Tajemniczy grobowiec. Biada temu, kto zbudzi nieboszczyka - Kai Lüftner

-
Proszę czekać

Upiorny ork

Wyobraźcie sobie, że w drodze do szkoły nagle spotykacie prawdziwego orka.

Przypuszczalnie bardzo byście się zdziwili. A już z dużym prawdopodobieństwem ucieklibyście z wrzaskiem, gdzie pieprz rośnie.

Gdybyście nazajutrz ponownie się na niego natknęli - oczywiście przy założeniu, że poprzedniego dnia was nie pożarł - z pewnością bylibyście trochę mniej przerażeni i dając dyla, już nie darlibyście się w niebogłosy. Ale wciąż byłby to dla was horror.

Rozumiecie, o co mi chodzi?

Jeśli tak, to teraz wyobraźcie sobie, że spotykacie go codziennie. Jeszcze gorzej - chodzicie z nim do jednej klasy. Prawda, że to horror? Witajcie zatem w moim życiu!

Ale mogę was uspokoić. Przypuszczalnie zabrzmi to głupio, ale w końcu można się przyzwyczaić nawet i do orka. Serio!

Wprawdzie nadal będzie paskudny i przerażający. Także wciąż będzie miał tę samą ogromną, poharataną gębę, zmuszającą do zastanowienia się, w które miejsce w razie konieczności wpierw należałoby przywalić. I nigdy tak naprawdę nie będzie przyjemnie stać obok niego czy przed nim siedzieć. Przy takiej kreaturze człowiek czuje się jak u dentysty. Zawsze podle.

Lecz jedno mogę wam obiecać. W miarę upływu czasu nie będzie już tak źle, jak za pierwszym razem. Nigdy.

* * *

Czy chcielibyście wiedzieć, kim jest ten ork?

Nazywa się Aaron Niedźwiostrumieński. I chyba tylko nieliczni mają dar (o ile tak to można określić!) załapania, jaki naprawdę jest. Większość jakoś nie dostrzega ani garbu, ani brodawek, ani krzywych zębów, ani też krwiożerczego grymasu na jego gębie, widząc w nim wyłącznie bogatego, fajnego gościa z blond czupryną, figlarnym uśmiechem i promiennymi, niebieskimi oczami. Niektóre dziewczyny w szkole uważają nawet, że Aaron jest "cudowny". Lecz on jest stuprocentowym orkiem, któremu dziką frajdę sprawia znęcanie się nad słabszymi.

Tak się niestety pechowo składa, że nie tylko jestem jednym z tych słabeuszy, ale jeszcze na dodatek nowym w klasie. A że w żadnym razie nie można mnie zaliczyć do super sportowców, a tym bardziej sprinterów, nie jestem w stanie uciec, gdy ork ze swoją bandą kolejny raz strzykają smarkami na moją głowę, targają moje książki, rozwalają mi na miazgę drugie śniadanie albo smarują twarz jakimś świństwem.

Wielu uważa mnie za stukniętego i może nawet mają rację. W końcu stanowią większość, a zatem prawdopodobieństwo, że się nie mylą, jest całkiem spore.

W odróżnieniu od nich wszystkich jestem całkiem sam.

No dobra, może nie tak całkiem. Jest przecież jeszcze Franciszek Ferdynand. Ale Franciszek Ferdynand... Cóż, ujmijmy sprawę tak: to porąbane imię Franciszek, w połączeniu z nazwiskiem Ferdynand wcale nie jest w nim najdziwaczniejsze.

Z absolutną pewnością mogę stwierdzić, że ten cudak, który jest jeszcze większym outsiderem niż ja, wbił sobie do łepetyny, że chce być moim kumplem. A że jego zabiegi w żadnej mierze nie mogą zaszkodzić mojemu i tak już kiepskiemu wizerunkowi, mam to póki co gdzieś i próbuję zaakceptować drugiego dziwoląga w klasie. Po prostu biorę go takim, jakim jest, i staram się go zrozumieć.

Trzeba jednak przyznać, że nie zawsze jest to łatwe, gdyż Franciszek Ferdynand kompletnie olewa, co inni o nim myślą. Jest mu też obojętne, czy go rozumieją i lubią. W sumie podziwiam go w cichości ducha za takie podejście.

Niestety, Franciszek nie jest szczególnie silny. Nie wygląda też zbyt dobrze. Wręcz przeciwnie.

Jest mniej więcej dwa razy grubszy i o połowę niższy ode mnie. A ja przecież nie jestem żadnym olbrzymem.

Na dodatek nosi okulary, choć twierdzi, że ich nie potrzebuje. (To też jest jedna z tych rzeczy, których nie potrafię zrozumieć. Bo po co komuś okulary, gdy rzekomo wcale nie są potrzebne? Przecież nie chodzi się do toalety, gdy się nie musi!)

Poza tym Franciszek Ferdynand zawsze robi i mówi coś, co zupełnie nie jest cool. I nawet nie próbuje tego unikać. Bo jak można w szóstej klasie otwarcie przyznać, że hoduje się pasiaste pomidory, buduje model Titanica z zapałek albo gra w gry komputerowe na prastarych konsolach, które już dwadzieścia lat temu były do niczego? Ale Franciszek ma to zwyczajnie w nosie.

Takie zachowanie niekoniecznie przysparza mu przyjaciół, ale sprawia, że jest, jaki jest. Tak bardzo różny od innych.

Czasami odnoszę wrażenie, że właśnie dlatego go lubię. I może nawet faktycznie jest dla mnie kimś w rodzaju przyjaciela.

* * *

A tak na marginesie - mam na imię Fred.

Od prawie trzech miesięcy mieszkamy z mamą, którą nazywam Bubą, w Berlinie na leśnym cmentarzu, gdzie groby znajdują się między gęsto rosnącymi drzewami. A konkretnie w Köpenick, dzielnicy położonej na skraju tego ogromnego miasta. Mam na myśli prawdziwy leśny cmentarz, na którym stare, omszałe nagrobki i porośnięte dzikim bluszczem, zamknięte na głucho grobowce, żywopłoty tworzące skomplikowane labirynty, niedostępne katakumby oraz zardzewiały płot wysokości dorosłego człowieka tworzą atmosferę pełną grozy i napędzają strachu. To jedyne w swoim rodzaju miejsce znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie szerokiej, ruchliwej ulicy Wuhlheide oraz wielkiego terenu przemysłowo-mieszkaniowego.

Buba jest tego leśnego cmentarza dozorczynią, co oznacza kogoś do wszystkiego i odpowiedzialnego za wszystko. Dlatego też mieszkamy na terenie - jak to ona mówi - nekropolii. Tak się złożyło.

A gdy ork z mojej klasy chce być szczególnie dowcipny i wrednie mi dopiec, nazywa mnie wraz z całą swoją bandą "cmentarniakiem", co w ich ustach brzmi tak, jakbym był powstałym z grobu nieboszczykiem. Ha, ha, ha, nieźle. Jak na ich możliwości to prawdziwa eksplozja inteligencji na miarę ogromnego wybuchu superwulkanu.

Podsumowując, można stwierdzić, że moje nowe życie w tym ogromnym mieście jest męczące i zarazem uciążliwe. Świat zaś wokół mnie zwariował. Przy czym dotychczas nie miałem zielonego pojęcia, że może on być aż tak porąbany...

Projekt Franciszka Ferdynanda

Ale wracając do mojej historii. Sądzę, że wszystko zaczęło się w dniu, w którym znalazłem się w schowku na szczotki w szatni dla dziewczyn. Normalnie nie jest to najbardziej wymarzone miejsce na świecie. Pomijam fakt, że chodzi o schowek akurat w szatni dla dziewczyn. Ale wówczas wydawał mi się on kołem ratunkowym w środku bezkresnego oceanu. W końcu udało mi się wymknąć moim prześladowcom. Zdyszany przyłożyłem ucho do drzwi. Usłyszałem zbliżające się kroki. Dochodziły z korytarza, przeszły obok mnie, po czym zaczęły stopniowo się oddalać.

Pewnie chcecie wiedzieć, co u diabła robiłem w schowku na szczotki, ściśnięty jak śledź w sosie pomidorowym w puszce między trzema regałami pełnymi środków czystości, mopów, szczotek i wiader?

Cóż, winę za to ponosi Franciszek Ferdynand. Przynajmniej do pewnego stopnia.

Za przeprowadzony na własną rękę, zakończony katastrofą, eksperyment chemiczny (w którym główną rolę odegrał spalony blat stołu) miał sam sobie wymyślić karę. Przy czym pani Wolf, dyrektorka szkoły, zaznaczyła, że musi to być coś, co przyniesie korzyść zarówno szkole, jak i uczniom.

I Franciszek wpadł na genialny w swoim mniemaniu pomysł, żeby raz w tygodniu nadawać audycję w szkolnym radiu.

Oprócz wszystkich swoich dziwacznych i po części wielce podejrzanych zainteresowań ma on też między innymi bzika na punkcie różnych form amatorskiej radiokomunikacji i komputerów, z którymi potrafi zrobić, co tylko chce. Do tego posiada oficjalnie zarejestrowany sprzęt, na który składają się wszelkie możliwe nadajniki, odbiorniki oraz inne urządzenia techniczne, o których nie mam bladego pojęcia. Ale szczytem wszystkiego było zaproponowanie pani Wolf, żeby mnie, nowego w klasie, włączyć do "prac w celu ułatwienia aklimatyzacji w nowym środowisku".

Gdybym nie był tak zaskoczony jego bezczelnością, z pewnością bym się wkurzył. W decydującym momencie, gdy pani Wolf zapytała, czy się zgadzam, chyba nie słuchałem zbyt uważnie, bo nieopatrznie kretyńsko skinąłem głową. Tym sposobem doszło do tego, że teraz jestem, gdzie jestem.

* * *

Franciszek nie szczędził kosztów ani wysiłków związanych z przygotowaniami do naszej pierwszej audycji. Wszystko robił niesamowicie profesjonalnie. Przy tej okazji poznałem jego rodziców, którzy nie żałując czasu, wspierali syna we wszystkich jego zwariowanych poczynaniach. Do tego stopnia, że jego ojciec przerobił nawet jeden ze swoich licznych komputerów w taki sposób, by pełnił funkcję małego, przenośnego studia emisyjnego, z którego można nadawać programy.

Ojciec wraz z synem pracowali ramię w ramię z godną pozazdroszczenia pasją, nagrywając niezliczoną liczbę piosenek na twardy dysk. Były to głównie kawałki z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, które wówczas trafiły na listy przebojów. A na koniec pan Ferdynand wygrzebał ze swoich rozlicznych pudeł stary mikrofon studyjny.

- To dla ciebie! - oznajmił uroczyście, wręczając mi, nie wiadomo po co, ten rupieć, podczas gdy reszta rodziny uśmiechała się do mnie, chcąc zapewne dodać mi otuchy. A żona pana Ferdynanda uniosła nawet oba kciuki, zupełnie jakby potwierdzała gotowość startu rakiety na orbitę.

Nie mam pojęcia, jaką wtedy miałem minę, ale musiałem wyglądać strasznie głupio. W każdym razie miałem otwarte usta na tyle długo, że spokojnie można było mnie wziąć za jakąś dziwaczną rzeźbę.

- Heee? - wydusiłem z siebie po chwili, która wydała mi się wiecznością, wodząc wzrokiem pomiędzy wciąż uniesionymi w górę kciukami żony pana Ferdynanda a uśmiechniętymi twarzami ojca i syna.

W końcu głos zabrał tata mojego kolegi.

- Przecież prowadzisz program - powiedział.

Teraz uniesione kciuki matki Franciszka skierowały się w stronę męża.

- Ja? - zapytałem z nadzieją usłyszenia czegoś innego niż to, czego się obawiałem.

Pan Ferdynand z żoną popatrzyli na mnie jak na lekko walniętego... albo kompletnego wariata.

- No cóż, skoro Franciszek odpowiada za stronę techniczną... - powiedział bardzo wolno jego ojciec, kładąc nacisk na każde słowo.

- I za muzykę! - dodał Franciszek.

- I za muzykę! - powtórzyła jego matka.

- W takim razie ktoś przecież musi zapowiadać - wyjaśnił pan Ferdynand. - A jak to bywa między przyjaciółmi chcącymi wspólnie coś stworzyć...

Niedokończone zdanie zawisło w powietrzu, na co pani Ferdynand zaczęła poruszać brwiami tak intensywnie, że z największym trudem powstrzymałem się przed daniem drapaka.

W tej sytuacji nie miało sensu dalej robić z siebie idioty.

Zanim jednak wpadły mi do głowy jakieś mądre wymówki lub nim zdążyłem zaprotestować, mama Franciszka zauważyła, że mam znakomity głos, przez co świetnie nadaję się na prezentera. Tak cudowny, że wszystkie sceny świata tylko na mnie czekają.

Cała trójka Ferdynandów uśmiechnęła się z zachwytem i uniosła w górę kciuki.

Próbując odpowiedzieć uśmiechem, niemal nie złamałem sobie szczęki i nie wywichnąłem mięśni twarzy. Udało mi się też skinąć głową, ale tak nieznacznie, że właściwie niezauważalnie. W moim uśmiechu nie było jednak za grosz przekonania ani pewności. Wykrzywiłem się błazeńsko, żeby nie sprawić im zawodu, gdyż wszyscy do kupy byli ze mnie już teraz niezmiernie dumni.

Tamtego dnia stałem się zatem prezenterem szkolnego radia, dla którego Franciszek zdążył już wymyślić odlotową nazwę: Antena Balabala!

Zaczął mnie swędzieć nos. Powodem był jeden ze środków czystości, za sprawą którego w całym schowku na szczotki cuchnęło chlorem.

- Tu nie ma nikogo! - wrzasnął na cały korytarz któryś z członków bandy orka.

Na szczęście jego wrzask skutecznie zagłuszył moje pierwsze kichnięcie, co sprawiło, że nadal pozostałem niezauważony.

Niestety, nos nadal mnie swędział i gdy usłyszałem zbliżające się kroki, którym towarzyszył ochrypły głos orka Aarona, drącego się tuż przed drzwiami, omal nie umarłem ze strachu.

- Szulaliśta tysz w schowku na miotły? - ryknął.

Gdy serce przestaje bić przez moment, ma się wrażenie, jakby naciśnięto przycisk włączający zwolnione tempo. W zasadzie nie jest to takie znowu nieprzyjemne uczucie. Raczej interesujące. Teraz jednak nie mogłem dłużej się nad tym zastanawiać, gdyż przez głowę przemykały mi zupełnie inne myśli. I co nielogiczne, wszystkie były totalnie bzdurne, zupełnie niemające nic wspólnego ze znalezieniem wyjścia z pułapki, w której się znalazłem. Na przykład, że gdy dziś rano żegnałem się z Bubą, nie przytuliłem się do niej wystarczająco mocno i że teraz już nigdy nie będę miał na to szans. Albo że jeszcze nie widziałem wszystkich części Indiany Jonesa. I że znów bardzo chętnie zjadłbym makaron z serem. Przypomniało mi się też, że jeszcze nigdy nie pocałowałem dziewczyny...