Tajna misja - Jacek Pałkiewicz

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Godzina "Zero"

Około pół­nocy okręty osią­gnęły strefę Wysp Toskań­skich w poło­wie drogi mię­dzy Kor­syką a Wło­chami i omi­ja­jąc sze­ro­kim łukiem naj­więk­szą z nich, Elbę, skie­ro­wały się wprost na wschód. Sil­niki pra­co­wały na zmniej­szo­nych obro­tach, żeby nie czy­nić hałasu. Jesz­cze przed wyru­sze­niem z Bastii dowódca tego zespołu, zło­żo­nego zale­d­wie z dwóch jed­no­stek, szcze­gó­łowo omó­wił nawi­ga­cję na całej tra­sie. Uzgod­niono wów­czas, że na wodach przy­brzeż­nych, zazwy­czaj patro­lo­wa­nych przez nie­przy­ja­ciela, przejdą na mini­malną szyb­kość mar­szową. Dzięki temu ist­niała więk­sza szansa skry­tego podej­ścia do plaży na połu­dnie od Piom­bino, gdzie na przy­by­szów z morza miał ocze­ki­wać łącz­nik. Do tego punktu wła­śnie zdą­żali.

Dziwne okręty, dziwne załogi, dziwni pasa­że­ro­wie...

Facho­wiec roz­po­znałby w nich bez trudu wło­skie kutry tor­pe­dowe typu MAS, uży­wane też po zmia­nie uzbro­je­nia do tro­pie­nia i zwal­cza­nia jed­no­stek pod­wod­nych, ale na ich masz­tach nie powie­wały trój­ko­lo­rowe ban­dery zie­lono-biało-czer­wone. Nie miały żad­nych flag ani zna­ków tak­tycz­nych. Zamiast tor­ped lub bomb głę­bi­no­wych na ich dzio­bach i rufach ster­czały szyb­ko­strzelne działka mało­ka­li­browe z obsługą w cha­rak­te­ry­stycz­nych pła­skich heł­mach. Na pomo­ście bojo­wym pro­wa­dzą­cego kutra, który otwie­rał drogę bliź­nia­czej łupince, stał w nie­prze­ma­kal­nym płasz­czu ofi­cer Royal Navy, typ wyjęty jakby żyw­cem z przy­go­do­wego filmu, a obok niego kilku innych mary­na­rzy w kap­tu­rach nacią­gnię­tych na głowy. Nie padało tam ani jedno słowo, poro­zu­mie­wali się oszczęd­nymi ruchami rąk, owym języ­kiem ludzi wta­jem­ni­czo­nych i zna­ją­cych na wylot swe obo­wiązki. Nie roz­ma­wiano także pod pokła­dem w wibru­ją­cej od huku maszy­nowni, w kabi­nie radio­wej i w cia­snym pomiesz­cze­niu dzio­bo­wym, które w nor­mal­nych rej­sach słu­żyło za mesę. Tu zebrali się pasa­że­ro­wie, grupka ludzi prze­bra­nych już w cywilne gar­ni­tury z baga­żem w tury­stycz­nych waliz­kach, a wśród nich - wypa­dek zgoła oso­bliwy na kutrach mary­narki wojen­nej - dwie młode kobiety o uro­dzie aż nadto kon­tra­stu­ją­cej z ponu­rymi gębami mary­na­rzy.

Gdyby ktoś cie­kaw­ski mógł zaj­rzeć do wali­zek, zadrżałby z wra­że­nia. Obok wepchnię­tych byle jak koszul, skar­pe­tek i przy­bo­rów toa­le­to­wych leżały spłonki, zapal­niki cza­sowe, szpule lontu, pla­sti­kowe miny, suche bate­rie, naboje pisto­le­towe... Po pro­stu pod­ręczny arse­nał, który zdra­dzał, kim są jego wła­ści­ciele i po co wybie­rają się na ląd w środku stycz­nio­wej nocy. Załogi dwóch kutrów nie oka­zy­wały jed­nak szcze­gól­nego zain­te­re­so­wa­nia ani pasa­że­rami, ani ich baga­żem. Role w tej wypra­wie były ści­śle podzie­lone. Mary­na­rze mieli zapew­nić tylko bez­pieczny prze­rzut z bazy do wyzna­czo­nego punktu. Od momentu wysa­dze­nia grupy dla jed­nych zada­nie koń­czyło się, dla innych dopiero zaczy­nało. Nie pierw­szy raz zdo­byczne kutry wyko­ny­wały takie rejsy. O cóż tu zresztą pytać, skoro wszyst­kich w rów­nym stop­niu obo­wią­zy­wała tajem­nica, skoro spe­cjal­nie dobie­rano do tej służby umie­ją­cych trzy­mać język za zębami. Już sam fakt pły­wa­nia bez ban­dery na nie­przy­ja­ciel­skich okrę­tach mówił sam za sie­bie. Pano­wała więc i na pokła­dzie, i pod nim cisza, stan goto­wo­ści alar­mo­wej znany ludziom, któ­rzy dobro­wol­nie zgo­dzili się na ryzyko.

Wach­towi na pomo­ście omia­tali lor­net­kami hory­zont w swo­ich sek­to­rach obser­wa­cji. Od dziobu do rufy i z powro­tem, cią­gle ten sam ruch głowy i cią­głe uczu­cie zawodu. Naj­groź­niej­szy jest nie­przy­ja­ciel, któ­rego się nie widzi, a tu nic, pustka. Ci przy sprzę­żo­nych dział­kach też krą­żyli jak na karu­zeli kie­ru­jąc wzrok zwłasz­cza do tyłu, skąd naj­czę­ściej ata­ko­wał wróg. I tam nie dostrze­gali nikogo, kto zasłu­gi­wałby na serię. Kotło­wała się tylko woda w dłu­gim kil­wa­te­rze, roz­tań­czo­nym i poły­sku­ją­cym w bla­sku gwiazd hoj­nie roz­rzu­co­nych na sze­ro­kim nie­bo­skło­nie.

Od czoła powoli zbli­żał się ląd. Naj­pierw był tylko czarną smugą na styku wody z fir­ma­men­tem, potem na jej grzbie­cie zaczęły wyra­stać masywne bryły wzgórz i w kilku miej­scach mru­gnęły punkty świa­teł. Wiatr przy­niósł odór dymu i spa­lo­nej oliwy. To był już uchwytny dowód bli­sko­ści ziemi, dały o sobie znać rybac­kie osady.

O godzi­nie 1.40 kutry pode­szły bur­tami do sie­bie i zasto­po­wały. Zewsząd roz­le­gał się tylko inten­sywny szum morza. Z mapy i widocz­nych gołym okiem drzew wyni­kało, że osią­gnęli dokład­nie co do stop­nia i minuty doce­lową pozy­cję: plaża znaj­do­wała się w odle­gło­ści pół kilo­me­tra. Dalej nie mogli już pod­pły­nąć, pod stępką czuło się pły­ci­znę.

Nad­szedł naj­waż­niej­szy moment wyprawy. Czy będzie sygnał z brzegu? Spóź­nili się nieco, ale w gra­ni­cach usta­lo­nego czasu. Rejs przez nie­przy­ja­ciel­skie wody to nie podróż pasa­żer­skim moto­row­cem według godzi­no­wego roz­kładu, na tra­sie wiele mogło się zda­rzyć, o czym ci na brzegu powinni wie­dzieć. Łącz­ność miała być tylko jed­no­stronna - z ziemi do nich, a nie odwrot­nie. Kutry stały ukryte w mroku, obo­wią­zy­wał surowy zakaz uży­wa­nia jakich­kol­wiek świa­teł i pale­nia tyto­niu na pokła­dzie. Gdyby nie­przy­ja­ciel przy­ła­pał je tuż przy brzegu z wyłą­czo­nymi sil­ni­kami, los wyprawy byłby przy­pie­czę­to­wany. Obron­nym walo­rem kutra jest jego szyb­kość i zwrot­ność, unie­ru­cho­miony łatwo pada łupem, bo jego lekka drew­niano-alu­mi­niowa kon­struk­cja roz­sy­puje się po kilku cel­nych poci­skach z działa, można ją posie­kać nawet seriami kara­bi­nów maszy­no­wych.

Sygnału nie było. Dzie­sięć minut przy­mu­so­wej bez­czyn­no­ści to czas wystar­cza­jąco długi, żeby zebra­nych na pokła­dach ludzi zaczął ogar­niać nie­po­kój. Zawra­cać czy lądo­wać na wła­sne ryzyko? Zasta­na­wiali się nad tym pyta­niem jesz­cze w Bastii, ale teo­re­tycz­nie, bo tak naka­zy­wał regu­la­min i zdrowy roz­są­dek. Teraz trzeba było pod­jąć osta­teczną decy­zję, roz­strzy­gnąć iry­tu­jąco pro­sty dyle­mat. Wyso­kość stawki znali wszy­scy. Jeśli na brzegu zaczaił się wróg i obser­wuje każdy ich ruch, grupa prze­pad­nie. Po cóż było szko­lić się, tre­no­wać, budo­wać zamki na lodzie, skoro na pierw­szych metrach wło­skiej ziemi wszystko weź­mie w łeb! Zgarną ich do wię­zien­nej budy z dowo­dami, za które na tyłach frontu sta­wia się pod ścianę. Naj­ła­twiej byłoby wró­cić na Kor­sykę. Wyj­ście pozor­nie uspra­wie­dli­wione, ale tak czy ina­czej wkrótce cze­kałby ich podobny rejs. Zaczy­nać od początku to, co można zro­bić już dziś?

Trudną chwilę wahań koń­czy błysk zie­lo­nego świa­tła na plaży z lewej od sto­ją­cych kutrów. Trzy krót­kie i dwa dłu­gie, prze­rwa i znowu trzy krót­kie. Powtó­rzony w odstę­pach kilku sekund sygnał wyklu­cza praw­do­po­do­bień­stwo pomyłki. Można zaczy­nać.

Mary­na­rze roz­kła­dają cięż­kie pon­tony z impre­gno­wa­nego płótna, powszech­nie uży­wane w lot­nic­twie bom­bo­wym din­ghy świet­nie trzy­ma­jące się na wodzie nawet przy dużej fali. Otwarte krany sprę­żo­nego w butlach powie­trza w mgnie­niu oka nadają im okrą­gły, wypu­kły na brze­gach kształt. Pierw­szy z plu­skiem ląduje tuż przy bur­cie i od razu przyj­muje czwórkę pasa­że­rów. Za nimi zjeż­dżają na lin­kach walizki, które trzeba odpo­wied­nio uło­żyć, żeby pon­ton zacho­wał sta­tecz­ność.

Jesz­cze ostatni rzut oka na roz­miesz­cze­nie bagażu, podział gumo­wych wio­seł i grupa odbija od burty. Z pokładu ktoś rzuca cichym gło­sem good luck! i jak na komendę wszy­scy poka­zują wycią­gnięte kciuki. Na dru­gim kutrze podobna scena, trwa­jąca znacz­nie dłu­żej, bo kobiety same nie chcą zejść do koły­szą­cych się pon­to­nów. Zamiana desek pokładu na wypchane powie­trzem płótno, ugi­na­jące się pod naci­skiem stopy, nie działa zbyt pokrze­pia­jąco na ich wyobraź­nię. Pół kilo­me­tra noc­nej wędrówki po czar­nej jak smoła wodzie sta­no­wiło dla nich ciężką próbę.

Wia­do­mość o pomyśl­nym wylą­do­wa­niu grupy dotarła do oddziału OSS1 przy szta­bie ame­ry­kań­skiej 5 Armii już przed godziną trze­cią rano. Prze­ka­zał ją wprost z morza szy­frem dowódca zespołu kutrów do bazy w Bastii, a stam­tąd sek­cja łącz­no­ści dale­kiego zasięgu nadała depe­szę do Neapolu. Dyżurny radio­te­le­gra­fi­sta nie zdzi­wił się wcale, gdy szef wydziału kodo­wego wyrwał mu ją z rąk i sam dopil­no­wał, żeby natych­miast po prze­pi­sa­niu na maszy­nie tra­fiła do adre­sata. Od połowy stycz­nia 1944 roku w całym szta­bie trwał stan gorącz­ko­wego pośpie­chu. Łącz­no­ściowcy padali z nóg, przyj­mu­jąc setki radio­gra­mów. Takiego galopu nie pamię­tano od czasu wylą­do­wa­nia we Wło­szech połą­czo­nych sił anglo-ame­ry­kań­skich. Coś wisiało w powie­trzu, ale tylko wąska grupa wta­jem­ni­czo­nych na naj­wyż­szych szcze­blach szta­bo­wej pira­midy znała kulisy przy­spie­szo­nego rytmu pracy, wie­działa, co nastąpi w naj­bliż­szych dniach. Per­so­nel wyko­naw­czy, dopusz­czany wycin­kowo w zakre­sie wła­snej spe­cjal­no­ści do bie­żą­cych czyn­no­ści, mógł tylko domy­ślać się, że już wkrótce wybuch­nie jakaś nowa bomba. Tak zwy­kle było przed każdą ope­ra­cją zaczepną, ale zimą na prze­ło­mie 1943 i 1944 roku front zamarł we Wło­szech na linii rzek Gari­gliano, Rapido i San­gro przed prze­gra­dza­jącą pół­wy­sep potężną bary­kadą gór ze szczy­tami Abruz­zów się­ga­ją­cych 2800 metrów wyso­ko­ści. Prze­ła­ma­nie tej prze­szkody, która zamy­kała drogę na Rzym, w warun­kach desz­czów, chło­dów i mgieł typo­wych dla stycz­nia w Ape­ni­nach, zakra­wało wręcz na uto­pię. Czyżby więc nie ta linia wywo­łała tyle szta­bo­wej krzą­ta­niny?

Tego dnia szef Urzędu Służby Stra­te­gicz­nej, gene­rał Wil­liam J. Dono­van, zja­wił się w sie­dzi­bie oddziału parę minut po ósmej. Czuj­nie strze­żony gmach na pery­fe­riach Neapolu, do nie­dawna zaj­mo­wany jesz­cze przez kwa­ter­mi­strzo­stwo miej­sco­wej bazy wło­skiej mary­narki, stwa­rzał nie­złe warunki do pracy. Tu roz­lo­ko­wały się liczne komórki nie­zwy­kle roz­ga­łę­zio­nej machiny wywia­dow­czej z archi­wami, kar­to­te­kami, boga­tym mate­ria­łem do dzia­łań bie­żą­cych i zaple­czem tech­nicz­nym, któ­rego cen­tral­nym ośrod­kiem był wydział łącz­no­ści radio­wej i szy­frów oraz pra­cow­nia kar­to­gra­ficzna. Oddział OSS for­mal­nie wcho­dził w skład sztabu 5 Armii gene­rała M. Clarka, prze­by­wa­ją­cego naj­czę­ściej na swym sta­no­wi­sku dowo­dze­nia w Caser­cie, było to jed­nak pod­po­rząd­ko­wa­nie ilu­zo­ryczne. Jedyna prak­tyczna korzyść z tej "pod­le­gło­ści", spro­wa­dzała się do regu­lar­nych dostaw ben­zyny, pro­duk­tów żyw­no­ścio­wych, zagwa­ran­to­wa­nia sta­łej ochrony siłami Mili­tari Police i wygod­nych kwa­ter dla per­so­nelu służ­bo­wego. Wła­ściwe dyrek­tywy regu­lu­jące tok pracy oddziału wyda­wał sam Dono­van na pod­sta­wie wytycz­nych sekre­ta­rza obrony depar­ta­mentu stanu oraz pew­nych wska­zó­wek pomoc­ni­czych sze­fów połą­czo­nych szta­bów. Cen­trala OSS mie­ściła się w Waszyng­to­nie na pra­wach dorad­czego urzędu pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Fran­klina D. Roose­velta. Jej szef miał nie­ogra­ni­czoną swo­bodę poru­sza­nia się po kra­jach sojusz­ni­czych i tych, gdzie inte­resy ame­ry­kań­skiej poli­tyki łączyły się z pro­wa­dzoną wojną. Zdą­żył już być w Syd­ney, Lon­dy­nie, Kairze, Algie­rze, Casa­blance. Neapol sta­no­wił kolejny etap jego powietrz­nych podróży. Przy­jazd do tego mia­sta dyk­to­wały ważne względy woj­skowe. Tu od listo­pada 1943 roku powsta­wał w ści­słej tajem­nicy plan dużej ope­ra­cji desan­to­wej, która - jak opty­mi­stycz­nie prze­wi­dy­wali szta­bowcy - powinna rady­kal­nie zmie­nić kiep­skie poło­że­nie na wło­skim fron­cie. Zbli­żał się wła­śnie dzień jej roz­po­czę­cia i Dono­van musiał z bli­ska śle­dzić tok przy­go­to­wań w swoim wywia­dow­czym sek­to­rze, jak zwy­kle peł­nym zaga­dek, potknięć i przy­krych nie­spo­dzia­nek.

Już pierw­szy mel­du­nek, który mu przed­sta­wił kapi­tan Harold Gra­ves - adiu­tant i prawa ręka w spra­wach taj­nych naj­wyż­szej wagi, nasu­wał nie­po­ko­jące reflek­sje.

- Otrzy­ma­li­śmy w nocy radiowe potwier­dze­nie uda­nego prze­rzutu naszych ludzi pod Piom­bino - powie­dział, nie wykła­da­jąc od razu wszyst­kich kart na stół. - Czas ope­ra­cyjny liczy się od godziny dru­giej czter­dzie­ści cztery dwu­dzie­stego stycz­nia. Sek­cja łącz­no­ści odno­to­wała go w kar­to­te­kach Lucasa Bro­oke'a i Roba Stu­arta jako godzinę "zero".

- Dobry wstęp, Harold - przy­znał gene­rał. - Co jesz­cze?

- Nie skoń­czy­łem. Razem z dwójką naszych wysa­dzono sze­ścio­oso­bową grupę Wło­chów, w tym dwie kobiety. Mają wyko­nać jakieś zada­nie dywer­syjne na zaple­czu. Wypo­sa­żono ich w kom­plet środ­ków miner­skich i broń...

- Kto wydał taki roz­kaz? - prze­rwał zdu­miony Dono­van.

- Kapi­tan Desi­niac z oddziału OSS na Kor­syce. Przy­pusz­czam, że dzia­łał z wła­snej ini­cja­tywy.

- To nie­do­pusz­czalne! Kary­godna lek­ko­myśl­ność!

- Nie­stety - zgo­dził się Gra­ves. - Nic już nie pora­dzimy, stało się. Pozo­staje nam tylko cze­kać teraz na pierw­szy mel­du­nek Bro­oke'a. Jeśli nie otrzy­mamy żad­nej wia­do­mo­ści w ciągu naj­bliż­szej doby...

- Nie uprze­dzajmy fak­tów! - uciął gene­rał.

Łącze­nie dwóch odręb­nych zespo­łów ludzi prze­rzu­ca­nych na tyły nie­przy­ja­ciela było jaskra­wym naru­sze­niem ele­men­tar­nych zasad kon­spi­ra­cji. Misji Bro­oke'a i Stu­arta w żaden spo­sób nie dało się pogo­dzić z pod­kła­da­niem min pod wia­dukty czy tory kole­jowe. Powie­rzono im bar­dziej fine­zyjną robotę na zaple­czu.

Dono­van nie pierw­szy już raz zetknął się z nie­fra­so­bli­wo­ścią pod­le­głego per­so­nelu, nie wyklu­cza­jąc ofi­ce­rów pia­stu­ją­cych poważne funk­cje. Prak­tyka dowo­dziła, że zna­ko­mite wypo­sa­że­nie tech­niczne i przy­zna­wane lekką ręką fun­du­sze czę­sto nie mogły zastą­pić poczu­cia odpo­wie­dzial­no­ści, roz­wagi, wyobraźni i sprytu w dzia­łal­no­ści wywia­dow­czej, w pene­tro­wa­niu zaple­cza nie­bez­piecz­nego prze­ciw­nika, który dys­po­no­wał potęż­nym apa­ra­tem kontr­wy­wiadu i służ­bami poli­cyj­nymi o dużym zasięgu prze­ni­ka­nia do róż­nych krę­gów wła­snego spo­łe­czeń­stwa i kra­jów oku­po­wa­nych. Sam Dono­van popeł­nił też zresztą wiele błę­dów i uprosz­czeń w swej pracy. Z wykształ­ce­nia praw­nik z dobrze pro­spe­ru­ją­cym biu­rem adwo­kac­kim nie­ocze­ki­wa­nie wsko­czył dwa lata temu, dzięki popar­ciu wpły­wo­wych przy­ja­ciół z FBI, na fotel szefa służby stra­te­gicz­nej, która według życze­nia pre­zy­denta i Kon­gresu miała pomóc w przy­wró­ce­niu zdru­zgo­ta­nego pre­stiżu Sta­nów Zjed­no­czo­nych jako mocar­stwa po kom­pro­mi­tu­ją­cej klę­sce na Hawa­jach. Przy­znany mu nomi­nalny sto­pień gene­rała dywi­zji zapew­nił wpraw­dzie for­malny auto­ry­tet i uła­twił kon­takty na wyso­kich szcze­blach sił zbroj­nych i admi­ni­stra­cji, ale nie pod­niósł auto­ma­tycz­nie kwa­li­fi­ka­cji wyma­ga­nych na tym sta­no­wi­sku. Ufny w potęgę dolara i ame­ry­kań­skiego zaple­cza, pra­cu­ją­cego pełną parą na potrzeby wojny, miał nadzieję, że odwo­ła­nie się do tych atu­tów będzie zło­tym środ­kiem łamią­cym wszel­kie prze­szkody w róż­nych ope­ra­cjach na taj­nym fron­cie. W ciągu dwóch lat doznał jed­nak wielu gorz­kich roz­cza­ro­wań, i to nie tylko na styku z nie­przy­ja­cie­lem w Euro­pie, Afryce i na Dale­kim Wscho­dzie. Był świad­kiem i uczest­ni­kiem ostrych tarć i ambi­cjo­nal­nych spo­rów w łonie samego urzędu nie­mal od dnia jego powo­ła­nia. Kło­poty się­gały zresztą dalej. Zre­or­ga­ni­zo­wane lub od nowa utwo­rzone organy wywiadu woj­sko­wego, mor­skiego i sił powietrz­nych - mimo for­mal­nego uzna­wa­nia zwierzch­nic­twa OSS w kwe­stiach ści­śle ope­ra­cyj­nych - pra­co­wały w isto­cie każdy na wła­sną rękę, nie licząc się ze zda­niem Dono­vana czy też lek­ce­wa­żąc jego kon­cep­cje. Nawet pomię­dzy nimi docho­dziło do spięć i nie­po­ro­zu­mień. Innym wcale nie­ła­twym pro­ble­mem była współ­praca na taj­nym fron­cie z Bry­tyj­czy­kami. Ich kpiar­sko-iro­niczny sto­su­nek do wielu ame­ry­kań­skich pomy­słów, żądań, nadziei, a także hała­śli­wie demon­stro­wa­nej pew­no­ści sie­bie cią­żył na wza­jem­nych kon­tak­tach i wręcz prze­szka­dzał w podej­mo­wa­niu wspól­nych ope­ra­cji.

Dono­van miał więc nie lada orzech do zgry­zie­nia, gdy adiu­tant zapo­znał go z nie­for­tunną orga­ni­za­cją prze­rzutu pod Piom­bino. Spo­dzie­wał się, że Bro­oke wiele zrobi w Rzy­mie. Na dokładne infor­ma­cje o ruchach wojsk nie­miec­kich i sytu­acji ogól­nej w rejo­nie oku­po­wa­nej sto­licy Włoch w okre­sie pro­wa­dzo­nych dzia­łań desan­to­wych liczył dowódca 5 Armii, nie zna­jąc oczy­wi­ście ich źró­dła. Naj­bliż­sza doba miała dać odpo­wiedź, czy Bro­oke nie wpadł w jakąś pułapkę. Wsypa człon­ków grupy dywer­syj­nej - a były to zja­wi­ska czę­ste, bo Ame­ry­ka­nie nie trosz­czyli się o nale­żyte przy­go­to­wa­nie tych ludzi, wer­bu­jąc kan­dy­da­tów na chy­bił tra­fił spo­śród Wło­chów - mogła napro­wa­dzić Niem­ców na ślad czło­wieka, z któ­rym Dono­van wią­zał duże nadzieje. Nie widząc na razie spo­sobu roz­wią­za­nia tej draż­li­wej sprawy, zażą­dał, aby szef lokal­nego oddziału OSS, puł­kow­nik Geo­rge Cour­te­nay, oso­bi­ście zba­dał oko­licz­no­ści prze­rzutu i przed­sta­wił wnio­ski.

Gra­ves sam chciał mu to zapro­po­no­wać, ale uprze­dzony przez prze­ło­żo­nego uznał, że może przejść do refe­ro­wa­nia pozo­sta­łych spraw. Naj­wię­cej czasu zajęło mu omó­wie­nie ostat­niego komu­ni­katu sytu­acyj­nego o ruchach nie­miec­kich okrę­tów pod­wod­nych. Od początku stycz­nia U-Booty cie­szyły się szcze­gól­nym zain­te­re­so­wa­niem Ame­ry­ka­nów. Lot­nic­two roz­po­znaw­cze i wywiad mor­ski nie spusz­czały oka z baz Krieg­sma­rine w base­nie Morza Śród­ziem­nego, zwłasz­cza w Gre­cji i pół­noc­nych Wło­szech. Pro­wa­dzono skru­pu­latną ewi­den­cję tych jed­no­stek i każdy sygnał o znik­nię­ciu okrętu z pola widze­nia przyj­mo­wany był jak dzwo­nek alar­mowy. Nie­przy­ja­ciel nauczył się jed­nak sztuki masko­wa­nia i dez­in­for­ma­cji.

- Należy ocze­ki­wać - mówił kapi­tan, pod­cho­dząc do zawie­szo­nej na ścia­nie ogrom­nej mapy - że w stre­fie Morza Tyr­reń­skiego, a więc na głów­nych tra­sach prze­rzutu sił desan­to­wych, Niemcy mogą skoncn­tro­wać co naj­mniej dwa­na­ście U-Bootów...

- O któ­rych cią­gle wiemy za mało - dokoń­czył Dono­van. - Dopóki nie uda nam się roz­po­znać baz zastęp­czych w Gre­cji, mary­narka może mieć do nas sporo pre­ten­sji. Od kilku mie­sięcy sły­szę te kry­tyczne głosy. Teo­re­tycz­nie trzy­mamy w sza­chu przej­ście gibral­tar­skie, a tym­cza­sem U-Bootów w rejo­nie Włoch jest wię­cej niż powinno. Luki w naszej ewi­den­cji są oczy­wi­ste.

Adiu­tant nie pozwo­lił sobie na komen­to­wa­nie opi­nii szefa. Osta­tecz­nie mary­narka miała swój wywiad, mogła rów­nież korzy­stać z infor­ma­cji Bry­tyj­czy­ków znacz­nie lepiej zorien­to­wa­nych w poło­że­niu pod­wod­nych sił Krieg­sma­rine na Morzu Śród­ziem­nym. Na rywa­li­za­cji obu służb wywia­dow­czych, które nawza­jem chciały sobie udo­wod­nić, że dys­po­nują bar­dziej wia­ry­god­nym zesta­wem danych, w koń­co­wym bilan­sie naj­le­piej wycho­dził nie­przy­ja­ciel.

Koń­cząc poranny raport, nieco dłuż­szy od dotych­cza­so­wych, Gra­ves się­gnął po leżący na biurku blan­kiet radio­gramu z nagłów­kiem top secret.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki