Tak kochają lemury - Violetta Nowakowska

Reflow text when sidebars are open.
To nie był mój pies. Niewielki krótkowłosy kundelek z ogonkiem jak rogalik. Obroża. Wesołe spojrzenie. Błyszcząca sierść. Biegał najpierw wzdłuż płotu, zaglądał na podwórko, jakby chciał się przekonać, czy gdzieś tutaj na chwilę nie zatrzymał się jego właściciel, po czym pewnym siebie truchcikiem pobiegł dalej wzdłuż drogi. Nie tylko po sposobie chodzenia, lecz i po zakręconym ogonku widać było, że jest zupełnie, ale to zupełnie beztroski.
Następnego dnia zastałam go pod lasem, na posesji naszych dobrych znajomych z tej samej wsi. Biegał jak gdyby nigdy nic wśród rodowodowych sznaucerów olbrzymów i sznauceropodobnej, przygarniętej ze schroniska, suczki. Gdyby wierzyć wiejskim plotkom, cała ta gromada "czarnych, wcielonych diabłów" gotowa była rozszarpać nawet konia. Tymczasem kundelek (być może dlatego, że do konia zupełnie niepodobny) biegał pomiędzy nimi z beztroską miną. Z kolei Małgosia - właścicielka sznaucerek i sznauceropodobnej - wyglądała raczej na zmartwioną.
- Przygarnęliście go?
- Ależ skąd. On gdzieś tutaj mieszka, ale nikt go nie kojarzy.
- On też nie kojarzy?
- Kompletnie nic. Do każdej furtki biegnie w taki sposób, jakby znalazł dom.
- Daj mi go - zaproponowałam. - Jadę do sąsiedniej wsi, do stadniny, odebrać moich chłopaków. Wyjechali konno w teren. Zawożąc ich, widziałam, że na boisku szkolnym gmina urządziła festyn. Jest tłum ludzi z okolicznych wsi, pokażę psa, powiem kilka słów do mikrofonu, jest nadzieja, że ktoś go rozpozna.
Małgosia przypięła kundlowi smycz, a ja otworzyłam drzwi samochodu. Pies wskoczył natychmiast i ułożył się wygodnie na wycieraczce przed siedzeniem pasażera.
- Jeździł - zawyrokowałyśmy jednocześnie.
W ogóle był "bywały". Do samochodu wsiadał ochoczo, na cudzym podwórku czuł się jak u siebie, po estradzie chodził jak model. Prezentacja? Proszę bardzo: przód, tył, prawy i lewy profil, kurcgalopek, siad, przechylanie głowy na bok. Uroczy. Wszystko na nic. Nikt go nie rozpoznał, a ja nie dałam się już nabrać na to, że on rozpoznawał wszystkich. Zrezygnowana zeszłam z estrady, pies ze mną, wesolutki, pewnym krokiem pociągnął mnie w kierunku samochodu. Wsiedliśmy. Ułożył się natychmiast, bardzo z siebie zadowolony.
Podjechaliśmy kawałek. Drogą szedł mężczyzna. Z psem. Zatrzymałam się.
- Przepraszam - uchyliłam drzwi - czy nie zna pan przypadkiem tego pieska? Może wie pan, do kogo należy? Błąka się od wczoraj w naszej wsi...
Mężczyzna podszedł do samochodu, włożył głowę do środka.
- Zaraz... - zastanowił się, przyglądając się uważnie kundelkowi. - Czy to czasem nie nasz...?
Spojrzałam na niego jak na kogoś niespełna rozumu. Chyba nawet leciutko zaczęłam się go bać. Co to znaczy: "Czy to czasem nie nasz"?! Własnego psa rozpoznaje się przecież tak samo jak własnego męża, własne dziecko i własną matkę... To nie są zmasakrowane zwłoki, tylko żywy, dobrze utrzymany pies. Facet wyglądał zwyczajnie, mówił po polsku, a tekst brzmiał jak z Monty Pythona. Poczułam nikły zapach alkoholu. Nasze spojrzenia spotkały się, patrzył najzupełniej przytomnie. Zastanawiał się. Najpoważniej na świecie się zastanawiał.
- Nasz był chyba ciutek większy... Ale mordka jakby podobna. I ucho tak samo trzymał. No... sam nie wiem... Michael! - zawołał nagle gdzieś za siebie. - Michael, pozwól tu na chwilę...
Zrobił krok do tyłu i w otwartych drzwiach samochodu pojawił się pies. Wyraziste, uniesione w górę brwi, ciemna oprawa oczu. Słowo honoru, był naprawdę podobny do Jacksona.
- Michael, zobacz, czy to nasz...?
Michael wsunął łeb do środka. Kundelek, leżący dotąd obojętnie, podniósł głowę i zamerdał ogonkiem. Michael zmarszczył nos, wolno uniósł górną wargę, obnażył kły i zawarczał. Cicho, lecz złowrogo.
- Nie, nie nasz - oznajmił stanowczo nieznajomy, zdecydowanym ruchem kolana wypchnął głowę Michaela z samochodu i zatrzasnął drzwi. - Tak myślałem - mruknął usprawiedliwiająco w kierunku swojego psa - chociaż, faktycznie, masz rację: nasz był ciutek większy.
Koniec historii jest banalny. Odwiozłam kundla do Małgosi, a ona jeszcze tego samego dnia, chodząc po wsi od furtki do furtki, znalazła jego dom. Ale tamto krótkie spotkanie na drodze z nieznajomym i jego psem Michaelem spowodowało, że zaczęłam kolekcjonować opowieści o zwierzętach i ludziach, którzy dobrze się rozumieją.
Ta książka to zbiór historii o miłości wzajemnej. O oddaniu człowieka i psiej wierności. O bliskości, komunikacji, odpowiedzialności i porozumieniu. O jeżach, kawkach, wiewiórkach, psach, chomikach, lemurach, wielbłądach, żółwiach, łabędziach i kotach różnej maści. I o ludziach, którzy do nich należą. Nic wielkiego. Ot, różne oblicza miłości. "Bo wielka jest w nas wszystkich potrzeba kochania".
Musimy przyrodę wziąć w obronę. Jest pamiątką raju, jest życiem,
a chrześcijanina obowiązuje ochrona życia...
Jan Twardowski, Nie tylko o jeżach
Edytę poznałam przez owce. Owce przez Mirona. Zanim przyjechały do mnie czerwonym samochodem ekostraży, zanim wypakowały się - brudna, kudłata i pękata jak beczka matka z bagażnika, a bialusieńka, puszysta i okrąglutka jej córka z tylnego siedzenia - zanim obgryzły mi do cna ogród, łącznie z bluszczem (trującym rzekomo), zanim wypełniły naszą przestrzeń pobekiwaniem - matka grubym, a córka dziecięcym, cieniutkim - czym wprawiały w dziką ekscytację nasze psy, zadzwonił telefon. Późnym wieczorem, w piątek.
- Chcecie owce? - zapytał Miron.
Nie chcemy - odpowiedziałam stanowczo.
- Nie chodzi o hodowlę, tylko o pomoc. To są owce powodzianki. Tylko dwie. Edyta z ekostraży nie wie, co z nimi zrobić. Żeby je przetrzymać, nie wystarczy być wolontariuszem. Trzeba jeszcze mieć warunki. Wy macie.
- No, dobrze - westchnęłam. - Jak powodzianki, to niech przyjeżdżają.
Ucieszył się i oznajmił, że natychmiast podaje Edycie nasz adres.
- Owce do nas jadą! - zawołałam do moich synów donośnie, lecz bez cienia entuzjazmu, przekonana, że oto na własne życzenie realizuję w swoim życiu żydowski dowcip o kozie. Ale dzieci, chociaż stare konie i też znają ten dowcip, zamiast podnieść larum, ucieszyły się jak dwa szczeniaki. Nawet mąż, do którego zadzwoniłam do Oslo z wiadomością, że przygarniamy na nieokreślony czas dwie owce powodzianki, nie krył radości: "Bardzo słusznie, bardzo słusznie. Dobrze zrobiłaś, wreszcie te dwa hektary przed domem znajdą swoje uzasadnienie". Nie odezwałam się. Dla mnie miały uzasadnienie także bez owiec, kiedy latały tu tylko kruki, chodził bocian, kwitła nawłoć, a na kompostowniku roiło się od jaszczurek. Boże, jak pięknie było, jak spokojnie, gdy pod starą gruszą ulęgałką wypasały się wyłącznie sarny, a w jej dziupli, bucząc niemiłosiernie, robiły sobie gniazdo szerszenie...
Historia owiec była przejmująca. Każdy szczegół owczego życiorysu chwytał za serce. "Nikt ich nie chce - pomyślałam. - To świństwo mieć łąkę i nie przyjąć dwóch biednych, bezdomnych owieczek".
Cóż, każda idylla ma swój koniec.
Historia owiec była przejmująca. Każdy szczegół owczego życiorysu chwytał za serce. "Nikt ich nie chce - pomyślałam. - To świństwo mieć łąkę i nie przyjąć dwóch biednych, bezdomnych owieczek". Mała urodziła się w czasie powodzi. Najpierw nikt nie rozpoznał ich jako własnych, później nikt nie chciał jako cudzych, a kiedy wreszcie znalazł się taki, co zechciał, to szybko okazało się, że facet ma budkę z kebabem. Ktoś zadzwonił do ekostraży z informacją, że wolontariusz, który tak ochoczo przygarnął owieczki, chyba nie zrobił tego całkiem bezinteresownie. Dziewczyny z ekostraży natychmiast pojechały, żeby odebrać mu zwierzęta. Przez kilka dni trzymały je w przydomowym ogródku i wreszcie przywiozły do nas.
Zaraz pierwszego dnia Edyta, palikując owce ("żeby tylko nie poobgryzały drzewek"), rozejrzała się i powiedziała:
- Ale macie tu dużo miejsca dla zwierząt.
Od tamtej pory przyjeżdża regularnie. Zabiera ze sobą klatki i klateczki, "ptaszki, kuny, wiewióreczki", mleko, siano i kocyki... Mogłabym rymować bez końca, bo w ekwipunku Edyty końca rzeczywiście nie widać. Poprzestanę więc na tym, że zabawki dla psów i ptaków oraz odżywki ma przy sobie zawsze. I już.
Rozkładamy się z całym inwentarzem na łące przed domem. Wypuszczamy na wypas, co jest do wypasania, karmimy, co jest do nakarmienia, a Edyta opowiada. Za każdym razem wyciągam z niej jakąś absolutnie wyjątkową historię. O łapaniu łabędzia, o tym, jak z wysięgnika dźwigu straży pożarnej wchodziła przez okno do czyjegoś mieszkania, żeby poskromić rozjuszonego psa ("robiłam za behawiorystkę, którą nie byłam"), o wiewiórce, którą wrona ukradła z gniazda, o łapaniu gołymi rękami dzika wielkiego jak kanapa, o tym, jak przymusowo zaszczepiono ją przeciwko wściekliźnie, po tym jak ugryzła ją kuna, o Johnnym - jednonogiej sójce, z którą jeździ nawet do pracy...
Po pięciu minutach naszego pierwszego spotkania zaprzyjaźniłyśmy się, po dziesięciu opowiedziałyśmy sobie całe swoje życie, po piętnastu ona zaczęła mówić do mnie "Violciu", nie wiedząc, że tak zwracała się do mnie jedynie babcia, a ja do niej - "Ediś".
W pewnym momencie, po kolejnej jej opowieści, przypomniało mi się, że mój dobry znajomy Andrzej Tylkowski rysuje prześliczne kartki okolicznościowe stylizowane na rysunki dziecięce.
- Dużo sprzedaje się ich w empikach - mówię. - Więc pewnie widziałaś. Na jednej jest całe mnóstwo różowych prosiaczków, a każdy ma inny ryjek i inaczej zakręcony ogonek. To moja ulubiona kartka, nie tylko z uwagi na wielką różnorodność ryjków i ogonków, ale także ze względu na podpis, który autor umieścił pod rysunkiem: "Każdy ma swojego zakrętaska". Tyle tytułem wstępu, bo chcę ci niniejszym oznajmić, że twój zakrętasek bardzo mi się podoba. Kiedy się zaczął twój fiś?
Edyta rozmyśla przez krótką chwilę nad swoim fisiem.
- Nie wiem - odpowiada po chwili.
- Przypomnij sobie - nalegam. - Może w przedszkolu?
Kręci głową.
- Nie pamiętam. Wydaje mi się, że mam go zawsze. Być może zaraz po urodzeniu, będąc jeszcze na oddziale noworodków, ratowałam biegające po ścianach prusaki.
- Mama wspominała, że biegały?
- Nie, można jednak przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że biegały. Przecież w latach głębokiego socjalizmu prusaki w szpitalach były normą, tak jak kawa zbożowa, zapach fenolu i lamperie malowane olejno.
- Obrzydliwe.
- Brud jest obrzydliwy, nie prusaki - oburza się szczerze. - Człowiek boi się tego, czego nie zna, a brzydzi się często ze społecznego nawyku. Takie są stereotypy i my się w nie chętnie i dość bezmyślnie wpisujemy.
- Co wiesz o prusakach?
- Niewiele. Tylko tyle, że są sympatyczne, szybko się poruszają i mają ładne wąsiki. Jeśli jednak będzie trzeba walczyć o prawa prusaków, dowiem się o nich wszystkiego.
- Jest coś, czego się brzydzisz?
- Nie. W okresie wczesnego dzieciństwa zaczęła się moja miłość do koni. Jeszcze nie jeździłam wtedy konno, więc kochałam je tylko z daleka.
- Jak się kocha konie z daleka, mieszkając we Wrocławiu?
- Wypatrywałam ich na ulicy, gdy ciągnęły wozy na targ albo rozwoziły węgiel. Zbierałam włosie z ogonów i końskie kupy do słoika. Te kupy właśnie, nie wiem dlaczego, wszystkich brzydziły najbardziej. Nie pamiętam jednak z tego powodu jakichś awantur w domu. Moja mama była albo zbyt zapracowaną, albo bardzo mądrą matką, albo po prostu pogodziła się z tym, że jestem trochę stuknięta na punkcie zwierząt. Przez konie zresztą po raz pierwszy spisała mnie milicja.
- Zostałaś nieletnim koniokradem?
- Przeciwnie. To jest opowieść o tym, jak nie zostałam, chociaż tak to mogło wyglądać. Nie pamiętam, ile miałam lat, ale byłam dość smarkata. Wtedy już brałam pierwsze lekcje jazdy konnej z koleżanką i to ona właśnie któregoś dnia zaaferowana wpadła do mnie do domu z wiadomością, że po ulicy Olszewskiego biegają luzem trzy konie. To dość ruchliwe skrzyżowanie, tramwaje, samochody. Wiadomo, że nie było wtedy takiego ruchu jak dziś, niemniej chodziło o główną ulicę Biskupina. Niechby sobie po niej biegały bezpańskie psy albo koty w marcu, ale przecież nie konie. Najpierw uważałam, że koleżanka zmyśla, biła się jednak w piersi, których nie miała, przysięgając, że naprawdę nie robi mi żadnego numeru, i namawiając, żebyśmy tam natychmiast poszły. Tak zrobiłyśmy. Wzięłam dwa kantary i ogłowie (ogłowie miałam tylko jedno). Uszłyśmy zaledwie kawałek (z mojej Spółdzielczej na Olszewskiego nie jest daleko), kiedy je zobaczyłyśmy. Faktycznie, dwa dorosłe i źrebak. Były ogromne, mimo to z ich złapaniem dziwnym trafem nie miałam kłopotu. Wyglądały na dość zmęczone i zdezorientowane. Założyłam im kantary i bez trudu poprowadziłam, a moja koleżanka z tyłu zaganiała źrebaka. Właściwie on sam szedł za tamtymi dwoma, ale niech jej będzie, że zaganiała. Ludzie gapili się na nas, bo to musiało dziwnie wyglądać. Nie wiedząc, co dalej zrobić, zaprowadziłam je do siebie, do ogródka.
- Mieszkałaś tu gdzie teraz?
- Tak. Niewysokie kamienice, typowa przedwojenna zabudowa Biskupina i Sępolna. Z tyłu, od podwórka, niewielki ogródek.
- Pamiętasz jakieś szczegóły?
- Wszystkie sąsiadki w oknach, wychylone do połowy. Chociaż nie uznałabym tego za szczegół. Później, kiedy konie już poszły do siebie, jedna z nich zbierała końskie kupy.
- Do słoika?
- Do wiaderka. Zapewne z praktycznych powodów, jako nawóz do kwiatów, a nie z miłości do zwierząt.
Chcę wiedzieć, jak się to wszystko skończyło. Edyta uważa jednak, że nie ma o czym opowiadać. Normalnie. Najpierw pojawili się dwaj milicjanci i sporządzili protokół. Kto, jak, kiedy, gdzie i dlaczego. Później przyszedł właściciel i zabrał konie do siebie. Mieszkał na Swojczycach, a to znaczy, że zwierzęta, uciekając, przeszły przez oba mosty Chrobrego. Dwie smarkule, pławiąc się w glorii "tych dziewczynek, które znalazły i same przyprowadziły konie", poszły razem z nim, odprowadzając zwierzęta aż do stajni. Gospodarz bardzo im dziękował, nie wiedział, jak mu uciekły i - co dla Edyty najważniejsze - powiedział, że mogą sobie z koleżanką od czasu do czasu na nich pojeździć. Konie nie nadawały się pod siodło, więc jazda na nich okazała się niemal niemożliwa.
- Zwłaszcza - zauważyła Edyta - z tymi umiejętnościami, jakie wtedy miałyśmy, a raczej jakich nie miałyśmy.
- Jeździłyście na oklep?
- Nie. Dostałyśmy siodło, lecz nie ujeżdżeniowe czy skokowe, jakie widuje się teraz, tylko kulbakę - stare siodło wojskowe z wysokimi łękami, chyba pamiętające jeszcze kawalerię. Trzeba się było nieźle namęczyć, żeby dopiąć popręg.
- Zrzucały was?
- Nie, ale szły tam, gdzie chciały. Nie reagowały ani na wodze, ani na łydkę, a najzabawniejsze, że kiedy miały już dość naszej jazdy czy też, mówiąc ściślej, wożenia nas na grzbiecie, zawracały i mimo naszych gorących protestów przywoziły nas z powrotem do stajni. Jazdy w terenie odbywały się na Swojczycach, wzdłuż wałów nad Widawą.
Mama Edyty chodziła później na komisariat, żeby zapytać o udział córki w tej sprawie. Bardzo się przejęła końmi w swoim ogródku. Wróciła uspokojona. Usłyszała, że córka nie popełniła żadnego wykroczenia, tylko właściciela ukarano mandatem, bo wskutek jego niedopatrzenia mogło dojść do wypadku.
- Opowiem ci dziś zabawną historię rodzinną, bo zawsze chcesz coś usłyszeć - obiecała Edyta, zapowiadając przez telefon swoje odwiedziny. - Będę tylko z Johnnym, bo jadę prosto z pracy. Przypomniało mi się, że mój tata jako dziecko przyjechał z rodzicami z Ukrainy do Wrocławia na krowich papierach.
Nie rozumiem, co to znaczy "na krowich papierach". Edyta przyznaje, że dzisiaj rzeczywiście trudno to pojąć, ale tak właśnie było.
- Po wojnie cała rodzina Wyrstów (dziadkowie i ich dwóch synów) jechała pociągiem z Ukrainy do Polski na Ziemie Odzyskane. Dziadkowi na czas podróży wystawiono dokument, którym się legitymował, potwierdzający liczbę przewożonych osób i sztuk żywego inwentarza. Urzędnik odnotował liczbę osób, wpisując każdą z nich do oddzielnej rubryki. Widziałam ten dokument. Napisano czarno na białym: "Obywatel Jerzy Wyrsta, jego żona - Helena Wyrsta, ich syn - Michał Wyrsta", a zamiast mojego ojca Stanisława... "krowa". Ojciec zostawił te papiery na pamiątkę. Uważa, że urzędnicy, którzy spisywali stan faktyczny, pomylili się i zamiast drugiego syna jako czwartą sztukę "pogłowia" wpisali krowę. Liczba sztuk się zgadzała, więc nikt się nie wdawał w szczegóły. O tej historii dowiedziałam się przypadkiem całkiem niedawno i pomyślałam sobie, że tamto zezwolenie na przewóz, dokumentujące prawnie mój zoologiczny rodowód, w pewnym stopniu wyjaśnia też moje umiłowanie zwierząt - kończy opowieść Edyta i lekko dodaje: - A jak sroczki?
Inwentarz, którym nas obdarowała, daje się nam we znaki. Gdzie te niegdysiejsze sielskie śniadania, gdzie leniwe nasiadówki przy porannej herbacie, gdzie nieporuszenie stojący na stole dostojny dzbanek i przygotowane obok do podpalenia "tea lighty", gdzie te czasy, gdy zapalniczka do świeczek nie stanowiła przedmiotu niczyjego pożądania i zawsze spoczywała na swoim miejscu, gdzie starannie ułożone serwetki i herbatniczki w otwartym pojemniku... Nie zdążyłam nawet powiedzieć: "Chwilo, trwaj!", a już wszystko diabli wzięli.
Najpierw rozpanoszyły się sroki.
Bobek to jeszcze pół biedy, jest moim ulubieńcem. "Wszystko mu wolno, bo go wysiedziałaś" - zarzucają mi dzieci. No, wysiedziałam. Z klateczką jeździłam wszędzie (Bobiś jadł co godzinę), a kiedy tylko nauczył się chodzić, nie opuszczał mnie ani na krok. Po pierwszym karmieniu nad ranem (piskląt nie karmi się w nocy) zasypiał wtulony w moją piżamę z polaru, a ja, bojąc się poruszyć, pisałam sobie spokojniutko, półleżąc, z ptasim dzieckiem pod brodą, dopóki na dworze nie zrobiło się całkiem jasno.
Igę dostaliśmy jako młodą sroczkę, która szybko z samomianowania została przewodniczką stada. Nie cierpi mnie i mojego Bobka. Związała się z Nikodemem, naszym najmłodszym synem, i swoje uczucie wyraża w ten sposób, że jego dziobie najrzadziej. Z Bobkiem walczy o prymat, a mnie ma za psi pazur. Spuszcza mi lanie na każdym kroku, dobrze wie, że się jej boję. Ledwie otworzę drzwi, a ona już siedzi na sąsiednim dachu, niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę, puszy się i drze uszczęśliwiona, że oto wreszcie wyściubiłam nos z domu i zacznie się coś dziać. "Jesteś jej chłopcem do bicia - mówi mąż z naganą. - Jeśli chcesz to zmienić, musisz się jej nie dać". Ba! Nie dać się! Nie wiem, jak mam się nie dać. Iga niczym messerschmitt leci za mną skośnym lotem, bezbłędnie rozpoznając moje zamiary. Wieszanie prania? Proszę bardzo, może być wieszanie. Nie zdążę jeszcze wyjść z pralni, a ona już czeka na mnie na sznurze rozpiętym między drzewami i nawołuje bojowo: "A-a-a-a-a-a-a! A-a-a-a-a-a-a!". Gdy się zbliżam, dziobie mnie po rękach, zabiera klamerki, a kiedy schylam się po kolejną sztukę bielizny, wskakuje mi na głowę, dziobie z całej siły i boleśnie (do krwi) ciągnie za uszy.
Jeśli kiedyś uważałam, że posiłki w towarzystwie srok są nie do wytrzymania, to teraz, odkąd zamieszkały z nami owce, wspominam tamte chwile jako błogie i spokojne.
- Boguś! - krzyczę do męża. - Boguś! Przegoń tę pokrakę!
Sama nie daję rady. Pranie wieszam koślawo, bo w jednej dłoni dzierżę miotełkę do kurzu, którą przeganiam wstrętne ptaszysko. Ono reaguje jednak tylko na pierwsze machnięcie. Przy drugim robi unik, zatacza koło i siada mi na głowie, waląc dziobem, ile wlezie. Jedynym rozwiązaniem jest wyjęcie z wanienki jednej sztuki bielizny i zabawa w helikopter. Kręcę nad głową mokrym ręcznikiem, Iga, wściekła, czeka na gałęzi drzewa, aż skończę, łypie na mnie złym okiem, przymykając od dołu białą powiekę. Kumuluje agresję, obmyśla kolejną napaść. "Czekaj! - zdaje się mówić. - Skończysz wreszcie, wtedy ci pokażę". Robota ani za mną, ani przede mną, ale uszy ocaliłam. Pranie wieszam w asyście męża lub nie wieszam wcale. Nikt mi nie powie, że tak powinny wyglądać domowe zajęcia. O otwarciu bramy wjazdowej nie ma nawet mowy. Dłonie mam zawsze podziobane. Puszczam ramiona w ruch, bo ta wredota uparcie wskakuje mi na głowę.
Bobek to co innego. Bywa bezczelny i też dziobie w uszy, jednak nigdy mnie. Do mnie przymila się, grucha delikatnie jak gołąb, przynosi tłuste muchy. Sama czułość. Kradnie, owszem, ze stołu małe srebrne łyżeczki do lodów, robi dziury w maśle i żółtym serze, kruszy herbatniki. Staram się zawsze zacierać po nim ślady. Dziurę zaklejam, formując zgrabną kostkę nożem, łyżeczki zbieram z trawy, ser odwracam do góry nogami i szybko strzepuję okruchy z obrusa.
- Śniadanie! - wołam. - Chodźcie na śniadanie!
Pierwsze pędzą owce.
Jeśli kiedyś uważałam, że posiłki w towarzystwie srok są nie do wytrzymania, to teraz, odkąd zamieszkały z nami owce, wspominam tamte chwile jako błogie i spokojne.
Poducha i Jaśka okazały się zajadłymi niszczycielkami. Koszyk z chlebem lądował na trawie, nim się odwróciłam. Wyspecjalizowały się. Fachowo pociągały za serwetę, chwytając w locie toczące się ze stołu bułki. Dzbanek z herbatą zawsze strącały z podgrzewacza, słoiki z dżemem turlały po trawniku, sałatę i świeczki zjadały natychmiast. O pomidory szła ostra walka ziemno-powietrzna, bo sroki też miały na nie ochotę i nie odpuszczały. Pewnego dnia, gdy zobaczyłam Poduchę z przednimi nogami na moim adamaszkowym obrusie, jak łamiąc koszyczek na pieczywo, kończy zjadać chałkę, powiedziałam: "Dość!". A jeśli jeszcze nie wtedy, to następnym razem, kiedy Iga znów podziurawiła wszystkie jogurty, a Bobek podczas posiłku położył mi na talerzyku owczy bobek. Możliwe zresztą, że wszystkie te zdarzenia miały miejsce jednocześnie. Poddałam się. Odtąd, mimo czarownych poranków, podnoszącej się lub opadającej mgły, śpiewu ptaków, powiewów wiosny i zapachów lata, jadaliśmy w domu.
- Jak owieczki? - zapytała innym razem Edyta.
Opowiedziałam w skrócie i dość oględnie, unikając słów: "dewastacja", "demolka", "wandalizm" i "skandal" - żeby nie wprawiać jej w zakłopotanie. Musiała jednak wiedzieć, o co chodzi, bo zmieniła temat i zaczęła mówić o swoich wiewiórkach.
Coś na ten temat wiedziałam, nie z autopsji na szczęście (na wiewiórkę nigdy bym się nie zgodziła), lecz z całkiem świeżej lektury Marii i Magdaleny, książki, w której Magdalena Samozwaniec, jedna z panien Kossakówien, opowiada o perypetiach z Sorkiem - wiewiórką jej siostry, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Tapeta zwisająca smętnie w strzępach ze ściany w ekskluzywnym hotelu w Rzymie należała do drobniejszych szkód, jakie co dzień powodował Sorek.
Edyta ma teraz dwie wiewiórki: Vikę i Wiórka. Wiórcia przywieźli jej z Czech. Był połamany i wycieńczony, nie wierzyła, że przeżyje. Jakimś cudem udało się jednak wykarmić go butelką dla lalek. Pytam, czy to ten, który pogryzł jej córkę. Z tego, co mi wcześniej opowiadała, wynikało, że zajście wyglądało makabrycznie - po wejściu do domu zobaczyła całą podłogę zbryzganą krwią. Pierwsza myśl: "Ktoś kogoś zjadł". Na szczęście okazało się, że wszyscy żyją. To "tylko" jej córkę ugryzła wiewiórka, nieszczęśliwym trafem uszkadzając większe naczynko krwionośne, i krew lała się strumieniem.
- Nie rób z tego sensacji - mówi Edyta. - To nie była wina Wiórka. Justynki zresztą też nie. Wiewiór postanowił przejść z pokoju do pokoju, a Justynka chciała mu pomóc, bo bał się trochę psów. Wzięła go do ręki. Pewnie niefortunnie chwyciła i sprawiła mu ból, bo Wiórcio wtedy jeszcze był nieoswojony i cierpiący, z licznymi złamaniami. Oboje się wystraszyli, na szczęście jednak incydent nie wpłynął na ich dalsze relacje. Przyjaźnią się i nie wracają do tego tematu.
- Jak owieczki? - zapytała innym razem Edyta.
Opowiedziałam w skrócie i dość oględnie, unikając słów: "dewastacja", "demolka", "wandalizm" i "skandal" - żeby nie wprawiać jej w zakłopotanie.
Na początku miałam trzy wiewiórki - dodaje. - Oprócz Viki i Wiórcia jeszcze Alberta. Ten jednak szybko doszedł do siebie, odzyskał pełną sprawność, więc został odwieziony do Przemyśla, do azylu. Stamtąd w krótkim czasie wypuszczą go na wolność. Mają to świetnie zorganizowane. Najpierw sprawdzają, czy zwierzę daje sobie radę ze zdobywaniem pokarmu, a dopiero później, upewniwszy się, że samo się wyżywi, wywożą je do lasu.
Działalność wrocławskiej ekostraży jest mi coraz lepiej znana. Sprawdzam, co napisano na ich temat w prasie, wypytuję o nich, (zwłaszcza o Edytę), wspólnych znajomych. Wyszukuję w internecie ciekawsze historie, a później proszę ją, żeby opowiedziała mi je szczegółowo. Notatki prasowe zwykle tylko napomykają o zdarzeniu.
- Jak było z tą akcją łapania łabędzia? - zagaduję przy okazji kolejnego spotkania. (Sójka Johnny, kolejna sroczka, dwa jeże, sześć jerzyków. "Cholera, jak ja mam je nakarmić? Mam za grube paluchy" - denerwuje się Edyta, wciskając po mikroskopijnej kuleczce masy serowej do szeroko otwartych dziobków). - To działo się na Wyspie Słodowej, prawda? - dopytuję, kiedy wreszcie w gnieździe robi się cicho.
Edyta przykrywa klateczkę cienką pieluszką, po chwili uchyla rąbek, żeby sprawdzić, czy "dzieci" śpią. Wpada trochę światła i sześć jerzyków natychmiast otwiera dzioby. Zastępcza matka odwija z folii aluminiowej napoczętą kulkę serową i karmienie zaczyna się od początku.
- Tak - odpowiada wreszcie, wycierając palce o trawę. - Dla mnie było to chyba traumatyczne przeżycie, skoro ilekroć tam jestem, przypomina mi się ta historia. Tuż obok stoi hotel Plaza. Dostałam zgłoszenie, że w pobliżu mostku, gdzie zwykle gromadzi się dużo ptaków, zauważono łabędzia ze złamanym skrzydłem. Już z daleka widziałam, że jest w fatalnym stanie - skrzydło zwisało, a na nim utworzyła się wielka bryła lodu. Nie wiedziałam, co robić. Przecież nie rzucę się za nim wpław - myślałam. Zadzwoniłam więc do straży wodnej. Czekałam bardzo długo, zmarzłam na kość. Wreszcie przyjechali. Stanęliśmy na moście z funkcjonariuszem dowodzącym akcją. To był wielki mężczyzna. Ogromny. Zwykle mówi się "słusznej postury", w tym wypadku określenie to nie odzwierciedlało jeszcze jego gabarytów. Wiesz, jak zaczął rozmowę? "Czy pani wie, że łabędź jednym uderzeniem skrzydła może zabić człowieka?". Przyznasz, że w ustach mężczyzny tak masywnego, że chyba tylko w zderzeniu z czołgiem mógłby doznać kontuzji, słowa te zabrzmiały groteskowo. Może to mało eleganckie, co powiem, ale popatrzyłam na niego i zaraz potem na tego biedaczynę pod mostem z bryłą lodu na skrzydle i zgadnij, którego z nich było mi bardziej żal? "Wie pan - powiedziałam - nie raz, nie dwa miałam do czynienia z łabędziem i nawet kiedyś dostałam skrzydłem, nie czułam się jednak znokautowana. Będę panów ubezpieczać, jeśli to was uspokoi" - zażartowałam. Mój żart nie przypadł mu do gustu. Oznajmił, że teraz nic już nie zrobią, bo jest za ciemno, więc jeśli ptak przeżyje do jutra, przyjadą rano. Umówiliśmy się. Czekałam. Nie przyjechali. Kolejny telefon, ponaglenie. Wreszcie są.
- Przeprosili?
- Daj spokój! Tylko w kabarecie Olgi Lipińskiej Fronczewski przepraszał kurę. W naszym społeczeństwie nie ma zwyczaju przepraszać łabędzia. Ci, którzy się zjawili, stanowili oczywiście inną ekipę i mojego bohatera wśród nich nie było. Straż wodna, chłopcy jak ułani, superekwipunek. Uwierzysz, że czterech rosłych, młodych mężczyzn stanęło na mostku i załamało ręce? "Ale jak to zrobić?" - zastanawiali się. Wreszcie weszli na motorówkę, ubrani w specjalistyczny sprzęt: kombinezony, pianki ocieplające i sama nie wiem w co jeszcze. Naprawdę chcieli złapać tego biedaka, ale łabędź okazał się sprytniejszy. Dwa razy uciekł im z podbieraka. Zanurkował i wypłynął kawałek dalej. Był tak osłabiony i zmęczony, że serce się krajało. W końcu wyszedł na lód i poczłapał wzdłuż Odry. Strażacy uznali, że nic więcej nie zrobią, bo po lodzie ani za nim biec, ani płynąć się nie dało, i zarządzili koniec akcji.
Brzegi Odry wyłożone są kamieniami, skarpy wymurowano ukośnie, pod kątem, przy czym co pewien czas w kamiennych ścianach pojawia się wnęka. Nie wiem, jakie jest jej przeznaczenie. W tym wypadku okazała się bardzo przydatna, bo ten biedny i skrajnie osłabiony ptak tam się właśnie schował. Mimo że straż już się oddaliła, postanowiłam, że po niego zejdę. Wiem, że ważę dużo więcej niż największy nawet okaz łabędzia, ale - pomyślałam sobie - skoro on przeszedł, to może jakimś cudem i mnie się uda. Zeszłam i krok za krokiem, powolutku, nadsłuchując, czy lód nie pęka, wędrowałam tuż przy murku, aż dotarłam do wnęki. Łabędź już się nawet nie bronił. Wzięłam go pod pachę i zaczęłam się wspinać na górę. Nie, to jeszcze nie koniec. Nie wyobrażasz sobie, jak oni na mnie nakrzyczeli. Strażak dowodzący całą akcją omal nie eksplodował. Wrzeszczał, że jestem nienormalna i że nie wolno mi robić takich rzeczy.
- Obraziłaś się?
- Coś ty. Przecież wiem, że jeśli chodzi o dobro zwierząt, całkiem normalna nie jestem.
- A może strażak awanturował się z powodów ambicjonalnych?
- Eeee... Chyba nie... Ja go nawet rozumiem, bo gdybym wpadła do wody, to chyba on miałby największe nieprzyjemności, że niewystarczająco zabezpieczył teren.
- Lód był kruchy?
- Dość, ale jak powiedziałam, szłam ostrożnie, krok po kroku sprawdzając, czy się pode mną nie załamie. - Milknie na chwilę, rozważając jakąś kwestię. - Zresztą powiem ci prawdę. Ja się nawet spodziewałam, że trzaśnie. Pomyślałam jednak, że a nuż się uda i dojdę. Ten łabędź był naprawdę zmaltretowany, więc istniała szansa, że go złapię. A przecież gdybym wpadła, to ci z motorówki by mnie wyciągnęli.
- Wiesz, że zdarza się, że człowiek ginie pod lodem, chociaż pomoc jest w pobliżu? - Wpadam w mentorski ton i sama siebie nie lubię za to głupie gadanie.
- Wiem, wiem. Tylko że... Nie widziałaś tego łabędzia. Gdyby nie udało się go wtedy złapać, on by nie przeżył.
- Napisali o tym w "Wyborczej".
- Tak. Jakimś trafem był tam obecny redaktor "Gazety", bo nazajutrz po tej akcji ukazał się artykuł.
- Tytuł?
- Nie pamiętam. Zapamiętałam natomiast podtytuł: Gdzie diabeł nie może...
Edyta jako mała dziewczynka wyprowadzała sąsiadom psy na spacer. Właściwie nie sąsiadom, tylko nieznajomym z sąsiednich ulic. Miała własne psy. Najpierw Demona, później Darię. Ciągle były u nich jakieś czworonogi, więc te cudze doglądała nie z powodu tęsknoty za psem. Raczej z powodu psiej tęsknoty za spacerami. Właściciele, ludzie starsi, albo nie poruszali się dość sprawnie, albo w ogóle nie opuszczali domów. W drodze do szkoły przyglądała się wszystkim napotykanym kundlom. Spacerując ze swoim psem, zaglądała ludziom przez płoty, żeby zobaczyć, kto tam mieszka. Kiedy Edyta mówi "kto", od razu wiadomo, że ma na myśli psa. W jednym z domów, które mijała, mieszkał Kazan, psi staruszek, który od pewnego czasu stale leżał na podwórku. Przystawała przy płocie i przyglądała się uważnie, czy zwierzak nie jest chory, bo nie spotykała go już z panem na spacerach. Z domu nikt jednak nie wychodził, więc wreszcie sama zadzwoniła.
- Nie wstydziłaś się? - pytam.
- Nie. Ja chyba nigdy nie byłam nieśmiała taką typową nieśmiałością dziecka. Od właścicielki, która wyszła na dźwięk dzwonka, dowiedziałam się, że jej mąż zmarł, a ona ma trudności z chodzeniem, więc nie radzi sobie z psem na smyczy. Zwłaszcza że Kazan to duży pies - owczarek niemiecki. Teraz więc musi mu wystarczyć podwórko. Spytałam, czy mogłabym czasami wziąć go na spacer. Pani się zgodziła, choć nie entuzjastycznie. Może na początku nie miała do mnie zaufania. Ja też nie bez oporów powierzyłabym swojego psa nieznajomej dziewczynce. Wyprowadzałam go na spacer, a po pewnym czasie znalazłam jeszcze jednego psa. Tym razem kundelka w potrzebie: suczkę Sonię, która mieszkała przy Dembowskiego. Był też Maks - mieszaniec sznaucera z ulicy Braci Gierymskich. Nie wyprowadzałam wszystkich naraz. Najpierw szłam z moją suczką, później ze staruszkiem Kazanem, potem z Sonią, a na końcu z Maksem.
- Codziennie?
- Ależ skąd. Dość rzadko, niestety. Ze dwa razy w tygodniu.
Udział Edyty w interwencji straży pożarnej należy do trudnych przypadków. W pewnym mieszkaniu, razem ze swoim amstafem, zabarykadował się chłopiec, uciekinier z poprawczaka. Organizatorzy akcji uznali, że wraz z policjantem powinna wejść do środka osoba zajmująca się na co dzień zwierzętami, ktoś w rodzaju behawiorysty, kto najpierw uspokoi psa, a później odwiezie go do schroniska. Tym sposobem Edyta znalazła się w środku akcji, bo policja wezwała ekostraż, mając nadzieję na wspólne działanie.
- Powiedzieli - śmieje się Edyta - że oni "zabezpieczą sprzęt", a ktoś od nas pogada z psem.
- Pogadałaś?
- Opowiem ze szczegółami, bo to wprawdzie stresująca, lecz w rezultacie zabawna historia. Przyjechał samochód straży pożarnej z wysięgnikiem. Wchodzimy do kosza: strażak, policjant i ja. Windują nas w górę. Kiedy jesteśmy już naprzeciwko okien, policjant chowa się za mną i pyta: "Czy pani na pewno się nie boi?". "Raczej nie - mówię. - Jeśli pies wyczułby, że się boję, nie miałabym po co tam wchodzić". Nie znaczy to jednak, że w ogóle. Wydaje mi się, że umiem ocenić, czy mam do czynienia ze zwierzęciem szalonym, czy tylko zdenerwowanym niecodzienną sytuacją. W tym wypadku, kiedy podchodziliśmy do drzwi od strony klatki schodowej, pies strasznie ujadał. Myślałam, że to jakiś potwór w psiej skórze. "Chce pani wejść pierwsza?" - upewnia się policjant, bo stojąc za mną, czuje się chyba niekomfortowo. Śmiać mi się chce, ale przewrotnie pytam: "A pan chce?". "Mogę wejść - mówi i dodaje: - Ale ja mam pistolet i gaz i mogę pani obiecać, że jeśli sytuacja nie będzie klarowna, ja do tego psa strzelę, bo ani myślę narażać ludzi". "Co to, to nie - odpowiadam stanowczo. - Proszę stanąć za mną, wejdę pierwsza". Podważanie okna trwało sekundę. Obaj mężczyźni się odsunęli - wchodzę. Wystarczył jeden rzut oka, żeby spostrzec, że pies wycofuje się i podkula ogon, że to nie jakiś wariat z pianą na pysku (ludzie są w stanie zniszczyć w ten sposób każde zwierzę), tylko spanikowany biedak, który nie przestaje ujadać ze strachu.
- A gdzie chłopiec?
- Chłopca nie było. Sąsiedzi utrzymywali, że się tam ukrywa, więc policjanci przeszukali cały dom. Nie znaleźli nikogo. Być może uciekł albo zmienił kryjówkę.
- No dobrze, a co zrobiłaś z psem?
- Jak tylko weszłam do środka, pomachałam mu smyczą i powiedziałam, że idziemy na spacer. Nie uwierzysz! Dalej wszystko odbyło się jak w kreskówce. Pies podszedł, usiadł, pomerdał ogonem i bez najmniejszych problemów pozwolił przypiąć smycz do obroży... Poszliśmy na bardzo długi spacer. Chciałam, żeby to napięcie trochę z niego zeszło. No i ze mnie.
- A później?
- Zawiozłam go do schroniska, gdzie spisano jego historię. Mam nadzieję, że rodzina niebawem go odebrała. Mógł czekać na swojego pana w domu (a nie w schronisku), gdyż w zakładach poprawczych na pewno nie można trzymać psów.
Na wagary chodziła do zoo. Gdyby nie zoo, wagary zapewne by się jej nie zdarzały, bo miasto jako takie nie stanowiło dla niej atrakcji. Ogród zoologiczny wyobrażał czarowną krainę. Nie miała wtedy jeszcze świadomości, że zwierzęta przebywają tam w niewoli, więc w jej ówczesnym pojęciu była to współczesna wersja raju - człowiek pośród zwierząt. Niektóre zwierzęta podchodziły do prętów klatki, karmiła je liśćmi, trawą zrywaną pod płotem, gałązkami drzew. Oddawała im swoje drugie śniadanie.
- Rozmawialiśmy ze sobą - wspomina.
- Jak doktor Dolittle.
- Niezupełnie, bo w tym akurat wypadku to ptak gadał po ludzku. Był tam kruk, który mówił: "I co powiesz? I co powiesz?". Nie widziałam, jak rusza dziobem. Jego głos wydobywał się gdzieś z głębi. Kruki były chyba dwa. Bardzo długo i uważnie im się przypatrywałam, bo chciałam wiedzieć, który z nich tak do mnie zagaduje. To są bardzo mądre ptaki i łatwo nauczyć je mówić. Rozmawiałam z ich opiekunką. Powiedziała, że nie dokładała żadnych specjalnych starań, by je tresować. Po prostu codziennie w porze karmienia, mówiła do nich: "Dzień dobry, co słychać?". Albo: "Jak spędziłeś noc?". Jeden przekrzywiał głowę, pokrakiwał, jakby chciał nawiązać kontakt. Pytała: "I co powiesz, kochanie?". Aż pewnego dnia powtórzył.
Kwiecień, maj i początek czerwca to pora wylęgania się piskląt. Edyta zawsze trochę obawia się wiosny. Wcześniej przygotowuje klatki, dzwoni do wolontariuszy, pytając, gdzie będzie miejsce dla ptaków. Nasz dom też wciągnęła na listę. Zawdzięczamy jej nie tylko Bobka i Igusię - dwa bezradne pisklaki sroczek, które wyrosły na dwa wielkie, bezczelne sroczyska - ale też sowę, szpaczka, kilka kawek (dwie kontuzjowane zostały u nas na stałe) i Cześka.
Do jednej ze srok przyfrunęła niebawem dzika sroka. Iga założyła z nią gniazdo na sośnie u sąsiadów. Wygoniono ją stamtąd, bo kradła kurczaki. Razem z partnerem odleciała do lasu. Odetchnęłam. Bobek prawie dwa lata penetrował okoliczny teren, wracając na noc do domu, zanim wreszcie odleciał. Z tym długo nie umiałam się pogodzić. Cześko trzyma się blisko domu i nas. "Ty jesteś jeszcze daleko pod lasem, a twój kochanek już słyszy samochód, zlatuje z dachu na płot i czyści pióra, czekając na ciebie" - powiedział kiedyś mój mąż. Odtąd Czesiek oficjalnie uchodzi za mojego kochanka. Boguś wspaniałomyślnie zgodził się na ten układ, lecz za Cześkiem nie przepada. Trudno mu się dziwić, bo "mój kawka" na każdym kroku komunikuje, że chce założyć ze mną gniazdo, i daje przy tym jasno do zrozumienia, kto tutaj jest intruzem. "A róbcie sobie, co chcecie" - zgorszył się kiedyś mąż, obserwując w łazience taniec godowy Cześka.
Opowiadam Edycie, jak Czesiek atakuje Bogusia, nie pozwalając mu się do mnie zbliżyć. Zrzuca mu okulary, wrzeszcząc, ląduje na głowie. A przy tym ma okropny ptasi zwyczaj atakowania znienacka.
- Nie znasz dnia ani godziny - mówię - bo zaczaja się w najróżniejszych miejscach. Trzeba mieć naprawdę anielską cierpliwość. Każdy inny facet na miejscu Bogusia zrobiłby z Cześka rosół.
Edyta śmieje się.
- Nie śmiej się, nie śmiej. Żadnych ptaków więcej, pamiętaj.
I Edyta się zgadza.
Ale postanowienia swoją drogą, a życie swoją.
Kilka miesięcy po tym, jak przywiozła nam owce, pojechaliśmy do niej po bociana. ("Violciu, ratuj, on musi mieć absolutny spokój, przywiozłam go wczoraj, a u mnie jest straszny młyn, chyba ze dwadzieścia zwierząt").
Bociuś nie miał nawet sił, żeby dotrzeć na sejmik. Stał, mały, wychudzony, na niewielkim wzniesieniu, otoczony przez obszczekujące go psy. Ktoś go zobaczył, psy odgonił i wezwał ekostraż. Był sierpień, końcówka lata. Mieszkał u nas całą jesień, zimę i początek wiosny. Rósł w oczach. Odpasł się na kurzych podrobach. Najpierw jadł wszystko, później wybrzydzał, skończyło się na tym, że dostawał same serca. Całymi dniami chodził i wygrzebywał z trawy różności. Zimą, kiedy nastał wielki mróz, wychodził na krótko. Nie miał czego wygrzebywać spod śniegu, więc tylko spacerował dostojnie. Wolnym krokiem obchodził cały teren, a o zmroku, lub wcześniej, gdy zmarzł, sam wracał do zagrody. Nie oswajaliśmy go, nie zawłaszczaliśmy. Nikt nie ośmielił się nadać mu imienia. Odleciał 20 marca. Przefrunął nad ogrodzeniem i wylądował na odległej części łąki - za gruszą. Przeszukiwał kompostownik i najbliższy rów. Chodził tam cały dzień, ale do zagrody już nie wrócił. Tłumaczyłam mu, że kalendarzowa wiosna zaczyna się od jutra, lecz nie usłuchał. Wziął rozbieg za ogrodzeniem, wystartował ukośnie w niebo i zniknął nad lasem. Najpierw pojawiał się na naszej łące codziennie, potem od czasu do czasu. Kompostownik najwyraźniej pozostał dla niego atrakcyjnym żerowiskiem, bo w jego okolicach spędzał najwięcej czasu. Wieczorem jednak odlatywał.
- Ediś, żadnych ptaków więcej, pamiętaj.
I Edyta znowu się zgadza. W jej mieszkaniu przy Spółdzielczej są teraz dwie pustułki, wróbel, sowa, szpaczek i sroka - same żółtodzioby. Był kwiczoł, skowronek, kawki i gołębie. Gołębie zdarzają się przez cały rok. Ostatnio dostała zgłoszenie, że jest do odebrania pustułka, a kiedy przyjechała na miejsce, zastała kukułkę.
Wiele z tych osieroconych zwierząt można by ocalić, gdyby przyrodnicza edukacja naszego społeczeństwa stała na wyższym poziomie. Jakiś czas temu ktoś przywiózł do ekostraży młodą sówkę. Zabrał ją z lasu, bo siedziała pod drzewem.
- Zgroza! - denerwuje się Edyta. - Jej mama na pewno znajdowała się w pobliżu, bo one tak właśnie robią. Podloty dość wcześnie opuszczają gniazdo, a rodzice przyfruwają i karmią swoje młode. Nie zostawiają ich samych. A teraz co ja z nią zrobię? Wziął ją wolontariusz, który stanie na głowie, by ją dobrze karmić i zanadto nie oswoić, tak żeby udało się zwrócić ją naturze. Przydałaby się naszemu społeczeństwu lepsza znajomość przyrody. Nie chodzi o specjalistyczną wiedzę, nikt nie musi odróżniać gniazdowników od zagniazdowników, chociaż sądzę, że to akurat też jest wiedza podstawowa. Wystarczyłoby, żeby każdy uczeń wiedział, że maleńka sówka napotkana w lesie to podlot, którego nie należy zabierać do domu, bo jej mama zaraz przyleci, żeby ją nakarmić.
- A co z pisklętami wyrzuconymi z gniazda? Nigdy nie wiadomo, czy pisklę samo wypadło, czy też wyrzuciła je matka. Spotkałam przyrodników, według których człowiek nie powinien zanadto ingerować.
- Nie zastanawiam się nad tym. Jeśli tylko mogę - ratuję. Nie wyobrażam sobie, że zostawiłabym na ulicy głodne, niewypierzone pisklę, tylko dlatego że jego matka być może uznała je za słabsze od innych i postanowiła nie karmić. Różnie bywa. Nie zawsze mi się udaje, zawsze jednak próbuję. Pisklaki wypadają z gniazd albo są atakowane przez drapieżniki. Zdarzyło się, że wrona zabrała z gniazda małą wiewiórkę i lecąc, upuściła ją na asfalt alejki w parku Szczytnickim. Kto wie, czy nie stało się tak dlatego, że jakaś starsza pani, która to zdarzenie akurat widziała, narobiła wielkiego rabanu. Wrona uciekła, a Wiórcio został ciężko poraniony. Przeżył jednak i ma się dobrze. Widziałaś, jaki z niego mądry wiewiór. Niedawno zrobiłam dla wiewiórek dużą wolierę. Wiórcio śpi w koszu albo w zawieszonym na gałęzi plecaczku. Udało mi się zrobić im ładny domek.
- Mariusz, twój mąż, nie burzy się, że z pięćdziesięciu metrów waszej życiowej przestrzeni kilka zajmuje woliera dla wiewiórek?
- On przyjął mnie z całym dobrodziejstwem inwentarza, co w tym wypadku nie jest pustym frazesem. Jeśli tylko może, jeździ ze mną na interwencje. Z pewnością mamy też podobny poziom empatii. Komfortowi naszego wspólnego życia (a trudno żyć czasem komfortowo z tyloma zwierzakami na głowie) sprzyja fakt, że Mariusz rozumie, iż zwierzęta bez nas sobie nie poradzą. Mój eksmąż nie był tak wyrozumiały. Kiedy po ślubie zaproponowałam, żebyśmy przygarnęli jakieś zwierzę, kota lub psa, słyszeć nawet nie chciał. A mnie chodziło o jedno stworzenie. Rozumiesz? Jedno! Chciałam, żeby nasza Justysia od początku wychowywała się ze zwierzęciem. Uważam, że to istotne, a nawet konieczne dla prawidłowego rozwoju dziecka. Święty Franciszek nazywał zwierzęta naszymi mniejszymi braćmi. Park, las, łąka, ptaki, plenery są niezbędne, żeby budzić w nas potrzebę obcowania z naturą. Tu zaś chodzi o coś więcej. Moim zdaniem dziecko, oprócz ludzkiego rodzeństwa, powinno mieć koło siebie jeszcze zwierzęta i roślinę do podlewania w doniczce, aby wzrastało w przeświadczeniu, że jest odpowiedzialne za przyrodę.
- Udało wam się dojść do porozumienia w tej kwestii?
- Nie, choć prawo do kota wreszcie wywalczyłam. Rozstaliśmy się nie z tego powodu, w każdym razie nie tylko z tego, lecz wskutek naszej obopólnej niedojrzałości. Nie wiedzieliśmy nawet, co jest dla nas ważne.
- Co jest dla ciebie ważne?
- Mieć pełną rodzinę. Przez "pełną" rozumiem także pełną zwierząt. Nie w sensie dużej liczby, lecz naszej otwartości na ich potrzeby. Nie chcę żyć sterylnie, nie tylko bez sierści na dywanie, ale w ogóle sterylnie. Estetycznie, ekonomicznie i emocjonalnie. Nie chcę, żeby w moim życiu wszystko było zaplanowane, policzone i przemyślane. Do pewnego stopnia musi być, lecz nie aż do absurdu. Wybrałam taki styl życia, że nie zawsze wiem, co będę robić i kiedy.
- Ale w twoim domu jest sterylnie.
- Sterylnie? Nie. Może odniosłaś takie wrażenie, ale to zaledwie porządek. Owszem, jest czysto. Musi być. Ciągle pucuję, bo obecność na pięćdziesięciu metrach kwadratowych trzech psów, trzech kotów, dwóch wiewiórek i tych piskląt, które przywiozłam dziś ze sobą (wszędzie z nimi jeżdżę, bo co godzinę trzeba je karmić), dyscyplinuje do utrzymywania czystości. Sprzątam na okrągło, inaczej do mieszkania nie dałoby się wejść. Kiedy przywożę kolejnego psa lub kota, mój mąż reaguje powściągliwie - pyta tylko, jak długo u nas zwierzak będzie przebywał. Czasami ze złością myślę, że jest bezduszny, kiedy jednak widzi, że wnoszę do domu klatkę z dzikim ptakiem albo jakimś egzotycznym zwierzęciem, co do którego ma pewność, że go nie zatrzymam, zaraz się dopytuje, co mu jest i jak się czuje. Tak było, gdy przywiozłam legwana. Ogromnego. Od razu się nim zainteresował. Pytał, czy czeka go jakieś dłuższe leczenie. Okazuje się, że jego dystans do zwierząt, który brałam początkowo za brak empatii, wynikał ze strachu o to, żeby nam się rodzina już bardziej nie rozrastała.
Prawo do kota wreszcie wywalczyłam.
Dwa dni temu odbierałam z zoo szpaczka - mówi dalej. - Kiedyś Gucwińscy przyjmowali wszystkie zwierzęta, które im ludzie przywozili. Niewątpliwie wiązało się to z poważnym ryzykiem, bo przecież niewykluczone, że niektóre mogły być chore. Dziś w trosce o bezpieczeństwo mieszkańców ogrodu zaniechano tego zwyczaju. Jeśli więc ktoś przywiezie pisklaka lub potrąconego przez samochód jeża, dzwonią do mnie strażnicy miejscy. Przyjeżdżam najszybciej, jak mogę, i je zabieram. A później? Później się martwię, co dalej. Proponowałam obecnemu dyrektorowi zoo, żeby stworzyć przy furcie miejsce, w którym te zwierzęta mogłyby przetrwać. Taki rodzaj okna życia. Nie zgodził się z obawy, że gdyby okazało się, iż ktoś wsadził do środka zwierzę chore na wściekliznę i ono by padło, każdy epidemiolog miałby prawo wszcząć postępowanie. Dyrektor powiedział krótko, że powinien chronić powierzone mu zwierzęta, a nie je narażać. Trudno odmówić mu racji. Trzeba też powiedzieć, że brak takiego miejsca w tak dużym mieście stwarza poważne problemy, bo ci ludzie, w większości spoza Wrocławia, stoją pod ogrodem zoologicznym na przykład z dzikim zwierzęciem potrąconym przez samochód. A jeśli zdarzy się, że nie odbiorę telefonu, bo nie zawsze mogę, to po powrocie z pracy znajduję pod domem karton. Czasem z dołączoną zdawkową informacją: "Ptaszek z Jedności Narodowej", "Kuna spod Obornik" albo "Pies znaleziony przy trasie E12". A czasem bez informacji, tylko pudełko z zawartością.
- Jaką?
- Boże... Każdą. Wszystko, co wymyślisz, już było. Jeż ze złamaną łapą, sarna z poranionym bokiem, dwie wiewiórki, które wymagają karmienia butelką, papuga...
- Egzotyczne też?
- Też. Na przykład kilka żółwi. Wiele osób pyta, dlaczego, kiedy przyjeżdżają po pomoc do zoo, nie wyjdzie do nich weterynarz, żeby powiedzieć tylko, czy zwierzę wymaga uśpienia, czy też ma szansę na leczenie i rehabilitację. Informuję wtedy o zagrożeniu chorobami zakaźnymi, bo przecież lekarz, żeby postawić diagnozę, musi najpierw zwierzę zbadać. Poza tym nie może być tak, że pracując na etacie w zoo, jest on nieustannie odwoływany do nagłych wypadków poza terenem ogrodu. To nie ogród ma brać ekonomiczną i inną odpowiedzialność za zwierzęta znalezione "w terenie". Mówię więc, że najlepiej jechać do kliniki. I wiesz, co słyszę? Że tam też nie chcą przyjmować takich zwierząt, a nawet zasłaniając się przepisami, uśpić ich, by skrócić cierpienia, gdy na leczenie nie ma już szans. Sytuacja jest patowa. To oczywiste, że tam, gdzie nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. I ja to rozumiem. Za długo zajmuję się zwierzętami, żeby się temu dziwić. Żeby okno życia mogło działać, potrzebne są przynajmniej dwa etaty przy jakimś ośrodku weterynaryjnym. Więc kto za to zapłaci? Mam nadzieję, że doczekamy czasów, kiedy okna życia będą refundowane z urzędu. Dlaczego jednak w klinikach weterynaryjnych nie chcą uśpić dzikiego zwierzęcia dogorywającego w bólu, tego nie pojmuję. I na to się nie godzę. Istnieje tu jakaś potworna luka, a ja, ilekroć dotykam tego tematu, czuję, że staję przed murem. Tylko że ja mam twardą głowę, więc ciągle wierzę, że kiedyś przebiję ten mur.