie... Ja go na­wet ro­zu­miem, bo gdy­bym wpadła do wody, to chy­ba on miałby naj­większe nie­przy­jem­ności, że nie­wy­star­czająco za­bez­pie­czył te­ren.

- Lód był kru­chy?

- Dość, ale jak po­wie­działam, szłam ostrożnie, krok po kro­ku spraw­dzając, czy się pode mną nie załamie. - Milk­nie na chwilę, roz­ważając jakąś kwe­stię. - Zresztą po­wiem ci prawdę. Ja się na­wet spo­dzie­wałam, że trzaśnie. Pomyślałam jed­nak, że a nuż się uda i dojdę. Ten łabędź był na­prawdę zmal­tre­to­wa­ny, więc ist­niała szan­sa, że go złapię. A prze­cież gdy­bym wpadła, to ci z mo­torówki by mnie wyciągnęli.

- Wiesz, że zda­rza się, że człowiek gi­nie pod lo­dem, cho­ciaż po­moc jest w po­bliżu? - Wpa­dam w men­tor­ski ton i sama sie­bie nie lubię za to głupie ga­da­nie.

- Wiem, wiem. Tyl­ko że... Nie wi­działaś tego łabędzia. Gdy­by nie udało się go wte­dy złapać, on by nie przeżył.

- Na­pi­sa­li o tym w "Wy­bor­czej".

- Tak. Ja­kimś tra­fem był tam obec­ny re­dak­tor "Ga­ze­ty", bo na­za­jutrz po tej ak­cji uka­zał się ar­ty­kuł.

- Tytuł?

- Nie pamiętam. Za­pa­miętałam na­to­miast pod­ty­tuł: Gdzie dia­beł nie może...

Edy­ta jako mała dziew­czyn­ka wy­pro­wa­dzała sąsia­dom psy na spa­cer. Właści­wie nie sąsia­dom, tyl­ko nie­zna­jo­mym z sąsied­nich ulic. Miała własne psy. Naj­pierw De­mo­na, później Darię. Ciągle były u nich ja­kieś czwo­ro­no­gi, więc te cu­dze doglądała nie z po­wo­du tęskno­ty za psem. Ra­czej z po­wo­du psiej tęskno­ty za spa­cerami. Właści­cie­le, lu­dzie star­si, albo nie po­ru­sza­li się dość spraw­nie, albo w ogóle nie opusz­cza­li domów. W dro­dze do szkoły przyglądała się wszyst­kim na­po­ty­ka­nym kun­dlom. Spa­ce­rując ze swo­im psem, zaglądała lu­dziom przez płoty, żeby zo­ba­czyć, kto tam miesz­ka. Kie­dy Edy­ta mówi "kto", od razu wia­do­mo, że ma na myśli psa. W jed­nym z domów, które mijała, miesz­kał Ka­zan, psi sta­ru­szek, który od pew­ne­go cza­su sta­le leżał na podwórku. Przy­sta­wała przy płocie i przyglądała się uważnie, czy zwie­rzak nie jest cho­ry, bo nie spo­ty­kała go już z pa­nem na spa­cerach. Z domu nikt jed­nak nie wy­cho­dził, więc wresz­cie sama za­dzwo­niła.

- Nie wsty­dziłaś się? - py­tam.

- Nie. Ja chy­ba nig­dy nie byłam nieśmiała taką ty­pową nieśmiałością dziec­ka. Od właści­ciel­ki, która wyszła na dźwięk dzwon­ka, do­wie­działam się, że jej mąż zmarł, a ona ma trud­ności z cho­dze­niem, więc nie ra­dzi so­bie z psem na smy­czy. Zwłasz­cza że Ka­zan to duży pies - owcza­rek nie­miec­ki. Te­raz więc musi mu wy­star­czyć podwórko. Spy­tałam, czy mogłabym cza­sa­mi wziąć go na spa­cer. Pani się zgo­dziła, choć nie en­tu­zja­stycz­nie. Może na początku nie miała do mnie za­ufa­nia. Ja też nie bez oporów po­wie­rzyłabym swo­je­go psa nie­zna­jo­mej dziew­czyn­ce. Wy­pro­wa­dzałam go na spa­cer, a po pew­nym cza­sie zna­lazłam jesz­cze jed­ne­go psa. Tym ra­zem kun­del­ka w po­trze­bie: suczkę Sonię, która miesz­kała przy Dem­bow­skie­go. Był też Maks - mie­sza­niec sznau­ce­ra z uli­cy Bra­ci Gie­rym­skich. Nie wy­pro­wa­dzałam wszyst­kich na­raz. Naj­pierw szłam z moją suczką, później ze sta­rusz­kiem Ka­zanem, po­tem z Sonią, a na końcu z Mak­sem.

- Co­dzien­nie?

- Ależ skąd. Dość rzad­ko, nie­ste­ty. Ze dwa razy w ty­go­dniu.

Udział Edy­ty w in­ter­wen­cji straży pożar­nej należy do trud­nych przy­padków. W pew­nym miesz­ka­niu, ra­zem ze swo­im am­sta­fem, za­ba­ry­ka­do­wał się chłopiec, ucie­ki­nier z po­praw­cza­ka. Or­ga­ni­za­to­rzy ak­cji uzna­li, że wraz z po­li­cjan­tem po­win­na wejść do środ­ka oso­ba zaj­mująca się na co dzień zwierzętami, ktoś w ro­dza­ju be­ha­wio­ry­sty, kto naj­pierw uspo­koi psa, a później od­wie­zie go do schro­ni­ska. Tym spo­so­bem Edy­ta zna­lazła się w środ­ku ak­cji, bo po­li­cja we­zwała eko­straż, mając na­dzieję na wspólne działanie.

- Po­wie­dzie­li - śmie­je się Edy­ta - że oni "za­bez­pieczą sprzęt", a ktoś od nas po­ga­da z psem.

- Po­ga­dałaś?

- Opo­wiem ze szczegółami, bo to wpraw­dzie stre­sująca, lecz w re­zul­ta­cie za­baw­na hi­sto­ria. Przy­je­chał sa­mochód straży pożar­nej z wysięgni­kiem. Wcho­dzi­my do ko­sza: strażak, po­li­cjant i ja. Win­dują nas w górę. Kie­dy je­steśmy już na­prze­ciw­ko okien, po­li­cjant cho­wa się za mną i pyta: "Czy pani na pew­no się nie boi?". "Ra­czej nie - mówię. - Jeśli pies wy­czułby, że się boję, nie miałabym po co tam wcho­dzić". Nie zna­czy to jed­nak, że w ogóle. Wy­da­je mi się, że umiem oce­nić, czy mam do czy­nie­nia ze zwierzęciem sza­lo­nym, czy tyl­ko zde­ner­wo­wa­nym nie­co­dzienną sy­tu­acją. W tym wy­pad­ku, kie­dy pod­cho­dzi­liśmy do drzwi od stro­ny klat­ki scho­do­wej, pies strasz­nie uja­dał. Myślałam, że to jakiś potwór w psiej skórze. "Chce pani wejść pierw­sza?" - upew­nia się po­li­cjant, bo stojąc za mną, czu­je się chy­ba nie­kom­for­to­wo. Śmiać mi się chce, ale prze­wrot­nie py­tam: "A pan chce?". "Mogę wejść - mówi i do­da­je: - Ale ja mam pi­sto­let i gaz i mogę pani obie­cać, że jeśli sy­tu­acja nie będzie kla­row­na, ja do tego psa strzelę, bo ani myślę narażać lu­dzi". "Co to, to nie - od­po­wia­dam sta­now­czo. - Proszę stanąć za mną, wejdę pierw­sza". Pod­ważanie okna trwało se­kundę. Obaj mężczyźni się od­sunęli - wchodzę. Wy­star­czył je­den rzut oka, żeby spo­strzec, że pies wy­co­fu­je się i pod­ku­la ogon, że to nie jakiś wa­riat z pianą na py­sku (lu­dzie są w sta­nie znisz­czyć w ten sposób każde zwierzę), tyl­ko spa­ni­ko­wa­ny bie­dak, który nie prze­sta­je uja­dać ze stra­chu.

- A gdzie chłopiec?

- Chłopca nie było. Sąsie­dzi utrzy­my­wa­li, że się tam ukry­wa, więc po­li­cjan­ci prze­szu­ka­li cały dom. Nie zna­leźli ni­ko­go. Być może uciekł albo zmie­nił kryjówkę.

- No do­brze, a co zro­biłaś z psem?

- Jak tyl­ko weszłam do środ­ka, po­ma­chałam mu smyczą i po­wie­działam, że idzie­my na spa­cer. Nie uwie­rzysz! Da­lej wszyst­ko odbyło się jak w kreskówce. Pies pod­szedł, usiadł, po­mer­dał ogo­nem i bez naj­mniej­szych pro­blemów po­zwo­lił przy­piąć smycz do obroży... Po­szliśmy na bar­dzo długi spa­cer. Chciałam, żeby to napięcie trochę z nie­go zeszło. No i ze mnie.

- A później?

- Za­wiozłam go do schro­ni­ska, gdzie spi­sa­no jego hi­sto­rię. Mam na­dzieję, że ro­dzi­na nie­ba­wem go ode­brała. Mógł cze­kać na swo­je­go pana w domu (a nie w schro­ni­sku), gdyż w zakładach po­praw­czych na pew­no nie można trzy­mać psów.

Na wa­ga­ry cho­dziła do zoo. Gdy­by nie zoo, wa­ga­ry za­pew­ne by się jej nie zda­rzały, bo mia­sto jako ta­kie nie sta­no­wiło dla niej atrak­cji. Ogród zoo­lo­gicz­ny wy­obrażał cza­rowną kra­inę. Nie miała wte­dy jesz­cze świa­do­mości, że zwierzęta prze­by­wają tam w nie­wo­li, więc w jej ówcze­snym pojęciu była to współcze­sna wer­sja raju - człowiek pośród zwierząt. Niektóre zwierzęta podcho­dziły do prętów klat­ki, kar­miła je liśćmi, trawą zry­waną pod płotem, gałązka­mi drzew. Od­da­wała im swo­je dru­gie śnia­da­nie.

- Roz­ma­wia­liśmy ze sobą - wspo­mi­na.

- Jak dok­tor Do­lit­tle.

- Nie­zu­pełnie, bo w tym aku­rat wy­pad­ku to ptak gadał po ludz­ku. Był tam kruk, który mówił: "I co po­wiesz? I co po­wiesz?". Nie wi­działam, jak ru­sza dzio­bem. Jego głos wy­do­by­wał się gdzieś z głębi. Kru­ki były chy­ba dwa. Bar­dzo długo i uważnie im się przy­pa­try­wałam, bo chciałam wie­dzieć, który z nich tak do mnie za­ga­du­je. To są bar­dzo mądre pta­ki i łatwo na­uczyć je mówić. Roz­ma­wiałam z ich opie­kunką. Po­wie­działa, że nie dokładała żad­nych spe­cjal­nych sta­rań, by je tre­so­wać. Po pro­stu co­dzien­nie w po­rze kar­mie­nia, mówiła do nich: "Dzień do­bry, co słychać?". Albo: "Jak spędziłeś noc?". Je­den prze­krzy­wiał głowę, po­kra­ki­wał, jak­by chciał nawiązać kon­takt. Pytała: "I co po­wiesz, ko­cha­nie?". Aż pew­ne­go dnia powtórzył.

Kwie­cień, maj i początek czerw­ca to pora wylęga­nia się pi­skląt. Edy­ta za­wsze trochę oba­wia się wio­sny. Wcześniej przy­go­to­wu­je klat­ki, dzwo­ni do wo­lon­ta­riu­szy, py­tając, gdzie będzie miej­sce dla ptaków. Nasz dom też wciągnęła na listę. Za­wdzięcza­my jej nie tyl­ko Bob­ka i Igu­się - dwa bez­rad­ne pi­sklaki sro­czek, które wy­rosły na dwa wiel­kie, bez­czel­ne sro­czy­ska - ale też sowę, szpacz­ka, kil­ka ka­wek (dwie kon­tu­zjo­wa­ne zo­stały u nas na stałe) i Cześka.

Do jed­nej ze srok przy­frunęła nie­ba­wem dzi­ka sro­ka. Iga założyła z nią gniaz­do na sośnie u sąsiadów. Wy­go­nio­no ją stamtąd, bo kradła kur­cza­ki. Ra­zem z part­ne­rem od­le­ciała do lasu. Ode­tchnęłam. Bo­bek pra­wie dwa lata pe­ne­tro­wał oko­licz­ny te­ren, wra­cając na noc do domu, za­nim wresz­cie od­le­ciał. Z tym długo nie umiałam się po­go­dzić. Cześko trzy­ma się bli­sko domu i nas. "Ty je­steś jesz­cze da­le­ko pod la­sem, a twój ko­cha­nek już słyszy sa­mochód, zla­tu­je z da­chu na płot i czyści pióra, cze­kając na cie­bie" - po­wie­dział kie­dyś mój mąż. Odtąd Cze­siek ofi­cjal­nie ucho­dzi za mo­je­go ko­chan­ka. Boguś wspa­niałomyślnie zgo­dził się na ten układ, lecz za Cześkiem nie prze­pa­da. Trud­no mu się dzi­wić, bo "mój kaw­ka" na każdym kro­ku ko­mu­ni­ku­je, że chce założyć ze mną gniaz­do, i daje przy tym ja­sno do zro­zu­mie­nia, kto tu­taj jest in­tru­zem. "A róbcie so­bie, co chce­cie" - zgor­szył się kie­dyś mąż, ob­ser­wując w łazien­ce ta­niec go­do­wy Cześka.

Opo­wia­dam Edy­cie, jak Cze­siek ata­ku­je Bo­gu­sia, nie po­zwa­lając mu się do mnie zbliżyć. Zrzu­ca mu oku­la­ry, wrzeszcząc, ląduje na głowie. A przy tym ma okrop­ny pta­si zwy­czaj ata­ko­wa­nia znie­nac­ka.

- Nie znasz dnia ani go­dzi­ny - mówię - bo za­cza­ja się w najróżniej­szych miej­scach. Trze­ba mieć na­prawdę anielską cier­pli­wość. Każdy inny fa­cet na miej­scu Bo­gu­sia zro­biłby z Cześka rosół.

Edy­ta śmie­je się.

- Nie śmiej się, nie śmiej. Żad­nych ptaków więcej, pamiętaj.

I Edy­ta się zga­dza.

Ale po­sta­no­wie­nia swoją drogą, a życie swoją.

Kil­ka mie­sięcy po tym, jak przy­wiozła nam owce, po­je­cha­liśmy do niej po bo­cia­na. ("Viol­ciu, ra­tuj, on musi mieć ab­so­lut­ny spokój, przy­wiozłam go wczo­raj, a u mnie jest strasz­ny młyn, chy­ba ze dwa­dzieścia zwierząt").

Bo­ciuś nie miał na­wet sił, żeby do­trzeć na sej­mik. Stał, mały, wy­chu­dzo­ny, na nie­wiel­kim wznie­sie­niu, oto­czo­ny przez ob­szcze­kujące go psy. Ktoś go zo­ba­czył, psy od­go­nił i we­zwał eko­straż. Był sier­pień, końcówka lata. Miesz­kał u nas całą je­sień, zimę i początek wio­sny. Rósł w oczach. Od­pasł się na ku­rzych po­dro­bach. Naj­pierw jadł wszyst­ko, później wy­brzy­dzał, skończyło się na tym, że do­sta­wał same ser­ca. Całymi dnia­mi cho­dził i wy­grze­by­wał z tra­wy różności. Zimą, kie­dy na­stał wiel­ki mróz, wycho­dził na krótko. Nie miał cze­go wy­grze­by­wać spod śnie­gu, więc tyl­ko spa­ce­ro­wał do­stoj­nie. Wol­nym kro­kiem obcho­dził cały te­ren, a o zmro­ku, lub wcześniej, gdy zmarzł, sam wra­cał do za­gro­dy. Nie oswa­ja­liśmy go, nie zawłasz­cza­liśmy. Nikt nie ośmie­lił się nadać mu imie­nia. Od­le­ciał 20 mar­ca. Prze­frunął nad ogro­dze­niem i wylądował na od­ległej części łąki - za gruszą. Prze­szu­ki­wał kom­po­stow­nik i naj­bliższy rów. Cho­dził tam cały dzień, ale do za­gro­dy już nie wrócił. Tłuma­czyłam mu, że ka­len­da­rzo­wa wio­sna za­czy­na się od ju­tra, lecz nie usłuchał. Wziął roz­bieg za ogro­dze­niem, wy­star­to­wał ukośnie w nie­bo i zniknął nad la­sem. Naj­pierw po­ja­wiał się na na­szej łące co­dzien­nie, po­tem od cza­su do cza­su. Kom­po­stow­nik naj­wy­raźniej po­zo­stał dla nie­go atrak­cyj­nym żero­wi­skiem, bo w jego oko­li­cach spędzał naj­więcej cza­su. Wie­czo­rem jed­nak od­la­ty­wał.

- Ediś, żad­nych ptaków więcej, pamiętaj.

I Edy­ta zno­wu się zga­dza. W jej miesz­ka­niu przy Spółdziel­czej są te­raz dwie pu­stułki, wróbel, sowa, szpa­czek i sro­ka - same żółto­dzio­by. Był kwi­czoł, skow­ro­nek, kaw­ki i gołębie. Gołębie zda­rzają się przez cały rok. Ostat­nio do­stała zgłosze­nie, że jest do ode­bra­nia pu­stułka, a kie­dy przy­je­chała na miej­sce, za­stała kukułkę.

Wie­le z tych osie­ro­co­nych zwierząt można by oca­lić, gdy­by przy­rod­ni­cza edu­ka­cja na­sze­go społeczeństwa stała na wyższym po­zio­mie. Jakiś czas temu ktoś przy­wiózł do eko­straży młodą sówkę. Za­brał ją z lasu, bo sie­działa pod drze­wem.

- Zgro­za! - de­ner­wu­je się Edy­ta. - Jej mama na pew­no znaj­do­wała się w po­bliżu, bo one tak właśnie robią. Pod­lo­ty dość wcześnie opusz­czają gniaz­do, a ro­dzi­ce przy­fru­wają i kar­mią swo­je młode. Nie zo­sta­wiają ich sa­mych. A te­raz co ja z nią zro­bię? Wziął ją wo­lon­ta­riusz, który sta­nie na głowie, by ją do­brze kar­mić i za­nad­to nie oswoić, tak żeby udało się zwrócić ją na­tu­rze. Przy­dałaby się na­sze­mu społeczeństwu lep­sza zna­jo­mość przy­ro­dy. Nie cho­dzi o spe­cja­li­styczną wiedzę, nikt nie musi odróżniać gniaz­downików od zagniaz­downików, cho­ciaż sądzę, że to aku­rat też jest wie­dza pod­sta­wo­wa. Wy­star­czyłoby, żeby każdy uczeń wie­dział, że maleńka sówka na­po­tka­na w le­sie to pod­lot, którego nie należy za­bie­rać do domu, bo jej mama za­raz przy­le­ci, żeby ją nakar­mić.

- A co z pi­sklętami wy­rzu­co­ny­mi z gniaz­da? Nig­dy nie wia­do­mo, czy pi­sklę samo wy­padło, czy też wy­rzu­ciła je mat­ka. Spo­tkałam przy­rod­ników, według których człowiek nie po­wi­nien za­nad­to in­ge­ro­wać.

- Nie za­sta­na­wiam się nad tym. Jeśli tyl­ko mogę - ra­tuję. Nie wy­obrażam so­bie, że zo­sta­wiłabym na uli­cy głodne, nie­wy­pie­rzo­ne pi­sklę, tyl­ko dla­te­go że jego mat­ka być może uznała je za słab­sze od in­nych i po­sta­no­wiła nie kar­mić. Różnie bywa. Nie za­wsze mi się uda­je, za­wsze jed­nak próbuję. Pi­skla­ki wy­pa­dają z gniazd albo są ata­ko­wa­ne przez dra­pieżniki. Zda­rzyło się, że wro­na za­brała z gniaz­da małą wie­wiórkę i lecąc, upuściła ją na as­falt alej­ki w par­ku Szczyt­nic­kim. Kto wie, czy nie stało się tak dla­te­go, że jakaś star­sza pani, która to zda­rze­nie aku­rat wi­działa, na­ro­biła wiel­kie­go ra­ba­nu. Wro­na uciekła, a Wiórcio zo­stał ciężko po­ra­nio­ny. Przeżył jed­nak i ma się do­brze. Wi­działaś, jaki z nie­go mądry wie­wiór. Nie­daw­no zro­biłam dla wie­wiórek dużą wo­lierę. Wiórcio śpi w ko­szu albo w za­wie­szo­nym na gałęzi ple­cacz­ku. Udało mi się zro­bić im ładny do­mek.

- Ma­riusz, twój mąż, nie bu­rzy się, że z pięćdzie­sięciu metrów wa­szej życio­wej prze­strze­ni kil­ka zaj­mu­je wo­lie­ra dla wie­wiórek?

- On przyjął mnie z całym do­bro­dziej­stwem in­wen­ta­rza, co w tym wy­pad­ku nie jest pu­stym fra­ze­sem. Jeśli tyl­ko może, jeździ ze mną na in­ter­wen­cje. Z pew­nością mamy też po­dob­ny po­ziom em­pa­tii. Kom­for­to­wi na­sze­go wspólne­go życia (a trud­no żyć cza­sem kom­for­to­wo z ty­lo­ma zwie­rza­ka­mi na głowie) sprzy­ja fakt, że Ma­riusz ro­zu­mie, iż zwierzęta bez nas so­bie nie po­radzą. Mój eksmąż nie był tak wy­ro­zu­miały. Kie­dy po ślu­bie za­pro­po­no­wałam, żebyśmy przy­garnęli ja­kieś zwierzę, kota lub psa, słyszeć na­wet nie chciał. A mnie cho­dziło o jed­no stwo­rze­nie. Ro­zu­miesz? Jed­no! Chciałam, żeby na­sza Ju­sty­sia od początku wy­cho­wy­wała się ze zwierzęciem. Uważam, że to istot­ne, a na­wet ko­niecz­ne dla pra­widłowe­go roz­wo­ju dziec­ka. Święty Fran­ci­szek na­zy­wał zwierzęta na­szy­mi mniej­szy­mi braćmi. Park, las, łąka, pta­ki, ple­ne­ry są niezbędne, żeby bu­dzić w nas po­trzebę ob­co­wa­nia z na­turą. Tu zaś cho­dzi o coś więcej. Moim zda­niem dziec­ko, oprócz ludz­kie­go ro­dzeństwa, po­win­no mieć koło sie­bie jesz­cze zwierzęta i roślinę do pod­le­wa­nia w do­nicz­ce, aby wzra­stało w przeświad­cze­niu, że jest od­po­wie­dzial­ne za przy­rodę.

- Udało wam się dojść do po­ro­zu­mie­nia w tej kwe­stii?

- Nie, choć pra­wo do kota wresz­cie wy­wal­czyłam. Roz­sta­liśmy się nie z tego po­wo­du, w każdym ra­zie nie tyl­ko z tego, lecz wsku­tek na­szej obopólnej nie­doj­rzałości. Nie wie­dzie­liśmy na­wet, co jest dla nas ważne.

- Co jest dla cie­bie ważne?

- Mieć pełną ro­dzinę. Przez "pełną" ro­zu­miem także pełną zwierząt. Nie w sen­sie dużej licz­by, lecz na­szej otwar­tości na ich po­trze­by. Nie chcę żyć ste­ryl­nie, nie tyl­ko bez sierści na dy­wa­nie, ale w ogóle ste­ryl­nie. Es­te­tycz­nie, eko­no­micz­nie i emo­cjo­nal­nie. Nie chcę, żeby w moim życiu wszyst­ko było za­pla­no­wa­ne, po­li­czo­ne i prze­myślane. Do pew­ne­go stop­nia musi być, lecz nie aż do ab­sur­du. Wy­brałam taki styl życia, że nie za­wsze wiem, co będę robić i kie­dy.

- Ale w two­im domu jest ste­ryl­nie.

- Ste­ryl­nie? Nie. Może od­niosłaś ta­kie wrażenie, ale to za­le­d­wie porządek. Owszem, jest czy­sto. Musi być. Ciągle pu­cuję, bo obec­ność na pięćdzie­sięciu me­trach kwa­dra­to­wych trzech psów, trzech kotów, dwóch wie­wiórek i tych pi­skląt, które przy­wiozłam dziś ze sobą (wszędzie z nimi jeżdżę, bo co go­dzinę trze­ba je kar­mić), dys­cy­pli­nu­je do utrzy­my­wa­nia czy­stości. Sprzątam na okrągło, in­a­czej do miesz­ka­nia nie dałoby się wejść. Kie­dy przy­wożę ko­lej­ne­go psa lub kota, mój mąż re­agu­je powściągli­wie - pyta tyl­ko, jak długo u nas zwie­rzak będzie prze­by­wał. Cza­sa­mi ze złością myślę, że jest bez­dusz­ny, kie­dy jed­nak wi­dzi, że wnoszę do domu klatkę z dzi­kim pta­kiem albo ja­kimś eg­zo­tycz­nym zwierzęciem, co do którego ma pew­ność, że go nie za­trzy­mam, za­raz się do­py­tu­je, co mu jest i jak się czu­je. Tak było, gdy przy­wiozłam le­gwa­na. Ogrom­ne­go. Od razu się nim za­in­te­re­so­wał. Pytał, czy cze­ka go ja­kieś dłuższe le­cze­nie. Oka­zu­je się, że jego dy­stans do zwierząt, który brałam początko­wo za brak em­pa­tii, wy­ni­kał ze stra­chu o to, żeby nam się ro­dzi­na już bar­dziej nie roz­ra­stała.

Pra­wo do kota wresz­cie wy­wal­czyłam.

Dwa dni temu od­bie­rałam z zoo szpacz­ka - mówi da­lej. - Kie­dyś Gu­cwińscy przyj­mo­wa­li wszyst­kie zwierzęta, które im lu­dzie przy­wo­zi­li. Niewątpli­wie wiązało się to z poważnym ry­zy­kiem, bo prze­cież nie­wy­klu­czo­ne, że niektóre mogły być cho­re. Dziś w tro­sce o bez­pie­czeństwo miesz­kańców ogro­du za­nie­cha­no tego zwy­cza­ju. Jeśli więc ktoś przy­wie­zie pi­skla­ka lub potrąco­ne­go przez sa­mochód jeża, dzwo­nią do mnie strażnicy miej­scy. Przy­jeżdżam naj­szyb­ciej, jak mogę, i je za­bie­ram. A później? Później się mar­twię, co da­lej. Pro­po­no­wałam obec­ne­mu dy­rek­to­ro­wi zoo, żeby stwo­rzyć przy fur­cie miej­sce, w którym te zwierzęta mogłyby prze­trwać. Taki ro­dzaj okna życia. Nie zgo­dził się z oba­wy, że gdy­by oka­zało się, iż ktoś wsa­dził do środ­ka zwierzę cho­re na wście­kliznę i ono by padło, każdy epi­de­mio­log miałby pra­wo wszcząć postępo­wa­nie. Dy­rek­tor po­wie­dział krótko, że po­wi­nien chro­nić po­wie­rzo­ne mu zwierzęta, a nie je narażać. Trud­no odmówić mu ra­cji. Trze­ba też po­wie­dzieć, że brak ta­kie­go miej­sca w tak dużym mieście stwa­rza poważne pro­ble­my, bo ci lu­dzie, w większości spo­za Wrocławia, stoją pod ogro­dem zoo­lo­gicz­nym na przykład z dzi­kim zwierzęciem potrąco­nym przez sa­mochód. A jeśli zda­rzy się, że nie od­biorę te­le­fo­nu, bo nie za­wsze mogę, to po po­wro­cie z pra­cy znaj­duję pod do­mem kar­ton. Cza­sem z dołączoną zdaw­kową in­for­macją: "Pta­szek z Jed­ności Na­ro­do­wej", "Kuna spod Obor­nik" albo "Pies zna­le­zio­ny przy tra­sie E12". A cza­sem bez in­for­macji, tyl­ko pudełko z za­war­tością.

- Jaką?

- Boże... Każdą. Wszyst­ko, co wymyślisz, już było. Jeż ze złamaną łapą, sar­na z po­ra­nio­nym bo­kiem, dwie wie­wiórki, które wy­ma­gają kar­mie­nia bu­telką, pa­pu­ga...

- Eg­zo­tycz­ne też?

- Też. Na przykład kil­ka żółwi. Wie­le osób pyta, dla­cze­go, kie­dy przy­jeżdżają po po­moc do zoo, nie wyj­dzie do nich we­te­ry­narz, żeby po­wie­dzieć tyl­ko, czy zwierzę wy­ma­ga uśpie­nia, czy też ma szansę na le­cze­nie i re­ha­bi­li­tację. In­for­muję wte­dy o za­grożeniu cho­ro­ba­mi zakaźnymi, bo prze­cież le­karz, żeby po­sta­wić dia­gnozę, musi naj­pierw zwierzę zba­dać. Poza tym nie może być tak, że pra­cując na eta­cie w zoo, jest on nie­ustan­nie odwoływa­ny do nagłych wy­padków poza te­re­nem ogro­du. To nie ogród ma brać eko­no­miczną i inną od­po­wie­dzial­ność za zwierzęta zna­le­zio­ne "w te­re­nie". Mówię więc, że naj­le­piej je­chać do kli­ni­ki. I wiesz, co słyszę? Że tam też nie chcą przyj­mo­wać ta­kich zwierząt, a na­wet zasłaniając się prze­pi­sa­mi, uśpić ich, by skrócić cierpie­nia, gdy na le­cze­nie nie ma już szans. Sy­tu­acja jest pa­to­wa. To oczy­wi­ste, że tam, gdzie nie wia­do­mo, o co cho­dzi, cho­dzi o pie­niądze. I ja to ro­zu­miem. Za długo zaj­muję się zwierzętami, żeby się temu dzi­wić. Żeby okno życia mogło działać, po­trzeb­ne są przy­najm­niej dwa eta­ty przy ja­kimś ośrod­ku we­te­ry­na­ryj­nym. Więc kto za to zapłaci? Mam na­dzieję, że do­cze­ka­my czasów, kie­dy okna życia będą re­fun­do­wa­ne z urzędu. Dla­cze­go jed­nak w kli­ni­kach we­te­ry­na­ryj­nych nie chcą uśpić dzi­kie­go zwierzęcia do­go­ry­wającego w bólu, tego nie poj­muję. I na to się nie godzę. Ist­nie­je tu jakaś po­twor­na luka, a ja, ile­kroć do­ty­kam tego te­ma­tu, czuję, że staję przed mu­rem. Tyl­ko że ja mam twardą głowę, więc ciągle wierzę, że kie­dyś prze­biję ten mur.