Rozdział II
Zmrok okrył dolinę niczym ciemny płaszcz. Columbine miała nadzieję, że Wilson będzie czekał, by zająć się jej koniem, jak miał to w zwyczaju, ale rozczarowała się. Chata, w której mieszkali kowboje była nieoświetlona; nie wrócił jeszcze ze spędu bydła. Rozsiodłała Pronto i puściła go na pastwisko.
Okna długiego, niskiego budynku na ranczu wyglądały w ciemności jak jasne kwadraty, wysyłające daleko radosne promienie. Columbine z niepokojem zastanawiała się, czy Jack Belllounds wrócił do domu. Wejście do środka wymagało od niej wysiłku woli. A ponieważ musi się z nim spotkać, to im szybciej ta męka się skończy, tym lepiej. Pomimo tego przeszła na palcach obok jasnych okien, a potem przez całą długą werandę, odwróciła się i poszła z powrotem, następnie zawahała się, walcząc z oporem w duchu i uciskiem w sercu. Drzwi były prymitywne i ciężkie. Z trudem się otworzyły.
Columbine weszła do dużego pokoju oświetlonego stojącą na stole lampą i polanami płonącymi w ogromnym kamiennym kominku. To był salon, dość ponury w rogach i pusty, ale wygodny, zaspokajający proste potrzeby. Drewniane bale, z których zbudowany był dom, były nowe, a szczeliny między nimi wypełnione gliną, wciąż białą, co wskazywało na to, że dom został niedawno postawiony.
Ranczer Belllounds siedział w swoim głębokim fotelu przed kominkiem, wyciągając swe duże, spracowane dłonie ku ciepłu. Ubrany był w koszulę i był siwym mężczyzną o śmiałej twarzy, ponad sześćdziesięcioletnim, wciąż muskularnym i silnym.
Gdy usłyszał wchodzącą Columbine uniósł opuszczoną głową, maskując w ten sposób smutek.
- No, dziewczyno, jesteś. - Brzmiało jego powitanie. - Jake wrzeszczy, że kolacja jest gotowa. Teraz możemy jeść.
- Tato... czy... czy twój syn przyjechał? - spytała Columbine.
- Nie. Dostałem wiadomość dopiero o zachodzie słońca od jednego z kowbojów Bakera w górze doliny. Jechał z Kremmling i zatrzymał się, żeby powiedzieć, że Jack świętuje swoje przybycie, pijąc za dużo alkoholu. Zakładam, że nie będzie dziś w domu. Może jutro.
Belllounds mówił równym, zmęczonym głosem, bez żadnych szczególnych uczuć. Zawsze był bezlitośnie szczery i zawsze walił prawdę prosto z mostu, ale Columbine, która dobrze go znała, czuła, jak ta wiadomość boleśnie go dotknęła. Poczuła urazę do tego krnąbrnego, lekceważącego syna, ale wiedziała lepiej, żeby nie wyrażać jej na głos.
- To naturalne, myślę, że Jack poczuł się wesoło po powrocie do domu. Nie mam do niego o to pretensji. Te trzy ostatnie lata musiały być ciężkie dla tego chłopca.
Columbine wyciągnęła ręce do płomienia.
- Jest zimno, tato - oświadczyła. - Nie ubrałam się ciepło, więc prawie zamarzłam. Nadeszła jesień i w powietrzu czuje się mróz. Och, wzgórza były całe w złocie i czerwieni - liście osiki opadały. Kocham jesień, ale to oznacza, że zima jest już blisko.
- No, no, czas płynie. - Westchnął starzec. - Gdzie pojechałaś?
- W górę zachodniego zbocza do urwiska. To daleko. Nie jeżdżę tam często.
- Spotkałaś któregoś z chłopców? Wysłałem tam ekipę, żeby spędziła bydło z góry. Ostatnio straciłem sporo sztuk. Jedzą jakieś trujące chwasty. Wzdyma je od tego i zdychają. W tym roku jest gorzej niż kiedykolwiek wcześniej.
- To poważna sprawa, tato! Biedactwa! To gorsze od zjedzenia loco23... Tak, zjeżdżając po zboczu, spotkałam Wilsona Moore'a.
- Aha! No, jedzmy.
Zasiedli do stołu, który to kucharz, Jake, zastawiał parującymi potrawami. Kolacja tego wieczora była dość wystawna, na cześć oczekiwanego gościa, który nie przybył. Columbine nałożyła staremu człowiekowi jego ulubione dania na talerz, ukradkiem zerkając na jego przygaszoną, pociętą zmarszczkami twarz. Wyczuła w nim subtelną zmianę od popołudnia, ale nie dostrzegła żadnych oznak w jego wyglądzie ani zachowaniu. Apetyt miał wilczy jak zawsze.
- Więc spotkałaś Wilsa. Czy nadal zaleca się do ciebie? - zapytał po chwili Belllounds.
- Wcale nie. Nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek to... robił... tato - odpowiedziała.
- W głowie wciąż jeszcze jesteś dzieckiem, ale ciałem kobietą. Ten kowboj usycha z miłości do ciebie, odkąd byłaś małą dziewczynką. Dlatego wciąż tu jeszcze jest i jeździ dla mnie.
- Nie wierzę w to, tato - rzekła Columbine, czując, jak krew pulsuje jej w skroniach. - Zawsze wyobrażałeś sobie takie rzeczy o Wilsonie i innych chłopcach też.
- Ach! Jestem starym głupcem i nic nie wiem o kobietach, co? Może kiedyś, wiele lat temu, ale teraz rozumiem... Czy Wilson nie stawał się zawsze zazdrosny, kiedy którykolwiek z pozostałych chłopców próbował zrobić na tobie wrażenie?
- Nie pamiętam, żeby był - odparła Columbine. Miała ochotę się roześmiać, choć temat wcale nie wydawał jej się zabawny.
- Zawsze byłaś niewinna i prostoduszna. Dzięki Bogu, że nigdy nie zachowywałaś się, jak większość ładnych dziewcząt, które robią słodkie oczka do wszystkich mężczyzn. W każdym razie trzy miesiące temu powiedziałem Wilsowi, żeby trzymał się od ciebie z daleka, że nie jesteś dla żadnego biednego kowboja.
- Nigdy go nie lubiłeś. Dlaczego? Czy to było w porządku najmować go przez tyle lat?
- No, sądzę, że nie - odpowiedział Belllounds, a kiedy podniósł wzrok, jego szeroka twarz nabrała rumianego koloru. - Ten chłopak to najlepszy jeździec i roper24, jakiego miałem od lat. Nie jest jednym z tych ujeżdżaczy dzikich koni. Nigdy nie pił. Był uczciwy i chętny do pracy. Oszczędza pieniądze. Dobrze sobie radzi z bydłem. Ten chłopak pewnego dnia będzie bogatym ranczerem.
- Dziwne więc, że nigdy go nie lubiłeś - mruknęła Columbine.
Poczuła się zawstydzona tym, jaką sprawiło jej to radość, słysząc pochwały na temat Wilsona.
- Nie, to nie jest dziwne. Mam swoje powody - odparł szorstko Belllounds, wracając do jedzenia.
Columbine uważała, że potrafi odgadnąć przyczynę nieuzasadnionej niechęci starego ranczera do tego kowboja. Prawdopodobnie dlatego, że Wilson zawsze i pod każdym względem był lepszy od Jacka Bellloundsa. Chłopcy byli naturalnymi rywalami we wszystkim, co dotyczyło życia na ranczu. To, co Bill Belllounds najbardziej podziwiał u mężczyzn, było widoczne u Wilsona, a brakowało tego jego własnemu synowi.
- Czy teraz powierzysz Jackowi kontrolę nad swoim ranczem? - spytała Columbine.
- Nie całkiem. Myślę, że wypróbuję go w White Slides jako zarządcę. A jeśli pokieruje ekipą, to wtedy zobaczę.
- Tato, on nigdy nie będzie zarządzał ekipą White Slides - zapewniła Columbine.
- No, zgadzam się, to trudna grupa, ale myślę, że chłopcy zostaną, z wyjątkiem może Wilsa. I równie dobrze byłoby, gdyby odszedł.
- Odsyłanie najlepszego kowboja to nie jest dobry pomysł. Słyszałam, że ostatnio narzekałeś na brak ludzi.
- Jasne, że potrzebuję ludzi - odparł poważnie Belllounds. - Stado się powiększa i nie dajemy już rady. Posłałem wiadomość przez prerię do Meeker25, z nadzieją, że uda mi się sprowadzić stamtąd kilku ludzi. Najbardziej jest mi teraz potrzebny ktoś, który zna się na psach i będzie polował na wilki, kuguary26 i niedźwiedzie, które żywią się moim bydłem.
- Tato, potrzebujesz całej ekipy, żeby poradzić sobie ze stadami psów. Z taką mieszanką! Musi ich być ze stu. Nie dalej jak wczoraj jakiś człowiek przyprowadził zgraję wyliniałych, długouchych kundli. To zabawne. Tato, wszyscy się z ciebie śmieją!
- Tak i wszyscy mi podziękują, gdy pozbędę się tych wszystkich szkodników - oświadczył Belllounds. - Dziewczyno, przysięgałem, że kupię każdego psa, jakiego mi przyprowadzą, dopóki nie będę miał ich dość, by wybić wszystkie kojoty, loafers27 i kuguary. Tak też to zrobię. Ale potrzebuję myśliwego.
- Dlaczego nie powierzyć Wilsonowi Moore'owi opieki nad psami? Jest myśliwym.
- No, dziewczyno, to może być dobry pomysł - odpowiedział ranczer, kiwając siwą głową. - Słuchaj, w pewnym sensie chcesz, żebym zatrzymał tu Wilsa?
- Tak, tato.
- Dlaczego? Tak bardzo go lubisz?
- Lubię go - oczywiście. Jest dla mnie prawie jak brat.
- Ach! Jesteś pewna, że nie lubisz go bardziej, niż powinnaś, biorąc pod uwagę, co wisi w powietrzu?
- Tak, jestem pewna, że nie - odpowiedziała Columbine, czując mrowienie na twarzy.
- No, to się cieszę. Myślę, że nie będzie to miało wielkiego znaczenia, czy Wils zostanie, czy odejdzie. Jeśli zechce, dam mu pracę przy psach.
Tego wieczora Columbine wcześnie udała się do swego pokoju. Było to przytulne, małe, wyściełane gniazdko, które sama urządziła i umeblowała. W drewnianych balach wycięte było małe kwadratowe okienko, przez które wiele nocy na jej łóżko padał śnieg. Uwielbiała to swoje małe, odizolowane schronienie. Tej nocy było zimno, po raz pierwszy tej jesieni, a zapalona lampka, choć rozjaśniała jej pokój, nie sprawiła, by było znacznie cieplej. Stał tam kamienny kominek, ale ponieważ zapomniała nanieść drewna, nie mogła go rozpalić. Rozebrała się więc, zdmuchnęła lampę i poszła spać. Columbine wkrótce rozgrzała się, a ciemność panująca w jej małym pokoju wydawała się zbawienna. Czuła, że tej nocy sen nigdy nie nadejdzie. Chciała pomyśleć; nie mogła powstrzymać się od myślenia i próbowała opanować zamęt w swej głowie. Wilson Moore zajmował pierwsze miejsce w jej rozlicznych myślach - fakt zupełnie niezwykły i niewytłumaczalny. Próbowała to zmienić. Na próżno! Wilson nie ustępował - na swym białym mustangu kłusującym przez szczyt grani - zbliżając się do niej jak nigdy dotąd - z gniewem i dezaprobatą - jego dziwny, przejmujący okrzyk: "Columbine!" prześladował ją - z uśmiechem pełnym goryczy i drwiącą mową o zazdrości. Nie ustępował i urósł jeszcze dzięki szczerym pochwałom starego ranczera.
- Nie wolno mi o nim myśleć - szepnęła. - No cóż, ja... ja wkrótce wyjdę za mąż... Za mąż!
To słowo odmieniło jej myślenie i tak, jak była podekscytowana, tak teraz poczuła chłód. Skoncentrowała się na tym fakcie.
- To prawda, wyjdę za mąż, bo powinnam... muszę - odezwała się półgłosem - ponieważ nie mogę inaczej. Powinnam tego chcieć ze względu na tatę... Ale nie chcę, nie chcę.
Ponad wszystko pragnęła być dobra, lojalna, kochająca, pomocna, by okazać swą wdzięczność za dom i miłość, jaką obdarzono bezimiennego podrzutka. Bill Belllounds nie miał żadnego obowiązku niesienia pomocy obcemu, zagubionemu dziecku. Zrobił to, bo był wielki i szlachetny. Staremu ranczerowi przypisywano wiele wspaniałych czynów. Nie miała niewdzięcznej natury. Chciała spłacić dług wdzięczności, ale waga tej ceny zaczęła jej ciążyć.
- To zmieni całe moje życie - szepnęła przerażona. - Ale jak?
Columbine zastanowiła się. Musi przeanalizować szczegóły tej zmiany. Nie miała matki, która by ją tego nauczyła. Nieliczne kobiety, które od czasu do czasu odwiedzały dom Bellloundsa, nie okazały jej współczucia i życzliwości lub nie pozostawały tam wystarczająco długo, by jej zbyt wiele pomóc. Nawet jej szkolne życie w Denver pozostawiło ją wciąż dzieckiem, jeśli chodzi o poważne problemy kobiet.
- Jeśli będę jego żoną - ciągnęła. - Będę musiała z nim być, będę musiała zrezygnować z tego małego pokoju, nigdy nie będę już wolna, sama, szczęśliwa.
To był pierwszy szczegół, który wyliczyła. Był to również i ostatni. Wraz z uświadomieniem sobie tego poczuła, jak przenika ją obrzydliwy dreszcz. I w tym momencie zrodził się zalążek nieświadomego buntu.
Zawyły kojoty. Dzikie, ostre, słodkie dźwięki! Koiły jej umartwioną, obolałą głowę, kołysały ją do snu, przypominały jej o złocisto-purpurowym zachodzie słońca, zboczach porośniętych szałwią, samotnych wzgórzach, i pięknie, które nigdy się nie zmieni. Pomyślała sennie, że jutro przekona Wilsona, żeby nie zabijał wszystkich kojotów; żeby zostawił kilka, bo ona je kochała.
***
Bill Belllounds osiedlił się w Middle Park w 1860 roku. Był to dziki kraj, ojczyzna Indian Ute i naturalny raj dla wapiti28, jelenia, antylopy i bizona. Pasma górskie były siedliskiem niedźwiedzia. Łańcuchy te osłaniały rozległą dolinę, którą wcześniej jakiś odkrywca nazwał Middle Park.
Dużą część tego odciętego płaskowyżu stanowiła preria, na której bujnie rosła wysoka trawa i polne kwiaty. Belllounds był hodowcą bydła i dostrzegł tu możliwości. W tym celu zabiegał o przyjaźń Piaha, wodza Utów. Ten szlachetny czerwonoskóry był przychylnie nastawiony do białych osadników, a jego plemię, w trudnych czasach, utrzymywało pokój z tymi najeźdźcami ich górskiego domu.
W 1868 roku Belllounds odegrał kluczową rolę w przekonaniu Utów do opuszczenia Middle Park. Zbocza wzgórz były gęsto zalesione; w górach odkryto złoto i srebro. Była to kraina, która przyciągała poszukiwaczy, hodowców bydła i drwali. Sezon letni nie był wystarczająco długi, by uprawiać zboże, a noce były zbyt mroźne dla kukurydzy; w przeciwnym razie populacja Middle Park wzrosłaby gwałtownie.
W latach, które nastały po odejściu Utów, Bill Belllounds rozwinął kilka rancz bydła i nabył inne. White Slides Ranch leżało jakieś dwadzieścia mil od Middle Park, stanowiąc krętą odnogę głównego obszaru doliny. Jego rozwój był kwestią późniejszych lat, a Belllounds żył tam, bo kraj był dzikszy. W miarę upływu lat wydawało się, że ranczer pragnął utrzymać odosobnienie, którym cieszył się wcześniej. W momencie powrotu jego syna do White Slides Belllounds posiadał dużo bydła i ziemi, ale szczerze wyznał, że nie zaoszczędził żadnych pieniędzy i prawdopodobnie nigdy tego nie zrobi. Był zawsze hojny dla każdego człowieka i nigdy nie oczekiwał odpłaty. Każdemu ufał. Chwalił się, i był z tego dumny, że ani biały, ani czerwony człowiek nigdy nie zawiedli jego zaufania. Jego kowboje go wykorzystywali, jego sąsiedzi narzucali mu się, ale nie było takiego, kto nie spłaciłby swych długów pracą lub zasobami. Belllounds był jednym z wielkich pionierów Dzikiego Zachodu, którym to ów Zachód zawdzięczał swe osadnictwo i był lepszy niż większość, ponieważ udowodnił, że Indianie, jeśli nie są okradani i wypędzani, odpowiedzą na życzliwość.
***
W dniu, w którym Belllounds spodziewał się przyjazdu syna, nie był widziany przy swych codziennych obowiązkach. Przechadzał się po polach i wokół zagród; spacerował tam i z powrotem po werandzie, bacznie obserwując horyzont, gdzie w dolinie bieliła się droga z Kremmling; a przez część czasu przebywał w domu.
Tak się złożyło, że wczesnym popołudniem wyszedł na zewnątrz akurat w momencie, gdy na podwórze wjechał buckboard29, zaprzężony w zakurzone i brudne konie. Wtedy zobaczył swojego syna. Przybiegło kilku kowbojów. Pozdrowienia skierowano do woźnicy, którego, jak się zdawało, dobrze znano.
Jack Belllounds nie spojrzał na nich. Wyrzucił torbę z powoziku, po czym powoli wygramolił się z niego i skierował w stronę werandy.
- Jack, mój synu, tak się cieszę, że wróciłeś - rzekł stary ranczer, podchodząc bliżej. Jego głos był niski i pełny, niezwykle głęboki, ale była to jedyna oznaka uczuć, jaką okazał.
- Jak się masz, tato - odpowiedział syn, niezbyt serdecznie, wyciągając do ojca rękę.
Jack Belllounds był wysoki, zapowiadał się, że będzie muskularny jak jego ojciec, ale nie chodził wyprostowany; trochę się garbił. Miał bladą twarz, co wskazywało na to, że ostatnio nie był wystawiony na działanie słońca i wiatru. Każdy obcy, który dostrzegłby podobieństwo chłopca do mężczyzny, przyznałby mu przystojną śmiałość, ale odmówił siły charakteru i determinacji. Dolna część twarzy Jacka Bellloundsa była słaba i mało stanowcza.
Skrępowanie w tym spotkaniu przejawiało się głównie po stronie syna. Wyglądał na zawstydzonego, niemal posępnego. Jeśli jednak był pod wpływem alkoholu w Kremmling, jak donoszono dzień wcześniej, całkowicie wytrzeźwiał.
- Chodź do domu - powiedział ranczer.
Kiedy weszli do dużego salonu, a Belllounds zamknął drzwi, syn rzucił na ziemię swój bagaż i agresywnie zwrócił się do ojca.
- Czy oni wszyscy wiedzą, gdzie byłem? - zapytał gorzko. Urażona duma i wstyd płonęły mu na twarzy.
- Nikt nie wie. Tajemnica została zachowana - odpowiedział Belllounds.
Zaskoczenie i ulga odmieniły młodego człowieka.
- Och, teraz, jestem...cieszę się... - wykrzyknął i usiadł, zakrywając do połowy twarz drżącymi rękami.
- Jack, zaczniemy od nowa - powiedział poważnie Belllounds, a jego duże oczy rozbłysły ciepłym i pięknym światłem. - Właśnie tutaj. Nigdy więcej nie wspomnimy o tym, gdzie byłeś przez te trzy lata. Nigdy więcej!
Jack podniósł wzrok, a cała jego ponurość i przygnębienie zniknęły.
- Ojcze, myliłeś się co do..., że zrobi mi to dobrze. Wyrządziło mi to krzywdę. Ale teraz, jeśli nikt nie wie... spróbuję o tym zapomnieć.
- Może popełniłem błąd - odparł smutno Belllounds - ale Bóg mi świadkiem, że chciałem dobrze. Z pewnością byłeś... Ale dość już tej pogawędki... Będziesz pracował jako zarządca w White Slides. A jeśli ci się uda, z radością mianuję cię szefem rancza. Starzeję się, synu. Ten ostatni rok był chudszy. Pastwisko jest niezłe, ale w tym roku mam mniej bydła niż w ubiegłym. Było trochę kradzieży, duże straty ze strony wilków, kuguarów i trujących chwastów... Co ty na to, synu?
- Będę zarządzał White Slides - odpowiedział Jack, machając ręką. - Nie spodziewałem się takiej szansy, ale to mi się należy. Jest ktoś w ekipie, kogo znam?
- Sądzę, że nikt, z wyjątkiem Wilsa Moore'a.
- Ten kowboj jeszcze tu jest? Nie chcę go.
- Każę mu ganiać za szkodnikami z psami. I posłuchaj, synu, ta ekipa jest zła. Rozumiesz - jest zła. Nie możesz kierować tą bandą. Jedynym sposobem, by sobie z nimi poradzić, to wczesne wstawanie i późny powrót. Mało gadania, znajdź im zajęcie. Ciężką pracę.
Jack Belllounds nie przejawiał żadnych oznak, by przejął się słowami ojca.
- Ja im pokażę - powiedział. - Dowiedzą się, kto tu rządzi. Och, nie mogę się doczekać, aż wskoczę w buty i będę jeździł i galopował na koniu.
Belllounds pogładził swą siwą brodę i popatrzył na syna z mieszaniną dumy i wątpliwości. Z całą pewnością nie mógł w tym momencie uciec od cudownego faktu, że jego jedyny syn jest w domu.
- W porządku, synu. Byłeś poza pastwiskiem przez trzy lata. Będziesz potrzebował rady. A teraz posłuchaj. Bądź łagodny w stosunku do koni. Źle je traktowałeś. Niektórzy kowboje szarpią konie i doprowadzają do tego, że te zaczynają się rzucać i gryźć, ale to nie jest najlepszy sposób. Koń ma swój rozum. Mam kilka niezłych sztuk i nie chcę ich zmarnować. I bądź spokojny i małomówny z chłopakami. W dzisiejszych czasach trudno jest o pomoc. Brakuje mi teraz rąk do pracy... Najlepiej zrobisz, synu, jeśli będziesz postępował z końmi i z ludźmi jak twój ojciec.
- Tato, widziałem, jak kopiesz konie i strzelasz do ludzi - odparł Jack.
- Racja, widziałeś, ale to były szczególnie złe przypadki. Nie radzę w ten sposób... Synu, to jest bliskie mojemu sercu, ta nadzieja, że ty...
Głęboki głos zadrżał i załamał się. Tylko naprawdę zatwardziały młodzieniec nie wzruszyłby się choć odrobinę na to głębokie i niewypowiedziane uczucie w starym człowieku. Jack Belllounds objął ojca ramieniem.
- Tato, jeszcze sprawię, że będziesz ze mnie dumny. Daj mi szansę. I nie gniewaj się, jeśli na początku nie będę mógł zdziałać cudów.
- Synu, będziesz miał ku temu okazję. A to mi o czymś przypomniało. Pamiętasz Columbine?
- Powinienem - odparł Jack z przejęciem. - Mówili o niej w Kremmling. Gdzie ona jest?
- Sądzę, że gdzieś niedaleko. Jack, ty i Columbine pobierzecie się.
- Pobrać się?! Columbine i ja? - wykrzyknął.
- Tak. Jesteś moim synem, a ona moją adoptowaną córką. Nie podzielę majątku. I właściwe jest, żeby dostała swój udział. Wspaniała, silna, cicha, ładna dziewczyna, Jack i będzie dobrą żoną... Bardzo podoba mi się ten pomysł.
- Ale Columbine zawsze mnie nie cierpiała.
- Była wtedy dzieckiem, a ty jej dokuczałeś. Teraz jest kobietą i chce mnie zadowolić. Jack, nie sprzeciwisz się temu układowi?
- To zależy - odrzekł Jack. - Ożeniłbym się z każdą dziewczyną, z którą byś chciał, ale gdyby Columbine lekceważyła mnie tak, jak to zwykle robiła, z pewnością bym się sprzeciwił... Tato, jesteś pewien, że ona nic nie wie, niczego nie podejrzewa, dokąd mnie wysłałeś?
- Synu, przysięgam, że nie.
- Czy chcesz, żebyśmy pobrali się wkrótce?
- No, tak szybko, jak tylko Collie uzna to za rozsądne. Jack, ona jest nieśmiała i osobliwa, i poważna. Jeśli kiedykolwiek zdobędziesz jej serce, będziesz bogatszy niż gdybyś posiadł całe złoto Gór Skalistych30. Radziłbym, działaj powoli. Ale z drugiej strony, gdybyś z marszu się ożenił, to byś się ustatkował i siedział w domu.
- Ożeniony z marszu! - powtórzył ze śmiechem Jack. - To brzmi jak tytuł powieści. Ale poczekaj, niech ją najpierw zobaczę.
***
W tym samym czasie Columbine siedziała na najwyższej belce drewnianej zagrody, głęboko zainteresowana rozgrywającą się przed nią sceną.
W zagrodzie było dwóch kowbojów z osiodłanym mustangiem. Jeden z nich przyniósł płócienny worek zawierający narzędzia i podkowy. Kiedy upuścił go na ziemię z metalicznym brzękiem, mustang parsknął, podskoczył i przewrócił białkami oczu. Dobrze wiedział, co ów brzęk oznaczał.
- Panno Collie, ma panienka zamiar tak tu cały czas siedzieć? - zapytał wyższy kowboj, szczupły, zwinny i potężny facet, o czerwonej twarzy, twardej jak skała, i spokojnych, jasnych oczach.
- Pewnie, że tak, Jim - odparła niewzruszenie.
- Ale my musimy go spętać - zaprotestował kowboj.
- Tak, wiem, I zrobicie to delikatnie.
Jim podrapał się po zakurzonej głowie i spojrzał na swojego towarzysza, małego pokręconego człowieczka, przypominającego wyblakły korzeń drzewa. Wydawał się być samymi nogami.
- Słyszałeś, ofermo z Wyoming31 - powiedział do Jima. - Te podkowy wędrują na Whanga delikatnie.
Jim wyszczerzył zęby w uśmiechu i odwrócił się, żeby przemówić do swojego mustanga.
- Whang, reguły zostały ustalone i chcemy zobaczyć, ile końskiego rozumu masz we łbie.
Na kudłatym mustangu przemowa ta nie wywarła zbyt pozytywnego wrażenia. Rzucił rozmówcy niezwykle nieufne spojrzenie.
- Jim, biorąc pod uwagę, że to zadanie jest ostatnim, przy którym panna Collie będzie kiedykolwiek jeszcze nam rozkazywać, musimy tak zrobić tak, żeby Whang nawet nie mrugnął okiem - rzekł drugi kowboj z akcentem, przeciągając samogłoski.
- Lem, dlaczego to ostatnia praca, przy której będę wami kierować, chłopcy? - spytała szybko Columbine.
Jim spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, a Lem przybrał ten obojętny wyraz twarzy, który Columbine zawsze kojarzyła z kowbojskim łobuzerstwem.
- No, panno Collie, rozumiemy, że dzisiaj przyjechał nowy szef White Slides.
- Masz na myśli, że Jack Belllounds wrócił do domu - powiedziała Columbine. - No cóż, chłopcy, będę wami rządziła tak samo jak zawsze.
- Dla nas byłoby to jak najbardziej w porządku, ale obawiam się, że nie zostało to zapisane w grubej księdze White Slides - odpowiedział Jim.
- Buster Jack obali staruszka i poślubi ciebie - dodał Lem.
- Och, a więc to macie na myśli - odparła lekko Columbine. - Cóż, gdyby coś takiego miało miejsce, wtedy byłabym waszym szefem jeszcze bardziej niż kiedykolwiek.
- Nie sądzę, panno Collie, bo wtedy my nie będziemy jeździć dla White Slides - stwierdził po prostu Jim.
Columbine przeczuwała to dokładnie już na długo przed pojawieniem się pogłosek o możliwym powrocie Buster Jacka. Znała kowbojów. To jakby próbować zmienić skały na wzgórzach!
- Chłopcy, dzień, w którym opuścicie White Slides, będzie dla mnie smutnym dniem - westchnęła Columbine.
- Panno Collie, wciąż jeszcze tu jesteśmy - wtrącił Lem z niezręczną łagodnością. - Jim od dawna tęskni za Wyoming i po prostu tak gada.
Następnie kowboje zajęli się bieżącymi sprawami. Jim zdjął siodło, ale zostawił uzdę. To posunięcie oczywiście uśpiło czujność Whanga. Został ujarzmiony, by stać, gdy jego uzda zwisała i jak koń, który był dobry, gdy dano mu szansę, był posłuszny najlepiej, jak potrafił, a wszystkie cztery nogi mu się trzęsły. Jim, najwyraźniej chcąc spętać Whanga, związał jego przednie kończyny nisko, ale szybko i niespodziewanie przełożył linę przez kolana. Wtedy Whang zrozumiał, że został oszukany. Parsknął ogniście, zarżał i stając na tylnych nogach, wściekle orał powietrze przednimi kopytami. Jim ciągnął linę, podczas gdy Whang rżał głośno i walczył z przednimi kończynami wysoko w górze. Jim mocnym szarpnięciem ściągnął Whanga na ziemię i pchnął silnie, gdy tymczasem Lem, chwyciwszy za uzdę, przewrócił go na bok i usiadł mu na łbie. Wtedy Jim zsunął pętlę z jednego przedniego kopyta i przeciągnął drugą nogę w poprzek jednej z tylnych kończyn, gdzie obie zostały zabezpieczone szybko węzłem. Następnie lasso zostało owinięte i okręcone wokół przednich i tylnych kopyt. Kiedy już to zostało zrobione, mustanga przewrócono na drugi bok, na jego wolne przednie kopyto zostało rzucone lasso i przyciągnięto je do tylnego, gdzie oba zostały zabezpieczone, podobnie jak pozostałe. To sprawiło, że mustang był bezsilny, i przystąpiono do podkuwania.
Columbine nie cierpiała bezczynnie siedzieć i patrzeć, ale zawsze pozostawała na swym stanowisku, gdy tylko nadarzyła się okazja, ponieważ wiedziała, że kowboje nie będą brutalni, gdy ona tam będzie.
- Jutro będzie wysoko podnosił nogi - powiedział Lem, wstając z głowy Whanga.
- Tak i jak muł będzie moim przyjacielem przez dwadzieścia lat, żeby tylko mieć szansę mnie kopnąć - odpowiedział Jim.
Dla Columbine najbardziej interesujący w tym zdarzeniu był moment, w którym mustang uniósł łeb, by spojrzeć na swe nogi i sprawdzić co z nimi zrobiono. W tym spojrzeniu było coś niemal ludzkiego. Wyrażało inteligencję, strach i wściekłość.
Kowboje rozwiązali mu nogi i pozwolili wstać. Whang tupał podkutymi, żelaznymi kopytami.
- To była podła sztuczka, Whang - rzekła Columbine. - Gdybyś należał do mnie, nigdy by coś takiego nie miało miejsca.
- Myślę, że możesz go mieć na żądanie - powiedział Jim, rzucając na grzbiet konia siodło. - Nikt oprócz mnie nie może na nim jeździć. Chcesz spróbować?
- Nie w tym ubraniu - odpowiedziała ze śmiechem Columbine.
- No, panno Collie, z jakiegoś powodu jest panienka dzisiaj ładnie ubrana - stwierdził Lem, kręcąc głową i zbierając narzędzia z ziemi.
- Ach, a oto i powód! - zawołał Jim niskim, ochrypłym szeptem.
Columbine usłyszała ten szept i jednocześnie szybkie kroki na żwirowej drodze. Odwróciła się gwałtownie, tracąc prawie równowagę i rozpoznała Jacka Bellloundsa. Zbliżał się chłopak, Buster Jack, którego tak dobrze pamiętała, teraz młody mężczyzna, wyższy, cięższy, starszy, z bledszą twarzą i zuchwalszym spojrzeniem. Columbine obawiała się tego spotkania, na które się przygotowywała, ale gdy do niego doszło, poczuła jedynie irytację faktem, że przyłapał ją na siedzeniu na płocie zagrody, nie bacząc na godność. Nie przyszło jej do głowy, żeby zeskoczyć. Wyprostowała się nieznacznie, wygładziła spódnicę i czekała.
Jim wyprowadził mustanga z zagrody, a Lem podążył za nim. Wyglądało na to, że chcieli uniknąć spotkania z młodym człowiekiem, ale on im to uniemożliwił.
- Czołem, chłopcy! Jestem Jack Belllounds - odezwał się dość wyniośle, ale jego zachowanie było nonszalanckie. Nie zaproponował podania ręki.
Jim mruknął coś pod nosem, a Lem powiedział:
- Witam.
- Ten bronc32 wygląda na temperamentnego - ciągnął Belllounds i nieostrożnie wyciągnął dłoń w stronę mustanga.
Whang szarpnął się tak mocno, że prawie przewrócił Jima.
- To nie bronco, ale cała reszta chyba się zgadza - wycedził Jim.
Obaj kowboje wydawali się powolni, swobodni. Nie byli ani obojętni, ani nie reagowali. Columbine zauważyła, jak ich bystre, spokojne spojrzenia przebiegały po Bellloundsie. Wtedy popatrzała na niego po raz drugi, mniej pospiesznie. Nosił długie buty na wysokim obcasie z fantazyjną cholewką, dopasowane spodnie z ciemnego materiału, ciężki pas ze srebrną klamrą i białą, miękką koszulę z szerokim kołnierzykiem, rozpiętą pod szyją. Był bez kapelusza.
- Będę zarządzać White Slides - powiedział do kowbojów. - Jak się nazywacie?
Columbine chciała się roześmiać, ale stłumiła ten impuls. Co za pomysł, żeby pytać Jima o nazwisko! Nigdy nie udało jej się tego dowiedzieć.
- Nazywam się Lemuel Archibawld Billings - odparł beznamiętnie Lem. Drugie imię było dodatkiem, którego nikt nigdy nie słyszał.
Następnie Belllounds skierował swe spojrzenie i kroki w stronę dziewczyny. Kowboje opuścili głowy i ruszyli dalej.
- Jest tylko jedna dziewczyna na ranczu - rzekł Belllounds. - A zatem ty musisz być Columbine.
- Tak, a ty jesteś Jack - odpowiedziała i zsunęła się z płotu. - Miło mi powitać cię w domu.
Podała mu rękę, a on trzymał ją, dopóki sama jej nie wyswobodziła. Na jego twarzy malowało się prawdziwe zaskoczenie i zadowolenie.
- No, za nic bym cię nie rozpoznał - powiedział, mierząc ją wzrokiem od stóp do głów. - To zabawne. Miałem w głowie jak najbardziej wyraźny twój obraz, ale wcale nie jesteś taka, jak sobie wyobrażałem. Columbine, którą pamiętam była chuda, blada i widać było tylko wielkie oczy.
- To było dawno temu. Siedem lat - odpowiedziała. - A ja cię poznałam. Jesteś starszy, wyższy, postawniejszy, ale to ten sam Buster Jack.
- Mam nadzieję, że nie - odparł szczerze, potępiając dawnego siebie. - Tata mnie potrzebuje. Chce, żebym przejął tu dowodzenie, żebym stał się mężczyzną. Wróciłem. Dobrze być w domu. Nigdy nie byłem zbyt wiele wart. Boże! Mam nadzieję, że znów go nie rozczaruję.
- Też mam taką nadzieję - mruknęła.
Słysząc, jak mówi szczerze i poważnie, poczuła, jak zneutralizowało to niekorzystne wrażenie, jakie odniosła. Wydawał się pełen zapału. Spojrzał na ziemię, gdzie czubkiem buta kopał małe kamyczki. Miała dobrą okazję, żeby przyjrzeć się jego twarzy i skorzystała z niej. Rzeczywiście był podobny do ojca, ze swą dużą, przystojną głową i niebieskimi oczami, być może śmielszymi ze względu na ich wyrazistość niż z powodu bezpośredniego spojrzenia czy ognia. Jego twarz była blada, padał na nią cień zmartwienia lub niezadowolenia. Wyglądało na to, że na jej powierzchnię wypływała wypierana natura. Jego usta i podbródek były niezdyscyplinowane. Columbine nie mogła sobie wyobrazić, żeby gardziła czymkolwiek, co zobaczyła w rysach tego młodego mężczyzny, a jednak było w nim coś, co trzymało ją na dystans. Podjęła decyzję, że zrobi to, co do niej należy bezinteresownie. Znajdzie w nim to, co najlepsze, będzie go za to lubić, będzie silna, by przetrwać i pomagać. Mimo to nie miała jednak mocy, by zapanować nad swoimi niejasnymi i dziwnymi spostrzeżeniami. Dlaczego nie potrafiła znaleźć w nim tego, co lubiła w Jimie Montanie, Lemie czy Wilsonie Moorze?
- To był mój drugi tak długi pobyt poza domem - rzekł Belllounds. - Pierwszy miał miejsce, gdy pojechałem do szkoły w Kansas City. Podobało mi się. Było mi przykro, kiedy mnie wyrzucili - odesłali do domu... Ale te trzy ostatnie lata były piekłem.
Na jego twarzy widoczne było zmaganie i plamił ją cień ciemnej krwi.
- Pracowałeś? - spytała Columbine.
- Praca! To było gorsze niż praca... Pewnie, że pracowałem - odrzekł.
Bystre spojrzenie Columbine padło na jego ręce. Były równie gładkie i pozbawione blizn jak jej własne. Jaką pracę wykonywał, jeśli mówił prawdę?
- Cóż, jeśli będziesz ciężko pracować dla ojca, nauczysz się radzić sobie z kowbojami i nigdy nie wrócisz do tych złych starych nawyków...
- Masz na myśli picie i karty? Przysięgam, że zapomniałem o nich na trzy lata, aż do wczoraj. Myślę, że je pokonałem.
- W takim razie uszczęśliwisz tatę i mnie. I sam też będziesz szczęśliwy.
Columbine zadrżała na odrobinę delikatności emanującą od niego. Było w nim dobro, niezależnie od szalonych i dzikich żartów, jakie robił w dzieciństwie.
- Tata chce, żebyśmy się pobrali - rzekł nagle, z nieśmiałością i dziwnym, rozbawionym uśmiechem. - Czy to nie zabawne? Ty i ja, którzy gryźliśmy się jak pies z kotem! Pamiętasz, jak popchnąłem cię do tej starej dziury z błotem? I jak czyhałaś na mnie za domem, żeby uderzyć mnie zgniłą kapustą?
- Tak, pamiętam - odparła Columbine w zadumie.
- A to, kiedy zjadłaś moje ciasto i jak wyrównałem rachunki, drąc twoją sukienkę na strzępy, że musiałaś uciekać do domu prawie bez jednego całego szwa?
- Chyba o tym zapomniałam - odpowiedziała Columbine, rumieniąc się. - Musiałam być wtedy bardzo mała.
- Byłaś małą diablicą... Pamiętasz, jak biłem się z Moore'em o ciebie?
Nie odpowiedziała, bo nie spodobał jej się przelotny, chwilowy wyraz jego twarzy. On pamiętał aż za dobrze.
- Załatwię to z Moore'em - kontynuował. - Poza tym nie będę go mieć na ranczu.
- Tata potrzebuje dobrych rąk do pracy - powiedziała, patrząc na zbocza porośnięte szarą szałwią. Wzmianka o Wilsonie Moorze nasiliła jej powściągliwość. Irytacja pulsowała jej w żyłach.
- Zanim przejdziemy dalej, chciałbym coś wiedzieć. Czy Moore kiedykolwiek cię całował?
Columbine poczuła, jak to pulsowanie zmienia się w gorącą, gwałtowną falę zalewającej ją krwi. Dlaczego targały nią dziwne, nagłe i obce doznania? Dlaczego zawahała się przed tym naturalnym pytaniem Jacka Bellloundsa?
- Nie. Nigdy tego nie zrobił - odpowiedziała po chwili.
- To cholernie dziwne. Lubiłaś go bardziej niż kogokolwiek innego. Z pewnością nienawidziłaś mnie... Columbine, wyrosłaś z tego?
- Tak, oczywiście - odparła - ale raczej cię nie nienawidziłam.
- Tata powiedział, że ty... jesteś gotowa wyjść za mnie. To prawda?
Columbine spuściła głowę. Jego pytanie, delikatnie wypowiedziane, nie uraziło jej, gdyż można się było tego spodziewać. Za to jego faktyczna obecność, znaczenie jego słów, obudziły w niej nieprawdopodobnego ducha protestu. Nagięła już swą wolę do żądania starego człowieka; jednakże zrozumiała teraz, że nie może zmusić swego ciała do poddania się czemuś, czego nie pragnęło.
- Tak, zgadzam się - odpowiedziała odważnie.
- Wkrótce? - rzucił, z ożywieniem w głosie.
- Gdybym postawiła na swoim, nie byłoby to... tak wcześnie - wyjąkała. Spod spuszczonych powiek dostrzegła krok, jaki zrobił w jej stronę i miała ochotę uciekać.
- Dlaczego? Tata uważa, że to byłoby dla mnie dobre - ciągnął Belllounds, teraz silnie skoncentrowany na sobie. - Nauczyłoby mnie odpowiedzialności. Myślę, że tego potrzebuję. Dlaczego nie wkrótce?
- Czy nie lepiej byłoby zaczekać trochę? - zapytała. - Nie znamy się, nie mówiąc już o uczuciu...
- Columbine, jestem w tobie zakochany - oświadczył gorąco.
- Och, jak to możliwe?! - zawołała Columbine z niedowierzaniem.
- Zawsze rozmyślałem o tobie, kiedy byliśmy dziećmi - powiedział - a teraz, gdy zobaczyłem cię taką dorosłą - taką śliczną i słodką - taką zdrową, kwitnącą dziewczynę... I słowa taty, że wkrótce będziesz moją żoną, moją... no cóż, po prostu na twój widok straciłem głowę.
Columbine spojrzała na niego i przypomniało jej się, jak jako chłopiec zawsze odczuwał szybką, namiętną tęsknotę za rzeczami, które musiał mieć i miał. A jego ojciec mu nie odmawiał. Naprawdę mogło tak być, że Jack się w niej nagle zakochał.
- Czy chciałbyś wziąć mnie bez mojej... mojej miłości? - zapytała bardzo cicho. - Nie kocham cię teraz. Mogłabym kiedyś, gdybyś był dobry... gdybyś uszczęśliwił tatę... gdybyś przezwyciężył...
- Wziąć cię! Wziąłbym cię, gdybyś... gdybyś mnie nienawidziła - odpowiedział w porywie namiętności.
- Powiem tacie, co czuję - odparła słabo - i... i wyjdę za ciebie, kiedy on powie.
Pocałował ją i objąłby, gdyby go nie odsunęła.
- Nie rób tego! Ktoś... ktoś zobaczy.
- Columbine, jesteśmy zaręczeni - zapewnił z zaborczym śmiechem. - Nie musisz być taka blada i przerażona. Nie zjem cię. Ale chciałbym... Och, słodka z ciebie dziewczyna! Nie chciałem wracać do domu. I spójrz, jakie mam szczęście!
Nagle się zmienił, co wydawało się znamienne dla jego charakteru, stracił zapał, porzucił na wpół zuchwałe, na wpół pewne siebie, władcze zachowanie i pokazał miększą, łagodniejszą i wrażliwszą stronę.
- Collie, nigdy nie było ze mnie nic dobrego - powiedział - ale chcę być lepszy. Udowodnię to. Wyznam wszystko. Nie poślubię cię, mając między nami jakąś tajemnicę. Możesz później się dowiedzieć i mnie znienawidzić... Czy domyślasz się, gdzie byłem przez te ostatnie trzy lata?
- Nie - odpowiedziała Columbine.
- Powiem ci teraz, ale musisz obiecać, że nigdy nikomu o tym nie powiesz ani mi tego nie wypomnisz - nigdy.
Mówił ochrypłym głosem i całkiem zbladł. Nagle Columbine przyszedł na myśl Wilson Moore! On wiedział, gdzie Jack spędził te lata. Oparł się silnej pokusie, by jej tego nie zdradzić. Było to w nim równie szlachetne, jak niegodziwe sugestie dotyczące miejsca pobytu Jacka.
- Jack, to wspaniałomyślne z twojej strony - odparła pospiesznie. - Szanuję cię, lubię za to, ale nie potrzebujesz mi tego mówić. Wolałabym, żebyś tego nie robił. Liczą się dobre chęci.
Belllounds najwyraźniej doznał przejmującego szoku wywołanego zaskoczeniem, ulgą, zdumieniem i wdzięcznością. Wydawał się przemieniony w jednej chwili.
- Collie, gdybym cię wcześniej nie kochał, pokochałbym cię teraz. To było najcięższe zadanie, jakie kiedykolwiek miałem do wykonania - opowiedzieć ci moją... moją historię. Miałem szczery zamiar. A teraz nie będę musiał czuć twojego wstydu za mnie i ja... czuć się jak oszust albo kłamca... Jedno ci powiem - jeśli mnie pokochasz, zrobisz za mnie mężczyznę!
23 Locoweed (ang.) - odnosi się do kilku gatunków roślin, które są toksyczne dla zwierząt gospodarskich, zwłaszcza bydła i koni, gdy są spożywane w dużych ilościach; rośliny te należą do rodzajów Astragalus i Oxytropis, i można je spotkać w różnych regionach świata; zawierają toksyczne substancje zwane między innymi swainsoniną i selenem, które mogą doprowadzić zwierzęta do stanu zwanego "lokoizmem", który charakteryzuje się objawami neurologicznymi, takimi jak brak koordynacji, drżenie, letarg, a w ciężkich przypadkach nawet śmierć. Nazwa locoweed pochodzi od hiszpańskiego słowa "loco", co oznacza "szalony", ponieważ spożycie tych roślin może doprowadzić do nietypowego zachowania u chorych zwierząt.
24 Roper (ang.) - kowboj łapiący bydło na lasso.
25 Meeker - miasto w stanie Kolorado, w USA.
26 Kuguar (puma, lew górski, Puma concolor, Felis concolor) - duży gatunek z rodziny kotowatych, występujący w różnych środowiskach od półpustyni po las w Ameryce Północnej i Ameryce Południowej, od zachodniej i południowej Kanady po południowe Chile.
27 Loafer (ang.) - włóczęga; negatywne odniesienie do wilka.
28 Wapiti (ang. elk, Cervus canadensis) - jeleń o dużym porożu i białej plamie na zadzie, żyjący w Ameryce Północnej.
29 Buckboard (ang.) - czterokołowy pojazd o prostej konstrukcji, do którego zaprzęgano najczęściej konie lub inne większe zwierzęta; wóz posiadał z przodu deskę, która służyła za podnóżek dla woźnicy lub chroniła przed tylnymi kopytami zwierzęcia na wypadek wierzgnięcia.
30 Góry Skaliste (ang. Rocky Mountains) - góry w zachodniej części Ameryki Północnej, wschodnia część Kordylierów.
31 Wyoming (ang.) - stan w zachodniej części USA, na obszarze Wielkich Równin i Gór Skalistych.
32 Bronc (ang.) - bronco, dziki lub półdziki koń z terenów zachodniego USA.