Tak było - Eustachy Sapieha

-
Proszę czekać

GRABAU

Drugiego maja 1945 roku wydostałem się z obozu w Lubece. Nie było to trudne, bo Niemcy pilnowali nas już tylko dlatego, aby przekazać administrację obozu władzom alianckim, kiedy te się zjawią, a przez ten czas dostarczali żywność, i to trzymało jednak tych parę tysięcy ludzi w jednym miejscu. W obozie zorganizowało się już polskie dowództwo, które godziło się z tą sytuacją, gdyż wypuszczenie tłumu głodnych ludzi na miasto mogłoby bardzo źle się skończyć. Andrzej Prądzyński, który się tym specjalnie interesował, przekonał naszych wodzów, że jednym z najważniejszych zadań w tej chwili było przejęcie polskich stadnin, któreśmy widzieli podczas naszego marszu. Chodziłoby o zrobienie tego, zanim Anglicy się połapią i zagarną wszystko.

Grabau - początek nowego życia

Jako że wiedziano, iż mówię bardzo dobrze po angielsku, że jestem pyskaty i mam po temu odpowiednie kwalifikacje - zostałem wyznaczony do przejęcia kierownictwa nad stadniną do czasu utworzenia odpowiedniej organizacji. Dostałem rozkaz wyjścia z obozu i spotkania się z porucznikiem Sołtysińskim, który miał na mnie czekać z motocyklem. Sołtysiński pracował przy koniach, kiedy Niemcy zatrzymali go i wywieźli ze stadniną Racotu do Grabau, gdzie wraz z innymi wywiezionymi pracownikami zajmował się polskimi końmi przez całą wojnę, a zatem znał okolicę jak własną kieszeń. Kiedy spotkaliśmy się, była już czarna noc, co nam bardzo odpowiadało. Niemcy jeszcze się oficjalnie nie poddali i Lubeka była w dalszym ciągu w rękach bardzo już niezdyscyplinowanych resztek armii, a Anglicy byli dopiero na linii Łaby w Hamburgu. Jeżdżenie nocą motocyklem po drogach zawalonych włóczącymi się niedobitkami wojska nie było zabawą szczególnie bezpieczną. W mieście musiało się już zacząć załatwianie prywatnych porachunków, bo ze wszystkich stron słychać było pojedyncze strzały. Włożyliśmy sobie na głowy wyszabrowane niemieckie hełmy, modląc się, żeby nie wpaść w tym przebraniu w ręce Anglików. Jakoś bez przygód dojechaliśmy do Grabau, gdzie Sołtysiński zostawił mnie przed budynkiem, o którym mi mówił parę dni przedtem jeden z podoficerów i któremu powiedziałem, że może się jeszcze zobaczymy. Teraz zjawiłem się nagle w środku nocy jako nowy komendant całości. Tak jak mi wtedy ów podoficer obiecał, znaleźli mi czysty, prawie nowy battledress i wszystkie potrzebne dodatki wraz z beretem i pistoletem. Będąc już porządnie umundurowany, wybrałem się do domu rotmistrza Nagla w towarzystwie dwóch podoficerów służących mi za przewodników, którzy nie chcieli jednak być świadkami naszej rozmowy z powodu wielkiego szacunku, jaki mieli dla swego dotychczasowego dowódcy. Powiedziałem już poprzednio, że był to człowiek pierwszorzędny, który bronił Polaków przez całą wojnę. Przed samym wyjazdem powiedziano mi w Lubece, że przez Prądzyńskiego skontaktował się już z naszym dowództwem w celu przekonania naszych władz o konieczności ratowania "jego" ukochanych koni przed przejęciem ich przez przyszłe władze okupacyjne. Wchodziłem więc do jego domu jak do przyjaciela.

Przywitał mnie w drzwiach i ceremonialnie salutując, powiedział, że w ciągu ostatnich paru dni sytuacja bardzo się zmieniła i że tym razem on jest jeńcem i ma tylko nadzieję, że konie przechodzą w dobre ręce, bo w bałaganie, który niewątpliwie za chwilę się zacznie, będzie bardzo trudno je utrzymać i wyżywić. Poprosił mnie o decyzje i zawiadomił, że mieszka z nim od paru dni pułkownik Rau, kierownik wszystkich wojskowych stadnin w Niemczech. Powiedziałem mu, że nie ode mnie będzie zależała ich przyszłość, że rzeczywiście są od tej chwili jeńcami, ale teraz mogę tylko zaproponować wypicie kieliszka za zdrowie polskich koni, a szczególnie sławnych janowskich arabów, które zostały tu w całości przewiezione ze stadniny w Janowie i pod jego opieką przetrwały całą wojnę. Pomysł utrzymania stadnin polskich jako takich, a niewłączenia ich do stad niemieckich i pomieszania z końmi niemieckimi, wyszedł od Raua. Poprosiłem obu panów, żeby od tej chwili nie wychodzili poza ogrodzenie parku i czekali na decyzje z Lubeki.

Ogier Isord - podobnych było ponad dwa tysiące

Jako że ode mnie teraz zależało wszystko w tym dużym przedsiębiorstwie, którym były stadniny, postanowiłem nie kłaść się spać, choć nie bardzo mocno stałem na nogach, ale roznosiła mnie wewnętrznie radość. Od czterech lat żyłem jak zwierzę w klatce, a tu nagle, w ciągu dwunastu godzin, przekształciłem się w wolnego, uzbrojonego oficera, do tego odpowiedzialnego za kilkuset masztalerzy i wieleset koni. Podczas naszej rozmowy zameldował się mój nowy ordynans Janek Musiał, któremu kazałem nalać pełną wannę gorącej wody. Nagel, przewidując rozwój wypadków, przeniósł się już do gościnnego pokoju i kazał z góry urządzić swój dla przyszłego komendanta. Wlazłem więc po szyję do wody i przez dobrych parę minut rozkoszowałem się kąpielą nieznaną mi od tak dawna i zarazem swoją nową sytuacją. Ubrałem się w daną mi dopiero co bieliznę i mundur. Ponieważ cała załoga stadniny dowiedziała się już o moim przyjeździe, zjawił się najstarszy chorąży, którego nazwiska niestety zapomniałem. Od niego dowiedziałem się wszystkiego, co było mi potrzebne. W lesie, po drugiej stronie niewielkiego jeziora, ukryty był dość duży obóz, mający coś wspólnego z rakietami, jeszcze do niedawna używanymi do bombardowania Londynu; pracownikami byli tam jeńcy serbscy. Jako że był pod komendą i administracją SS, nikt nic konkretnego o nim nie wiedział i wszyscy unikali go jak ognia. Do Grabau nazjeżdżało się w ostatnich tygodniach dużo najrozmaitszych uciekinierów, głównie urzędników państwowych z Hamburga, a poza tym przed paroma tygodniami przywieziono dwie ogromne ciężarówki najróżniejszych alkoholi, zrabowanych przez cofające się wojsko z Francji. Zostały one rozdane za darmo miejscowej ludności. Policji ani uzbrojonych żołnierzy nie było, bo wszyscy uciekli przedwczoraj z obawy przed polską administracją. Do tej chwili rotmistrz von Nagel trzymał stadninę i wioskę w zupełnym spokoju. Kazałem natychmiast uzbroić paru ułanów z siedemnastego pułku, których Niemcy wzięli jako masztalerzy, i stworzyć z nich małą sekcję pilnującą bezpieczeństwa. Po wysłuchaniu pobieżnej opinii dwóch czy trzech innych podoficerów kazałem zaaresztować burmistrza i rzeźnika ze wsi. Teraz przyszedł czas wydania rozkazu porządkowego.

Zabrało mi to trochę czasu, ale dobrze przed siódmą rano na urzędowej tablicy zawieszonej na dużym dębie w środku wsi pojawił się rezultat moich przemyśliwań (oczywiście po niemiecku).

Befehl No I.

Wszystka broń ma być natychmiast przyniesiona i oddana do zamku.

Wszystkie zrabowane alkohole rozdane za darmo piętnastego kwietnia mają być oddane w komendanturze.

Były tam jeszcze jakieś wzmianki o przejściu władzy w polskie ręce i przejęciu przeze mnie komendantury nad stadniną i samym Grabau i tak dalej, ale nie sklecę już dzisiaj słów, których wtedy użyłem, jedynie powyższe dwa zdania utkwiły mi wyraźnie w pamięci.

Parę minut po ósmej wkroczyłem do sanktuarium władzy cywilnej Grabau, czyli do biura burmistrza, znajdującego się na zamku. Dwie dziewczyny siedziały już przy biurkach, obie podniosły głowy i wlepiły we mnie wrogie spojrzenia. Bliższa mnie, wspaniały okaz rasy aryjskiej, blondynka, niebieskooka, duża, wysportowana, na pewno członkini BDM, wycedziła tylko:

- Ja?

- Dzień dobry.

- Dzień dobry.

- Przyszedłem, aby zorganizować odbiór broni od ludności. Tu będzie punkt przyjmowania.

- Rozkazy i polecenia otrzymujemy tu tylko od pana burmistrza, który chwilowo jest nieobecny.

Ton i głos był bezczelny, przymrużone oczy wyrażały całą nienawiść, której bynajmniej nie chciała ukryć. Zaczęło mnie to złościć, podszedłem do jej biurka i oparłszy się na nim obiema rękami, wyraźnie powoli powiedziałem:

- Słuchaj dziecino (Puppchen), zrozum, że Deutschland ist kaputt, twój burmistrz wcale nie jest chwilowo nieobecny, ja go osobiście wsadziłem do ciupy, gdzie przesiedzi tak długo, jak nam się będzie podobało. Ja tu teraz jestem komendantem, ja tu teraz wydaję rozkazy, a wy macie ich słuchać, rozumiesz?

- Jawohl, Herr Kommandant.

Niesłychane jak Niemcy, kiedy ich się potraktuje z góry i wyda rozkaz, z miejsca się zmieniają. Dziewczyna stała teraz na baczność i cała bezczelność znikła z jej twarzy. W rogu pokoju stała szafa, w której wisiał łańcuch, jaki każdy niemiecki burmistrz nosi na szyi, kiedy sprawuje takie czy inne oficjalne funkcje. Wyjąłem łańcuch z szafy i powiesiłem jej na szyi.

- Teraz jesteś burmistrzem i jazda zorganizować odbiór broni. Ma być sporządzona porządna lista imienna właścicieli. Lista ma być dostępna tu dla wszystkich, których to może dotyczyć, rozumiesz?

- Jawohl, Herr Kommandant.

Nowy komendant stadnin w Grabau, 1945

Nie pamiętam, żebym dziewczynę później gdziekolwiek widział, okazało się, że była córką burmistrza, którego kazałem zamknąć. W każdym razie zbiórka broni odbyła się pod jej nadzorem szybko i sprawnie. Przez ten czas dostaliśmy wiadomość przez jakiegoś rowerzystę, że Anglicy zajęli Bad Oldesloe, nasze miasto, nazwijmy to, powiatowe i że instalują tam od północy administrację. Wiedziałem, że to jest ostatnia chwila, w której mogłem coś zdziałać. Ta administracja, tak zwany Milgov, czyli Military Government, była do pewnego stopnia panem życia i śmierci na swoim terenie i jej władzy podlegały też pod względem administracyjnym wszystkie jednostki wojskowe, którym właśnie tenże Milgov wyznaczał kwatery i tak dalej. Postanowiłem natychmiast udać się do Bad Oldesloe. Nie miałem jeszcze żadnego wehikułu zmotoryzowanego, więc kazałem się zawieźć otwartym powozem, należącym podobno kiedyś do Wilusia, zaprzężonym w dwa prześliczne araby janowskie w oryginalnych uprzężach. Dobrze sprawdziłem, czy obaj masztalerze na koźle są bez błędu umundurowani i z duszą na ramieniu wybrałem się w drogę. Od tej wizyty mogło zależeć powodzenie całej mojej misji. Janek Musiał oznajmił mi, że Niemcy zwożą taczkami ogromne ilości butelek, więc na wszelki wypadek kazałem wrzucić jedną skrzynkę do powozu, a wszystkie inne układać w mojej piwnicy.

Mój przyjazd do Bad Oldesloe powozem zaprzężonym w janowskie ogiery wywołał ogromne zdziwienie i małą sensację wśród żołnierzy wypakowujących graty przed siedzibą Milgovu, który składał się z dowódcy - pułkownika Hyde-Smitha, jego zastępcy - kapitana Lycetta, jednego "kanarka" (żandarma) - kapitana Crouchera i jego pomagiera - porucznika Statehama. Do tego dochodziło paru podoficerów, kucharz i tak dalej. Zacząłem wizytę od bardzo sztywnego zameldowania się siwowłosemu pułkownikowi, typowemu "Blimpowi", z wąsami jak szczotka. Kiedy mu wytłumaczyłem, że jako masztalerzy mam pod swoją komendą około trzystu byłych więźniów wojennych, wywiezionych na roboty do Niemiec, złapał się za głowę. Przez niedługi czas pobytu w Niemczech dowiedział się, co to jest trzystu takich ludzi, najniesforniejszy element, najtrudniejszy do ujęcia w jakiekolwiek karby. Oświadczył mi, że niestety, w danym momencie brak mu militarnego personelu do zajęcia się tą sprawą. Powiedziałem mu, że nie musi się tym bynajmniej przejmować, że jeśli mi zaufa i potwierdzi ze strony angielskiej moją komendanturę, to stadnina będzie prawdopodobnie najbardziej zdyscyplinowaną jednostką w jego rejonie. Jedyną rzeczą, której potrzebuję, jest status out of bounds dla stadniny, która w ten sposób stanie się jednostką wojskową uznaną przez władze i nikt nie będzie miał prawa mieszać się w jej sprawy ani mieć wstępu na jej teren. Moi ludzie żywią słuszną niechęć do Niemców i jeśli nagle jakaś policja, nie daj Boże niemiecka, nawet pod najlepszą angielską egidą, zjawi się teraz w Grabau, to na pewno zaczną się awantury, a pułkownik wie dobrze, czym takie awantury się kończą. Muszę dostać pozwolenie na poruszanie się w terenie, zbieranie paszy dla koni i jej przewożenie. Potrzebuję też pozwoleń na samochody i na benzynę. Zabrało mi to z dwie godziny targów, aby wydostać wszystkie te papiery, w tym najważniejsze z nich - czerwone naklejki z napisem OUT OF BOUNDS. Gdy wszystko się dobrze skończyło, napomknąłem o skrzynce alkoholu w powozie; zadowolenie z mojej wizyty zostało przypieczętowane. Biedny Milgov od trzech dni nie widział butelki, bo sławne NAAFI nie dotrzymywało tempa posuwania się armii. Odżywiano się więc żelaznymi porcjami na sucho, bo nie było czym ich popić.

Kiedy wyszedłem na ulicę, okazało się, że była zawalona czołgami i sprzętem pancernym; właśnie przechodziła tam sławna dywizja Desert Rats, czyli Szczurów Pustynnych, z kampanii egipskiej Montgomery'ego przeciw Rommlowi. Opisuję te rzeczy teraz, tak jak bym opisywał spacer po parku, a to przecie był drugi dzień prawdziwej wolności i pierwszy prawdziwej aktywności od lat. Patrzyłem na te Szczury przez mgłę łez radości i chciałem rzucić się im wszystkim na szyję. Dla nas byli oni już legendą, o której słyszeliśmy tylko przez tajne radio w obozie. Byłem półprzytomny ze szczęścia.

Wróciłem do Grabau po południu i ku mojemu przerażeniu zobaczyłem na podwórzu tankietkę angielską. Któryś z masztalerzy wskoczył do powozu i ogromnie rozgorączkowany zaczął mi opowiadać, że Anglicy każą im konie wyprowadzać, bo stajnie mają być użyte jako garaże piętnastej dywizji szkockiej, która zajmuje całe Grabau. Na tarasie zamku zastałem grupę przerażonych masztalerzy. Wyskoczyłem z powozu i wbiegłem po schodach, wyciągając z papierowej teczki naklejki OUT OF BOUNDS. Rzuciłem paczkę któremuś z masztalerzy, każąc mu pędzić do budynku dowództwa stadnin i po kolei nalepiać je na wszystkich drzwiach. Trzech ludzi natychmiast pobiegło, rozdzielając nalepki między siebie. Stojąc przed drzwiami zamku, trzymałem ze sobą jedną taką kartkę, którą zdążyłem nakleić, tłumacząc przerażonej czeredzie, że to jest rodzaj czarnej magii Anglików i że gdzie taka kartka wisi, tam żaden żołnierz nogi nie postawi. W tym momencie przez główną bramę wjazdową wjechały trzy mocno zabrudzone samochody sztabowe, które powoli zajechały przed taras. Stałem na górze schodów i bardzo układnie zasalutowałem wychodzącym z samochodu, typowym angielskim wyższym oficerom sztabowym z trzcinkami w ręku. Odsalutowali od niechcenia, oglądając się wokół z wyraźnym zadowoleniem i rozmawiając między sobą zaczęli wchodzić na schody.

- Kim pan jest i co tu wszyscy robicie?

- Jestem dowódcą polskich stadnin w Niemczech.

Mówiąc to podszedłem do schodów, odsłaniając naklejkę na drzwiach. Jak się to mówi po angielsku, It did the trick. Całe towarzystwo stanęło jak wryte.

- Co to jest, cóż to znaczy?

Widząc ich zdumienie i niedowierzanie zdobyłem się na bezczelność.

- Milgov zdecydował, że stadniny mają zostać w Grabau i mnie zatwierdzono jako komendanta. Czy mogę panów czymś poczęstować, może panowie wstąpią na filiżankę herbaty?

- Herbaty! Czy pan oszalał? Przecie tu za godzinę zwali się cała piętnasta szkocka dywizja, której wyznaczono Grabau jako miejsce zakwaterowania, to przecie nie do przyjęcia, żeby nas Milgov tak urządził, a pan nam proponuje herbatę?

- Ja mam tylko rozkaz utrzymania tej dużej organizacji w porządku i nie mogę tu o niczym decydować. Myślę, że panowie muszą podjechać jeszcze sześć kilometrów do Bad Oldesloe i tam tę sprawę załatwić.

Panowie sztabowi nie weszli na taras, zawrócili na piętach, powłazili do samochodów i odjechali. Oczywiście wcale nie byłem pewny, jak się to wszystko skończy, ale wiedziałem, że administracja wojskowa i jednostki bojowe były w stałej wojnie ze sobą, co doskonale rozumiałem, bo dowódcom oddziałów bojowych nieskoro było do słuchania decyzji żołnierzy "biurowych". Miałem jednak nadzieję, że widmo trzystu rozpuszczonych byłych jeńców wojennych oraz kilkuset koni włóczących się po jego terenie odstraszy dostatecznie Hyde-Smitha i że znajdzie gdzieś jakieś lokum dla szkockiej dywizji. Tak się też i stało; biedne Szkoty dostały piętnastowieczny, bardzo wilgotny zamek Blumendorf z ogromnym folwarkiem, gdzie się jakoś rozkwaterowali.

Pomocny papierek - świadectwo Milgovu

Ja tymczasem sam musiałem się jakoś urządzić. Na szczęście Sołtysiński wziął już w swoje ręce samą stadninę i jej administrację, tak że nie potrzebowałem nawet o tym myśleć. Teraz chodziło tylko o załatwienie kwestii stosunków z armią brytyjską. To, że mieliśmy już spokój z zakwaterowaniem, nie dawało nam pewności, że Anglicy nie wymyślą sobie jakiegoś prawa do koni jako zdobyczy wojennej. Mogli zakwestionować nawet nasze prawa do nich. Dowództwo wojskowe mogłoby decyzje Military Government odwołać na podstawie jakichś wyższych potrzeb armii. Pocieszyła mnie jedynie wiadomość, że w Lubece zorganizowano już prawnie władze polskie i utworzono dowództwo stadnin, które miało nazajutrz zjawić się w Grabau.

Nasza willa, dawna rezydencja rotmistrza von Nagla

W tej chwili uważałem, że jak na jeden dzień zrobiłem dosyć i że mogę spokojnie pójść się wyspać. Z Sołtysińskim uzgodniłem, że przygotuje odpowiednie kwatery dla całego dowództwa w budynku administracyjnym. Mieszkanie dla dowódcy, pułkownika Rozwadowskiego, było już gotowe. Wróciłem więc do domu, gdzie oczekiwali mnie moi jeńcy - von Nagel i pułkownik Rau. Nagel był uradowany, kiedy się dowiedział o rezultacie moich rozhoworów z Anglikami. Ten człowiek naprawdę kochał stadninę i swoją pracę z polskimi masztalerzami, więc świadomość, że to wszystko nie idzie na marne, uszczęśliwiła go. Przed wyjazdem do Bad Oldesloe umówiłem się z jego gospodynią, a teraz moją kucharką, żeby przygotowała porządną kolację na co najmniej kilka osób, więc teraz zamiast jeść sam, zaprosiłem obu moich jeńców do towarzystwa. Wyszło mi to na dobre, bo konwersacja z nimi bardzo dużo mi dała. Okazało się, że Grabau było centralą pięciu ośrodków polskich koni, o których teraz dopiero się dowiedziałem. Poza Grabau konie stały w Nettelau, Schönböken, Traventhal i Cleverhof, w sumie około dwóch tysięcy koni, z czego w samym Grabau stało siedemset. Bardzo dobre wino i koniak po kolacji zakończyły te rozmowy.

Dosłownie rzuciłem się na prawdziwe, bardzo wygodne łóżko z czystą białą pościelą po raz pierwszy od lat. Nawet nie mogłem się z tego długo cieszyć, bo zasnąłem w pięć minut. O ósmej rano obudził mnie chrzęst kopyt po żwirze. Leżałem jak urzeczony: Procenko czy Jaś (stajenny w Spuszy) pewno już przyprowadził konie, a za chwilę Mama i Tata zawołają mnie, bo przecie mamy jechać wszyscy razem na całe rano do któregoś z folwarków. Niestety, to miłe złudzenie znikło bardzo prędko. Wyskoczyłem z łóżka jak z procy; pierwszy raz od lat wsiądę na konia i jak nowicjusza będą mnie bolały wszystkie kości oraz pośladki - pomyślałem. Wczoraj zamówiłem sobie konia i poprosiłem któregoś z masztalerzy, żeby mi towarzyszył, bo chciałem poznać majątek Grabau, w którym stała stadnina. Ten pierwszy spacer konny musiał trwać ze dwie godziny, bo objechaliśmy dwutysięcznohektarowy majątek. Moje ranne przewidywania co do bólu kości i mięśni sprawdziły się - ledwie mogłem powłóczyć nogami.

Powóz cesarza Wilusia

Nie mogłem jednak odpocząć, bo miałem jeszcze dużo spraw do załatwienia. Po pierwsze, trzeba było zaopatrzyć się w jakiś pojazd mechaniczny. Samochody, które wczoraj zarekwirowałem, stały na podwórzu folwarcznym, więc dowlokłem się tam, żeby je obejrzeć i wybrać jakiś dla siebie. Chciałem wziąć taki, który należał do któregoś z umundurowanych urzędników uciekających z Hamburga, którzy je tu zostawili. O ile mogłem dowiedzieć się od chorążego, który mi towarzyszył w tej wyprawie, większość z nich już się ulotniła, a w każdym razie ulotnił się szef hamburskiej policji, który zostawił wspaniałego reprezentacyjnego horcha (dziś porsche). Wiedziałem, że Rozwadowski nie będzie chciał w czymś tak ostentacyjnym jeździć, więc kazałem go schować do stodoły, żeby nie kusił. Mógł się zawsze przydać przy jakichś przyszłych pertraktacjach. Dowiedziałem się także, że w stadninach jest kilku zawodowych szoferów, więc kazałem im się zameldować. Po zapoznaniu się z nimi najbardziej spodobał mi się Wacuś Kaban, z którym wybraliśmy nowiutkiego opla. Kazałem go wyczyścić i przyprowadzić do mojego ogrodu, gdzie mogłem go wziąć pod klucz. Mówi się, że strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Koło południa zjawił się pułkownik Rozwadowski z paroma oficerami, przyszłymi pracownikami stadnin. Zameldowałem się i zdałem mu sprawę z moich poczynań, ku jego wielkiemu zadowoleniu. Pozbycie się odpowiedzialności ulżyło mi mocno. Od tej chwili zostały mi przekazane tylko wszystkie kontakty z Anglikami, gdyż w dalszym ciągu byłem jedynym oficerem mówiącym dobrze po angielsku. Pułkownik dał mi do zrozumienia, że im mniej będzie zmuszony do gadania z Anglikami, tym lepiej. Wstydził się swojego dukania, a poza tym uważał, że prowadzenie Grabau plus pięciu innych, mniejszych ośrodków hodowlanych, daje mu dość pracy.

Karol Szuman - kwatermistrz i najmilszy przyjaciel

Wobec tego, że miałem reprezentować stadniny, zostawiono mi dawną rezydencję von Nagla. Zamieszkał ze mną nowy kwatermistrz, mój przyjaciel Karol Szuman, z czego byłem uradowany, bo był przemiłym, wesołym, zaradnym i pracowitym towarzyszem. Miejsca było więcej niż dosyć, bo willa była duża, miała cztery pokoje sypialne i poza tym stała w ładnym ogrodzie. W budynku sąsiednim zamieszkał Andrzej Prądzyński z funkcją administratora dóbr Grabau, które dostarczały większości płodów rolnych potrzebnych dla ludzi i koni. Mieliśmy oborę pełną bydła, barany, hodowlę świń, królików, wiele hektarów ogrodów warzywnych w pełnej wiosennej produkcji, wszystkie pola były obsiane. W roku 1945 byliśmy chyba najlepiej zagospodarowanym majątkiem w Niemczech. Nagel umiał gospodarować i odziedziczyliśmy po nim złote jabłko. Pożegnaliśmy się z nim tego rana i odesłaliśmy do Lubeki, gdzie w dwadzieścia cztery godziny został zwolniony i odesłany do swego majątku w Nadrenii, żegnany ze szczerym żalem przez swoich byłych podwładnych, jeńców wojennych, którzy jak jeden mąż podpisali prośbę do władz okupacyjnych o jego zwolnienie. Rau dostał się w bardzo krótkim czasie do Ameryki, ściągnęli go tam Amerykanie jako jednego ze światowych speców od hodowli koni.

Andrzej Prądzyński - zarządca majątku

Anglia w 1945 roku przechodziła bardzo ciężki okres. Wyniszczona przez pięć lat wojny, ledwo mogła się sama wyżywić, a co dopiero utrzymywać całą armię okupacyjną. Parlament uchwalił, że Niemcy głodują, więc nie można im zabierać wyżywienia. Nie wolno więc było wyjść do ogródka i zabrać ogórka czy rzodkiewki, oczywiście zabroniona też była wszelka fraternizacja z tubylcami. W naszym Milgovie w kantynie oficerskiej podawano na śniadanie jajecznicę z jajek w proszku na jakimś suszonym boczku, na obiad i kolację zupy w proszku, suszone jarzyny i mięso z puszek. Wojsko było wyśmienicie wyposażone jedynie w napoje alkoholowe, dowożone przez NAAFI. Nie dziw, że patrzono na stadniny bardzo zazdrosnym okiem. Byli jeńcy otrzymywali od armii pełny wojskowy wikt oraz pełne racje z NAAFI. Większą część koniaków przeze mnie skonfiskowanych pierwszego dnia odesłaliśmy już do dowództwa Polskiego Ośrodka Wojskowego "Lubeka" w Rümpel, ale i tak jeszcze zostało nam ogromnie dużo. Masztalerze nie bardzo chwalili sobie whisky i gin, zamieniali się więc z nami na koniak, co dużo lepiej podtrzymywało ducha w narodzie, a my z Karolem gromadziliśmy ogromne zapasy trunków nadających się dla Anglików. Gdzieś w tych pierwszych dniach Karol dowiedział się, że jego żona znajduje się w Hamburgu. Po niedługim poszukiwaniu odnalazł ją i przywiózł do Grabau. Zaczęły się dla nas, a w każdym razie dla mnie, najszczęśliwsze chyba dni mojego życia. Nigdy przedtem ani potem nie pracowałem tak dużo, ale była to praca ogromnie zajmująca. Robiłem setki kilometrów po rozbitych przez wojnę autobahnach bez mostów, po drogach bardziej podobnych do wertepów niż do niemieckich przedwojennych, świetnie utrzymanych szos. Poznawałem codziennie w interesach stadnin nowych ludzi, oczywiście głównie Anglików. Wieczorem półżywy wracałem uradowany na łono rodziny, którą tworzyli dla mnie Karolkowie. Piło się nieprawdopodobne ilości alkoholu, czym nie powinienem się chwalić, ale śmialiśmy się codziennie przez cały wieczór przy kieliszku i dobrym jedzeniu, o co dbała bardzo Hala Szumanowa.

Już po paru dniach zaprzyjaźniliśmy się z Milgovem, szczególnie z zastępcą dowódcy, kapitanem Michaelem Lycettem. Notabene, przyjaźń ta trwa do dziś i jeszcze niedawno (1997) odwiedziłem go w jego ślicznej posiadłości na wsi w Anglii. Co najmniej trzy razy na tydzień musiałem zapraszać najróżniejszych, mniej lub bardziej ważnych oficerów, od których zależało wydanie rozmaitych rozkazów administracyjnych. Między innymi zaprzyjaźniłem się z dowódcą piętnastej szkockiej dywizji, który był najwyższym wzrostem generałem w armii angielskiej i który bardzo prędko zapomniał o tym, że to przeze mnie zamiast stacjonować w pięknym Grabau, musi siedzieć w piętnastowiecznym wilgotnym zamku. Dla wszystkich tych panów wizyta w Grabau była niesamowitą gratką. Ciągle trwał zakaz fraternizowania się i wykorzystywania biednych Niemców, więc Anglicy nudzili się jak mopsy w swoich messach, z których mogli najwyżej pojechać na wieczór do ruin Hamburga, bo tam udało się trochę podreperować hotel Oceanic, gdzie przygrywała orkiestra i można było się z kolegami upić. W Grabau natomiast przyjeżdżali do bardzo cywilizowanego, pięknie umeblowanego domu, w dobrze utrzymanym ogrodzie, gdzie była prawdziwa pani domu zamiast ordynansa i gdzie, przy porządnie zastawionym stole, jadło się bardzo dobrze, piło jeszcze lepiej i to w prawdziwie domowej atmosferze.

Tu jednak tkwiła mała trudność. Wszystkim tym pułkownikom, majorom czy kapitanom było bardzo trudno wydusić z siebie, że mają jakiś interes do polskiego podporucznika albo że wybierają się do niego na wieczór. Można było mówić, że się jedzie do stadnin, ale wiadomo było, że pułkownik Rozwadowski nie bawi się w "otwarty dom", więc jednak jechało się do polskiego podporucznika kawalerii, którego trzeba było prosić czasami o małe grzeczności, jak o pożyczenie samochodu czy o bańkę benzyny, bo w wojsku była ona bardzo skąpo wydawana. Po pewnym czasie znaleziono na ten problem sposób: zostałem nieoficjalnie nazwany the prince of Grabau. Nawet dowódcy ósmego korpusu, czy później trzydziestej drugiej brygady gwardii, nietrudno było żartobliwie powiedzieć, że jedzie odwiedzić księcia Grabau.

Pogoda nie mogła być piękniejsza. Codziennie rano jeździłem konno. Udało mi się przywłaszczyć sobie Alraune, najlepszą konkursową klacz stadnin (po powrocie do kraju była znana wśród wszystkich koniarzy w Polsce). Bardzo prędko wróciłem do pełnej formy jeździeckiej i włóczyłem się po całej okolicy, wyjeżdżając bardzo wcześnie, żeby móc już o dziewiątej wyruszać na moje codzienne rozjazdy służbowe. Podczas takich spacerów spotkałem kiedyś tę młodą panią, której z Turkiem sprzedaliśmy ongiś pierzynę Krzysztofa. Myślę, że szwagier by się cieszył, gdyby się dowiedział, ile mi ta jego pierzyna ogrzała mile spędzonych godzin.

Moja Alraune

Pewnego dnia, musiało to być w czerwcu czy lipcu, byłem pod wieczór w ogrodzie, dokąd wybrałem się z koszykiem i sekatorem, żeby nazbierać trochę owoców na kolację, gdy w pewnej chwili zjawił się chorąży z dość zażenowaną miną.

- Panie poruczniku, mam pewną sprawę, o której chciałbym porozmawiać.

- O co chodzi, panie chorąży?

- To nie moja sprawa i nie chciałbym się w to mieszać, ale uważam, że pan porucznik powinien o tym wiedzieć. Dziś po południu zjawiła się w stadninach "kobieta-bohater". Młode to, pyskate, w mundurze i nawet ze wstążką Krzyża Walecznych. Śmieje się, gada za trzech i już panowie oficerowie zabrali ją do kasyna. Tak nie powinno być, gdzież ona przenocuje? Tak sobie myślę, że pan porucznik powinien ją zaprosić. U pana porucznika są państwo Szumanowie, to już nie to co kasyno oficerskie, gdzie są sami młodzi oficerowie.

- Panie chorąży, mówi pan, że miłe to i pyskate, ale czy państwo Szumanowie przygarną? Pan już zna nasz dom, pije się tam i bawi, ale nie chciałbym, żeby myślano, że zbieramy nieznane panienki do towarzystwa.

- Tak mi się wydaje, że nadaje się do was. Z oczu dobrze jej patrzy, a że młode i wesołe, to i lepiej. Nie myślę, że się włóczy.

- No, to proszę w moim imieniu zaprosić, niech przyjdzie na kolację i potem ją przenocujemy.

Po powrocie z koszem owoców nazbieranych w ogrodzie oświadczyłem Karolkom, że zaprosiłem panienkę, i poprosiłem Halę, żeby przygotowała jej pokój. Po jakiejś godzinie zajechał samochód, bodajże Sołtysińskiego, z którego wysypało się z czterech oficerów z "kobietą-bohater", wszyscy w świetnych humorach.

- Stach! Niech cię cholera weźmie, zabieracie nam z Karolami przemiłe towarzystwo, i nie myśl, że ci to ujdzie na sucho. Ta pani ma do ciebie pewne pretensje i pewno słuszne. Daj się napić, bo my musimy wracać do siebie - kupa ludzi do nas przyjechała z Lubeki.

Po ich wyjeździe zostaliśmy się więc w towarzystwie naszego gościa - "kobiety-bohater", jak ją przezwał pan chorąży. Rzeczywiście było to młode, śmiejące się i miłe, gadało za trzech i śmialiśmy się do późna w nocy. Nazywała się Didi (Antonina Maria) Siemieńska, była żołnierzem AK i brała udział w Powstaniu Warszawskim. Poszukiwana przez NKWD, uciekła z Polski przez Odessę i mieszkała u przyjaciół w Paryżu. Przyjechała tu za radą paru oficerów z dywizji Maczka, którzy powiedzieli jej, że w Grabau siedzi niejaki Sapieha i mieszka w meblach rodziny Siemieńskich. Rzeczywiście, założycielem stadniny w Racocie i ostatnim jej przedwojennym dyrektorem był Władysław Siemieński, wuj Didi, który podczas ewakuacji stadniny zginął od bomby szóstego września 1939 roku. Gdy Niemcy wywozili stadninę, wywieźli też całe wyposażenie, między innymi meble dyrektora Siemieńskiego, tak że prawdą okazała się wiadomość o meblach jej wuja.

Przyjaciółmi Didi w Paryżu byli Szymon Konarski z żoną, którzy ją jakby zaadoptowali i strzegli jak oka w głowie. Pozwolili jej wyjechać do "dzikiej Europy" pod warunkiem powrotu w jakimś tam, ustalonym terminie. Od Brukseli na wschód pociągi nie chodziły według ustalonego rozkładu jazdy i szły już tylko transporty wojskowe. Trzeba było albo jechać autostopem, albo pchać się do tych wojskowych pociągów. W Grabau nocował właśnie ktoś z Lubeki, kto nazajutrz jechał samochodem do Brukseli, więc Didi zdecydowała się przyjąć jego zaproszenie, bo zostały jej tylko dwa dni do ustalonej daty powrotu. Wyjechała i tyleśmy ją widzieli.

Tymczasem życie w Grabau toczyło się dalej. Jeździłem po całym kraju, załatwiając z władzami najróżniejsze sprawy i nierzadko wyjaśniając drobne grzechy pracowników. Wysiadywałem po urzędach, aby dostać pozwolenia na benzynę na wyjazdy, załatwiać wszystko to, co biurokracja, zwłaszcza wojskowa, może wymyślić, żeby utrudnić życie, niby to w imię dobra ludności. Zawsze starałem się jeździć konno wcześnie rano, a mając w parku pierwszorzędny maneż i tereny do ćwiczeń, trenowaliśmy z Alraune skoki. Życie armii okupacyjnej też już powoli wracało do normy. Zakaz fraternizacji rozpływał się, zaczęto urządzać najrozmaitsze zawody sportowe i konkursy. Anglicy zawsze byli bardzo zainteresowani końmi, zwłaszcza oficerowie, których bardzo wielu pochodziło z przedwojennych pułków kawalerii. Ci doszli do porozumienia z naszym dowództwem. Zaczęliśmy wypożyczać konie wierzchowe poszczególnym oficerom, z tym że mieliśmy prawo sprawdzać zakwaterowanie masztalerza oraz stajnie dla konia, którego musiał utrzymywać dany oficer. Stadnina miała w ten sposób o jednego konia mniej do wyżywienia, uradowany masztalerz wychodził spod rygoru koszarowego, a Anglik był zadowolony. Jednym słowem, wszyscy na tym wygrywali. Oczywiście głównie na mnie spadał obowiązek sprawdzania poszczególnych kwater, co było jednak bardzo przyjemnym zajęciem.

Pewnego dnia wieczorem Michael Lycett przyjechał trochę podniecony i oświadczył, że muszę natychmiast z nim jechać, bo wynikła jakaś grubsza chryja u któregoś z tych oficerów, gdzie masztalerz kogoś postrzelił. Była to sprawa czysto policyjna, gdyż masztalerz był poza terenem out of bounds. Anglicy w tego rodzaju sprawach używali już do pomocy policji niemieckiej, więc trzeba było na gwałt coś zrobić, bo Lycett wiedział dobrze, że Polak bez walki nie da się zaaresztować Niemcowi, a jeśli jednak jakoś go złapią, to grozi mu sąd polowy. Posiadanie broni, a co dopiero strzelanie do ludzi, groziło bardzo ciężką karą, nie wykluczając rozstrzelania. Lycett wiedział też, że ostrzegając mnie, sam się naraża na bardzo przykre konsekwencje za przekraczanie przepisów wojskowych, myślał jednak, że w Milgovie dotąd jeszcze nikt o tej sprawie nie słyszał. Zawołałem Wacusia i już gdzieś koło jedenastej w nocy w dwa samochody wybraliśmy się na miejsce zajścia. Jakieś dwieście metrów przed wsią zgasiliśmy światła i wyłączyliśmy silniki. Wygramoliłem się z samochodu i z duszą na ramieniu poszliśmy z Lycettem do wsi, gdzie paru stojących na drodze Niemców szybko opowiedziało mi o przebiegu awantury pomiędzy chłopakami. Oczywiście chodziło o dziewczynę. Wszyscy sobie mocno popili i w pewnej chwili Polak wyciągnął pistolet i zaczął strzelać, ale bez krwawych skutków. Teraz, po rozpędzeniu wszystkich, zamknął się w pokoju i nikogo nie chce widzieć, grożąc pistoletem.

Na szczęście znałem masztalerza, podeszliśmy więc do drzwi i jak najbardziej autorytatywnym głosem kazałem mu otworzyć. W odpowiedzi doszedł mnie jedynie jakiś pomruk, kopnąłem więc drzwi i weszliśmy do pokoju. Leżał na łóżku i patrzył na mnie na wpół przytomnymi, zapitymi oczyma. Nie pozwoliłem mu oprzytomnieć, tylko bardzo ostrym głosem kazałem mu oddać broń. Trwało dobrą chwilę, zanim wyciągnął spod poduszki ogromny nagan, który natychmiast chwyciłem.

- Wstawaj, idioto, coś ty narobił? Czyś zupełnie zwariował? Zbieraj manatki i won mi do samochodu! Wszystkich nas, kretynie, do mamra wpakujesz, a sam możesz na stryczek zarobić.

- Panie poruczniku, ale...

- Nie gadaj, durniu. Spiesz się, bo angielska policja przyjedzie tu po ciebie za chwilę.

Mimo że starał się spieszyć, potykając się i chwiejąc, trwało to jednak trochę, zanim się wygramolił. Mnie teraz chodziło nie tyle o nas, ile o Lycetta, który byłby pierwszy nagabnięty przez "kanarki" w tej sprawie, a chodziło o to, żeby o nim nie wiedziano. Na szczęście udało się nam, wrócił spokojnie do Bad Oldesloe, a ja z pijakiem do Grabau, gdzie go oddałem w ręce oficera służbowego do dalszej "obróbki". W parę dni później odwiedziłem w Oldesloe kapitana - "kanarka", któremu oddałem nagan, tłumacząc, że znalazłem go przy sprzątaniu strychu. Przyjął bez słowa. Nie opowiadałem tego nawet Karolom; ot, pojechałem po masztalerza, bo się upił. Anglicy byli już bardzo wyczuleni na broń w nieupoważnionych rękach i im mniej się o tym mówiło, tym lepiej. Następnego wieczora Michael przyjechał do nas na whisky i sprawa została zamknięta.

Armia okupacyjna zorganizowała swoją strefę na tyle, żeby móc przekazać znaczną część biurokracji Niemcom i w końcu wojsko, po pięciu latach wojny, mogło zacząć powracać do domu. Gdzieś pod jesień dowództwo ósmego korpusu miało się ewakuować z Kilonii, przekazując administrację Schleswig-Holsteinu trzydziestej drugiej brygadzie gwardii. Ponieważ stadniny miały bardzo dobre stosunki ze sztabem, postanowiono więc wydać wielkie pożegnalne przyjęcie z różnymi atrakcjami. Zaproszono około pięćdziesięciu oficerów ze sztabu, z dowodzącym generałem na czele. Zaczęto ogromne przygotowania, ćwicząc konie i ludzi do konkursu hippicznego. Rotmistrz von Nagel miał ambicję stworzenia własnej wyższej szkoły jazdy na wzór Wiednia, więc mogliśmy pokazać pierwszorzędnego kadryla. Specjalną atrakcją miały być pokazy jazdy najróżniejszymi pojazdami, m.in. czwórkami janowskich arabów w tradycyjnych uprzężach.

Na parę dni przedtem zjawiła się przed domem Didi. Przy całym tym rozgardiaszu panującym dookoła, myśląc o gościach, którzy mieli nazajutrz u nas zamieszkać, nie bardzo grzecznie ją przywitałem. Wiedziałem, że większość gadania spadnie na mnie i naprawdę uważałem, że nie jest nam potrzebna jeszcze jedna osoba, którą trzeba będzie się zajmować i zabawiać.

Pozycja wyjściowa do kadryla

- Tak prawdę powiedziawszy, po jaką cholerę tu przyjechałaś? Tego nam tylko brakowało w tym bałaganie. Pokoje nie tylko u nas, ale w całym Grabau zapchane, gdzie chcesz się podziać?

- Dziękuję za miłe przywitanie, ale nie bój się, Hala mnie gdzieś ulokuje i na pewno nie będziesz się musiał wysilać z mojego powodu.

Teraz dopiero zauważyłem, że jedną nogę miała zabandażowaną szmatą, na plecach niosła starą wypchaną torbę, była rozczochrana i okropnie umorusana jakąś oliwą. Nagle bardzo mi się spodobała z tymi zagniewanymi oczyma i aroganckim spojrzeniem.

- Gdzieżeś ty się tak urządziła?

- A co cię to obchodzi. Dowiedziałam się przez Meppen, że urządzacie jakiś większy jubel, więc przyjechałam zobaczyć, co się dzieje. Nikt samochodem z Brukseli nie jechał, więc wpakowałam się na wojskowy transport kolejowy i w Hamburgu, wyskakując z wagonu, upadłam na jakiś wózek. Przywiozła mnie tu ciężarówka wojskowa - w każdym razie szofer był grzeczniejszy od ciebie.

Na to weszła uradowana Hala i zabrała czupiradło do swojego pokoju, mówiąc, że musi ją uprać. Pod wieczór na podwórzu zawieszono ogromną świnię, którą masztalerze potrafili zarżnąć, ale jakoś nikt nie umiał jej poćwiartować. Stałem z grupą ludzi, zastanawiając się, co mamy z tym zrobić, gdy nagle pojawili się Karolowie z Didi, pytając, o co chodzi. Didi obeszła dookoła świnię i poprosiła o nóż. Zanim zdążyliśmy się wszyscy zorientować, zaczęła najspokojniej w świecie świniaka krajać. Przyglądaliśmy się temu w nabożnej ciszy.

- Co się tak gapicie? Nigdy nie widzieliście, jak się świnię ćwiartuje? Mama wymagała, abyśmy wszystkie te rzeczy, które mogłyśmy kazać robić innym, umiały zrobić same. Oczywiście, wołu byłoby mi trudno obrobić, takiej dużej świni też nigdy nie cięłam, ale widziałam, jak się to robi.

Najwidoczniej była uradowana wywołanym zdumieniem i podziwem zgromadzonych. Postałem chwilę, patrząc na to niecodzienne widowisko, i powoli poszedłem do salonu, gdzie Karolowie już nalali sobie drinka. Przysiadłem się do nich ze szklanką w ręce, zamyślony, kiedy Karol nagle wyjechał z pomysłem:

- Słuchaj, właśnie mówiliśmy o tym z Halą, taka okazja drugi raz ci się nie trafi: bierz ją, ona jest naprawdę świetna. Widziałeś, jak tę świnię obrabiała?

- Dlatego że świnię potrafi obrobić, ja mam się z nią wiązać na całe życie. Czyście zwariowali? Co my o niej wiemy? Tyle że tu przyjechała, by wyciągnąć od nas meble jakiegoś wuja. Przecie znam ją niecałe dwa dni, dajcie mi spokój z waszymi pomysłami.

Didi właśnie weszła do salonu, wycierając świeżo umyte ręce ręcznikiem, i oczywiście temat się skończył, a mnie się wydawało, że pokój się rozjaśnił. Wieczór przeszedł nam na śmiechu i opowiadaniach Didi. Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, była już zmobilizowana jako szeregowiec z cenzusem. W pierwszej kompanii "Orląt", w zgrupowaniu "Tunguz", pod pseudonimem "Barbara", uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim od pierwszego do ostatniego dnia z jednym zadraśnięciem nogi odłamkiem szrapnela i złamanymi dwoma przednimi zębami, tak dobrze jednak naprawionymi, że nic nie było widać. Pod koniec powstania została odznaczona Krzyżem Walecznych i awansowana na starszego szeregowca z cenzusem. Jako że miała przy sobie wszystkie dokumenty, musieliśmy dać tej opowieści wiarę. Gdy powstanie upadło, nie usłuchała niemieckiego rozkazu opuszczenia Warszawy, więc nie poszła do niewoli. Dalej czynna w AK, w siódmej dywizji częstochowskiej, dołączyła do leśnego zwiadu konnego i służby radiowej. Tak doczekała wejścia Armii Czerwonej i końca działań Armii Krajowej. Niedługo potem została zawiadomiona, że ma natychmiast zniknąć, bo jest poszukiwana przez NKWD. Pod zmienionym nazwiskiem przeniosła się na wieś pod Kielce, do jakiejś chałupy, gdzie mieszkała wypędzona ze swojego majątku i domu jej ciotka Teresa Lipczyńska.

W końcu została tłumaczką oraz opiekunką konwoju byłych francuskich jeńców wojennych, których po uwolnieniu Rosjanie przywieźli do Lublina, skąd mieli być odesłani do Odessy i stamtąd odpłynąć do Marsylii. Rosjanie nie bardzo się przejmowali aliantami, więc okazało się, że obecność kogoś zaradnego, mówiącego doskonałą francuszczyzną, kto potrafił znaleźć Francuzom trochę kartofli czy innych cennych dodatków do ich głodowych racji, była zbawieniem. Gdy po dwóch tygodniach ogłoszono, że w końcu konwój ma wyjechać, najstarszy oficer francuski, major Gibault, zaproponował Didi fałszywe papiery francuskie, żeby mogła wyjechać z nimi do Francji, na co bez namysłu się zgodziła. Podróż wagonami bydlęcymi trwała dobrych parę dni, podczas których musiała się uczyć jak najwięcej o Lille, gdzie według swoich nowych dokumentów miała być urodzona. Gdy dojechali w końcu do Odessy, czekał już na nich angielski okręt wojenny.

Dwa dni zajęło sprawdzanie przez NKWD każdego człowieka i oczywiście najwięcej trudności było z nią. Rosjanie nie byli tacy głupi, czuli, że coś jest nie w porządku i przywoływali ją cztery razy, by na nowo zadawać te same pytania. Najgorsza była dobrze mówiąca po polsku młoda Żydówka, która trzy razy wałkowała ją bezlitośnie. Na szczęście Didi nauczyła się dobrze swojej lekcji o Lille, bo sprowadzono nawet kogoś specjalnego, który ją długo indagował na temat jej życia we Francji. Na jego pytanie, czyj pomnik stoi przed dworcem w Lille, powiedziała, że nie pamięta tego pomnika i miała szczęście, bo żadnego pomnika tam nie było. Kapitan angielski szalał ze złości, bo okręt miał już czterdzieści osiem godzin spóźnienia, a jeszcze połowy Francuzów Rosjanie nie przepuścili. W końcu konwój załadowano, Didi puścili jako ostatnią i kiedy już postawiła nogę na pokładzie, któryś z Rosjan skoczył, żeby ją chwycić, krzycząc, że musi się jeszcze o coś zapytać. Anglicy go zatrzymali i kapitan spokojnym głosem oznajmił, że okręt jest terenem angielskim i nikomu nie wolno się tu rządzić i ta pani jest już pod opieką marynarki JKM. Dwóch rosyjskich oficerów i paru cywilów NKWD z poprzednio indagującego ich towarzystwa też się zabrało z nimi, jadąc przez Marsylię do ambasady ZSRR w Szwajcarii, wśród tych załadowała się również owa Żydówka.

Pierwszej nocy na okręcie Żydówka zapukała do kabiny Didi, usiadłszy na łóżku z uśmiechem opowiedziała:

- Słuchaj, Antonino Mario Stiepanowno Siemieńska, nie tylko wiem, kim jesteś, ale znam bardzo dobrze twoją przeszłość z AK i wiem, kto podrobił dla ciebie papiery. Mimo to postanowiłam cię uratować przed na pewno długim pobytem w obozie pracy gdzieś za Uralem, z którego mało kto powraca z życiem. Nie myśl, że robiłam to z sympatii, to była tylko spłata długu. W 1943 roku zrzucono mnie w Polsce z ważną misją za linią niemiecką. Niestety, skok mi się nie udał i połamałam trochę kości. Znalazła mnie młoda dziewczyna, mniej więcej w twoim wieku. Niemcy wiedzieli o nocnym desancie i przeszukali dobrze wieś, paru ludzi na miejscu rozstrzelali za pomoc dla desantowców. Dziewczyna z narażeniem swojego życia i swej rodziny ukryła mnie, pielęgnowała, karmiła i leczyła. Przysięgłam, opuszczając jej dom, że odwdzięczę się, ratując, jeśli zajdzie taka potrzeba, polską dziewczynę. Przesłuchując cię tak długo wczoraj, chciałam zyskać na czasie, żeby inni cię nie przepytywali. Nie myśl, że udałoby ci się przedostać przez naszą sieć. Nie dziękuj, bo to tylko twoje szczęście, udało ci się być pierwszą, którą mogłam uratować. Żegnam cię i daję dobrą radę - nie wracaj do Polski w najbliższej przyszłości.

W Paryżu Didi spotkała swojego brata, który pracował w ambasadzie polskiej i ułatwił jej wyrobienie papierów oraz zapoznał ją z Konarskimi.

Tego wieczora poszliśmy spać bardzo późno. Następnego dnia sprawdzaliśmy z Andrzejem Prądzyńskim trasy jutrzejszej jazdy czwórkami arabów. Oczywiście Didi musiała być nie tylko obecna, ale jechać w jednym z pojazdów. Jechałem z nią ogromnym brekiem i po półgodzinie wariackiej jazdy spytałem się, czy nie zechciałaby być matką moich dzieci, i zostałem przyjęty, pod warunkiem jednak, że ma jeszcze prawo do namysłu, bo w tej chwili jazda jest tak fantastyczna, że nie może dobrze myśleć. Po powrocie do stajen, kiedy rozmawiałem z Andrzejem, znikła i nie widziałem jej aż do kolacji. Wieczorem siedzieliśmy z Karolami w salonie ze szklankami w rękach. Didi nagle wstała, uścisnęła Halę i Karola i podeszła do mnie; otworzyłem ramiona, w które się wtuliła i oznajmiła, że teraz będziemy już wszyscy razem na dobre tu mieszkać. Karolki szalały z radości i oczywiście skończyło się tym, żeśmy się dość mocno napili na szczęście mieliśmy jeszcze parę butelek Muma.

Goście z dowództwa ósmego korpusu byli zaproszeni na śniadanie w południe. Całe przyjęcie odbywało się przy stadionie, gdzie ustawiono stoły uginające się pod ciężarem półmisków, talerzy i oczywiście butelek. Razem z Naglem przybyła też cała orkiestra pułkowa siedemnastego pułku ułanów z trębaczami, którzy teraz grali, podczas gdy masztalerze wyjechali na stadion i ku zdumieniu patrzących odstawili całego klasycznego kadryla. Konie zawsze kochają pokazywać się przy dźwiękach muzyki, więc cały kadryl odbył się bez najmniejszej pomyłki, a oklaskom nie było końca.

Kadryl

Po południu wybraliśmy się na przygotowaną pracowicie przejażdżkę czwórkami. Jechałem z dowódcą korpusu i jego adiutantem, którego posadziliśmy na koźle przy starym janowskim woźnicy, a za nami na specjalnym siedzonku siedział ze skrzyżowanymi rękami jeden z masztalerzy, tak że protokół elegancji nie mógł być lepiej zachowany. Kiedy wjechaliśmy na linie pomiędzy pastwiskami i zaczęliśmy w pełnym biegu brać dziewięćdziesięciostopniowe zakręty, generał dosłownie kwiczał z radości, a może też trochę ze strachu, bo narożne słupy ogrodzeń mijaliśmy o parę centymetrów. Po powrocie nie było końca podziękowaniom składanym pułkownikowi Rozwadowskiemu i przyjęcie przy kieliszkach trwało do późna. W pewnej chwili ktoś zaproponował przejście się po stajniach, a były one naprawdę warte wizyty. Stuletnie, ogromne budynki, wspaniale utrzymywane, czyste prawie do przesady, nadawały się doskonale na takie wizyty-pokazy. Z generałem i dużą grupą oficerów poszliśmy więc oglądać to, co mieliśmy najlepszego. Z Sołtysińskim koło mnie, bo najlepiej znał wszystkie konie, musiałem odpowiadać na pytania, opowiadać historie i przedstawiać genealogie poszczególnych zwierząt.

Doszliśmy do końca ogromnej stajni, gdzie stały dwa ogiery, arabyberbery używane w stadninie jako tak zwane próbniki. Były to konie prawdopodobnie wzięte przez Niemców od spahisów marokańskich podczas kampanii francuskiej. Jeden z nich - siwy - stał właśnie bokiem do nas i zauważyłem, że ma na łopatce dużą bliznę w kształcie gwiazdy. Wszyscy byliśmy nieźle pod muchą i bez zająknięcia palnąłem, że był to koń marszałka polnego Rommla w bitwie pod El Alamein, gdzie dostał kawałkiem szrapnela. Wiadomość ta wzbudziła ogromne zaciekawienie wśród gości, dyskutowano o tym do końca wizyty. Przyjęcie udało się znakomicie, wszyscy goście ogromnie dziękowali, Rozwadowski promieniał. W końcu w znakomitych humorach powsiadano do samochodów i zostaliśmy sami. Teraz mogliśmy udać się na dobrze zasłużony odpoczynek.

Stajnie Grabau - tu "narodził" się Sułtan

Na trzeci dzień zajechał przed nasz dom lśniący wóz i wysiadło z niego dwóch pułkowników sztabowych, których poznałem już kilka miesięcy temu w czasie jednej z moich wizyt w Kilonii. Bardzo grzecznie poprosili mnie, żebym z nimi pojechał do pułkownika Rozwadowskiego, dla którego mają list od dowódcy korpusu. Jakoś wyczułem pismo nosem i powiedziałem, że już jadę, ale muszę załatwić jeden telefon. Udało mi się złapać pułkownika, którego powiadomiłem o moim głupim kawale z koniem Rommla i o wizycie sztabowców, którzy na pewno w tej sprawie przywieźli list generała. Pułkownik nic o tym nie wiedział, ale uśmiał się i powiedział, że niech go sobie biorą. Okazało się, że miałem rację. W liście, po wylewnych podziękowaniach za gościnę, generał oznajmił, że chyba zgodzimy się, iż Sułtan, bo tak się koń nazywał, nie jest polskim koniem, i pytał, czy może go uważać za zdobycz wojenną, gdyż dla nich jest on bardzo cenny.

Wypisano odpowiednie pismo, którym odstąpiono Sułtana ósmemu korpusowi, ale bez żadnej wzmianki o jego pochodzeniu. Pułkownik słusznie nie chciał sobie poparzyć palców. Po paru dniach na podwórze zajechała duża wojskowa ciężarówka grubo wymoszczona słomą i Sułtan wyjechał w nieznane. Nikt go nie żałował, bo był caplerem i mimo że występował czasami w kadrylu, zamęczał jeźdźca caplowaniem. Pułkownik kazał nam trzymać języki za zębami, w stadninie pracownicy i tak nie mieli zielonego pojęcia, skąd przed trzema laty Sułtan się zjawił, więc nie trzeba ich było uświadamiać, dokąd i dlaczego go zabrano.

Angielska armia wydawała na powielaczu ilustrowany miesięcznik, który dostawałem od Milgovu. Gdzieś w listopadzie cztery mocarstwa okupacyjne urządziły w zrujnowanym Berlinie pierwszą paradę zwycięstwa. Oczywiście miesięcznik opisywał to zdarzenie z wieloma ilustracjami. Tu znalazłem Sułtana. Dwóch szeregowców ze sławnego pułku Scots Greys, w długich szarych pelerynach, prowadziło go (wyraźnie caplującego). Na pewno musieli mu wetrzeć pieprzu pod ogon, bo trzymał go wspaniale, jak na obrazie Kossaka. Pod fotografią była informacja, że dowódca ósmego korpusu ofiarował zdobytego wierzchowca marszałka Rommla marszałkowi polnemu Montgomery'emu jako zwycięzcy w bitwie pod El Alamein. Wrzuciłem gazetę do szuflady biurka w przekonaniu, że było mało prawdopodobne, aby inny egzemplarz znalazł się w stadninach.

W maju 1946 roku odbyła się - już na większą skalę - parada zwycięstwa w Londynie, znana niestety z tego, że Stalin wymógł na sprzymierzeńcach, by polskie zachodnie siły zbrojne nie brały w niej udziału. Opisywano ją w gazetach całego świata i Sułtan znowu wystąpił, jak poprzednio, ze swoimi dwoma Scots Greys'ami, ale pod zdjęciem był już inny podpis. Okazało się, że Montgomery, już jako "Earl of El Alamein", ofiarował go JKM Jerzemu VI. Sułtan został przewieziony do zamku Windsor. Pewien mój znajomy, który zwiedzał park w Windsorze, widział tam siwego konia swobodnie pasącego się pod drzewami w parku i ktoś mu wtedy opowiadał, że koń ten ma jakąś ciekawą wojenną historię; było to w 1949 roku. Już dziesięć chyba lat później, ktoś inny mówił mi, że widział w parku kamień nagrobny dla jakiegoś konia z ostatniej wojny. Czy był to Sułtan - nie wiem.

Najlepszy dowcip mojego życia, gdy po pięćdziesięciu latach otwarto wojskowe archiwa

W pięćdziesiąt lat później, czternastego stycznia 1998 roku, dostałem faks od przyjaciela z Londynu, który przysłał mi kopię dość długiego artykułu i dużej fotografii z londyńskiego "Timesa"[1]. Fotografia przedstawia Monty'ego siedzącego na moim Sułtanie, który występuje tu pod imieniem Rommel. Minęło zatem ponad pół wieku, zanim otworzono rządowe archiwa brytyjskie, robiąc mi prezent z potwierdzenia mojej historyjki, tyle że w nieco innej wersji. Koń miał być ponoć podarunkiem Rommla dla Mussoliniego, który miał na nim wjechać jako zwycięzca do Kairu. Nawiasem mówiąc, podczas mojego dalszego pobytu w Niemczech poznałem krewną Rommla, która mi powiedziała, że marszałek nigdy w życiu nie siadł na konia, to samo zresztą usłyszałem o Duce.

[1] Richard Ford, Monty brought Rommel home as war booty, "Times", 13 stycznia 1998 r.