ROZDZIAŁ II.
Przybysz z Pretorji.
Marjorie Stedman, stenotypistka i odpowiedzialna sekretarka firmy Vance and Vance, wydostała się wreszcie z apartamentu Almy Trebizond i, zbiegłszy czem prędzej po schodach, znalazła się na ulicy i odetchnęła głęboko chłodnem powietrzem wiosennego wieczora.
Więc to był ów magnat James Tynewood! Dotychczas był on dla niej tylko nazwiskiem wypisanem na jednej z tek w biurze jej chlebodawcy - niczem więcej.
James Tynewood! Potomek dawnego, czcigodnego rodu, sięgającego jeszcze rycerskich czasów - a sam: pijak, idjota i brutal, który zadaje się z tego rodzaju towarzystwem!
Dreszcz ją przejmował na samo wspomnienie.
Biuro zastała puste, urzędnicy dawno już wyszli. Czekał tylko na nią w swym gabinecie siwowłosy adwokat Vance, który powitał wchodzącą pytającem spojrzeniem.
"No i cóż, doręczyła pani mój list?" - zapytał.
"Tak jest, proszę pana" - odrzekła.
"Samemu panu Jamesowi Tynewood?"
Skinęła głową. Prawnik spojrzał na nią uważniej.
"Co pani jest? Czemu pani taka blada? Czy miała pani jaką nieprzyjemność?"
Potrząsnęła niepewnie głową.
"Właściwie... tak, miałam trochę niemiłą chwilę" - i opowiedziała o całem zajściu.
Prawnik słuchał z widoczną przykrością.
"Doprawdy, bardzo mi to nieprzyjemnie. Nie przypuszczałem, ze narażam panią na coś podobnego, inaczej byłbym poszedł sam" - rzekł. "Pani przecież rozumie, miss Stedman, że nie mogłem posłać żadnego z urzędników".
"Wiem, że to była sprawa poufna" - przyznała. Nie powiedziała jednak, że zastanawiała się już nad tem, dlaczego właściwie którykolwiek z urzędników nie mógł równie dobrze oddać tego listu. Prawnik, jakgdyby domyślał się tych wątpliwości, rzekł:
"Kiedyś pani zrozumie, dlaczego prosiłem panią właśnie o doręczenie tego listu - Jamesowi Tynewood. Jestem pani rzeczywiście niezmiernie wdzięczny. Nie otrzymała pani chyba dla mnie żadnej odpowiedzi?"
Zawahała się.
"Dał odpowiedź której nie chciałabym powtarzać" - rzekła - "nie było to bowiem zbyt grzeczne w stosunku do pana, Mr. Vance" - rzekła z uśmiechem.
Prawnik skinął głową.
"To wogóle ciężka sprawa" - rzekł po chwili. - "A poza tem sir James Tynewood rzeczywiście nic nie mówił?"
"Do mnie nie" - odparła dziewczyna - "ale powiedział... - i znowu zatrzymała się. "Jakaś pani pytała go co to za list, on zaś powiedział że to wiadomość o powrocie człowieka którego on nienawidzi".
"Którego on nienawidzi" - powtórzył prawnik ze smutnym uśmiechem.
Wzruszył ramionami i wstał.
"To ciężka sprawa" - powtórzył raz jeszcze sięgając po palto, poczem przechodząc do całkiem innnego tematu, zapytał:
"Więc już nieodwołalnie tracimy panią w końcu tego tygodnia, miss Stedman?"
"Tak jest, Mr. Vance, i przyznam się, że żal mi biura. Było mi tu bardzo dobrze".
"Z punktu widzenia egoistycznego ja również żałuję" - mówił Vance, naciągając palto - "ale dla pani rad jestem bardzo. Czy wuj pani znalazł tę żyłę złota, której od jakiegoś czasu poszukiwał?"
Dziewczyna uśmiechnęła się.
"Dotąd jeszcze nie, ale mimo to powodzi mu się teraz świetnie w Afryce Południowej, i jest okropnie dobry dla matki i dla mnie. Pan przecież znał wuja Salomona, prawda?"
"Spotkałem go raz jeden przed dwudziestu laty" - rzekł prawnik, - ojciec pani przyprowadził mi go raz do biura. Zrobił na mnie wrażenie człowieka z nieprzeciętnym charakterem".
Podszedł do drzwi i czekał, aby ją pierwszą przepuścić.
"Przecież pani już chyba nie ma nic do roboty?" - zapytał zdziwiony, widząc że wcale nie zabiera się do wyjścia.
"Jakże" - uśmiechnęła się - "przecież muszę jeszcze odpisać zaświadczenia w sprawie skargi Jamesa Vesson, zanim pójdę".
"Ach, mój Boże" - zawołał Mr. Vance - "co ze mnie za roztrzepaniec, całkiem o tem zapomniałem. Nie trzeba było pani dzisiaj czem innem zajmować. Ale czyżby nie można jutro rano tego napisać" - pytał bez wielkiego przekonania, wiedział bowiem, że jutro z samego rana trzeba już będzie całą plikę wysłać pocztą.
Potrząsnęła głową uśmiechając się.
"Dzisiaj doprawdy nie zrobi mi to wielkiej różnicy posiedzieć trochę dłużej" - odrzekła - "nie mam żadnych projektów na wieczór, a ta roboota zajmie mi jednak jakie dwie godziny, wolę więc dzisiaj wieczorem ją odrobić niż jutro zrywać się tak wcześnie".
"No, kiedy tak to trudno" - rzekł Mr. Vance - "dowidzenia pani, miss Stedman, akurat jeszcze zdążę na pociąg do Brighton. Zadzwonię do pani jutro rano czy niema nic ważnego".
Zostawszy sama, przeszła do małego pokoiku tuż obok gabinetu szefa, i po chwili rozległ się pośpieszny stukot maszyny, pochłaniającej arkusze aktów.
Dochodziła do końca czwartego arkusza długich, monotonnych zeznań dotyczących jakiejś sprawy, gdy nagle wydało się jej że ktoś stuka do drzwi wejściowych i przerwała robotę nasłuchując. Stukanie powtórzyło się, wstała więc i poszła otworzyć, dziwiąc się co to za klient zapóźniony zgłasza się o tej porze do biura.
Zamiast jednakże którego ze znanych klientów albo też listonosza z telegramem, jakiego jeszcze najprędzej spodziewała się zobaczyć, ujrzała przed sobą wysokiego nieznajomego mężczyznę w popielatym wyszarzałym garniturze, bez krawata i kołnierzyka. Miękka biała koszula otwarta z przodu i filcowy kapelusz; przystojna twarz opalona była na kolor niemal mahoniowy, szare, uważne oczy obserwowały ją bacznie.
"Czy jest Mr. Vance" - zapytał krótko, zdejmując kapelusz.
"Niema go już, wyszedł przed dziesięciu minutami".
Nieznajomy zacisnął usta.
"Czy pani nie wie gdzie mógłbym go teraz zastać?"
Potrząsnęła głową.
"Zwykle mogę podać jego adres jeżeli sprawa jest pilna, jakkolwiek niechętnie kierujemy interesantów do jego prywatnego mieszkania. Ale dzisiaj pojechał do Brighton, gdzie ma spędzić sobotę i niedzielę z przyjaciółmi, i nie zostawił mi adresu". Po krótkim zaś namyśle dodała: "A może pan będzie łaskaw zostawić mi swoje nazwisko?"...
"Czy ma pani jakąkolwiek możliwość skomunikowania się z nim?"
Skinęła głową.
"Będzie dzwonił do mnie jutro rano, aby się dowiedzieć czy niema spraw, które wymagałyby jego obecności" - rzekła - "mogłabym wtedy zakomunikować mu pana nazwisko".
Stał ciągle jeszcze na schodach. Marjorie pomyślała, że mimo tak niepozornego stroju może ten dżentelman być jakim ważnym klientem, i szerzej otworzyła drzwi.
"Może pan zechce wejść i odpocząć" - rzekła- "może pan chce napisać parę słów do pana Vance".
Wszedł powoli do biura i stał chwilę, patrząc w zamyśleniu na krzesło które mu podała.
"Nie, nie będę nic pisał" - rzekł po chwili - "ale jeżeli jutro zadzwoni, to proszę mu powiedzieć, że przyjechał Smith z Pretorji".
Mówił głosem wyraźnym i zdecydowanym.
"Czy pani zapamięta? - Smith z Pretorji. I proszę mu powiedzieć, że się z nim muszę zaraz skomunikować".
"Pan Smith z Pretorji" - powtórzyła, notując nazwisko na skrawku papieru i zachodząc w głowę, co to za taka ważna osobistość, ten pretorjański Smith.
Miała wrażenie, że chociaż cały ten czas patrzy na nią, to jednak nie widzi jej. Zmarszczone czoło świadczyło o tem, że jakieś myśli absorbują go bardzo, i patrzył jakby przez nią gdzieś w przestrzeń.
Wpatrzył się znowu w biurko.
"Napiszę parę słów do niego. Czy mógłbym dostać papier i pióro?"
"Papier leży na stole, pióro także" - rzekła, śmiejąc się mimowoli. Ciemny rumieniec oblał opaloną brunatną twarz.
"Przepraszam bardzo" - rzekł - "ale ja dzisiaj rzeczywiście nic nie widzę".
"Mnie się też tak zdawało" - rzekła Marjorie. Nieznajomy uśmiechnął się.
Odeszła na drugi koniec pokoju by mu nie przeszakadzać przy pisaniu. Ale jakoś trudno mu szło, bo siedział całe pięć minut i wpatrywał się w koniec obsadki.
"Nie, nie będę nic pisał" - rzekł wreszcie, położył obsadkę zpowrotem i wstał. "Proszę tylko powiedzieć panu Vance, że był tutaj Smith z Pretorji. To chyba wystarczy. On wie gdzie mnie szukać.
Na schodach dały się słyszeć kroki, ktoś ujął klamkę i drzwi się otworzyły. Nowemu gościowi śpieszyło się widać bardzo, bo nawet nie zastukał.
"Gdzie jest Vance?" - zapytał wchodząc. Był to sir James Tynewood, z wypiekami na twarzy i fryzurą w nieładzie.
"Pan Vance już wyszedł" - rzekła Marjorie, ale James Tynewood nie odpowiadał. Wlepił oczy w pretorjańczyka w wyszarzanym garniturze i stał jak skamieniały.
"Boże wielki" - wyrwało mu się po chwili drżącym głosem - "to ty, Jot".
Stali tak patrząc jeden na drugiego, podchmielony młody baronet i przybysz z Pretorji, którego twarz przybrała jakiś wyraz nieprzenikniony. Nastąpiło milczenie, które wydało się Marjorie niezmiernie ciężkie. Czuła tu jakąś tragedję i, powodowana szybką intuicją, stanęła w jednej chwili po stronie gościa z Afryki Południowej.
"Czy pan zna sir Jamesa Tynewood" - spytała drżącym głosem.
Powoli, bez pośpiechu Smith odwrócił ku niej głowę i pokazując białe zęby w uśmiechu, w którym nie było cienia wesołości, rzekł:
"Znam bardzo dobrze sir Jamesa Tynewood" - poczem zwracając się do tamtego, rzekł surowo:
"Spotkasz się pan ze mną jutro wieczorem w Chase, panie Tynewood".
Młody człowiek stał, drżąc całem ciałem, z twarzą śmiertelnie bladą, ze spuszczoną głową.
"Dobrze, zobaczymy się jutro" - wybełkotał niewyraźnie i, zataczając się, opuścił pokój.