Rozdział I
Zguba czy wybawienie? - Wezwanie Ayrtona - Ważna dyskusja - To nie jest "Duncan" - Podejrzany okręt - Środki ostrożności - Statek się zbliża - Strzał armatni - Bryg rzuca kotwicę naprzeciw wyspy - Nadchodzi noc
Już dwa i pół roku temu rozbitkowie z balonu zostali wyrzuceni na Wyspę Lincolna, lecz do tej pory nie udało im się nawiązać łączności z innymi ludźmi, swymi bliźnimi. Reporter raz próbował skontaktować się z zamieszkanym światem, powierzając ptakowi notatkę zawierającą informację o ich położeniu, lecz była to próba, na którą nie można było poważnie liczyć. Jedynie Ayrton w znanych nam już okolicznościach dołączył do członków małej kolonii. Tymczasem tego dnia, siedemnastego października, na tych zawsze pustych wodach niespodziewanie w pobliżu wyspy pojawili się inni ludzie!
Nie było co do tego wątpliwości! Widać było statek! Jednak czy popłynie on dalej, czy też przybije do brzegu? Oczywiście za kilka godzin koloniści będą wiedzieli, co o tym sądzić i czego się trzymać.
Cyrus Smith i Harbert natychmiast przywołali Gedeona Spiletta, Pencroffa i Naba do wielkiej sali w Granitowym Pałacu i zapoznali ich z tym, co się obecnie działo. Pencroff, chwyciwszy w ręce lunetę, szybko przejrzał cały horyzont i zatrzymał się na wskazanym punkcie, to znaczy na tym, który spowodował powstanie prawie niewidocznej plamki na kliszy fotograficznej.
- Do tysiąca diabłów! To rzeczywiście statek! - wykrzyknął głosem, w którym nie dało się wyczuć zbytniego zadowolenia.
- Płynie w naszą stronę? - spytał Gedeon Spilett.
- Jeszcze nie można tego stwierdzić - odparł Pencroff - ponieważ ponad horyzontem widać tylko jego maszty, a nie można dostrzec ani kawałka kadłuba!
- Co trzeba zrobić? - spytał mody chłopiec.
- Musimy czekać - odparł Cyrus Smith.
Przez dość długi czas koloniści trwali w milczeniu, całkowicie pogrążeni w myślach, ogarnięci emocjami, wszelkimi obawami i wszelkimi nadziejami, które mogły się zrodzić pod wpływem takiego wydarzenia - najpoważniejszego od czasu ich przybycia na Wyspę Lincolna.
Bez wątpienia koloniści nie byli już w sytuacji porzuconych na jałowej wysepce rozbitków, którzy walczą o nędzną egzystencję z macoszą naturą, nieustannie zżeranych potrzebą ponownego zobaczenia cywilizowanych ziem. Zwłaszcza Pencroff i Nab, którzy naraz poczuli się tutaj tacy szczęśliwi i tacy bogaci, że nie bez żalu opuściliby wyspę. Poza tym przyzwyczaili się do swego nowego życia w swej nowej posiadłości, którą, że tak powiem, do tego stopnia ucywilizowała ich inteligencja! Niemniej jednak statek przynosił może również nowiny z kontynentu, być może był to kawałek ojczyzny, który wypłynął na ich spotkanie. Na nim znajdowały się podobne do nich istoty, zatem nic dziwnego, że ich serca zabiły mocniej na jego widok!
Od czasu do czasu Pencroff ponownie brał do rąk lunetę i stawał przy oknie. Stąd z najwyższą uwagą przyglądał się statkowi, który znajdował się teraz w odległości dwudziestu mil na wschód. Koloniści wciąż nie mieli żadnego sposobu, żeby zasygnalizować swoją bytność w tym miejscu. Flaga nie zostałaby zauważona, wystrzału by nie usłyszano, ognia by nie dostrzeżono.
Mimo to było rzeczą pewną, że wyspa, z dominującą nad nią Górą Franklina, nie mogła ujść spojrzeniem wachtowych na pokładzie. Po co jednak statek miałby tu przybijać do brzegu? Czyż to nie zwykły przypadek przywiódł go w tę część Pacyfiku, gdzie, jak wskazywały mapy, nie było żadnego lądu oprócz wysepki Tabor, leżącej zresztą z dala od szlaków zwykle obieranych przez statki oceaniczne odbywające rejsy po polinezyjskich archipelagach, do Nowej Zelandii i na amerykańskie wybrzeże?
To pytanie zadawał sobie każdy z nich, gdy nagle Harbert znalazł na nie odpowiedź.
- Czyżby to był "Duncan"?! - zawołał.
"Duncan", jak zapewne pamiętamy, był to jacht lorda Glenarvana, którzy porzucił Ayrtona na wysepce i który pewnego dnia miał po niego wrócić. Otóż ta wysepka nie znajdowała tak daleko od Wyspy Lincolna, by statek płynący na jedną z nich nie mógł przepływać obok drugiej. Dzieliło je zaledwie sto pięćdziesiąt mil długości i siedemdziesiąt pięć mil szerokości geograficznej.
- Należy powiadomić Ayrtona - powiedział Gedeon Spilett - i natychmiast go tutaj wezwać. On jeden może nam powiedzieć, czy to jest "Duncan".
Takiego zdania byli wszyscy, więc reporter podszedł do telegrafu łączącego corral z Granitowym Pałacem i wysłał telegram:
Przybywaj niezwłocznie.
Kilka chwil później rozbrzmiał dźwięk dzwonka.
Przybywam - odpowiedział Ayrton.
Potem koloniści nadal uważnie obserwowali statek.
- Jeśli to "Duncan" - powiedział Harbert - Ayrton bez trudu go rozpozna, skoro przez jakiś czas żeglował na jego pokładzie.
- A jeśli go rozpozna, to ogarną go wielkie emocje! - dodał Pencroff.
- Tak - przyznał Cyrus Smith - ale teraz Ayrton jest godny tego, by wejść na pokład "Duncana", i dałby Bóg, żeby to naprawdę był jacht lorda Glenarvana, bo każdy inny statek wyda mi się podejrzany! Te wody są mało uczęszczane i ciągle obawiam się wizyty na naszej wyspie jakichś malajskich piratów.
- Obronimy ją! - wykrzyknął Harbert.
- Bez wątpienia, moje dziecko - odparł inżynier z uśmiechem - lecz wolałbym, żebyśmy nie musieli jej bronić.
- Jedna uwaga - odezwał się Gedeon Spilett. - Wyspa Lincolna nie jest znana żeglarzom, ponieważ nie ma jej nawet na najnowszych mapach. Nie uważa pan zatem, Cyrusie, że to jest powód, aby statek, zauważywszy niespodziewanie nieznaną ziemię, chciałby ją raczej zwiedzić, niż omijać?
- Z pewnością - przyznał Pencroff.
- Ja też tak myślę - dodał inżynier. - Można nawet twierdzić, że obowiązkiem kapitana jest odnotowanie, a co za tym idzie także rozpoznanie każdego lądu czy też wyspy nienaniesionych jeszcze na mapy, a tak jest w przypadku Wyspy Lincolna.
- Dobrze - powiedział wówczas Pencroff - przypuśćmy, że ten statek podpłynie do brzegu i zakotwiczy w odległości kilku kabli od naszej wyspy. Cóż wtedy uczynimy?
To pytanie padło tak nagle, że przez chwilę pozostało bez odpowiedzi. Po namyśle Cyrus Smith rzekł z właściwym mu spokojem:
- Zrobimy to, co będziemy musieli zrobić, moi przyjaciele: nawiążemy kontakt ze statkiem, wejdziemy na jego pokład i opuścimy naszą wyspę, przejąwszy ją na własność w imieniu Stanów Unii. Następnie wrócimy tu z wszystkimi tymi, którzy będą chcieli nam towarzyszyć, by ostatecznie skolonizować wyspę i ofiarować Republice Amerykańskiej użyteczną bazę w tej części Oceanu Spokojnego!
- Hurra! - krzyknął Pencroff. - To nie będzie wcale mały podarunek zrobiony naszemu krajowi! Kolonizacja wyspy już przecież niemal ukończona, nadaliśmy nazwy wszystkim jej częściom, mamy naturalny port, możliwość zaopatrywania okrętów w wodę pitną, drogi, linię telegraficzną, stocznię, zakład przemysłowy. Tak więc nie pozostaje nic innego, jak tylko nanieść Wyspę Lincolna na mapy!
- A jeśli ktoś podczas naszej nieobecności nią zawładnie? - zaniepokoił się Gedeon Spilett.
- Do tysiąca diabłów! - wykrzyknął marynarz. - Prędzej tu zostanę sam, by jej pilnować, i słowo Pencroffa, nikt mi jej nie ukradnie, jak zegarka z kieszeni jakiegoś gapy!
Przez całą godzinę nie można było stwierdzić z całą pewnością, czy dostrzeżony statek płynie w stronę Wyspy Lincolna, czy też nie. Wprawdzie zbliżył się nieco, ale jakim kursem się poruszał, tego właśnie Pencroff nie potrafił określić. Ponieważ jednak wiatr wiał z północnego wschodu, można było z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że statek płynął prawym halsem. Poza tym sprzyjający wiaterek sam go spychał na wody w pobliżu wyspy, a przy tak spokojnym morzu nie musiano się obawiać do niej zbliżyć, chociaż głębokość przy brzegu nie była przecież odnotowana na mapach.
Około czwartej - godzinę po tym, jak został wezwany - Ayrton dotarł do Granitowego Pałacu. Wszedł do wielkiej sali i powiedział:
- Jestem do usług, panowie.
Cyrus Smith podał mu rękę, jak to miał zwyczaj czynić, i podprowadziwszy go do okna, rzekł do niego:
- Ayrton, prosiliśmy pana o przybycie z pewnego ważnego powodu. Na morzu dostrzegliśmy statek.
Z początku Ayrton pobladł lekko, a jego wzrok na chwilę się zmącił. Potem wychylił się przez okno i przebiegł spojrzeniem horyzont, ale nic nie dostrzegł.
- Proszę wziąć tę lunetę, Ayrton - powiedział Gedeon Spilett - i dobrze się przyjrzeć, ponieważ jest możliwe, że tym statkiem jest "Duncan", który przybył na te wody, by pana zabrać do kraju.
- "Duncan"! - szepnął Ayrton. - Już!
Ostatnie słowo jakby mimowolnie wyrwało się z ust Ayrtona, który zaraz ukrył twarz w dłoniach.
Czyżby owe dwanaście lat opuszczenia na bezludnej wyspie uznał za niewystarczającą pokutę? Czyżby skruszony winowajca nie czuł się jeszcze rozgrzeszony bądź to we własnych oczach, bądź w oczach innych?
- Nie! - rzekł. - Nie! To nie może być "Duncan".
- Niech się pan przyjrzy, Ayrton - powiedział wtedy inżynier - ważne jest bowiem, byśmy wcześniej wiedzieli, czego mamy się trzymać.
Ayrton wziął lunetę i skierował ją we wskazanym kierunku. Przez kilka minut, nie ruszając się ani nie mówiąc, obserwował horyzont. Wreszcie powiedział:
- Rzeczywiście, to statek, ale nie sądzę, żeby to był "Duncan".
- Dlaczego nie miałby to być on? - spytał Gedeon Spilett.
- Ponieważ "Duncan" jest jachtem parowym, a ja nie widzę śladu dymu ani ponad, ani za tym statkiem.
- Może płynie teraz tylko pod żaglami? - zauważył Pencroff. - Wydaje się, że ma wiatr sprzyjający dla jego kursu, a będąc tak daleko od jakiegokolwiek lądu, jest zmuszony oszczędzać paliwo.
- Możliwe, że ma pan rację, panie Pencroff - odpowiedział Ayrton - i że na statku wygaszono paleniska. Niech podpłynie do wybrzeża i wkrótce będziemy wiedzieć, czego mamy się trzymać.
Powiedziawszy to, Ayrton usiadł w kącie wielkiej sali i cały czas milczał. Koloniści rozmawiali jeszcze na temat nieznanego statku, lecz Ayrton nie brał już udziału w dyskusji.
Wszyscy znajdowali się wówczas w stanie ducha, który nie pozwalał im na kontynuowanie jakichkolwiek prac. Gedeon Spilett i Pencroff, jakoś dziwnie zdenerwowani, chodzili w tę i z powrotem, nie mogąc usiedzieć w miejscu. Harberta paliła raczej ciekawość. Jedynie Nab zachował swój zwykły spokój. Czyż jego ojczyzna nie była tam, gdzie znajdował się jego pan? Jeśli chodzi o inżyniera, to pozostawał pogrążony w swych myślach i w głębi duszy raczej się obawiał, niż życzył sobie przybycia tego statku.
Tymczasem statek przybliżył się nieco do wyspy. Wspomagając się lunetą, zdołali rozpoznać, że był to statek dalekomorski, a nie jedna z tych malajskich proa, którymi zazwyczaj posługują się piraci buszujący po wodach Pacyfiku. Można więc było sądzić, że obawy inżyniera nie okażą się słuszne i że obecność tego statku w pobliżu Wyspy Lincolna nie stanowi dla niej żadnego zagrożenia. Pencroff, przyjrzawszy mu się, mógł stwierdzić, że jest to statek otaklowany jak bryg i że płynie ukośnie do brzegu prawym halsem pod dolnymi żaglami oraz pod marslami i bramslami1. Ayrton potwierdził jego zdanie.
Jednak płynąc dalej tym samym kursem, statek wkrótce musiał się skryć za Przylądkiem Pazura, gdyż kierował się na południowy zachód. By móc dalej go obserwować, trzeba byłoby się wspiąć na wyżynę przy Zatoce Waszyngtona, w pobliżu Portu Balonu. Była to niekorzystna okoliczność, gdyż dochodziła piąta po południu, a zapadający zmierzch utrudniłby znacznie obserwację.
- Co zrobimy, gdy zapadną ciemności? - spytał Gedeon Spilett. - Rozpalimy ognisko, by zasygnalizować naszą obecność na tym wybrzeżu?
Było to bardzo ważne pytanie, a jednak, wbrew niejasnym przeczuciom, które nie opuściły inżyniera, odpowiedź na nie brzmiała twierdząco. Statek mógł przecież zniknąć w ciemnościach nocy i odpłynąć na zawsze, a czy kiedyś pojawi się na wodach Wyspy Lincolna jakiś inny? Kto wie, jaką przyszłość los szykuje kolonistom?
- Tak, musimy dać znać tym na statku, skądkolwiek przybywają - stwierdził reporter - że wyspa jest zamieszkana. Gdybyśmy zlekceważyli szansę, która została nam oferowana, w przyszłości robilibyśmy sobie wyrzuty!
Postanowiono zatem, że Nab i Pencroff udadzą się do Portu Balonu i tam po zapadnięciu zmroku rozpalą wielkie ognisko, którego blask z pewnością przyciągnie uwagę załogi brygu.
Tymczasem w chwili, gdy Nab i marynarz szykowali się do opuszczenia Granitowego Pałacu, statek zmienił nagle kurs i zmierzał wprost na wyspę, kierując się do Zatoki Unii. Ten bryg musiał być dobrym żaglowcem, ponieważ bardzo szybko się zbliżał.
Nab i Pencroff wstrzymali się więc z wyjściem, a Ayrtonowi dano do rąk lunetę, by w ostateczny sposób mógł rozstrzygnąć, czy ten statek jest, czy też nie jest "Duncanem". Szkocki jacht był także otaklowany jak bryg, pozostawało więc do rozstrzygnięcia pytanie, czy pomiędzy dwoma masztami dostrzeżonego statku, który znajdował się wówczas w odległości jakichś dziesięciu mil, wznosi się komin.
Horyzont wciąż był jasny i można to było teraz z łatwością sprawdzić. Ayrton bardzo szybko opuścił lunetę, i powiedział:
- To absolutnie nie jest "Duncan"! To nie może być on...!
Pencroff ponownie skierował lunetę na statek i stwierdził, że bryg, mający jakieś trzysta czy czterysta ton wyporności, niezwykle wysmukły, znakomicie omasztowany, wspaniale przystosowany do żeglugi morskiej, musiał osiągać wielkie prędkości. Jednak do jakiego kraju należał? Trudno było to stwierdzić.
- Ale na jego gaflu2 powiewa jakaś bandera - powiedział marynarz - tylko nie potrafię rozpoznać jej barw.
- Za pół godziny będziemy mieli pewność w tym względzie - odparł reporter. - Zresztą jest dość oczywiste, że kapitan tego statku zamierza przybić do brzegu, a zatem jeśli nie dzisiaj, to najpóźniej jutro go poznamy.
- Nie o to chodzi! - powiedział Pencroff. - Lepiej wcześniej wiedzieć, z kim mamy do czynienia, więc chciałbym poznać barwy tego osobnika!
Mówiąc tak, marynarz ciągle patrzył przez lunetę.
Dzień zaczął dobiegać końca, a wraz z tym zaczął cichnąć wiatr od pełnego morza. Bandera brygu, mniej napięta, zaplątała się w fały i coraz trudniej było rozpoznać jej barwy.
- Z pewnością nie jest to bandera amerykańska - informował co pewien czas Pencroff - ani angielska, bo jej czerwień byłaby wyraźnie widoczna, ani francuska czy niemiecka, nie jest to biała bandera rosyjska ani żółta hiszpańska... Można by powiedzieć, że to jednolita barwa... Pomyślmy, jakiej można się najbardziej spodziewać na tych wodach...? Bandery chilijskiej...? Nie, bo jest przecież trójkolorowa... Brazylijskiej? Zielona... Japońskiej? Jest czarno-żółta... podczas gdy ta...
W tym momencie podmuch wiatru uniósł nieznaną banderę. Ayrton, pochwyciwszy lunetę, którą marynarz na chwilę opuścił, przyłożył do niej oko i wykrzyknął głuchym głosem:
- To czarna bandera!
Istotnie, na gaflu powiewała ciemna etamina3, więc od tej chwili słusznie można było uważać bryg za podejrzany statek!
Czyżby więc inżynier miał rację, żywiąc takie obawy? Czy był to statek piracki? Czyżby trudnił się korsarstwem na tych wodach południowego Pacyfiku, robiąc konkurencję malajskim proa, które jeszcze tutaj grasują? Czego szukał przy brzegach Wyspy Lincolna? Czy traktował ją jako nieznany, opuszczony ląd, mogący stanowić idealną kryjówkę dla zrabowanych ładunków? Czy chciał u jej brzegów znaleźć port, w którym można się skryć na zimowe miesiące? Czy wspaniała posiadłość osadników miała się przemienić w haniebne schronienie - rodzaj stolicy wszystkich piratów Pacyfiku?
Wszystkie te pytania instynktownie pojawiły się w myślach kolonistów. Zresztą nie było żadnych wątpliwości, jak należy rozumieć kolor bandery. Była to naprawdę flaga morskich korsarzy! Równie dobrze mogłaby ona teraz powiewać na "Duncanie", gdyby powiodły się zbrodnicze plany convicts4!
Nie tracono czasu na dyskusje.
- Moi przyjaciele - powiedział Cyrus Smith - być może ten statek chce się tylko przyjrzeć wybrzeżom wyspy? Może jego załoga nie wysiądzie na brzeg? To jedyna szansa. Jakkolwiek by było, musimy zrobić wszystko, by ukryć naszą tu obecność. Wiatrak stojący na Płaskowyżu Rozległego Widoku jest zbyt widoczny. Niech Ayrton i Nab pójdą tam i zdemontują skrzydła. Pod gęstym listowiem ukryjemy także okna Granite House. Ogień musi być wygaszony. Niech nic nie zdradzi obecności człowieka na tej wyspie!
- A nasza łódź? - zapytał Harbert.
- Och, jest ukryta w Porcie Balonu - odparł Pencroff - i nie wierzę, żeby te łajdaki ją tam znalazły!
Rozkazy inżyniera zostały natychmiast wykonane. Nab i Ayrton weszli na płaskowyż i powzięli niezbędne kroki, by zataić wszystkie ślady świadczące o zamieszkaniu wyspy. Podczas gdy oni się tym zajmowali, ich towarzysze udali się na skraj Lasu Jakamara i przynieśli stamtąd sporą masę gałęzi i lian, które z pewnej odległości mogły sprawiać wrażenie naturalnie zwisającego listowia i nieźle przesłaniały otwory w granitowej ścianie. W tym samym czasie przygotowano amunicję i broń w taki sposób, by w przypadku nieoczekiwanego napadu mieć je zawsze pod ręką.
Kiedy podjęto te wszystkie środki ostrożności, przemówił Cyrus Smith.
- Moi przyjaciele - rzekł, a w jego głosie można było wyczuć, że jest wzruszony. - Jeśli ci nędznicy zechcą zawładnąć Wyspą Lincolna, będziemy jej bronić, nieprawdaż?
- Tak, Cyrusie - odparł reporter. - Jeśli będzie trzeba, wszyscy umrzemy w jej obronie!
Inżynier podał dłoń swoim towarzyszom, którzy serdecznie ją uściskali.
Jedynie Ayrton pozostał w swoim kącie i nie dołączył do osadników. Być może on, dawny convict, jeszcze nie czuł się godny być razem z nimi!
Cyrus Smith odgadł, co działo się w duszy Ayrtona, i podszedł do niego.
- A pan, Ayrton - zapytał - co pan zamierza uczynić?
- Spełnię swój obowiązek - odparł Ayrton.
Potem podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz przez listowie.
Było wówczas wpół do ósmej. Już dwadzieścia minut wcześniej słońce skryło się za Granitowym Pałacem, a konsekwencji tego na wschodnim horyzoncie powoli zalegały ciemności. Tymczasem bryg posuwał się powoli w stronę Zatoki Unii. Był już w odległości niespełna ośmiu mil, dokładnie naprzeciw Płaskowyżu Rozległego Widoku, gdyż skręciwszy na wysokości Przylądka Pazura, zaczął zataczać wielki łuk na północ, korzystając z przypływu. Można było nawet powiedzieć, że już wpłynął do rozległej zatoki, ponieważ linia prosta pociągnięta z Przylądka Pazura do Przylądka Szczęki została już za nim na wschodzie5, po jego prawej burcie.
Czy bryg wpłynie do zatoki? Było to pierwsze pytanie. A gdy już się w niej znajdzie, czy rzuci kotwicę? Tak brzmiało drugie. Może zadowoli go opłynięciem wybrzeża i wróci na pełne morze, a załoga nie zejdzie na ląd? Za niecałą godzinę wszystko się wyjaśni. Na razie kolonistom nie pozostawało nic innego jak czekać.
Cyrus Smith nie bez głębokiego niepokoju patrzył na podejrzany statek z zatkniętą czarną banderą. Czy nie była to bezpośrednia groźba dla dzieła, które on i jego towarzysze tak wytrwale do tej pory realizowali? Czy piraci - nie można było wątpić, że z nich właśnie składała się załoga brygu - zawitali już kiedyś na wyspę, skoro dobijając do niej, wywiesili tę banderę? Czy schodzili już wcześniej na ląd, co by wyjaśniało pewne niewytłumaczalne do tej pory wydarzenia? Czy w niezbadanych jeszcze zakamarkach wyspy nie krył się przypadkiem ich wspólnik, pragnący się z nimi połączyć?
Cyrus Smith nie wiedział, jak odpowiedzieć na wszystkie te pytania, które sobie po cichu zadawał, ale przeczuwał, że wraz z pojawieniem się tego brygu, sytuacja kolonii może być poważnie zagrożona.
Niemniej jednak on i jego towarzysze byli zdecydowani stawiać opór do upadłego. Czy piraci byli liczniejsi i lepiej uzbrojeni niż koloniści? Bardzo ważne było, by się tego dowiedzieć! Ale w jaki sposób mogli uzyskać informacje?
Zapadła noc. Zniknął księżyc będący w nowiu. Głęboka ciemność spowiła wyspę i morze. Ciężkie chmury skumulowane na horyzoncie nie przepuszczały nawet nikłego blasku. Wraz z zachodem słońca kompletnie ucichł wiatr. Żaden liść nie poruszał się na drzewach, ani jedna fala nie szemrała przy brzegu. Statku wcale nie było widać; na pokładzie pogaszono wszystkie światła i jeśli nawet jeszcze znajdował się w pobliżu wyspy, nie sposób było stwierdzić, jaką zajmował pozycję.
- Ech, kto wie? - powiedział wówczas Pencroff. - Może ten przeklęty statek odpłynie w nocy i o świcie już go tu nie zobaczymy?
Jakby w odpowiedzi na uwagę marynarza na morzu zabłysło żywe światło i rozległ się huk armatniego wystrzału.
Statek ciągle tam był, a do tego miał na pokładzie działa.
Od błysku do odgłosu huku upłynęło sześć sekund, tak więc bryg znajdował się w odległości mili i ćwierci od wybrzeża6.
Jednocześnie dał się słyszeć zgrzyt łańcuchów wysuwających się z kluz7.
Statek zakotwiczył na wprost Granitowego Pałacu!
1 Bryg - dwumasztowy żaglowiec z żaglami rejowymi; marsle - żagle rejowe znajdujące się powyżej żagli głównych (foka i grota); bramsle - żagle znajdujące się powyżej marsli; "Duncan" był otaklowany jak brygantyna (na tylnym maszcie nie posiadał żagli rejowych), więc Ayrton powinien to zauważyć.
2 Gafel - drzewce ruchome, zwykle stawiane i opuszczane razem z żaglem; służy do zamocowania górnej krawędzi (liku) żagli gaflowych; przy postawionym żaglu gafel jest ustawiony ukośnie do masztu; bandera umieszczona jest właściwie pod pikiem, czyli wolnym końcem gafla.
3 Etamina - lekka, przejrzysta tkanina z bawełny albo jedwabiu, o prześwitujących oczkach siatki.
4 Convict (ang.) - skazaniec, zesłaniec.
5 Na wschodzie - u J. Verne'a: na zachodzie.
6 Chodzi tutaj o milę lądową (1609 m), choć autor powinien użyć mili morskiej (1852 m).
7 Kluza - okrągły lub owalny otwór w burcie, nadburciu lub powierzchni pokładu, często o wzmocnionych brzegach, przez który przeprowadza się liny cumownicze albo linę lub łańcuch kotwiczny.