Tajemniczy samolot
Punktualnie o godzinie 22.04 nadbrzeżny posterunek przeciwlotniczy w pobliżu Northumberland otrzymał dziwny sygnał. Sygnał ten oznaczał, że
gdzieś w promieniu dwudziestu mil ukazał się obcy samolot. Wprawdzie w owe wiosenne dni 1941 roku pojawienie się niemieckich samolotów nad
Wyspami Brytyjskimi nie było czymś niezwykłym, w tym jednak wypadku
sprawa wyglądała dość tajemniczo, i to z dwóch powodów. Przede wszystkim
meldunek donosił o ukazaniu się jednego, dosłownie jednego samolotu.
Przyzwyczajono się raczej do silnych liczebnie zgrupowań i "pojedyncza
sztuka" była w tej regule wyjątkiem zmuszającym do zastanowienia się. Po
drugie, według meldunku miał to być Messerschmitt Me-110, a zdrowy
rozsądek przekonywał, że w tej sytuacji nie ma on żadnej szansy powrotu
do swojej bazy. Ograniczony zapas paliwa, jaki zabierały ze sobą tego
typu samoloty, uniemożliwiał im tak daleki lot i powrót do bazy.
Zagadka samotnego lotnika mogła być interpretowana różnie. Mógł on na
przykład zabłądzić. Samolot mógł być uszkodzony przez artylerię
przeciwlotniczą lub w bitwie powietrznej i mógł poszukiwać przygodnego
lotniska. Kto wie, czy nie wybierze właśnie jednego z rozległych pól
golfowych. Tego, co miało nastąpić, nikt jednak nie potrafił
przewidzieć.
Obsługi posterunków przeciwlotniczych poczuły się raźniej i pewniej. Ten
bój z całą pewnością będzie można wpisać do rubryki zwycięstw. Rzecz w tym, żeby takiej, jednej na tysiąc, okazji nie przepuścić i żeby
zwycięstwo nie stało się łupem "konkurencyjnych" posterunków. I to
również pobudzało do czujności.
Fred Bellins siedział ze słuchawkami na uszach i pogwizdywał cicho przez
zęby. Upłynęło już parę minut od chwili otrzymania pierwszego sygnału a dalsze wiadomości nie nadchodziły. Wing commander1, książę
Hamilton, zajrzał przez szybę do operacyjnego i znikł w korytarzu. Na
lotnisku zarządzono alarm. W nastroju niepewnego oczekiwania wyczuwało
się narastająco napięcie. Gdzieś w górze jęczał samotny silnik
przesłuchiwany przez dziesiątki par uszu, śledzony dziesiątkami par
oczu. Ziemia i powietrze sprzęgły się w jeden organizm gotowy do
działania.
Bellins zmarszczył czoło i mocniej przycisnął słuchawki do uszu.
- Kurs... 16 stopni...
Fred cienką kreską oznaczył kurs na mapie i obok napisał dokładną
godzinę otrzymania meldunku. Przez chwilę w słuchawkach panowała cisza.
Bellini usiłował z mapy odczytać cel lotu dziwnego lotnika.
- Kurs... 87 stopni... - zadźwięczał w słuchawkach głos innego
obserwatora. Podoficer połączył nową kreskę z poprzednią. Minęło znowu
parę minut.
- Kurs 270 stopni...
Tym razem Bellins skrzywił się i ze zdziwieniem oglądał wyrysowany przez
siebie szkic. "To chyba niemożliwe - pomyślał - albo tamci się mylą,
albo ten pilot zupełnie zwariował". Kręta linia kursu jego samolotu
wydawała się dziwna i niezrozumiała.
- Kurs 42 stopni... - zadźwięczał w słuchawkach nowy meldunek.
Fred już nie wątpił. Lotnik najprawdopodobniej zbłądził i teraz
gorączkowo poszukuje miejsca, w którym mógłby wylądować.
W tym przeświadczeniu utrzymały go następne meldunki. Teraz bowiem kursy
tajemniczego samolotu zmieniały się w jeszcze krótszych odstępach czasu.
Bellins zameldował o wszystkim dowódcy lotniska. Wing commander, książę
Hamilton, otrzymał polecenie natychmiastowego wysłania samolotu
rozpoznawczego.
Kiedy pilot Boulton pakował się do kabiny aparatu, nie był jeszcze
zupełnie pewien treści swojego zadania i nie bardzo rozumiał, czego od
niego żądano.
Tropić samolot, który i tak jest ścigany przez wszystkie stacje
obserwacyjne, nie miałoby sensu, tym bardziej że zabroniono mu wyraźnie
jakichkolwiek prób zaatakowania intruza.
Jego rola musiała się więc ograniczyć do obserwacji i obrony. Nic
więcej. Boulton był zdania, że w tym wypadku to samo zadanie z równym, a może nawet z lepszym powodzeniem mogłyby wykonać posterunki obserwacyjne
i artyleria przeciwlotnicza, ale dyskusja na ten temat z dowódcą
oczywiście nie miała najmniejszego sensu.
Samolot wystartował gładko, zatoczył krąg nad lotniskiem i wziął kurs na
Dungavel. Jeden z ostatnich meldunków głosił, że samolot o godzinie
22.56 znajdował się na wysokości 3000 stóp na północny wschód od
Andrassan.
Ów wieczór 10 maja 1941 roku należał w Szkocji do wyjątkowo pogodnych
dni wiosennych. W południe słońce przygrzewało już dość mocno i wieczorny orzeźwiający powiew idący od morza mógł być uważany nawet za
przyjemny. Boulton obserwował przyrządy pokładowe, rzucając od czasu do
czasu okiem na horyzont. W dole małe szkockie miasteczka z lękiem
wsłuchiwały się w warkot silnika. O godzinie 23.03 samolot Boultona
znalazł się na południe od Glasgow. Dokładnie w tej minucie w jego
słuchawkach odezwał się głos Freda.
- Halo, Boulton, halo, czy stoczyłeś walkę? Over.
Boulton przeraził się. Tam na posterunku zupełnie chyba zwariowali.
Jeśli on z czymkolwiek teraz bił się, to chyba z własnymi myślami, które
nie dawały mu spokoju od chwili startu.
- Halo... Fred... - odpowiedział z gniewem w głosie - z kim miałem
walczyć? Over.
Tym razem pilot usłyszał komunikat, od którego mu się zrobiło niedobrze.
- Boulton... - mówił Fred podniesionym głosem - w odległości osiemnastu
kilometrów na południe od Dunaovel, w miejscowości Eaglesham, spadł
samolot... Lotnik wyskoczył ze spadochronem. Przeprowadź rozpoznanie.
Boulton zrobił zwrot i wziął kurs na Eaglesham. Już po kilku minutach
dostrzegł płonący na ziemi stos. Pilot zniżył lot, dostrzegł grupkę
ludzi wokół płonącego samolotu. W pół godziny później zameldował o wszystkim w dowództwie lotniska.
Sprawa dla każdego była najzupełniej jasna: oto po prostu niemiecki
lotnik, najwidoczniej zbłądziwszy, goniąc resztkami benzyny zmuszony był
ratować się skokiem ze spadochronem. Telefon z Eaglesham potwierdził to
przypuszczenie dodając, że pilot wylądował szczęśliwie i za chwilę, jako
jeniec, zostanie odtransportowany do dowództwa bazy. Oczekiwano go z niecierpliwością. Niecierpliwość ta łatwo przerodziłaby się w zdumienie,
gdyby ktokolwiek z obecnych mógł domyślić się, kim jest jeniec i jaką
sensację wywoła jego zjawienie się w tym czasie na ziemi angielskiej.
David McLean prawie zupełnie nie znał się na samolotach, ale ten dźwięk
silnika, który dochodził do jego uszu od kilkunastu minut, od razu wydał
mu się obcy. Było już ciemno i stary na próżno śledził niebo usiłując na
jego tle odszukać niepokojące go zjawisko. Zniechęcony bezowocnym
poszukiwaniem, machnął ręką i zawrócił do obory. W tej samej jednak
chwili warkot silnika nagle ścichł, a prawie jednocześnie powietrze
przeciął przeraźliwy gwizd i tuż obok zabudowań wytrysnął w górę słup
ognia. Zanim McLean zdołał ochłonąć z wrażenia, jego uwagę przykuło nowe
zjawisko. Oto z góry spływała powoli wydęta kopuła spadochronu wraz z uczepionym do niej na linach człowiekiem...
McLeanowi można byłoby wiele zarzucić, ale nigdy braku gościnności. W parę minut później wprowadził nieznajomego do swego domu. Teraz dopiero
w jasno oświetlonej izbie mógł lepiej przyjrzeć się swemu "gościowi z nieba". Średniego wzrostu, o głęboko osadzonych oczach pod gęstymi
brwiami i nasuniętym czole, przybyły sprawiał wrażenie człowieka mocno
podnieconego i zaniepokojonego.
- Jestem niemieckim lotnikiem - powiedział po dłuższej chwili milczenia
- przybywam z niezwykle ważnymi wiadomościami, chcę rozmawiać z waszymi
najważniejszymi osobistościami...
McLean poczuł się jeszcze bardziej zakłopotany. W tej chwili nie miał
najmniejszego pojęcia, w jaki sposób mógłby zadośćuczynić prośbie czy
też żądaniu swego gościa. Z kłopotliwej sytuacji wybawiła go żona,
proponując przybyłemu szklankę herbaty. McLean zyskał trochę czasu, by
móc się zastanowić.
Gość jednak podziękował ruchem ręki.
- Jest już dość późno, o tej porze nie zwykłem pijać herbaty.
Za oknem dał się słyszeć warkot nadjeżdżającego samochodu. McLean
odetchnął. Nieopisana kakofonia najrozmaitszych dźwięków i astmatyczna
czkawka zacinającego się ze starości silnika przemawiały za tym, że mógł
to być jedynie samochód Clarka z Home Guard2.
W istocie, w chwilę później Clark stanął w drzwiach domu McLeana.
- Jak się masz, Davy - pozdrowił gospodarza. - O, widzę, masz gościa.
Właśnie przyjechaliśmy po niego.
"Gość" z rosnącą nieufnością spoglądał na wiszący u pasa Clarka
olbrzymi, wspaniały pistolet, mający wszelkie cechy troskliwie
pielęgnowanej pamiątki rodzinnej przekazywanej z pokolenia na pokolenie.
- No, zabieraj się, pojedziesz z nami... - Clark zwrócił się do lotnika
tonem nieznoszącym sprzeciwu i dla okazania swej władzy musnął znacząco
dłonią po pistolecie, po czym spojrzał na swych towarzyszy, którzy z nietajoną ciekawością wpatrywali się w nieznajomego. Ten jednak
absolutnie nie zamierzał stawiać oporu.
Skłonił się McLeanowi i jego małżonce, po czym wyszedł do samochodu.
Zatrzymali się przed barakami Home Guard w Busby. Clark "subtelnym"
stuknięciem w plecy rozbudził wartownika i polecił zarządzić alarm.
Ponieważ chciał lotnikowi niemieckiemu zaprezentować swój oddział z jak
najlepszej strony, zaczekał chwilę przed wejściem do baraku. Kiedy
wewnątrz ucichły odgłosy przeciągania się i leniwych ziewnięć, pchnął
jeńca na schodki. Oddział Home Guard niezupełnie jeszcze zdążył
oprzytomnieć po pierwszym, najlepszym śnie. Kiedy Clark wmaszerował z Niemcem, Dick Robin obciągał na sobie koszulę, a Tom Jane drapał się w najlepsze w lewą łopatkę. Zakała oddziału Jim Cornes jak zwykle nie mógł
znaleźć swych rannych pantofli i stał w szeregu boso. Reszta, mimo
różnorodnych piżam, prezentowała się prawie dobrze i Clark z zadowoleniem znowu musnął dłonią po rodzinnej pamiątce. Był tym bardziej
zadowolony, że malowniczy widok wyraźnie jeńca zaskoczył. Clark popchnął
jeńca do przodu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki