Tak chciał los - Katarzyna Świderska

Kup ebooka

48.90 zł
39.12 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Cisza.

Z oddali dobiega niemal bezgłośne cykanie zegara. W pokoju czuć zapach lawendy; suchy bukiet kwiatów leży na parapecie przepasany cienkim, białym sznurkiem. Światła są zgaszone, tylko poblask ulicznej latarni stara się wedrzeć do środka. Drzewa za oknem, smagane czule wiatrem, delikatnie kołyszą się w jego rytmie.

Można by tak stać w milczeniu, napawając się spokojem bezgwiezdnej nocy.

Ciszę rozrywa nagle alarm stojącego przy ulicy samochodu. Jezdnia rozbłyska pomarańczowymi światłami, które migają zawzięcie, starając się odstraszyć niewidzialnego wroga. Dominika podąża wzrokiem za dźwiękiem i zauważa niewielkiego, łaciatego dachowca, który ucieka od hałasu, jak złodziej, który nie chce zostać przyłapany na rabunku.

- Ale mnie nastraszyłeś. - Uśmiecha się przez szybę, a jej słowa odbijają się o grubą taflę szkła.

Kot skrywa się w mroku nocy, a wtedy dziewczyna dostrzega coś jeszcze. Jakiś ciemny kształt. Coś leży w bezruchu. Jakaś postać...

Człowiek.

Może potrzebuje pomocy...

Wbiega do przedpokoju i narzuciwszy wiszącą przy drzwiach wyjściowych bluzę, wypada na zewnątrz. W tym samym momencie chłodny wiatr wtapia w jej skórę dziesiątki cienkich igiełek. Podbiega do zaparkowanego pod ogrodzeniem auta. Obok niego leży mężczyzna, w dziwnie nienaturalnej pozycji. Dziewczyna splata ręce na piersiach i rozgląda się dookoła po opustoszałej ulicy. Z każdym krokiem czuje znajome, narastające uczucie niepokoju.

- Halo, proszę pana...

Mężczyzna nie reaguje. Dominika kuca, chwyta go za ramię i delikatnie przekręca na wznak.

W tym samym momencie z jej ust wydobywa się krzyk. Rozpaczliwe, przeszywające wycie.

Czuła, jak po czole spływa jej kropla potu. Usiadła gwałtownie na łóżku, łapczywie chwytając powietrze. Koszmar, który od trzech lat nawiedzał ją w snach, powrócił tej nocy ze zdwojoną siłą. Na ułamek sekundy oślepiło ją zapalone światło.

- Dominiko, wszystko w porządku? Słyszałem twój krzyk.

W drzwiach stanął ojciec wsparty na lasce.

- Tak, tato, możesz wrócić do siebie - powiedziała uspokajająco, starając się ukryć drżenie ciała.

- Znów ten sam sen?

Mężczyzna spróbował pogładzić ją po głowie. Odepchnęła jego rękę i szczelnie przykryła się kocem.

- Dobranoc, tato.

W pokoju ponownie zapadł mrok.

Rano po nocnym koszmarze nie pozostał ślad. Przyzwyczaiła się do tych snów i potrafiła przejść nad nimi do porządku dziennego. Przeciągnęła się leniwie na materacu i spojrzała w stronę okna. Promienie słońca wdarły się do wnętrza, zwiastując piękny dzień. Przekręciła się na bok i zerknęła na zegarek, a jej ciało zesztywniało. Zerwała się z łóżka i chwyciła leżący na stoliku telefon. Z przerażeniem patrzyła na ikonkę trzech nieodebranych połączeń. Nerwowo wybrała numer.

- Pani Iwonko, przepraszam najmocniej! Zaspałam - powiedziała.

Po drugiej stronie usłyszała niezadowolone westchnienie.

- Rozumiem, że czasem się tak zdarza. Ale to ty chciałaś wczoraj dłużej zostać w galerii. Trzeba było zostawić mi klucze pod wycieraczką. Albo chociaż zatelefonować i przełożyć godzinę otwarcia.

- Wiem, nawaliłam. Miałam kiepską noc.

- Mam swoje lata - prychnęła głośno zirytowana. - To ty przekonywałaś mnie, że potrzebujesz pomocy. Że nie dajesz sobie rady w galerii. Zgodziłam się zostać ze względu na pamięć po Janie. Ale miarka się przebrała. Jest piątek rano, powinnam w spokoju parzyć sobie herbatę w domu, a zamiast tego stoję pod zamkniętymi drzwiami, wyczekując, aż raczysz się pojawić.

Dominika zdążyła już wskoczyć w spodnie, narzucić bawełnianą koszulkę i była gotowa do wyjścia.

- Przepraszam! To się już więcej nie powtórzy - zapewniała, zbiegając po schodach. - Za chwilę...

- Za chwilę to ja będę w domu - weszła jej w słowo. - Odchodzę. Radź sobie sama.

I nie czekając na odpowiedź, przerwała rozmowę.

Dominika przystanęła, wpatrując się w telefon. Cholera jasna! Zacisnęła pięści w złości. Jutro otwarcie wystawy, dzisiaj miała zaplanowanych kilka spraw na mieście, a bez pani Iwony trudno będzie się wyrwać.

Z kuchni dobiegł ją brzdęk naczyń. Poczuła gorzki zapach kawy. Nie miała ochoty rozmawiać z ojcem, więc zgarnęła klucze z haczyka w ścianie i szybko wyszła z domu.

Gdy przechodziła przez ogród, jej uwagę rozproszył widok wysokiego bzu, którego słodki zapach przyjemnie otulał okolicę. Zatrzymała się na chwilę przy obsypanym fioletowymi kwiatkami drzewie i przymknęła oczy, zaciągając się przyjemnym aromatem.

Musiała uspokoić nerwy. Czy chociaż jeden dzień nie może się zacząć pozytywnie?

Dumała, nieświadomie skubiąc drobne kwiatki jednej z gałązek.

- Dzień dobry, Dominiko!

Donośny głos dobiegający zza ogrodzenia przywrócił ją do rzeczywistości. Spojrzała wprost na sąsiadkę, która machała do niej małą saperką do przesadzania kwiatków. Nagle zdała sobie sprawę, że maltretuje bezbronne drzewko, więc zawstydzona schowała dłonie za plecy. Posłała przy tym sąsiadce zakłopotany uśmiech.

- Dzień dobry, pani Jagodo.

Jagoda poprawiła słomiany kapelusz, który miał ją chronić przed słońcem, a teraz uparcie opadał na czoło, skutecznie pozbawiając radości z noszenia go na głowie.

- Trudny poranek? - zagaiła i znów poprawiła okrycie głowy.

Dominika przytaknęła.

- Zaspałam i pani, która mi pomaga w pracy, odeszła.

Sąsiadka podeszła do ogrodzenia.

- Może ja bym ci mogła pomóc?

Dominika popatrzyła na nią zmieszana. Z chęcią przystałaby na tę propozycję, resztki odpowiedzialności podpowiadały jednak, aby tego nie robiła. Pani Jagoda była przemiłą kobietą, ale jednocześnie niezwykle roztrzepaną. Stale zapodziewała swoje rzeczy; klucze do domu traciła tak często, że w końcu na wszelki wypadek dorobiła dodatkowe Dominice.

- Dziękuję, w pracy sobie poradzę. Ale... - zawahała się. - Mogłaby pani zajrzeć do ojca w ciągu dnia? - zapytała nieśmiało.

Spojrzała na zegarek na nadgarstku. Czas ją naglił, powinna już być w drodze do galerii.

- Mam mnóstwo pracy, wrócę późno. Nie wiem, czy sobie poradzi sam przez cały dzień.

- Oczywiście, moje dziecko, wiesz, że zawsze z miłą chęcią dotrzymam Jerzemu towarzystwa. - Kobieta uśmiechnęła się dobrotliwie, prezentując dwa, głębokie dołeczki w policzkach. - Zresztą co miałabym innego do roboty?

Kochana pani Jagoda, zawsze gotowa im pomóc. Gdyby nie ona, Dominika by sobie nie poradziła z pracą i opieką nad ojcem. Ojciec Dominiki raczej nie sprawiał problemów, ale z powodu swojej niepełnosprawności wielu rzeczy nie był w stanie zrobić sam.

Wypadek, który uszkodził mu nogę, całkowicie zmienił ich życie. Musiała zajmować się domem, gotowaniem, dbaniem o ogród. Do tego dochodziła jeszcze praca w galerii, bo ktoś musiał ich utrzymywać. Emerytura ojca już wcześniej ledwo starczała mu na przeżycie, więc dorabiał sobie drobnymi zleceniami. Po wypadku był zmuszony z tego zrezygnować. Dlatego wprowadził się do niej i od tamtego czasu całe dnie spędzał na przesiadywaniu na tarasie lub na rozmowach z Jagodą. Z Dominiką rzadko rozmawiał. A te krótkie, kurtuazyjne wymiany zdań w zupełności jej wystarczały.

Wychowywał ją samotnie, choć to nie do końca trafne określenie. Od śmierci matki, czyli od kiedy skończyła siedem lat, sama musiała o siebie zadbać, bo on... miał inne, pilniejsze sprawy.

Wcześniej ich życie nie różniło się od życia innych rodzin. Mieszkali w niewielkim dwupokojowym mieszkaniu w Krasnym, kilkanaście kilometrów od Suwałk. Znajdowało się nieopodal parku, do którego chodzili kilka razy w tygodniu. Przed świętami pomieszczenia wypełniał aromat szarlotki z cynamonem, a matka dekorowała dom, przyozdabiając stoły kraciastymi obrusami i wieszając girlandy na drzwiach. Ojciec w tym czasie zabierał Dominikę na poszukiwania choinki. Matka uwielbiała żywe, duże drzewka, nie zważając na to, że zajmowały jedną trzecią ich niewielkiego salonu, który służył też za sypialnię rodziców. Upajała się zapachem świerku, który towarzyszył im do końca stycznia. W przeddzień Wigilii we troje dekorowali choinkę własnoręcznie wykonanymi, pstrokatymi ozdobami, nucąc kolędy. A nazajutrz przyjeżdżali dziadkowie i razem spędzali święta.

Latem rodzice zabierali ją nad morze, całe dnie przesiadywali na plaży, budując zamki z piasku, a w wietrzne dni skacząc przez białe morskie bałwany. To były piękne wspomnienia, które Dominika przywoływała w gorszych momentach.

Potem matka zachorowała. Rak piersi. Nigdy nie chodziła do lekarzy, więc gdy w końcu zgłosiła się do specjalisty, było za późno na podjęcie leczenia. Odejście na tamten świat zajęło jej dosłownie chwilę, ledwie kilka tygodni od postawienia diagnozy.

Śmierć matki załamała ojca. Nie potrafił sobie wybaczyć, że nie skłonił jej do badań. Zawsze zbywała go śmiechem, żartując, że będzie żyła, dopóki sama nie postanowi odejść z tego świata. Matka zawsze była spontaniczna, gdy wpadła na jakiś pomysł, niezwłocznie starała się go realizować. Szkoda, że choć w kwestii śmierci nie poczekała, jednocześnie zabierając radość, która była paliwem napędzającym ich rodzinę.

Gdy umarła, płakali przez całą noc. A potem przez kolejną i kolejną, i kolejną...

Aż w końcu nastał dzień, gdy ojciec przestał płakać i zaczął pocieszać się małymi, szklanymi buteleczkami. Dominika początkowo nie rozumiała, czemu stał się taki spokojny, zmęczony, nieobecny. Nie chciał się już z nią bawić, nie wyjeżdżali, nie organizowali świąt, prawie nie rozmawiali. Czas stanął w miejscu. Kilka miesięcy zabrało jej zrozumienie, że to ten przezroczysty płyn ze szklanych buteleczek sprawia, że taki jest.

Dziadkowie na początku odwiedzali ich regularne, ale po jednej z awantur z ojcem przestali się pokazywać. Dominika prosiła, żeby pozwolił jej na spotkanie z nimi, jednak już nigdy ich nie zobaczyła. A potem zmarli.

Nawet nie zabrał jej na pogrzeb, bo leżał nieprzytomny na kanapie.

W szkole nie było jej łatwiej. Rówieśnicy traktowali ją jak odludka. Chyba myśleli, że nieszczęściem można się zarazić, jak grypą. Nikt nie rozmawiał z nią o piciu ojca, choć nie raz widziała, jak koledzy szepczą coś za jej plecami.

Wówczas zaczęła widywać się ze szkolną psycholog, panią Magdą. Jasny gabinet, z oknami wychodzącymi na szkolne boisko stał się jej schronieniem. Pani Magda jako jedyna nie bała się z nią rozmawiać o sytuacji w domu. Chciała pomóc. Wezwała ojca na rozmowę. Ale podczas spotkania zrobił jej karczemną awanturę, a potem przepisał Dominikę do innej szkoły. Nie chciał, żeby obcy ludzie wtrącali się w sprawy ich rodziny.

Poniekąd była to dobra zmiana. W końcu nikt nie znał jej przeszłości, mogła zacząć od nowa. Udało jej się nawet zaprzyjaźnić z kilkoma dziewczynami. Najbliższa była Sara. Siedziały w jednej ławce, razem chodziły na lody. Czasem Dominika zostawała u niej na noc.

Wkrótce jednak znów została sama - ojciec Sary dostał pracę w innym mieście i kilka tygodni później wyjechali. Nie wymieniły się nawet numerami telefonów.

Wszystkie problemy powróciły. Nie ma co ukrywać, to Sara dbała o ich kontakty z rówieśnikami. Z powodu wrodzonej nieśmiałości Dominika raczej zajmowała miejsce tej drugiej. Dlatego też po wyjeździe przyjaciółki znowu zaczęła stronić od ludzi.

Wyjazd Sary stał się bodźcem, aby rozmówić się z ojcem. Prosiła go, błagała, żeby przestał pić. Poskutkowało. Na kilka dni.

Postanowiła wówczas, że musi zrobić wszystko, by wyprowadzić się z domu, gdy tylko osiągnie pełnoletność. Mając siedemnaście lat, zatrudniła się w pobliskim domu kultury. Tam odkryła swój talent malarski. Doceniła to jej nauczycielka plastyki i poprosiła ją o pomoc przy organizacji zajęć plastycznych dla dzieci. Dominika mogła więc rozwijać swoją pasję i przy okazji trochę zarobić. Kiedy po roku plastyczka przeszła na emeryturę, Dominika zajęła jej miejsce. I wreszcie miała swoje pieniądze!

Po liceum wyprowadziła się z domu. Dostała się na studia dzienne do Olsztyna, na wymarzony wydział sztuki. Z oszczędności stać ją było na pokrycie kosztów ciasnego pokoju w akademiku.

Ojciec nie sprzeciwił się jej wyjazdowi. Mało co go wówczas interesowało. Jako emerytowany policjant wypełnił swoje życie, zalewając się w trupa. Już nic go nie powstrzymywało przed piciem, nie musiał bowiem wstawać do pracy, udając, że zapewnia godny byt swojej córce.

Dwieście kilometrów od domu w końcu mogła poczuć się wolna. Całkowicie skupiła się na swoim rozwoju. Do ojca dzwoniła od czasu do czasu. Rozmowy na ogół kończyły się po wymianie kilku kurtuazyjnych zdań.

Zaczęła odnosić swoje pierwsze sukcesy. Niewielka galeria sztuki, którą sponsorował jeden z wykładowców, zaproponowała jej wystawienie kilku prac. Szybko odkryła jednak, że wykładowca miał nadzieję zgłębić również inne jej "talenty". Gdy położył jej rękę na pośladkach, komentując przy tym dość osobliwy obraz Kobieta w czarnych pończochach, na którym widniała rozkraczona niewiasta ukazująca swą dorodną waginę, ich bliższa znajomość się urwała.

A potem poznała Szymona. Jej Szymona.

Otworzyła drzwi galerii. Poszarzałe ściany przestronnego pomieszczenia wskazywały, że przybytek ten lata świetności ma już dawno za sobą. Puste nieomal ściany tylko to potwierdzały.

Z galerią związana była od sześciu lat, kiedy to po skończeniu studiów wróciła do rodzinnego miasta. Początkowo tylko sprzedawała dzieła innych malarzy, jednak po niespełna roku zaczęła wystawiać także swoje obrazy. Właścicielem galerii był wówczas pan Jan. Znał się na sztuce, choć nigdy nie kształcił się w tym kierunku. Rozległą wiedzę powziął z książek i regularnych wizyt w światowych muzeach. Uwielbiał otaczać się obrazami, a że miał spore oszczędności, postanowił otworzyć to miejsce.

Pan Jan widział w niej wielki potencjał. Byli ze sobą bardzo blisko, Dominika znalazła w nim to, czego brakowało jej w relacjach z ojcem. Jan wspierał ją, motywował a w końcu, tuż przed śmiercią, zapisał jej galerię w testamencie. Ufał, że godnie zastąpi go w roli właścicielki. Niestety, zdawało się, że dokonał błędnego osądu. Początkowo zarządzanie biznesem szło jej całkiem nieźle, ale potem, w jednym bolesnym momencie, wszystko się zmieniło i z roku na rok ubywało kupców. Teraz ledwo było ją stać na bieżące opłaty.

Odwróciła na drzwiach tabliczkę z napisem: "Otwarte" i podeszła do kasy. W tak słoneczny dzień nie musiała zapalać wielu świateł, co ją cieszyło. Kilka żarówek już dawno temu wydało swoje ostatnie tchnienie i w pochmurne dni w środku robiło się dość mrocznie.

W piątek na ogół był niewielki ruch. Zresztą jak zawsze ostatnimi czasy. Powycierała więc ramy wiszących obrazów z niewidocznego kurzu i zaczęła bez entuzjazmu przewracać strony czasopisma. Większych porządków nie musiała robić - każdego dnia po zamknięciu zamiatała podłogę i przecierała ją mopem. Tyle wystarczyło, aby miejsce było czyste i schludne.

Gdy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi, skierowała się w stronę wejścia, gotowa przywitać pierwszego klienta.

- Niespodzianka! - Usłyszała znajomy głos.

Do środka weszła Sara, prowadząc przed sobą wózek dziecięcy.

Dziewczyny odnowiły kontakt cztery lata temu, gdy przyjaciółka wróciła do Krasnego. Zobaczyła Dominikę, przeglądając gazetę, w której umieszczone było jej zdjęcie zrobione podczas jednego z wernisaży. Teraz Sara miała dwoje dzieci. Niespełna półrocznego Michasia przyprowadziła ze sobą.

Dominika rozpromieniła się na widok przyjaciółki i przytuliła ją serdecznie. Potem nachyliła się do wózka i pogładziła malucha po łysej główce.

- Ale urósł! Widziałam go dwa tygodnie temu i jeszcze wtedy mieścił się w wózek bez problemu! A teraz? Nogi prawie wystają mu za gondolkę! - powiedziała zdumiona.

- Szybko rośnie... Chyba będzie ci trzeba w końcu wymienić pojazd, co, Michasiu? - Sara połaskotała synka po stopach, na co zareagował radosnym śmiechem.

- A gdzie Inga?

Trzyletnia córka Sary na ogół nie odstępowała matki na krok, dlatego dziwne było, że dzisiaj jej nie towarzyszyła.

- Pojechała z Robertem na basen. Uczymy ją pływać i przyznam, że świetnie sobie radzi! - Sara wypięła dumnie pierś.

- Musi mi kiedyś zaprezentować swoje zdolności - odparła Dominika.

Sara rozejrzała się po wnętrzu.

- Koniec o mnie. Jak ci idzie przygotowanie do wystawy? Przecież już jutro otwarcie.

Dominika zmarkotniała.

- Jak widać. - Wskazała na pustą przestrzeń. - Nic jeszcze nie jest gotowe. Mam ogrom spraw do załatwienia, a nie wyjdę, bo pani Iwonka zrezygnowała z pracy. Dopiero za parę godzin będę mogła chociaż kupić jedzenie na jutrzejsze otwarcie.

- Zrezygnowała? - zmartwiła się przyjaciółka.

- Długa historia...

- To co ty tu jeszcze robisz? Leć, ja zostanę! Zbliża się godzina popołudniowej drzemki Michała, więc nie będzie przeszkadzał.

Nie musiała dwa razy powtarzać.

Dominika zgarnęła portfel i wybiegła pospiesznie z galerii.

- Będę za godzinę! Maksymalnie dwie! - krzyknęła na odchodne, zamykając za sobą drzwi.

Po niecałych dwóch godzinach była z powrotem, z trudem targając dwie wypchane torby papierowe. Sara w tym czasie zdążyła przyjąć dwóch klientów.

- Powiedziałam im o jutrzejszym wernisażu. Z chęcią przyjdą - oznajmiła, bujając Michasia w wózku.

Gdyby nie torby, Dominika klasnęłaby z ekscytacją. Im większe zainteresowanie wystawą, tym większa szansa na uzupełnienie pustej kasy. Jej zarobki od kilku lat sukcesywnie malały. Klienci rzadziej zaglądali do galerii, bo jakiś czas temu wielokrotnie zastawali zamknięte drzwi. Widocznie stracili do niej zaufanie. I wcale się im nie dziwiła, wiedziała, że sama się do tego przyczyniła.

Z zamyślenia wyrwał ją głos Sary.

- Zaprosiłaś twojego tatę?

Dominika zesztywniała.

- Nie - zaprzeczyła i odwróciła się energicznie.

Jedna z toreb przewróciła się i opakowania z wędliną i serem rozsypały się na podłodze. Przykucnęła, żeby je pozbierać.

Koleżanka zostawiła wózek i podeszła do niej. Oparła się plecami o zimną ścianę i niezrażona wcześniejszą krótką odpowiedzią, drążyła dalej.

- A nie myślałaś... Nie chciałabyś, żeby zobaczył twoje obrazy? Myślę, że dla niego to też jest ważne. W końcu poświęciłaś tę kolekcję... jej.

Dominika nie chciała o tym rozmawiać. Sara znała jej przeszłość. Wiedziała, jak ojciec ją traktował, gdy matka zmarła. To jej się zwierzała. I wiedząc to wszystko, pytała, czy go zaprosiła? Nie miał prawa widzieć tych obrazów. Nie miał żadnego prawa. Podniosła się z kolan i splotła bojowo ręce na piersiach.

- Nie interesuje mnie jego zdanie - powiedziała oschle.

Przyjaciółka uśmiechnęła się blado i skierowała swój wzrok na obrazy.

- Jeżeli chodzi o moje zdanie, to uważam, że są to najpiękniejsze twoje prace! - powiedziała z entuzjazmem, zmieniając temat, i złapała przyjaciółkę pod rękę. - Jestem z ciebie dumna!

Dominika także była dumna. Zadedykowała prace pamięci matki, dlatego też jutrzejsze wydarzenie było podwójnie ważne. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik.

Jeszcze chwilę Sara pomagała jej wieszać obrazy na ścianach, po czym Dominika została sama, otoczona troskliwym spojrzeniem matki. Zdawało się, że stara się dodać otuchy córce, zerkając na nią z czarno-białych płócien.

- Kocham cię, mamo - powiedziała Dominika, patrząc na jej spokojne oblicze.

Rozdział 2

Nadszedł dzień wernisażu.

Dominika od rana krzątała się po galerii, chcąc dopilnować, aby wszystko było gotowe na czas. Przecierając z zacieków ostatni kieliszek do wina, wyjrzała przez okno. Ciemne chmury prowadziły ze sobą ścianę deszczu. To na pewno nie zachęci ludzi do przyjścia.

Wystawa dużo dla niej znaczyła, przede wszystkim liczyła na zastrzyk gotówki - ściany od dawna należałoby odmalować, a podłodze przydałoby się cyklinowanie. Także rozpadające się sztalugi warto by było wymienić na nowe. Po raz kolejny dotarło do niej, jak bardzo zaniedbała to miejsce.

- Pani Dominika?

- Tak. Dzień dobry - odpowiedziała i odwróciła się w stronę drzwi.

Do galerii weszły wynajęte na popołudnie kelnerki. Spóźnione o co najmniej czterdzieści minut, więc odetchnęła z ulgą, że w końcu się pojawiły. Ale spoglądając teraz na nie, Dominika zamarła. Dziewczyny wyglądały, jakby noc spędziły w klubie nocnym: podkrążone oczy, szara cera, której nie pomogła nawet gruba warstwa podkładu, i włosy w nieładzie, który można by nawet było uznać za artystyczny, gdyby nie to, że całokształt absolutnie nie wskazywał, jakby miały coś wspólnego ze sztuką. Co gorsza, wokół nich unosił się aromat trawionego alkoholu, co sprawiało, że powietrze robiło się ciężkie i nieświeże.

Zacisnęła usta. Sama była sobie winna. Gdyby miała większe fundusze, zatrudniłaby profesjonalną obsługę cateringową, ale w jej żałosnej sytuacji finansowej stać ją było wyłącznie na opłacenie studentek z ogłoszenia. Nie pozostało jej więc nic innego, jak wytłumaczenie kelnerkom zakresu obowiązków i pogodzenie się z ewentualnymi komplikacjami.

Na szczęście pogoda nie wystraszyła pasjonatów sztuki. Tłumnie przybywali do galerii i z zainteresowaniem oglądali wystawione na sprzedaż obrazy. Kasa sukcesywnie się wypełniała, co poprawiło Dominice nastrój. Krążyła wśród gości, zagadując ich i opowiadając o obrazach.

- Przepiękne prace - zachwycała się pewna dojrzała kobieta. Z krzykliwym makijażem i różowym boa opadającym na obfity biust wyglądała bardzo ekstrawagancko. - Jest pani nadzwyczaj utalentowana.

- Bardzo mi miło to słyszeć - odparła dziewczyna z nieśmiałym uśmiechem.

Kobieta przyglądała jej się przez chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- Matylda Trącka, piacere di conoscerti - przedstawiła się kobieta i wyciągnęła w kierunku Dominiki dłoń z długimi, szpiczastymi paznokciami.

- Dominika.

- Miałam kilka dni wolnego w pracy, więc postanowiłam odwiedzić matkę - zagaiła Matylda niespodziewanie. - Nie radzi sobie sama, ale nie chce przenieść się do mnie do Italii. - Rozłożyła teatralnie ręce. - Ale nie żałuję przyjazdu, bo ominęłoby mnie to wspaniałe wydarzenie! Powinnaś, Dominiko, mam nadzieję, że mogę mówić ci po imieniu, wyjechać do większego miasta. Z twoim talentem byłabyś rozchwytywana!

Przeniosła wzrok na jeden z obrazów. Dominika milczała, bo pewność siebie kobiety ją onieśmieliła. Przez chwilę wpatrywały się w ciepłą twarz matki Dominiki na tle pola maków. Delikatne zmarszczki w kącikach oczu kobiety wskazywały, że była już sporo po pięćdziesiątce, ale wesołe oczy emanowały młodzieńczą energię. Gdyby matka żyła, w tym roku skończyłaby pięćdziesiąt pięć lat. I właśnie tak Dominika wyobrażała sobie ją w tym wieku.

- Kupuję go. Niech w tej dziurze matka zazna trochę nie najgorszej sztuki. - Przedarły się do niej słowa klientki z boa.

"Nie najgorsza sztuka". Dominice zdawało się, że echo tych słów wypełnia całą galerię. Onieśmielona zerknęła w głąb galerii, sprawdzając, czy osobliwy komplement Matyldy dotarł do uszu innych ludzi. Zdawało się jednak, że nikt nie podsłuchiwał ich rozmowy. Odetchnęła z ulgą i zaprosiła Matyldę do kasy.

Po kilku godzinach galeria zaczęła pustoszeć, aż w końcu Dominika została sama. Po przeliczeniu utargu była w doskonałym humorze. Nie spodziewała się, że będzie aż tak dobrze. Przygasiła światła i przeszła do niewielkiego pokoju, służącego za pracownię. Postanowiła zostać chwilę dłużej i popracować. Oparła płótno na półce masywnej sztalugi i ołówkiem zaczęła kreślić na nim pierwszy szkic. Malowanie zwykle pochłaniało ją do tego stopnia, że kilka godzin pracy zamieniało się w ułamek sekundy.

Była już w trakcie robienia podmalówki, gdy usłyszała cichy pisk otwierania drzwi wejściowych. Zdziwiła się - była pewna, że żegnając ostatniego klienta, zamknęła drzwi na klucz. Wyjrzała ukradkiem z pracowni. Mimo półmroku rozpoznała niespodziewanego gościa. Stał w długim płaszczu przeciwdeszczowym, podpierając się o laskę. Siwe włosy mieniły się, odbijając światło ulicznej latarni.

- Tato?

- Zapomniałem już, że była taka piękna - powiedział, wpatrując się w jeden z obrazów. Drżała mu broda, a ciemne tęczówki wypełniły się łzami. - Tak bardzo za nią tęsknię - dodał łamiącym się głosem.

- Co tutaj robisz? - Dominika zignorowała jego słowa. Stanęła obok ojca, tak jak on wpatrując się w twarz matki.

- Sara nie mogła się do ciebie dodzwonić. Zmartwiło ją to, więc zatelefonowała do mnie.

- Zupełnie niepotrzebnie - odparła chłodno.

Westchnął.

Stali obok siebie w milczeniu, patrząc na obraz.

- Dlaczego nie wspomniałaś mi o wystawie? - zapytał po dłuższej chwili.

Zirytowało ją to pytanie. Doprawdy nie wiedział, dlaczego nie był tu mile widziany?

- Bo nie chciałam, żebyś przychodził.

- Myślałem, że... - Zamilkł, aby pozbierać myśli. - Miałem nadzieję, że czas sprawi, że mi wybaczysz. Że wybaczyłaś... - Urwał.

Dominika poczuła przypływ adrenaliny. Zacisnęła dłonie, starając się opanować wybuch emocji, ale było już za późno.

- Jak możesz myśleć, że ci wybaczę?! - krzyczała. - Zniszczyłeś mi życie! Pozbawiłeś mnie dzieciństwa, odrzucając, gdy potrzebowałam cię najbardziej! A potem odebrałeś mi najważniejszą osobę w moim życiu! Znalazłam szczęście, poukładałam sobie życie! A teraz?! - Od spływających łez zapiekły ją policzki. - Pozbawiłeś mnie wszystkiego! I śmiesz robić mi wyrzuty!

Jej gardło ścisnęło się boleśnie. Niech już stąd pójdzie! Ukryła twarz w dłoniach.

Mężczyzna wpatrywał się w nią przerażony. Pobladł.

- Proszę, córuś... - szepnął. Chciał położyć dłoń na jej ramieniu, ale odruchowo się odsunęła. Opuścił rękę. - Wiem, nie cofnę czasu. Nie sprawię, że Szymon...

Na jej twarzy pojawiły się czerwone plamy złości.

- Nie masz prawa wypowiadać tego imienia - syknęła przez zaciśnięte zęby. - A teraz wyjdź z mojej galerii!

Nie bronił się. Stał jeszcze chwilę z nadzieją, że dziewczyna cofnie swoje słowa, a potem powoli skierował się do wyjścia.

Dominika była roztrzęsiona. Skryła się w pracowni i starała się uspokoić, głęboko oddychając. Jej płuca wypełniły się powietrzem pełnym zapachu podeschniętej farby. Bezwładnie opadła na podłogę, a jej szloch odbijał się od ścian pomieszczenia. Trwała tak dłuższą chwilę. W końcu spojrzała na malowany wcześniej obraz, uniosła się z kolan i drżącą dłonią chwyciła szpachelkę. Z zacięciem zaczęła jeździć nią po płótnie, rozrywając je na strzępy.

Gdy opuściły ją siły, usiadła pod ścianą, głowę opierając o zimny mur budynku. Patrząc na strzępki niedokończonego obrazu fioletowego drzewka bzu, który po spotkaniu z ostrym narzędziem przypominał kartkę przepuszczoną przez niszczarkę, ponownie zalała się łzami.

Rozdział 3

Urodziwa blondwłosa księżniczka z niepokojem czekała na finał bitwy. Ze swojej kanapowej wieży miała widok wprost na piękny, błękitny zamek oblegany teraz przez nieprzyjaciela. Nadzieje pokładać mogła wyłącznie w swoim rycerzu w złotej zbroi, który z lamparcią zwinnością napierał na najeźdźcę.

- Drżyj, wrogu tego królestwa! Ja, wspaniały rycerz, nie pozwolę na porwanie mojej ukochanej!

Długie ostrze miecza pogroziło rywalowi. Nie wystraszyło go jednak. Ich miecze się spotkały. Księżniczka rozdziawiła usta, obserwując, jak jej obrońca sprawnie włada bronią. Zły rycerz, raniony prosto w serce, wydał z siebie ostatnie tchnienie i zasnął na wieki.

Ukochany porzucił swą broń, złapał wybrankę w ramiona i wyznał jej miłość.

- A teraz czas spać, księżniczko.

Julka spojrzała na ojca z nadzieją.

- Nie, proszę! Pobawmy się jeszcze chwilę! Pięć minut! - Chwyciła jego twarz w drobne dłonie i ścisnęła szorstkie policzki.

Maślane oczy były jej jedyną bronią na twarde serce ojca. Ale nie tym razem.

- To samo mówiłaś pięć minut temu.

Nie miał nastroju do dłuższej zabawy. Uniósł córkę z dywanu, łaskocząc czule po szyi.

Dziewczynka zaśmiała się perliście, starając się wyswobodzić.

- Tylko nie pan łaskotek!

- Drżyjcie, wszystkie księżniczki, które nie słuchacie się swoich ojców! - powiedział zmienionym głosem, sprawnym ruchem odkładając córkę na materac łóżka.

W końcu Julka pozwoliła się utulić, ulubioną, różową kołderką.

- Ale obiecujesz, że jutro znów się pobawimy?

Zsunął okulary z jej nosa i złożył je ostrożnie na stoliku nocnym.

- Obiecuję. A teraz już śpij. Dobranoc. - Ucałował czubek jej głowy.

Wychodząc z pokoju, zostawił włączoną małą lampkę w kształcie białego obłoczka. Wiedział, że Julka boi się ciemności. Nie dziwiło go to, miała dopiero siedem lat, każdy w tym wieku bał się wymyślonego potwora z szafy.

Cicho wszedł do kuchni i zapalił światło. Na stole leżała biała koperta. Wyjął z niej kartkę i po raz kolejny przeczytał niedbale nakreślone zdania. Ze złością zgniótł papier i cisnął przed siebie. Bezduszne, upiorne słowa. Wciąż nie znajdował na nie wytłumaczenia.

Oparł łokcie o niewielki stół kuchenny. Jego frustracja nasilała się z minuty na minutę. Nie mógł trzeźwo myśleć. Od rana starał się znaleźć rozwiązanie sytuacji, przed którą został postawiony.

- Tatusiu?

W drzwiach stanęła Julka, tuląc do piersi swojego ulubionego króliczka. Spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem, lecz w kolejnej sekundzie już kucał przed nią.

- Co się stało, kropeczko?

- Nie mogę usnąć. Światełko miga.

Wziął ją na ręce i zaniósł z powrotem do pokoju.

Położył się przy niej na łóżku i dłuższą chwilę gładził jej jasną głowę. Wtuliła się w niego. Po chwili zapytała cicho.

- Kiedy wróci mama?