Torpedy akustyczne
Główny doradca reichsministra Speera1 do spraw techniki
morskiej, profesor i doktor nauk technicznych, inżynier Otto Ratzel,
przeżywał swój wielki dzień. W ośrodku techniki morskiej, który mieścił
się nad pięknym pomorskim jeziorem Madüsee (Miedwie) niedaleko
Szczecina, pomyślnie zakończono ostatnie próby z nową tajemniczą
torpedą, oznaczoną symbolem T-5. Torpeda ta miała zasadniczą przewagą
nad swymi poprzedniczkami - zawsze trafiała w cel. Najważniejszą jej
częścią była głowica akustyczna, wyposażona w dwa hydrofony.
T-5 można było wypuścić z dość znacznej odległości i początkowo
poruszała się ona z dość dużą prędkością, jak normalna torpeda. W pewnej
jednak odległości od celu włączały się hydrofony, zmieniając kurs
torpedy w zależności od położenia celu i prowadząc ją prosto do źródła
dźwięku, którym najczęściej były maszyny atakowanego okrętu. Po
włączeniu się hydrofonów prędkość torpedy automatycznie malała w celu
zmniejszenia szumów własnych, które mogłyby działać zakłócająco.
Teoretycznie więc żaden manewr nie chronił okrętu od zagłady. Nawet
gdyby się próbował wywijać, nieomylne hydrofony zawsze poprowadziłyby
torpedę do rufy okrętu.
Dzisiejsze próby zresztą całkowicie potwierdziły wszystkie założenia
teoretyczne. Na oczach reichsministra Speera. obydwu admirałów i wielu
specjalistów zaproszonych z Berlina śmigły ścigacz wyczyniał
nieprawdopodobne cuda, aby ujść przed torpedą. Na próżno jednak.
Specjalnie przygotowana torpeda T-5, bez ładunku wybuchowego, jak cień
mknęła śladem ścigacza, uderzając po kilkudziesięciu sekundach o jego
rufę.
Serdecznym uściskom dłoni i gratulacjom nie było końca. Reichsminister
Speer osobiście połączył się z "Wolfschanze" i złożył meldunek
Hitlerowi, który natychmiast na ręce Ratzela przysłał depeszę
gratulacyjną i złotą odznakę NSDAP.
Niemiecka Kriegsmarine otrzymała nową, tajemniczą broń.
* * *
Niszczyciel "Themse" szedł w osłonie niewielkiego amerykańskiego
konwoju. Ponieważ jego "asdik" wykrył nieprzyjacielski okręt podwodny
idący za konwojem, Harrisson zdecydował się zostać nieco w tyle i zaatakować go. Gdy "Themse" wykonywał jeden ze swych manewrów, nagle
rozległ się przestraszony głos wachtowego:
- Cztery rumby z lewa torpeda!
Jeszcze nie przebrzmiał głos wachtowego, gdy Harrisson prawie
automatycznie przestawił rączkę telegrafu maszynowego na "cała naprzód"
i błyskawicznie przyłożył do oczu lornetkę. Biały ślad torpedy znaczył
się w odległości około pól mili. Odetchnął z ulgą. Powinni zdążyć
wykonać unik.
- Ster w lewo - rzucił sternikowi i nacisnął ręką przycisk syreny
alarmowej. Rozległ się głuchy przerywany sygnał alarmu torpedowego. Na
pokład zaczęli wysypywać się marynarze, dopinając w biegu kamizelki
ratownicze i zajmując stanowiska bojowe.
Okręt tymczasem na pełnej mocy skręcił dość ciasnym łukiem w lewo,
starając się zejść z drogi torpedzie. Było prawie pewne, że mu się to
uda i torpeda przemknąwszy obok okrętu zginie w bezkresie oceanu.
Nagle głośny okrzyk wyrwał się z ust marynarzy. Oto torpeda nagle
zmniejszyła szybkość, a potem zaczęła zakrzywiać swój tor, idąc w ślad
za okrętem.
"Czary czy co" - pomyślał Harrisson i rozkazał możliwie maksymalnie
wychylić ster. Okręt głęboko położył się na burtę i w ciasnym zakręcie
usiłował ujść natrętnej torpedzie. Na próżno jednak. Torpeda, jak
zaczarowana, powtarzała każdy manewr okrętu, coraz bardziej się do niego
zbliżając.
Nagle rozległ się ogłuszający huk - torpeda uderzyła w rufową część
okrętu. Wstrząs był tak silny, że oficerowie na pomoście bojowym ledwo
utrzymali się na nogach.
W wyniku wybuchu oderwał się ster, obie śruby i powstała olbrzymia
dziura w rufie okrętu. Tylko dzięki przytomności Harrissona i natychmiastowemu zamknięciu grodzi wodoszczelnych poważnie uszkodzony
okręt nie zatonął. Zanurzył się tylko głębiej niż zwykle i stracił
możność jakichkolwiek ruchów. Teraz mógł być łatwym łupem każdego okrętu
podwodnego.
W eter pomknęły wołania: SOS, SOS. SOS...
* * *
Po zgłoszeniu przez kapitana Harrissona przełożonym informacji o nietypowym zachowaniu niemieckiej torpedy, zajął się tym zagadnieniem
oddział eksperymentalno-taktyczny ośrodka obrony floty atlantyckiej
przed okrętami podwodnymi, czyli "Antisubmarine Development Detachment".
W ciągu stosunkowo krótkiego czasu opracowano w ośrodku specjalny
przyrząd ochronny typu FXR, który skutecznie miał zakłócać pracę
niemieckich hydrofonów. Brakowało tylko jeszcze możliwie dokładnego
wzorca torpedy niemieckiej, za pomocą której można byłoby dokładnie
sprawdzić działalność przyrządu FXR.
I tu z pomocą przyszła Royal Navy, która posiadała już w tym okresie
całkowicie wykończony wzorzec torpedy niemieckiej, której dane
techniczne w pełni pokrywały się z oryginałem, co później zresztą
zostało potwierdzone przez amerykański wywiad.
Przyrząd FXR zdał egzamin i wszystkie okręty amerykańskie zostały
wyposażone w to urządzenie. Praktyka jednak wykazała, że przyrząd ten
łatwo ulegał uszkodzeniom i wymagał nadzwyczaj troskliwej obsługi.
Gdy Niemcy zaczęli masowo używać torped akustycznych, większość obliczeń
i doświadczeń prowadzonych przez badawcze ośrodki alianckie była już na
ukończeniu. Do chwili wprowadzenia odpowiednich urządzeń ochronnych
kilkanaście statków zostało zatopionych.
Admirał Dönitz chodził wściekły po swoim gabinecie. Właśnie przed chwilą
miał bardzo nieprzyjemną rozmowę z samym Führerem. Hitler miał wielkie
pretensje do Kriegsmarine, że marnuje taki piękny wynalazek, takim jest
torpeda doktora Ratzela. Przecież do tej pory połowa floty angielskiej i amerykańskiej powinna być zatopiona. Ba, powinna być! Ale chyba
wszystkie złe moce sprzysięgły się przeciwko niemieckiej marynarce, bo
po pierwszych sukcesach zaczęły się dziać cuda. Torpedy, zamiast mknąć
do celu, zaczynały dostawać kręćka i albo szły w ocean, albo jakimś
tajemniczym sposobem wybuchały daleko za okrętem. Admirał zaczynał już
wierzyć, że Amerykanie rzeczywiście posiadają jakieś promienie,
powodujące wybuch torpedy w określonej odległości od okrętu. Sprawdzano
je przecież kilkadziesiąt razy nadzwyczaj szczegółowo i nie natrafiono
nawet na ślad jakiejkolwiek usterki. Sam doktor Ratzel przeprowadzał
kilkanaście razy dodatkowe próby kontrolne na jeziorze Madüsee, lecz nie
stwierdził żadnej nieprawidłowości w działaniu hydrofonów; torpeda za
każdym razem prawidłowo uderzała w cel. Te same jednak torpedy
załadowane na okręty podwodne i wyrzucone przeciw nieprzyjacielskim
statkom zaczynały wyprawiać dziwne harce i chybiały celu lub wybuchały
poza nim. Abwehra do tej pory również nie zdołała rozwiązać zagadki. I jak tu nie wierzyć w nadprzyrodzone siły!
Admirał sięgnął do pudelka, wyjął z niego cygaro, z namaszczeniem odciął
jego koniec i zapalił. Zaciągnąwszy się opadł na fotel i głęboko się
zamyślił...
Radar
WIELKA POMYŁKA ADMIRAŁA
Był zwykły jesienny dzień 1937 roku. Szczupły mężczyzna w szarym,
doskonale skrojonym garniturze przechadzał się wolnym krokiem po dużym,
nadzwyczaj starannie i ze smakiem urządzonym gabinecie. Głośniejsze
westchnienia wydawane przez niego od czasu do czasu oraz głęboka bruzda
przecinająca jego czoło pozwalały sądzić, że ma on jakieś bardzo poważne
kłopoty.
- Donnerwetter! - zamruczał w pewnej chwili pod nosem. - Wozu sollen
solche Türme dienen?2
Jeszcze raz zajrzał do leżących na biurku raportów. Niestety, były to
tylko suche i lapidarne meldunki od poszczególnych rezydentów wywiadu
niemieckiego na Anglię, które donosiły, że na kredowych skałach w okolicy Dover wybudowano szereg cienkich stalowych wież o wysokości
prawie 100 metrów. O ich przeznaczeniu lub wykorzystaniu nie było jednak
ani słowa.
Mózg mężczyzny pracował wytrwale. Trudno jednak było dojść do jakichś
logicznych wniosków. Stanowczym ruchem nacisnął w końcu guzik
elektrycznego dzwonka. Olbrzymie, obite ciemnowiśniową skórą drzwi
otworzyły się bezszelestnie i na progu gabinetu zjawił się młody,
przystojny człowiek w mundurze majora Luftwaffe, kierując pytający wzrok
na szarego mężczyznę.
- Widział pan już te raporty, Keller? - padło od biurka pytanie.
- Jawohl, Herr Admiral.
- No i co pan o tym wszystkim sądzi?
- Uważam, że to fałszywy alarm. Pewno postawili jakieś nowe urządzenia
nawigacyjne dla statków płynących przez kanał La Manche. No bo przecież
- dodał po krótkiej chwili - "Radioentdecker" czy "Freya" są dla nich
absolutną tajemnicą.
Admirał Canaris, szef hitlerowskiej Abwehry, nie był jednak całkowicie
przekonany o słuszności tezy Kellera. Jako stary wyjadacz szpiegowski
wiedział dobrze, że bardzo rzadko udaje się do końca uchować jakąkolwiek
tajemnicę, a cóż dopiero nową, tajemniczą broń. Zbyt wysoko zresztą
oceniał brytyjską Intelligence Service. Zwolniwszy majora Kellera,
usiadł w głębokim fotelu, zapalił papierosa i nacisnął czerwony guzik
znajdujący się na oparciu fotela. Po naciśnięciu guzika nad drzwiami
zapłonęła czerwona lampka ogłaszająca wszystkim, że wstęp do gabinetu
jest absolutnie wzbroniony. Otaczając się kłębami wonnego dymu, admirał
jeszcze raz przypomniał sobie charakterystyczne momenty ostatnich
manewrów, podczas których po raz pierwszy zastosowano nowy wynalazek.
...Jak w odwiecznym schemacie: "biali" i "niebiescy". Poprzez okolice
Świnoujścia ciężko toczą się opasłe cielska czołgów, atakując, z udziałem piechoty, lotnictwa i marynarki, bramę do portu szczecińskiego.
W niewielkiej odległości od ujścia Odry znajduje się Golm - niezbyt
wielki pagórek o wysokości 59 metrów. Na szczycie jego stoi jakiś aparat
o zadziwiających kształtach, który jest obsługiwany przez kilku
radiomechaników, noszących mundury Kriegsmarine. Wywoływał on wiele
ironicznych uśmiechów na twarzach oficerów piechoty, przejeżdżających
obok pagórka.
Bomba wybuchła dopiero wtedy, gdy radiomechanicy zameldowali dowódcy
"białych", że w odległości około 100 kilometrów znajduje się "obcy"
samolot, lecący w ich kierunku. Na porytym bruzdami obliczu starego
generała odmalowało się niedowierzanie, które jednak szybko przeszło w osłupienie, gdy z meldowanego kierunku istotnie nadleciał samolot. A więc można bez żadnych aparatów optycznych wykrywać samoloty znajdujące
się w powietrzu, nawet w dość znacznej odległości. Ten cudowny aparat,
zbudowany przez znaną firmę Gema, był pierwszą niemiecką stacją
radiolokacyjną zastosowaną dla potrzeb Wehrmachtu. Ze względu na
tajemnicę wojskową nadano mu kryptonim "Freya"...
Admirał ocknął się z zamyślenia, zapalił ponownie papierosa i jeszcze
raz przeliczył w pamięci wszystkie osoby, które wiedziały o cudownym
wynalazku. Niestety, na żadną z nich nie można było rzucić nawet cienia
podejrzenia. Istniało więc bardzo duże prawdopodobieństwo, że Anglicy
nawet nie domyślali się, jak potężna i tajemnicza broń znajduje się w niemieckich rękach. Po co jednak w takim razie budowali swoje wieże?
Nagle twarz mu się rozjaśniła. Przecież jeśli są to wieże radarowe, to
wystarczy wysłać samolot zaopatrzony w radioaparaty podsłuchowe, mające
szeroki zakres odbioru, i przekonać się, czy wieże te nadają jakieś
sygnały.
Nacisnął czerwony i zielony guzik z lewej strony biurka. W drzwiach
zjawił się nienaganny, jak zwykle, Keller. Stalowe oczy Canarisa z przyjemnością spoczęły na wojskowej sylwetce majora.
- Proszę poprosić do mnie pułkownika Bauera - rzucił krótko.
Za chwilę w gabinecie pojawiła się sylwetka lekko siwego starszego pana
o nadzwyczaj ujmującym wyglądzie zewnętrznym. Lekkim ruchem dłoni
admirał wskazał mu miejsce w jednym z klubowych foteli, sam sadowiąc się
w drugim. Keller, wziąwszy z biurka duży notatnik z napisem "Ściśle
tajne" i przysunąwszy bliżej dużą popielniczkę, usadowił się obok.
- Moi panowie - zaczął Canaris - musimy za wszelką cenę wyjaśnić
tajemnicę stalowych wież w południowej Anglii. Pan - zwrócił się do
Kellera - osobiście wykona kilkanaście lotów w różnych porach doby na
specjalnym samolocie zaopatrzonym w radioaparaty podsłuchowe i namiarowe
i przekona się, czy wysyłają one jakiekolwiek sygnały. Proszę o jak
największą ostrożność, gdyż tajemnica musi być w zupełności zachowana.
Pan zaś, pułkowniku Bauer, przez swych rezydentów w Anglii wybada, czy
na wieżach tych nie montuje się czasami jakichś dziwnych urządzeń, które
mogłyby nam ewentualnie sprawić nieprzyjemną niespodziankę. Jeśli
panowie nie mają żadnych pytań, dziękuję...
Obaj oficerowie podnieśli się i, uścisnąwszy dłoń admirała, wyszli z gabinetu. Canaris odetchnął z ulgą. Tym ludziom mógł zawierzyć.
Keller natychmiast porozumiał się z dowództwem Luftwaffe i już w kilka
dni potem wykonał pierwszy lot patrolowy. Mimo jednak, iż operator
kręcił gaikami aparatu na wszystkie strony, nie odebrał żadnego sygnału.
Przeklęte wieże milczały. Loty powtarzano, lecz wieże nie odzywały się
nadal.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki