ROZDZIAŁ I
PRZEPOWIEDNIA
.
...Trevlyna złota, Trevlyna ziemi
Nie dotknie dziedzic rękami swemi
Póki spod warstwy rdzy i paprochów
Prawda nie wyjrzy z Trevlyna prochów...
- To już trzeci raz, jak przyłapuję cię na studiowaniu tego starego wierszydła. Cóż w nim takiego uroczego, Richardzie? Chyba nie rymy, jak mi się zdaje. - Młoda małżonka położyła smukłą dłoń na pożółkłej ze starości karcie z pisanym archaiczną angielszczyzną tekstem zawierającym wersy, które tak ją rozbawiły.
Richard Trevlyn z uśmiechem podniósł głowę i odsunął od siebie książkę, jakby zirytował go fakt, że został przyłapany na jej czytaniu. Pociągnąwszy żonę za rękę, poprowadził ją z powrotem na kanapę, otulił miękkim szalem i przysiadłszy obok niej na niskim krześle, rzekł wesoło, choć jego oczy zdradzały jakieś ukryte zmartwienie:
- Najukochańsza, ta księga to pisana przez wieki historia naszej rodziny, a ta stara przepowiednia nigdy się nie spełniła, z wyjątkiem tego, że ród wciąż ma dziedziców. Jestem ostatnim z Trevlynów, a ponieważ zbliża się czas, gdy przyjdzie na świat moje dziecko, w naturalny sposób myślę o jego przyszłości i mam nadzieję, że będzie w spokoju cieszyło się swoim dziedzictwem.
- Dałby Bóg! - szepnęła lady Trevlyn i dodała, zerkając z ukosa na starą księgę: - Czytałam ją kiedyś i myślałam, że to jakaś romantyczna powieść, tak okropne rzeczy w niej zapisano. Czy to wszystko prawda, Richardzie?
- Tak, kochana, choć wolałbym, żeby tak nie było. Nasz ród był szalony i nieszczęśliwy aż do ostatniego pokolenia czy dwóch. Gwałtowna natura weszła doń ze starym sir Ralphem, srogim normańskim rycerzem, który w przypływie gniewu zabił swojego jedynego syna, uderzywszy go stalową rękawicą, bo chłopiec miał silną wolę i nie chciał mu w czymś ustąpić.
- Tak, pamiętam, a jego córka Clotilde broniła zamku podczas oblężenia i poślubiła swojego kuzyna, hrabiego Hugona. Wojowniczy ten twój ród; lubię go mimo tych szalonych czynów.
- Poślubiła kuzyna, o tak! To było w przeszłości zmorą naszej rodziny. Zbyt dumni, by kojarzyć się z obcymi, trzymaliśmy się siebie samych, póki wśród potomstwa nie zaczęli pojawiać się idioci i szaleńcy. Mój ojciec był pierwszym, który złamał to nasze niepisane prawo, a ja poszedłem za jego przykładem, wybierając najświeższy, najbardziej krzepki kwiat, jaki mogłem znaleźć, by przesadzić go w naszą wyjałowioną glebę.
- Mam nadzieję, że przyniesie ci zaszczyt i mężnie się rozwinie. Nigdy nie zapomnę, że wziąłeś mnie z bardzo prostego domu i uczyniłeś ze mnie najszczęśliwszą żonę w Anglii.
- A ja nigdy nie zapomnę, że ty, osiemnastoletnia dziewczyna, zgodziłaś się opuścić swoje wzgórza i przybyć tutaj, by rozweselić osamotnione od dawna domostwo starego człowieka - odparł z czułością jej mąż.
- Nie, nie nazywaj siebie starym, Richardzie; masz zaledwie czterdzieści pięć lat i jesteś najodważniejszym, najprzystojniejszym mężczyzną w Warwickshire. Ale ostatnio wyglądasz na zatroskanego. Powiedz mi, o co chodzi, a ja ci doradzę lub pocieszę.
- To nic takiego, Alice, jeśli nie liczyć naturalnego niepokoju o ciebie... Co tam, Kingston, czego chcesz? - zwrócił się Trevlyn do wchodzącego lokaja, przybierając ostrzejszy ton głosu. Gdy zerknął na wręczoną mu wizytówkę, uśmiech znikł z jego ust, a wargi zbielały. Przez chwilę stał, wpatrując się w karteluszek, po czym zapytał: - Czy ten człowiek jest tutaj?
- W bibliotece, sir.
- Idę.
Cisnąwszy wizytówkę w ogień, przyglądał się jej, póki nie zmieniła się w popiół, a następnie odezwał się, nie patrząc żonie w oczy:
- To tylko jakaś irytująca drobnostka, kochanie; zaraz do ciebie wrócę. Połóż się i odpoczywaj, póki nie przyjdę.
Obdarzywszy ją pospieszną pieszczotą, wyszedł, lecz gdy przechodził obok lustra, dostrzegła na jego twarzy wyraz silnego poruszenia. Nie odezwała się i przez kilka minut leżała nieruchomo, najwyraźniej walcząc z jakimś silnym impulsem.
"Źle się czuje i jest rozdrażniony, ale ukrywa to przede mną; mam prawo wiedzieć, o co chodzi, a on mi wybaczy, gdy dowiodę, że nie przyniesie to żadnej szkody" - powiedziała sobie w myśli. Wstała, bezszelestnie przemknęła korytarzem, weszła do ciasnego składziku wbudowanego w ścianę i pochyliwszy się, przytknęła ucho do dziurki od klucza w wąskich drzwiach; nasłuchiwała z półuśmiechem, rozbawiona tym niecnym czynem, którego się dopuściła. Do jej uszu dotarły szemrzące głosy. Jej mąż odzywał się najczęściej i nagle jakieś jego słowo zmiotło uśmiech z jej ust tak raptownie, jakby uderzono ją w twarz. Wzdrygnęła się, skuliła i zadrżała, osuwając się coraz niżej z zaciśniętymi zębami, pobladłymi policzkami i przerażeniem w sercu. Jej wargi stawały się coraz bledsze, oczy coraz bardziej błędne, oddech coraz słabszy, aż z długim westchnieniem, w próżnym usiłowaniu uratowania się, padła jak martwa na próg.
- Miłosierny Boże, czy pani chora, milady[1]? - zawołała pokojówka Hester, gdy pół godziny później jej pani wślizgnęła się do pokoju, blada niczym upiór.
- Osłabłam i zmarzłam. Pomóż mi się położyć, tylko nie przeszkadzaj sir Richardowi.
Przy tych słowach dreszcz przebiegł jej po plecach, a w oczach pojawił się dziki, rozpaczliwy wyraz; złożyła głowę na poduszce jak ktoś, kto nie dba o to, czy jeszcze się podniesie czy nie. Hester, bystrooka kobieta w średnim wieku, przez chwilę przypatrywała się pobladłej pani, po czym wyszła z pokoju, mrucząc do siebie: "Coś jest nie tak i sir Richard musi o tym wiedzieć. Daję głowę, że z wizyty tego człowieka z czarną brodą nie wyniknie nic dobrego". Przy drzwiach biblioteki zatrzymała się. Jej uszu nie dobiegły żadne odgłosy rozmowy; usłyszała tylko stłumiony jęk, więc nie tracąc czasu na pukanie, weszła do środka zdjęta lękiem, sama nie wiedząc, czego się boi. Sir Richard siedział przy swoim biurku z piórem w dłoni, złożywszy głowę na przedramieniu, a cała jego poza zdradzała przytłaczającą go rozpacz.
- Wybaczy pan, sir, pani źle się czuje. Czy mam po kogoś posłać?
Nie było odpowiedzi. Hester powtórzyła swoje słowa, lecz sir Richard się nie poruszył. Coraz bardziej zaniepokojona, podeszła i uniosła jego głowę, a stwierdziwszy, że jest nieprzytomny, chwyciła za sznur dzwonka, by wezwać pomoc. Jednakże Richardowi Trevlynowi już nic pomóc nie mogło, choć miał bawić na tym świecie jeszcze przez kilka godzin. Odezwał się tylko raz, szepcząc ledwie słyszalnym głosem:
- Czy Alice przyjdzie się ze mną pożegnać?
- Przyprowadź ją, jeśli będzie mogła przyjść - rzekł lekarz.
Hester poszła, zastając swoją panią leżącą tak, jak ją zostawiła, niczym posąg wyrzeźbiony w kamieniu. Gdy przekazała wiadomość, lady Trevlyn odpowiedziała stanowczo:
- Powiedz mu, że nie przyjdę - i odwróciła twarz do ściany z miną, która tak przeraziła służącą, że ta nie odważyła się już odezwać.
Obawiając się wyrzec na głos tę bezlitosną odpowiedź, przekazała ją lekarzowi szeptem, lecz sir Richard i tak usłyszał jej słowa i z rozpaczliwą prośbą o przebaczenie na ustach wyzionął ducha.
Gdy wstał nowy dzień, sir Richard, spowity w całun, leżał na katafalku, a jego mała córeczka w kołysce - on nieopłakany przez żonę, ona niepowitana przez matkę, tę samą, która dwanaście godzin wcześniej nazywała siebie najszczęśliwszą kobietą w Anglii. Sądzono, że lady Trevlyn nie przeżyje, zatem na jej życzenie oddano jej zapieczętowany list, który pozostawił dla niej mąż.
Przeczytała go, położyła na piersi i ocknąwszy się z odrętwienia, przez które sprawiała wrażenie tak bardzo chłodnej i zmienionej, poczęła żarliwie błagać tych, którzy ją otaczali, by ratowali jej życie.
Przez dwa dni była już jedną nogą w grobie i, jak orzekli lekarze, uratowała ją tylko niezłomna wola życia. Trzeciego dnia cudem doszła do siebie, a jakiś ukryty cel zdawał się obdarzać ją nienaturalną siłą. Gdy nadszedł wieczór, w domu panowała cisza, dobiegła już bowiem końca cała smutna krzątanina wokół przygotowań do pogrzebu sir Richarda, a on sam ostatnią noc spoczywał pod własnym dachem. Hester siedziała w zaciemnionej sypialni swej pani, gdzie ciszy nie zakłócał żaden dźwięk prócz kołysanki, którą w sąsiednim pokoju niańka nuciła półgłosem osieroconemu dziecku. Zdawało się, że lady Trevlyn śpi, lecz wtem odsunęła zasłonę łóżka i rzekła gwałtownie:
- Gdzie on leży?
- W sali reprezentacyjnej, milady - odpowiedziała Hester, z niepokojem obserwując gorączkowy blask oczu swojej pani, wypieki na policzkach i nienaturalny spokój w jej zachowaniu.
- Pomóż mi tam dojść, muszę go zobaczyć.
- To panią zabije, milady. Błagam, niech pani o tym nie myśli... - mówiła służąca, lecz lady Trevlyn zdawała się nie słyszeć jej słów. Coś w tej surowej, pobladłej twarzy sprawiło, że Hester uległa.
Owinąwszy drobną postać swojej pani ciepłą peleryną, na wpół poprowadziła, na wpół zaniosła ją do sali reprezentacyjnej i zostawiła ją w progu.
- Muszę tam wejść sama; nie bój się niczego, tylko czekaj na mnie tutaj - powiedziała lady Trevlyn i zamknęła za sobą drzwi. Nie minęło pięć minut, gdy pojawiła się ponownie, a na jej nieruchomej twarzy nie widać było ani śladu smutku. - Zaprowadź mnie do łóżka i przynieś moją szkatułkę z klejnotami - dodała z westchnieniem, gdy wierna służka chwyciła ją w ramiona z dziękczynnym okrzykiem.
Gdy polecenie zostało wykonane, zdjęła medalion z portretem sir Richarda, który zawsze nosiła na piersi, i wyciągnąwszy ze złotego futerału kameę z kości słoniowej, schowała ją w małej szufladce szkatułki. Założyła z powrotem pusty medalion i nakazała Hester oddać klejnoty Watsonowi, rodzinnemu prawnikowi, który miał dopilnować przechowania ich w bezpiecznym miejscu, póki dziecko nie dorośnie.
- Milady, kochana moja, jeszcze będzie je pani nosiła, bo jest pani zbyt młoda, by całe życie spędzić w żałobie, nawet po tak dobrym człowieku, jak nasz błogosławiony pan. Niechże się pani pocieszy i rozchmurzy, choćby tylko dla dobra tego kochanego maleństwa.
- Nigdy więcej ich nie założę - tyle tylko powiedziała lady Trevlyn, zasuwając zasłony łóżka takim gestem, jakby chciała zostawić za nimi nadzieję.
Sir Richard został pochowany, a po dziewięciu dniach plotki na temat zagadki jego śmierci wygasły z braku pożywki, bowiem jedyna osoba, która mogłaby coś wyjaśnić, znajdowała się w stanie niepozwalającym na czynienie jakichkolwiek nawiązań do tego tragicznego dnia.
Jeszcze przez rok lady Trevlyn zagrażało pomieszanie zmysłów. Długa gorączka tak osłabiła jej umysł i ciało, że niewiele dawano jej nadziei na wyzdrowienie, a dni upływały jej w takim zobojętnieniu, że smutno było na to patrzeć. Wydawało się, że zapomniała o całym świecie, nawet o wstrząsie, który tak boleśnie ją dotknął. Widok dziecka nie zdołał jej wyrwać z tego osłupienia i tak mijał miesiąc za miesiącem, nie pozostawiając śladu w jej umyśle, a jedynie nieco wzmacniając wątłe ciało.
Kim był nieznajomy, jaki był cel jego przybycia ani dlaczego nigdy więcej się nie zjawił, nikt nie odkrył. Treść listu pozostawionego przez sir Richarda także była nieznana, ponieważ lady Trevlyn go zniszczyła, a nie dało się od niej dowiedzieć, jaki był tego powód. Jak orzekli lekarze, sir Richard zmarł na serce, choć gdyby nie doznał gwałtownego wstrząsu, mógłby żyć z tą chorobą całe lata. Brakowało krewnych, którzy mogliby dociekać przyczyny, a przyjaciele szybko zapomnieli o pogrążonej w smutku młodej wdowie; tak oto płynęły lata, podczas których dziedziczka Lillian rosła w cieniu tajemnicy, z niemowlęcia stając się dzieckiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki