ROZDZIAŁ II. WIECZÓR W DZIWNYM TOWARZYSTWIE.
Miłosna afera Enidy Challenger i Edwarda Malone nie zainteresuje zbytnio czytelnika, dla tej prostej przyczyny, że nie obchodzi ona wcale autora. Miłość to stara historja... Niedostrzegalny powab mającego przyjść na świat dziecięcia, wspólny jest całej młodej ludzkości, to też będziemy się zajmowali w niniejszej opowieści kwestjami, które jako mniej oklepane, mogą zawsze obudzić zaciekawienie. Napomknęliśmy o miłości dlatego, by wyjaśnić ów serdeczny koleżeński stosunek, łączący dwoje osób, o których będzie mowa w dalszym ciągu opowiadania. Jeśli rasa ludzka przeprowadziła w czemkolwiek jakąś reformę - przynajmniej w krajach anglo- celtyckich - to niewątpliwie w tem, że owe przesadne afektacje miłosne i wzajemne oszustwa zmniejszyły się widocznie i, że młodzi ludzie obojga płci mogą obcować z sobą na podstawie i warunkach czystego i uczciwego koleżeństwa.
Dorożka samochodowa wiozła naszą parę wdół gościńca Edgware, w boczną ulicę Helbecke Terrace. W połowie tej ulicy posępna linja murowanych kamienic przecięta była jakąś jasną luką, skąd latarnia łukowa rzucała strumień światła na całą ulicę. Samochód zatrzymał się, szofer otworzył drzwiczki.
- To jest kościół spirytystów, sir - rzekł. A odbierając zapłatę za jazdę, dodał: - głupota, ot, jak ja to nazywam. - Ulżywszy w ten sposób swemu sumieniu, usadowił się przy kierownicy i wkrótce potem czerwona tylna latarnia dorożki znikła w mroku. Malone zaśmiał się...
- Vox populi, Enid. Do takiego określenia tej sprawy doszła opinja publiczna, jak dotąd przynajmniej.
- Równie, jak i my oboje.
- Tak, ale my właśnie gotujemy się sprawę wyświetlić. Na Jowisza, to będzie ładna sprawa, jeśli się do wnętrza nie dostaniemy.
Tłum ludzi cisnął się do drzwi, a jakiś człowiek stojący na schodach u wejścia wymachiwał rękoma, usiłując wstrzymać natrętów.
- Czekajcie przyjaciele, tak nie można. Bardzo mi przykro, ale nic nie poradzę. Już nam dwukrotnie grożono policyjną karą za przepełnienie.. Nigdym nie słyszał, aby jakiś prawowity kościół miał kłopot z takiego powodu - dorzucił żartobliwie. - Nie można, panie, nie można...
- Przyszłam tu pieszo aż z Ammersmith, skarżyła się jakaś kobieta. Światło padało na zapalczywą, stroskaną twarz malutkiej kobieciny z dzieckiem na ręku.
- Pani przyszła pewnie do jasnowidzącej - rzekł odźwierny ze zrozumieniem. - Podaj mi pani swe nazwisko i adres, ja do pani napiszę i poproszę, by Mrs. Debbs dała pani bezpłatny seans. Tak będzie lepiej, niż czekać w tym tłoku. Będzie ją pani miała dla siebie wyłącznie. Nie, panie, tu łapówka nie pomoże... A to znów co? Prasa?
Uchwycił Malone'a za rękaw.
- Powiada pan, prasa? Prasa nas bojkotuje, sir. Popatrz pan na tygodniową listę nabożeństw w sobotnim numerze Times'a, jeśli mi pan wierzyć nie chce. Nie dowie się pan stamtąd, co to za zwierz ten spirytyzm. Jaki dziennik? ˝Gazeta Codzienna˝. No, no, dobrze. Może pan wejść. I ta pani także? Specjalny artykuł - no proszę... Trzymaj się pan mnie, zobaczę, co się da zrobić. Zamknij drzwi Joe... Nic z tego, panowie. Jak zbierzemy większy kapitał na dobudówkę, będzie trochę luźniej: Tędy - proszę pani.
Dziennikarska para, idąc za przewodnikiem doszła do małych drzwi, nad któremi zawieszona była czerwona lampa.
- Zaprowadzę państwo na platformę - tu niema miejsca wśród zgromadzenia na sali.
- Dziękuję - rzekła Enid.
- Będzie miała pani dobry widok, a może otrzyma pani zlecenie dla siebie, jeśli pani ma szczęście. Zwykle bywa, że ci, co są najbliżsi medjum, moją najlepsze szansę. - Tutaj, pani, proszę wejść.
Pokój, do którego weszli, był mały, brudny, zawieszony kapeluszami i paltami. Szczupła o surowym wyglądzie twarzy kobieta z oczyma błyszczącemi z poza binokli grzała swe chude ręce przy kominku. Tyłem zwrócony do ognia stał tłusty, tęgi mężczyzna o ciemnym wąsie i bezkrwistem obliczu z pełnemi ciekawości bladoniebieskiemi oczyma marynarza. Mały, łysy człowieczek w ogromnych rogowych okularach i piękny, atletycznie zbudowany młodzieniec w niebieskiej świątecznej bluzie, dopełniali grupę obecnych osób.
- Inni poszli na platformę, Mr. Peeble. Tam tylko pięć miejsc dla nas zostało - odezwał się otyły mężczyzna.
- Wiem, wiem - rzekł Mr. Peeble, żylasty, wysuszony jegomość. Ale tu są przedstawiciele prasy, Mr. Bolsovez, ˝Gazeta Codzienna˝ - specjalny artykuł... Nazwisko Malone i Challenger. A to Mr. Bolsovez, nasz przewodniczący... To znowu Mrs. Debbs z Liwerpoolu, słynna jasnowidząca. To jest Mr. James, a ten wysoki młody dżentelmen jest to Mr. Harry Williams, nasz energiczny sekretarz. Mr. Williams jest głównym skarbnikiem naszego funduszu budowlanego. Trzeba dobrze uważać na kieszenie, gdy Mr. Williams jest wpobliżu.
Rozśmieli się wszyscy.
- Zbiórka przyjdzie później - rzeki z uśmiechem Mr. Williams.
- Dobry, reklamowy artykuł, to nasza najlepsza zbiórka - odezwał się gruby przewodniczący - czy był pan kiedy na takim seansie?
- Nie - odparł Malone.
- To pan niewiele wie, jak się to odbywa?
- Istotnie, bardzo niewiele.
- No, no, musimy oczekiwać pięknego sprawozdania. Najpierw patrzą się na naszą sprawę z humorystycznego punktu widzenia. Złoży pan sprawozdanie bardzo komiczne. Ja, coprawda, nie widziałem nigdy nic śmiesznego w ukazującym się duchu czyjejś zmarłej żony, ale to kwestja gustu i zapatrywania, no i znajomości rzeczy. Jeśli oni sprawy nie znają, jakże mogą traktować ją poważnie? Zresztą nie mam do dziennikarzy pretensji. My sami byliśmy z początku niedowiarkami, jak oni. Ja byłem jednym ze zwolenników Bradlangha i zasiadałem obok materjalisty Józefa Mac Cabe'a póki nie zjawił się mój zmarły ojciec i nie przepędził mnie z tego towarzystwa.
- Chwała mu za to - rzekło medjum z Liwerpoolu.
- Po raz pierwszy uczułem wtedy, że mam jakąś moc w sobie. Widziałem go tak, jak pana w tej chwili.
- Czas już - odezwał się Mr. Peeble, patrząc na zegarek. Pani siądzie po prawej stronie prezesa, Mrs. Debbs. Niech pani idzie naprzód. Potem pan, prezesie. Potem państwo dwoje i ja. Mr. Harry Williams, usiądzie po lewej i poprowadzi śpiew. Oni potrzebują podniecić się czemś, a pan potrafi wywołać nastrój. No, proszę...
Platforma była już zapełniona, lecz nowoprzybyli przecisnęli się do środka wśród życzliwego szmeru powitań.
Mr. Peeble usuwał cisnących się, aż wkońcu wyłoniły się dwa miejsca, na których zasiedli Enid i Malone.
- Jakiego pan doznaje wrażenia? - zapytała Enid.
- Żadnego dotąd...
- Ja również - rzekła Enid - w każdym razie jest to bardzo ciekawe.
Ludzie nastrojeni poważnie są zwykle interesujący, bez względu na to, czy się dzieli ich przekonania, czy nie, a było rzeczą niewątpliwą, że wszyscy obecni wyglądali bardzo poważnie.
Sala była wypełniona po brzegi i gdy się spojrzało w dół, widziało się całe rzędy twarzy o typie dziwnie jednakowym. Kobiety przeważały, lecz i mężczyzn było sporo. Typ owych twarzy nie odznaczał się oryginalnością, ani też wysoką inteligencją, był to jednak bezsprzecznie typ ludzi zdrowych, trzeźwych i uczciwych. Właściciele sklepików, wędrowni handlarze i handlarki, rzemieślnicy, kobiety z średniej klasy, na których obliczu wyryte były troski codziennego życia, młodzi ludzie poszukujący silniejszych wrażeń - oto był skład audytorjum, jaki przedstawiał się wprawnym oczom Malone'a.
Otyły prezes powstał i wzniósł dłoń do góry.
- Drodzy moi towarzysze - przemówił. - Musieliśmy oddalić całą gromadę ludzi, którzy pragnęli dzisiaj być z nami. Wszystko to jest kwestją funduszu budowlanego, a siedzący tu po mej stronie Mr. Williams bardzo rad będzie usłyszeć coś od was pozytywnego w tej materji. Byłem zeszłego tygodnia w pewnym przepełnionym hotelu, gdzie w biurze wywieszono ogłoszenie. ˝Nie przyjmuje się już zaliczek˝. Otóż takie lekceważenie zaliczek Mr. Williams bardzo surowo potępia, a kto się o tem chce przekonać niech mu zaproponuje zaliczkę.
Śmiech powstał w zgromadzeniu. Nastrój sali był raczej nastrojem auli wykładowej niż kościoła.
- Jest jeszcze jedna sprawa, którą chciałbym poruszyć zanim usiądę. Mojem zadaniem nie jest właściwie przemawianie do zgromadzonych, lecz przewodniczenie seansom. Chcę jednak prosić członków spirytystów o jedno, a mianowicie, aby wstrzymali się od przychodzenia tu w niedzielę wieczorem, gdyż przez to zabierają miejsce tym, którzy chcą nas poznać. Dla was wystarczy nabożeństwo poranne. Lepiej będzie dla naszej sprawy, jeśli zostawi się obcym ludziom więcej miejsca. Wy już je macie i Bogu dzięki za to. Dajcie i bliźnim możność poznania prawdy.
Prezes ciężko osunął się w swój fotel, natomiast Mr. Peeble żywo zerwał się na nogi. Był to typ człowieka czynu, który często spotkać można w różnych towarzystwach, a który energją swą opanowuje całe zebranie. - Ze swą szczupłą natchnioną twarzą i żywemi gestami był jakby jednym kłębkiem nerwów. Zdawało się, że elektryczność tryska z końca jego palców.
- Zaczynamy hymn - wykrzyknął.
Odezwały się dźwięki fisharmonji i całe audytorjum powstało. Zabrzmiała wesoła nuta hymnu:
˝Niebiański prąd powionął już, radując ludzkie plemię, Zwalczywszy śmierć miljony dusz wracają na swą ziemię.˝
W głosach śpiewających osób wyczuć było można dźwięki silnej egzaltacji ilekroć śpiewano refren:
˝Stoczony więc zwycięski bój, radością brzmi nasz głos, O grobie zły, gdzież triumf twój, o śmierci, gdzie twój cios?!!...˝
Tak, ci ludzie naprawdę wierzyli, że śmierć została zwyciężona. Byli to ludzie, którzy wydawali się mniej rozumni od miljonów swych bliźnich. A jednak zarówno Enid jak Malone patrząc na nich uczuli litość w sercu.
Jak to smutnie być oszukiwanym w rzeczach tak doniosłych, zwodzonym przez oszustów, którzy posługiwali się świętemi uczuciami tych ludzi, a ich najdroższych zmarłych używali za narzędzie swego szalbierstwa. Cóż oni wiedzieli o prawach przyrody, o tych zimnych nieubłaganych argumentach ścisłej nauki. Biedni, uczciwi wyzyskiwani ludziska!...
- A teraz - krzyknął znów Mr. Peeble - poprosimy Mr. Munro z Australji, by wygłosił inwokację.
Człowiek o dzikiem wejrzeniu z gęstą brodą i ogniem drzemiącym w oczach podniósł się z krzesła; stał kilka chwil milcząc z wzrokiem utkwionym w ziemię. Potem zaczął odmawiać modlitwę bardzo prostą i widocznie szczerą. Malone zdążył zanotować pierwsze zdanie: ˝Ojcze, jesteśmy ludzie nieuczeni, nie wiemy, jak się mamy zbliżyć ku Tobie, lecz będziem się modlić do Ciebie, jak umiemy˝. Cała inwokacja wypowiedziana była w tym pokornym tonie. Enid i Malone wymienili z sobą szybkie wejrzenie szczerego uznania.
Nastąpił potem drugi hymn, mniej od pierwszego udatny, zaczem przewodniczący oznajmił:
- Bawi tu dzisiaj u nas Mistress Debbs znana jasnowidzącą z Liwerpoolu. Mrs. Debbs jest, jak to wielu z was o tem słyszało, hojnie wyposażona w te dary ducha, o których mówi Św. Paweł. Jednym z nich jest dar spostrzegania duchów niewidzialnych dla reszty otoczenia. Te rzeczy polegają na niezbadanych prawach, wymykających się, jak dotąd z pod kontroli naszego rozumu, w każdym razie niezbędne jest przytem wytworzenie sympatycznego nastroju, dlatego Mrs. Debbs prosi was o dobrą wolę i modlitwy, ona zaś będzie usiłowała wejść w kontakt z temi świetlanemi istotami, które zaszczycą nas dzisiaj swoją obecnością.
Przewodniczący usiadł, a Mrs. Debbs podniosła się z krzesła wśród dyskretnego uznania. Bardzo wysoka i bardzo blada, szczupła, z orlą twarzą i oczyma mocno błyszczącemi z pod szkieł złotych binokli, stała tak przez chwilę, mierząc wzrokiem całe audytorjum. Głowa jej pochyliła się nieco naprzód.
Zdawała się nasłuchiwać.
- Wibracje! - zawołała wkońcu - proszę o pomocnicze wibracje. Zagrajcie coś na fisharmonji...
Rozległy się poważne dźwięki melodji: ˝Jezu, kochanku mej duszy˝...
Słuchacze siedzieli w milczeniu, nieco przelęknieni. Sala nie była dobrze oświetlona, po kątach czaiły się mroki. Medjum stało ciągle z pochyloną głową, jakby słuch wytężając. - Zaczem podniosło rękę - muzyka ucichła.
- Proszę tu, proszę, wszystko w porządku - poczęła mówić, jakby do jakiejś niewidzialnej osoby. Milczała przez chwilę, poczem zwróciła się do audytorjum.
- Czuję, że warunki nie są dzisiaj zbyt dobre. Zrobię, co będę mogła, one też. Muszę jednak do was przemówić.
Jakoż zaczęła przemowę. To, co mówiła, zdało się naszej znajomej parze najzwyczajniejszą paplaniną. Nie było w tem logicznego sensu, choć od czasu do czasu chwytało się jakieś rozumniejsze zdanie. Malone, który początkowo notował szybko jej słowa, włożył ołówek do kieszeni. Co za pożytek notować bełkot obłąkanej! Jakiś spirytysta, siedzący obok niego spostrzegł ten odruch niechęci i pochylił się do ucha dziennikarza.
- Ona tak sobie tylko nuci i chce wydłużyć wibrujące fale - to wszystko zależy od wibracji... Ach! oto już koniec!...
Urwała nagle w środku zdania. Wyciągnęła chude ramię, a wskazujący palec utkwiła w jakimś określonym punkcie. Oczy wszystkich skierowały się na to miejsce. Wskazywała na jakąś starszą kobietę w drugim rzędzie ławek.
- Pani - tak, pani z czerwonem piórem u kapelusza. Nie, nie pani, ta obok niej, tęga na froncie. Tak, pani... Duch się pojawia koło pani. Coraz wyraźniej... Mężczyzna... Wysoki mężczyzna... sześć stóp być może... Czoło szerokie, oczy ciemne, jakieś rysy na twarzy, czy poznaje go pani?
Otyła jejmość widocznie była przerażona, lecz potrząsnęła przecząco głową.
- Nie poznaje pani?... Jeszcze kilka szczegółów... może sobie pani przypomni. Trzyma dużą książkę - brunatna oprawa... z klamrą. Książka handlowa, jakiej używają w biurach... Coś na niej napisane... Czytam... ˝Ubezpieczenia kaledońskie˝! Czy jeszcze pani mało?
Gruba pani wydęła wargi i potrząsała wciąż głowę przecząco.
- Dam jeszcze więcej szczegółów. Zmarł po długiej chorobie... jakaś piersiowa słabość... tak, prawdopodobnie... astma...
Otyła jejmość ciągle kręciła głową, natomiast siedząca o dwa miejsca dalej mała, zaczerwieniona jakby z gniewu kobiecinka, zerwała się na nogi.
- To mój mąż... Czego on chce ode mnie? Powiedz mu pani, że ja z tym drabem nie chcę mieć nic do czynienia.
Usiadła rozsierdzona widocznie, co wywołało szmer wesołości w zgromadzeniu.
- Tak, to prawda, zbliża się teraz do pani. Przed chwilą stał bliżej tamtej. Chce powiedzieć, że mu żal czegoś... Nie trzeba żywić urazy do zmarłych... pani wie... Proszę przebaczyć i zapomnieć. Wszystko minęło. Mam od niego zlecenie dla pani. Brzmi ono: ˝uczyń to, a moje błogosławieństwo będzie z tobą˝... Czy ma to jakie znaczenie dla pani?
Rozsierdzona kobiecina uspokoiła się widocznie i skinęła głową potakująco.
- Doskonale, tak trzeba...
Jasnowidząca obrzuciła gorejącym wzrokiem całe zgromadzenie, jej wskazujący palec przeniósł się w stronę tłumu, stojącego koło drzwi.
- To dla tego żołnierza.
Jakiś żołnierz, najwidoczniej mocno przebiegiem seansu zdumiony, wyróżniał się swym mundurem khaki z pośród grupy ludzi stojących u wejścia.
- Co niby ma być dla mnie? - zapytał.
- Żołnierz... ma paski kaprala... mężczyzna gruby, szpakowaty. Ma żółtą opaskę na ramieniu. Czytam inicjały J. H. Czy go pan zna?
- Tak, ale on nie żyje - rzekł żołnierz.
Poczciwiec nie wiedział, że dom, do którego wszedł przypadkowo, idąc za tłumem, był to kościół spirytystów, to też całe postępowanie, jakiego był świadkiem, było dlań niezrozumiałe.
Wytłumaczyli mu to sąsiedzi.
- Boże mój! - zakrzyknął żołnierz i wymknął się z ciżby wśród ogólnego chichotu.
W czasie powstałej stąd pauzy Malone słyszał ustawiczny szept medjum, które mówiło do niewidzialych osób:
- Tak, tak, czekajcie swojej kolei... Mówcie, kobieto... No, dobrze, stańcie koło niego... Skąd mogę wiedzieć?... Dobrze, zrobię, jeśli będę mogła...
Robiła wrażenie odźwiernego w teatrze, który wprowadza widzów i rozsadza według numeru biletów.
Następny jej występ nie udał się całkowicie. Jakiś zażywny mężczyzna z krzaczastemi faworytami stanowczo zaprzeczał znajomości z pewnym starszym gentlemanem, który przyznawał się z nim do pokrewieństwa. Medjum traktowało sprawę z zadziwiającą cierpliwością, dorzucając coraz to jakiś nowy szczegół, jednakże bezskutecznie.
- Czy pan jesteś spirytystą? - zapytała wreszcie.
- Tak, od dziesięciu lat.
- Wszak pan wie, że są pewne przeszkody.
- Wiem o tem.
- Niech pan pomyśli dobrze. Może pan sobie później przypomni. Tymczasem zostawmy tę kwestję, żal mi tylko pańskiego przyjaciela.
Nastała znów pauza, w czasie której Enid i Malone wymienili szeptem swoje spostrzeżenia.
- Co o tem myślisz, Enid?
- Nie mogę się zorjentować. Wszystko to takie dziwne.
- Ja sądzę, że połowa z tych szczegółów jest odgadywana, a druga połowa, to pomoc współtowarzyszy. Wszyscy ci ludzie żywią te same przekonania i oczywiście znają się dobrze wzajemnie. O ile kogoś nie znają, mogą o nim zasięgnąć informacji.
- Tak, ale ktoś tu mówił, że Mrs. Debbs jest tu po raz pierwszy.
- Mogli ją łatwo przygotować. Wszystko to jest zręcznem szalbierstwem i blagą. Musi nią być, bo czemże innem możnaby to wytłumaczyć.
- Telepatją, może...
- Może i ten element działa tu również. Lecz słuchaj. Mówi znowu...
Następna próba wypadła znacznie pomyślniej. Pewien smutnie wyglądający jegomość, stojący gdzieś w tyle, łatwo z opisu poznał swą nieboszczkę żonę.
- Słyszę z jej ust słowo Walter.
- Tak, to ja...
- Nazywała pana Wat?
- Nie...
- To teraz tak pana nazywa. ˝Powiedz, niech Wat uściska moje dzieci!˝ Domyślam się, że Wat, to pan. Wyraża troskę o dzieci.
- Ona się zawsze o nie troszczyła.
- Tak, duchy się nie zmieniają... Meble... Coś mówi o meblach... Mówi, że je pan sprzedał... Czy to prawda?
- No tak, przecież miałem prawo...
Wśród audytorjum dały się słyszeć śmiechy. Dziwne to było, jak sprawy najbardziej poważne i uroczyste ciągle mieszały się z komicznemi - dziwne, a jednak naturalne i czysto ludzkie...
- Ma do pana zlecenie: ˝Ten człowiek zapłaci i wszystko będzie dobrze. Bądź dobrym Wat, a będziem oboje szczęśliwsi niż byliśmy na ziemi.˝
Wdowiec zakrył rękami oczy. Jasnowidząca stała chwilę jakby niezdecydowana, a w tejże chwili wysoki, młody sekretarz podniósł się nawpół z miejsca i szepnął jej coś do ucha. Kobieta szybko spojrzała na lewo w kierunku świeżo przybyłych gości.
- Wrócę do tego - rzekła.
Dała jeszcze słuchaczom dwa opisy zjaw, obydwa nieco mgliste i rozpoznane przez dotyczące osoby z pewnemi zastrzeżeniami. Było rzeczą zastanawiającą, że podawała nieraz takie szczegóły, jakie normalnie trudno jest zauważyć, jeśli się na nie patrzy z większej odległości. Tak naprzykład kiedy opisywała zjawę, która miała się rzekomo uformować gdzieś na końcu sali, ona podawała kolor jej oczu, lub jakieś szczególne, lecz bardzo drobne znamiona twarzy. Malone skrzętnie zanotował ten fakt, który obok innych spostrzeżeń, miał mu posłużyć do napisania druzgoczącej krytyki. Był tem właśnie zajęty, gdy głos jasnowidzącej zabrzmiał silniej, podniósł głowę i spostrzegł, że zwróciła się na lewo, a szkła jej binokli błysnęły wprost w jego kierunku.
- Rzadko kiedy zwracam się do osób nowoprzybyłych - rzekła patrząc na niego - lecz dzisiaj mamy tu przyjaciół, których może zainteresować wejście w kontakt z duchami. Oto koło tego pana z wąsami, który siedzi obok młodej lady, dostrzegam kształtującą się postać. Tak, tak panie - rzekła, odpowiadając na pytający wzrok Malone'a, właśnie za panem. Jest to człowiek średniego wzrostu nieco przysadzisty. Stary, poza sześćdziesiątkę, włos prawie biały, nos orli i siwa mała kozia bródka. Nie jest to, o ile się domyślam krewny pański, lecz przyjaciel. Nie zgaduje pan kto?
Malone potrząsnął głową z pewnem lekceważeniem.
- Ten opis może się odnosić prawie do każdego starszego człowieka - szepnął do Enid.
- Popróbuję opisać go ściślej. Ma ostro narysowane linje twarzy. Przypuszczam, że był za życia popędliwy i nerwowy. Nie domyśla się pan?
Malone znowu zaprzeczył.
- Pudło! Kompletne pudło - mruknął.
- Wydaje mi się zaniepokojony, musimy coś zrobić dla niego. - Trzyma książkę. Książka naukowa... Otwiera ją, widzę w niej jakieś wykresy. Może on sam jest jej autorem, a może on uczył tego... Tak, on potakuje... On uczył z niej... był profesorem...
Malone milczał.
- Nie wiem, czy potrafię określić bliżej. Ach jeszcze jedno. Ma bliznę nad prawem okiem.
Malone rzucił się, jak żądłem ukłuty.
- Bliznę? - zawołał.
Wśród audytorjum ruch się uczynił.
- Dwie nawet blizny, jedną większą, drugą małą.
- Boże! - wyszeptał Malone. - To profesor Summerlee.
- Ach, poznał pan nareszcie... Mam zlecenie od niego: ˝pozdrowienie dla starego˝... jakieś dłuższe imię, zaczyna się na Ch... nie mogę powtórzyć wyraźnie. Czy ma to jakie znaczenie?
- Tak.
W tejże chwili jasnowidząca zwróciła się w inną stronę i poczęła opisywać jakąś nową zjawę. Dziennikarz nie słuchał już dalej, gdyż czuł się mocno wstrząśnięty.
Tutaj prawidłowo odbywająca się ceremonja seansu doznała nagłej przerwy, co zdziwiło zebraną publiczność, jak nie mniej i naszą parę znajomych. Wywołało ją niespodziane wystąpienie jakiegoś wysokiego, brodatego człowieka o bladej twarzy. Stał tuż za krzesłem prezesa, ubrany jak dostatni rzemieślnik. Człowiek ten wyciągnął rękę do góry gestem spokojnym, lecz nakazującym, jak człowiek przywykły do budzenia posłuchu, zaczem nachylił się do przewodniczącego i szepnął mu słów kilka. Mr. Bolsover powstał i przemówił.
- To jest Mr. Miromar z Dalston. Mr. Miromar ma do nas polecenie. Zawsze bardzo chętnie słuchamy co nam mówi Mr. Miromar.
Znajomi nasi nie mogli ze swoich miejsc przyjrzeć się dokładnie twarzy nowoprzybyłego, oboje byli jednak uderzeni jego szlachetną postawą i pięknym rysunkiem jego czoła, które znamionowało niepospolitą intelektualną siłę. Głos jego brzmiał czysto i wyraźnie, budząc miłe wrażenie.
- Misją moją jest głosić dobrą nowinę, gdzie tylko są jakie uszy do słuchania. - Są tutaj ludzie gotowi do jej przyjęcia i oto dlaczegom tu przybył. Chcą oni, ażeby ludzkość stopniowo rozumiała obecną sytuację, tak, aby światem przestał wstrząsać strach i wielka groza. Jam jest jednym z wybranych do głoszenia dobrej nowiny.
- Jakiś obłąkaniec - szepnął Malone, gryzmoląc na kolanie początek przemówienia.
Wśród audytorjum widoczna była skłonność do wesołości... A jednak, w ruchach tego człowieka i w głosie jego było coś, co zmuszało ludzi do wytężonej uwagi.
- Sprawy tego świata dosięgły kulminacyjnego punktu. Istota wszelkiego postępu stała się wyłącznie materjalną. Postępem dziś nazywa się szybka komunikacja, szybkie przesyłanie wiadomości, budowa nowych maszyn... To wszystko zabawki!... Jest tylko jeden realny postęp - postęp duchowy. Ludzkość uznaje go wprawdzie i sławi, lecz jedynie wargami, czczem słowem, w gruncie kroczy fałszywą drogą materjalnej wiedzy.
- Najwyższa Istota wie, że wśród ogólnej apatji znalazło się wielu uczciwych sceptyków, których nie zadawalniają stare wierzenia, a przeto mają prawo do nowego świadectwa o prawdzie, do nowej ewangelji. Dlatego tym ludziom uczciwym zesłano nowe świadectwo, nowy dowód, który stwierdza pośmiertny żywot człowieka tak jasno, jako słońce na niebie. Wyszydzili ten dowód ludzie ścisłej nauki, potępiły go kościoły, stał się on celem pośmiewiska dzienników, odrzucono go z pogardą. To jest ostatni i może największy błąd ludzkości.
Słuchacze podnieśli teraz głowy. Wszelkie syntezy i ścisłe uogólnienia przerastały ich poziom inteligencji, lecz to, co mówił ów człowiek, było im całkiem zrozumiałe. Rozległ się szmer uznania i sympatji.
- Sprawa stawała się beznadziejna, nikt jej nie wziął w opiekę. Dlatego trzeba było użyć surowego środka, by dar niebios nie został odrzucony. Cios padł. Dziesięć miljonów młodzieży i mężczyzn w sile wieku padło na pobojowisku. Dwakroć tyle okaleczonych. To było pierwsze ostrzeżenie dane przez Boga ludzkości. Lecz i ono przebrzmiało bez echa. Ten sam posępny materjalizm panoszy się w świecie dziś tak samo, jak i przed wojną światową. Dano ludzkości lata miłosiernej zwłoki, lecz prócz odruchów ducha w kościołach, jak ten oto - nigdzie żadnej zmiany dostrzec nie można. Nowe stosy grzechów do starych zbrodni dodały narody, a grzech musi być zawsze odpokutowany. Rosja stała się kloaką. Niemcy nie okazały skruchy, pogrążone w materjalizmie, który był pierwszą przyczyną światowej wojny. Hiszpanja i Włochy zapadały kolejno w ateizm i zabobon. Francja nie ma żadnego religijnego ideału. Anglja grąży się w gmatwaninie pojęć, pełna drewnianych sekt, krzty życia w sobie nie mających. Ameryka przeoczyła swe chlubne posłannictwo i zamiast stać się kochającą młodszą siostrą ciężko dotkniętej Europie, powstrzymuje wszelką ekonomiczną odbudowę przez swe pieniężne pretensje; zlekceważyła podpis swego własnego prezydenta i odmówiła przystąpienia do Ligi Pokoju, który był jedyną nadzieją lepszej przyszłości. Wszyscy zgrzeszyli, jedni więcej, drudzy mniej, to też kara dotknie wszystkich stosownie do wielkości ich zbrodni.
Kara ta nadejdzie wkrótce, to są ściśle te słowa, które kazano mi wam ogłosić.
Czytam je, bym nie uronił żadnego.
Wyjął z kieszeni skrawek papieru i jął odczytywać.
- Nie mamy zamiaru straszyć ludzi, lecz chcemy, by zaczęli się zmieniać w kierunku bardziej duchowym. Nie chcemy podniecać nerwów, lecz póki jeszcze czas, przygotować ludzi na to, co przyjdzie. Ludzkość nie może kroczyć tą drogą, jaką idzie obecnie. Gdyby nie zawróciła z niej, wytępi się wzajemnie. Przedewszystkiem musimy usunąć ciemną chmurę średniowiecznej teologji, która zawisła między ludzkością a Bogiem.
Złożył papier i wsunął go do kieszeni.
- Oto, co miałem wam powiedzieć. Głoście tę nowinę wszędzie, gdzie tylko dostrzeżecie jakieś okienko w duszy. Mówcie ludziom: czyńcie skruchę, poprawcie się, bo czas już najwyższy...
Zamilkł i zbierał się do wyjścia. Czar prysnął. Słuchacze zaczęli się żywiej poruszać i szeptać. Jakiś głos odezwał się wreszcie.
- Czy to zapowiedź końca świata, panie?
- Nie - odrzekł mówca krótko.
- Czy to Powtórne Przyjście?, - zapytał ktoś inny.
- Tak.
Szybko i lekko przesunął się miedzy krzesłami na tarasie i stanął chwilę koło drzwi. Gdy się Malone za nim obejrzał, już go nie było w sali.
- To jeden z tych fanatycznych proroków powtórnego przyjścia Zbawiciela - szepnął do Enidy. - Jest ich całe mnóstwo: Bracia w Chrystusie, Russelici, Bibliści i licho wie kto jeszcze. Ale przyznać trzeba, ten robi wrażenie.
- O, tak - potwierdziła Enid.
Przewodniczący podniósł się z siedzenia i zabrał głos.
- Wysłuchaliśmy z wielkiem zainteresowaniem słów naszego przyjaciela. Mr. Miromar jakkolwiek do zjednoczenia naszego mi należy, lecz ma dla nas szczerą sympatję i dlatego zawsze chętnie go widzimy wśród nas. Co się tyczy jego przepowiedni, to sądzę, że myśmy niczem nie przyczynili się do nędzy moralnej, w jakiej się ludność obecnie znajduje, niewiele też możemy uczynić, by ten stan poprawić. Możemy tylko pełnić uczciwie swoje zajęcia i oczekiwać wypadków w pełnej nadziei pomocy bożej. Jeśli ów Dzień Sądu nastąpić ma jutro - dodał z uśmiechem - to trzeba mi będzie zajrzeć do mego interesu na Hammersmith dzisiaj. Lecz teraz musimy kończyć nasze nabożeństwo.
Przewodniczący usiadł, młody sekretarz wystąpił z silnym apelem do zebranych o składki na budowę nowego kościoła. - To hańba - mówił - że na ulicy zostaje daleko więcej ludzi, niż ich ta sala pomieścić może. My wszyscy chętnie wam służymy, nie biorąc ani jednego penny; Mrs. Debbs żąda tylko zwrotu kosztów podróży, ale potrzeba nam jeszcze tysiąc funtów, zanim coś rozpoczniemy. Znam tu jednego brata, który zastawił swój dom, aby nam pomóc. Oto duch, który zwycięża. No, zobaczymy, jakie dziś będzie żniwo.
Tuzin talerzy zaczęło krążyć, a dźwięki śpiewanego hymnu łączyły się z brzękiem rzucanych monet. Enid i Malone tymczasem rozmawiali przyciszonym głosem.
- Profesor Summerlee zmarł, jak wiesz, zeszłego roku w Neapolu.
- Tak, pamiętam go dobrze.
- A stary ˝Ch˝, to miał być oczywiście twój ojciec.
- Tak, to w istocie zadziwiające.
- Biedny stary Summerlee. Twierdził zawsze, że życie pośmiertne, to absurd. I oto sam istnieje, lub przynajmniej zdaje się istnieć.
Talerze głębokie wróciły, wypełnione przeważnie miedziakami; złożono je na stole, a baczne oko sekretarza oceniało wartość zbiórki. Mały, brodaty człowiek z Australji udzielił zebranym błogosławieństwa, mniej więcej w takich samych słowach, jakiemi nabożeństwo otwarto. I nie potrzeba było podnoszenia rąk, ni innych kościelnych ceremonij, aby zrozumieć, że słowa mówcy płynąc z głębi szczerego serca mogły popłynąć wprost przed tron Stwórcy. Zaczem całe zgromadzenie stojąc zanuciło pożegnalny hymn ze smutnym słodkim refrenem: ˝Niech Bóg nas zachowa, póki się znów nie spotkamy w innym świecie˝. Enid zauważyła z pewnem zdziwieniem, że oczy jej zachodzą łzami. Ci prości, poważni ludzie i ich niewyszukana ceremonja zrobiła na niej silniejsze wrażenie, niż pełne majestatu nabożeństwo i grzmiąca muzyka westminsterskiej katedry.
Mr. Bolsover wraz z Mrs. Debbs czekali u wyjścia na naszą parę znajomych.
- Zdaje mi się, że pan ma zamiar zbyć nas milczeniem w swej gazecie. No, nic nie szkodzi. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, Mr. Malone. Ale kiedyś pan do nas wróci. Takie rzeczy nie przechodzą całkiem bez wrażenia.
- Mogę pana zapewnić, że potraktuję was poważnie i bezstronnie.
- Dobrze, niczego więcej nie żądamy.
Medjum stało milczące, z ręką wspartą o kominek poważne i zamyślone.
- Pani musi być bardzo zmęczona - rzekła do niej Enid.
- Nie, pani, nie jestem nigdy zmęczona, gdy mam do czynienia z duszami zmarłych - one same dbają o to, bym się nie męczyła.
Malone zwrócił się do medjum.
- Pozwoli pani, że zadam jedno pytanie... Czy pani znała profesora Summerlee?
Medjum potrząsnęło głową.
- Nie, sir, wcale nie znałam. Ludzie zawsze myślą, że już znałam te osoby za życia. Ja żadnej nie widziałam. Ot, poprostu przychodzą, ja na nie patrzę i opisuję.
- A jaką drogą pani powtarza ich zlecenia?
- Drogą jasnosłyszenia. Ja je słyszę. Przez cały czas słyszę. Biedne istoty cisną się do mnie, ocierają się o mnie i wprost są dokuczliwe - ja, teraz ja... Czynię, co mogę, ale oczywiście nie wszystkie potrafię zaspokoić.
Malone zwrócił się do przewodniczącego.
- Co mi pan może powiedzieć o tym proroku, który przemawiał? -
Mr. Bolsover wzruszył ramionami z pobłażliwym uśmiechem.
- To jest Sudependent. Spotykamy się z nim od czasu do czasu. Jest to pewien rodzaj komety, która zjawia się nagle i znika również szybko. Przypominam sobie, że ten dziwak przepowiedział wielką wojnę. Ja jestem człowiek praktyczny. Uważam, że i obecne czasy są bardzo złe. Mamy pełną kasę tego zła, nie robimy rachunków na przyszłość. No, dobranoc. Proszę nas tylko traktować sprawiedliwie.
- Dobranoc - rzekła Enid.
- Dobranoc - odparła Mrs. Debbs. Muszę pani coś jednak powiedzieć, com odrazu spostrzegła, gdym na panią spojrzała. Pani sama także jest medjum. Dobranoc.
I tak para nasza znalazła się znów na ulicy, wchłaniając z lubością świeże nocne powietrze po dusznej atmosferze przepełnionej sali. W kilka chwil później Malone najął auto, które ich miało zawieźć zpowrotem do Victoria Gardens.
CHAPTER II.- WHICH DESCRIBES AN EVENING IN STRANGE COMPANY.
THE love-affair of Enid Challenger and Edward Malone is not of the slightest interest to the reader, for the simple reason that it is not of the slightest interest to the writer. The unseen, unnoticed lure of the unborn babe is common to all youthful humanity. We deal in this chronicle with matters which are less common and of higher interest. It is only mentioned in order to explain those terms of frank and intimate comradeship which the narrative discloses. If the human race has obviously improved in anything-in Anglo-Celtic countries, at least-it is that the prim affectations and sly deceits of the past are lessened, and that young men and women can meet in an equality of clean and honest comradeship.
A taxi took the adventurers down Edgware Road and into the side-street called ˝Helbeck Terrace.˝ Halfway down, the dull line of brick houses was broken by one glowing gap, where an open arch threw a flood of light into the street. The cab pulled up and the man opened the door.
˝This is the Spiritualist Church, sir,˝ said he. Then, as he saluted to acknowledge his tip, he added in the wheezy voice of the man of all weathers: ˝Tommy-rot, I call it, sir.˝ Having eased his conscience thus, he climbed into his seat and a moment later his red rear-lamp was a waning circle in the gloom. Malone laughed.
˝Vox populi, Enid. That is as far as the public has got at present.˝
˝Well, it is as far as we have got, for that matter.˝
˝Yes, but we are prepared to give them a show. I don't suppose Cabby is. By Jove, it will be hard luck if we can't get in!˝
There was a crowd at the door and a man was facing them from the top of the step, waving his arms to keep them back.
˝It's no good, friends. I am very sorry, but we can't help it. We've been threatened twice with prosecution for over-crowding.˝ He turned facetious. ˝Never heard of an Orthodox Church getting into trouble for that. No, sir, no.˝
˝I've come all the way from 'Ammersmith,˝ wailed a voice. The light beat upon the eager, anxious face of the speaker, a little woman in black with a baby in her arms.
˝You've come for clairvoyance, Mam,˝ said the usher, with intelligence. ˝See here, give me the name and address and I will write you, and Mrs. Debbs will give you a sitting gratis. That's better than taking your chance in the crowd when, with all the will in the world, you can't all get a turn. You'll have her to yourself. No, sir, there's no use shovin'. What's that? Press?˝
He had caught Malone by the elbow.
˝Did you say Press? The Press boycott us, sir. Look at the weekly list of services in a Saturday's Times if you doubt it. You wouldn't know there was such a thing as Spiritualism...What paper, sir?...'The Daily Gazette.' Well, well, we are getting on. And the lady, too?...Special article-my word! Stick to me, sir, and I'll see what I can do. Shut the doors, Joe. No use, friends. When the building fund gets on a bit we'll have more room for you. Now, Miss, this way, if you please.˝
This way proved to be down the street and round a side-alley which brought them to a small door with a red lamp shining above it.
˝I'll have to put you on the platform-there's no standing room in the body of the hall.˝
˝Good gracious!˝ cried Enid.
˝You'll have a fine view, Miss, and maybe get a readin' for yourself if your lucky. It often happens that those nearest the medium get the best chance. Now, sir, in here!˝
Here was a frowsy little room with some hats and top-coats draping the dirty, white-washed walls. A thin, austere woman, with eyes which gleamed from behind her glasses, was warming her gaunt hands over a small fire. With his back to the fire in the traditional British attitude was a large, fat man with a bloodless face, a ginger moustache and curious, light-blue eyes -the eyes of a deep-sea mariner. A little bald-headed man with huge horn-rimmed spectacles, and a very handsome and athletic youth in a blue lounge-suit completed the group.
˝The others have gone on the platform, Mr. Peeble. There's only five seats left for ourselves.˝ It was the fat man talking.
˝I know, I know,˝ said the man who had been addressed as Peeble, a nervous, stringy, dried-up person as he now appeared in the light. ˝But this is the Press, Mr. Bolsover. Daily Gazette special article... Malone, the name, and Challenger. This is Mr. Bolsover, our President. This is Mrs. Debbs of Liverpool, the famous clairvoyante. Here is Mr. James, and this tall young gentleman is Mr. Hardy Williams, our energetic secretary. Mr. Williams is a nailer for the buildin' fund. Keep your eye on your pockets if Mr. Williams is around.˝
They all laughed.
˝Collection comes later,˝ said Mr. Williams, smiling.
˝A good, rousing article is our best collection,˝ said the stout president. ˝Ever been to a meeting before, sir?˝
˝No,˝ said Malone.
˝Don't know much about it, I expect.˝
˝No, I don't.˝
˝Well, well, we must expect a slating. They get it from the humorous angle at first. We'll have you writing a very comic account. I never could see anything very funny in the spirit of one's dead wife, but it's a matter of taste and of knowledge also. If they don't know, how can they take it seriously? I don't blame them. We were mostly like that ourselves once. I was one of Bradlaugh's men, and sat under Joseph MacCabe until my old Dad came and pulled me out.˝
˝Good for him!˝ said the Liverpool medium.
˝It was the first time I found I had powers of my own. I saw him like I see you now.˝
˝Was he one of us in the body?˝
˝Knew no more than I did. But they come on amazin' at the other side if the right folk get hold of them.˝
˝Time's up!˝ said Mr. Peeble, snapping his watch. ˝You are on the right of the chair, Mrs. Debbs. Will you go first? Then you, Mr. Chairman. Then you two and myself. Get on the left, Mr. Hardy Williams, and lead the singin'. They want warmin' up and you can do it. Now then, if you please!˝
The platform was already crowded, but the newcomers threaded their way to the front amid a decorous murmur of welcome. Mr. Peeble shoved and exhorted and two end seats emerged upon which Enid and Malone perched themselves. The arrangement suited them well, for they could use their notebooks freely behind the shelter of the folk in front.
˝What is your reaction?˝ whispered Enid.
˝Not impressed as yet.˝
˝No, nor I,˝ said Enid, ˝but it's very interesting all the same.˝
People who are in earnest are always interesting, whether you agree with them or not, and it was impossible to doubt that these people were extremely earnest. The hall was crammed, and as one looked down one saw line after line of upturned faces, curiously alike in type, women predominating, but men running them close. That type was not distinguished nor intellectual, but it was undeniably healthy, honest and sane. Small trades-folk, male and female shopwalkers, better class artisans, lower middle-class women worn with household cares, occasional young folk in search of a sensation-these were the impressions which the audience conveyed to the trained observation of Malone.
The fat president rose and raised his hand.
˝My friends,˝ said he, ˝we have had once more to exclude a great number of people who desired to be with us to-night. It's all a question of the building fund, and Mr. Williams on my left will be glad to hear from any of you I was in a hotel last week and they had a notice hung up in the reception bureau: 'No cheques accepted'. That's not the way Brother Williams talks. You just try him.˝
The audience laughed. The atmosphere was clearly that of the lecture-hall rather than of the Church.
˝There's just one more thing I want to say before I sit down. I'm not here to talk. I'm here to hold this chair down and I mean to do it. It's a hard thing I ask. I want Spiritualists to keep away on Sunday nights. They take up the room that inquirers should have. You can have the morning service. But its better for the cause that there should be room for the stranger. You've had it. Thank God for it. Give the other man a chance.˝ The president plumped back into his chair.
Mr. Peeble sprang to his feet. He was clearly the general utility man who emerges in every society and probably becomes its autocrat. With his thin, eager face and darting hands he was more than a live wire-he was a whole bundle of live wires. Electricity seemed to crackle from his fingertips.
˝Hymn One!˝ he shrieked.
A harmonium droned and the audience rose. It was a fine hymn and lustily sung:
˝The world hath felt a quickening breath From Heaven's eternal shore, And souls triumphant over death Return to earth once more.˝
There was a ring of exultation in the voices as the refrain rolled out:
˝For this we hold our Jubilee For this with joy we sing, Oh Grave, where is thy victory Oh Death, where is thy sting?˝
Yes, they were in earnest, these people. And they did not appear to be mentally weaker than their fellows. And yet both Enid and Malone felt a sensation of great pity as they looked at them. How sad to be deceived upon so intimate a matter as this, to be duped by impostors who used their most sacred feelings and their beloved dead as counters with which to cheat them. What did they know of the laws of evidence, of the cold, immutable decrees of scientific law? Poor earnest, honest, deluded people!
˝Now!˝ screamed Mr. Peeble. ˝We shall ask Mr. Munro from Australia to give us the invocation.˝
A wild-looking old man with a shaggy beard and slumbering fire in his eyes rose up and stood for a few seconds with his gaze cast down. Then he began a prayer, very simple, very unpremeditated. Malone jotted down the first sentence: ˝Oh, Father, we are very ignorant folk and do not well know how to approach you, but we will pray to you the best we know how.˝ It was all cast in that humble key. Enid and Malone exchanged a swift glance of appreciation.
There was another hymn, less successful than the first, and the chairman then announced that Mr. James Jones of North Wales would now deliver a trance address which would embody the views of his well-known control, Alasha the Atlantean.
Mr. James Jones, a brisk and decided little man in a faded check suit, came to the front and, after standing a minute or so as if in deep thought, gave a violent shudder and began to talk. It must be admitted that save for a certain fixed stare and vacuous glazing of the eye there was nothing to show that anything save Mr. James Jones of North Wales was the orator. It has also to be stated that if Mr. Jones shuddered at the beginning it was the turn of his audience to shudder afterwards. Granting his own claim, he had proved clearly that an Atlantean spirit might be a portentous bore. He droned on with platitudes and ineptitudes while Malone whispered to Enid that if Alasha was a fair specimen of the population it was just as well that his native land was safely engulfed in the Atlantic Ocean. When, with another rather melodramatic shudder, he emerged from his trance, the chairman sprang to his feet with an alacrity which showed that he was taking no risks lest the Atlantean should return.
˝We have present with us to-night,˝ he cried, ˝Mrs. Debbs, the well-known clairvoyante of Liverpool. Mrs. Debbs is, as many of you know, richly endowed with several of those gifts of the spirit of which Saint Paul speaks, and the discerning of spirits is among them. These things depend upon laws which are beyond our control, but a sympathetic atmosphere is essential, and Mrs. Debbs will ask for your good wishes and your prayers while she endeavours to get into touch with some of those shining ones on the other side who may honour us with their presence to- night.˝
The president sat down and Mrs. Debbs rose amid discreet applause. Very tall, very pale, very thin, with an aquiline face and eyes shining brightly from behind her gold-rimmed glasses, she stood facing her expectant audience. Her head was bent. She seemed to be listening.
˝Vibrations!˝ she cried at last. ˝I want helpful vibrations. Give me a verse on the harmonium, please.˝
The instrument droned out ˝Jesu, Lover of my soul.˝
The audience sat in silence, expectant and a little awed.
The hall was not too well lit and dark shadows lurked in the corners. The medium still bent her head as if her ears were straining. Then she raised her hand and the music stopped.
˝Presently! Presently! All in good time,˝ said the woman, addressing some invisible companion. Then to the audience, ˝I don't feel that the conditions are very good to-night. I will do my best and so will they. But I must talk to you first.˝
And she talked. What she said seemed to the two strangers to be absolute gabble. There was no consecutive sense in it, though now and again a phrase or sentence caught the attention. Malone put his stylo in his pocket. There was no use reporting a lunatic. A Spiritualist next him saw his bewildered disgust and leaned towards him.
˝She's tuning in. She's getting her wave length,˝ he whispered. ˝It's all a matter of vibration. Ah, there you are!˝
She had stopped in the very middle of a sentence. Her long arm and quivering forefinger shot out. She was pointing at an elderly woman in the second row.
˝You! Yes, you, with the red feather. No, not you. The stout lady in front. Yes, you! There is a spirit building up behind you. It is a man. He is a tall man-six foot maybe. High forehead, eyes grey or blue, a long chin brown moustache, lines on his face. Do you recognize him, friend?˝
The stout woman looked alarmed, but shook her head.
˝Well, see if I can help you. He is holding up a book -brown book with a clasp. It's a ledger same as they have in offices. I get the words 'Caledonian Insurance'. Is that any help?˝
The stout woman pursed her lips and shook her head.
˝Well, I can give you a little more. He died after a long illness. I get chest trouble-asthma.˝
The stout woman was still obdurate, but a small, angry, red- faced person, two places away from her, sprang to her feet.
˝It's my 'usband, ma'm. Tell 'im I don't want to 'ave any more dealin's with him.˝ She sat down with decision.
˝Yes, that's right. He moves to you now. He was nearer the other. He wants to say he's sorry. It doesn't do, you know, to have hard feelings to the dead. Forgive and forget. It's all over. I get a message for you. It is: 'Do it and my blessing go with you'! Does that mean anything to you?˝
The angry woman looked pleased and nodded.
˝Very good.˝ The clairvoyante suddenly darted out her finger towards the crowd at the door ˝It's for the soldier.˝
A soldier in khaki, looking very much amazed, was in the front of the knot of people.
˝Wot's for me?˝ he asked.
˝It's a soldier. He has a corporal's stripes. He is a big man with grizzled hair. He has a yellow tab on his shoulders. I get the initials J. H. Do you know him?˝
˝Yes-but he's dead,˝ said the soldier.
He had not understood that it was a Spiritualistic Church, and the whole proceedings had been a mystery to him. They were rapidly explained by his neighbours. ˝My Gawd!˝ cried the soldier, and vanished amid a general titter. In the pause Malone could hear the constant mutter of the medium as she spoke to someone unseen.
˝Yes, yes, wait your turn! Speak up, woman! Well, take your place near him. How should I know? Well, I will if I can.˝ She was like a janitor at the theatre marshalling a queue.
Her next attempt was a total failure. A solid man with bushy side-whiskers absolutely refused to have anything to do with an elderly gentleman who claimed kinship. The medium worked with admirable patience, coming back again and again with some fresh detail, but no progress could be made.
˝Are you a Spiritualist, friend?˝
˝Yes, for ten years.˝
˝Well, you know there are difficulties.˝
˝Yes, I know that.˝
˝Think it over. It may come to you later. We must just leave it at that. I am only sorry for your friend.˝
There was a pause during which Enid and Malone exchanged whispered confidences.
˝What do you make of it, Enid?˝
˝I don't know. It confuses me.˝
˝I believe it is half guess-work and the other half a case of confederates. These people are all of the same church, and naturally they know each other's affairs. If they don't know they can inquire.˝
˝Someone said it was Mrs. Debbs' first visit.˝
˝Yes but they could easily coach her up. It is all clever quackery and bluff. It must be, for just think what is implied if it is not.˝
˝Telepathy, perhaps.˝
˝Yes, some element of that also. Listen! She is off again.˝
Her next attempt was more fortunate. A lugubrious man at the back of the hall readily recognized the description and claims of his deceased wife.
˝I get the name Walter.˝
˝Yes, that's me.˝
˝She called you Wat?˝
˝No.˝
˝Well, she calls you Wat now. 'Tell Wat to give my love to the children'. That's how I get it. She is worrying about the children.˝
˝She always did.˝
˝Well, they don't change. Furniture. Something about furniture. She says you gave it away. Is that right?˝
˝Well, I might as well.˝
The audience tittered. It was strange how the most solemn and comic were eternally blended-strange and yet very natural and human.
˝She has a message: 'The man will pay up and all will be well. Be a good man, Wat, and we will be happier here then ever we were on earth'.˝
The man put his hand over his eyes. As the seeress stood irresolute the tall young secretary half rose and whispered something in her ear. The woman shot a swift glance over her left shoulder in the direction of the visitors.
˝I'll come back to it,˝ said she.
She gave two more descriptions to the audience, both of them rather vague, and both recognized with some reservations. It was a curious fact that her details were such as she could not possibly see at the distance. Thus, dealing with a form which she claimed had built up at the far end of the hall, she could none the less give the colour of the eyes and small points of the face. Malone noted the point as one which he could use for destructive criticism. He was just jotting it down when the woman's voice sounded louder and, looking up, he found that she had turned her head and her spectacles were flashing in his direction.
˝It is not often I give a reading from the platform,˝ said she, her face rotating between him and the audience, ˝but we have friends here to-night, and it may interest them to come in contact with the spirit people. There is a presence building up behind the gentleman with a moustache-the gentleman who sits next to the young lady. Yes, sir, behind you. He is a man of middle size, rather inclined to shortness. He is old, over sixty, with white hair, curved nose and a white, small beard of the variety that is called goatee. He is no relation, I gather, but a friend. Does that suggest anyone to you, sir?˝
Malone shook his head with some contempt. ˝It would nearly fit any old man,˝ he whispered to Enid.
˝We will try to get a little closer. He has deep lines on his face. I should say he was an irritable man in his lifetime. He was quick and nervous in his ways. Does that help you?˝
Again Malone shook his head.
˝Rot! Perfect rot,˝ he muttered.
˝Well, he seems very anxious, so we must do what we can for him. He holds up a book. It is a learned book. He opens it and I see diagrams in it. Perhaps he wrote it-or perhaps he taught from it. Yes, he nods. He taught from it. He was a teacher.˝
Malone remained unresponsive.
˝I don't know that I can help him any more. Ah! there is one thing. He has a mole over his right eyebrow.˝
Malone started as if he had been stung.
˝One mole?˝ he cried.
The spectacles flashed round again.
˝Two moles-one large, one small.˝
˝My God!˝ gasped Malone. ˝It's Professor Summerlee!˝
˝Ah, you've got it. There's a message: 'Greetings to old -' It's a long name and begins with a C. I can't get it. Does it mean anything?˝
˝Yes.˝
In an instant she had turned and was describing something or someone else. But she had left a badly-shaken man upon the platform behind her.
It was at this point that the orderly service had a remarkable interruption which surprised the audience as much as it did the two visitors. This was the sudden appearance beside the chairman of a tall, pale-faced bearded man dressed like a superior artisan, who held up his hand with a quietly impressive gesture as one who was accustomed to exert authority. He then half-turned and said a word to Mr. Bolsover.
˝This is Mr. Miromar of Dalston,˝ said the chairman. ˝Mr. Miromar has a message to deliver. We are always glad to hear from Mr. Miromar.˝
The reporters could only get a half-view of the newcomer's face, but both of them were struck by his noble bearing and by the massive outline of his head which promised very unusual intellectual power. His voice when he spoke rang clearly and pleasantly through the hall.
˝I have been ordered to give the message wherever I think that there are ears to hear it. There are some here who are ready for it, and that is why I have come. They wish that the human race should gradually understand the situation so that there shall be the less shock or panic. I am one of several who are chosen to carry the news.˝
˝A lunatic, I'm afraid!˝ whispered Malone, scribbling hard upon his knee. There was a general inclination to smile among the audience. And yet there was something in the man's manner and voice which made them hang on every word.
˝Things have now reached a climax. The very idea of progress has been made material. It is progress to go swiftly, to send swift messages, to build new machinery. All this is a diversion of real ambition. There is only one real progress -spiritual progress. Mankind gives it a lip tribute but presses on upon its false road of material science.
˝The Central Intelligence recognized that amid all the apathy there was also much honest doubt which had out-grown old creeds and had a right to fresh evidence. Therefore fresh evidence was sent-evidence which made the life after death as clear as the sun in the heavens. It was laughed at by scientists, condemned by the churches, became the butt of the newspapers, and was discarded with contempt. That was the last and greatest blunder of humanity.˝
The audience had their chins up now. General speculations were beyond their mental horizon. But this was very clear to their comprehension. There was a murmur of sympathy and applause.
˝The thing was now hopeless. It had got beyond all control. Therefore something sterner was needed since Heaven's gift had been disregarded. The blow fell. Ten million young men were laid dead upon the ground. Twice as many were mutilated. That was God's first warning to mankind. But it was vain. The same dull materialism prevailed as before. Years of grace were given, and save the stirrings of the spirit seen in such churches as these, no change was anywhere to be seen. The nations heaped up fresh loads of sin, and sin must ever be atoned for. Russia became a cesspool. Germany was unrepentant of her terrible materialism which had been the prime cause of the war. Spain and Italy were sunk in alternate atheism and superstition. France had no religious ideal. Britain was confused and distracted, full of wooden sects which had nothing of life in them. America had abused her glorious opportunities and, instead of being the loving younger brother to a stricken Europe, she held up all economic reconstruction by her money claims; she dishonoured the signature of her own president, and she refused to join that League of Peace which was the one hope of the future. All have sinned, but some more than others, and their punishment will be in exact proportion.
˝And that punishment soon comes. These are the exact words I have been asked to give you. I read them lest I should in any way garble them.˝
He took a slip of paper from his pocket and read:
˝'What we want is, not that folk should be frightened, but that they should begin to change themselves-to develop themselves on more spiritual lines. We are not trying to make people nervous, but to prepare while there is yet time. The world cannot go on as it has done. It would destroy itself if it did. Above all we must sweep away the dark cloud of theology which has come between mankind and God'.˝
He folded up the paper and replaced it in his pocket. ˝That is what I have been asked to tell you. Spread the news where there seems to be a window in the soul. Say to them, 'Repent! Reform! the Time is at hand'.˝
He had paused and seemed about to turn. The spell was broken. The audience rustled and leaned back in its seats. Then a voice from the back:
˝Is this the end of the world, mister?˝
˝No,˝ said the stranger, curtly.
˝Is it the Second Coming?˝ asked another voice.
˝Yes.˝
With quick light steps he threaded his way among the chairs on the platform and stood near the door. When Malone next looked round he was gone.
˝He is one of these Second-coming fanatics,˝ he whispered to Enid. ˝There are a lot of them-Christadelphians, Russellites, Bible Students and what-not. But he was impressive.˝
˝Very,˝ said Enid.
˝We have, I am sure, been very interested in what our friend has told us,˝ said the chairman. ˝Mr. Miromar is in hearty sympathy with our movement even though he cannot be said actually to belong to it. I am sure he is always welcome upon our platforms. As to his prophecy, it seems to me the world has had enough trouble without our anticipating any more. If it is as our friend says, we can't do much to mend the matter. We can only go about our daily jobs, do them as well as we can, and await the event in full confidence of help from above. If it's the Day of Judgment to-morrow,˝ he added, smiling, ˝I mean to look after my provision store at Hammersmith to-day. We shall now continue with the service.˝
There was a vigorous appeal for money and a great deal about the building-fund from the young secretary. ˝It's a shame to think that there are more left in the street than in the building on a Sunday night. We all give our services. No one takes a penny. Mrs. Debbs is here for her bare expenses. But we want another thousand pounds before we can start. There is one brother here who mortgaged his house to help us. That's the spirit that wins. Now let us see what you can do for us to-night.˝
A dozen soup-plates circulated, and a hymn was sung to the accompaniment of much chinking of coin. Enid and Malone conversed in undertones.
˝Professor Summerlee died, you know, at Naples last year.˝
˝Yes, I remember him well.˝
˝And 'old C' was, of course, your father.˝
˝It was really remarkable.˝
˝Poor old Summerlee. He thought survival was an absurdity. And here he is-or here he seems to be.˝
The soup-plates returned-it was mostly brown soup, unhappily, and they were deposited on the table where the eager eye of the secretary appraised their value. Then the little shaggy man from Australia gave a benediction in the same simple fashion as the opening prayer. It needed no Apostolic succession or laying-on of hands to make one feel that his words were from a human heart and might well go straight to a Divine one. Then the audience rose and sang their final farewell hymn-a hymn with a haunting tune and a sad, sweet refrain of ˝God keep you safely till we meet once more.˝ Enid was surprised to feel the tears running down her cheeks. These earnest, simple folks with their direct methods had wrought upon her more than all the gorgeous service and rolling music of the cathedral.
Mr. Bolsover, the stout president, was in the waiting-room and so was Mrs. Debbs.
˝Well, I expect you are going to let us have it,˝ he laughed. ˝We are used to it Mr. Malone. We don't mind. But you will see the turn some day. These articles may rise up in judgement.˝
˝I will treat it fairly, I assure you.˝
˝Well, we ask no more.˝ The medium was leaning with her elbow on the mantel piece, austere and aloof.
˝I am afraid you are tired,˝ said Enid.
˝No, young lady, I am never tired in doing the work of the spirit people. They see to that.˝
˝May I ask,˝ Malone ventured, ˝whether you ever knew Professor Summerlee?˝
The medium shook her head. ˝No, sir, no. They always think I know them. I know none of them. They come and I describe them.˝
˝How do you get the message?˝
˝Clairaudient. I hear it. I hear them all the time. The poor things all want to come through and they pluck at me and pull me and pester me on the platform. 'Me next-me-me'! That's what I hear. I do my best, but I can't handle them all.˝
˝Can you tell me anything of that prophetic person?˝ asked Malone of the chairman. Mr. Bolsover shrugged his shoulders with a deprecating smile.
˝He is an Independent. We see him now and again as a sort of comet passing across us. By the way, it comes back to me that he prophesied the war. I'm a practical man myself. Sufficient for the day is the evil thereof. We get plenty in ready cash without any bills for the future. Well, good night! Treat us as well as you can.˝
˝Good night,˝ said Enid.
˝Good night,˝ said Mrs. Debbs. ˝By the way, young lady, you are a medium yourself. Good night!˝
And so they found themselves in the street once more inhaling long draughts of the night air. It was sweet after that crowded hall. A minute later they were in the rush of the Edgware Road and Malone had hailed a cab to carry them back to Victoria Gardens.
Tajemnicze krainy
ROZDZIAŁ I. WYWIADOWCY NASI RUSZAJĄ W DROGĘ.
Nazwisko znakomitego profesora Challengera całkiem niewłaściwie wymienione zostało w paru fantastycznych opowieściach. Pewien zbyt śmiały autor pozwolił sobie wplątać profesora w jakieś nieprawdopodobne i romantyczne awantury, chcąc się przekonać, jak on sam na to zareaguje. Jakoż profesor zareagował bardzo energicznie, a kolejnym rezultatem tego wyładowania energji był paszkwil na autora powieści, potem daremna próba konfiskaty owych utworów, dalej kłótnia na ulicy Iloane, dwie osobiste napaści, co wszystko spowodowało utratę posady docenta fizjologji w londyńskiej Akademji Podzwrotnikowej Higjeny. Zresztą całe to nieporozumienie skończyło się bardziej spokojnie niż można było oczekiwać.
Szanowny profesor stracił jednak cokolwiek dawnego ognia. Czarna jego po asyryjsku w kształt łopaty ostrzyżona broda posiwiała, wyraz oczu stał się mniej prowokacyjny, uśmiech nie tak wyzywający, głos, zawsze potężny, coraz rzadziej dawał się słyszeć, by grzmotem swoim zahuczeć wszelką opozycję. Mimo to był jednak niebezpieczny, jak to z troską stwierdziło jego najbliższe otoczenie. Wulkan jeszcze nie wygasł i ustawiczne wrzenia groziły ciągle nowym wybuchem. Życie miało go jeszcze wielu rzeczy nauczyć, on zaś skłonniejszy się stał do przyjęcia tej nauki.
Można ustalić datę tej zmiany, która w nim zaszła. Była to śmierć jego żony. Cicha ta kobieta jak ptaszyna uwiła sobie gniazdko w sercu olbrzyma. On sam posiadał tę rycerskość i łagodność, którą człowiek silny ma zwykle dla słabych. Ustępując mu we wszystkiem, zyskiwała wszystko, co tylko zyskać może pełna słodyczy i taktu kobieta. A gdy zmarła prawie nagle na złośliwe zapalenie płuc po influency, olbrzym ugiął się i zachwiał. Powstał znowu z uśmiechem, jak powalony bokser, gotów do niejednej jeszcze utarczki z losem. Ale nie był to już ten sam człowiek i, gdyby nie pomoc i towarzystwo córki Enidy, możeby już nigdy nie dźwignął się po tym ciosie. Ona to zręcznie i nie bez czysto kobiecej chytrości umiała wyszukać mu i podsunąć kwestje, które podniecały jego zapalczywy, żądny walki temperament i rozgrzewały jego umysł tak, że począł żyć chwilą obecną, a nie pogrążył się w przeszłości. A kiedy spostrzegła, że znów staje się burzliwy w dyskusji, gwałtowny wobec dziennikarzy i zaczepny dla swego otoczenia, wówczas poznała, że ojciec jest na drodze do zupełnego odzyskania zdrowia.
Enid Challenger nie była przeciętną dziewczyną i zasługuje, byśmy się jej przypatrzyli bliżej. Po ojcu odziedziczyła kruczy włos, po matce niebieskie oczy i świeżość cery; była bardzo przystojna, jeżeli nie uderzająco piękna, spokojna lecz bardzo silnej kompleksji. Już w dzieciństwie miała do wyboru albo utrzymać swoją niezależność zdania wobec ojca, lub też stać się automatem i woskiem jego palców. Na szczęście była dość silna, by utrzymać swą niepodległość w sposób łagodny i elastyczny, uginając się jak trzcina przed chwilowemi kaprysami, a prostując, gdy burza minęła. Później, gdy nacisk woli ojca stał się dla niej zbyt uciążliwy, szukała ulgi w zajęciu, które dawało jej pewną niezależność. Dostarczała mianowicie londyńskiej prasie sensacyjnych wiadomości, a czyniła to w sposób tak oryginalny, że imię jej poczynało nabierać rozgłosu w ajencji dziennikarskiej. W znalezieniu tego zajęcia okazał się jej wielce pomocny stary przyjaciel jej ojca, a może i dobry znajomy czytelników - Edward Malone, współpracownik Gazety Codziennej.
Malone był to jeszcze ten sam atletycznie zbudowany Irlandczyk, który niegdyś zdobył sławę w międzynarodowym turnieju w Rugby, jednak życie utemperowało go nieco, zrównoważyło i zmusiło do myślenia. Stracił wiele na żywości od czasu, gdy zdecydował się spakować i wynieść na strych cały swój footbalowy garnitur. Mięśnie jego osłabły nieco, członki zesztywniały, natomiast umysł pogłębił się i ożywił. Zmarł chłopiec, narodził się mężczyzna. Wygląd jego zewnętrzny zmienił się niewiele, zgęstniał wąs, zaokrągliły się ramiona, a w rysach twarzy myśl o nowych powojennych problemach życia wyryła swe charakterystyczne linje. W świecie dziennikarskim zyskiwał sobie coraz lepsze imię, a poniekąd i w literackim. Był dotąd kawalerem, choć wielu jego znajomych twierdziło, że ten wolny stan potrwa niedługo i że niebawem białe paluszki Enidy Challenger ujmą cugle żywota nieokiełznanego niegdyś rumaka. W każdym razie nie ulegało wątpliwości, że oboje byli z sobą w bardzo dobrej komitywie.
Był niedzielny wieczór w październiku. Właśnie światła latarni zaczęły błyskać poprzez mgłę, która dzierżyła w spowiciu cały Londyn od wczesnego rana. Mieszkanie profesora Challengera przy ulicy Victoria West Gardens było na trzeciem piętrze. Mgła leżała grubo na oknach. Stłumiony odgłos niedzielnego, mniejszego niż w dni powszednie ruchu ulicznego dochodził z niewidzialnych na dole chodników, naszkicowanych tylko linjami mgłą przyćmionych świateł. Profesor Challenger siedział przy kominku wyciągnąwszy ku ogniowi swe grube i krzywe nieco nogi, z rękami głęboko wsuniętemi w kieszenie od spodni. Ubranie jego nie było nacechowane ekscentrycznością genjusza; miał na sobie koszulę z wolno wykładanym kołnierzem, szeroki wiązany jedwabny krawat, czarny welwetowy żakiet, który wraz z rozwidloną brodą, dawał mu wygląd podstarzałego cygana- artysty. Tuż obok niego gotowa do wyjścia w toczkowym kapeluszu, w krótkim czarnym kostjumie i innemi modnemi częściami ubrania, któremi kobiety usiłują zniekształcić swoje przyrodzone wdzięki, siedziała jego córka. Malone z kapeluszem w ręku czekał przy oknie.
- Już czas, żebyśmy poszli Enid, siódma dochodzi - rzekł Irlandczyk.
Oboje pisali wspólnie artykuły na temat religijnych obrzędów w Londynie i w każdą niedzielę wychodzili razem, by zachwycić coś nowego i przygotować do następnego niedzielnego numeru gazety.
- Dopiero o ósmej Ted - mamy jeszcze sporo czasu.
- Siadaj pan - siadaj - zagrzmiał Challenger, gładząc ręką brodę, jak to miał zwyczaj czynić wówczas, gdy był podniecony.
- Nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi, jak gdy kto stoi za mną ztyłu. Szczątek atawizmu, obawa zdradzieckiego sztyletu. Tak, to napewno. Połóż pan u licha ten kapelusz. Pan masz ciągle minę człowieka spieszącego na pociąg.
- Takie też i życie dziennikarza - odparł Malone. - Jeżeli się nie złapie odchodzącego pociągu, zostajemy na lodzie. Już i Enid zaczyna to rozumieć. Ale istotnie mamy jeszcze dosyć czasu.
- Ileście miejsc zwiedzili?...
Enid zajrzała do małego notatnika.
- Już siedem. Opactwo Westminsterskie, kościół Św. Agaty, plac Tudorów, katedrę Westminsterską dla katolików, ulicę Endell dla prezbiterjanów i Gloncester Square dla unitarjuszów. Lecz dziś zamierzamy wprowadzić pewną zmianę w naszym programie, chcemy odwiedzić spirytystów.
Challenger parsknął jak rozjuszony bawół.
- A w następnym tygodniu szpital obłąkanych, zapewne - ryknął - chyba nie wmówisz we mnie Malone, że ci upiorni ludzie mają swe własne kościoły.
- Dowiadywałem się o tem - rzekł Malone. - Ja zwykle zbieram pewne fakty i zasięgam informacji, zanim wezmę się do roboty. Oni mają zgórą 400 zarejestrowanych kościołów w monarchji wielko- brytańskiej.
Challenger zaryczał jak całe stado bawołów.
- Zdaje mi się, że ludzka głupota i łatwowierność nie mają granic. Homo sapiens! Homo idioticus! A do kogóż się oni modlą, ci upiornicy?
- To właśnie mamy zbadać. Musimy porobić na miejscu pewne notatki. Nie potrzebuję powtarzać, profesorze, że w zupełności podzielam pańskie zapatrywania na tę sprawę, lecz niedawno rozmawiałem w tej kwestji z doktorem Atkinsonem ze szpitala Św. Marji. Jest to, jak pan wie, chirurg o coraz bardziej rosnącem wzięciu.
- Słyszałem o nim - specjalista od chorób kręgosłupa.
- Właśnie. To głowa otwarta, uważają go za powagę w psychicznych badaniach, jak zowią teraz nową naukę, zajmującą się temi sprawami.
- Nauka, zaiste!
- Tak ją nazywają. Otóż Atkinson traktuje tych ludzi całkiem poważnie. Pytałem go raz w tej materji, ponieważ on zna na palcach odnośną literaturę. Nazwał ich pionierami rodu ludzkiego.
- Pionierami torującymi ludziom drogę do domu warjatów - zaszydził Challenger. - A literatura? Cóż oni mogą mieć za literaturę?
- Otóż tu mnie właśnie zadziwił. Atkinson ma zgórą pięćset tomów i skarży się, że jego bibljoteka psychiczna jest jeszcze bardzo niekompletna. Są tam dzieła francuskie, niemieckie, włoskie a także i nasze.
- Dzięki Bogu, że to błazeństwo nie ogranicza się do samej biednej starej Anglji. Zaraźliwa głupota!...
- Czyś czytał to wszystko ojcze? - zapytała Enid.
- Czytał? Czyż ja mam czas na to wśród nawału mej pracy naukowej? Chybaś szalona, moja Enid...
- Przepraszam ojca. Ojciec mówił z taką stanowczością... myślałam, że ojciec zna trochę tę literaturę.
Challenger pokręcił swą potężną głową a lwi jego wzrok spoczął na córce.
- Czy ty nie rozumiesz tego, że umysł logiczny, umysł badawczy nie potrzebuje czytać, ani też studjować, by skonstatować fakt, że jest to oczywiste głupstwo. Czyż muszę przechodzić specjalne studja matematyczne, aby odeprzeć twierdzenie człowieka, który dowodzi, że dwa a dwa jest pięć? Czyż trzeba mi na nowo zabrać się do fizyki i odrzucić dawniej poznane prawdy, dlatego, że jakiś oszust czy głupiec utrzymuje, iż stół może sam wznieść się wgórę, wbrew prawu ciążenia? Czyż trzeba na to aż pięciuset tomów, ażeby poinformować nas o kwestji, która sama przez się jest dość jasna i wyświetlona w każdym komisarjacie policji, ilekroć ma się do czynienia z aresztowanym oszustem... Enid, wstydzę się za ciebie.
Dziewczyna roześmiała się głośno i wesoło.
- No już dobrze, dobrze, tatusiu, nie potrzebujesz gniewać się na mnie, składam broń, w gruncie rzeczy jestem tego samego zdania co i ty.
- Niemniej przeto - wtrącił Malone - niektórzy bardzo uczeni ludzie podtrzymują tę teorję. Nie sądzę naprzykład, aby pan mógł śmiać się z takiego Lange'a Crookesa lub innych.
- Nie bądź dzieckiem Malone. Każdy wielki umysł ma swe słabostki. Jest to pewien rodzaj reakcji przeciw rozsądkowi. Trafia się nagle na jakąś żyłkę pozytywnego głupstwa. Tak się ma sprawa i z tymi panami. Nie, Enid, ja nie czytałem ich argumentów i bynajmniej nie myślę ich zgłębiać, są pewne kwestje dostatecznie przez naukę wyświetlone. Gdybyśmy poczęli wracać do starych zagadnień, jakżebyśmy mogli dać sobie radę z nowemi. Ta sprawa jest ustalona zarówno przez zdrowy rozsądek, jak prawo i przez jednomyślną zgodę wszystkich trzeźwych mieszkańców Europy.
- Tak, to prawda - rzekła Enid.
- Chociaż - ciągnął dalej - chociaż muszę przyznać, że zdarzają się pewne wypadki, które mogą być źródłem nieporozumienia na tym punkcie... Zniżył głos i wielkie swe oczy utkwił nieruchomo w przestrzeni.
- Znam wypadki, gdzie najbardziej trzeźwy intelekt - nawet mój własny, może być na chwilę wstrząśnięty.
Malone nadstawił uszu, czując jakiś ciekawy temat do artykułu.
- Cóż to za wypadki? - zapytał. Challenger milczał, zdając się walczyć ze sobą.
Widocznie miał ochotę mówić, lecz wspomnienie sprawiało mu przykrość. Wreszcie uczynił niecierpliwy ruch ręką i począł:
- Nigdym ci o tem nie wspominał, Enid. Było to zbyt przykre, a może zbyt głupie. Wstydziłem się sam przed sobą swego wzruszenia. Jest to dowodem, że nawet najbardziej zrównoważony umysł może być zaskoczony znienacka.
- Cóż takiego?
- Było to bezpośrednio po śmierci mej żony. Znałeś ją pan, wiesz jak bardzo mnie ta śmierć dotknęła. Było to właśnie tej nocy, kiedy jej zwłoki zostały spalone. To straszne, straszne... Widziałem, jak to drogie ciało zsuwało się niżej, coraz niżej, potem błysk płomienia i szczęk żelaznych drzwiczek...
Olbrzym wzdrygnął się i potężną, włochatą ręką przysłonił na chwilę oczy.
- Nie wiem, czemu panu o tem mówię, ot wyszło to jakoś z naszej obecnej rozmowy. Niechaj to będzie ostrzeżeniem dla pana. Otóż tej nocy - właśnie po spaleniu zwłok siedziałem w sali. I ona tam była - dodał, wskazując ruchem głowy Enidę. - Zasnęło biedactwo w fotelu. Pan znasz moje dawne mieszkanie na Rotherfield. Było to w dużej sali. Siedziałem, jak teraz przy kominku. Cały pokój pogrążony był w mroku, jak i mój umysł podówczas. Powinienem był posłać ją do łóżka, lecz ona spała mocno z odchyloną wtył głową, nie chciałem budzić biedaczki. Było to koło pierwszej po północy. Pamiętam, księżyc świecił mglisto przez matowe szyby. Siedziałem pogrążony w myślach. Nagle usłyszałem szelest.
- Co to było?
- Zrazu było to ciche, jak stukanie zegaru, potem wyraźniejsze i prawie głośne - całkiem określone pukanie. A teraz właśnie ten dziwny zbieg okoliczności, rzecz z której powstają legendy, gdy łatwowierny lud pocznie je w swym umyśle kształtować. Musi pan wiedzieć, że moja żona miała swój specjalny sposób stukania do drzwi. Był to w istocie rytm krótkiej melodji wybębnianej palcami. Ja również używałem tego sposobu, tak, żeśmy się poznawali, gdy które z nas do drzwi zastukało. Otóż zdawało mi się - oczywiście zmysły moje były podniecone i nienormalne - że te odgłosy układały się w dobrze mi znany rytm jej stukania. I nie mogłem zlokalizować tego odgłosu, chociaż może pan sobie wyobrazić, jak bardzo się o to starałem. Było to, jakby tuż nade mną, jakby w drewniane obicie ściany. Straciłem rachubę czasu. Lecz śmiało mogę twierdzić, że powtórzyło się to przynajmniej dwanaście razy.
- Oh, ojcze, nic mi o tem nie mówiłeś!
- Nie, lecz wkońcu obudziłem się. Kazałem ci ze mną siedzieć cicho...
- Tak, przypominam sobie.
- Siedzieliśmy dobrą chwilę, lecz nic się nie przytrafiło. Pukanie ustało. Oczywiście było to złudzenie. Może jakiś owad ukryty w drzewie, może bluszcz trącony wiatrem o zewnętrzną ścianę. Mój własny mózg wyroił sobie ten rytm. Tak to my sami robimy się głupcami lub dziećmi. Lecz to zdarzenie pozwoliło mi wejrzeć w siebie. Przekonałem się, jak zdrowy i logicznie myślący człowiek może być oszukany przez własne podniecone zmysły.
- Ale skąd pan wie, że to nie była pańska żona?
- Absurd, Malone, absurd... Wszak ci mówiłem, żem widział, jak jej ciało objęły płomienie. Cóż się zostało z niej...
- Jej duch...
Challenger smutnie potrząsnął głową.
- Kiedy te drogie zwłoki rozłożyły się na swe elementy, gdy gazy uleciały w powietrze, a z ziemskich szczątków pozostała garstka szarego prochu, to już był i koniec wszystkiego. Odegrała swą rolę na ziemi pięknie i szlachetnie. I po wszystkiem. Śmierć wszystko kończy, Malone. To gadanie o duszy jest to animizm dzikich ludów. Mit, przesąd. Jako fizjolog mogę się podjąć wywołać czyn cnotliwy, lub zbrodnię przez opanowanie naczyń krwionośnych, lub podniecenia ośrodków mózgowych. Mogę zamienić Jekyll na Hyde zapomocą chirurgicznej operacji. Inny uczyni to samo dzięki psychologicznej sugestji. Alkohol to uczyni - trucizna. Głupstwo Malone, głupstwo... Gdy drzewo padnie, to leży. Tam niema już jutra... Noc... wieczna noc i długi odpoczynek dla strudzonego robotnika.
- To bardzo smutna filozofja.
- Lepsza smutna niż fałszywa.
- Być może. Jest coś w tem męskiego patrzeć śmiało w oczy smutnej prawdzie. Nie będę się z panem sprzeczał. Owszem, rozsądek mój godzi się na to.
- Lecz mój instynkt protestuje przeciw temu - zawołała Enid. - Nie, nie, nigdy w to nie uwierzę.
Zarzuciła splecione ramiona na potężny kark ojca.
- Nie mów mi, ojcze, że ty z twoją olbrzymią wiedzą, indywidualnością i przedziwnym umysłem staniesz się kiedyś, i już na zawsze, martwą bryłą, jak potrzaskany zegar...
- Cztery wiadra wody i worek soli - rzekł z uśmiechem Challenger, uwalniając się z objęć córki. - Oto jest cały twój ojciec i musisz się z tem pogodzić, moja panienko. No, ale już ósma dochodzi. Jeśli będziesz miał czas, Malone, wróć i ty - może mi opowiesz swe przygody wśród tych obłąkańców.
Arthur Conan Doyle
Tajemnicze krainy
The Land of Mist
Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.
A dual Polish-English language edition.
przekład anonimowy
Armoryka
Sandomierz
Projekt okładki: Juliusz Susak
Wydanie według edycji z roku 1927.
Zachowano oryginalną pisownię.
? Wydawnictwo Armoryka
Wydawnictwo Armoryka
ul. Krucza 16
27- 600 Sandomierz
http://www.armoryka.pl/
ISBN 978-83-7950-575-3
The Land of Mist
CHAPTER I. - IN WHICH OUR SPECIAL COMMISSIONERS MAKE A START.
THE great Professor Challenger has been -very improperly and imperfectly-used in fiction. A daring author placed him in impossible and romantic situations in order to see how he would react to them. He reacted to the extent of a libel action, an abortive appeal for suppression, a riot in Sloane Street, two personal assaults, and the loss of his position as lecturer upon Physiology at the London School of Sub- Tropical Hygiene. Otherwise, the matter passed more peaceably than might have been expected.
But he was losing something of his fire. Those huge shoulders were a little bowed. The spade-shaped Assyrian beard showed tangles of grey amid the black, his eyes were a trifle less aggressive, his smile less self-complacent, his voice as monstrous as ever but less ready to roar down all opposition. Yet he was dangerous, as all around him were painfully aware. The volcano was not extinct, and constant rumblings threatened some new explosion. Life had much yet to teach him, but he was a little less intolerant in learning.
There was a definite date for the change which had been wrought in him. It was the death of his wife. That little bird of a woman had made her nest in the big man's heart. He had all the tenderness and chivalry which the strong can have for the weak. By yielding everything she had won everything, as a sweet- natured, tactful woman can. And when she died suddenly from virulent pneumonia following influenza, the man staggered and went down. He came up again, smiling ruefully like the stricken boxer, and ready to carry on for many a round with Fate. But he was not the same man, and if it had not been for the help and comradeship of his daughter Enid, he might have never rallied from the blow. She it was who, with clever craft, lured him into every subject which would excite his combative nature and infuriate his mind, until he lived once more in the present and not the past. It was only when she saw him turbulent in controversy, violent to pressmen, and generally offensive to those around him, that she felt he was really in a fair way to recovery.
Enid Challenger was a remarkable girl and should have a paragraph to herself. With the raven-black hair of her father, and the blue eyes and fresh colour of her mother, she was striking, if not beautiful, in appearance. She was quiet, but she was very strong. From her infancy she had either to take her own part against her father, or else to consent to be crushed and to become a mere automaton worked by his strong fingers. She was strong enough to hold her own in a gentle, elastic fashion, which bent to his moods and reasserted itself when they were past. Lately she had felt the constant pressure too oppressive and she had relieved it by feeling out for a career of her own. She did occasional odd jobs for the London press, and did them in such fashion that her name was beginning to be known in Fleet Street. In finding this opening she had been greatly helped by an old friend of her father-and possibly of the reader-Mr. Edward Malone of the Daily Gazette.
Malone was still the same athletic Irishman who had once won his international cap at Rugby, but life had toned him down also, and made him a more subdued and thoughtful man. He had put away a good deal when last his football-boots had been packed away for good. His muscles may have wilted and his joints stiffened, but his mind was deeper and more active. The boy was dead and the man was born. In person he had altered little, but his moustache was heavier, his back a little rounded, and some lines of thought were tracing themselves upon his brow. Post-war conditions and new world problems had left their mark. For the rest he had made his name in journalism and even to a small degree in literature. He was still a bachelor, though there were some who thought that his hold on that condition was precarious and that Miss Enid Challenger's little white fingers could disengage it. Certainly they were very good chums.
It was a Sunday evening in October, and the lights were just beginning to twinkle out through the fog which had shrouded London from early morning. Professor Challenger's flat at Victoria West Gardens was upon the third floor, and the mist lay thick upon the windows, while the low hum of the attenuated Sunday traffic rose up from an invisible highway beneath, which was outlined only by scattered patches of dull radiance. Professor Challenger sat with his thick, bandy legs outstretched to the fire, and his hands thrust deeply into trouser pockets. His dress had a little of the eccentricity of genius, for he wore a loose-collared shirt, a large knotted maroon-coloured silk tie, and a black velvet smoking-jacket, which, with his flowing beard, gave him the appearance of an elderly and Bohemian artist. On one side of him ready for an excursion, with bowl hat, short-skirted dress of black, and all the other fashionable devices with which women contrive to deform the beauties of nature, there sat his daughter, while Malone, hat in hand, waited by the window.
˝I think we should get off, Enid. It is nearly seven,˝ said he.
They were writing joint articles upon the religious denominations of London, and on each Sunday evening they sallied out together to sample some new one and get copy for the next week's issue of the Gazette.
˝It's not till eight, Ted. We have lots of time.˝
˝Sit down, sir! Sit down!˝ boomed Challenger, tugging at his beard as was his habit if his temper was rising, ˝there is nothing annoys me more than having anyone standing behind me. A relic of atavism and the fear of a dagger, but still persistent. That's right. For heaven's sake put your hat down! You have a perpetual air of catching a train.˝
˝That's the journalistic life,˝ said Malone. ˝If we don't catch the perpetual train we get left. Even Enid is beginning to understand that. But still, as you say, there is time enough.˝
˝How far have you got?˝ asked Challenger.
Enid consulted a business-like little reporter's notebook. ˝We have done seven. There was Westminster Abbey for the Church in its most picturesque form, and Saint Agatha for the High Church, and Tudor Place for the Low. Then there was the Westminster Cathedral for Catholics, Endell Street for Presbyterians, and Gloucester Square for Unitarians. But to-night we are trying to introduce some variety. We are doing the Spiritualists.˝
Challenger snorted like an angry buffalo.
˝Next week the lunatic asylums, I presume,˝ said he. ˝You don't mean to tell me, Malone, that these ghost people have got churches of their own.˝
˝I've been looking into that,˝ said Malone. ˝I always look up cold facts and figures before I tackle a job. They have over four hundred registered churches in Great Britain.˝
Challenger's snorts now sounded like a whole herd of buffaloes.
˝There seems to me to be absolutely no limit to the inanity and credulity of the human race. Homo Sapiens! Homo idioticus! Who do they pray to- the ghosts?˝
˝Well, that's what we want to find out. We should get some copy out of them. I need not say that I share your view entirely, but I've seen something of Atkinson of St. Mary's Hospital lately. He is a rising surgeon, you know.˝
˝I've heard of him-cerebro-spinal.˝
˝That's the man. He is level-headed and is looked on as an authority on psychic research, as they call the new science which deals with these matters.˝
˝Science, indeed!˝
˝Well, that is what they call it. He seems to take these people seriously. I consult him when I want a reference, for he has the literature at his fingers' end. 'Pioneers of the Human Race'-that was his description.˝
˝Pioneering them to Bedlam,˝ growled Challenger. ˝And literature! What literature have they?˝
˝Well, that was another surprise. Atkinson has five hundred volumes, but complains that his psychic library is very imperfect. You see, there is French, German, Italian, as well as our own.˝
˝Well, thank God all the folly is not confined to poor old England. Pestilential nonsense!˝
˝Have you read it up at all, Father?˝ asked Enid.
˝Read it up! I, with all my interests and no time for one-half of them! Enid, you are too absurd.˝
˝Sorry, Father. You spoke with such assurance, I thought you knew something about it.˝
Challenger's huge head swung round and his lion's glare rested upon his daughter.
˝Do you conceive that a logical brain, a brain of the first order, needs to read and to study before it can detect a manifest absurdity? Am I to study mathematics in order to confute the man who tells me that two and two are five? Must I study physics once more and take down my Principia because some rogue or fool insists that a table can rise in the air against the law of gravity? Does it take five hundred volume to inform us of a thing which is proved in every police-court when an impostor is exposed? Enid, I am ashamed of you!˝
His daughter laughed merrily.
˝Well, Dad, you need not roar at me any more. I give in. In fact, I have the same feeling that you have.˝
˝None the less,˝ said Malone, ˝some good men support them. I don't see that you can laugh at Lodge and Crookes and the others.˝
˝Don't be absurd, Malone. Every great mind has its weaker side. It is a sort of reaction against all the good sense. You come suddenly upon a vein of positive nonsense. That is what is the matter with these fellows. No, Enid, I haven't read their reasons, and I don't mean to, either; some things are beyond the pale. If we re-open all the old questions, how can we ever get ahead with the new ones? This matter is settled by common sense, the law of England, and by the universal assent of every sane European.˝
˝So that's that!˝ said Enid.
˝However,˝ he continued, ˝I can admit that there are occasional excuses for misunderstandings upon the point.˝ He sank his voice, and his great grey eyes looked sadly up into vacancy. ˝I have known cases where the coldest intellect-even my own intellect-might, for a moment have been shaken.˝
Malone scented copy.
˝Yes, sir?˝
Challenger hesitated. He seemed to be struggling with himself. He wished to speak, and yet speech was painful. Then, with an abrupt, impatient gesture, he plunged into his story:
˝I never told you, Enid. It was too-too intimate. Perhaps too absurd. I was ashamed to have been so shaken. But it shows how even the best balanced may be caught unawares.˝
˝Yes, sir?˝
˝It was after my wife's death. You knew her, Malone You can guess what it meant to me. It was the night after the cremation-horrible, Malone, horrible! I saw the dear little body slide down, down... and then the glare of flame and the door clanged to.˝ His great body shook and he passed his big, hairy hand over his eyes.
˝I don't know why I tell you this; the talk seemed to lead up to it. It may be a warning to you. That night-the night after the cremation-I sat up in the hall. She was there,˝ he nodded at Enid. ˝She had fallen asleep in a chair, poor girl. You know the house at Rotherfield, Malone. It was in the big hall. I sat by the fireplace, the room all draped in shadow, and my mind draped In shadow also. I should have sent her to bed, but she was lying back in her chair and I did not wish to wake her. It may have been one in the morning-I remember the moon shining through the stained-glass window. I sat and I brooded. Then suddenly there came a noise.˝
˝Yes, sir?˝
˝It was low at first just a ticking. Then it grew louder and more distinct-it was a clear rat-tat-tat. Now comes the queer coincidence, the sort of thing out of which legends grow when credulous folk have the shaping of them. You must know that my wife had a peculiar way of knocking at a door. It was really a little tune which she played with her fingers. I got into the some way so that we could each know when the other knocked. Well, it seemed to me-of course my mind was strained and abnormal-that the taps shaped themselves into the well-known rhythm of her knock. I couldn't localize it. You can think how eagerly I tried. It was above me, somewhere on the woodwork. I lost sense of time. I daresay it was repeated a dozen times at least.˝
˝Oh, Dad, you never told me!˝
˝No, but I woke you up. I asked you to sit quiet with me for a little.˝
˝Yes, I remember that!˝
˝Well, we sat, but nothing happened. Not a sound more. Of course it was a delusion. Some insect in the wood; the ivy on the outer wall. My own brain furnished the rhythm. Thus do we make fools and children of ourselves. But it gave me an insight. I saw how even a clever man could be deceived by his own emotions.˝
˝But how do you know, sir, that it was not your wife.˝
˝Absurd, Malone! Absurd, I say! I tell you I saw her in the flames. What was there left?˝
˝Her soul, her spirit.˝
Challenger shook his head sadly.
˝When that dear body dissolved into its elements-when its gases went into the air and its residue of solids sank into a grey dust-it was the end. There was no more. She had played her part, played it beautifully, nobly. It was done. Death ends all, Malone. This soul talk is the Animism of savages. It is a superstition, a myth. As a physiologist I will undertake to produce crime or virtue by vascular control or cerebral stimulation. I will turn a Jekyll into a Hyde by a surgical operation. Another can do it by a psychological suggestion. Alcohol will do it. Drugs will do it. Absurd, Malone, absurd! As the tree falls, so does it lie. There is no next morning-night-eternal night-and long rest for the weary worker.˝
˝Well, it's a sad philosophy.˝
˝Better a sad than a false one.˝
˝Perhaps so. There is something virile and manly in facing the worst. I would not contradict. My reason is with you.˝
˝But my instincts are against!˝ cried Enid. ˝No, no, never can I believe it.˝ She threw her arms round the great bull neck. ˝Don't tell me, Daddy, that you with all your complex brain and wonderful self are a thing with no more life hereafter than a broken clock!˝
˝Four buckets of water and a bagful of salts,˝ said Challenger as he smilingly detached his daughter's grip. ˝That's your daddy, my lass, and you may as well reconcile your mind to it. Well, it's twenty to eight.- Come back, if you can, Malone, and let me hear your adventures among the insane.˝