Tajwan. Piękna wyspa w oku tajfunu - Piotr Plebaniak

Kup ebooka

48.00 zł
40.22 zł (39,77 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nazwy i ich zapis

Misnomery, terminy kontrowersyjne etc.

Kwestie takie jak - często pełne emocji - debaty polityczne, historyczne i tożsamościowe to przestrzeń pojawiania się błędnych lub niejedynych percepcji.

Nazwy używane na Tajwanie i ich zapis

W nazwach i frazach pojawiających się w treści tej książki na pierwszym miejscu pojawi się zapis lokalny, a potem zapis pinyin, na końcu zaś używane na Tajwanie znaki tradycyjne pisma chińskiego).

Spolszczenia niektórych nazw chińskich

Ubolewam nad tym stanem, ale współczesne spolszczenia dotyczą konkretnych nazw, a nie całościowo sylab języka chińskiego. W niektórych przypadkach konwencji jest więcej niż jedna. W tej książce trzymam się wersji Słownika Języka Polskiego PWN.

Złamałem tę zasadę dla waishengren, czasami ją spolszczając na "wajszengrzeni". Podobnie jest z polskim przekładem Czerwonej Gwardii - w pinyin, a więc oficjalnej, obowiązującej w Polsce romanizacji zapisu fonetycznego, to hongweibing. Ale od niedawna w naszym języku pojawiają się wersje spolszczone, z których najpopularniejsza jest "hunwejbini" lub "hunłejbini". Jedni nazywają takie wynalazki życiem języka, a inni błędem. Zawsze ktoś się przyczepi.

"Język" Tajwański

Względem języka hoklo z kontynentu "mowa tajwańska" (taiyu ??) to dialekt. Względem innych języków chińskich, oba są wariantami tego samego języka

"Język mandaryński"

Ta nazwa na język chiński to istny golgotan nieporozumień kulturowych. Ta nazwa na język chiński standardowy jest kalką z języka angielskiego, Mandarin Chinese. Ta angielska nazwa wywodzi się z piśmiennictwa anglosaskiego sprzed XX wieku. Jej przyjęcie wynikło z tego, że Europejczycy, z Ameryki czy Starego Kontynentu, prowadzili interakcje z arystokracją rządzących Chinami Mandżurów. Nazwa "mandaryni" wywodzi się od oficjalnego tytułu tej arystokracji trzymającej Chiny i Chińczyków za twarz - Mandaren ??? - Wielki Pan Mandżurski. A ówcześni Mandżurowie tamtego okresu nie gęsi, a własny język mieli!

Najstraszniejsze, co widziałem w tej kwestii to fraza opisująca okres 1945-1986 na Tajwanie jako "Era KMT i "Mandaryńska Dominacja"". O rany!

Język chiński na Tajwanie to "język Hanów" i tak nazywany jest na uczelniach oferujących kursy obcokrajowcom. Ale zarówno na Kontynencie jak i na Tajwanie używa się terminu guoyu - język narodowy/państwowy. Za tą nazwą siedzi idea zjednoczenia Chin, przyświecająca zarówno komunistom Mao Zedonga, jak i Republice Chińskiej. Chiny początku XX wieku były wręcz beznadziejnie różnorodnym zlepkiem chińskich tożsamości i języków. Sam Mao, podróżując na południe, a więc do Guandong, czyli regionu zamieszkanego także przez Minnańczyków, którzy skolonizowali demograficznie (ale nie politycznie) Tajwan, musiał korzystać z usług tłumaczy!

Echem tej idei był upór Czang Kaj-szeka w wymuszeniu "jedności narodowej" na Tajwanie poprzez walkę z dominacją dialektu tajwańskiego na wyspie, na której pojawił się w 1945 roku.

"Imperium Chińskie" (dynastii Qing)

Pokrewnym, ale znacznie poważniejszym nieporozumieniem jest nazywanie "Imperium Chińskim" trwającego trzy i pół stulecia okresu władania Chinami przez dynastię Qing. Mandżurowie względem Hanów byli najeźdźcami - etnicznie całkowicie odrębnymi. W bardzo dokuczliwy sposób zepchnęli Hanów do pozycji obywateli drugiej kategorii. Przejęcie "Cesarstwa Chińskiego" (właśc. Cesarstwa Mingów) sprawiło, że malutka demograficznie i terytorialnie Mandżuria uczyniła ze zdobyczy, jaką były ówczesne Chiny, swoją największą bazę rekrutacyjną i materiałową do dalszych podbojów.

Dwie daty was przekonają. Przejęte przez Qingów imperium rdzennie chińskiej dynastii Ming nastąpiło w 1644 roku. Wtedy to ówczesny monarcha dynastii Qing zasiadł na tronie w Pekinie. Pierwszy cesarz tej dynastii "wstąpił na tron"1. Założyciel dynastii wstąpił na tron w 1616 roku, był nim Nurhaczy, znany z ikonicznego cameo w filmie Indiana Jones i Świątynia Zguby.

"Jestem Tajwańczykiem, a nie Chińczykiem!"

Omówienie tej kwestii jest częścią zakończenia tej książki. To nie powieść, więc jak najbardziej możecie zacząć lekturę właśnie od wizji końcowej, która ją kończy, wieńczy i podsumowuje.

Tutaj dość powiedzieć, że każdy z osobna mieszkaniec wyspy i ich grupy mają własną, eklektyczną wizję tego, kim są, jak się kolektywnie nazywają i jak emocjonalnie reagują. Znajdą się i niebezpieczni frustraci, i ludzie, których nie obrazi nic - nie tylko obiektywna prawda, ale i nieprzyjemnie zakomunikowana prawda o nich samych.

Przykładem tego żywego kalejdoskopu wizji niech będzie kuomintangowski weteran z Taichungu. Teoretycznie żołnierz służący pod Czang Kaj-szekiem, a więc kolaborant "oprawcy i kryminalisty" Czang Kaj-szeka... Ale gdy trzeba było uratować jego dzieło, Tęczowy Park, wszelkie animozje poszły w kąt . Tak działa ludzka natura.

Te i wiele innych problemów i usterek w naszej percepcji zobaczycie w budowane w moją opowieść o Tajwanie. Fikuśne, dziwaczne i niezgrabne zwroty są moją próbą okazania szacunku dla tego, w jak różny sposób ja sam, ale mieszkańcy Tajwanu między sobą, patrzą na własną tożsamość.

Dlaczego w tekście jest tyle znaków chińskich?

Około trzystu egzemplarzy tej książki trafi do Tajwańczyków, którzy w jakiś sposób pojawili się w książce bądź pomogli zweryfikować poprawność merytoryczną jej treści.

Dla czytelników polskich znaki pisma chińskiego to okazja do ich nauki lub pomoc przy poruszaniu się po Tajwanie lub planowaniu wyjazdu. Są też pomoc dla tych, którzy będą chcieli na własną rękę weryfikować fakty i formować własne opinie, w tym i te sprzeczne z opiniami Autora.

Decyzje arbitralne zapisu języka minnańskiego i transkrypcji fonetycznych

Matsu w tej książce stało się nazwą geograficzną, a Mazu to imię bogini. Pomoże to czytelnikom w orientacji, o której rzeczy mowa. Zapis fonetyczny języka/dialektu tajwańskiego nie doczekał się konsekwentnego przestrzegania jednego, oficjalnego standardu. Spolszczenie słowa "Minnańczycy" to kolejny problem. Słowo "minnanski" zgrzyta, a więc w formie rzeczownikowej i przymiotnikowej wybrałem wariant bardziej spolszczający, z literą "ń" - Minnańczycy i .minnański. Czasem, z przyczyn koncepcyjnych lub ideologicznych używam dwóch wariantów nazw.

1 Potocznie dengji (??)- wstąpić na podest; formalnie akt intronizacji to jiji (??) - objąć stanowisko.

Wyspa Kinmen

Zapraszam cię, czytelniku, do lektury kilku skromnych kart wstępu do innego dzieła, książki Chiny-Pulsujący matecznik cywilizacji.

To krótka impresja pokazujące prawidła burz dziejowych, które miotają ludźmi i ciskają ich w zakątki świata takie jak Tajwan. Cała książka jest zaś wyjątkową wizją historii politycznej i cywilizacyjnej Chin, opowiedzianą za pomocą przysłów, maksym i poezji.

Kinmen (jinmen ??; też Quemoy, dosł. złote wrota) to miejsce, które w tajwańskiej świadomości funkcjonuje jako "frontowa wyspa" - przestrzeń zawieszona między wojenną przeszłością a nostalgią za dawną architekturą dynastii Min i Qing.

Wysepka leży tuż przy brzegu kontynentu i od dwóch dekad tłumnie odwiedzają ją turyści z ChRL, kupując m.in. słynną wódkę i noże wykonane z korpusów pocisków, którymi wyspa była ostrzeliwana w latach 40. i 50. poprzedniego stulecia. Turyści z wyspy Tajwan również odwiedzają miejsca związane z końcem walk z komunistami, ale dla nich głównym magnesem są piękne trasy rowerowe, nietypowa architektura i klimat dawnych dni.

Wizualizacja zimowych pasatów z północnego wschodu w Cieśninie Tajwańskiej w styczniu..

W przeciwieństwie do Tajwanu, gdzie najpopularniejszą boginią jest Mazu, na Kinmen najważniejszym strażnikiem jest Lew Wiatru (fengshiye ???). Tradycja ta zrodziła się z desperacji mieszkańców, którzy po masowym wylesianiu wyspy w czasach dynastii Ming i Qing zmagali się z dokuczliwymi zimą wiatrami monsunowymi.

Kamienne posągi stały się deifikowanymi strażnikami, mającymi moc "połykania wiatru". Każdy lew ma inną osobowość - niektóre są groźne, inne zabawne, a jeszcze inne trzymają w łapach pędzle lub zwoje, symbolizujące sukcesy w nauce. Podczas wojennych bombardowań wiele Lwów przetrwało nienaruszonych, co u wyspiarzy tylko umocniło wiarę w ich nadprzyrodzoną moc.

Ciekawostką jest fakt, że niektóre lwy mają wyraźnie zaznaczone cechy płciowe, co według lokalnych wierzeń pomaga w problemach z płodnością.

Kinmen słynie z unikalnych rezydencji zwanych Fanzailou (???), czyli budynków w stylu zachodnim budowanych przez emigrantów. Nazwa pochodzi z języka hokkien (tajwańskiego), gdzie fanzai to potoczne, czasem lekko pejoratywne określenie "obcokrajowca" lub "barbarzyńcy". Budynki te są pomnikiem tzw. "wyjścia na południowe morza" (chulu)1. W XIX i na początku XX wieku bieda na wyspie zmuszała mężczyzn do emigracji do Azji Południowo-Wschodniej, co często oznaczało rozłąkę z rodziną na całe życie.

Ci, którym się powiodło, przesyłali pieniądze na budowę imponujących domów, łączących tradycyjne chińskie dziedzińce z barokowymi fasadami i kolorowymi kafelkami z Japonii. Budowano je z materiałów sprowadzanych z zagranicy (np. cementu, kolorowych płytek ceramicznych z Japonii czy metalowych okuć).

Budynki te miały być dowodem sukcesu i dumą rodu, ale paradoksalnie wiele z nich pozostało pustych lub zamieszkałych jedynie przez starsze kobiety, tzw. "słomiane wdowy", które nigdy więcej nie zobaczyły swoich mężów.

Najsłynniejszym przykładem jest Rezydencja Chen Jing-lana (?????). Zbudowana w 1921 roku, jest największym tego typu obiektem na wyspie. W swojej historii budynek ten pełnił funkcje szpitala wojskowego, szkoły, a nawet kwatery głównej armii podczas najgorętszych okresów konfrontacji z komunistami.

Po 1949 roku brutalnie przerwała świetność tych budowli. Wiele z nich zostało przejętych przez wojsko lub zniszczonych przez ostrzał artyleryjski.

Ale najbardziej ikonicznym widokiem na Kinmen, są tradycyjne domostwa w stylu minnańskim. Te należące do zamożniejszych mieszkańców mają dach typu "jaskółczy Ogon" (yanwei ??), skromniejsze - końską grzywę. Budowane były z lokalnej czerwonej cegły i granitu. Wysoko uniesione i ostro zakończone kalenice według wierzeń miały przyciągać pomyślność i chronić przed złymi duchami. Typowa wioska na Kinmen to gęste labirynty tych budowli - emanują one niezwykłym urokiem i atmosferą dawnych czasów.

Jeden z użytkowanych do dziś domostw minnańskich na Kinmen.

Dolne partie ścian wznoszono z solidnych bloków granitowych, co chroniło budynek przed wilgocią. Górną budowano z ozdobnej, wypalanej gliny. Centralnym punktem takiego domostwa jest otwarty dziedziniec (tianjing ??). Zapewnia on wentylację i pozwalał na akumulację wody deszczowej - w suchym klimacie Kinmen miało znaczenie nie tylko praktyczne, ale i symboliczne. Woda oznacza napływ bogactwa. Układ pomieszczeń ściśle przestrzega hierarchii konfucjańskiej - centralna sala zawsze poświęcona jest ołtarzowi przodków, a boczne skrzydła to pomieszczenia mieszkalne. Domostwa mają wmurowane w ściany lub dachy Lwy Wiatru oraz inne talizmany, które miały chronić mieszkańców przed potężnymi wiejami, nawiedzającymi wyspę.

Wiele z tych budynków nosi do dziś blizny po ostrzale "co drugi dzień" - w czerwonych murach można dostrzec łaty z cementu zakrywające dziury po odłamkach pocisków propagandowych. Niestety tych unikalnych pamiątek, nadających całej wyspie absolutnie wyjątkowy klimat, jest coraz mniej. Paradoksalnie, jest to wynikiem starań o zachowanie tych zabytków. Budynki są po prostu remontowane... ale te uszkodzone i porzucone są często wyburzane. Wielka szkoda.

Ikoniczna dla turystów jest wódka Kinmen Kaoliang (?????) - potocznie kaoliang, czyli dosłownie wysokoprocentówka. Jej 58 procent to duma wyspy. Użytkownicy trunku są dumni zarówno z jego mocy, jak i swojej zdolności do jego picia. Często gaszę ich dumę zdjęciami z polskich wesel, na których widoczne są butelki ze spirytusem 98%. Dodatkowo, polska Wikipedia dokumentuje nadzwyczajne osiągnięcia naszego narodu i grupy etnicznej w ilości promili we krwi. One robią wrażenie. Należyte wrażenie.

Tu trzeba dopowiedzieć, że z przyczyn genetycznych mieszkańcy Azji Wschodniej są daleko bardziej podatni na efekty uboczne picia. U ok. 40-50% mieszkańców regionu występuje mutacja genu kodującego enzym ALDH2, który odpowiada za przemianę etanolu w bezpieczniejszy kwas octowy.

Ogólnie, ze Słowianami Azjaci nie mają szans w pojedynku, kto kogo przepije. Ale już w poważniejszym tonie trzeba trochę rozcieńczyć ten biały suprematyzm. Z medycznego punktu widzenia mutacja jest... korzystna. Osoby z brakiem aktywnego ALDH2 rzadziej popadają w alkoholizm, ponieważ picie wiąże się dla nich z natychmiastowym złym samopoczuciem, a nie z przyjemnym rozluźnieniem. W moim przekonaniu wstrzemięźliwość alkoholowa jest jedną z przyczyn, dla których Azjaci są najmniej dokuczliwym składnikiem etnicznym w krajach wielokulturowych, takich jak USA (więcej s. 251).

r

Wracamy na Kinmen. Powstanie produktu było wynikiem czystego pragmatyzmu wojskowego. Jak podaje Archiwum Gorzelni Kinmen (????), pomysłodawcą masowej produkcji był generał Hu Lian. W latach 50. wyspa cierpiała na brak paliwa i żywności. Generał zauważył, że transport ryżu z Tajwanu jest zbyt drogi, więc zaproponował układ: wojsko dostarczy mieszkańcom ryż w zamian za uprawę sorga, potrzebnego do produkcji kaoliang.

Proces produkcji został zoptymalizowany. Z sorga produkowano alkohol, a pozostałe po destrukcji łodygi służyły jako paliwo. Dodatkowo, okazało się, że unikalna woda z granitowych warstw wodonośnych Kinmen nadaje trunkowi wyjątkowy smak. To był biznesowy strzał w dziesiątkę.

Wokół picia kaoliangu narosła cała kultura żołnierska. Pije się go z małych kieliszków, jednym haustem, koniecznie z okrzykiem ganbei (do dna!), co miało hartować ducha żołnierzy na posterunkach wystawionych na kradnący morale wiatr.

Problematycznie w wymiarze strategicznym jest lokalizacja gorzelni. Wpierw tło. Kinmen Kaoliang Liquor Inc. kontroluje około 80% do 85% rynku krajowego w kategorii tradycyjnych, chińskich alkoholi wysokoprocentowych na Tajwanie. Roczna produkcja wynosi zazwyczaj od 20 do 25 milionów litrów, co przy populacji Tajwanu (ok. 23,5 mln) daje niemal litr tego konkretnego trunku na każdego mieszkańca rocznie, wliczając niepijące niemowlaki. Ta dominacja wynika z oczywistej okoliczności. Żołnierze wracający do cywila, często stacjonujący właśnie na Kinmen, wynosili z woja nawyk picia właśnie tej marki.

Sednem sygnalizowanego problemu lokalizacji jest to, że w razie rozpoczęcia inwazji na Tajwan, zniszczenie gorzelni ostrzałem rakietowym w pierwszych minutach działań stanie się nokautem w morale całego narodu, graniczącym przez swoją perfidię ze zbrodnią wojenną.

Skoro jesteśmy przy morale, czas powiedzieć coś o propagandzie tamtych burzliwych czasów. To tu, na Kinmen, Chang Kaj-szek w 1952 roku wygłosił słynną przemowę mobilizującą uciekinierów 1949 roku do wysiłku celem zbudowania siły pozwalającej na odbicie Kontynentu z rąk (krwawych szponów) komunistów.

Hasem przewodnim tego wysiłku była słynna fraza wu wang zai Ju, którą na wyspie Kinmen widać wszędzie do dziś, a która na Tajwanie znikła niemal zupełnie. Fraza odnosi się do słynnej, powszechnie znanej starożytnej opowieści, zbliżonej przesłaniem do polskiego mitu obrony klasztoru częstochowskiego w czasie potopu szwedzkiego. W chińskiej iteracji tego tzw. mitu energetyzującego natchniony generał Tian Dan, broniący ostatniego niezdobytego miasta przed inwazją sąsiedniego państwa, zdołał w szeregu błyskotliwych forteli i zabiegów doprowadzić do rozbicia oblegającej armii... A potem zupełnego przepędzenia agresora z granic państwa.

Trudno o lepszą opowieść, rymującą się z sytuacją Czang Kaj-szeka. Póki co, Ju-Tajwan trwa i opiera się "komunistycznym zapędom" do aneksji wyspy, która jest prestiowym priorytetem dla władz w Pekinie.

Jeśli spojrzeć na sytuację z ostatnich dwóch dekad, w szepcie rymującej historii odpowiednikiem geniuszu Tian Dana i marzeniu Czang Kaj-szeka o odbiciu kontynetu jest dominacja korporacji TSMC na rynku produkcji układów logicznych. Być może korporacja powinna z hasła "Nie zapomnij o Ju!" uczynić ze swój slogan firmowy?

Choć pomysł możecie uznać za niepoważny i nie na miejscu, wcale tak nie jest. To właśnie kosztujący setki miliardów USD wyścig technologiczny jest na dziś krytyczną siłą, której istnienie gwarantuje Tajwanowi "utrzymanie status quo". Przetrwanie. Siła ta jest kluczem do zrozumienia, mechanizmów gospodarczych i strategicznych, z których jednym jest proste kilka faktów:

Na lata 2025/2026 udział samego TSMC to 8,5% do 9% PKB Tajwanu. Jeśli doliczymy efekt mnożnikowy (dostawcy, logistyka, usługi), cała branża półprzewodników generuje blisko 15-20% PKB. Szczyt (2022-2025): Wartość eksportu produktów TSMC (najnowocześniejszych chipów 3nm i 5nm) stanowiła niemal 20% (jedna piąta!) całkowitej wartości wywiezionych z wyspy towarów. Warto pamiętać, że same półprzewodniki jako kategoria stanowią obecnie blisko 40% całego eksportu Tajwanu, z czego TSMC jest lwią częścią. Dodatkowo, TSMC stanowi ok. 30-35% całkowitej wartości indeksu TAIEX (głównego indeksu giełdy w Tajpej). Korporacja jest największym płatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych na Tajwanie, odpowiadając za ok. 10% całkowitych wpływów z tego tytułu do budżetu państwa.

Eksperci nazywają ten mechanizm "krzemową tarczą" Tajwanu. Po wglądy strategiczne oraz geopolityczne zapraszam was do tomu Przetrwanie lub zagłada państwa. Tu dam wam do przemyślenia kluczowe filozoficzne spostrzeżenie.

Przed dekadami to siła ideologii, w tym mitów energetyzujących była dominującym czynnikiem stabilizowania układu sił czy zwyciężania konfliktów militarnych. W systemie Pax Americana rolę tę pełnią zależności gospodarcze i tzw. silniki ekonomiczne.

Wracamy na Kinmen. Podczas długoletniego impasu po 1958 roku, konflikt między armiami obsadzającymi Kinmen a oddalonym o zaledwie kilka kilometrów Xiamen przybrał formę surrealistycznej wojny psychologicznej. Obie strony strzelały do siebie pociskami propagandowymi - zawierały one ulotki. Używano też gigantycznych głośników z których emitowano piosenki ówczesnej gwizdy tajwańskiej Teresy Teng, namawiając chińskich żołnierzy do ucieczki na Tajwan. Zakazana surowo twórczość robiła w szeregach wroga furorę.

Elementem tej walki o serca i umysły były "balony z prezentami". Z Kinmen w stronę Chin kontynentalnych puszczano balony z żywnością, ulotkami, a nawet damską bielizną, co miało pokazać dobrobyt na wyspie. Druga strona odpowiadała podobnymi paczkami.

Kuriozalnym elementem był system ostrzału "co drugi dzień" (z ang. odd-day shelling). Przez lata ustalono niepisany pakt, że Chiny bombardują Kinmen tylko w dni nieparzyste. Pozwalało to mieszkańcom na pewną przewidywalność życia - w dni parzyste robili zakupy i brali śluby, a w nieparzyste schodzili do schronów. Ta "zorganizowana wojna" doprowadziła do powstania unikalnej psychologii mieszkańców, którzy nauczyli się żyć w rytm spadających pocisków.

Praktyka była tak unikalna i w sumie zabawna, że Tajwańczycy jej nazwę przekuli na wyrażenie slangowe. Idiom dan da-shuang buda ?????" stał się metaforą sytuacji absurdalnych, rządzonych przez dziwne, biurokratyczne reguły, lub działań, które mają charakter czysto rytualny, a nie realnie sensowny. Ma ono smak podobny do naszego "czeskiego filmu", w niektórych kontekstach zawierając nutę obecną w "nie mój cyrk, nie moje małpy".

Właśnie z uwagi na potrzebę ukrycia się przed ostrzałem, Kinmen stała się wyspą-serem - jest pod dziurawiona setkami tuneli. Najbardziej spektakularnym z nich jest Tunel Zhaishan (????), wyryty w twardym granicie. Na oficjalnej stronie Parku Narodowego Kinmen przeczytamy, że budowa tego obiektu w latach 60. była nadludzkim wysiłkiem. Żołnierze pracowali 24 godziny na dobę, używając jedynie prostych narzędzi i dynamitu. W efekcie powstał kanał zdolny pomieścić 42 małe jednostki desantowe.

Dziś tunel ten nie służy już celom militarnym, a turystycznym. Kto zwiedzał Wilczy Szaniec ten jest w stanie wczuć się w odczucia odwiedzających go turystów z ChRL.

Pod samym miastem Jinning rozciąga się sieć tuneli cywilnych. Mieszkańcy musieli budować schrony łączące ich domy z budynkami użyteczności publicznej. W czasach największego zagrożenia całe życie społeczne - szkoły, banki, a nawet szpitale - przenosiło się pod ziemię.

W roku 2009 rząd rozpoczął proces zwracania gruntów, które w latach 50. zarekwirowano mieszkańcom po to, aby wybudować instalacje obronne na których wybudowano instalacje obronne. I tak przestały być dostępne kompleksy, które były marzeniem eksploratora tego typu obiektów.

Czasem jest i tak, że mieszkańcy odzyskują grunty, ale często wraz z bunkrem, którego nie wolno im wyburzyć bez zgody konserwatora zabytków. Innym problemem jest brak dokumentów. Wiele rodzin uciekło z wysp Mazu, Kinmen i Mały Kinmen podczas ostrzału, a stare mapy katastralne spłonęły lub zaginęły.

Bunkier widoczny na poniższym zdjęciu, wcześniej część większego parku, po oddaniu pierwotnemu właścicielowi, obsadzony krzakami, stał się całkowicie niedostępny.

Propaganda obu stron tamtego okresu, to fascynujące pomniki historii i języka. Niektórych ówczesnych zwrotów i sformułowań - jako miłośnik eksplorowania slangu i poszukiwania słów dziwnych i nietypowych - wyuczyłem się do celów zaskakiwania rozmówców. Czasem w rozmowach ze znajomymi związanymi z Kuomintangiem, sygnalizuję nimi, że znam historię najnowszą Chin celująco. Oznajmiając kilkudniowy wyjazd do Chin nazywam Chiny Kontynentalne "strefą [kontrolowaną przez] bandytów" - feiqu ??. Fei jest skrótem od określenia gongfei ??, dosł. komunistyczni bandyci, elementu słownika propagandowego Kuomintangu w czasach wojny domowej i poniej. Młodsi wiekiem członkowie KMT nie znają tego pierwszego słowa, więc często dochodziło do zabawnej konieczności wyjaśniania propagandy dawnych dni, zwykle kończącej się podniesieniem mojego statusu w oczach "tubylców".

Wiele lat temu poświęciłem sporo czasu na badania propagandy obu stron wojny domowej. Ten wysiłek narracyjny prowadzony był pod hasłem - dać opór komunistom i odzyska kraj (fan gong fu guo ????). Zwykle po tej nazwie dodaję moją autorską przeróbkę - kefu Zhongyuan ????. Nazwa nawiązuje do starożytnej aspiracji z czasów Song (1000 lat temu), aby odzyskać z rąk obcych etnicznie państw region Rzeki Żółtej, a więc kolebki chińskości.

W propagandzie Kuomintangu Mao Zedong był często przedstawiany jako krwawy tyran, marionetka Związku Sowieckiego lub potwór niszczący tradycyjne chińskie wartości (konfucjanizm). Częstym motywem był żołnierz KMT wyciągający rękę do głodujących i uciemiężonych mieszkańców kontynentu.

Plakatem, który wybrałem dla was na ilustrację jest ten poniżej, pochodzący z wczesnych lat 50. Napis głosi: "Dziś w Chinach Kontynentalnych panuje kompletny chaos". W haśle użyto idiom pochodzący z epoki Tang, ponad tysiąc lat temu, z klasycznego tekstu Liu Zongyuana (dynastia Tang) zatytułowanego "O łapaczu węży". Autor opisuje w nim okrutnych poborców podatkowych, których wizyty w wioskach były gorsze niż plaga jadowitych węży. Pisał, że gdy przybywali do wioski, krzyczeli i siali taki popłoch, że "kurczaki i psy nie miały spokoju".

Fraza opisuje stan totalnego chaosu, załamania porządku, które dotyka wszystkich dookoła - nawet domowe zwierzęta. Dobrze opisze też scenę, w której ktoś zachowuje się tak głośno lub agresywnie (z ang. disruptively), że cała okolica jest postawiona na nogi (np. awantura domowa, głośny remont w nocy). Pierwotnie odnosiła się to do sytuacji, w których urzędnicy lub żołnierze najeżdżali wioski, by ściągać podatki lub dokonywać grabieży, siejąc taką panikę, że nawet inwentarz nie mógł zaznać spokoju.

Sami Tajwańczycy używali idiomu do opisania dwóch sytuacji. Drugą jest cały okres Białego Terroru, ale i jego dokuczliwe symptomy. To choćby kiedy nocne aresztowania podnosiły na nogi całe sąsiedztwo. Pierwszą sytuacją jest zaś ostrzał wyspy Kinmen. Huk armat oraz wycie i wybuchy sprawiały, że życie cywilne i rolnicze zamierało w kompletnym chaosie.

Oczywiście strona komunistyczna odpłacała tą samą monetą. Świadectwem jest plakat poniżej, którego reprodukcję kupiłem na straganie z pamiątkami po czasach Mao w hutongach obok Zakazanego Miasta w Pekinie. Napis głosi: "Oczywiście, że wyzwolimy Tajwan".

Z tą przywiezioną z feiqu pamiątką wiąże się przezabaw na anegdota. Pewnego razu gościem u siebie kilku kolegów, studentów z uczelni. Zaprezentowałem plakat, chcąc poznać reakcję przybyłych. Jeden z nich na widok widocznie się podekscytował i podniósł rękę, by już-już cenny obiekt pognieść lub podrzeć. Zmitygował się w ostatniej chwili.

Najlepsze zostawiłem na koniec. Z pocisków propagandowych powstał najsłynniejszy produkt eksportowy wyspy - noże Maestro Wu (????). Ojciec obecnego opiekuna firmy był kowalem, który wpadł na oczywisty pomysł. Do produkcji narzędzi rolniczych zaczął używać stali z chińskich pocisków propagandowych, które w olbrzymich ilościach zalegały na polach. Dziś noże są praktycznie obowiązkową pamiątką kupowaną przez turystów z "komunistycznych Chin". Z Panem Wu przyjaźnię się od lat - łączy nas zamiłowanie do noży2.

Pociski burzące często pękały na drobne, bezużyteczne odłamki. Pociski propagandowe zaprojektowano tak, by nie niszczyć ulotek w środku, przez co po uderzeniu w ziemię nie pękały. Stal użyta do ich produkcji musiała być szczególnie odporna - musiała wytrzymać zarówno wystrzelenie jak i uderzenie o grunt bez szkody dla zawartości. To właśnie z tych korpusów powstają najtrwalsze noże.

Z racji profesji założyciel był wyjątkiem pośród mieszkańców. Inni bali się ostrzału. Kowal widział w nich darmowe dostawy stali najwyższej jakości. Po każdej nocy nieparzystej (kiedy trwał ostrzał), mieszkańcy wychodzili z domów i zbierali pociski, które potem odsprzedawali rzemieślnikowi. Stary Wu wyliczył kiedyś, że na samej wyspie wciąż znajduje się wystarczająco dużo stali w ziemi, by jego rodzina mogła produkować noże przez kolejne kilka pokoleń. I tak właśnie się dzieje.

Wu-syn narzeka na kwestię dostępności surowca. Choć na wyspę spadło ok. miliona pocisków, wydobycie ich z biegiem dekad staje się problematyczne. Dawniej ludzie po prostu znajdowali je na polach. Dziś firma współpracuje z rolnikami i ekipami budowlanymi, które podczas kopania fundamentów wciąż natrafiają na wbite głęboko w ziemię niewybuchy lub puste korpusy.

Ze względu na ogromną popularność noży z pocisków, na rynku pojawiło się wielu naśladowców. Jednak mimo należytego, emanującego historią wystroju ich sklepików, używają oni zwykłej stali przemysłowej.

Wu syn wspomina, że w dawnych latach praca z pociskami była niebezpieczna. Choć większość "prezentów" z kontynentu była wypełniona papierem, zdarzały się niewybuchy z prochem i trzeba było nauczyć się je odróżniać. Opowiada też, że nawet dzisiaj, kiedy rozcina stare, zardzewiałe łuski palnikiem acetylenowym, w warsztacie czasem unosi się specyficzny, zapach przeszłości, który natychmiast przywołuje wspomnienia nocy i dni spędzanych w schronach.

Wu wie, że stal z różnych okresów ostrzału ma inne właściwości. Pociski z lat 50. i 60. pochodziły nie tylko z Chin, ale i ZSRS. Ja tego nie potrafiłem zobaczyć mimo demonstracji, ale on sam twierdzi, że potrafi rozpoznać jakość stali po tym, jak iskry sypią się pod szlifierką.

To Wu Tseng-dong wpadł na pomysł, by z firmy sprzedającej narzędzia rolnicze zrobić atrakcję dla turystów. Udało mu się stworzyć laozipai, czyli markę, która staje się symbolem miejsca i obowiązkowym przystankiem dla wizytujących Kinmen. W wywiadach dla prestiżowych mediów wyjaśnia swój sukces - trzeba sprzedawać emocję związku pozornie zwykłego noża z historią. Tak jak i dla nas, jest dla niego zabawne, że współcześnie chińscy turyści, którzy dziś masowo kupują jego noże, de facto "kupują z powrotem stal, którą ich rząd wysłał na wyspę za darmo".Gdy czasem osobiście prowadzi pokazy dla kolejnej grupy, która właśnie wysypała się z kolejnego autobusu, żartuje z nimi, mówiąc: 'Patrzcie, zwracamy wam waszą własność, ale w nieco bardziej użytecznej formie'".

Typową pamiątką jest dla tych gości tasak do mięsa lub do warzyw, wykonany zwykle wedle współczesnych i nowoczesnych stylów. Dzięki temu pamiątka, często kupowana na prezent, ma pełne wartości użytkowe.

-

1 Chiń. ??, choć dosłownie oznacza to "wyjść na ulicę", ale w miejscowym slangu to "droga wyjścia" lub "sposób na przetrwanie",

2 Poniższa lista ciekawostek jest kompilacją opowieści zapamiętanych z rozmów i jego wypowiedzi w czasie pokazów dla turystów.

????

Geopolityka: Dwa wybrzeża [Cieśniny Tajwańskiej]

Relacje między Tajwanem a Chinami Kontynentalnymi to historia pełna paradoksów, niedopowiedzeń, dwuznaczności i konfuzji. Składa się ona z galimatiasu okoliczności, procesów historycznych, rozgrywek geopolitycznych gdzieś hen powyżej... To moloch wydarzeń poważnych i śmiertelnie poważnych: od krwawych starć, przez tajne negocjacje, aż po głębokie współuzależnienie gospodarcze przy jednoczesnej wrogości ideologicznej i budowaniu często skrajnie silnych emocji.

Da się w tym wszystkim wskazać wiele prawidłowości, które towarzyszą rodzajowi ludzkiemu przez całą jego historię. Na jedną z nich wskazuje chiński idiom w tytule tego rozdziału. To "rzeka Chu i granica Han". Idiom odnosi się do celebrowanego, krótkiego epizodu starożytnej historii Chin pod koniec III w. p.n.e. Efemeryczne imperium Qin, założone przez Pierwszego Cesarza, właśnie uległo buntowi podbitych 2-3 dekady wcześniej ówczesnych narodów Równiny Centralnej, kolebki cywilizacji chińskiej. O wypełnienie próżni politycznej, a więc rangę Władcy Całego Świata (Wszystkiego Pod Niebem), mieli za moment toczyć batalię dwaj przywódcy zwycięskiej rebelii - ten pochodzący z państwa Chu i ten z Han.

Idiom jest powszechnie znany i rozpoznawany wraz ze swoim historycznym kontekstem po obu stronach Cieśniny Tajwańskiej. Jest namalowany na środku planszy chińskich szachów, w pasie oddzielającym terytoria dwóch graczy... którzy gorączkowo szykują się do ostatecznego rozstrzygnięcia.

Rym historii zestawia starożytną rozgrywkę o powstanie imperium Han z Czang Kaj-szekiem, który wycofawszy się na Tajwan, planował z determinacją powrót na Kontynent. Wymaga od Chińczyków momentu zastanowienia, z uwagi na konieczność wydobycia z pamięci wiedzy wyniesionej ze szkoły podstawowej. Jest jednak bardzo klarowny i trafny.

Historia dla Czang Kaj-szeka potoczyła się inaczej niż dla starożytnych wodzów. Umarł nie spełniwszy swej aspiracji. Ale i za swojego życia, i już po śmierci, jego decyzji i czyny wpływały na los i perypetie życiowe milionów ludzi. O tym właśnie jest niniejszy rozdział.

Oto kilka impresji i opowiastek, które pomogą nam zrozumieć wydarzenia i procesy, które wyprodukowały współczesny Tajwan. Są one siłami psychohistorii - to w ogniu niepowstrzymanej wieczności tych prawideł władzy i ludzkiej natury wykuwa się i kształtuje tożsamość tajwańska.

1994. Incydent na Jeziorze Tysiąca Wysp

Jezioro w Zhejiangu, na południe od Szanghaju, kontrastujące swym pięknem z gęsto zabudowanym Tajwanem, stało się mekką turystyki sentymentalnej. Wielu Tajwańczyków waishengren chciało zobaczyć miejsca, o których jedynie słyszeli w opowieściach z dzieciństwa.

Wydarzenie stało się jednym z najbardziej traumatycznych wydarzeń w relacjach obu stron. W marcu 1994 r. na jeziorze Qiandao spłonął statek turystyczny z 24 Tajwańczykami na pokładzie. Chińskie władze początkowo twierdziły, że to wypadek. Śledztwo wykazało jednak, że był to rabunek i zakamuflowane masowe morderstwo.

Jak opisuje politolog Wang Yeh-li (???) w analizach opinii publicznej, arogancja Pekinu i blokowanie informacji doprowadziły do skokowego wzrostu poparcia dla niepodległości Tajwanu.

Poważnym tabu milczenia była rola chińskich żołnierzy w tym ataku - na Tajwanie powszechnie wierzono, że sprawcami byli zdemobilizowani lub czynni wojskowi, czego jednak Chiny nigdy nie przyznały, ani nie wyjaśniły. Jak zauważa autor Zhang Tie-zhi (???), incydent ten zniszczył mit "braterskiej miłości" między rodakami rozdzielonymi Cieśniną. Prezydent Lee Teng-hui nazwał wtedy KPCh "reżimem bandytów", co wywołało wściekłość Pekinu.

Dziwnym przesądem, który narósł po tragedii, był lęk przed podróżowaniem do Chin w grupach turystycznych. Tajwańczycy zaczęli wierzyć, że jezioro jest "miejscem przeklętym", które pożera tajwańskie szczęście. Do dziś starsze pokolenie Tajwańczyków wspomina jezioro z dreszczem, postrzegając je jako symbol braku szacunku komunistycznych Chin dla życia człowieka.

Lata 50. i 60. Wojna na ulotki i "Balony Wolności"

W okresie największego nasilenia "animozji" obie strony prowadziły "wojnę psychiczną". Tajwan wysyłał w stronę kontynentu ogromne balony wypełnione ulotkami, żywnością, a nawet nylonowymi pończochami i tranzystorami. Miało to pokazać "nędzarzom na kontynencie" luksusy tajwańskiego kapitalizmu. Nietypowym dla ludzi Zachodu obyczajem było dołączanie do balonów portretów Czang Kaj-szeka, które miały służyć jako talizmany ochrony. Chiny odpowiadały własnymi balonami, w których znajdował się miks komunikatów: - oprócz słodyczy - znajdowały się zdjęcia "szczęśliwych chłopów" i groźby inwazji.

Armie obu stron zatrudniały profesjonalnych "lektorów propagandowych", którzy przez gigantyczne głośniki na wyspach Kinmen i Matsu wykrzykiwali obelgi i zaproszenia do dezercji. Szczególną mocą rażenia dysponowała tajwańska piosenkarka Teresa Teng. Jej głos puszczany z głośników doprowadzał chińskich dowódców do szału, bo żołnierze KPCh potajemnie uwielbiali jej piosenki i pozostałe, nie mniej ważne walory.

1949. Bitwa o Kinmen i "Duchy z Guningtou"

Bitwa o Guningtou, niewielką wysepkę na północ od Kinmen, była momentem, w którym armia Kuomintangu powstrzymała komunistyczną inwazję. Porażka Chińskiej Armii Narodowo-Wyzwoleńczej była tak sromotna, że przez całe dekady w Chinach był to temat objęty całkowitym milczeniem. Na Tajwanie bitwa naturalnie urosła do rangi mitu energetyzującego wysiłki ku zapewnieniu wyspie bezpieczeństwa od inwazji.

Wokół pola bitwy narosły przesądy. Mieszkańcy Kinmen wierzą, że ziemia w Guningtou jest wciąż "czerwona od krwi" i że nocami słychać tam maszerujące oddziały widm. Pojawił się nietypowy obyczaj stawiania "Lwów Wiatru" - znanych nam z Kinmen - które miały nie tylko chronić przed wiejami, ale też blokować dusze poległych żołnierzy kontynentalnych przed wchodzeniem do domostw na Kinmen.

Ciekawostką jest to, że po bitwie armia RCh użyła wraków chińskich łodzi do budowy umocnień. Dla obcokrajowca widok bunkrów zbudowanych ze "szczątków wroga" jest makabryczny, ale dla Tajwańczyków z tamtego pokolenia była to praktyczna magia wojenna - wykorzystanie energii pokonanego przeciwnika przeciwko niemu samemu.

1995-1996. Kryzys rakietowy i "gówno"

Gdy prezydent Lee Teng-hui odwiedził USA, Chiny zareagowały wystrzeleniem rakiet w pobliże tajwańskich portów. Był to czas największego napięcia od dekad. Na Tajwanie zapanowała panika - ludzie masowo kupowali złoto i dolary, przygotowując się na najgorsze. Ale kontrapunktował ją specyficzny czarny humor.

Kluczowym epizodem stała się wtedy sprawa tajwańskich szpiegów w Chinach. Wedle dostępnych publicznie wersji, przekazali informację, że głowice rakiet są... puste (ćwiczebne). To pozwoliło Lee Teng-huiowi publicznie ogłosić ich odkrycie i wyśmiać Pekin.

W mistrzowskim wyczuciem, nie do końca licującym z powagą należną politykowi jego rangi, Lee stwierdził, że chińskie rakiety to - za przeproszeniem - sai, czyli gówno1. Tajwańczycy przyjęli facecję z bardzo pozytywnym skutkiem. Pokerzyści w Pekinie natomiast stracili twarz - wypowiedź zdemaskowała ich bluff. Doszło do egzekucji kilku wysokich rangą oficerów KPCh, oskarżonych o szpiegostwo na rzecz Tajpej.

O ile w czasie gdy Chińczycy strzelali tajwańska giełda silnie poleciała w dół, to po kilku dniach zaczęła rosnąć. Inwestorzy uznali, że skoro Chiny "tylko strzelają, a nie lądują", to znaczy, że są słabe. Na Tajwanie kpiono, że "Chiny szczekają głośno tylko wtedy, gdy nie mogą ugryźć".

Ale żarty i propaganda strony tajwańskiej na bok! Cały incydent do dziś ma wręcz krytyczne skutki dla tego, jak kształtuje się logika życia biznesowo-politycznego na Tajwanie. Dla wszystkich jest jasne, że Tajwan jako homeostat (system) opierający prosperity na eksporcie, jest szalenie wrażliwy na incydenty w czasie których dochodzi do strzelania rakietami. Oddziaływanie te jest tym silniejsze, że Pekin reaguje skrajnie emocjonalnie na każde wydarzenie powiązane z choćby wzmianką o tym, aby Republika Chińska ogłosiła suwerenność w takiej czy innej formie.

Kluczowy czynnik ma naturę biznesową i poznamy go już w kolejnym rozdziale. Inwestycje tajwańskie na Kontynencie są przeogromne. Przekłada się to na potencjalne straty inwestorów z wyspy, którzy - powiązani ze światem polityki, prędzej dobrego kumpla-polityka powieszą na najbliższej latarni, niżby mieli pozwolić mu na nieodpowiedzialne wybryki i prowokowanie władz ChRL.

Mechanizm działa nie tylko na "światek" Kuomintangu. Działa także wobec polityków DPP, choćby na byłą już prezydent Tsai Ying-wen, której wypowiedzi były konstruowane z nadzwyczajnym artyzmem tak, aby jednocześnie zadowolić wyborców, a przy tym nie prowokować zakłóceń w interesach. Biznes wszystkich zainteresowanych mógł bez zakłóceń kręcić się dalej.

Reszt sobie dopowiedzcie. To łatwe.

"Ciche telefony" - tajny kanał negocjacyjny

Mimo braku oficjalnych stosunków między reżimami Mao i Czanga, od lat 50. istniał kanał "posłańców pokoju". Emisariusze tacy jak Cao Juren kursowali między Hongkongiem, Pekinem a Tajpej, przekazując osobiste listy od Mao Zedonga do Czang Kaj-szeka. Obie strony do dziś mówią o tym niechętnie, bo narusza to oficjalną narrację o "totalnej wrogości".

Przywódcy przesyłali sobie prezenty o znaczeniu symbolicznym. Mao wysłał kiedyś Czangowi informację o stanie grobów jego przodków w Fenghua, aby pokazać, że "szanuje jego korzenie". W kulturze chińskiej to potężny gest - sygnał, że mimo wojny domowej, wciąż należą do tej samej cywilizacji.

Jedna ciekawostka dotycząca tej komunikacji jest wyjątkowo ciekawa. Poważnym przesądem wśród negocjatorów była wiara w "klątwę trzeciego spotkania". Wierzono, że pierwsze dwa spotkania to kurtuazja, ale trzecie zawsze kończy się zdradą lub przeciekiem do mediów. Dlatego tajni wysłannicy często zmieniali lokalizacje i tożsamości po dwóch rundach rozmów, co nadawało tym relacjom charakteru rodem z powieści szpiegowskich.

"Małe Trzy Połączenia" (xiaosantong ???)

Przed oficjalnym otwarciem granic w 2008 roku, handel między Kinmen a Xiamen (Chiny) odbywał się w "szarej strefie". Rybacy z obu stron spotykali się na morzu, by wymieniać tajwańskie papierosy na chińską wódkę i zioła. Władze tajwańskie przymykały na to oko, bo była to może nie jedyna, a le zawsze jakaś droga dostarczania świeżych produktów na wyspy.

Ale prawdziwie niezwykłym obyczajem było "ślubne pośrednictwo przez cieśninę". Rybacy przekazywali zdjęcia kandydatek na żony, co doprowadziło do powstania tysięcy małżeństw jeszcze przed legalizacją ruchu osobowego. Sprawa, gdy pierwszy raz o niej usłyszałem od miejscowych, wydawała się blagą wymyśloną do wkręcania turystów. Jednak blagą nie jest!

Rybacy z Kinmen często cierpieli na brak kandydatek na żony, ponieważ młode kobiety z wyspy masowo emigrowały do Tajpej w poszukiwaniu pracy. Miasto Xiamen było więc naturalnym zapleczem matrymonialnym, a przy tym Tajwańczyk by atrakcyjną partią z uwagi na ówczesny gradient rozwoju gospodarczego obu krajów.

Przekazywanie zdjęć odbywało się często w puszkach po tajwańskiej herbacie lub w paczkach papierosów Long Life (???). Rybacy żartowali, że "papierosy skracają życie, ale przedłużają ród", bo dzięki nim dochodziło do spotkań rodzin. Istniało przekonanie, że małżeństwo zawarte "przez morze" w czasach zakazu jest szczególnie trwałe, ponieważ przetrwało próbę polityczną. Wierzono, że połączenie krwi z obu stron cieśniny "uspokaja fale" i przynosi pokój regionowi.

Poważnym przesądem było to, że towarów z Chin nie wolno było wnosić do domów bez wcześniejszego "oczyszczenia" dymem z kadzideł. Wierzono, że rzeczy z kontynentu niosą ze sobą "ducha komunizmu" (brak wiary), który mógłby przynieść pecha tajwańskim ołtarzom przodków.

Rywalizacja o pandy i niedźwiedzie

W 2008 roku Chiny podarowały Tajwanowi dwie pandy: Tuan Tuan i Yuan Yuan. Ich imiona złożone razem oznaczają "zjednoczenie". Decydenci DPP początkowo odmawiali przyjęcia zwierząt, widząc w nich "konie trojańskie" propagandy. Spór o pandy był jedną z najbardziej absurdalnych debat politycznych w historii wyspy.

W odpowiedzi Tajwan zaczął promować swojego rodzimego niedźwiedzia czarnego (ang. Formosan Black Bear) jako symbol oporu. Poważnym przesądem stało się wierzenie, że zdrowie pand odzwierciedla stan relacji przez cieśninę.

Dezercje pilotów

W latach 60. i 70. Tajwan hojnie nagradzał chińskich pilotów, którzy uciekali swoimi MiGami na wyspę. Dostawali oni ogromne nagrody finansowe i byli obwożeni po kraju jak bohaterowie. Wielu z nich po latach popadło jednak w zapomnienie lub kłopoty z prawem, co jest tematem, o którym rząd mówi niechętnie.

Nie do końca przemyślanym zwyczajem było zmuszanie tych uciekinierów do publicznego palenia flagi KPCh podczas konferencji prasowych. Wierzono, że taki rytuał definitywnie "odcina" ich od komunistycznych korzeni. Jednak na Tajwanie istniał też poważny przesąd, że tacy ludzie to "podwójni agenci", których należy obserwować do końca życia. Dziwnym aspektem tych ucieczek było to, że Chiny w odwecie oferowały nagrody za ucieczkę w drugą stronę.

Przemyt kultury

W latach 80., przed erą Internetu, tajwańskie filmy i muzyka były w Chinach zakazane - krążyły na czarnym rynku jako kasety wideo. Chińscy obywatele ryzykowali więzienie, by obejrzeć tajwańskie melodramaty. Z kolei na Tajwanie zakazane były filmy z kontynentu, które miały "zbyt dużo czerwieni" w kadrze. Obie strony wierzyły w niemal hipnotyczną moc propagandy wizualnej. Tajwańscy cenzorzy wycinali z filmów wszelkie symbole chińskiej flagi, a chińscy cenzorzy wycinali sceny pokazujące luksusowe życie w Tajpej, by nie budzić zazdrości.

Po roku 2000 nastąpiło coś trudnego do przewidzenia. Chińskie seriale historyczne stały się hitami na Tajwanie, a tajwańskie talk-show stały się kultowe w Chinach. Obie strony do dziś udają, że nie są pod swoim wzajemnym wpływem kulturowym, choć codzienny język obu narodów jest pełen zapożyczeń od sąsiada.

Warto tu podać przykłady, które dla nas mają wydźwięk komiczny. W latach 90. Tajwan oszalał na punkcie seriali kostiumowych produkowanych na kontynencie, szczególnie tych opartych na historii dynastii Qing. Z kolei Chiny zaimportowały tajwański sposób realizacji tzw. "dramatów pałacowych".

Tajwańczycy zapożyczyli od aktorów z ChRL głęboką, teatralną dykcję i historyczne zwroty, a zwłaszcza zhaer - "tak, panie"). Greps szybko stał się częścią codziennego slangu na wyspie. W oryginalnym kontekście miał zastosowanie jako onomatopeiczne potwierdzenie przyjęcia rozkazu, używane przez podwładnych wobec cesarza lub osób wyższych rangą. "Zha!" (?!), przy jednoczesnym wykonaniu lekkiego, teatralnego ukłonu. Na Tajwanie zha! jest odczytywane jako ironia lub lekkie podkpiwanie z przełożonego. Efekt użycia może być bardzo śmieszny, zwłaszcza w moim wykonaniu, optycznie zupełnego outsidera - co przetestowałem przy wielu okazjach. Trzeba jednak uważać, bo można źle wymierzyć lub trafić na osobę obrażalską.

W szczycie popularności zawołanie tuningowano, stąd dodatkowe "er" powyżej. Tajwańczycy, których naturalny akcent jest miękki i pozbawiony retrofleksji (charakterystycznego "r"), celowo wymawiali "zha" z bardzo przesadzonym, pekińskim akcentem. Współcześnie moda na stare seriale przygasła, a slang się zastarzał i wyszedł z mody. "Zha!" czasem można usłyszeć w tajwańskich programach typu talk-show, gdy prowadzący chcą udawać, że są terroryzowani przez swojego gościa.

-

1 Wymowa tajwańska znaku ?, wymowa standardowa to shi)

Jak Tajwan został tygrysem Azji

Od roli podwykonawcy do dominacji półprzewodnikowej

Nota od Autora: pogłębioną analizę spraw geopolitycznych i geostrategicznych związanych z Tajwanem, a zwłaszcza jego pięciem się na drabinie wartości, znajduje się w książce Przetrwanie lub zagłada.

Droga Tajwanu i Hongkongu do miana "Azjatyckich Tygrysów" to nie tylko suche liczby PKB, ale historia przetrwania, adaptacji i głębokiej wiary w metafizyczne wsparcie sukcesu gospodarczego. Tajwan przeszedł drogę od producenta cukru i tanich zabawek do globalnego hegemona w produkcji najnowocześniejszych półprzewodnikowych jednostek logicznych. Oto kluczowe impresje, które pomogą nam zrozumieć drogę, jaką przeszedł Tajwan.

1953. Reforma rolna

"Ziemia dla uprawiających"1 - to jeden z pierwszych elementów tajwańskiego cudu gospodarczego. Po 1945 roku rząd KMT, uciekając z kontynentu, wyciągnął lekcje z porażki i wprowadził program "Ziemia dla uprawiających". Właściciele ziemscy zostali wykupieni akcjami przedsiębiorstw państwowych. To zmusiło dawną elitę do awansu w kierunku przemysłu. Rolników zaś uczyniło właścicielami ziemi ornej. Ten manewr radykalnie podniósł wydajność rolnictwa na wyspie.

Awans w łańcuchu wartości zaczął się tak: Nadwyżki z rolnictwa sfinansowały import pierwszych maszyn do przemysłu lekkiego. Bez tej reformy Tajwan pozostałby gospodarką plantacyjną. Sukces reformy polegał na tym, że rolnik stał się pierwszym "mikro-kapitalistą" wyspy.

Z całym procesem wiąże się niezwykle ciekawy przesąd. Nowo uwłaszczeni chłopi odczuwali strach przed "rozgniewaniem Księcia Ziemi Tudi Gonga poprzez zmianę granic pól. Przejmując ziemię na własność, masowo budowali małe kapliczki na rogach swoich nowych działek, co miało zagwarantować dobre plony.

Potęga naśladowania

Lata 60. to okres "zabawek i parasoli". Tajwan stał się światową fabryką wszystkiego, co tanie. Każde tajwańskie dziecko z tamtego pokolenia pamięta chałupnicze składanie produktów w domu. Taki system pracy "z gościnnego do fabryki" (keting-ji-gongchang ?????) pozwolił Tajwanowi na masową produkcję przy niemal zerowych kosztach stałych. Tajwan był wtedy królem parasoli i plastikowych figurek bożonarodzeniowych. Tajwańczycy potrafili skopiować dowolny zachodni projekt w 48 godzin, co później stało się bazą dla inżynierii odwrotnej bardziej zaawansowanych produktów.

W latach 60. wyspa była wciąż na poziomie "niskiej wartości dodanej". bardzo szybko czyli się jednak przestrzegania standardów jakości, niezbędnego do dalszego awansu. Inaczej mówiąc, etap prostych produktów był dla lokalnych producentów i siły roboczej niezbędnym etapem nauki, który dekady później pozwoli im zdominować rynek najbardziej zaawansowanych procesorów.

Tymczasem w Hongkongu...

Tajwan stawiał na produkcję. Hongkong stał się tygrysem Azji inaczej - dzięki byciu oknem na świat dla izolowanych Chin. Mówiąc nieco poetycko, miasto pod zarządem Brytyjczyków było wąskim gardłem, przez które przepływało w obie strony bogactwo Chin i reszty świata. Skala tego quasi-monopolu Hongkongu sprawiała, że w mieście osadzało się i akumulowało nadzwyczajne bogactwo.

Tu należy wtrącić, że zachodnie wzorce cywilizacyjne, które to wszystko sprzęgały w ultra-wydajny homeostat gospodarczy, były przedmiotem skrupulatnego kopiowania wzorców kulturowych i instytucjonalnych ze strony komunistycznych Chin. Ale to osobna opowieść. Wróćmy do dwóch, wciąż przyszłych jeszcze, tygrysów Azji.

Hongkong zaczął od tekstyliów. Jak opisuje ekonomista i polityk Li Peng-fei (???) w swoich wspomnieniach, Hongkong po 1949 roku zalała fala kapitału i know-how z Szanghaju. Szanghajscy magnaci tekstylni przywieźli ze sobą nie tylko maszyny, ale i rygorystyczny styl zarządzania. To było początkiem.

Fenomenalne miejsce geograficzne w obiegu gospodarczym sprawiło, że Hongkong awansował do finansów i reeksportu. Stał się miejscem, gdzie "Wschód spotyka Zachód" w sposób najbardziej drapieżny. Sukces Hongkongu pokazał Tajwanowi kluczową kwestię. Sama produkcja to za mało - potrzebny jest sprawny system bankowy i prawny.

1974. Dziesięć Wielkich Projektów Budowlanych

Kiedy świat popadł w kryzys naftowy, premier Jiang Jing-guo podjął ryzykowną decyzję o gigantycznych inwestycjach państwowych. Powstała autostrada Północ-Południe. Budowano stalownie i porty.

Jak opisuje natchniony technokrata Li Guo-ding (???), uznawany za ojca tajwańskiej technologii i architekta tajwańskiego cudu gospodarczego, bez tej infrastruktury Tajwan nie zdołałby wykorzystać potencjału cudu gospodarczego, który rozpędzał się właśnie wtedy. To był moment wejścia w przemysł ciężki i chemiczny. Tajwan przestał być "lekki". Ta produkcja stali i petrochemia pozwoliły wyspie na uniezależnienie się od importu surowców do produkcji bardziej złożonych maszyn.

Z budową autostrad wiąże się kolejna ciekawostka związana z religijnością. Przesądem towarzyszącym budowie autostrady było przekonanie, że przecinanie wzgórz budzi "śpiące smoki". Podczas budowy tuneli robotnicy często odmawiali wejścia do środka, dopóki taoistyczny kapłan nie odprawił rytuału udobruchania ziemi. Do dziś na tajwańskich autostradach można spotkać ołtarze poświęcone "Duchom Dróg" - miały one zapobiegać wypadkom.

Zaraz dojdziemy z tą opowieścią do powstania TSMC, więc dodam jeszcze jedną ciekawostkę dotyczącą hysia (mówiąc delikatnie) jakiego Tajwańczycy mają na punkcie rozmaitych przesądów. TSMC nie posiada żadnej fabryki, w której numerze występowałaby cyfra 4.

1980. Narodziny Hsinchu Science Park

Lata 80. to przeskok w tzw. high-tech. To był początek końca ery zabawek i początek ery komputerów. W 1980 roku Tajwan zrobił najbardziej ryzykowny krok. Powołano do działania park technologiczny w Hsinchu, wzorowany na Dolinie Krzemowej w Kaliforni. Jak wspomina Stan Shih (założycielproducenta komputerów Acer) w książce Globalna marka: Droga Acer (???), rząd musiał wręcz błagać tajwańskich naukowców z USA, by wrócili na wyspę.

Dzięki Hsinchu Tajwan awansował do roli projektanta. Acer i Asus pokazały, że Tajwan potrafi budować własne marki, a nie tylko montować komponenty urządzeń, które projektował ktoś inny. To był decydujący moment wyjścia z pułapu średniego dochodu.

1987. Powstanie TSMC i model Foundry

W tym roku na scenie pojawia się Morris Chang i jego geniusz. Chang stworzył coś, co nie istniało w barnży półprzewodników - fabrykę, która nie projektuje własnych czipów, tylko produkuje je dla innych. Ten model biznesowy dosłownie zbudował nasz świat! Stworzył świat w którym żyjemy i nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazi innego.

Model uruchomiony przez TSMC pozwolił małym firmom projektowym z USA konkurować z gigantami jak Intel bez konieczności inwestowania gigantycznych pieniędzy we własne moce produkcyjne. Było to przepotężnym bodźcem dla innowacji w dziedzinie elektroniki.

Dzięki TSMC Tajwan wspiął się na sam szczyt łańcucha wartości. Dzisiaj bez Tajwanu nie istnieje sztuczna inteligencja, smartfony ani samochody elektryczne. Dominacja w produkcji układów logicznych stała się "Krzemową Tarczą" (ang. Silicon Shield) - jej znaczenie gospodarcze dla całego świata jest tak wielkie, że chroni wyspę przed jakąkolwiek zmianą status quo, a więc jakimkolwiek jawnie wrogim działaniem ChRL.

Kryzys roku 1997 zmusił Tajwan do jeszcze większej specjalizacji. Rolnicy i drobni rzemieślnicy ostatecznie ustąpili miejsca inżynierom oprogramowania i biotechnologom. Tajwan zrozumiał, że w globalnej wiosce przetrwa tylko ten, kto ma unikalną technologię, której nie da się łatwo skopiować. Na tę chwilę sztuka ta udaje się w nadzwyczaj imponujący sposób.

Złote dekady taishang - początek końca?

W latach 90. i 2000. tajwański biznes wspiął się na szczyt łańcucha wartości. Koszt robocizny na wyspie zaczął sprawiać, że produkcja stawała się nieopłacalna.

Zbiegło się to w czasie z włączeniem ChRL do systemów obiegu energii i produktów kontrolowanych przez władców światowego systemu - mocarstwa zachodnie. Tajwańscy biznesmeni tytułowi dla tej sekcji tekstu taisheng (?? to termin pochodzący z ChRL) przenosili produkcję na kontynent. To oni byli główną siłą innowacyjną i finansową, stojącą za stworzeniem elektronicznej fabryki świata - przylegającego do Hongkongu miasta Shenzhen.

Tajwański kapitał wykorzystał Chiny jako "ogromną montownię", samemu stając się mózgiem operacji. To pozwoliło Tajwanowi zachować wysoką marżę przy niskich kosztach pracy u sąsiada. Inaczej, brudną i tanią produkcję przeniesiono do Chin kontynentalnych. Centra badawcze, a więc inkubatory innowacji, pozostały na wyspie. Tajwan przestał konkurować ceną pracy, a zaczął konkurować patentami i organizacją pracy.

Współcześnie Tajwan awansuje w stronę gospodarki opartej na danych i sztucznej inteligencji. Przejście od "sprzętu" (Hardware) do "rozwiązań" (Solutions) to obecna walka o najwyższą wartość dodaną.

Chipowa porażka Singapuru i historyczny upadek Japonii

Singapur jest globalnym centrum logistycznym i finansowym, nie zdołał utrzymać tempa w wyścigu o produkcję najbardziej zaawansowanych chipów (logic chips, procesory) głównie z powodu strategicznego przesunięcia kapitału i ograniczeń demograficznych.

Na przełomie wieków Singapur posiadał obiecującego czempiona - firmę Chartered Semiconductor Manufacturing. Była ona trzecim co do wielkości kontraktowym producentem chipów na świecie (foundry). W przeciwieństwie do tajwańskiego TSMC, Chartered nie otrzymał tak silnego i długofalowego wsparcia państwowego w kluczowym momencie transformacji technologicznej.

W 2009 roku, po serii strat finansowych pogłębionych przez globalny kryzys, singapurski holding Temasek podjął decyzję o sprzedaży firmy arabskiemu inwestorowi (GlobalFoundries). To de facto zakończyło marzenia o rodzimej potędze w produkcji najmniejszych nanometrów. Czynnikiem ogólnym tego upadku jest to, że produkcja zaawansowanych elementów pamięci i logicznych jest biznesem rządzonym przez ultra-zaciętą konkurencję. Bez miliardowych nakładów i całego szeregu innych zdolności nikt nie ma szans na dołączenie do gry na najwyższym poziomie.

W przypadku Singapuru barierą okazały się wysokie koszty operacyjne oraz chroniczny brak przestrzeni i zasobów ludzkich. Produkcja chipów w najnowszych technologiach (poniżej 7 nm) wymaga gigantycznych nakładów energii, wody oraz ogromnej liczby wyspecjalizowanych inżynierów pracujących w trybie ciągłym. Singapur, ze swoją niewielką populacją i wysokimi kosztami życia, zaczął przegrywać rywalizację o rentowność z Tajwanem i Koreą Południową. Te dwa ośrodki stworzyły całe ekosystemy dostawców i szkół technicznych, skoncentrowanych wyłącznie na półprzewodnikach.

Ostatnim czynnikiem był brak "efektu skali" i ekosystemu projektowego. Podczas gdy Tajwan obudował TSMC setkami mniejszych firm projektowych i montażowych, Singapur pozostał wyspą nowoczesnych, ale odizolowanych fabryk należących do zagranicznych gigantów, takich jak Micron czy Infineon. Bez własnego, zintegrowanego łańcucha dostaw i przy mniejszej determinacji politycznej, by dotować sektor miliardami dolarów rocznie, Singapur został raczej stabilnym "bezpiecznym portem" dla produkcji średniej klasy podzespołów niż liderem innowacji w dziedzinie układów logicznych.

Zupełnie innym "pacjentem" jest Japonia. Kraj ten miał prymat w układach logicznych w latach 80., ale go stracił. Złożyły się na to trzy sprawy.

Pierwszym jest porozumienie Handlowe z USA w 1986 roku. Pod naciskiem Waszyngtonu Japonia musiała ograniczyć eksport i otworzyć własny rynek na zagraniczne chipy. To zahamowało ekspansję gigantów takich jak NEC, Toshiba czy Hitachi.

Głównym powodem utraty prymatu było jednak przeoczenie modelu "Foundry": Japońskie firmy trzymały się modelu IDM (sam projektuję, sam produkuję). Gdy świat przeszedł na model TSMC (jedna fabryka produkuje dla wielu projektantów), Japonia została z przestarzałymi, nieefektywnymi fabrykami. Sprawę przesądziła przewaga w inwestowaniu w moduły pamięci, które akurat wtedy stały się towarem masowym. Gdy Koreańczycy (Samsung) zaczęli produkować je taniej, japońskie koncerny straciły przychody pozwalające na utrzymanie przewagi technologicznej.

Historie tych trzech porażek to trylogia prawidłowości, które niosą ważne spostrzeżenie. Stawianie Singapuru czy Hongkongu jako przykładu do naśladowania dla Polski jest wręcz szokująco bezmyślnym pozowaniem na mędrca-eksperta. Warunki sukcesu są w przypadku Polski niemożliwe do wypracowania z przyczyn zupełnie innych, niż "wady narodowe Polaków".

Ciekawostka obyczajowa na zakończenie

Masowa migracja kapitału i menedżerów (Taishang) do takich ośrodków jak Dongguan czy Kunshan stworzyła specyficzną próżnię moralną. Odizolowani od rodzin, dysponujący znacznie większymi zasobami finansowymi niż lokalni mieszkańcy Chin, biznesmeni masowo wynajmowali luksusowe apartamenty dla swoich kochanek, tworząc tam kompletne, nieoficjalne gospodarstwa domowe, często z dziećmi, które nie miały pojęcia o istnieniu "pierwszej rodziny" na wyspie.

Zjawisko tworzenia "równoległych rodzin" przez tajwańskich biznesmenów w Chinach Kontynentalnych jest znane pod nazwą ernai (??; dosł. "druga żona"), stało się jednym z najtrudniejszych problemów społecznych Tajwanu lat 90. i początku XXI wieku.

Perypetie te przybierały często formę tragikomiczną, co znalazło odzwierciedlenie w tajwańskiej popkulturze. Klasycznym przykładem były "naloty" zdradzanych żon z Tajwanu, które organizowały się w grupy wsparcia i wynajmowały prywatnych detektywów, by śledzić mężów w Chinach. Do legendy przeszły historie o żonach, które pojawiały się niezapowiedziane w fabrykach w Dong-guan, co doprowadzało do dantejskich scen przed bramami zakładów. Powstały wyspecjalizowane agencje detektywistyczne, które oferowały pakiet "zdobycia dowodów zdrady na kontynencie", co było kluczowe dla uzyskania korzystnego rozwodu na Tajwanie, gdzie cudzołóstwo było karalne aż do jego depenalizacji w 2020 roku.

Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej z bogaceniem się ChRL. "Drugie żony" przestały być jedynie ubogimi dziewczynami z prowincji. Wiele z nich z czasem przejmowało kontrolę nad finansami chińskich filii firm swoich partnerów. Zdarzały się przypadki, gdy po śmierci biznesmena dochodziło do brutalnych wojen o spadek. Bywało i tak, że na pogrzebie pojawiały się dwie grupy dzieci roszczących sobie prawo do nazwiska i majątku. Najsłynniejsze przypadki dotyczyły nawet wysokich rangą dyrektorów z branży technologicznej, których podwójne życie wychodziło na jaw dopiero w momencie ich nagłego powrotu na Tajwan z powodu choroby.

Najgłośniejszym przykładem jest Wang Yung-chinga (???) - założyciel potężnego konglomeratu Formosa Plastics Group, nazywanego "Bogiem Zarządzania". Miał on aż trzy żony! To tak formalnie, gdyż po jego śmierci po udział w spadku zgłosiła się czwarta osoba do podziału - kochanka z dziećmi. Wang pozostawił niejasne dyspozycje testamentowe. Pranie brudów było spektakularne.

Mam z tym zjawiskiem erniang prywatne doświadczenia - związek z dziewczyną urodzoną z tajwańskiej, a więc poszkodowanej zdradą małżeńską żony. Dziewczyna była nieodwracalnie zdewastowana psychicznie tym, co zapewne działo się w jej rodzinie.

-

1 Geng-zhe-you-qi-tian ?????

Aborygeni austronezyjscy

Historia rdzennych mieszkańców Tajwanu (yuanzhumin) to opowieść o przetrwaniu, oporze i niezwykłej adaptacji kulturowej. Jako ludy austronezyjskie, zamieszkują wyspę od tysiącleci, a ich losy splatały się z kolejnymi falami kolonizacji w sposób często tragiczny, ale i fascynujący.

Interakcje między migrantami z prowincji Fujian (Minnańczykami) a Aborygenami nizinnymi (pingpu ??) opierały się na skomplikowanym systemie dzierżawy ziemi. Migranci, chcąc uprawiać ryż, musieli płacić "podatek za polowanie" (fanzu ??) rdzennym właścicielom. Dochodziło do masowych oszustw. Minnańczycy używali sfałszowanych aktów własności lub podstępem upijali wodzów alkoholem jaglanym, by podpisywali niekorzystne umowy.

Poważnym i mrocznym przesądem z tamtego okresu był lęk migrantów przed "łowcami głów". Wierzono, że duchy ściętych osadników błąkają się po polach, dlatego przy granicach wiosek stawiano posągi bóstw z ogromnymi oczami, które miały "odstraszać" wojowników z gór. Z kolei aborygeni wierzyli, że posiadanie czaszki wroga zapewnia pomyślność zbiorom. Zabobony obu stron pogłębiały nieustający cykl przemocy.

Nietypowym obyczajem, o którym Tajwańczycy mówią niechętnie, był handel "mięsem dzikusów" (fanrou). W kronikach z epoki Qing pojawiają się wzmianki o zjadaniu części ciał zabitych aborygenów przez osadników, którzy wierzyli, że ma to właściwości lecznicze. To jedno z największych tabu historycznych dzisiejszego Tajwanu.

Jednym z ikonicznych elementów wizualnych są u aborygenów tatuaże. Dla ludów Atayal i Seediq tatuaż na twarzy był symbolem dorosłości i honoru. Mężczyźni musieli wykazać się odwagą w boju, a kobiety mistrzostwem w tkactwie. Osoby z tradycyjnymi tatuażami twarzy to patis muqi - tatuaż był dowodem dojrzałości i przestrzegania kodeksu gaga (tradycyjnego prawa), Bez tatuażu dusza nie mogła przejść przez "Tęczowy Most" hongo utux do krainy przodków.

"Prawdziwy Człowiek" Sidiq Baleto najważniejsze określenie dla członka plemienia. Słowo Seediq oznacza "człowiek", a Bale oznacza "prawdziwy", "autentyczny". Tylko osoba posiadająca tatuaż twarzy mogła zostać uznana za Seediq Bale (u Seediqów) lub Tayal Balay (u Atayali).

U Atayalów mężczyźni otrzymywali tatuaż na czole oraz na podbródku. Ten drugi był kluczowy - mógł go nosić tylko wojownik, który brał udział w udanej wyprawie i przyniósł głowę wroga (rytuał mgaga). Symbolizowało to krew spływającą po brodzie.

Kobiety otrzymywały szerokie tatuaże na policzkach, ciągnące się od ust do uszu. Były one dowodem, że dziewczyna opanowała skomplikowaną sztukę tkania i jest gotowa do zamążpójścia oraz prowadzenia domu.

Proces tatuowania był rytuałem religijnym prowadzonym przez szamanki, a krew nie mogła być wycierana byle jaką szmatą - musiała wsiąknąć w ziemię, by "nakarmić duchy".

Nóż w pochwie ludu Tsou z Alishan, którego ostrze jest typowe dla Atayalów, odległych o 150 km w linii prostej. Obecny właściciel znalazł go pod podłogą swojego remontowanego domostwa. Prawdopodobnie jest to łup wojenny.

Współcześnie, po okresie zakazu tatuaży wprowadzonego przez Japończyków i KMT, tradycja ta wygasła wśród żyjących starszych osób, ale młodzi Aborygeni zaczynają nosić "tymczasowe tatuaże" podczas festiwali i ceremonii,

Po 1895 roku Japończycy traktowali góry jako zasób drewna kamforowego i złota, a rdzenną ludność jako "przeszkodę". Japończycy wprowadzili rygorystyczny system kontroli aborygenów. Budowali "linie obronne" z drutu kolczastego pod napięciem (pierwsze takie w Azji), by odciąć plemiona od terenów leśnych.

W tamtym okresie aborygeni, podobnie jak inne ludy pierwotne w innych częściach świata, bali się fotografowania. Japońscy antropolodzy masowo robili zdjęcia, a rdzenni mieszkańcy wierzyli, że "czarne pudełko" kradnie ich duszę. Japończycy lewarowali ten przesąd, strasząc oporne wioski, że jeśli nie oddadzą broni, ich twarze zostaną "uwięzione w papierze".

Niezrozumiałym dla Japończyków obyczajem było "wspólne spanie" w domach młodzieży (Palakuwan) u ludu Puyuma. Japończycy uznali to za niemoralne i próbowali zakazać tej praktyki, co doprowadziło do buntu. Było to klasyczne zderzenie cywilizacji: japońskiego purytanizmu z aborygeńską kulturą wspólnotową.

Po 1945 roku reżim Czang Kaj-szeka uznał aborygenów za "górskich rodaków" (shandi tongbao) i siłą zaczął ich asymilować. Zakazano używania języków ojczystych i narzucono naukę języka narodowego. Aborygeni musieli przyjąć chińskie nazwiska, które często były im nadawane losowo przez urzędników. Zwyczajem było nadawanie nazwisk Hanów całym wioskom, nawet jeśli były zamieszkane przez więcej niż jeden klan. Nagle cała społeczność nazywała się "Chen" lub "Lin"

W przekazie edukacyjnym tamtego okresu propagowano przekonanie, że kultura aborygeńska jest "zacofana" i "brudna". W ten sposób celowo generowano ogromne kompleksy wśród młodego pokolenia, które zaczęło wstydzić się swoich korzeni. Walis Nokan współczesny pisarz ludu Atayal, nazwał ten proces "duchowym wygnaniem we własnym domu".

Powszechny na całym Tajwanie napój alkoholowy wytwarzany przez aborygenów to napój niskoprocentowy z prosa (xiaomijiu ???). To więc po prostu sfermentowany napój zbożowy, a nie wódka.

Zawartość alkoholu oscylowała zazwyczaj w granicach 4% - 8%. Fermentacja odbywała się naturalnie przy użyciu śliny (przeżuwanie ziarna przez starszyznę w celu rozbicia skrobi na cukry lub naturalnych kultur drożdży z dzikich ziół. Napój był mętny, bogaty w składniki odżywcze i postrzegany jako "pokarm" oraz niezbędny element rytuałów religijnych. Pito go w dużych ilościach, ale upicie się nim wymagało czasu. Tajwańczycy z nizin często postrzegają to jako przejaw pijaństwa, nie rozumiejąc, że dla Aborygenów alkohol to "woda życia", która łączy światy.Po aneksji wyspy Japończycy wprowadzili na masową skalę alkohole wysokoprocentowe, głównie Sake (ok. 15% - 20%) oraz destylowany Sh?ch? i alkohole ryżowe o mocy od 35% do nawet 50%.

Alkohol odgrywa centralną rolę w kulturze austronezyjskiej, ale interakcje z Japończykami i rządem KMT zmieniły go w narzędzie ucisku. Rząd wprowadził monopol na alkohol, delegalizując tradycyjne domowe bimbrownictwo. Jednym z deklarowanych powodów było uznanie tradycyjnej metody wytwórstwa za niehigieniczne.

Jednym z nietypowych obyczajów jest "plucie alkoholem" w czasie ceremonii. Jest to ofiara dla duchów przodków. Poważnym przesądem jest zakaz warzenia napoju przez kobiety podczas menstruacji - wierzy się, że napitek skwaśnieje, a duchy się rozgniewają.

Plucie alkoholem w czasie ceremonii trzech plemion Amisów w mieście Hualien (2024). Dodatkowe zdjęcie: przygotowane do ceremonii orzechy betel i wódka ryżowa.

Ludy Rukai i Paiwan wytworzyły system hierarchiczny, zwany czasem systemem kastowym. Ich tabu (Gaya lub Pinanaman) dotyczy wszystkiego: od ubrań po motywy zdobnicze. Wzór stugłowego węża może nosić tylko "szlachta". Naruszenie tabu przez zwykłego mieszkańca mogło w przeszłości skutkować wygnaniem z wioski.

Oba ludy budują swoje domy bez użycia zaprawy, z pięknych, niemal czarnych łupków powstałych ze sprasowanego pyłu wulkanicznego. Domostwa z takich kamieni są zadziwiająco odporne na trzęsienia ziemi.

Zwyczajem ludu Rukai jest ozdoba rytualna w postaci kwiatu lilii. Tylko mężczyźni, którzy upolowali określoną liczbę dzików, mieli prawo nosić kwiat za uchem.

Częścią procesu demokratyzacji w latach 80. i 90. były dwa ruchy "Oddajcie nam naszą ziemię" i "Oddajcie nam nasze imiona". Ukute określenie "górskich rodaków" zamieniono na yuanzhumin (dosł. ludy pierwotne), co zapisano w konstytucji z 1994 roku. Tajwańczycy waishengren z nizin mówią o tym niechętnie, gdyż wiązało się to z oddaniem części przywilejów i uznaniem win historycznych KMT. Poważnym przesądem wśród polityków KMT było wtedy wierzenie, że przyznanie praw Aborygenom doprowadzi do "bałkanizacji" Tajwanu i utraty kontroli nad surowcami w górach.

Feestiwal plemienia Natawran ludu Amis w Ji'an. Tańczący zwykle pojeni są wodą lub xiaomijiu, jednak u prawdziwych mężczyzn na zdjęciu w ruch idzie kaoliang.

Ten proces włączania aborygenów w nowoczesne społeczeństwo Tajwanu został oczywiście upolityczniony i włączony w szerszą kampanię wymierzoną przeciw "kolonizatorom" - w rytm i pod dyktando synchronizowanej międzynarodowo marksistowskiej narracji walki z opresją. W czasie moich trwających siedem lat wypraw fotograficznych zebrałem bogate doświadczenie. Pewna część młodzieży aborygeńskiej, ze szczególnym naciskiem na dzieci osób o wysokim statusie, jest radykalizowana i włączana nieformalnych struktur animowanych ideologią nienawiści do wszystkiego, co obce.

W jednym z incydentów chłopak-aktywista, widząc białego - zwyzywał mnie i kolektywnie wszystkich Polaków od "kolonizatorów". Wpadł w taki stan apopleksji, mając okazję wyrzucić, co miał w sercu, że nie było nawet jak wspomnieć i takich sprawach jak Generalplan Ost i ogólnym podsumowaniu naszych zaszłości z Niemcami. Ich idealnym podsumowaniem jest stwierdzenie, że II wojna światowa była okresem, w którym metody kolonialne Niemcy sprowadzili do Europy.

Częścią stadka radykałów, hodowanego w tej operacji psychologicznej jest wspomniany w aneksie polski aktywista, konsultant dra Jacoby. Niezamierzenie dostarczył podpowiedzi o potencjalnej tożsamości podmiotu zarządzającego tym oddolnym ruchem. Aktywista zrugał mnie za używanie nazwy "aborygeni" i zażądał, abym posługiwał się terminem first nations (z ang. pierwsze narody) - kalki z wojen kulturowych toczonych w USA i Kanadzie, całkowicie nieadekwatnej w odniesieniu do Tajwanu.

Podsumowując, te i wiele innych incydentów, ktoś bardzo cierpliwy prowadzi bardzo poważny wysiłek, aby zradykalizować młodzież i - najpewniej - wykorzystać powołane do życia siły do rozbicia ładu społecznego w jakimś wybranym momencie.

Po dłuższym zastanowieniu stawiam następującą hipotezę. Wyraźne motywy wywodzące się z marksistowskich teorii opresji na bliższą metę są ewidentnym dowodem na kontakt i współpracę z ruchami antyzachodnimi wewnątrz krajów takich jak USA czy Australia. Siły te są w USA w nieformalnym sojuszu z podmiotami (aktorami) animowanymi przez organizacje islamistyczne sponsorowane przez reżim irańskich ajatollahów i kartele meksykańskie, których wspólnym celem jest zbudowanie swoich struktur wewnątrz USA, a w dalszej perspektywie rozbicie hegemonii Zachodu1.

Pan Chen (A Li), mistrz pieczenia prosiaka obecny na ceremoniach ludu Bunun.

Na poziomie oficjalnym, w 2016 roku prezydent Tsai Ing-wen jako pierwsza głowa państwa oficjalnie przeprosiła Aborygenów za 400 lat cierpień. Zwróćmy uwagę, że przeprosiła także za okres japoński, do czego nie miała ani mandatu ze strony aktualnego reżimu japońskiego, ani mandatu ludzi, których przodkowie nie mieli nic wspólnego z tym, czego doświadczali aborygeni. Wtedy też powołano Komisję Sprawiedliwości Okresu Przejściowego, która ma badać zbrodnie KMT i Japonii na rdzennej ludności. O okresie "zagospodarowania" wyspy przez kolonizatorów minnańskich jakoś nie wspominano.

Charakter ideologiczny przekonuje mnie, że działania te były co najmniej ukłonem ideologicznym wobec amerykańskich demokratów, z którymi zgodność w zakresie "walki z opresją białego człowieka" jest niemal zupełna.

Patrząc z drugiej strony sam akt przeprosin był wydarzeniem absolutnie wyjątkowym. Był to pierwszy tego typu akt w historii całego regionu. Podczas tych przeprosin było to, że delegacje wodzów przyszły w tradycyjnych strojach, w tym z ceremonialną bronią - ikonicznymi nożami.

KomisjA Sprawiedliwości Okresu Przejściowego

Transitional Justice Commission (?????????) skupiała się głównie na okresie tzw. białego terroru (1947-1987) pod rządami Kuomintangu (KMT), ale jej mandat obejmował również szersze spojrzenie na historię, w tym krzywdy wyrządzone ludności rdzennej.

Do jej najważniejszych osiągnięć należą: Unieważnienie wyroków karnych: Komisja oficjalnie unieważniła wyroki ponad 6000 osób skazanych niesłusznie z powodów politycznych w czasach dyktatury. Dzięki temu rodziny ofiar "odzyskały honor" i mogły ubiegać się o odszkodowania.

Odtajnienie archiwów: Wymuszono na agencjach rządowych i KMT udostępnienie tajnych dokumentów dotyczących inwigilacji obywateli i operacji służb bezpieczeństwa. Sporządzano raporty o represjach wobec Aborygenów: Komisja badała, w jaki sposób państwo (zarówno japońskie, jak i KMT) przejmowało ziemie rdzenne. Efektem było m.in. uznanie przez państwo odpowiedzialności za niszczenie języków i kultur aborygeńskich.

Usuwanie symboli autorytarnych: Przygotowano wytyczne dotyczące usuwania pomników Czang Kaj-szeka z przestrzeni publicznej (szkół, jednostek wojskowych). To najbardziej widowiskowy i budzący największe emocje społeczno-polityczne aspekt ich pracy. Działalność Komisji spotykała się z ogromnym oporem opozycyjnego KMT, który oskarżał ją o "polowanie na czarownice" i instrumentalne wykorzystywanie historii do celów wyborczych.

W kontekście ludności aborygeńskiej, o której rozmawialiśmy wcześniej, Komisja pomogła w sformułowaniu oficjalnych przeprosin państwa wobec aborygenów, które prezydent Tsai Ing-wen wygłosiła w 2016 roku. Były to pierwsze takie przeprosiny w historii Azji Wschodniej. Zainicjowano proces odzyskiwania tradycyjnych nazw geograficznych - na mapach i znakach drogowych obok nazw chińskich zaczęły pojawiać się nazwy w językach takich jak Atayal czy Seediq.

Na Tajwanie istnieje system punktów preferencyjnych dla uczniów aborygeńskich przy rekrutacji do szkół. Budzi to spore kontrowersje wśród Minnańczyków. O tym konflikcie mówi się bardzo niechętnie w oficjalnych mediach, bo uderza on w obraz "zjednoczonego narodu".

Poważnym przesądem wśród uczniów z nizin jest przekonanie, że aborygeni "zabierają im miejsca na studiach", mimo że statystycznie rdzenni mieszkańcy wciąż mają znacznie mniejszy dostęp do edukacji wyższej. Prowadzi to do śmiesznych sytuacji, gdzie dzieci z mieszanych małżeństw "przypominają sobie" o swoich korzeniach tylko przed egzaminami, co aborygeni nazywają "egzaminacyjnymi wojownikami".

Reforma "Certyfikacji Językowej" (od 2006/2007 roku): To najważniejszy punkt zwrotny. Wprowadzono obecny model, który uzależnia ilość punktów za pochodzenie rasowe od znajomości języka przodków. System ten działa do dziś, choć jest regularnie modyfikowany.

W praktyce uruchomiono system 10% i 35%. Dodatkowe 10% punktów dostaje uczeń, który jest zarejestrowany jako aborygen, ale nie posiada certyfikatu znajomości języka ojczystego na poziomie podstawowym. Bonus 35% dostaje uczeń, który posiada certyfikat językowy. Największa krytyka dotyczy dzieci z rodzin aborygeńskich, które od pokoleń mieszkają w Tajpej czy Kaohsiungu, chodzą do najlepszych szkół prywatnych i mają taki sam status ekonomiczny jak ich rówieśnicy Han. Krytycy pytają: "Dlaczego dziecko bogatego lekarza z ludu Amis ma dostawać 35% bonusu, konkurując z dzieckiem biednego robotnika Han?".

Drugą kontrowersją jest nauka języka dla punktów, a nie dla zachowania tożsamości. Egzamin językowy jest często postrzegany czysto instrumentalnie. Uczniowie kują na pamięć odpowiedzi, by zdobyć 35% bonusu i przez to dostać się na prestiżowe uczelnie, jak National Taiwan University, a po egzaminie... zapominają języka.

Pojawiają się patologie podobne do amerykańskich, będących efektem zdelegalizowanej niedawno akcji afirmacyjnej wobec ludności murzyńskiej. Tajwańscy studenci, którzy dostali się dzięki bonusom, często zmagają się z tzw. "piętnem punktów". Rówieśnicy Han (w tym Minnańczycy) czasem sugerują, że Aborygeni "ukradli" miejsce zdolniejszym. Prowadzi to do izolacji uczniów-beneficjantów i ich problemów z samooceną - mimo że formalnie miejsca dla nich są często w ramach osobnych kwot, tzw. out-of-quota, które, nawiasem mówiąc, są oczywistą fikcją.

Zwolennicy systemu (w tym rząd i organizacje aborygeńskie) argumentują, że 35% to nie jest "prezent", ale forma zadośćuczynienia za dekady dyskryminacji, przymusowej asymilacji i niszczenia języków. Twierdzą, że bez tak drastycznego impulsu, rdzenni mieszkańcy nigdy nie przebiją się przez szklany sufit strukturalnego ubóstwa.

Już na zakończenie coś pozytywnego. Nietypowym obyczajem w szkołach górskich jest wprowadzanie lekcji polowania, tkactwa i uprawy roślin. Rząd faktycznie zasypuje aborygenów i szkoły w ich wioskach górami pieniędzy. Finansowane są lekcje języka, zajęcia takie jak nauka oprawiania dzika, śpiew, tradycyjne rzemiosło. Byłem zapraszany wielokrotnie na finansowane przez administrację lokalną ceremonie, bicie tucznika, poświęcania nowobudowanych tradycyjnych chat i wiele innych wydarzeń. Rząd robi pierwszorzędną robotę, aby uratować kultury aborygeńskie przed wymarciem. Mają u mnie absolutną piątkę z plusem.

Usiąść przy ogniu w chłodny grudniowy dzień...Scenka z plemienia Kenting ludu Bunun.

Ostatnim słowem dodam, że w infosferze i blogosferze tajwańskich obcokrajowców krążą opinie które są wręcz porażającymi bzdurami. Głoszoną poważną przestrogą jest informacja, jakoby turyści wchodzący do świętych lasów bez pozwolenia szamana przynoszą ze sobą "miejski brud", który obraża duchy drzew. Nie ma to pokrycia w znanych mi praktykach. Lasy, poza jakimiś tajnymi, bardzo trudno dostępnymi miejscami, a są takie, są publiczne. Inną konfabulacją są konfrontacje z turystami, którzy próbują zbierać zioła lub kamienie, co dla lokalnych mieszkańców jest kradzieżą. Takie opowieści czasami głoszą sami aborygeni. W jednym epizodzie pewien człowiek usiłował mnie wkręcić i przekonać, że mogę śmiało wejść w krąg tańczących. U Amisów jest to absolutne tabu. W dużych plemionach, tabu zawieszane jest wyłącznie na wyraźne, publiczne zarządzenie naczelnika plemienia. Taki zaszczyt spotkał mnie zaledwie dwukrotnie.

Innymi słowy, trzeba uważać, co się robi. Tym bardziej, że okolice czasowe festiwalu to czas picia także ponad umiar. Łatwo o nieporozumienie i sprzeczkę.

-

1 Osobom sceptycznym wobec powyższych słów przypominam kazus aktywizmu w zakresie elektrowni atomowych na Tajwanie, zob. s. 458. Hipotezę tę stawiam z pełną powagą. Zestaw faktów i ich analizę zamieściłem w książce Oni albo my! t. 2, przede wszystkim w rozdziale Ideologia dekolonizacji.

Projekt cywilizacyjny Republiki Chińskiej

Ideologia napędzająca powstanie współczesnych Chin

Przełom XIX i XX wieku, to dla Hanów okres, w którym ostateczny upadek dynastii Qing, a więc władzy Mandżurów, zbliżał się ku nieuchronnej zapaści.

Dla ludzi dobrze wyedukowanych i znających historię swojej cywilizacji było jasne, że nad Chinami wisi widmo chaosu międzydynastycznego. Jest to okres trwający zwykle około kilkadziesiąt lat, w którym następuje polityczny rozpad, upadek handu, produkcji żywności i wszelkie inne wyobrażalne i niewyobrażalne nieszczęścia.

Elity Hanów, energetyzowane patriotyzmem i wizją zrzucenie z siebie jarzma wszelkich obcokrajowców, Mandżurów i nie tylko, zdawały sobie sprawę, że tym razem barbarzyńcami, którzy dokonają dzieła zniszczenia będą zachodnie mocarstwa kolonialne oraz Japonia. Przybysze górowali nad Chinami w postępie technologicznym, nauce, inżynierii, instytucjach, systemach prawnych... we wszystkim.

Oczywistą stała się potrzeba skopiowania i zaszczepienia wszystkich wzorców kulturowych, które były podstawą przewagi cywilizacyjnej europejskich mocarstw kolonialnych. Proces ten z sukcesem zrealizowali Japończycy - przyjmowali do siebie inżynierów, architektów, wojskowych... wszystkich. Sami także wysyłali w świat całe wyprawy, mające podpatrzeć to, jak działają społeczeństwa USA i państw zachodu Europy. Efektem tej aktywności było zainicjowanie przez Japonię projektu imperialnego, co Hanowie odczuwali niezwykle boleśnie i dobitnie.

Skracając tą opowieść do niezbędnego minimum, w drugiej dekadzie XX wieku w Chinach pojawiły się dwa "projekty cywilizacyjne". Termin ten jest krytyczny dla zrozumienia zasadniczo całej współczesnej cywilizacji nie tylko chińskiej, ale i globalnej. Jednym projektem, wokół którego powołano do życia Republikę Chińską w 1912 roku, było zmodernizowanie mentalności mieszkańców Chin tak, aby nastąpił rodzaj fuzji najwartościowszych wzorców zachodnich i chińskich. Chrześcijańskich i konfucjańskich.

Projektem konkurencyjnym stał się ośrodek woli geopolitycznej, na którego czele stanął Mao Zedong. Ten projekty cywilizacyjny był inspirowany w swojej najgłębszej, filozoficznej warstwie, marksistowską wizją świata i natury ludzkiej, mającej w pakiecie konfrontację z "kapitalizmem". Inspiratorami i pomocnikami z zagranicy byli sowieccy i bolszewiccy władcy formującej się wtedy tzw. Rosji Sowieckiej.

Chińska wojna domowa to proces wielopłaszczyznowy - odsyłam tu do motta mojego podkastu: multiple plains of causality, czyli wielość płaszczyzn przyczynowości. Dwa ośrodki polityczne, które toczyły działania także zbrojne na terenie Chin, a więc ten pod wodzą Mao i ten kierowany przez Czang Kaj-szeka, miały bardzo -wręcz szokująco - zbieżne podstawy ideologiczne. Najważniejsze było wyrugowanie z umysłów mieszkańców państwa środka starych struktur percepcji rzeczywistości i budowania spójności społecznej.

Po lewej: pierwotna flaga RCh, na której każdy pas to jedna z pięciu głównych grup etnicznych ówczesnych Chin. Po prawej współczesna flaga ChRL, na której Hanowie są dominującą, największą gwiazdą.

Projekt I ...i rewolucja kulturowa

Ikonicznym elementem rewolucji była niesławna Czerwona Gwardia (Hunwejbinowie, właśc. hongweibing). Gwardia była siłowym narzędziem służącym do realizacji zadania: Wykorzenić wszystko, co kojarzyło się z "feudalną i burżuazyjną" przeszłością Chin. Hasłem ideologicznym, które napędzało ten wysiłek było "zniszczenie czterech złych rzeczy" (chu si hai ???):

Stare Idee (???): Tradycyjne koncepcje filozoficzne, religijne (konfucjanizm, buddyzm, taoizm) i wartości rodzinne, które uznano za sprzeczne z myślą Mao. Stara Kultura (???): Teatr (opera pekińska w starej formie), literatura klasyczna, malarstwo tradycyjne oraz wszelka sztuka niemająca charakteru rewolucyjnego. Stare Zwyczaje (???): Tradycyjne święta, obrzędy pogrzebowe i weselne, a nawet codzienne zachowania, które uznano za "reakcyjne". Stare Nawyki (???): Sposób ubierania się, fryzury, biżuteria, a nawet nazwy ulic czy sklepów nawiązujące do historii Chin.

Metodami były m.in. masowe palenie książek, niszczenie bezcennych zabytków i świątyń, prześladowania intelektualistów oraz publiczne upokarzanie osób, które posiadały w domach "stare" przedmioty (np. antyki czy rodowe pamiątki). Niszczono księgi klanowe zupu ??). Nie było jedynie aktem wandalizmu wymierzonym w "stare idee", ale precyzyjnym uderzeniem w fundamenty ekonomiczne i prawne dawnej chińskiej wsi. Księga klanowa była w tradycyjnych Chinach "aktem własności. Ziemia rolna często nie należała do jednostek, lecz do rodów (klanów). Księgi klanowe służyły jako dowód prawny określający, kto ma prawo do uprawy wspólnych pól klanowych, z których dochód finansował m.in. edukację dzieci z rodu czy utrzymanie świątyń przodków.

Paląc zupu, komuniści niszczyli jedyny fizyczny dowód na to, że dana ziemia kiedykolwiek należała do konkretnej linii rodowej. Bez ksiąg roszczenia klanu do ziemi stawały się prawnie niebyłe.

Komuniści rozbijali "państwa w Państwie". Klany były potężnymi strukturami samorządowymi, które posiadały własne sądownictwo, systemy irygacyjne i spichlerze. System rodowy stanowił konkurencję dla władzy partii. Ziemia klanowa była spoiwem jednoczącym wieś wokół starszyzny, a nie wokół lokalnych komitetów partii. Likwidacja własności ziemskiej i przekazanie jej do komun ludowych wymagało całkowitego wymazania pamięci o tym, kto był jej historycznym właścicielem. Na marginesie, dokładniusieńko to samo robił przez całe średniowiecze kościół katolicki w całej Europie - oba reżimy likwidowały swoją klanową konkurencję!

Księgi klanowe były także gotową listą proskrypcyjną. Zawierały szczegółowe dane o potencjalnych wrogach klasowych - o drzewie genealogicznym, posiadanych majątkach i statusie społecznym członków rodu. Czerwona Gwardia wykorzystywała zupu, aby precyzyjnie wskazać, kto pochodzi z rodziny obszarniczej lub bogatych chłopów. Niszczenie ksiąg następowało często po tym, jak wyciągnięto z nich informacje służące do publicznych sesji upokarzania i konfiskaty pozostałego majątku.

Równolegle niszczono kult przodków, co równało się usunięciu potężnej bariery psychologicznej. Ziemia rolna była postrzegana jako dar od przodków, który należy przekazać potomnym. Na ziemi tej znajdowały się grobowce, którymi kolejne pokolenia musiały się opiekować. Ten kulturowy imperatyw uniemożliwiał pełną kolektywizację. Poprzez spalenie ksiąg klanowych (często publicznie na placach wiejskich), partia zrywała duchową więź rolnika z ziemią jego dziadków. Rolnik przestawał być powiernikiem dziedzictwa rodu, a stawał się robotnikiem rolnym w służbie państwa.

Podczas gdy na kontynencie księgi klanowe płonęły na stosach, na Tajwanie (w ramach ruchu Odrodzenia Kultury Chińskiej zainicjowanego przez Czang Kaj-szeka w odpowiedzi na rewolucję kulturową) genealogia stała się niemal świętością. Tajwańczycy do dziś pieczołowicie przechowują zupu, a wiele rodów z kontynentu, które straciły swoje archiwa, przyjeżdża na Tajwan (lub do Hongkongu), by odtworzyć swoje drzewa genealogiczne na podstawie tutejszych kopii.

Projekt II Republika Chińska i jej starożytne motto

Praktycznie wszyscy eksperci zachodni zajmujący się historią Chin w XX wieku przeoczają kluczowe kwestie filozofii cywilizacji, z koncepcją ultrakooperacji naczele. Jej centralnym elementem jest zniszczenie struktur klanowych i zastąpienie ich tzw. bezosobową prospołecznością.

Bardzo tutaj zachęcam was do przeczytania eseju "Zaufanie - prawdziwy smar do osi tego świata" oraz "Chrześcijański projekt cywilizacyjny" z mojej książki Siły psychohistorii. Niektórzy z was, mam pewność dostaną wręcz wizji tego, o co chodzi w projektach cywilizacyjnych i budowaniu ultrakooperacji. A wtedy wszystko, co widzicie w dzisiejszym świecie, "zatrybi" i ułoży się w Prawdę. Te doświadczenie będzie waszą rewolucją percepcyjną, której doznał uczestnik "Gry" w kultowym filmie z Michaelem Douglasem. Jeden filmowych z uczestników swoje oświecenie i nowo nawiązany kontakt rzeczywistością opisał prosto: "I was blind, but now I see1.

Postument Ojca Narodu w Mauzoleum Sun Jat-sena w Tajpej.

Ultrakooperacja to zdolność nawiązywania relacji zaufania oraz kooperacji z osobami nieznajomymi - z poza klanu lub kręgu rodzinnego. Na tym zjawisku oparty jest zarówno rdzeń chrześcijaństwa, jak i konfucjanizmu. W chrześcijaństwie czynem założycielskim i drogowskazem dla wydobycia się z okowów mentalności plemiennej było poświęcenie się Syna Bożego. Jezus, osoba o najwyższym statusie oddał życie za wszystkich, nawet nie-chrześcijan.

W tradycjach konfucjańskich mamy zaś ideę Wielkiej Jedni, (Datong ??), utopijnej harmonii społecznej, którą osiągnięto w czasach legendarnych. To takie wzorce władców jak legendarny Cesarz Yao (?), który zapoczątkował tradycję znaną jako shanrang (??), czyli dobrowolne przekazanie tronu osobie najbardziej godnej i utalentowanej, zamiast własnemu potomkowi. Jest to absolutny fundament konfucjańskiego ideału rządów merytokratycznych, ale też ideał ultrakooperacji!

Innym jej wzorem jest pradawny Yu, który tak poświęcił się czynowi założycielskiemu cywilizacji, zadaniu uregulowania Rzeki Żółtej, że echem grzmiącym przez eony i millenia Chińczycy po kres kresów czasu będą przywoływać pamiętne słowa: "Wieki Yu trzy razy pomimo domu przechodził, lecz ni razu nie zaszedł".

Rozumiecie teraz? To idziemy dalej.

Spiżowe słowa, które stały się mottem Republiki, pochodzą z Księgi Rytuałów (Liji ??) - opisują erę Wielkiej Jedni. Pełny passus brzmi:

?????????? Da dao zh? xíng yě, ti?nxia w?i g?ng

Przekład: "Gdy podąża się Wielką Drogą (Tao), świat (wszystko pod niebem) należy do wszystkich (jest dobrem publicznym)". W tym kontekście gong (?) oznacza coś publicznego, sprawiedliwego i bezstronnego, w przeciwieństwie do si (?), czyli prywatnego interesu lub dynastycznego posiadania państwa na własność.

Popiersie Sun Jat-sena i motto Republiki Chińskiej w dawno opuszczonej szkole podstawowej gdzieś hen, w górach południa Tajwanu. Wizualnie zdjęcie takie sobie, ale ładunek symboliczny, przynajmniej dla mnie, jest więcej niż porażający.

Eksperci i eseiści opisujący ideały Republiki nie rozumieją implikacji w kontekście oprogramowania kulturowego, które Ojciec Narodu chciał zainstalować w umysłach swych ziomków. Sam Sun, choć nie znał pojęcia ultrakooperacji, rozumiał jej ideę tak dobrze jak... wy, którzy - mam nadzieję - doczytali dwa rekomendowane przed chwilą rozdziały.

Mentalność plemienna, klanowość struktury społecznej i inne cechy Homo Sapiens, które trzeba wykorzenić, aby rozbić niewidzialny sufit blokujący ludzi przed stworzeniem Wielkiej Cywilizacji, to coś, co Sun Jat-sen chciał stworzyć dokonując fuzji obu kultur. Coś, co wyjątkowo dobitnie pokazuje natchniony esej Norvella B. de Atkine pt. "Dlaczego Arabowie przegrywają wojny". Atkine pokazał, jak hierarchie i różnice statusowe wewnątrz i między plemionami uniemożliwiały arabskim armiom wygenerowanie spójności (z ang. unit cohesion), przez co skazani byli na porażkę z armią Izraela, funkcjonującą wedle wzorców zachodnich.

I na Tajwanie, pośmiertnie i rękami "bandyty" i "mordercy" Czang Kaj-szeka (to inwektywy niewdzięczników--beneficjentów tego dzieła), udało mu się tego w znacznym zakresie dokonać!

"Podążenie Wielką Drogą" polega na zrozumieniu, czym jest zjawisko czy też sposób działania wspólnoty ludzkiej, który nazywamy ultrakooperacją, i zdolność do doprowadzenia zjawiska do optymalnego działania.

Dodam na koniec, że w chińskim kodzie kulturowym podążać drogą Wielkiego Dao, albo pojąć Dao to zrozumieć Naczelną Zasadę, czyli to, jak działają prawa Natury, w tym natury ludzkiej... a więc natury działania ludzkich zbiorowości. O tym, że władca i wódz winni kroczyć drogą Dao i uzyskać jedność z poddanymi i podwładnymi, pisze autor Sztuki wojny już na początku swojego traktatu.

Na tą jedność składa się percepcja wspólnej przeszłości, poczucie wspólnego losu i mit energetyzujący w postaci wizji motywującej jednostki do poświęcenia się na rzecz stworzenia wspólnej, świetlanej przyszłości dla potomków nawet nie własnych, ale innych członków tej społeczności.

Dewastacja, oszkalowanie i zniszczenie tych potężnych sił to strategiczny, końcowy cel strategiczny operacji psychologicznej, której celem aktualnie jest tzw. Kolektywny Zachód. Mao rozumiał te sprawy tak dobrze jak obaj Sunowie - starożytny Sun Zi i Ojciec Narodu Sun Jat-sen.

Twarzą skierowany na południe1 postument Czang Kaj-szeka w porzuconej, ale chyba wciąż odwiedzanej świątyni na północ od miasta Taichung. Kat, oprawca... I współtwórca prosperity nienawidzących go mieszkańców wyspy Tajwan.

Oryginalna ideologia Sun Yat-sena

Oryginalna ideologia Sun Jat-sena, sformułowana na początku XX wieku, była wizją radykalnej modernizacji Chin, która miała połączyć zachodnie osiągnięcia z konfucjańskim kręgosłupem moralnym. Kontynuatorzy dzieła Suna nie widzieli w Tajwanie "tymczasowej bazy", lecz postrzegał całe Chiny jako gigantyczny projekt inżynierii społecznej. Oto kluczowe filary dalekosiężnych planów w kontekście misji cywilizacyjnej Han.

Trzy Etapy Budowy Państwa (Teoria Tranzycji)

Sun Jat-sen uważał, że naród chiński po wiekach ucisku cesarskiego nie jest gotowy na natychmiastową demokrację. Zaplanował więc proces "wychowania politycznego", który dzielił się na trzy fazy:

Okres Militarny: Zjednoczenie Chin siłą i usunięcie tzw. warlordów (używanie terminu "watażkowie" jest bardzo mylące). Okres Opieki Politycznej (xunzheng): To kluczowy element misji cywilizacyjnej. Partia (KMT) miała pełnić rolę edukatora i nauczyciela narodu, ucząc masy, jak korzystać z praw obywatelskich. Okres Konstytucyjny: Pełna demokracja.

Na Tajwanie KMT wykorzystało ten plan jako uzasadnienie dla dekad stanu wyjątkowego, twierdząc, że mieszkańcy wyspy wciąż znajdują się w fazie "opieki" i muszą zostać "doedukowani", zanim otrzymają pełną wolność. Choćby ich trzeba było przy tym powybijać co do jednego... Trawestuję klasyczny, anonimowy greps (ang. quip).

Sun miał niezwykle nowoczesną i ambitną wizję ekonomiczną, którą opisał w swojej książce z 1920 roku. Zakładał on, że Chiny muszą stać się globalnym centrum przemysłowym poprzez gigantyczne inwestycje infrastrukturalne, finansowane przy udziale kapitału zagranicznego (co było wówczas rewolucyjne).

Sun wierzył, że modernizacja techniczna jest obowiązkiem rasy Han wobec świata. Uważał, że Chiny muszą dogonić Zachód w "materii", aby móc zaproponować światu swoją wyższość w "duchu". To te plany, ten mit energetyzujący, stały się inspiracją dla późniejszego "Cudu Gospodarczego" na Tajwanie. Oto jego trzy filary:

Pięciowładztwo (wuquan xianfa ????), czyli synteza Wschodu i Zachodu. Sun chciał stworzyć unikalny system polityczny, który naprawiałby błędy zachodnich demokracji. Do klasycznego trójpodziału władzy (ustawodawcza, wykonawcza, sądownicza) dodał dwie instytucje wywodzące się z tradycji cesarskich Chin: Yuan Egzaminacyjny: Odpowiedzialny za selekcję urzędników na podstawie merytokracji (kontynuacja systemu egzaminów urzędniczych). Yuan Kontrolny: Pełniący rolę wysokiej izby audytowej i antykorupcyjnej (odpowiednik dawnych cenzorów cesarskich).

Dla Suna misja cywilizacyjna Han polegała na tym, by nie kopiować ślepo Zachodu, lecz udoskonalić demokrację za pomocą sprawdzonych, chińskich mechanizmów administracyjnych. System ten do dziś (formalnie) funkcjonuje w strukturze rządu na Tajwanie.

Podsumowując: Sun Jat-sen marzył o Chinach, które są technologicznym gigantem rządzonym przez merytokratyczną elitę, wychowującą naród do wolności. Na Tajwanie te plany zostały w dużej mierze zrealizowane... ale w skali mikro - wyspy. W dodatku w sposób często znacznie bardziej autorytarny, niż zakładał to sam Sun w swoich pismach z początku wieku.

TrzyZasady Ludowe

Rząd Republiki Chińskiej (KMT), przybywając na Tajwan w 1949 roku, nie postrzegał wyspy jako nowego państwa, lecz jako tymczasową bazę operacyjną "prawdziwych Chin". Ideologia Trzech Zasad Ludowych (Sanmin Zhuyi) autorstwa Sun Jat-sena stała się fundamentem tej misji, mającej na celu przekształcenie "zniekształconego" przez Japonię Tajwanu w modelową prowincję konfucjańską.

1. Zasada Nacjonalizmu (Minzu): "Odzyskanie" Duszy Han. Dla rządu KMT Tajwańczycy po 50 latach kolonizacji japońskiej cierpieli na tzw. "zatrucie niewolnictwem" (nuhua). Misja cywilizacyjna zakładała, że należy ich "re-sinicyzować", czyli przywrócić im tożsamość Han oraz poczucie sprawczości. Wprowadzono rygorystyczną politykę jednego języka (Guoyu), zakazując używania taiyu i japońskiego w sferze publicznej. Ten element jest ikonicznym elementem Białego Terroru, na który mieszkańcy benshengren psioczą - z całkowitą racją - po dziś dzień.

Tu potrzebujemy nieco kontekstu. Nacjonalizm Suna zakładał jedność pięciu grup etnicznych Chin pod przewodnictwem Han. Jeśli to komuś z was przypomni ideologię rezydującej w Pekinie KPCh, to trafił w dziesiątkę. Przy tym na Tajwanie bycie nowoczesnym obywatelem oznaczało nierozerwalne związanie z biegłością w kulturze wysokiej (literatura klasyczna, pismo tradycyjne), którą przywieźli ze sobą waishengren.

2. Zasada Praw Ludu (Minquan): Konfucjanizm jako tarcza przed komunizmem. Podczas gdy Mao Zedong na kontynencie niszczył "Cztery Stare Zła", rząd na Tajwanie ogłosił się jedynym spadkobiercą 5000 lat historii Chin. Misja cywilizacyjna polegała na udowodnieniu, że Trzy Zasady Ludowe są lepszą, "humanitarną" alternatywą dla marksizmu. Edukacja obywatelska opierała się na konfucjańskich cnotach: Zhong (Lojalność), Xiao (Pobożność synowska), Ren (Miłosierdzie/Humanizm) i Ai (Miłość). Celem była budowa społeczeństwa zdyscyplinowanego, hierarchicznego i lojalnego wobec państwa. Uważano, że "ucywilizowany Han" to człowiek prawy moralnie, co miało legitymizować rządy KMT jako rządy "mandatu niebios" w opozycji do "barbarzyńskiego" ateizmu komunistów.

3. Zasada Dobrobytu (Mínsh?ng). Trzecia zasada Sun Jat-sena dotyczyła sprawiedliwości społecznej. Misja cywilizacyjna Han miała udowodnić, że można przeprowadzić reformę rolną bez krwawej rewolucji i dewastacji, jakie nastąpiły na kontynencie.

Napis propagandowy na kontrolowanej przez RCh wysepce Erdan, między Kinmen a należącym już do ChRL miastem Xiamen. Napis na użytek turystów płynących promem to "Trzy Zasady Ludowe zjednoczą Chiny". Zdjęcie z kwietnia 2010 - rarytas. Szukałem dla was przez chyba godzinę w moich archiwach. Promy nie kursują tym torem wodnym od 2014 roku..

Reforma rolna "Ziemia dla rolnika", przeprowadzona w 1953 roku (pamiętacie?), złamała potęgę dawnej tajwańskiej arystokracji ziemskiej (często pro-japońskiej) i stworzyła klasę średnią lojalną wobec rządu. Efekt: Przekształcono strukturę społeczną wyspy z feudalno-kolonialnej w nowoczesną, kapitalistyczną gospodarkę. Z perspektywy rządu była to realizacja "cywilizowanego postępu" - Hanowie nie tylko przynieśli kulturę i etykę, ale także modelowy dobrobyt, który miał być przykładem dla całego świata chińskiego.

Podsumowując: Misja cywilizacyjna rządu RCh polegała na stworzeniu na Tajwanie "lepszych, bardziej autentycznych Chin". Było to połączenie surowej dyscypliny kulturowej Han z nowoczesnymi reformami gospodarczymi Suna, co miało przygotować wyspę do roli "latarni wolności", która pewnego dnia oświetli i odzyska Chiny kontynentalne. Niestety, nie wyszło.

A nieco żartobliwie... A wyście myśleli, że awantura o Tajwan to tylko jakieś strzelanie rakietami i manewry w Cieśninie Tajwańskiej? Albo jakieś tam TSMC? Nie! To wręcz epicki konflikt, który rozgrywa się na płaszczyznach kompletnie niedostępnych percepcji twórców i konsumentów mediów społecznościowych, a nawet ekspertów, którzy nabijając sobie ego i oglądalność, pozują na mędrców czy jasnowidzów.

Ci, którzy decydują o tych zmaganiach, decydują w swoim własnym przekonaniu o losie i kształcie całej ludzkiej cywilizacji. I dobrze są przekonani.

Nawiasem mówiąc, to właśnie struktura tego konfliktu stała się inspiracją zarówno do motta mojego podkastu geopolitycznego - mutiple plains of causality, jak i do napisania studium pt. Siły i kontrsiły.

Post Scriptum. "Nacjonaliści"

Na koniec musicie zrozumieć poważane nieporozumienie, polegające na nazywaniu kuomintangowców "nacjonalistami. Takie etykietowanie jest powszechne w języku angielskim i przeniknęło także do polskojęzycznego dyskursu na temat historii Chin.

Kontrsiła i konkurencja polityczna wobec Republiki Chińskiej, a więc komuniści pod wodzą Mao, to także "nacjonaliści". Oba rywalizujące o władzę nad Chinami podmioty miały na sztandarach wypisane ustanowienie Chin jako państwa narodowego, wolnego od obcych wpływów. Na przyjęcie takiej wizji naprowadzi was choćby formalna nazwa armii ChRL -Chińska Armia Narodowo-Wyzwoleńcza.

Jedną z przyczyn błędnej konceptualizacji jest to, że komuniści chińscy byli wspierani przez Rosję Sowiecką (ZSRS), a energetyzowani międzynarodowym charakterem ideologii marksistowskich. Rozdźwięk w płaszczyznach przyczynowości - ideologicznej i narodowowyzwoleńczej - był jedną z przyczyn politycznego rozwodu między ChRL a ZSRS. Mao, podobnie do przywódcy Korei Północnej, dość szybko zorientował się, że bratania przyjaźń oznaczała uczynienie z Chin "junior-partnera" Sowietów i wyzysk gospodarczy, któremu podlegała m.in. Polska. Rozstanie nastąpiło m.in. przy chińskim programie atomowym. Chińscy naukowcy musieli swoją bombę ukończyć sami.

-

1 "Byłem ślepy, lecz teraz przejrzałem". To trawestacja wersu J 9,25 Nowego Testamentu. W filmowej przeróbce znaczenie jest inne, potoczne - chodzi o to, że wypowiadający doznał oświecenia bądź nagłego olśnienia.

1 Znaczenie wyjaśnione na s. 465

Religijność taoistyczna

Taoizm na Tajwanie to żywy, pulsujący system, który przetrwał próbę czasu dzięki swojej niezwykłej elastyczności. W przeciwieństwie do Chin kontynentalnych, gdzie taoizm został mocno sformalizowany lub ograniczony, na wyspie stał się on fundamentem życia codziennego, łącząc magię, biurokrację niebiańską... i technologię.

Przed przybyciem Japończyków, taoizm na Tajwanie odzwierciedlał strukturę imperialną Chin. Bóstwa nie były tylko postaciami mitycznymi, ale urzędnikami w gigantycznym aparacie administracyjnym. Każda wioska miała swojego "Księcia Ziemi" (Tudi Gonga), który pełnił rolę sołtysa i musiał raportować o zachowaniu mieszkańców do wyższych instancji.

W czasach japońskich ta hierarchia stała się narzędziem oporu. Kiedy Japończycy próbowali wprowadzić Shinto, Tajwańczycy twierdzili, że ich bogowie mają "wyższe stopnie urzędnicze" nadane przez Nefrytowego Cesarza. Taoistyczne świątynie służyły jako miejsca podtrzymywania tożsamości narodowej, gdzie bóstwa były "strażnikami chińskiego porządku" w obliczu kolonizacji.

W okresie tzw. białego terroru, przede wszystkim w latach 50. i 60., rząd Kuomintangu patrzył na taoizm z podejrzliwością. Obawiano się, że tajne stowarzyszenia taoistyczne mogą stać się zarzewiem buntu.

Zabawną cechą tej hierarchii niebiańskiej jest to, że bóstwa, podobnie jak urzędnicy, mogą zostać "zdegradowane" lub "awansowane". Jeśli świątynia nie przynosi wiernym szczęścia, bóstwo może zostać "zwolnione" - jego posąg zostaje wyniesiony, a na jego miejsce zaprasza się inne, bardziej skuteczne. Aha! Więc tajwański taoizm uczy, że nawet bogowie muszą dbać o swoje KPI (kluczowe wskaźniki efektywności).

Ekipa jednej ze świątyń właśnie zakończyła rytuał przed restauracją i zainkasowała czerwoną kopertę.

Rzeźba bóstwa w taoizmie tajwańskim nie jest święta, dopóki nie przejdzie rytuału kaiguang (otwierania oczu). Mistrz taoistyczny używa pędzla zamoczonego w krwi koguta lub cynobrze, by zaznaczyć oczy, uszy i usta posągu. Bez tego rytuału bóstwo jest tylko kawałkiem drewna. Po nim - staje się "aktywnym nadajnikiem" połączonym niebem.

W okresie japońskim rytuał ten był często wykonywany potajemnie. Japończycy konfiskowali "nieaktywne" posągi, ale bali się dotykać tych, które przeszły kaiguang, obawiając się klątwy.

Drugą częścią rytuału było rusheng - umieszczenie wewnątrz posągu żywego stworzenia, zazwyczaj pszczoły lub pająka. Wierzono, że rodzaj zwierzęcia zamkniętego w posągu determinuje charakter boga - pszczoły czyniły go pracowitym i szybkim w działaniu. Ten drugi zwyczaj, współcześnie modyfikowany przez użycie atrapy owada, był dla mnie tak trudny do uwierzenia weń, że mając okazję dostępu do kilku starych rzeźb z zamykanych świątyń, dokonałem inspekcji pleców postaci. Faktycznie - otwór na zwierzątko był obecny!

Jednym z najbardziej szokujących dla obcokrajowców elementów tajwańskiej obyczajowości taoistycznej są jisatong - media, które wprowadzają się w trans, by stać się naczyniem dla bóstw. Przed okresem japońskim media te były jedynymi autorytetami medycznymi na wsiach, przepisującymi "popiół z kadzidła" jako lekarstwo na wszystko. Japończycy próbowali zakazać tych praktyk, uznając je za niehigieniczne i barbarzyńskie (media często ranią się rytualną bronią do krwi). Rany zadawane podczas procesji - cięcia pleców mieczami czy przebijanie policzków grubymi igłami - według wiernych nie bolą i goją się w nadzwyczajnym tempie dzięki boskiej ochronie. Tradycja zeszła do podziemia.

W latach 50. i 60. media jisatong przeżyły renesans - stały się doradcami w sprawach finansowych dla rozwijającej się klasy średniej. Wierzono, że krew medium ma moc odstraszania demonów giełdowych i pecha w biznesie.

Świątynka Niebiańskiej Królowej w Neipu, na południu Tajwanu to typowy, ikoniczny wręcz widok w małych miasteczkach.

W tajwańskim taoizmie każdy rok jest rządzony przez jednego z 60 różniących się atrybutami Bogów Roku (tai-sui ??). Ich kolejność i ilość wynika z cyklu chińskiego zodiaku: kombinacji 10 Niebiańskich Pni i 12 Ziemskich Gałęzi.

Jeśli czyjś znak zodiaku koliduje z bogiem danego roku, ma "przerąbane" - czekają go wypadki, straty finansowe lub choroby. Oczywiście jest na to metoda! Łatwo zgadnąć, ale napiszę. Osoba w konflikcie energii z bogiem urzędującym w danym roku musi udać się do świątyni i zdeponować -za drobną opłatą - karteczkę ze swoim imieniem. Wierny wpłaca niewielką sumę w świątyni, a jego imię i nazwisko zostaje zapisane na specjalnej żółtej kartce lub umieszczone w nowoczesnym "świetlnym ołtarzu", gdzie przez cały rok pali się malutka lampka. Mnisi lub kapłani codziennie odmawiają modlitwy w intencji tych osób.

Większość dużych świątyń na Tajwanie posiada specjalną boczna nawę lub osobny budynek zwany Taisui Dian (???). Wewnątrz rezyduje 60 posągów ustawionych w rzędach - każdy z nich trzyma własny atrybut (miecz, pędzel, berło), który symbolizuje charakter roku, którym dany bóg włada.

Ta komercyjna usługa an taisui (udobruchania Taisui), wcześniej element domowego rytuału, pojawiła się po 1945 roku, wraz z nadejściem kapitalizmu. Dla świątyni taki pomysł to konkretny pieniądz: standardowo od osoby liczy się równowartość 40-100 PLN. Sprawę utrzymuje przy życiu przesąd.

Jeśli ktoś zaniedba "uspokojenia" swojego boga roku, nie pomoże mu nawet najlepsze ubezpieczenie. Wiele firm na Tajwanie masowo wysyła listy swoich pracowników do świątyń, by zapewnić płynność produkcji - i robią to nawet technologiczne giganty. Praktyka polega na wysyłaniu spisu pracowników do świątyni, w której zapala się lampkę kolektywną.

Szczególnym rytuałem taoistycznym, który przetrwał od wieków, jest budowanie prowizorycznych mostów wewnątrz świątyń. Wierni muszą przez nie przejść, aby "zmienić bieg swojego losu" (gaiyun ??).

Przed okresem japońskim rytuał ten odprawiano głównie po ciężkich chorobach, wierząc, że przejście przez most symbolizuje zostawienie pecha po drugiej stronie rzeki zapomnienia. W czasie rządów japońskich mosty stały się symbolami przetrwania. Kiedy epidemie dziesiątkowały wyspę, taoistyczni mistrzowie przeprowadzali ludzi przez "mosty zdrowia", co Japończycy próbowali zastąpić przymusowymi szczepieniami. Doszło wtedy do dość oczywistej praktyki: ludzie najpierw szli do japońskiego lekarza, a potem "dla pewności" biegli na most taoistyczny, by "utrwalić" efekt leczenia. Taki dualizm jest wręcz ikoniczną cechą tajwańskiej mentalności religijnej.

W latach 50. i 60. rytuał wyewoluował w przechodzenie pod lektyką bóstwa w czasie procesji ulicznych. Uważa się to za najsilniejszą formę błogosławieństwa.

Taoistyczne egzorcyzmy (zhuogui) na Tajwanie zawsze miały formę spektaklu. Przed 1895 rokiem mistrzowie taoistyczni używali tzw. "Mieczy Siedmiu Gwiazd" i rzucali w powietrze ryżem zmieszanym z solą, co miało działać jak śrut na demony. Wierzono, że demony najbardziej boją się hałasu i ostrych zapachów.

Japończycy próbowali "ucywilizować" te rytuały przez ograniczanie używania petard, co Tajwańczycy odbierali jako ułatwianie demonom zadania.

Mistrzowie taoistyczni byli wzywani do nowo otwartych fabryk, by "oczyścić" linie produkcyjne. Poważnym przesądem jest przekonanie, że duchy zmarłych tragicznie (np. w wypadkach samochodowych) zostają na drodze i "ciągną za nogi" przechodniów. Do dziś na Tajwanie w miejscach wypadków odprawia się rytuał zhaohun (Przywoływanie Duszy), aby duch nie stał się "złośliwym demonem drogowym".

Bodaj najbardziej ikonicznym epizodem związanym z tą sferą duchowości taoistycznej jest historia ikonicznych domów letniskowych w kształcie ufo. Projekt zbankrutował po 2 latach od rozpoczęcia. Przy budowie doszło do licznych wypadków śmiertelnych i samobójstw robotników.

Miejscowi przypisali tragedie zniszczeniu lokalnego ekosystemu duchowego. Aby poszerzyć wjazd do kurortu, robotnicy rozcięli posąg smoka znajdujący się przy bramie. Według Feng Shui zniszczenie smoka uwolniło złą energię (shaqi). Dodatkowo wierzono, że teren był wcześniej masowym grobem holenderskich żołnierzy, których duchy nie chciały intruzów.

Przez niemal 30 lat szkielety domów UFO niszczały, stając się światową ikoną i ulubionym miejscem fotografów. Ostateczne rozwiązanie nastąpiło w 2008 roku. Przed wjazdem ciężkiego sprzętu mnisi i kapłani taoistyczni przeprowadzili zakrojone na szeroką skalę egzorcyzmy i ceremonie przebłagalne, aby udobruchać duchy i przenieść je w bezpieczne miejsce.

Nawet po tych rytuałach nikt - oczywiście - nie odważył się tam nic budować. Miejsce rozbiórki wysprzątano i zamieniono w park widokowy. Nie byłem1.

Jednym z najbardziej unikalnych i nietypowych obyczajów taoistycznych na Tajwanie jest pożyczanie "pieniędzy na szczęście" (Fayancai) od bóstw. Najsłynniejszą świątynią tego typu jest Zinan Temple w Nantou. Tradycja ta sięga czasów przedjapońskich, kiedy biedni rolnicy pożyczali małe kwoty od świątyni na zakup nasion, wierząc, że "boski kapitał" gwarantuje plony.

W okresie japońskim praktyka ta była tolerowana jako forma wzajemnej pomocy sąsiedzkiej. Jednak po roku 1980, podczas tajwańskiego cudu gospodarczego, zamieniła się w narodową obsesję. Biznesmeni zaczęli pożyczać 600 TWD od boga, by "rozmnożyć" je w swoich firmach. Poważnym prawem obyczajowym jest to, że jeśli odniesiesz sukces, musisz wrócić za rok i oddać "pożyczkę" z nawiązką (często wielokrotną).

Świątynia Zinan rocznie obraca milionami dolarów z tych "zwrotów", które przeznacza na stypendia i pomoc społeczną. To taoistyczna wersja bankowości etycznej, oparta na zaufaniu między człowiekiem a bóstwem.

Ale uwaga! Pożyczonych pieniędzy nie wolno wydać na bzdety czy waciki. Należy je wpłacić na konto firmowe lub schować do portfela, by "przyciągały przyjaciół".

Już na zakończenie kilka luźnych ciekawostek. Taoizm na Tajwanie ma bardzo specyficzne podejście do medycyny i diety. Przed erą nowoczesną mistrzowie taoistyczni wypisywali fushui - talizman spalany. Jego popiół mieszano z wodą i podawano choremu do wypicia.

Japończycy zaciekle walczyli z "piciem popiołu", wprowadzając edukację medyczną i uznając to za główną przyczynę chorób żołądka na wyspie. Po 1945 roku tradycja ta osłabła, ale nie zniknęła. W latach 60. na wsiach wciąż wierzono, że fushui jest skuteczniejsze na "duchowe lęki" u dzieci niż zachodnie syropy. Do dziś niektórzy starsi ludzie proszą o popiół z kadzidła w sytuacjach kryzysowych.

Zabawnym i dziwnym obyczajem jest "karmienie bóstw" konkretnymi potrawami, by uzyskać specyficzne efekty: np. bóstwu Kuixing (patronowi egzaminów) składa się w ofierze szczypiorek (wymowa podobna do słowa "mądry") i seler (brzmi jak "pracowity").

-

Przykłady przesądów i obyczajów związanych z homofonów języka tajwańskiego znajdziesz na s. 318.

1 Nie to, żebym wierzył w te zabobony. Ot, tak - na wszelki wypadek.

Chrześcijanie

Chrześcijaństwo na Tajwanie to historia niezwykłej adaptacji. Od pionierskich misji medycznych w XIX wieku, przez japońskie restrykcje, aż po polityczny sojusz z rządem Kuomintangu. Wiara ta musiała nieustannie negocjować swoje miejsce w społeczeństwie przesiąkniętym taoizmem i konfucjanizmem. Z czasem zakorzeniła się wśród ludów aborygeńskich.

Przed przybyciem Japończyków chrześcijaństwo na północy wyspy było kojarzone głównie z postacią kanadyjskiego misjonarza George'a Leslie Mackaya. Misjonarz zrozumiał, że aby dotrzeć do serc Tajwańczyków, musi najpierw ulżyć ich cierpieniu. Ponieważ higiena jamy ustnej wówczas nie istniała, Mackay stał się sławny jako misjonarz-dentysta. Oblicza się, że w ciągu swojego życia wyrwał ponad 21 tysięcy zębów.

Przesądem tamtych czasów była wiara, że misjonarze używają wyrwanych zębów i oczu do produkcji zachodnich lekarstw. Aby to zdementować, Mackay przeprowadzał ekstrakcje publicznie, często na placach przed świątyniami taoistycznymi. Te bolesne rytuały stały się paradoksalnie fundamentem zaufania - ludzie wierzyli, że skoro misjonarz potrafi pokonać ból zęba, jego Bóg musi być potężniejszy od lokalnych bóstw.

W czasach Mackaya chrześcijaństwo było postrzegane jako "religia barbarzyńców", więc konwertyci często byli wyrzucani z rodzinnych klanów. Największym problemem nie była sama wiara w Jezusa, ale odmowa składania ofiar przodkom. Dziś Mackay jest czczony na Tajwanie niemal jak bóstwo świeckie. W Tamsui znajduje się jego pomnik, a uniwersytety i szpitale noszą jego imię.

W okresie japońskim (1895-1945), a szczególnie w latach 30. i 40., chrześcijanie znaleźli się pod ogromną presją polityki K?minka - czynienia z Tajwańczyków poddanymi cesarza. Japończycy wymagali, aby każdy obywatel oddawał pokłon w chramach Shinto. Dla chrześcijan był to "test ognia" - wybór między lojalnością wobec państwa a pierwszym przykazaniem.

Poważnym przesądem, który Japończycy próbowali wykorzystać, było utożsamianie chrześcijaństwa z "zachodnim szpiegostwem". Kościoły były inwigilowane, a kazania musiały być wygłaszane w języku japońskim. Nadzwyczajnym obyczajem tamtego czasu było ukrywanie Biblii w dialekcie tajwańskim (zapisanym alfabetem łacińskim). Japończycy nienawidzili tego zapisu, bo dawał Tajwańczykom narzędzie komunikacji, którego sami nie rozumieli.

Szopka bożonarodzeniowa przygotowana przez wiernych z plemienia Jiaping ludu Paiwan (2024).

Po roku 1949, gdy rząd Republiki Chińskiej uciekł na Tajwan, chrześcijaństwo stało się niemal religią państwową. Prezydent Czang Kaj-szek i jego żona, Soong Mei-ling, byli żarliwymi chrześcijanami metodystami. Chrześcijaństwo było promowane w latach 50. jako moralna przeciwwaga dla ateistycznego komunizmu Mao Zedonga.

W latach 50. i 60. na Tajwanie zapanowała moda na chrześcijaństwo wśród elit wojskowych i urzędniczych. Było ono postrzegane jako religia nowoczesna, zachodnia i "bezpieczna" politycznie. Nadzwyczajnym zjawiskiem były tzw. "kościoły mączne" (mianfen jiaohui). Kościoły rozdawały pomoc humanitarną z USA (mąkę, olej, mleko w proszku), co przyciągało rzesze biednych ludzi. Wielu Tajwańczyków "nawracało się" tylko na czas trwania dostaw żywności.

Poważnym przesądem z tamtego okresu był lęk, że jeśli nie zostaniesz chrześcijaninem, rząd może uznać cię za sympatyka lewicy. Z kolei wśród tradycyjnych Tajwańczyków krążyły plotki, że chrześcijanie podczas komunii piją prawdziwą krew, co wywoływało lęk u dzieci. To wtedy powstał ostry podział na "chrześcijaństwo kontynentalne" (elity KMT) i "chrześcijaństwo tajwańskie" (prezbiterianie), który do dziś rzutuje na scenę polityczną wyspy.

Zabawną ciekawostką tamtych lat było to, że w wielu wiejskich kościołach Jezus był przedstawiany na obrazach jako postać o azjatyckich rysach - aby nie konfrontować konserwatywnej starszyzny klanowej.

Chrześcijaństwo odniosło swój największy sukces wśród rdzennych ludów Tajwanu (aborygenów). Przed 1945 rokiem ich religie oparte były na animizmie i kulcie przodków. W latach 50. nastąpił proces, który antropologowie nazywają "Cudem na Górze". Całe wioski w górach potrafiły przejść na chrześcijaństwo w ciągu kilku miesięcy.

Aborygeni wierzyli, że chrześcijański Bóg jest "Najwyższym Wodzem", który chroni ich przed uciskiem Chińczyków z dolin. Niezrozumiałym dla nizinnych Chińczyków obyczajem było włączanie tradycyjnych pieśni i tańców plemiennych do liturgii chrześcijańskiej. Chrześcijaństwo pomogło ocalić wiele języków aborygeńskich, ponieważ misjonarze spisywali je przy użyciu Biblii.

Kościół Prezbiteriański na Tajwanie (PCT) odegrał kluczową rolę w procesie demokratyzacji. Prezbiterianie byli jedyną zorganizowaną siłą, która odważyła się rzucić wyzwanie dyktaturze KMT. W 1977 roku wydali słynną "Deklarację o Prawach Człowieka", domagając się, aby Tajwan stał się "niezależnym i suwerennym krajem".

W tamtym czasie chrześcijaństwo prezbiteriańskie było na Tajwanie synonimem oporu. Poważnym ryzykiem dla wiernych było więzienie. Nietypowym obyczajem prezbiterian było używanie dialektu tajwańskiego jako języka liturgicznego, co było zakazane w szkołach i urzędach. Modlitwa po tajwańsku była aktem politycznym. Wielu pastorów trafiło za kratki za pomaganie dysydentom. Dla rządu KMT, który promował mandaryński, prezbiterianie byli "niebezpiecznymi heretykami politycznymi".

Współczesne chrześcijaństwo na Tajwanie musi mierzyć się z wszechobecnymi przesądami taoistycznymi. Po roku 2000 powstało zjawisko, które można nazwać "chrześcijańskim fengshui". Wielu tajwańskich chrześcijan wciąż obawia się przeprowadzek w "Miesiącu Duchów" lub unika liczby 4, mimo że ich wiara tego zabrania.

Aby przyciągnąć wiernych, kościoły zaczęły oferować "chrześcijańskie wróżby" - zamiast rzucania blokami jiaobei, wierni losują wersety z Biblii, które mają odpowiedzieć na ich pytania o biznes czy zdrowie. To bardzo zabawny, wręcz nadzwyczajny przykład adaptacji: forma pozostaje tradycyjna, oswojona... ale treść zostaje zastąpiona chrześcijańską.

Poważnym problemem dla tajwańskich chrześcijan pozostaje kwestia ołtarzy przodków. Wiele kościołów po 2000 roku pozwala na stawianie w domach "pamiątkowych tabliczek" bez elementów religijnych, aby nie zrywać więzi z rodziną. Czasami radykalne grupy protestanckie wciąż nakazują niszczenie ołtarzy, co bywa przyczyną "wojen domowych" w tajwańskich rodzinach.

W ostatnich dwóch dekadach na Tajwanie nastąpił boom na megakościoły, wzorowane na tych z Korei Południowej i USA. Kościoły takie jak Bread of Life Christian Church (???) przyciągają tysiące młodych i wykształconych. Te kościoły - wedle publicystów - promują "ewangelię sukcesu", czyli wiarę, że Bóg chce, aby wyznawca był bogaty, zdrowy i pracował w firmie klasy TSMC. Elementem obrzędowości w tych kościołach jest element ekstatyczny, który trafia do Tajwańczyków przyzwyczajonych do hałaśliwych procesji świątynnych.

Wizyta w sanktuarium maryjnym w Wanjin

Bazylika Niepokalanego Poczęcia w Wanjin (??????), położona w powiecie Pingtung, to najstarszy kościół na Tajwanie i miejsce o niezwykłej historii, w której katolicyzm splata się z lokalnymi konfliktami etnicznymi i cesarską dyplomacją.

Msza celebrująca powstanie sanktuarium maryjnego Wanjin.

W XIX wieku katoliccy misjonarze i lokalni wierni w Wanjin byli nieustannie atakowani przez sąsiednie wioski - to efekt konfliktów między grupami etnicznymi Hakka i Hoklo. W 1874 roku wysłannik cesarski dynastii Qing, Shen Baozhen (???), odwiedził Wanjin i był pod wrażeniem spokoju oraz lojalności tamtejszych chrześcijan.

Na jego prośbę cesarz Tongzhi wydał specjalny edykt, a dwie kamienne tablice z wyrytym napisem "??" (Z rozkazu cesarskiego) oraz "???" (Kościół Katolicki) zostały wmurowane nad głównym wejściem. W tamtym czasie oznaczało to, że kościół znajduje się pod bezpośrednią ochroną cesarza, a każdy żołnierz czy urzędnik mijający świątynię musiał zejść z konia w gestii szacunku.

W 1984 roku papież Jan Paweł II nadał kościołowi tytuł Bazyliki Mniejszej (jest to pierwsza bazylika na Tajwanie), co w chińskojęzycznych źródłach podkreśla się jako "najwyższy honor dla katolików na wyspie".

Obecny budynek, ukończony w 1870 roku, nie jest tylko świątynią, ale był projektowany jako forteca, wzorowana na misjach hiszpańskich w Ameryce Południowej. Ściany kościoła mają ponad metr grubości i zostały zbudowane z unikalnej, lokalnej mieszanki zwanej "trójskładnikowym spoiwem" (świeże wapno, piasek, brązowy cukier, miód, zmielone skorupy małży oraz ryż kleisty).

Taka konstrukcja sprawiła, że budynek był niezwykle wytrzymały. Podczas licznych lokalnych wojen chrześcijanie z całego regionu chronili się wewnątrz murów kościoła, które były w stanie wytrzymać ostrzał i próby podpaleń.

Najciekawszym zjawiskiem kulturowym w Wanjin jest coroczna procesja ku czci Najświętszej Marii Panny (w grudniu). Jest ona unikalnym przykładem inkulturacji: Figura Matki Bożej jest niesiona na potężnej, drewnianej lektyce, która waży ponad 300 kilogramów, a konstrukcją przypomina lektyki używane dla tajwańskich bóstw, takich jak Mazu.

Procesji towarzyszą tradycyjne tajwańskie elementy, takie jak petardy, a czasem nawet lokalne grupy lwich tancerzy. Jest to jedyne miejsce na Tajwanie, gdzie katolickie święto stało się de facto "świętem ludowym" dla całej okolicy, w tym dla osób niebędących chrześcijanami, którzy traktują Maryję jako "Świętą Matkę z Wanjin".

Najbardziej niezwykłą cechą tego przepięknego miejsca są szopki bożonarodzeniowe, które przygotowują okoliczni mieszkańcy oraz odwiedzający sanktuarium katolicy z całego Tajwanu.

Kilkoma uwagami o katolikach na Tajwanie podzielił się ze mną aktualny biskup Kaohsiungu, Peter Liu Cheng--chung (???). Dla katolików na południu najważniejszą świątynią jest Bazylika Katedralna Matki Bożej Różańcowej. Obecny budynek z 1928 roku chroniony jest starszą od niego tablicą z napisem "Z rozkazu cesarskiego" (??), podobną do tej w Wanjin, która chroniła chrześcijan przed prześladowaniami.

-

Strażacy od czterech żywiołów

Straż Pożarna na Tajwanie

Usuwanie szkód po przejściu tajfunu, ratowanie ludzi z budynków, które przewróciły się w całości lub osiadły w wyniku trzęsienia ziemi, pożary lasów bambusowych w górach powyżej 1500 m. n.p.m. to dla nas zupełna egzo-tyka. Dla strażaków na wyspie na krańcu świata - normalny dzień pracy.

Brygada straży pożarnej powiatu Chunlin (??), ok. roku 1900.Fot. Muzeum Pożarnictwa w Hsinchu.

Japońskie początki nowoczesnej cywilizacji

Piękna Wyspa stała się w 1896 roku "wzorcową" kolonią japońską. Był to okres zaszczepienia na wyspie nowoczesnej cywilizacji, w tym kolei żelaznych... I straży pożarnej.

Japonia, jako najbliższe geograficznie centrum oddziaływania cywilizacyjnego, jest postrzegana przez mieszkańców Tajwanu bardzo pozytywnie i z sentymentem. Najstarsze budynki w miastach pochodzą z okresu "kolonialnego" lub są wzorowane na architekturze japońskiej.

Japoński ślad to też wóz strażacki marki Toyota z lat 80-tych XX wieku, wyeksponowanego w Muzeum Pożarnictwa w mieście Hsinchu, siedzibie słynnego producenta półprzewodników TSMC, zwanym potocznie "wietrznym miastem" ze względu na geograficzne wystawienie na wiatry z północy. Pojazd, prezentowany na poniższym zdjęciu dzieciom i rodzicom przez pana Andy'ego (???), wyposażony jest w ręcznie napędzaną syrenę z osłoną składającą się na nazwę japońskiego miasta Osaka.

W muzeum dzieciaki mogą m.in. przeczołgać się przez wypełniony sztucznym dymem ciemny labirynt czy skryć się pod standardowo solidnie zaprojektowaną szkolną ławką w symulatorze trzęsienia ziemi. Po mistrzowsku przemyślane przedsięwzięcie ściąga zadziwiająco liczne rodziny z małymi dziećmi - nawet w godzinach przedpołudniowych poza weekendem, kiedy to i ja je wizytowałem. Absolutnie imponujące.

W muzeum dowiemy się z ciekawostek z dawnych lat. Jedną z częstszych przyczyn pożarów w XX wieku. Były to palone w stalowych miskach suszone skórki pomarańczy olbrzymiej. Wydzielany przez nie dym tradycyjnie służył do odstraszania komarów. Obok eksponatu umieszczono zdjęcie kompletnie spalonego łóżka, pod które sprawczyni pożaru wsunęła misę. Podobno przeżyła.

Ciekawostki kulturowe

Egzotyczne miejsce to dziwne zwyczaje i obyczaje. Pojawiają się one także w sposobie funkcjonowania strażaków. W kulturze chińskiej, jednym ze zwyczajów jest okazywanie szacunku przez trzymanie lub podawanie czegoś, zwłaszcza wizytówki, dwoma rękami. Podobnie jest przy wznoszeniu toastów. Od szefa jednej z komend straży w Hsinchu, pana Lin (???) i jego emerytowanego kolegi pana Yu (???) wciągnąłem dwie ciekawostki. Spod nakazu etykiety wyłączeni są strażacy, choć młodsze pokolenie najczęściej nie wie już o tym wyjątku. Otóż trzymanie kieliszka palcami obu dłoni przypomina gest modlitwy za zmarłych. To strażackie tabu podobne jest do powszechnego niewbijania pałeczek w miseczkę z ryżem - pałeczki w misce przypominają aromatyczne kadzidełka świątynne, zapalane zmarłym duchom. A strażacy nie mają bezpiecznego zajęcia.

Innym, już zdecydowanie lokalnie tajwańskim zwyczajem, z tych budzących uśmiech, jest to, że na biurku służbowym dyżurnego nie zobaczymy pięknie ozdobionego sztucznego ananasa (s.__). Jego obecność na kontuarze sklepów, najczęściej w parze z monetą pięćdziesięciodolarową, przyklejoną do kalkulatora obecnego zawsze na ladzie sklepowej, ma przyciągać klientów i ich pieniądze.

Gdy tylko mam okazję, opisuję Tajwańczykom wschodnioeuropejski odpowiednik: przeciąganie banknotem otrzymanym od pierwszego klienta po całym towarze wyeksponowanym na bazarowym stoisku. Strażakom, nawet śmiertelnie znudzonym brakiem roboty, nie wypada cieszyć się, że "wreszcie coś się dzieje".

Centra zarządzania kryzysowego

Na osobną wzmiankę zasłużyło nie tylko muzeum, ale wyjątkowo zmyślnie zaprojektowane centra edukacyjne, obecne w każdym większym mieście. Dzieci oswajają się w nich z zasadami bezpieczeństwa, a w tym też m.in. tego, jak rozmawiać z numerami alarmowymi. System wpajania dzieciom reguł zachowania się w przypadku kataklizmu jest obmyślony i funkcjonuje w sposób absolutnie perfekcyjny.

Po drugiej stronie linii na zgłoszenia czeka załoga ultranowoczesnego Emergency and Rescue Command Center. To call-center dla numeru alarmowego 119, a zarazem coś, co sam nazwałem ośrodkiem budowania świadomości sytuacyjnej.

Na zdjęciu powyżej, po lewej stronie szef zmiany pan Richard Tsai (???) demonstruje nam ekran ogólnokrajowej sieci czujników sejsmicznych. Ich praktycznie zerowy czas raportu (ok. 3 sekund) pozwala na błyskawiczną koordynację służb i uruchomienie procedur automatycznych, takich jak awaryjne zatrzymanie pociągów szybkiej kolei. Po prawej dyżurni przyjmują rozmowy. Kolorowo świecące sygnalizatory przy każdym z nich informują oficera dyżurnego o typie przyjmowanego właśnie zgłoszenia. Wszyscy mają na oku m.in. szesnaście kanałów telewizyjnych. Rozmaite - w tym nieoficjalne - źródła danych pozwalają pozyskać ogólne i szczegółowe pojęcie o sytuacjach wymagających interwencji w całej aglomeracji stołecznej.

Zupełnie niepozornym, ale być może najważniejszym elementem tego obrazu są małe butelki z wodą, stojące przy monitorach dyżurnego. Woda znajdująca się w nich pochodzi z buddyjskiego błogosławionego źródła i ma przypominać pracującym, że wszystkie ich codzienne wysiłki służą ratowaniu życia.

Kto jedzie na ratunek?

Obok budynków straży pożarnej przejeżdżamy bezrefleksyjnie. A czuwają w nich ludzie, którzy muszą utrzymywać się w stałej sprawności ciała i umysłu. Rutynowe treningi w typowej jednostce straży obserwowałem w dzielnicy Bade (??) miasta Taoyuan (??). Okazuje się, że jednym z ćwiczeń jest odpowiednik znanej nam z nieśmiertelnego dowcipu polskich wojskowych "zabawy w słoniki"1. Strażacy w pełnym rynsztunku i w aparatach tlenowych grają tam w badmintona - na zdjęciu pan Lai Peng-Yu (???).

Chou Yu-Sheng (???), to dowódca sekcji w Urban Search and Rescue Corps w New Taipei City. Jego drużyna wysyłana jest do najtrudniejszych zadań. Opowiedział nam jeden z najbardziej pamiętnych epizodów swojej służby. Opuszczali się do wraku samochodu około 1000 metrów w dół po praktycznie pionowych ścianach niedostępnej części przepięknego wąwozu Taroko, głównej atrakcji turystycznej wschodniego wybrzeża Tajwanu.

Tajwańskie góry to nie granit, a często skamieniałe warstwy wypiętrzonych osadów dennych z pradawnych mórz, a w niektórych miejscach sprasowany tuf wulkaniczny. Przy tym wysiłek w dusznym klimacie i tropikalnym słońcu nie sprzyja utrzymaniu ostrożności. Brat bliźniak pana Chou wdrapywał się na głaz zagradzający przejście.

Wtem źle ocenione podłoże pod głazem ustąpiło pod ciężarem człowieka. Chou złapał brata za kołnierz... ale sam zaczął sunąć w dół razem z nim. Wtedy trzeci uczestnik zespołu złapał go za pas. Dopiero to zadziałało.

Pamięć motoryczna, odruchy nabyte w treningach i praca zespołowa, te trzy elementy są najważniejsze. Co ciekawe, ale nie zaskakujące, w kulturze konfucjańskiej nie ma miejsca dla "kozaczenia" i bohaterów. Dowiemy się o tym więcej za chwilę. Póki co, kolektywizm w wydaniu kapitalistycznym sprawia, że z ust pana Chou nie usłyszymy nigdy "nie ma drugiego takiego kozaka jak ja" - nawet gdyby nie miał brata bliźniaka.

Gdzie takich produkują?

Tajwańczycy zaprosili mnie do wizytacji dwóch ośrodków szkoleniowych. Do tego w New Taipei (wszystkie miasta aglomeracji stołecznej połączone administracyjnie w jedno) zaprosił i osobiście oprowadzał zastępca dyrektora generalnego, pan Chen Tsung-Yueh (???), prezentując m.in. imponującą sekcję treningu wirtualnego. Gdy pan Chen wrócił do swoich obowiązków, a ja zostałem zaproszony do gaszenia wirtualnego pożaru w symulatorze, nie odmówiłem sobie psikusa. Wyciągnąłem z kieszeni tutejszy odpowiednik dwuzłotówki i zacząłem z zaangażowaniem rozglądać się za slotem na monety. Żart udał się idealnie. Wszyscy poczuliśmy się jak swoje chłopy.

Największy ośrodek treningowy, położony jest na południe od miasta Taichung, w środkowej części wyspy, w powiecie Nantou (??). Kadeci uczą się tu rzeczy dla nas oswojonych, jak gaszenie samolotu, ale też egzotycznych, takich jak gaszenie wszechobecnych na Tajwanie skuterów, czy też klubów karaoke, o charakterystycznie aranżowanych wnętrzach, odtworzonych na użytek treningu.

W ośrodku szkoli się też psy i ich opiekunów z zespołu K9. Zaproszono mnie do obserwacji egzaminu, po którego przejściu kadeci zasilą bazy ratowników takie jak ten w przystołecznym miasteczku Sanxia (??). Na zdjęciu widzimy pana Chen Pai-Tsun (???) i psa Kuanga z tejże bazy w czasie rutynowego treningu.

Zarządzający ośrodkiem pan Li Yong-Fu (???) skrupulatnie wykorzystał mój przyjazd. Poproszono mnie o dwugodzinną prezentację Polski, jako formę wymiany kulturowej. Zgromadzonych kadetów zasypałem ciekawostkami o cywilizacji chrześcijańskiej, Europie i Polsce. Mówiłem m.in. o zasięgach kultury picia czerwonego wina, piwa i wódki... oraz o słowiańskiej, wypracowanej treningiem i żmudną pracą zespołową odporności na skutki spożycia tej ostatniej.

Słuchacze dowiedzieli się też o naszych największych zwycięskich bitwach i lepszych czasach, w których poganialiśmy wrogom kota, chronologicznie pod Grunwaldem, zdobywając Moskwę, pod Wiedniem i w bitwie warszawskiej. Po prezentacji było dość czasu na nauczenie najpotrzebniejszych przy kontaktach z Polakami zwrotów: "na zdrowie" i "gardło nasze, zdrowie wasze". Na poniższym zdjęciu kursanci ośrodka w komplecie dwustu osób pozdrawiają naszych strażaków w dniu ich święta głośnym i oprawie wymówionym "na zdrowie".

Pożar stoku góry w Alishan

Jednym z najpiękniejszych i najtłumniej odwiedzanych rejonów Tajwanu jest masyw góry Ali (Alishan), z którego pochodzi najwyżej ceniona herbata zielona, zwana na Tajwanie herbatą wysokogórską. Na straży mienia okolicznych mieszkańców i pięknych miejsc stoi załoga posterunku w Fenqihu (???), która pozuje do zdjęcia poniżej (2021).

W czasie, gdy zaczynałem pisać ten artykuł, jak na zamówienie wybuchł w tamtej okolicy pożar zbocza porośniętego lasami bambusowymi oraz wysoką trawą i krzakami. Kilkutygodniowy okres braku deszczu sprawił, że miejscowe zastępy straży pożarnej i służb leśnych miały nagle pełne ręce roboty.

Gwałtowność żywiołu sprawiła, że nie udało się powstrzymać ognia przed przeskoczeniem ponad drogą krajową nr 18. Ogień zdołał przeskoczyć nawet nad tzw. półtunelem, który jest często spotykanym zabezpieczeniem w miejscach szczególnie narażonych na spadające kamienie. Na zdjęciu poniżej widzimy ujęcie z wnętrza półtunelu, nad którym hen, wysoko szaleje pożar. Głazy i kamienie, pozbawione spoiwa w postaci korzeni roślin, spadały na szosę, co wymusiło zamknięcie ruchu drogowego na dłuższy czas.

Gaje bambusowe to źródło pędów bambusa, które kiełkują w okresie od kwietnia do czerwca, a także materiałów budowlanych - z bambusa do dziś wykonuje się rusztowania budowlane o zadziwiającej wytrzymałości. Uprawa bambusa, który zasadniczo rośnie sam, to konkretny zastrzyk gotówki dla ludności zamieszkującej tereny górzyste, w których mało co dobrze rośnie, oprócz kawy, herbaty i właśnie bambusa.

Ćwiczenia w instalacji petrohemicznej

Miasto Taoyuan na północnym zachodzie wyspy to skupisko instalacji przemysłu chemicznego. Po poważnym wypadku w jednej z fabryk w 2015 roku, w którym życie straciło sześciu strażaków, regularnie organizowane ćwiczenia prowadzone są jeszcze skrupulatniej.

Na zdjęciu poniżej widzimy ludzi o najwyższej możliwej kulturze bezpieczeństwa, w trakcie składania meldunku dowódcy straży pożarnej miasta, panu Yin Ming-Kun (???) - tuż po zakończeniu ćwiczeń, do których obserwacji mnie zaproszono. Uczestnicy ćwiczyli ratowanie poszkodowanych, odkażanie i wszelkie inne umiejętności potrzebne przy likwidacji pożarów i wycieków chemicznych. Poległym nie potrzeba żadnego innego pomnika, niż poświęcenie i obowiązkowość tych, którzy kontynuują służbę.

Tajfuny i trzęsienia ziemi

Tych dwóch żywiołów nie doświadczymy w Polsce. Daleki posmak tajfunu dają nam nawiedzające nasz kraj co kilka lat nawałnice, wyrywające czasem z korzeniami całe hektary drzew. Ale w Polsce nie towarzyszą im ulewne, trwające kilka dni deszcze, które mimo rozbudowanej infrastruktury antypowodziowej powodują lawiny błotne, podtopienia, zarywanie mostów i podmycia dróg. W górach mniejsze i większe kamienie na drogach to codzienność. Usuwane są przez zwykle dwuosobowe patrole tuż przed świtem. Towarzysz kierowcy, bacząc oczywiście na warunki poniżej, po prostu zrzuca kawałki skał w ich dalszą drogę.

Tajwańczycy znają te niebezpieczeństwa od dziecka i od pokoleń, a jednak rzadko zdarza się, aby obyło się bez ofiar. Strażacy i inne służby mają pełne ręce roboty. Wynoszą, często na barana, starsze osoby z zalanych błotem wiejskich domostw, usuwają z dróg głazy i sterty skalnego gruzu, zwalone drzewa, tony błota.

Najgroźniejsze tajfuny to te, które przychodzą po okresie braku opadów, kiedy zaskorupiała ziemia nie wchłania wody deszczowej. Tak było ze słynnym tajfunem Marokot z 2009 roku, który m.in. na długie tygodnie odciął elektryczność i dojazd do górskich wiosek, na całej wyspie zabijając ok. 500 osób.

Na zdjęciu z 2018 roku poniżej widzimy drogę wykutą w ścianie wspomnianego wcześniej wąwozu Taroko, całą zasłaną skalnym gruzem, wymytym przez ulewę. Zdarza się, że cały odcinek druki jest kompletnie zasypany. Po lewej w dole kłębi się rozszalały, ryczący żywioł błota i wody, w który zmieniła się skromna i krystalicznie czysta struga strumienia, na co dzień cichutko szumiąca ku uciesze beztroskich turystów.

Nie licząc rzadkich tąpnięć na Śląsku, mamy szczęście żyć z dala od stref tektonicznych. Nie doświadczamy bujania wieżowców, zawalania się i przewracania starszych budynków, zapadania ulic i dróg. Nie musimy zbroić stalą betonu w sposób, zdawałoby się, kompletnie przesadzony - jak na poniższej budowie półtunelu kilkaset metrów od tego ogarniętego pożarem. Niewiele do tego, żeby w takich konstrukcjach architekci dawali więcej stali, niż betonu.

Jednym z najbardziej spektakularnych ze zniszczeń od wstrząsów sejsmicznych jest hotel w mieście Hualien. Jego bryła zapadła się i przechyliła w całości, wypełniając przestrzeń po wymytym przez wody gruntowe tufie wulkanicznym.

Nic jednak nie przemówiło do mojej wyobraźni jak niepozorna, sielska panorama wodnej kurzawy przyboju przy wiosce rybackiej Su'ao (??). To rzadkie zjawisko jest delikatnym dotknięciem tajfunu Mangkhut, najpotężniejszego w roku 2018 (zdjęcie na s. 31). Kaprysem żywiołów tajfun ten skręcił bardziej na południe, by swoją gigantyczną energią pustoszyć Filipiny, ponad 1500 km dalej. Mieszkańcom "pięknej wyspy" żywioły tylko pogroziły palcem. Tym razem.

Wywiad z panem Hsiao Huan-Changiem dyrektorem generalnym tajwańskiej SP

Jednak gdy niebezpieczeństwo przejdzie bokiem obok ich domów, nie wszyscy mieszkańcy Tajwanu wydają westchnienie ulgi. Są i tacy, którzy, pakują sprzęt, żegnają z najbliższymi i jadą do tych, którzy tym razem mieli pecha, gdziekolwiek by mieszkali. Gdy tajfun, trzęsienie ziemi lub inny kataklizm uderzy w jakiś obszar, wszystkie okoliczne kraje wysyłają zespoły ratownicze, lekarzy, strażaków, poszukiwaczy. Tylu, ilu trzeba. Na tak długo, jak trzeba.

O tej międzynarodowej współpracy i innych szczegółach pracy tajwańskich służb mundurowych rozmawiałem z dyrektorem Hsiao (???). Dopytywałem go o szczegóły, perspektywę z góry drabiny służbowej i wizję, jaka przyświeca agencji, którą współzarządza. Słuchanie jego opisów i uwag było jedna z rzadkich chwil, która dała mi poczucie życia w XXI wieku.

W czasie kryzysów wysiłek wzajemnej pomocy koordynowany jest na szczeblach lokalnych. Tak było m.in. przy wysyłaniu ratowników do japońskiej Fukushimy w 2011 roku. Stołeczne miasto Tajpej wysyła zespoły m.in. do Japonii, Nowej Zelandii, Salwadoru, Indonezji. W ramach GOTF (Global Cooperation Training Framework) Tajwan realizuje politykę współpracy z krajami położonymi na południe, m.in. Malezją, Sri Lanką i Filipinami. Lista jest długa.

Zacząłem wypytywać o szczególnie bohaterskie akty odwagi lub poświęcenia wśród ratowników, licząc na dobre opowiastki do tego tekstu. I tu nastąpił najciekawszy moment rozmowy. Usłyszałem proste słowa: "Pracujemy jako zespół i nie staramy się zostać bohaterami". Podobna filozofia zdaje się obowiązywać przy współpracy zagranicznej. Zapytany o "wizję w jednym zdaniu" dyrektor Hsiao odrzekł: "Obowiązuje nas braterstwo między strażakami i trzymamy się razem. Wymieniamy doświadczenia, uczymy się od siebie, i pomagamy. Kiedy trzeba i komu trzeba".

Dzieciaki na zdjęciu poniżej są w wieku, w którym wciąż ledwie łapią, co się wokół nich dzieje. Ale dzięki pracy i poczuciu odpowiedzialności niewidzialnych bohaterów dnia codziennego mogą w dzień jeść obiad ("zjedz mięso, ryż możesz zostawić"), a w nocy smacznie spać. Mogą też spokojnie uczyć się rysowania, języków i - co uwiecznione jest na tajwańskim banknocie, odpowied-niku naszej stówy - geografii. Żyją w miejscu, w którym na pewno załapią dobre wzorce. Może któreś zostanie strażakiem albo ratownikiem.

Na moją gorącą prośbę pan Hsiao oderwał od pilniejszych spraw swoich kolegów, najważniejszych szefów Narodowej Agencji Pożarnictwa. Specjalnie dla was, panowie strażacy, na dzień waszego święta, czwartego maja, wznoszą oni toast. Za was. Toast prowizoryczny, bo wzniesiony czym kto miał - w godzinach służby nic innego nie przejdzie.

Na zdjęciu od lewej: Dyrektorowi Generalnemu Chen Wen-Longowi (???) na środku towarzyszą, od lewej, trzej zastępcy oraz sekretarz generalny: Hsiao Huan-Chang, Jiang Chi-Jen (???), Shieh Jing-Shiuh (???) oraz Phong Juen-Yee (???).

Zakończenie z niespodziewanym wątkiem chińsko-amerykańskim

Jednym z moich ulubionych filmów jest Ognisty podmuch, nakręcony w 1991 roku przez Rona Howarda film z epicką muzyką Hansa Zimmera. Na mnie, wtedy nastolatku, opowieść o pełnej poświęcenia pracy chicagowskich strażaków zrobiła kolosalne wrażenie. Najbardziej zapadła mi jednak w pamięć zupełnie niewidowiskowa scena, uznana później przez fanów za kultową, a która jest wręcz perfekcyjną ilustracją manipulowania przeciwnikiem, opisanego w starożytnym traktacie Sztuka wojny. Esencją nauk słynnego chińskiego mistrza jest poznanie najgłębszych motywacji przeciwnika i zaprzęgnięcie ich do własnych celów.

Filmowy inspektor pożarnictwa pojawia się na dorocznym przesłuchaniu komisji mającej zwolnić warunkowo podpalacza. Przepytywany starszy jegomość przepięknie demonstruje swoją zupełną resocjalizację, czym komisja jest oczarowana. Wtedy głos zabiera inspektor: "Co zrobisz ze starszymi paniami? Co zrobisz z całym światem?". Ideowy podpalacz nie potrafi zaprzeczyć swojej tożsamości. Z jego ust dwukrotnie pada odpowiedź serca i duszy: "Spalę! Spalę wszystko!". "Do zobaczenia za rok", kwituje inspektor kończąc posiedzenie komisji.

Zawód strażaka, tak jak i w przypadku wielu innych, powinien łączyć się z powołaniem, rozumieniem tego, jak pożyteczną jest służbą dla wspólnoty lokalnej, całego kraju... ale i poza nim. Jego esencją jest poczucie odpowiedzialności za bezpieczeństwo innych ludzi.

Być może takie właśnie poczucie odpowiedzialności i wspólnoty zakiełkuje w dzieciakach, które, ubrane w miniaturowe mundurki strażaka i malutkie kaski, czołgały się ze śmiechem przez labirynt albo wdrapywały pod stół wstrząsany na szczęście nie prawdziwym trzęsieniem ziemi, a tylko muzealną maszynerią.

Pozostaje mi życzyć czytającym ten tekst strażakom i kandydatom do tej profesji, aby kierowali się na swojej drodze życiowej równie silną motywacją serca, co filmowy podpalacz. Ma się rozumieć, że przeciwnie zorientowaną.

-

1 Mała dziewczynka woła kilkukrotnie "Tatusiu, zrób,żeby słoniki biegały". W końcu tatuś ulega - okazuje się przy tym, że jest dowódcą, bo woła: "Kompaniaaa!! Maski gazowe włóż! Trzy okrążania wokół poligonu.".

Miasto Tajpej

Tradycyjna urbanistyka i współczesne problemy

Dla turysty na pierwszy rzut oka miasto wydaje się nieco chaotyczne, ale zbudowane wedle współczesnych, a najdalej dwudziestowiecznych koncepcji. Nic bardziej mylnego! Lokalizacja i projekt urbanistyczny miasta Tajpej to fascynująca synteza klasycznej chińskiej kosmologii, kolonialnej inżynierii i nowoczesnej metropolii.

Artystyczna mapa rejonu miasta Tajpej z czasów japońskich. Widok w kierunku Północno-wschodnim (ok. 70 stopni)..

Ten, kto wie, czego szukać, szybko odkryje, że u podstaw planowania urbanistycznego leży surowy porządek wywodzący się ze starożytnych tekstów rytualnych. Tradycyjne chińskie planowanie miast opierało się na osiach wyznaczających porządek świata. Stare Tajpej, otoczone niegdyś murami, zostało zaprojektowane zgodnie z zasadami feng-shui (??; czyt. fong-szłej). Tak jak przy planowaniu tradycyjnego domostwa siheyuan, kluczem jest zasada osi północ-południe. Miasto jest "oparte" o góry na północy i otwarte na rzeki na południu i zachodzie. Taki układ miał zapewniać swobodny przepływ energii qi (?) oraz ochronę przed negatywnymi wpływami.

Czytelnicy preferujący poruszanie się w przestrzeni "szkiełka i oka" ukontentują się pragmatycznymi wyjaśnieniami pakietu wytycznych nazywanych fengshui. Osłona od północy chroniła miasta i domostwa przed dotkliwie mroźnymi wiatrami, wiejącymi w kolebce chińskiej cywilizacji - na Równinach Centralnych. Otwarcie kanałów przepływu powietrza zapewniało brak mizmatów, czyli wodę i powietrze wolne od grzybów, pleśni i innych czynników, których chorobotwórczą naturę odkryła dopiero współczesna nauka.

Kwestie fengshui wpływały zawsze na prestiż, hierarchie i przesądy związane z biznesem i polityką, a więc na lokowanie rezydencji czy siedzib oraz rytuały i zachowania kurtuazyjne. Moim ulubionym przykładem jest ranga nauczyciela - w oficjalnych interakcjach sadzano takowegoż tak, by twarzą zwrócony był na wschód.

Ale bodaj najbardziej znaną miłośnikom kultury chińskiej jest reguła pozycjonowania władców, w tym przede wszystkim Syna Nieba, czyli cesarza. Ten zawsze zasiadał z twarzą zwróconą na południe. Taką pozycję zajmuje posąg Sun Jat-sena, czyli Ojca Narodu, w mauzoleum w Tajpej. W kierunku południa patrzy też posąg Czang Kaj-szeka aktualnie w porzuconej świątyni nieopodal miasta Taichung. Ja sam wykorzystuję powyższą wiedzę do psocenia i imponowania Tajwańczykom. O ile sytuacja pozwala, w firmach, w których mam wyznaczone spotkanie z prezesem lub właścicielem, zwykle przedstawiam się w chwili przybycia formułką w stylu: "Gdzieżże jest ten, który tutaj zasiada z twarzą zwróconą ku południu?". W rzadkich, ale przez to cennych przypadkach, takim żartem udaje mi się zyskać szacunek, będący docenieniem mojej wiedzy o kulturze i historii.

Wróćmy do Tajpej. Planowanie miasta było projektem geomancyjnym. Zgodnie z zasadami fengshui, idealne miasto powinno być "objęte" przez góry i zasilane przez wodę. W Tajpej Góra Siedmiu Gwiazd (Qixing Shan) i pasmo Datun na północy służą jako "Smoczy Grzbiet" (w przenośni: Góra-Plecy), chroniący miasto przed negatywnymi wpływami z północy, podczas gdy rzeki Tamsui i Keelung pełnią rolę życiodajnych arterii.

Budowniczowie w XIX wieku mierzyli osie miasta tak, aby główna linia północ-południe idealnie korelowała z Gwiazdą Polarną. To dążenie do harmonii z kosmosem miało zapewnić stabilność rządów cesarskich na wyspie, która była wówczas uważana za niespokojne pogranicze. Do dziś układ ulic w starym centrum zachowuje ten rygorystyczny, ortogonalny charakter.

Fundamentem starego Tajpej (dzisiejsza dzielnica Zhongzheng1) była ścisła interpretacja klasycznego dzieła Rytuały dynastii Zhou2. Tekst ten określa idealny plan miasta jako kwadrat z bramami po każdej stronie, zorientowany według stron świata, co ma odzwierciedlać porządek niebiański na ziemi.

Zgodnie z zasadą przodkowie (świątynia) powinni znajdować się po lewej, ołtarze ziemi po prawej, pałac z przodu, a targowisko z tyłu3. Tajpej, budowane pod koniec dynastii Qing przez gubernatora Liu Mingchuana, starało się zachować tę hierarchię, co widać w pierwotnym rozmieszczeniu urzędów i świątyń wewnątrz murów miejskich.

Pięć bram, symbolika murów oraz Wielki Mur, którego nie ma

Oryginalne mury miejskie z XIX wieku miały pięć bram. Co ciekawe, północna brama (Beimen) nie jest ustawiona idealnie na północ geograficzną. Oś miasta została celowo lekko odchylona od idealnego - magnetycznej północy - tak, aby "spojrzeć" w stronę góry Beitou. Zgodnie z regułami geomancji, takie ustawienie pozwala na swobodny przepływ energii qi z gór do centrum administracyjnego4.

Tajpej było ostatnim miastem w Chinach zbudowanym według tradycyjnych reguł wznoszenia murów obronnych. Mury te przetrwały jednak tylko około 20 lat - Japończycy zburzyli je, by stworzyć szerokie bulwary i linię kolejową. Dziś ślad po dawnych murach wyznaczają trzy główne aleje (Zhongshan, Ji'nan i Aiguo), tworząc "duchowy zarys" dawnej fortecy. Oryginalne mury Tajpej, ukończone w 1884 roku, miały pięć bram, z których każda niosła głęboki przekaz konfucjański. Najważniejsza, Brama Północna (Cheng'en Men ???), oznacza "Przyjmowanie Łaski Cesarskiej". Była to jedyna brama zachowana w nienaruszonym, surowym stylu dynastii Qing i dziś stanowi najważniejszy łącznik współczesnego miasta z jego historią.

Okrągłe Niebiosa, a w środku kwadratowy świat ziemski. Kosmologiczna symbolika przenika wszystkie sfery życia. Kształt starożytnych monet, w tym ceremonialnych, odzwierciedlał budowę świata.

W przeciwieństwie do bram Pekinu, bramy Tajpej budowano z myślą o obronie przed piratami i najeźdźcami. Ich rozmieszczenie odzwierciedlało chińską Teorię Pięciu Elementów (wuxing ??). Północna brama to Woda, a południowa - Ogień tworzyły razem tzw. oś stabilności. Starożytna reguła głosi: "Woda dąży w dół, ogień bucha w górę"5, co mistrzowie geomancji interpretowali jako konieczność zrównoważenia tych sił w planie miasta.

Ciekawostką jest Brama Mała Południowa (Lizheng Men ???), ufundowana przez bogaty ród Lin z Banqiao, aby ułatwić jego członkom dostęp do miasta. Kazus ten idealnym przykładem na to, jak tradycyjne planowanie miejskie w Chinach łączyło surową państwową hierarchię z prywatnym kapitałem i lokalnymi klanami.

Japońska przebudowa i paradygmat "Paryski"

Po 1895 roku Japończycy zburzyli mury miejskie Tajpej, zastępując je szerokimi bulwarami obsadzonymi drzewami, co miało naśladować Haussmannowską przebudowę Paryża6. To wtedy Tajpej zyskało przydomek "Paryża Wschodu". Japończycy wprowadzili siatkę ulic z parkami i nowoczesną kanalizacją, ale co znamienne, zachowali centralną oś wyznaczoną w czasach Qingów.

Architektura tego okresu, jak Biuro Gubernatora (dzisiejszy Pałac Prezydencki), to neoklasycyzm zmieszany z elementami renesansu... ale wciąż osadzony na fundamentach chińskiej geomancji. Japońscy architekci, tacy jak Matsunosuke Nomura, byli zafascynowani chińskim układem miasta i starali się go wzmocnić, nadając mu przy tym monumentalną, zachodnią formę. Pamiętajmy przy tym, że największą siłą kształtującą z zewnątrz cywilizacją japońską były wpływy z kontynentu - z Chin.

W samym centrum tradycyjnie zaplanowanego miasta stoi Pałac Prezydencki, który... kompletnie nie pasuje do chińskiej architektury. Został zbudowany przez Japończyków w stylu neorenesansowym na planie litery "?" (słońce - symbol Japonii). To ciekawy przykład tego, jak kolonialna architektura "przełamała" tradycyjne chińskie linie zabudowy.

I być może to tutaj jest idealne miejsce w tej książce na to, aby podzielić się spostrzeżeniem niezwykle celnym, może nawet doniosłym. Odnosi się ono nie tylko do architektury, ale także mentalności, obyczajowości i ogólnie do całej wyspy. Zazdroszczę osobie, która je sformułowała:

Gdyby Chiny i Japonia zrobiły sobie dzieciaka, to pociecha wyglądałaby właśnie jak Tajwan.

Relacje z tamtego okresu zawarte w Taiw?n Ri Ri Xinbao (??????) opisują Tajpej jako miasto "higieniczne i uporządkowane". Było to kontrastem dla wcześniejszych, ciasnych uliczek. To nałożenie japońskiego modernizmu na chiński szkielet stworzyło unikalny "palimpsest" miejski, który definiuje charakter dzisiejszego dystryktu7 Zhongzheng.

Dzielnica Xinyi - nowoczesna "Głowa Smoka"

Dzielnica Xinyi, w której znajduje się ratusz i wieżowiec Taipei 101, to efekt planowania z lat 70. i 80. XX wieku, które miało przenieść centrum ciężaru miasta na wschód. Została zaprojektowana jako tzw. "super block" z szerokimi chodnikami i estakadami dla pieszych, co jest odejściem od ciasnej zabudowy starego Tajpej.

Mimo nowoczesnego wyglądu, Xinyi jest planowane zgodnie z ideą "Smoka i Tygrysa". Północna część dzielnicy (Smok) jest przeznaczona na budynki rządowe i stabilność, podczas gdy południowa i wschodnia część (Tygrys) na handel i ruch. Warto wspomnieć, że takie nowoczesne zastosowanie klasycznego podziału przestrzeni miejskiej praktykowane jest także na kontynencie, choćby w mieście Xi'an, obok którego znaleziono słynną Terakotową Armię.

Współczesne opracowania chińskie, jak te publikowane przez Wydział Planowania Miejskiego NTU (National Tawian University), podkreślają, że dzielnica Xinyi to "miasto w mieście", które miało uratować Tajpej przed zapaścią komunikacyjną. Dystrykt oferuje przestrzeń zaplanowaną od zera, ale wciąż respektującą osiowość i hierarchię budowli kluczowych dla logiki geomancyjnej całości.

Shilin i ślady letniej rezydencji

Dystrykt Shilin służy jako północna kotwica miasta, łącząc zurbanizowaną dolinę z dziką naturą gór, co jest kluczowe dla zachowania równowagi geomancyjnej całego Tajpej. Shilin na północy miasta skrywa Rezydencję Shihlin (dawny dom Czang Kaj-sheka). Wybór tego miejsca nie był przypadkowy - znajduje się ono u podnóża góry Yangming, co w klasycznym planowaniu chińskim jest zarezerwowane dla elit szukających ochrony i czystego powietrza.

Ogrody rezydencji są przykładem syntezy stylu chińskiego i zachodniego. Znajdziemy tam tradycyjne stawy z mostkami, które zgodnie z zasadami fengshui mają spowalniać bieg energii i zatrzymywać pomyślność. Jak podaje klasyk ogrodnictwa Yuan Ye, "choć stworzone ręką człowieka, wygląda jak dzieło natury"8.

Ten wzorzec - rezydencja u podnóża góry, zorientowana na południe, z wodą z przodu - jest wzorcem, a jakże mogłoby być inaczej, cesarskich pałaców letnich.

Świątynia Smoczego Wzgórza (Longshan Si)i "Wioska Świątynna"

W dystrykcie Wanhua, najstarszej części Tajpej, rozkład ulic i budynków orbituje wokół Świątyni Longshan. Jest tak dlatego, że w dawnych Chinach to nie ratusz, a świątynia była sercem miejskiego życia. Ulice wokół Longshan rozchodzą się organicznie (ale na planie siatki z kątami prostymi, a nie koncentrycznie), tworząc gęstą sieć handlową, która przypomina strukturę tradycyjnych miast portowych Południowych Chin, zwłaszcza prowincji Fujian.

Główny budynek świątyni Longshan w Tajpej. Fot. Artur Radny.

Świątynia jest ustawiona według zasady "Smoczego Wejścia i Tygrysiego Wyjścia" - wierni wchodzą prawą bramą i wychodzą lewą, co wymusza specyficzny ruch odwiedzających, a wcześniej także ruch pieszy i decyzje zakupowe wokół całej świątyni, a więc i rozlokowanie sklepów i straganów... A więc i czynszów płaconych przez sprzedawców.

Architektura świątyni z dachem typu "jaskółczy ogon" (symbolizującym wysoki status i aspiracje niebiańskie) dominowała kiedyś nad niską zabudową starego dystryktu. Wanhua jest przykładem na to, że w chińskim planowaniu miasto dzieliło się na "część oficjalną" (sztywną i osiową) oraz "część ludową" (organiczną i skupioną wokół rynków przyświątynnych).

Ren'ai - aleja wentylacyjna i reprezentacyjna. I strategiczna... I tak dalej...

Aleja ta to bodaj najpiękniejsza ulica Tajpej, będąca szerokim pasem zieleni przecinającym miasto. Jej szerokość i nasadzenia drzew nie są tylko kwestią estetyki, ale pełnią rolę "wentylacji" miasta. W klasycznej teorii miast chińskich, szerokie drogi miały zapobiegać rozprzestrzenianiu się pożarów i umożliwiać szybki ruch wojsk.

Japończycy, a później rząd Kuomintangu oparli się o tę koncepcję, tworząc system dróg promienistych, które zbiegają się w pobliżu kluczowych miejsc, takich jak Mauzoleum Sun Jat-sena. Takie monumentalne planowanie jest echem reguł i symboliki, które uformowały się w głębokiej chińskiej starożytności. Ma na celu wywołanie u obserwatora poczucia majestatu i sprawności funkcjonowania państwa. Nawiązuje do tego passus księgi Han Fei Zi: "Fundamentem wszelakich spraw jest najpierwej uporządkowanie dróg"9.

Układ i postrzegane funkcje, jakie spełnia aleja Ren'ai jest dowodem na to, że nowoczesne Tajpej potrafiło zaadoptować imperialne zamiłowanie do skali i szerokich perspektyw w celu poprawy jakości życia, w tym jakości powietrza, mieszkańców w gęsto zaludnionej metropolii.

Strażnik Północy: Grand Hotel na Yuanshan

Usytuowany na wzgórzu Yuan10 (??), Grand Hotel ze swoją jaskrawoczerwoną fasadą i złotym dachem, jest najbardziej rozpoznawalnym przykładem architektury neoklasycyzmu chińskiego. Został zbudowany w miejscu japońskiej świątyni Shinto, co było aktem symbolicznego "odzyskania" przestrzeni dla kultury chińskiej.

Hotel jest wręcz naszpikowany symboliką smoka - mówi się, że znajduje się w nim ponad 200 000 wizerunków tego mitycznego zwierzęcia - symbolu pierwiastka twórczego, sprawczego Yang. Z perspektywy planowania, budynek ten pełni rolę "ekranu" geomancyjnego, który zamyka widok z centrum miasta na północ, chroniąc Pałac Prezydencki przed "pustką" góry.

Wnętrze hotelu, z gigantycznymi kolumnami i kasetonowym sufitem, jest wzorowane na Zakazanym Mieście. Jest to architektura legitymizacji - budowla miała pokazywać światu, że Republika Chińska na Tajwanie jest prawdziwym depozytariuszem wspaniałości dynastii Ming i Qing. Smok, tu należy koniecznie dodać, od starożytności jest symbolem cesarskim11.

Miasto pod Miastem

Mało znanym elementem planowania Tajpej jest jego gigantyczna struktura podziemna. Ze względu na zagrożenie tajfunami i potencjalne konflikty, Tajpej posiada jedną z najbardziej rozbudowanych sieci schronów i pasaży podziemnych na świecie. Główny dworzec kolejowy to wielopoziomowy labirynt, który łączy metro, pociągi wysokich prędkości i centra handlowe.

Z perspektywy tradycyjnej, taki stan rzeczy da się interpretować w wyjątkowo interesujący sposób. Infrastruktura ukryta to wykorzystanie "świata cieni" (Yin) dla ochrony "świata światła" (Yang). Inżynier patrzy na świat inaczej: planowanie podziemne pozwala na zachowanie przepustowości na powierzchni, co w tak gęstym mieście jak Tajpej jest jedynym sposobem na uniknięcie paraliżu.

Współczesne opracowania, jak te z periodyku CommonWealth (????), zauważają, że "niewidzialne Tajpej" jest równie ważne jak to naziemne. Mówiąc prosto, system odprowadzania wody deszczowej pod miastem, inspirowany japońską inżynierią i chińską hydrografią, jest tym, co pozwala miastu przetrwać coroczne ulewy, zachowując harmonię z żywiołem wody. Oto dlaczego jest to niezbędne.

Współczesne Tajpej musiało poradzić sobie z dużą ilością wody (miasto leży w niecce). Wiele szerokich arterii komunikacyjnych to w rzeczywistości dawne kanały irygacyjne i rzeki, które zostały przykryte betonem. Planowanie miasta polegało tu na walce z naturą, co z perspektywy fengshui było wyzwaniem - woda (symbol pieniędzy) została "ukryta", co niektórzy mistrzowie geomancji uważali za ryzykowne.

Ale Niecka Tajpejska ma swoje prawa. To obszar o bardzo złożonej dynamice geologicznej. Były okresy, gdy miasto "tonęło" w tempie kilkunastu centymetrów rocznie (lata 60. i 70. XX wieku). Proces powstrzymano dzięki restrykcjom w wydobyciu wód podziemnych. W trzeciej dekadzie XXI wieku problem osiadania gruntu wciąż istnieje, choć w znacznie mniejszej skali. Według danych na 2024-2026 rok, średnie tempo zapadania się niecki wygląda tak, że większość niecki osiada w tempie od 1 do 8 mm rocznie. Jest to proces powolny, wynikający głównie z naturalnego zagęszczania się młodych osadów rzecznych (gliny i piasku), na których zbudowane jest miasto.

Istnieją punkty krytyczne, czyli rejony, w których proces jest znacznie szybszy ze względu na lokalne warunki geologiczne lub intensywne prace budowlane.

I tak Dzielnice Luzhou i Wugu: To historycznie najbardziej niestabilne obszary. Pomiary satelitarne (InSAR) wskazują, że w niektórych miejscach grunt może tu wciąż osiadać w tempie ok. 15 mm rocznie. Obszary wzdłuż rzeki Keelung: Przekierowanie biegu rzeki w latach 90. pozostawiło po sobie miękkie, nasycone wodą grunty, które wciąż pracują. W miejscach dawnych koryt rzecznych notuje się osiadanie rzędu 9 mm rocznie.

Działa też składowa tektoniczna. Na zachodnim skraju niecki przebiega aktywny uskok Shanjiao (??). Powoduje on tzw. osiadanie tektoniczne, które jest niezależne od działalności człowieka. Uskok odpowiada za osiadanie około 1,72 mm rocznie w zachodniej części niecki. W rejonie centrum miasta jest to ok. 0,85 mm rocznie.

Ale nie całe Tajpej się zapada! Dzięki drastycznemu ograniczeniu pompowania wód głębinowych, w wielu miejscach poziom wód podziemnych podniósł się tak bardzo, że grunt zaczął się... lekko unosić. Geologowie nazywają taki proces terminem "zjawisko odbicia" (ang. uplift). W ciągu ostatnich dekad w centrum Tajpej odnotowano skumulowane "odbicie" gruntu o około 160 mm. Pomiary z lat 2021-2024 wykazały lokalne uniesienia gruntu o kolejne 3-4 cm w rejonach, gdzie nastąpiła największa regeneracja naturalnych systemów.

Podsumowując, Tajpej nie tonie już w sposób katastroficzny. Największym wyzwaniem dla inżynierów w 2026 roku nie jest ogólne zapadanie się niecki, ale nierównomierne osiadanie (różne tempo w różnych punktach), które może powodować pękanie fundamentów budynków i infrastruktury metra.

Inne ciekawostki

Uliczka Dihua i koncepcja "sklepu-domu"

Dihua to serce handlowe starego Tajpej. Słynie z handlu suszonymi towarami i ziołami. Jej architektura to klasyczny, poudniowo-chiński shophouse, gdzie parter służy do handlu, a piętra do mieszkania. Budynki są bardzo wąskie, ale niezwykle głębokie, co wynikało z dawnych podatków od szerokości elewacji.

Ten model planowania, typowy dla południowych Chin, tworzy na froncie tzw. "korytarze deszczowe" - zadaszone chodniki przed sklepami, które pozwalają kupującym poruszać się po mieście suchą stopą podczas monsunów.

Spacerując uliczką-bazarem zobaczycie również wpływy baroku japońskiego na chińskich fundamentach. Końcowy efekt to "architektura hybrydowa", która odzwierciedla tożsamość Tajpej - miasta, które bierze to, co najlepsze z tradycji chińskiej (funkcjonalność handlowa), japońskiej (porządek i dekoracja) i lokalnej (odporność na klimat).

Budynek tonglau w miasteczku centralnego Tajwanu.
Sklep na parterze, dom na piętrach

Budynek typu tonglau (w zapisie znakowym ??, w Kantonie określany jako ??) to unikalna forma architektury miejskiej, która stała się symbolem historycznych dzielnic południowych Chin, Hongkongu oraz Tajwanu. Są to zazwyczaj wielopiętrowe kamienice o charakterze handlowo-mieszkalnym, których najbardziej rozpoznawalną cechą jest shophouse, czyli połączenie parteru przeznaczonego na sklep lub warsztat z wyższymi kondygnacjami służącymi za lokal mieszkalny. Charakterystyczny dla nich jest głęboki, wąski rzut oraz arkady wysunięte nad chodnik, które chronią przechodniów przed tropikalnym słońcem bądź ulewnym deszczem, tworząc publiczne przejście pod prywatną zabudową.

Różnica w zapisie między tonglautonglang wynika z odmienności dialektów oraz systemów romanizacji języka chińskiego. Zapis tonglang (??) opiera się na

systemie hanyu pinyin, używanym dla języka standardowego putonghua, w którym znak ? (oznaczający korytarz lub ganek) czyta się właśnie jako "lang".

Nazwa zyskała światową sławę dzięki Hongkongowi, w którym dominującym językiem jest kantoński. W dialekcie kantońskim znak ? (l?uh - budynek/piętro) w odniesieniu do tego typu zabudowy wymawia się jak "lau". Zapis tonglau (??, zapis standardowy tanglou) odnosi się zatem dosłownie do "budynku Tang" w wymowie kantońskiej i to on stał się międzynarodowym terminem technicznym w architekturze kolonialnej Azji Południowo-Wschodniej. Trzeba tu koniecznie dodać, że tang odnosi się do dynastii Tang (VII-X w.) i służy czasem do desygnowania chińskiej tożsamości kulturowo-cywilizacyjnej w podobny sposób jak cząstka Han w "Chińczykach Han", który to termin nawiązuje do jeszcze starszej złotej ery chińskiej historii - kilka stuleci starszego panowania dynastii Han.

W Hongkongu budynki typu tonglau przeszły fascynującą ewolucję, stając się świadkami dramatycznego zagęszczenia ludności. Ciekawostką jest fakt, że po II wojnie światowej, ze względu na deficyt mieszkań, wnętrza tych kamienic dzielono na miniaturowe boksy, a dachy często zamieniano w "nielegalne wioski" z prowizorycznymi szałasami. Jednym z najbardziej ikonicznych przykładów w Hongkongu jest "Błękitny Dom" (Blue House) w dzielnicy Wan Chai - rzadki przykład kamienicy z zachowanymi drewnianymi schodami i zewnętrznymi balkonami, który mimo nacisków deweloperów został odrestaurowany i służy jako żywe muzeum dawnych czasów.

Na Tajwanie architektura tonglau jest obecna jako qilou (?? - dosł. "budynek jeździecki"). Posiada nieco inny rys historyczny, silnie związany z okresem japońskiej kolonizacji i późniejszą modernizacją. Nazwa odnosi się do sposobu, w jaki wyższe piętra budynku "dosiadają" chodnika. W architekturze qilou, parter jest cofnięty

względem elewacji frontowej, a wyższe kondygnacje są wysunięte do przodu i wsparte na filarach, co sprawia wrażenie, jakby budynek "jechał okrakiem" nad pasażem.

Na Tajwanie obowiązują specyficzne regulacje prawne dotyczące zadaszonych korytarzy. Choć parter jest własnością prywatną właściciela sklepu, musi on pozostać ogólnodostępny dla ruchu pieszego jako chodnik. Prowadzi to do nieustannych "wojen przestrzennych".

Właściciele starają się wystawiać tam towar, składować przydomowy "pierdzielnik" lub parkować własne skutery. Ich przeciwnikiem są wszyscy inni użytkownicy skuterów, ze zdeterminowanymi minami szukający miejsc do parkowania. W tym konflikcie odpowiednikiem Colta Peacemakera (z ang. rozjemcy) w rękach mieszkańców są specjalne stalowe stelaże o szerokości ok. 1 metra, które wymuszają na skuterzystach pozostawienie przejścia z ulicy do chodnika i wejścia do sklepu.

Podsumowując, te chińskie kamienice to nie tylko obiekty budowlane, ale przede wszystkim socjologiczny zapis przetrwania i adaptacji. Ich wertykalna struktura - od gwarnego handlu na poziomie ulicy, przez rodzinne ołtarzyki na piętrach lub nawet parterach, aż po suszące się pranie na dachach - są wręcz ikonicznym elementem tutejszego sposobu życia.

Współcześnie kluczowe budynki, jak Taipei 101 czy pałac prezydencki, nadal są analizowane pod kątem geomancji. Budynek Taipei 101, ze swoją strukturą przypominającą bambus (symbol wzrostu) i gigantycznymi monetami na elewacji, został zaprojektowany tak, aby "zakotwiczyć" bogactwo w niecce Tajpej, odpierając negatywne "strzały" (shaqi ??) płynące z ruchliwych skrzyżowań.

Inną ciekawostką jest nazewnictwo ulic. Po przekazaniu Tajwanu Chinom, a więc w późnych latach 40. XX wieku, rząd RCh zmienił nazewnictwo tak, by odzwierciedlało mapę Chin kontynentalnych. Ulice o nazwach miast z północnych Chin znajdują się na północy Tajpej, a te z południa - na południu. Spacerując po mieście, poruszamy się po "miniaturowej mapie" Państwa Środka.

Tajpej i fengshui

Chińska geomancja to fascynujący konstrukt i kilka osób prosiło mnie o sporządzony z sercem opis tych kwestii. By stał się on kompletny, muszę dopełnić pakiet ciekawostek powyżej.

Idealną lokalizacją dla domostw i miast jest takie, które gwarantuje ochronę i bogactwo w myśl zasady góra-plecy i woda-front12. Uzupełnia ją zasada: "Po lewej turkusowy smok, po prawej biały tygrys"13. Ta metafora równowagi stron w Tajpej odnosi się do symetrii budowli względem osi centralnej.

Ogólną zasadą jest "wszystkie rzeczy mają swoje miejsce" (gedeqisuo ????). Zasada ta wywodzi się z klasyków starożytnych, sformułowanych za czasów dynastii Zhou i nosi nazwę Porządku Zhou. Nakazuje ona, że każdy element miasta - od targu po świątynię - ma swoje właściwe, rytualne miejsce.

Planowanie parków miejskich także realizowane jest zgodnie z tradycjami. Przy integracji architektury z krajobrazem głównym imperatywem jest "Choć stworzone ręką człowieka, wygląda jak dzieło natury"14.

Wszystkie te opisane powyżej starania tworzą ogólną wizytówkę miasta, a swoją nazwę mają nawet w kulturze Zachodu jako Duch Miejsca (Genius Loci). Chińskie powie-dzenie di ling ren jie ???? poucza, że "duch ziemi" (dobra lokalizacja i plan miasta) rodzi wybitnych ludzi i dość często używane w kontekście pomyślności Tajpej.

Celowe działanie mające zmieniać zwyczaje i modyfikować porządek to - w odniesieniu do wielkich miast - yifeng yisu ????. Odnosi się do wielkich przebudów miasta (jak ta japońska), które zmieniając architekturę, mają na celu zmianę form aktywności społeczeństwa.

W mniejszej skali, przy planowaniu przebiegu ulic, obowiązuje zasada złotego narożnika i nefrytowego pierścienia (Jinjiao yinbian ????). Mówiąc prosto, narożne działki są najcenniejsze, gdyż to do nich klient zachodzi najczęściej. Zasadę tę da się wypatrzeć w czasie przechadzki uliczką Dihua, która w okresie noworocznym jest największym bazarkiem noworocznym dla całego Tajpej.

Rondo Jiancheng

Zupełnie nieopodal znajduje się miejsce, które miało pecha - rondo Jiancheng u zbiegu ulic Chongqing i Południowa Nankin. Pierwotnie zbieg głównych arterii miasta sprawiał, że ulokowane wewnątrz ronda firmy cieszyły się kumulacją pozytywnych cech geomancyjnych. To osobna, fascynująca opowiastka.

Rondo było przez dziesięciolecia uznawane za "serce" i "żołądek" Tajpej, a jego geomancyjna wartość wynikała z unikalnego układu urbanistycznego typu "centrum promieniście zbieżnych dróg". W klasycznym Fengshui rondo to postrzegane było jako "Perła w centrum skrzyżowania", która dzięki swojemu kolistemu kształtowi potrafiła łagodzić i kumulować pędzącą energię Qi płynącą z wielu kierunków. Zamiast pozwalać negatywnym "strzałom" energii shaqi uderzać bezpośrednio w budynki, rondo wprowadzało ruch wirowy, który transformował energię kinetyczną ulic w stabilny potencjał ekonomiczny, sprzyjający osiedlaniu się tam biznesu.

Z punktu widzenia geomancji, rondo Jiancheng pełniło funkcję tzw. "Wodnego Węzła" (shuikou ??). W symbo-lice fengshui drogi są odpowiednikami rzek, a ruch kołowy - przepływem wody niosącym bogactwo. Ponieważ rondo łączyło kluczowe arterie prowadzące do starego dystryktu handlowego Dadaocheng, stało się naturalnym zbiornikiem energii finansowej. Kupcy wierzyli, że kolisty kształt placu zapobiega "ucieczce" pieniędzy, zmuszając fortunę do krążenia w obrębie lokalnych kramów i restauracji. To właśnie ta geomancyjna konfiguracja sprawiła, że rondo stało się wręcz legendarnym królem nocnych marketów, gdzie handel kwitł nieprzerwanie przez pokolenia.

Powodzenie lokalnych kupców było bezpośrednio wiązane z zasadą "Gromadzenia wiatru i zbierania wody" (zangfeng jushu? ????). Rondo Jiancheng, będąc najstarszym tego typu obiektem w mieście, stworzyło specyficzny mikroklimat handlowy, w którym energia qi była stale "doładowywana" przez napływających z różnych stron klientów. Wierzono, że centralny punkt ronda działa jak magnes, przyciągający pomyślność (fu ?), co przekładało się na niezwykłą żywotność tamtejszych punktów gastronomicznych. Nawet po licznych pożarach w latach 90., kupcy uparcie dążyli do odbudowy obiektu w tej samej lokalizacji, ufając w niezmienną moc tego "punktu smoka".

Jako że istniał niemożliwy do rozwiązania konflikt interesów między miastem a właścicielami stanowisk i bud z jedzeniem, pojawiły się teorie spiskowe. Miasto chciało nowoczesnego budynku, kupcy chcieli zachowania tradycyjnego targu. Pożary rozwiązały ten impas.

Esencją sporu była wartość gruntów. Teren u zbiegu Chongqing i Nankin był wart wręcz górę pieniędzy. Stare prawo własności do stoisk blokowało inwestycje miasta. O dwa pożary z 1993 i 1999 roku próbowałem indagować lokalnych policjantów i starsze osoby, ale pozyskane "dane wywiadowcze" były całkowicie niekonkluzywne - choć dekadę wcześniej cała okolica gulgotała od plotek i teorii spiskowych.

Ostateczna śmierć ronda nastąpił w momencie modernizacji, gdy tradycyjna szklana konstrukcja (zaprojektowana przez zespół słynnego C.P. Wanga) zaburzyła przepływ energii. Miałem okazję jeść tam posiłek w 2004 roku, gdy mieszkałem w pobliżu. Ruch w tej rotundzie był słaby. Według mistrzów fengshui, nowy budynek był zbyt "przezroczysty" i "chłodny", co sprawiło, że zgromadzona przez lata energia bogactwa rozproszyła się (san cai ??).

Z geomancyjnego punktu widzenia, struktura ta przestała "trzymać" qi. Dodatkowo zmiana charakteru z marketu z budami na pasaż doprowadziła do upadku obrotu biznesów i ostatecznego wyburzenia nadziemnej części ronda w 2016 roku. To wydarzenie stało się dla mieszkańców Tajpej gorzką lekcją o tym, że nowoczesna architektura, która ignoruje tradycyjne zasady przepływu energii, może zniszczyć nawet najbardziej pomyślne miejsce handlowe.

Obecnie rondo zostało przekształcone w otwartą przestrzeń parkową, co w fengshui określa się mianem "Jasnej Sali" (míngtang ??) - szerokiej, czystej przestrzeni przed budynkami, która pozwala energii swobodnie oddychać.

Choć dawny gwar nocnego targu zniknął, nowa konfiguracja ma na celu uzdrowienie okolicy i przywrócenie harmonii po latach architektonicznych niepowodzeń. Dla okolicznych kupców rondo pozostaje symbolem "ducha miejsca", przypominając, że w chińskiej tradycji sukces w interesach jest nierozerwalnie związany z umiejętnością ustawienia się w odpowiednim nurcie niewidzialnych sił ziemi i dróg.

Metro w Tajpej

Metro w Tajpej (znane jako MRT) jest uznawane za jeden z najlepszych systemów transportu miejskiego na świecie, regularnie zajmując pierwsze miejsca w rankingach czystości i punktualności. System uruchomiono w 1996 roku, zaczynając od 12 stacji w jednej linii. Już 10 lat później system składał się z 69 stacji. W 30 rocznicę uruchomienia, w bieżącym roku, potężna sieć ma już 138 stacji, które obsługują dwa miliony pasażerów dziennie!

Peron jednej ze stacji metra w Tajpej.

Pierwszą cechą szczególną całego systemu są strefy bezpiecznego oczekiwania - są one objęte specjalnym monitoringiem wizyjnym 24/7. Jeśli pasażer (szczególnie kobieta podróżująca samotnie w nocy) czuje się zagrożony lub niepewnie, stanie w tej strefie gwarantuje, że pracownik ochrony patrzy na nią bezpośrednio przez kamerę, a w pobliżu znajduje się przycisk alarmowy.

W metrze w Tajpej obowiązuje absolutny zakaz jedzenia, picia, a nawet żucia gumy po przekroczeniu żółtej linii bramek. Nie chodzi tylko o śmieci. Tajwan leży w strefie subtropikalnej - resztki jedzenia natychmiast przyciągnęłyby mrówki, karaluchy i szczury, które mogłyby przegryzać kable i niszczyć elektronikę sterującą pociągami.

Każda linia metra ma swój unikalny sygnał dźwiękowy informujący o nadjeżdżającym pociągu. Nie są to zwykłe piski, ale krótkie kompozycje fortepianowe lub jazzowe, stworzone przez znanych artystów. Bramki przy wejściu również wydają różne dźwięki w zależności od rodzaju karty: karta studencka, karta dla seniora czy zwykła EasyCard mają inne sygnały dźwiękowe, co pozwala obsłudze stacji uszami wyłapać np. dorosłego korzystającego z tańszej karty dziecięcej.

Większość podziemnych stacji metra w Tajpej (szczególnie na liniach Czerwonej i Niebieskiej) została zaprojektowana jako potężne schrony przeciwlotnicze.

Konstrukcja: Ściany stacji są znacznie grubsze niż w typowych europejskich metrach, a wejścia są wyposażone w gigantyczne, stalowe wrota przeciwwybuchowe, ukryte za panelami dekoracyjnymi.

Zapas energii i wody: Każda stacja posiada własne systemy filtracji powietrza i generatory, które pozwalają tysiącom ludzi przetrwać pod ziemią w razie konfliktu lub katastrofy naturalnej.

Na większości stacji stoją stojaki z "parasolami grzecznościowymi". Można wziąć parasol na jednej stacji i oddać go na dowolnej innej, niekoniecznie tego samego dnia. System ten opiera się w dużej mierze na uczciwości i wzajemnym zaufaniu. Skala zwrotów jest tak wysoka, że system działa od lat bez konieczności wprowadzania rygorystycznych kaucji.

-

1 Zhongzheng ??; To imię grzecznościowe Czang Kaj-szeka, ale jednocześnie starochiński termin oznaczający "sprawiedliwy, fair".

2 Zhou Li ??; a konkretnie rozdziału Kao Gong Ji (???).

3 Zuo z? you she, qian chao hou shi ???????????.

4 Jak podaje klasyczne źródło, taoistyczna Księga Pochówku z IV-V w. n.e (Zang Shu ??), "Energia rozprasza się na wietrze, a zatrzymuje przy wodzie" (????????????).

5 Shangshu (??) mówi: Shu? yue run xia, hu? yue yan shang ?????? ?????.

6 Gruntowna przebudowa i modernizacja miasta to wielka modernizacja stolicy Francji przeprowadzona w latach 1853-1870, za panowania Napoleona III. Pod nadzorem barona Georges'a Haussmanna średniowieczny Paryż został bezlitośnie przemodelowany na nowoczesną metropolię. Wyburzono m.in. ciasne zabudowania na rzecz szerokich bulwarów oraz ujednoliconych kamienic,

7 Pozwólcie, że będę używał tego określenia w miejsce "dzielnicy". Podobnie, będę dalej posługiwał się japońską nazwą prefektura w miejsce anglojęzycznego "county" (pol. hrabstwo), a co na Tajwanie jest odpowiednikiem polskiego województwa.

8 (??): ???????????.

9 ??? ???????????. Passus ten nadaje się idealnie na podarek dla prezesa chińskiej firmu budującej infrastrukturę drogową.

10 Drugim znakiem w nazwie jest 'góra' (shan), a więc poprzedzanie pełnej nazwy chińskiej słowem góra czy wzgórze jest identycznym błędem jak powiedzenie góra Alishan.

11 Pełny tekst na ten temat: Symbolika smoka i władza cesarska, https://chiny.pl/artykul/203 [dostęp: 2026-01.14].

12 Bei shan mian shui ????.

13 Zuo Qinglong, you Baihu ???????.

14 Sui you ren zuo, wan zi tian kai ?????????.

Dzień z życia Tajwańczyka

Zastrzeżenie: nie każdy mieszkaniec Tajwanu przechodzi zaprezentowany poniżej scenariusz w całości ani codziennie. Przy weryfikacji treści niniejszego rozdziału zdarzały się obyczaje, które dla jednych były oczywiste i obowiązkowe, a dla innych nieznane, a wręcz niezrozumiałe.

Życie w tajwańskim mieście to fascynująca mieszanka hiper-produktywności, głęboko zakorzenionych przesądów i kulinarno-społecznych rytuałów. Tajwańczycy żyją w rytmie, który dla Europejczyka może wydawać się wyczerpujący, ale dla nich jest jedynym sposobem na utrzymanie się w nurcie swojego życia.

"Budzik o 6:30"

Dzień w Tajpej czy Kaohsiungu zaczyna się brutalnie wcześnie. Typowa rodzina wstaje około 6:30. Dzieci muszą być w szkole przed 7:30, co czyni tajwański system edukacji jednym z najbardziej wymagających czasowo na świecie. Ten wczesny start jest fundamentem narodowej etyki pracy, ale też przyczyną chronicznego niewyspania młodzieży.

Poważnym przesądem jest przekonanie, że spóźnienie się do szkoły lub pracy "rozprasza pomyślność" na resztę dnia. Tajwańczycy wierzą w "energię poranka" (zaochenqi ???) - jeśli zaczniemy dzień w pośpiechu i chaosie, nasze relacje z szefem lub nauczycielami ulegną pogorszeniu. Dlatego na ulicach miast o 7:15 panuje absolutny szczyt aktywności, a skutery całymi watahami pędzą od świateł do świateł, wioząc dzieciaki które bardzo często łapią bonusowe 10 minut snu - wygląda to często komicznie.

Problemem, o którym mówi się coraz głośniej, jest wpływ tego tempa na zdrowie psychiczne. Rodzice często widują swoje dzieci tylko rano i późnym wieczorem, co osłabia więzi rodzinne.

Zamiast jeść posiłki w domu, większość Tajwańczyków odwiedza lokalne restauracyjki śniadaniowe (zaocandian ???). Kultowym wyborem jest kanapka z szynką i jajkiem lub danbing (??; naleśnik z - typowo - jajkiem i plasterkiem szynki) oraz kubek zimnego lub ciepłego mleka sojowego albo herbaty.

Zabawnym i unikalnym elementem są napisy na foliach przykrywających kubki z napojami. Znajdują się tam "zimne żarty" (lengxiaohua) lub wróżby. Tajwańczycy czytają je czekając na autobus czy metro tak, jak my czytamy etykiety na środkach czystości w domowych łazienkach. Niezrozumiałym dla obcokrajowców obyczajem jest picie lodowatego mleka sojowego przy jednoczesnym unikaniu "zimnych potraw" - to jedno z wielu tajwańskich udziwnień, związanych z chińską medycyną tradycyjną.

Słowem, w mieście śniadanie to pierwszy sakrament dnia, a jakość "herbaty mlecznej" (naicha) definiuje humor pracownika czy ucznia na kolejne cztery godziny.

Lunch w pudełku (biandang ??)

Tuż przed godziną 12:00 z aktywnością w biurach dzieje się coś trudnego do uchwycenia. Cała machina azjatyckiej produktywności zwalnia, a przy tym myśli wszystkich odrywają się od zadań, by skierować do posiłku. O godzinie 12:00 już formalnie wszystko staje ze zgrzytem w miejscu!

Zaczyna się rytuał zjadania biandang (??; z jap. bento; zdjęcie s. 533). Najpopularniejszy zestaw to ryż, udko kurczaka lub kotlet wieprzowy z kością (paigu) i trzy rodzaje warzyw. Tajwańczycy są narodem najbardziej przywiązanym do gorącego lunchu - jedzenie zimnej sałatki w południe jest postrzegane jako akt autoagresji lub skrajnego ubóstwa. Z drugiej strony, do firm, a więc przed nos pracownika biandang trafia już nie gorący, a co najwyżej ciepły... i to umownie ciepły. Jeśli obcokrajowiec trafi na bardziej "lokalny" wariant, może się okazać, że do zjedzenia wystygłej, dziwnie smakującej zawartości trzeba się zmusić.

Po lunchu musi nastąpić drzemka. W tajwańskich biurach zwykle około 12:40-13:00 pracownicy kładą głowy na biurkach (często używając specjalnych poduszek) i odsypiają swoje NASA power nap1. Wierzy się, że brak drzemki po posiłku powoduje "zastój krwi w sercu". Obcokrajowiec wchodzący do biura o 13:15 może pomyśleć, że nastąpił zbiorowy atak gazowy, podczas gdy to tylko regeneracja narodowych sił wytwórczych. Ja sam, gdy pierwszy raz zobaczyłem biuro pełne ludzi leżących pokotem na biurkach, doznałem pełnego szoku kulturowego. A na marginesie, ilość odpadów generowanych przez te posiłki, w tym bambusowych pałeczek jednorazowych, jest ogromna.

"Czwarta po południu" - podwieczorek i herbata z bąbelkami

Około 15:30-16:00 to czas na zjawisko xiawucha (popo-łudniowa herbata). Biura zamawiają wspólnie herbatę bąbelkową lub któryś z wariantów kurczaka w panierce albo pizzy. To ważny moment budowania relacji w zespole. Jeśli nie dołączymy do wspólnego zamówienia, jesteśmy postrzegani jako aspołeczni "odszczepieńcy".

Typową praktyką jest personalizacja napoju. Tajwańczyk nie zamawia po prostu herbaty. Zamawia: "trochę cukru, mało lodu, perły duże, z dodatkiem galaretek". Obcokrajowcy często gubią się w menu - ma ono więcej opcji niż konfigurator przy zakupie samochodu.

Herbata z mlekiem i bąbelkami - zimą na gorąco!

Cukier krzepi, ale powszechne zamiłowanie do napojów herbacianych ma swoją cenę. Tajwan ma jeden z najwyższych wskaźników spożycia cukru na mieszkańca w Azji. Rządowe kampanie "mniej cukru" walczą z narodowym uzależnieniem od słodkiej herbaty, ale dla wielu zmęczonych pracowników dodatkowa dawka fruktozy to jedyny sposób, by przetrwać w biurze do 17:00 lub 19:00.

Melodia śmieciarki - szybko, na ulicę!

Zwykle wieczorem, między 19:00 a 21:00, ulice miast wypełniają się ludźmi trzymającymi żółte i niebieskie worki. Zamiast wrzucania do kontenerów, na Tajwanie śmieci podaje się patrolującym ulice i uliczki śmieciarkom. Niegdyś śmieciarki katowały "Dla Elizy" Beethovena lub "Modlitwę Dziewicy" Bądarzewskiej. Szczęśliwie dla Beethovena praktyki zaprzestano - pojawił się przesąd, że jego przewracanie się w grobie przynosi trzęsienia ziemi. Na wszelki wypadek przyznaję, że tak tylko sobie z tego żartuję.

Ponieważ wszyscy wychodzą z domów w tym samym czasie, jest to okazja do plotek i sprawdzenia, co słychać u sąsiadów. To moment, w którym anonimowość wielkiego miasta pęka na rzecz wspólnoty wokół utylizacji odpadów.

Poważnym problemem jest stres związany z tym systemem. Jeśli spóźnimy się o minutę i zobaczymy tylko tył śmieciarki, a w domu zostaje narastający problem , przyciągający karaluchy. Tajwańczycy obsesyjnie pilnują godzin przyjazdu auta. Czasem sprawia to, że wieczorne spotkania towarzyskie są przerywane nagłym: "Przepraszam, muszę biec zdać śmieci!".

Buxiban - wieczne życie ucznia

Gdy dorośli kończą pracę, dzieci wcale nie idą do domu. Idą do buxiban (???; szkoły-przechowalnie dzieci). Większość uczniów w miastach kończy naukę dopiero o 21:00 lub 22:00. To mroczna strona tajwańskiego sukcesu - dzieciństwo spędzone w klimatyzowanych salach pod okiem surowych nauczycieli.

Troską codzienną rodziców są niemałe koszty tych szkół. Często boleśnie duża część pensji rodziców idzie na naukę angielskiego czy douczki z matematyki. To tworzy błędne koło: rodzice pracują więcej, by zapłacić za szkoły, przez co rzadziej widzą dzieci, które z kolei uczą się więcej, by spełnić oczekiwania rodziców.

Nocne markety

Główną rozrywką wieczorną są wyprawy na nocne targi. Tajwańczycy nie chodzą tam tylko jeść - to ich odpowiednik europejskiego spaceru po parku. Nocny targ to miejsce, gdzie hierarchia społeczna znika. Menadżer w korporacji i robotnik stoją w tej samej kolejce po śmierdzące tofu.

Lekkim i zabawnym aspektem są gry zręcznościowe, jak wyławianie krewetek lub strzelanie do balonów. Tajwańczycy traktują te zabawy śmiertelnie poważnie, zbierając punkty na plastikowe zabawki, które nie są im do niczego potrzebne. To forma regresji do dzieciństwa, której społeczeństwo bardzo potrzebuje po całym dniu sztywnej etykiety.

Typowe stoisko z miejscowymi specjałami na nocnym markecie w mieście Taichung.

Przesądem na nocnych targach jest unikanie stoisk, które są "puste". Tajwańczyk wierzy w "psychologię tłumu" - jeśli przed stoiskiem nie ma kolejki, to znaczy, że jedzenie jest pechowe lub niesmaczne. To bodaj główny czynnik przy powstawaniu zjawiska laozihao (s. 634). Powstają gigantyczne kolejki do jednego miejsca, podczas gdy stoisko sąsiednie, serwujące praktycznie to samo, stoi puste. Dla obcokrajowca czekanie pół godziny na kawałek bułki jest wręcz totalnie niezrozumiałe. Dla Tajwańczyka to gwarancja bezpieczeństwa, a nieco złośliwie, acz prawdziwie - treść życia.

Claw machines (maszyny z łapami)

Ten narodowy hazard rozpowszechni się gwałtownie około 10 lat temu. W każdym tajwańskim mieście w ciągu sklepików znajdziemy salon z maszynami do wyławiania pluszaków. W 2019 roku było ich więcej niż sklepów 7-Eleven. Dorośli Tajwańczycy potrafią wydać setki dolarów, by wyłowić figurkę z anime lub... paczkę papieru toaletowego. To forma niskonakładowego hazardu, który pomaga rozładować stres. Z drugiej strony, sytuacja kowidowa i wyczerpywanie się modelu biznesowego rodzinnych sklepów sprawia, że dla właściciela budynku wynajęcie powierzchni jest lepszym interesem ni trzymanie jej pustej. Te salony to znak kryzysu gospodarczego, a może i mentalnościowego - właściciele lokali, których nie stać na prowadzenie kawiarni, wstawiają maszyny, które nie wymagają obsługi.

Sklepy całodobowe

Sklepy 7-Eleven, FamilyMart i kilka innych sieci to węzły sieci w życiu Tajwaczyków. Może nie są tzw. "trzecim miejscem", ale prawie. Można w nich zjeść, zapłacić podatki, odebrać paczkę, skserować lub wydrukować dokument, kupić podgrzewany posiłek, wypożyczyć powerbank... Tajwańczyk bez sklepu tego typu czuje się jak bez ręki. Sklepy te zastąpiły tradycyjne rynki i stały się miejscem na pogawędki dla starszych ludzi, którzy szukają darmowej klimatyzacji albo po prostu miejscem, w którym można przez 5 czy 10 minut odetchnąć od kieratu. Tajwańczycy potrafią siedzieć w takim sklepie 4 godziny, pracując na laptopie przy jednej kupionej kawie, a obsługa nigdy ich nie wyprosi. Jednym z ikonicznych produktów są "herbaciane jajka" (chayedan). Ich charakterystyczny zapach wita każdego wchodzącego.

To właśnie sklepy tego typu zniszczyły lokalne małe biznesy. Sklepy te oferują wszystko w jednym miejscu, co przyczynia się do uniformizacji życia miejskiego. Zaganiany Tajwańczyk w mieście rzadko gotuje - a jego lodówka to bardzo często lodówka w 7-Eleven dwa kroki od domu.

Weekendy

Basenowe łowiska dla introwertyków

Łowiska krewetek i ryb (odpowiednio diaoxiachang ??? oraz diaoyuchang ???) to ikoniczne miejsca, które ja sam określam frazą "dziwne jak japoński teleturniej. Są one połączeniem sportu, hazardu i grilla. Typowo w ozdobionych neonami halach znajduje się wielki basen. Po przybyciu płacimy za godzinę - zazwyczaj około 300-400 TWD. Dostajemy do ręki małą wędkę, zapas przynęty - zwykle kawałki suszonej wątróbki lub suszone krewetki. Siadamy na niskim plastikowym stołeczku, pijemy piwo i palimy papierosy. To nasze "trzecie miejsce".

Jedno z krytych łowisk w mieście Taichung.

W wielu łowiskach krewetki mają przyczepione do odwłoków kolorowe gumki lub tasiemki. Jeśli złowimy taką krewetkę, wygrywamy nagrodę pieniężną, darmowe godziny łowienia lub butelkę alkoholu. To wprowadza element hazardu, który Tajwańczycy uwielbiają.

Kluczowym elementem tych przybytków jest wielki piec gazowy lub elektryczny stojący w rogu hali. Po skończonym łowieniu sami myjemy krewetki, nabijamy je na patyczki, obtaczamy w soli lub panierce i pieczemy. Zapach pieczonych krewetek jest atraktorem dla kolejnych klientów.

-

1 W latach 60. eksperci NASA stwierdzili, że ok. 20 minut snu pozwala zmęczonej osobie przywrócić się do pełnej przytomności. Współcześnie taka demka jest powszechną praktyką u załóg samolotów.

Rozmaitości

"Dziwniejsze to to niż japoński teleturniej!"

W miejscach, w którym od stuleci i tysiącleci kształtują się i mieszają obce kultury, nietrudno o widoki i sytuacje, które zaserwują nam szok kulturowy. Inne sytuacje sprawią, że pogrążymy się w refleksji nad naszymi własnymi praktykami. Jeszcze inne stanowią element kolorytu i folkloru, które dla jednych są obojętne, a drugich są nieodpartą siłą, każącą spakować plecak i pojechać na koniec świata i zanurzyć się w obcości.

Jedną z praktyk, której odejścia bardzo żałuję, jest mocowanie na autobusach i ciężarówkach tablic z nazwiskiem i imieniem kierowcy. Takie rozwiązanie zmienia zachowanie uczestników ruchu drogowego na lepsze. A nawet na znacznie lepsze!

Dawniej na Tajwanie panował system "jeden kierowca - jeden wóz". Tabliczka była przykręcona na stałe. Dziś firmy transportowe działają w systemie zmianowym, gdzie jeden autobus w ciągu doby może być prowadzony przez 2-3 różnych kierowców. Ale głównym winowajcą jest motłoch samowyznaczających się sędziów on-line. Dochodziło do sytuacji, w których niezadowoleni z jazdy robili zdjęcia tabliczki z nazwiskiem i publikowali je w sieci. Kierowcy stawali się ofiarami internetowego linczu lub nękania, zanim firma transportowa w ogóle zdążyła wyjaśnić skargę.

Innym znikającym widokiem są motocykle obładowane butlami z gazem. Rekordzista z pięcioma butlami po 20 kilogramów netto jest widokiem, którego od wielu już lat nie uświadczymy. Zdjęcie z Tajpej z 2005 roku powyżej wydobywa z Tajwańczyków w 2026 roku okrzyk "wow!". Przepisy i nowoczesne wrażliwości zmieniają świat.

Plusy ujemne ruchu drogowego

Poruszanie się po drogach na Tajwanie to szereg pozytywnych i negatywnych praktyk. Nadzwyczajnie pozytywną jest zachowanie kierowców po kolizjach. Jest ono modelowym pokazem bezosobowej prospołeczności.

Te cnoty obywatelskie balansowane są niezbyt dobrymi nawykami i manieryzmami, z którymi policja walczy całkiem aktywnie. Swego czasu plagą byli staruszkowie na skuterach o pojemności 50 cm3, do których nie potrzebne jest prawo jazdy. W małych miejscowościach panowie jeździli po prostu "na krechę", nawet przez czerwone światła. W pewnym momencie ktoś się połapał w istnieniu problemu i po prostu zniknęli z ulic.

Typowa ulica przelotowa w miasteczku i miastach: pasy dla skuterów i skręt w lewo na dwa razy.

Innym do dziś istniejącym i niezwykle dokuczliwym zachowaniem jest wyprzedzenie jadącego jednośladem współużytkownika drogi, aby następnie zahamować przed jego nosem i skręcić w prawo. Kolejnym, już bardzo niebezpiecznym zachowaniem jest ścinanie zakrętów na górskich drogach. Kilka sytuacji "prawie-prawie" nauczyło mnie przytulać się do prawej strony na wszelkich zakrętach przepięknych tras widokowych.

Perypetie z naprawami skuterów

Ale prawdziwym polem minowym są naprawy skuterów. Trzeba znać drobne sztuczki. Moje osobiste doświadczenia to między innymi zasada unikania starszych wiekiem właścicieli jak ognia - ta grupa wyjątkowo często praktykuje kosztowną wymianę kolejnych części bez poważnych prób zdiagnozowania tego, właściwie który element systemu wymaga naprawy. Podobną strefą no-go są warsztaty w pobliżu uczelni - właściciele i mechanicy przywykli do tego, że studentom da się wmówić wszystko.

Wymiana oleju w typowym warsztacie w centrum Kaohsiungu.

Problem wynika głównie z brakiem wyszkolonych nowych pokoleń mechaników i ich mentalności. Ten na zdjęciu powyżej jest mistrzem wybitnym i z powołaniem. Ale w sporej części bardzo licznych warsztatów specjalizacją jest wymiana oleju i prosta obsługa - rozumienie działania systemów mechanicznych jest zdecydowanie powyżej wymaganego minimum. -

Kłamstwa, konfabulacje oraz usterki w innych książkach o Tajwanie

Poniżej prezentowane wypowiedzi to zaledwie drobny ułamek tego, czym zalewany jest przez wydawców temat Tajwanu.

Marcin Jacoby, Tajwan. Herbatka na beczce prochu

Oni zostali z Tajwanu definitywnie przepędzeni przez Holendrów w 1642, a ci z kolei w 1661 przez chińskiego woja Koxingę (Zheng Chenggonga),

Jest to karygodne, niemal zuchwałe i kompromitujące niedbalstwo ze strony akademika o teoretycznie ugrunowanej renomie. Możliwy jest tu wpływ zamieszanego w działalność ekstremistów politycznych "aktywisty" i samozwańczego "filozofa władzy" Pawła Gu, którego nazwisko figuruje na stronie redakcyjnej książki.

Koxinga był lojalistą dynastii Ming i głównym przywódcą oporu wobec przejmujących jej cesarstwo dynastii mandżurskiej. Był kimś, kto w późniejszych stuleciach, zwłaszcza XX wieku, określany jest przez historyków słowem warlord. Założył państwo-dynastię, które pod nazwą Królestwo Dongning kontrolowało nie tylko wycinek wybrzeża Tajwanu, ale i sporą część wybrzeża Fujian. Nazywanie Koxingi wojem jest wręcz uwłaczające i historycznej personie, i czytelnikom.

s. 297 Ja sam parę razy widziałem, jak mniejsze okazy (tak zwane karaluchy niemieckie) przechadzały się po ubraniach pasażerów w autobusie. Widywało się je między obrusami a szklanymi blatami stołów w kawiarniach. Gubiły odnóża w zimnych daniach, które nakładałem sobie w barach ze szwedzkimi stołami.

Pisząc ten ustęp autor całkowicie odleciał do jakiegoś równoległego uniwersum. Tafle szkła kładzione są na stołach bez obrusu, a jeśli z obrusem, to na ścisk - często wkłada się tam wizytówki czy karteczki z notatkami.

Właściciel biznesu, który by pozwolił na oczach klientów na ganianie karaluchów po jedzeniu to kazus całkowicie nierealny.

Chodzenie karaluchów po ludziach w autobusie możliwe jest wyłącznie w tej nieprawdopodobnej sytuacji, w której karaluch ukrył się w czyimś ubraniu i nie zeskoczył zeń na odcinku od domu do przystanku. Wciąż, byłoby to w najwyższym stopniu nieprawdopodobne. Nie w 1999 roku czy później.