Tajna misja Rudolfa Hessa - T. Salter

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tajemniczy samolot

Punk­tu­al­nie o godzi­nie 22.04 nad­brzeżny poste­ru­nek prze­ciw­lot­ni­czy w pobliżu Nor­thum­ber­land otrzy­mał dziwny sygnał. Sygnał ten ozna­czał, że gdzieś w pro­mie­niu dwu­dzie­stu mil uka­zał się obcy samo­lot. Wpraw­dzie w owe wio­senne dni 1941 roku poja­wie­nie się nie­miec­kich samo­lotów nad Wyspami Bry­tyj­skimi nie było czymś nie­zwy­kłym, w tym jed­nak wypadku sprawa wyglą­dała dość tajem­ni­czo, i to z dwóch powo­dów. Przede wszyst­kim mel­du­nek dono­sił o uka­za­niu się jed­nego, dosłow­nie jed­nego samo­lotu. Przy­zwy­cza­jono się raczej do sil­nych liczeb­nie zgru­po­wań i "poje­dyn­cza sztuka" była w tej regule wyjąt­kiem zmu­sza­ją­cym do zasta­no­wie­nia się. Po dru­gie, według mel­dunku miał to być Mes­ser­sch­mitt Me-110, a zdrowy roz­są­dek prze­ko­ny­wał, że w tej sytu­acji nie ma on żad­nej szansy powrotu do swo­jej bazy. Ogra­ni­czony zapas paliwa, jaki zabie­rały ze sobą tego typu samo­loty, unie­moż­li­wiał im tak daleki lot i powrót do bazy.

Zagadka samot­nego lot­nika mogła być inter­pre­to­wana róż­nie. Mógł on na przy­kład zabłą­dzić. Samo­lot mógł być uszko­dzony przez arty­le­rię prze­ciw­lot­ni­czą lub w bitwie powietrz­nej i mógł poszu­ki­wać przy­god­nego lot­ni­ska. Kto wie, czy nie wybie­rze wła­śnie jed­nego z roz­le­głych pól gol­fo­wych. Tego, co miało nastą­pić, nikt jed­nak nie potra­fił prze­wi­dzieć.

Obsługi poste­run­ków prze­ciw­lot­ni­czych poczuły się raź­niej i pew­niej. Ten bój z całą pew­no­ścią będzie można wpi­sać do rubryki zwy­cięstw. Rzecz w tym, żeby takiej, jed­nej na tysiąc, oka­zji nie prze­pu­ścić i żeby zwy­cięstwo nie stało się łupem "kon­ku­ren­cyj­nych" poste­run­ków. I to rów­nież pobu­dzało do czuj­no­ści.

Fred Bel­lins sie­dział ze słu­chaw­kami na uszach i pogwiz­dy­wał cicho przez zęby. Upły­nęło już parę minut od chwili otrzy­ma­nia pierw­szego sygnału a dal­sze wia­do­mo­ści nie nad­cho­dziły. Wing com­man­der1, książę Hamil­ton, zaj­rzał przez szybę do ope­ra­cyj­nego i znikł w kory­ta­rzu. Na lot­ni­sku zarzą­dzono alarm. W nastroju nie­pew­nego ocze­ki­wa­nia wyczu­wało się nara­sta­jąco napię­cie. Gdzieś w górze jęczał samotny sil­nik prze­słu­chi­wany przez dzie­siątki par uszu, śle­dzony dzie­siąt­kami par oczu. Zie­mia i powie­trze sprzę­gły się w jeden orga­nizm gotowy do dzia­ła­nia.

Bel­lins zmarsz­czył czoło i moc­niej przy­ci­snął słu­chawki do uszu.

- Kurs... 16 stopni...

Fred cienką kre­ską ozna­czył kurs na mapie i obok napi­sał dokładną godzinę otrzy­ma­nia mel­dunku. Przez chwilę w słu­chaw­kach pano­wała cisza. Bel­lini usi­ło­wał z mapy odczy­tać cel lotu dziw­nego lot­nika.

- Kurs... 87 stopni... - zadźwię­czał w słu­chaw­kach głos innego obser­wa­tora. Pod­ofi­cer połą­czył nową kre­skę z poprzed­nią. Minęło znowu parę minut.

- Kurs 270 stopni...

Tym razem Bel­lins skrzy­wił się i ze zdzi­wie­niem oglą­dał wyry­so­wany przez sie­bie szkic. "To chyba nie­moż­liwe - pomy­ślał - albo tamci się mylą, albo ten pilot zupeł­nie zwa­rio­wał". Kręta linia kursu jego samo­lotu wyda­wała się dziwna i nie­zro­zu­miała.

- Kurs 42 stopni... - zadźwię­czał w słu­chaw­kach nowy mel­du­nek.

Fred już nie wąt­pił. Lot­nik naj­praw­do­po­dob­niej zbłą­dził i teraz gorącz­kowo poszu­kuje miej­sca, w któ­rym mógłby wylą­do­wać.

W tym prze­świad­cze­niu utrzy­mały go następne mel­dunki. Teraz bowiem kursy tajem­ni­czego samo­lotu zmie­niały się w jesz­cze krót­szych odstę­pach czasu. Bel­lins zamel­do­wał o wszyst­kim dowódcy lot­ni­ska. Wing com­man­der, książę Hamil­ton, otrzy­mał pole­ce­nie natych­mia­sto­wego wysła­nia samo­lotu roz­po­znaw­czego.

Kiedy pilot Boul­ton pako­wał się do kabiny apa­ratu, nie był jesz­cze zupeł­nie pewien tre­ści swo­jego zada­nia i nie bar­dzo rozu­miał, czego od niego żądano.

Tro­pić samo­lot, który i tak jest ści­gany przez wszyst­kie sta­cje obser­wa­cyjne, nie mia­łoby sensu, tym bar­dziej że zabro­niono mu wyraź­nie jakich­kol­wiek prób zaata­ko­wa­nia intruza.

Jego rola musiała się więc ogra­ni­czyć do obser­wa­cji i obrony. Nic wię­cej. Boul­ton był zda­nia, że w tym wypadku to samo zada­nie z rów­nym, a może nawet z lep­szym powo­dze­niem mogłyby wyko­nać poste­runki obser­wa­cyjne i arty­le­ria prze­ciw­lot­ni­cza, ale dys­ku­sja na ten temat z dowódcą oczy­wi­ście nie miała naj­mniej­szego sensu.

Samo­lot wystar­to­wał gładko, zato­czył krąg nad lot­ni­skiem i wziął kurs na Dun­ga­vel. Jeden z ostat­nich mel­dun­ków gło­sił, że samo­lot o godzi­nie 22.56 znaj­do­wał się na wyso­ko­ści 3000 stóp na pół­nocny wschód od Andras­san.

Ów wie­czór 10 maja 1941 roku nale­żał w Szko­cji do wyjąt­kowo pogod­nych dni wio­sen­nych. W połu­dnie słońce przy­grze­wało już dość mocno i wie­czorny orzeź­wia­jący powiew idący od morza mógł być uwa­żany nawet za przy­jemny. Boul­ton obser­wo­wał przy­rządy pokła­dowe, rzu­ca­jąc od czasu do czasu okiem na hory­zont. W dole małe szkoc­kie mia­steczka z lękiem wsłu­chi­wały się w war­kot sil­nika. O godzi­nie 23.03 samo­lot Boul­tona zna­lazł się na połu­dnie od Glas­gow. Dokład­nie w tej minu­cie w jego słu­chaw­kach ode­zwał się głos Freda.

- Halo, Boul­ton, halo, czy sto­czy­łeś walkę? Over.

Boul­ton prze­ra­ził się. Tam na poste­runku zupeł­nie chyba zwa­rio­wali. Jeśli on z czym­kol­wiek teraz bił się, to chyba z wła­snymi myślami, które nie dawały mu spo­koju od chwili startu.

- Halo... Fred... - odpo­wie­dział z gnie­wem w gło­sie - z kim mia­łem wal­czyć? Over.

Tym razem pilot usły­szał komu­ni­kat, od któ­rego mu się zro­biło nie­do­brze.

- Boul­ton... - mówił Fred pod­nie­sio­nym gło­sem - w odle­gło­ści osiem­na­stu kilo­me­trów na połu­dnie od Duna­ovel, w miej­sco­wo­ści Eagle­sham, spadł samo­lot... Lot­nik wysko­czył ze spa­do­chro­nem. Prze­pro­wadź roz­po­zna­nie.

Boul­ton zro­bił zwrot i wziął kurs na Eagle­sham. Już po kilku minu­tach dostrzegł pło­nący na ziemi stos. Pilot zni­żył lot, dostrzegł grupkę ludzi wokół pło­ną­cego samo­lotu. W pół godziny póź­niej zamel­do­wał o wszyst­kim w dowódz­twie lot­ni­ska.

Sprawa dla każ­dego była naj­zu­peł­niej jasna: oto po pro­stu nie­miecki lot­nik, naj­wi­docz­niej zbłą­dziw­szy, goniąc reszt­kami ben­zyny zmu­szony był rato­wać się sko­kiem ze spa­do­chro­nem. Tele­fon z Eagle­sham potwier­dził to przy­pusz­cze­nie doda­jąc, że pilot wylą­do­wał szczę­śli­wie i za chwilę, jako jeniec, zosta­nie odtran­spor­to­wany do dowódz­twa bazy. Ocze­ki­wano go z nie­cier­pli­wo­ścią. Nie­cier­pli­wość ta łatwo prze­ro­dzi­łaby się w zdu­mie­nie, gdyby kto­kol­wiek z obec­nych mógł domy­ślić się, kim jest jeniec i jaką sen­sa­cję wywoła jego zja­wie­nie się w tym cza­sie na ziemi angiel­skiej.

David McLean pra­wie zupeł­nie nie znał się na samo­lo­tach, ale ten dźwięk sil­nika, który docho­dził do jego uszu od kil­ku­na­stu minut, od razu wydał mu się obcy. Było już ciemno i stary na próżno śle­dził niebo usi­łu­jąc na jego tle odszu­kać nie­po­ko­jące go zja­wi­sko. Znie­chę­cony bez­owoc­nym poszu­ki­wa­niem, mach­nął ręką i zawró­cił do obory. W tej samej jed­nak chwili war­kot sil­nika nagle ścichł, a pra­wie jed­no­cze­śnie powie­trze prze­ciął prze­raź­liwy gwizd i tuż obok zabu­do­wań wytry­snął w górę słup ognia. Zanim McLean zdo­łał ochło­nąć z wra­że­nia, jego uwagę przy­kuło nowe zja­wi­sko. Oto z góry spły­wała powoli wydęta kopuła spa­do­chronu wraz z ucze­pio­nym do niej na linach czło­wie­kiem...

McLe­anowi można byłoby wiele zarzu­cić, ale ni­gdy braku gościn­no­ści. W parę minut póź­niej wpro­wa­dził nie­zna­jo­mego do swego domu. Teraz dopiero w jasno oświe­tlo­nej izbie mógł lepiej przyj­rzeć się swemu "gościowi z nieba". Śred­niego wzro­stu, o głę­boko osa­dzo­nych oczach pod gęstymi brwiami i nasu­nię­tym czole, przy­były spra­wiał wra­że­nie czło­wieka mocno pod­nie­co­nego i zanie­po­ko­jo­nego.

- Jestem nie­miec­kim lot­ni­kiem - powie­dział po dłuż­szej chwili mil­cze­nia - przy­by­wam z nie­zwy­kle waż­nymi wia­do­mo­ściami, chcę roz­ma­wiać z waszymi naj­waż­niej­szymi oso­bi­sto­ściami...

McLean poczuł się jesz­cze bar­dziej zakło­po­tany. W tej chwili nie miał naj­mniej­szego poję­cia, w jaki spo­sób mógłby zadość­uczy­nić proś­bie czy też żąda­niu swego gościa. Z kło­po­tli­wej sytu­acji wyba­wiła go żona, pro­po­nu­jąc przy­by­łemu szklankę her­baty. McLean zyskał tro­chę czasu, by móc się zasta­no­wić.

Gość jed­nak podzię­ko­wał ruchem ręki.

- Jest już dość późno, o tej porze nie zwy­kłem pijać her­baty.

Za oknem dał się sły­szeć war­kot nad­jeż­dża­ją­cego samo­chodu. McLean ode­tchnął. Nie­opi­sana kako­fo­nia naj­roz­ma­it­szych dźwię­ków i ast­ma­tyczna czkawka zaci­na­ją­cego się ze sta­ro­ści sil­nika prze­ma­wiały za tym, że mógł to być jedy­nie samo­chód Clarka z Home Guard2.

W isto­cie, w chwilę póź­niej Clark sta­nął w drzwiach domu McLe­ana.

- Jak się masz, Davy - pozdro­wił gospo­da­rza. - O, widzę, masz gościa. Wła­śnie przy­je­cha­li­śmy po niego.

"Gość" z rosnącą nie­uf­no­ścią spo­glą­dał na wiszący u pasa Clarka olbrzymi, wspa­niały pisto­let, mający wszel­kie cechy tro­skli­wie pie­lę­gno­wa­nej pamiątki rodzin­nej prze­ka­zy­wa­nej z poko­le­nia na poko­le­nie.

- No, zabie­raj się, poje­dziesz z nami... - Clark zwró­cił się do lot­nika tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu i dla oka­za­nia swej wła­dzy musnął zna­cząco dło­nią po pisto­le­cie, po czym spoj­rzał na swych towa­rzy­szy, któ­rzy z nie­ta­joną cie­ka­wo­ścią wpa­try­wali się w nie­zna­jo­mego. Ten jed­nak abso­lut­nie nie zamie­rzał sta­wiać oporu.

Skło­nił się McLe­anowi i jego mał­żonce, po czym wyszedł do samo­chodu.

Zatrzy­mali się przed bara­kami Home Guard w Busby. Clark "sub­tel­nym" stuk­nię­ciem w plecy roz­bu­dził war­tow­nika i pole­cił zarzą­dzić alarm. Ponie­waż chciał lot­ni­kowi nie­miec­kiemu zapre­zen­to­wać swój oddział z jak naj­lep­szej strony, zacze­kał chwilę przed wej­ściem do baraku. Kiedy wewnątrz uci­chły odgłosy prze­cią­ga­nia się i leni­wych ziew­nięć, pchnął jeńca na schodki. Oddział Home Guard nie­zu­peł­nie jesz­cze zdą­żył oprzy­tom­nieć po pierw­szym, naj­lep­szym śnie. Kiedy Clark wma­sze­ro­wał z Niem­cem, Dick Robin obcią­gał na sobie koszulę, a Tom Jane dra­pał się w naj­lep­sze w lewą łopatkę. Zakała oddziału Jim Cor­nes jak zwy­kle nie mógł zna­leźć swych ran­nych pan­to­fli i stał w sze­regu boso. Reszta, mimo róż­no­rod­nych piżam, pre­zen­to­wała się pra­wie dobrze i Clark z zado­wo­le­niem znowu musnął dło­nią po rodzin­nej pamiątce. Był tym bar­dziej zado­wo­lony, że malow­ni­czy widok wyraź­nie jeńca zasko­czył. Clark popchnął jeńca do przodu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki