Godzina "Zero"
Około północy okręty osiągnęły strefę Wysp Toskańskich w połowie drogi
między Korsyką a Włochami i omijając szerokim łukiem największą z nich,
Elbę, skierowały się wprost na wschód. Silniki pracowały na
zmniejszonych obrotach, żeby nie czynić hałasu. Jeszcze przed
wyruszeniem z Bastii dowódca tego zespołu, złożonego zaledwie z dwóch
jednostek, szczegółowo omówił nawigację na całej trasie. Uzgodniono
wówczas, że na wodach przybrzeżnych, zazwyczaj patrolowanych przez
nieprzyjaciela, przejdą na minimalną szybkość marszową. Dzięki temu
istniała większa szansa skrytego podejścia do plaży na południe od
Piombino, gdzie na przybyszów z morza miał oczekiwać łącznik. Do tego
punktu właśnie zdążali.
Dziwne okręty, dziwne załogi, dziwni pasażerowie...
Fachowiec rozpoznałby w nich bez trudu włoskie kutry torpedowe typu MAS,
używane też po zmianie uzbrojenia do tropienia i zwalczania jednostek
podwodnych, ale na ich masztach nie powiewały trójkolorowe bandery
zielono-biało-czerwone. Nie miały żadnych flag ani znaków taktycznych.
Zamiast torped lub bomb głębinowych na ich dziobach i rufach sterczały
szybkostrzelne działka małokalibrowe z obsługą w charakterystycznych
płaskich hełmach. Na pomoście bojowym prowadzącego kutra, który otwierał
drogę bliźniaczej łupince, stał w nieprzemakalnym płaszczu oficer Royal
Navy, typ wyjęty jakby żywcem z przygodowego filmu, a obok niego kilku
innych marynarzy w kapturach naciągniętych na głowy. Nie padało tam ani
jedno słowo, porozumiewali się oszczędnymi ruchami rąk, owym językiem
ludzi wtajemniczonych i znających na wylot swe obowiązki. Nie rozmawiano
także pod pokładem w wibrującej od huku maszynowni, w kabinie radiowej i w ciasnym pomieszczeniu dziobowym, które w normalnych rejsach służyło za
mesę. Tu zebrali się pasażerowie, grupka ludzi przebranych już w cywilne
garnitury z bagażem w turystycznych walizkach, a wśród nich - wypadek
zgoła osobliwy na kutrach marynarki wojennej - dwie młode kobiety o urodzie aż nadto kontrastującej z ponurymi gębami marynarzy.
Gdyby ktoś ciekawski mógł zajrzeć do walizek, zadrżałby z wrażenia. Obok
wepchniętych byle jak koszul, skarpetek i przyborów toaletowych leżały
spłonki, zapalniki czasowe, szpule lontu, plastikowe miny, suche
baterie, naboje pistoletowe... Po prostu podręczny arsenał, który
zdradzał, kim są jego właściciele i po co wybierają się na ląd w środku
styczniowej nocy. Załogi dwóch kutrów nie okazywały jednak szczególnego
zainteresowania ani pasażerami, ani ich bagażem. Role w tej wyprawie
były ściśle podzielone. Marynarze mieli zapewnić tylko bezpieczny
przerzut z bazy do wyznaczonego punktu. Od momentu wysadzenia grupy dla
jednych zadanie kończyło się, dla innych dopiero zaczynało. Nie pierwszy
raz zdobyczne kutry wykonywały takie rejsy. O cóż tu zresztą pytać,
skoro wszystkich w równym stopniu obowiązywała tajemnica, skoro
specjalnie dobierano do tej służby umiejących trzymać język za zębami.
Już sam fakt pływania bez bandery na nieprzyjacielskich okrętach mówił
sam za siebie. Panowała więc i na pokładzie, i pod nim cisza, stan
gotowości alarmowej znany ludziom, którzy dobrowolnie zgodzili się na
ryzyko.
Wachtowi na pomoście omiatali lornetkami horyzont w swoich sektorach
obserwacji. Od dziobu do rufy i z powrotem, ciągle ten sam ruch głowy i ciągłe uczucie zawodu. Najgroźniejszy jest nieprzyjaciel, którego się
nie widzi, a tu nic, pustka. Ci przy sprzężonych działkach też krążyli
jak na karuzeli kierując wzrok zwłaszcza do tyłu, skąd najczęściej
atakował wróg. I tam nie dostrzegali nikogo, kto zasługiwałby na serię.
Kotłowała się tylko woda w długim kilwaterze, roztańczonym i połyskującym w blasku gwiazd hojnie rozrzuconych na szerokim
nieboskłonie.
Od czoła powoli zbliżał się ląd. Najpierw był tylko czarną smugą na
styku wody z firmamentem, potem na jej grzbiecie zaczęły wyrastać
masywne bryły wzgórz i w kilku miejscach mrugnęły punkty świateł. Wiatr
przyniósł odór dymu i spalonej oliwy. To był już uchwytny dowód
bliskości ziemi, dały o sobie znać rybackie osady.
O godzinie 1.40 kutry podeszły burtami do siebie i zastopowały. Zewsząd
rozlegał się tylko intensywny szum morza. Z mapy i widocznych gołym
okiem drzew wynikało, że osiągnęli dokładnie co do stopnia i minuty
docelową pozycję: plaża znajdowała się w odległości pół kilometra. Dalej
nie mogli już podpłynąć, pod stępką czuło się płyciznę.
Nadszedł najważniejszy moment wyprawy. Czy będzie sygnał z brzegu?
Spóźnili się nieco, ale w granicach ustalonego czasu. Rejs przez
nieprzyjacielskie wody to nie podróż pasażerskim motorowcem według
godzinowego rozkładu, na trasie wiele mogło się zdarzyć, o czym ci na
brzegu powinni wiedzieć. Łączność miała być tylko jednostronna - z ziemi
do nich, a nie odwrotnie. Kutry stały ukryte w mroku, obowiązywał surowy
zakaz używania jakichkolwiek świateł i palenia tytoniu na pokładzie.
Gdyby nieprzyjaciel przyłapał je tuż przy brzegu z wyłączonymi
silnikami, los wyprawy byłby przypieczętowany. Obronnym walorem kutra
jest jego szybkość i zwrotność, unieruchomiony łatwo pada łupem, bo jego
lekka drewniano-aluminiowa konstrukcja rozsypuje się po kilku celnych
pociskach z działa, można ją posiekać nawet seriami karabinów
maszynowych.
Sygnału nie było. Dziesięć minut przymusowej bezczynności to czas
wystarczająco długi, żeby zebranych na pokładach ludzi zaczął ogarniać
niepokój. Zawracać czy lądować na własne ryzyko? Zastanawiali się nad
tym pytaniem jeszcze w Bastii, ale teoretycznie, bo tak nakazywał
regulamin i zdrowy rozsądek. Teraz trzeba było podjąć ostateczną
decyzję, rozstrzygnąć irytująco prosty dylemat. Wysokość stawki znali
wszyscy. Jeśli na brzegu zaczaił się wróg i obserwuje każdy ich ruch,
grupa przepadnie. Po cóż było szkolić się, trenować, budować zamki na
lodzie, skoro na pierwszych metrach włoskiej ziemi wszystko weźmie w łeb! Zgarną ich do więziennej budy z dowodami, za które na tyłach frontu
stawia się pod ścianę. Najłatwiej byłoby wrócić na Korsykę. Wyjście
pozornie usprawiedliwione, ale tak czy inaczej wkrótce czekałby ich
podobny rejs. Zaczynać od początku to, co można zrobić już dziś?
Trudną chwilę wahań kończy błysk zielonego światła na plaży z lewej od
stojących kutrów. Trzy krótkie i dwa długie, przerwa i znowu trzy
krótkie. Powtórzony w odstępach kilku sekund sygnał wyklucza
prawdopodobieństwo pomyłki. Można zaczynać.
Marynarze rozkładają ciężkie pontony z impregnowanego płótna,
powszechnie używane w lotnictwie bombowym dinghy świetnie trzymające się
na wodzie nawet przy dużej fali. Otwarte krany sprężonego w butlach
powietrza w mgnieniu oka nadają im okrągły, wypukły na brzegach kształt.
Pierwszy z pluskiem ląduje tuż przy burcie i od razu przyjmuje czwórkę
pasażerów. Za nimi zjeżdżają na linkach walizki, które trzeba
odpowiednio ułożyć, żeby ponton zachował stateczność.
Jeszcze ostatni rzut oka na rozmieszczenie bagażu, podział gumowych
wioseł i grupa odbija od burty. Z pokładu ktoś rzuca cichym głosem good
luck! i jak na komendę wszyscy pokazują wyciągnięte kciuki. Na drugim
kutrze podobna scena, trwająca znacznie dłużej, bo kobiety same nie chcą
zejść do kołyszących się pontonów. Zamiana desek pokładu na wypchane
powietrzem płótno, uginające się pod naciskiem stopy, nie działa zbyt
pokrzepiająco na ich wyobraźnię. Pół kilometra nocnej wędrówki po
czarnej jak smoła wodzie stanowiło dla nich ciężką próbę.
Wiadomość o pomyślnym wylądowaniu grupy dotarła do oddziału OSS1
przy sztabie amerykańskiej 5 Armii już przed godziną trzecią rano.
Przekazał ją wprost z morza szyfrem dowódca zespołu kutrów do bazy w Bastii, a stamtąd sekcja łączności dalekiego zasięgu nadała depeszę do
Neapolu. Dyżurny radiotelegrafista nie zdziwił się wcale, gdy szef
wydziału kodowego wyrwał mu ją z rąk i sam dopilnował, żeby natychmiast
po przepisaniu na maszynie trafiła do adresata. Od połowy stycznia 1944
roku w całym sztabie trwał stan gorączkowego pośpiechu. Łącznościowcy
padali z nóg, przyjmując setki radiogramów. Takiego galopu nie pamiętano
od czasu wylądowania we Włoszech połączonych sił anglo-amerykańskich.
Coś wisiało w powietrzu, ale tylko wąska grupa wtajemniczonych na
najwyższych szczeblach sztabowej piramidy znała kulisy przyspieszonego
rytmu pracy, wiedziała, co nastąpi w najbliższych dniach. Personel
wykonawczy, dopuszczany wycinkowo w zakresie własnej specjalności do
bieżących czynności, mógł tylko domyślać się, że już wkrótce wybuchnie
jakaś nowa bomba. Tak zwykle było przed każdą operacją zaczepną, ale
zimą na przełomie 1943 i 1944 roku front zamarł we Włoszech na linii
rzek Garigliano, Rapido i Sangro przed przegradzającą półwysep potężną
barykadą gór ze szczytami Abruzzów sięgających 2800 metrów wysokości.
Przełamanie tej przeszkody, która zamykała drogę na Rzym, w warunkach
deszczów, chłodów i mgieł typowych dla stycznia w Apeninach, zakrawało
wręcz na utopię. Czyżby więc nie ta linia wywołała tyle sztabowej
krzątaniny?
Tego dnia szef Urzędu Służby Strategicznej, generał William J. Donovan,
zjawił się w siedzibie oddziału parę minut po ósmej. Czujnie strzeżony
gmach na peryferiach Neapolu, do niedawna zajmowany jeszcze przez
kwatermistrzostwo miejscowej bazy włoskiej marynarki, stwarzał niezłe
warunki do pracy. Tu rozlokowały się liczne komórki niezwykle
rozgałęzionej machiny wywiadowczej z archiwami, kartotekami, bogatym
materiałem do działań bieżących i zapleczem technicznym, którego
centralnym ośrodkiem był wydział łączności radiowej i szyfrów oraz
pracownia kartograficzna. Oddział OSS formalnie wchodził w skład sztabu
5 Armii generała M. Clarka, przebywającego najczęściej na swym
stanowisku dowodzenia w Casercie, było to jednak podporządkowanie
iluzoryczne. Jedyna praktyczna korzyść z tej "podległości", sprowadzała
się do regularnych dostaw benzyny, produktów żywnościowych,
zagwarantowania stałej ochrony siłami Militari Police i wygodnych kwater
dla personelu służbowego. Właściwe dyrektywy regulujące tok pracy
oddziału wydawał sam Donovan na podstawie wytycznych sekretarza obrony
departamentu stanu oraz pewnych wskazówek pomocniczych szefów
połączonych sztabów. Centrala OSS mieściła się w Waszyngtonie na prawach
doradczego urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych, Franklina D.
Roosevelta. Jej szef miał nieograniczoną swobodę poruszania się po
krajach sojuszniczych i tych, gdzie interesy amerykańskiej polityki
łączyły się z prowadzoną wojną. Zdążył już być w Sydney, Londynie,
Kairze, Algierze, Casablance. Neapol stanowił kolejny etap jego
powietrznych podróży. Przyjazd do tego miasta dyktowały ważne względy
wojskowe. Tu od listopada 1943 roku powstawał w ścisłej tajemnicy plan
dużej operacji desantowej, która - jak optymistycznie przewidywali
sztabowcy - powinna radykalnie zmienić kiepskie położenie na włoskim
froncie. Zbliżał się właśnie dzień jej rozpoczęcia i Donovan musiał z bliska śledzić tok przygotowań w swoim wywiadowczym sektorze, jak zwykle
pełnym zagadek, potknięć i przykrych niespodzianek.
Już pierwszy meldunek, który mu przedstawił kapitan Harold Graves -
adiutant i prawa ręka w sprawach tajnych najwyższej wagi, nasuwał
niepokojące refleksje.
- Otrzymaliśmy w nocy radiowe potwierdzenie udanego przerzutu naszych
ludzi pod Piombino - powiedział, nie wykładając od razu wszystkich kart
na stół. - Czas operacyjny liczy się od godziny drugiej czterdzieści
cztery dwudziestego stycznia. Sekcja łączności odnotowała go w kartotekach Lucasa Brooke'a i Roba Stuarta jako godzinę "zero".
- Dobry wstęp, Harold - przyznał generał. - Co jeszcze?
- Nie skończyłem. Razem z dwójką naszych wysadzono sześcioosobową grupę
Włochów, w tym dwie kobiety. Mają wykonać jakieś zadanie dywersyjne na
zapleczu. Wyposażono ich w komplet środków minerskich i broń...
- Kto wydał taki rozkaz? - przerwał zdumiony Donovan.
- Kapitan Desiniac z oddziału OSS na Korsyce. Przypuszczam, że działał z własnej inicjatywy.
- To niedopuszczalne! Karygodna lekkomyślność!
- Niestety - zgodził się Graves. - Nic już nie poradzimy, stało się.
Pozostaje nam tylko czekać teraz na pierwszy meldunek Brooke'a. Jeśli
nie otrzymamy żadnej wiadomości w ciągu najbliższej doby...
- Nie uprzedzajmy faktów! - uciął generał.
Łączenie dwóch odrębnych zespołów ludzi przerzucanych na tyły
nieprzyjaciela było jaskrawym naruszeniem elementarnych zasad
konspiracji. Misji Brooke'a i Stuarta w żaden sposób nie dało się
pogodzić z podkładaniem min pod wiadukty czy tory kolejowe. Powierzono
im bardziej finezyjną robotę na zapleczu.
Donovan nie pierwszy już raz zetknął się z niefrasobliwością podległego
personelu, nie wykluczając oficerów piastujących poważne funkcje.
Praktyka dowodziła, że znakomite wyposażenie techniczne i przyznawane
lekką ręką fundusze często nie mogły zastąpić poczucia
odpowiedzialności, rozwagi, wyobraźni i sprytu w działalności
wywiadowczej, w penetrowaniu zaplecza niebezpiecznego przeciwnika, który
dysponował potężnym aparatem kontrwywiadu i służbami policyjnymi o dużym
zasięgu przenikania do różnych kręgów własnego społeczeństwa i krajów
okupowanych. Sam Donovan popełnił też zresztą wiele błędów i uproszczeń
w swej pracy. Z wykształcenia prawnik z dobrze prosperującym biurem
adwokackim nieoczekiwanie wskoczył dwa lata temu, dzięki poparciu
wpływowych przyjaciół z FBI, na fotel szefa służby strategicznej, która
według życzenia prezydenta i Kongresu miała pomóc w przywróceniu
zdruzgotanego prestiżu Stanów Zjednoczonych jako mocarstwa po
kompromitującej klęsce na Hawajach. Przyznany mu nominalny stopień
generała dywizji zapewnił wprawdzie formalny autorytet i ułatwił
kontakty na wysokich szczeblach sił zbrojnych i administracji, ale nie
podniósł automatycznie kwalifikacji wymaganych na tym stanowisku. Ufny w potęgę dolara i amerykańskiego zaplecza, pracującego pełną parą na
potrzeby wojny, miał nadzieję, że odwołanie się do tych atutów będzie
złotym środkiem łamiącym wszelkie przeszkody w różnych operacjach na
tajnym froncie. W ciągu dwóch lat doznał jednak wielu gorzkich
rozczarowań, i to nie tylko na styku z nieprzyjacielem w Europie, Afryce
i na Dalekim Wschodzie. Był świadkiem i uczestnikiem ostrych tarć i ambicjonalnych sporów w łonie samego urzędu niemal od dnia jego
powołania. Kłopoty sięgały zresztą dalej. Zreorganizowane lub od nowa
utworzone organy wywiadu wojskowego, morskiego i sił powietrznych - mimo
formalnego uznawania zwierzchnictwa OSS w kwestiach ściśle operacyjnych
- pracowały w istocie każdy na własną rękę, nie licząc się ze zdaniem
Donovana czy też lekceważąc jego koncepcje. Nawet pomiędzy nimi
dochodziło do spięć i nieporozumień. Innym wcale niełatwym problemem
była współpraca na tajnym froncie z Brytyjczykami. Ich
kpiarsko-ironiczny stosunek do wielu amerykańskich pomysłów, żądań,
nadziei, a także hałaśliwie demonstrowanej pewności siebie ciążył na
wzajemnych kontaktach i wręcz przeszkadzał w podejmowaniu wspólnych
operacji.
Donovan miał więc nie lada orzech do zgryzienia, gdy adiutant zapoznał
go z niefortunną organizacją przerzutu pod Piombino. Spodziewał się, że
Brooke wiele zrobi w Rzymie. Na dokładne informacje o ruchach wojsk
niemieckich i sytuacji ogólnej w rejonie okupowanej stolicy Włoch w okresie prowadzonych działań desantowych liczył dowódca 5 Armii, nie
znając oczywiście ich źródła. Najbliższa doba miała dać odpowiedź, czy
Brooke nie wpadł w jakąś pułapkę. Wsypa członków grupy dywersyjnej - a były to zjawiska częste, bo Amerykanie nie troszczyli się o należyte
przygotowanie tych ludzi, werbując kandydatów na chybił trafił spośród
Włochów - mogła naprowadzić Niemców na ślad człowieka, z którym Donovan
wiązał duże nadzieje. Nie widząc na razie sposobu rozwiązania tej
drażliwej sprawy, zażądał, aby szef lokalnego oddziału OSS, pułkownik
George Courtenay, osobiście zbadał okoliczności przerzutu i przedstawił
wnioski.
Graves sam chciał mu to zaproponować, ale uprzedzony przez przełożonego
uznał, że może przejść do referowania pozostałych spraw. Najwięcej czasu
zajęło mu omówienie ostatniego komunikatu sytuacyjnego o ruchach
niemieckich okrętów podwodnych. Od początku stycznia U-Booty cieszyły
się szczególnym zainteresowaniem Amerykanów. Lotnictwo rozpoznawcze i wywiad morski nie spuszczały oka z baz Kriegsmarine w basenie Morza
Śródziemnego, zwłaszcza w Grecji i północnych Włoszech. Prowadzono
skrupulatną ewidencję tych jednostek i każdy sygnał o zniknięciu okrętu
z pola widzenia przyjmowany był jak dzwonek alarmowy. Nieprzyjaciel
nauczył się jednak sztuki maskowania i dezinformacji.
- Należy oczekiwać - mówił kapitan, podchodząc do zawieszonej na ścianie
ogromnej mapy - że w strefie Morza Tyrreńskiego, a więc na głównych
trasach przerzutu sił desantowych, Niemcy mogą skoncntrować co najmniej
dwanaście U-Bootów...
- O których ciągle wiemy za mało - dokończył Donovan. - Dopóki nie uda
nam się rozpoznać baz zastępczych w Grecji, marynarka może mieć do nas
sporo pretensji. Od kilku miesięcy słyszę te krytyczne głosy.
Teoretycznie trzymamy w szachu przejście gibraltarskie, a tymczasem
U-Bootów w rejonie Włoch jest więcej niż powinno. Luki w naszej
ewidencji są oczywiste.
Adiutant nie pozwolił sobie na komentowanie opinii szefa. Ostatecznie
marynarka miała swój wywiad, mogła również korzystać z informacji
Brytyjczyków znacznie lepiej zorientowanych w położeniu podwodnych sił
Kriegsmarine na Morzu Śródziemnym. Na rywalizacji obu służb
wywiadowczych, które nawzajem chciały sobie udowodnić, że dysponują
bardziej wiarygodnym zestawem danych, w końcowym bilansie najlepiej
wychodził nieprzyjaciel.
Kończąc poranny raport, nieco dłuższy od dotychczasowych, Graves sięgnął
po leżący na biurku blankiet radiogramu z nagłówkiem top secret.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki