Tak być musiało - Józef Rogosz

Reflow text when sidebars are open.
Quisquis suae fortunae faber
- Jak tu pięknie i wesoło... a w duszy tak smutno! - myślało dziewczę o włosach jasnych, oku niebieskim i czole spokojnym.
- Doprawdy, tak mi smutno, a bez przyczyny - dodała półgłosem, rzucając przeciągłe spojrzenie w świat daleki, który przed nią się roztaczał.
Siedziała na ławeczce drewnianej, na końcu cienistej alei lipowej. Na lewo aleja biegła do gazonu zdobiącego fronton obszernego dworu wiejskiego, na prawo ostatnie jej drzewa rzucały cień na mur niewysoki, za którym ciągnęły się łany i lasy, przecięte nasypem drogi żelaznej i rwącą rzeką, która płynęła aż z gór owych, widnych w oddaleniu mil kilku.
Dziewczę pochyliło główkę, a wsparłszy ją na dłoni, okiem spokojnym wpatrywało się w arabeski, które na piasku rysowała jej prawa rączka końcem białej parasolki. Sukienka na niej także była biała, tylko niebieska wstążeczka obwijająca kresę a la Maria Stuart, i tegoż koloru przepaska we włosach, przerywały monotonność ubrania. A pięknie jej było w tym stroju porannym, bo młodości, gdy się z nią skojarzy wdzięk wrodzony, we wszystkim pięknie.
Czemu na twarzy dziewiczej osiadł smutek taki? Ona sama nie wiedziała... i nie raz bardzo ją to dziwiło, że jeden poranek witał ją wesołą drugi zamyśloną.
Miała lat siedemnaście!
Z zadumy obudził ją świst nadjeżdżającej lokomotywy. Szybko powstawszy zbliżyła się do muru, a zasłaniając się parasolką od natrętnych promieni słońca, które wzbiło się już dość wysoko, przypatrywała się długiemu szeregowi wozów, które powoli toczyły się ku stacji, widnej na boku, o kilka tysięcy kroków. Pociąg był towarowy.
Z ręką na murze, stała patrząc przed siebie jak by bezmyślnie, a ptaki do koła świegotały na gałęziach, lipy rozlewały woń miodową i wietrzyk pochylał kłosy falujące na łanach obszernych.
Od strony dworu zbliżał się tymczasem mężczyzna słuszny i szczupły. Twarz jego była łagodna mimo wąsów sumiastych, a w oczach nie zgasi jeszcze dawny płomień, chociaż włosy jak śnieg białe wydobywały się spod słomianego kapelusza. Szedł zaś krokiem wymierzonym i trzymał się prosto, jak by za młodu wojskowo sługiwał.
Dziewczę nie słyszało cichych kroków na piasku, którym aleja starannie była wysypana, i obróciło się dopiero usłyszawszy głos za sobą:
- Dzień dobry, Toniu, dzień dobry! Czy godzi się w dniu tak uroczystym nawet nie spytać o ojca? Szukam cię od kwadransa...
- Przepraszam cię, ojczulku - odrzekła córka - ale gdym do ogrodu wychodziła, Grześ powiedział mi, że tatko pojechał do Romanówki.
- I uszczęśliwiona, że nie będziesz potrzebowała nudzić się ze mną, pobiegłaś dumać... O, filutko, to egoizm!
- Teraz ja bym się powinna zapytać, czy godzi się ojczulku oceniać mnie tak surowo? - odparła dziewczyna z uśmiechem.
A dziwny byt ten uśmiech. Niby wesoły, niby figlarny, rzekłbyś nawet nieświadomie zalotny - a jednak po za tą wesołością, bystre oko mogło dostrzec jak by mgłę melancholii.
- No, no, nie gniewaj się dziecię! - zawołał starzec, biorąc głowę córki w swoje dłonie i wpatrując się w jej oczy niebieskie - Grześ prawdę ci powiedział. Do Romanówki sam dziś jeździłem, aby na folwarku wydać dyspozycje i pocztą odebrać, która dziś była bardzo obfita.
- Są jakie listy?
- Są do nas wszystkich.
- A od Edmunda?
- I od Edmunda, ale o tym potem... Toniu moja droga - mówił dalej starzec siadając na ławeczce - dziś twoje urodziny, więc cóż ci życzyć w dniu tak uroczystym?
- Kochaj mnie tylko ojczulku, a będzie to najpiękniejszym życzeniem, bo wszystkie moje pragnienia będą spełnione.
- Wszystkie?... Miłość ojca to jeszcze nie wszystko moje dziecię! Ona sama nie zapewni ci szczęścia, a ja przede wszystkim pragnę twego szczęścia.
- O, ja wiem, żeś ty dobry, mój ojcze! - zawołało dziewczę, przyciskając usta do szorstkiej ojca ręki.
Starzec pocałował córkę w czoło, a łza, która mu z oka spadła na jej włosy jasne, zamykała w sobie wszystkie jego życzenie i całe błogosławieństwo.
- I cóż Edmund pisze? - zapytała Tonią po chwili, wpatrując się w ojca uważnie.
- Nic nadzwyczajnego... ukończył studia podróżami znudził się, przynajmniej tak twierdzi, i...
- I co?
- Zgadnij.
- Nie wiem.
- I prawdopodobnie dziś do nas przyjedzie.
- Dziś?! - zawołała Tonią na w pół z radością, a na w pół ze zdziwieniem, i na bladej jej twarzy ukazał się rumieniec lekki, ale tak lekki, że osłabione oko starca nie mogło go dojrzeć.
- Tak mi się zdaje, bo list wysiał z Wiednia, więc jest już z powrotem. Zresztą gdyby nie miał zamiaru dziś przyjechać, byłby załączył życzenia dla ciebie.
- Jak to, więc o mnie ani wspomniał?
- I owszem... jak zawsze przysyła ci swoje ukłony.
- Ukłony... - powtórzyła Tonia machinalnie, a odwróciwszy głowę patrzyła czas jakiś na szczyty gór, rysujące się na widnokręgu. Potem rzekła głośniej:
- Jak ci się zdaje ojczulku, czy z Edmundem powinnam być jak dawniej?
- A dlaczegóżby nie? Wychowaliście się razem, on ciebie uważał za siostrę, ty jego...
- Prawda - przerwała Tonia - ale nie widzieliśmy się blisko rok, więc może nie wypada... Mama utrzymuje, że panienka w moim wieku...
- No, no, jakoś to będzie! - odparł starzec całując ją w czoło.
- Toniu! Toniu! - dał się słyszeć głos silny, kobiecy, z przeciwległego końca alei.
- Mama mię woła, do widzenia ojczulku! Ale... gdzie listy dla mnie?
- Jest tylko jeden, zdaje mi się od pani Herminy, zostawiłem go na biurku w twoim pokoju.
- Antosiu! - dało się słyszeć jeszcze silniejsze wołanie.
- Ach! Mama już się gniewa - szepnęła panienka, a pożegnawszy ojca odeszła krokiem przyspieszonym.
Na terasie narożnej, z której był widok z jednej strony na ogród, z drugiej na dziedziniec, okolony murowanymi zabudowaniami, stała osoba czterdziestokilkuletnia, niskiego wzrostu i wcale dobrej tuszy. Strój był na niej poranny, skromny, domowy. Tylko biały czepeczek, ugamirowany pąsową wstążeczką, kłócił się z twarzą równego koloru. Wsparłszy się o balustradę, patrzyła w głąb alei.
- Ach! Toniu, jak ty każesz długo na siebie czekać! - zawołała, ujrzawszy córkę nad chodzącą. - Ja wołam i piersi sobie zrywam, a ty idziesz jak byś nóg nie miała.
Córka nic nie odpowiedziawszy wbiegła szybko na terasę od strony dziedzińca.
- Przepraszam cię mateczko - rzekła całując ją w rękę - ale chwilę z ojcem rozmawiałam.
- Że też wy zawsze macie z sobą do gadania, jak gdybyście się sto razy na dzień nie widzieli. Ja wołam i wołam, mało mi pierś nie pęknie, a wiesz przecie, że na piersi coraz bardziej zapadam.
Tusza i cera twarzy mówiącej wcale tego nie potwierdzały. Tonią milczała.
- Już jedenasta, czas pomyśleć o toalecie.
- Ach, mateczko, mnie się zdaje, że mojej toalecie nic nie brakuje.
- Co, w tym muślinie?
- Dziś tak gorąco!
- Ależ Toniu, cóż by świat na to powiedział? Moja córka nie może przedstawić się jak pierwsza lepsza szlachcianka lub popadianka. Dziś właśnie kończysz lat siedemnaście, trzeba zatem przyzwoicie pokazać się światu. Weźmiesz...
Mówiąca nagle przerwała, gdyż w tej chwili bystre i wiecznie biegające jej oko, padło na małą wiejską dziewczynę, która wyszedłszy ze stajni, szła szybko przez dziedziniec, ukrywając coś pod fartuszkiem.
- Iwonka! - zawołała głosem donośnym - Poczekaj! Co ty tam niesiesz? Pewnie mleko dla jakiegoś parobka! Poczekaj, dam ja tobie!
- Proszę jaśnie pani - odrzekła dziewczyna w narzeczu małoruskim zatrzymując się pod terasą i trwożliwie oczy w dół spuszczając - to próżny garnuszek dla pani Pędrackiej.
- Aha, próżny garnuszek, zapytam ja się... Ale wynosiłaś coś do stajni?
- Nie, proszę jaśnie pani.
- To idźże, czemu stoisz jak gęś! - i gniewnie ręką machnęła.
Dziewczyna odeszła, a pani zwróciła się znowu do córki.
- O czym to mówiłam? Aha... Weźmiesz więc tę suknię pompadur, którą przywiozłam przed tygodniem i ten złoty garnitur, który ojciec darował ci zeszłego roku na imieniny. Dziś skończyłaś siedemnaście lat i w świat wchodzisz.
- Prawda, moja mateczko, ale ja się boję bym w tej sukni materialnej z długim ogonem śmiesznie nie wyglądała.
- O patrzcie, dziś mędrsze jajo jak kura! Czy to ja nie wiem, jaki dla ciebie strój najwłaściwszy? Przecie będziemy mieli mnóstwo gości zjedzie się całe sąsiedztwo, a hrabia Dziunio także nas odwidzi. Nie chciałabym by o mnie miał złe wyobrażenie, bo za córkę tylko matka odpowiada.
- A mnie się zdaje, że sukienka myśli nowa...
- Dosyć tego Toniu! Jak cię widzą, takcie piszą! Już ja wiem najlepiej co komu przystoi. Ubierz się więc...
Nie dokończyła, bo tuż za sobą usłyszała dźwięk padających talerzy. Zelektryzowana pobiegła do okna, które z kredensu wychodziło na terasę.
- O ty Grześku, niezgrabo, znowu coś stłukłeś! Na rany boskie pewnie moją porcelanę... Co ja mam z tymi ludźmi? Muszę ich wszystkich wypędzić, bo umrę ze zgryzoty!
- Proszę jaśnie pani, dwa talerze zsunęły się, ale żaden się nie stłukł.
- Szczęście twoje, bo byłabym ci strąciła z zasługi. A jak będziesz Pawłowi pomagał przy herbacie to nie gap się niezgrabo, boś znowu gotów oblać kapotem suknię pani hrabinie... Toniu - dodała wracając od okna - w sukni pompadur będzie ci bardzo do twarzy, a jak hrabia Dziunio zbliży się do ciebie, to staraj się rozmawiać z nim jak najdłużej i być dla niego bardzo grzeczną.
- Alboż ja dla niego byłam kiedy niegrzeczną?
- Nie, moja Toniu, tego nie twierdzę, ale uważałam kilka razy, że co prędzej chciałaś się go pozbyć.
- Bo mnie niesłychanie nudzi... O niczym nie można z nim mówić tylko o koniach i psach, a ja się na tym nic nie rozumiem.
- Nie powinnaś dziwić się moja Toniu, to dobry ton. Hrabia Dziunio bywa w takich towarzystwach, że z pewnością wie co wypada.
- Być może - odrzekła Tonią kwaśno - ale Hermina, która jest także hrabiną i obeznaną z formami wielkiego świata, podziela najzupełniej moje zdanie i nazywa go próżnym arogantem.
- Et... pani Hermina to znowu co innego... Ja pewna, że hrabia jej nie nadskakuje.
- Wątpię... mnie się raczej zdaje, że chciałby, ale ona trzyma go z daleka.
- Ho, ho, Toniu, gdzieś ty się nauczyła takiego rozumu? Dopiero pół roku jak z pensji wróciłaś, a już robisz uwagi jak osoba dojrzała. Czy to tylko nie nauki pani Herminy? Przyznam się żeby mi się to bardzo nie podobało.
- Niech mateczka będzie spokojna - odpowiedziała Tonia poważnie, a głos jej brzmiał stanowczo - nauki Herminy są tak szlachetne, że mogą wyjść tylko na moją korzyść. Nie znam osoby lepszej i rozumniejszej.
Matka chciała coś odpowiedzieć, lecz na przeciwległym końcu podwórza dał się słyszeć łoskot, i w tej samej chwili, przez w pół otwarte drzwi od stajni wypadło źrebię, i w dzikich skokach rzuciło się ku bramie ogrodowej, dokąd je wabiła zieleń pokrywająca gazon i rabaty.
- Janie! Walenty! Grześku! Iwonka! - zaczęła krzyczeć matka pięknej Toni - zamykajcie bramę! Na rany boskie, co ja mam z tymi ludźmi! To ty Iwonka zostawiłaś od stajni drzwi otwarte. Poczekaj, dam ja tobie! A ty Walenty coś robił, żeś źrebięcia nie pilnował? O mój Boże! To same darmozjady, oni mnie do grobu wpędzą! Janie, zamykaj bramę, bo mi źrebię kwiaty potratuje!
- Kasiu, nie irytuj się tak, Kasiu! - dał się słyszeć głos poważny znanego nam już starca, który wracał z ogrodu.
- Nie irytuj się, dobrze ci mówić, ale gdybym ja tu nie pilnowała, toby wszystko marnie poszło.
- Przecież nie stało się żadne nieszczęście. Wielka rzecz, że źrebię wybiegło. Złapią i odprowadzą.
I w rzeczy samej, służba zwołana donośnym głosem swojej pani, zamknęła bramę od ogrodu i sprawcę awantury odprowadza do stajni. Tymczasem Tonia, korzystając z ogólnego zamieszania, pobiegła do swego pokoiku.
Na biurku znalazła list od Herminy. Skromny monogram, biały papier i pismo dość duże, a kończaste, świadczyły, że list pochodził od osoby dobrze wychowanej. Pani Hermina wynurzając obawę, że gwałtowna migrena może jej nie pozwoli uścisnąć kochanej Toni w dniu jej urodzin, posyłała swoje życzenia wypowiedziane szczerze, i bez przesadnej sentymentalności. Kończąc, załączyła także życzenia od wujaszka, który sam nie pisze, gdyż właśnie pracuje nad bardzo ważnym, rozdziałem w swojej "Kronice świata".
- Szkoda, że nie przyjedzie - szepnęła Tonią, list do szufladki chowając, a otworzywszy okno, wychodzące na ogród, usiadła przy nim i głowę wsparła na białej rączce.
Nie długo trwało a weszła matka krokami przyspieszonym.
- Toniu, czemuś mi nie powiedziała, że Edmund ma dziś przyjechać?
- Bo nie miałam czasu. Zresztą nie ma nic pewnego. Tatko tylko przypuszcza.
- Ej, wy się coś zmawiacie! Pamiętaj Toniu, abyś go przyjęła zimno, jak najzimniej, i niech cię Bóg uchowa mówić mu "ty".
- A jak?
- Przecie wiesz, że tego chłopca nie lubię.
- Wiem, mateczko, ale nie wiem za co... Wszak on mamę tak poważa.
- Poważa... piękne mi poważanie! Chodzi z ojcem całym! Godzinami, bawi się z tobą, a mnie traktuje, jakbym tu była klucznicą, a nie panią domu. Młody człowiek, który starszych nie szanuje, nic nie wart. Moje przeczucia nigdy mię nie zawodzą. Dlatego jeśli kochasz twoją matkę i chcesz doznać błogosławieństwa boskiego, słuchaj mojej woli.
- Ale już rok prawie jak Edmund nie był w domu, więc może się odmienił... może teraz będzie tylko z mamcią rozmawiał.
- Czego się Jaś nie nauczył, tego się Jan pewnie nie nauczy. Pamiętaj Toniu! - dodała podnosząc palec do góry na znak ostrzeżenia. - A teraz zajmij się toaletą, zaraz ci tu Julcię przyszłe.
Tak być musiało.