Rozdział II
Epizod wojny secesyjnej18 - Inżynier Cyrus Smith - Gedeon Spilett - Murzyn Nab - Marynarz Pencroff - Młody Harbert - Nieoczekiwana propozycja - Spotkanie o dziesiątej wieczorem - Odlot podczas burzy
Ci, których huragan wyrzucił na to wybrzeże, nie byli ani zawodowymi aeronautami, ani miłośnikami powietrznych wypraw. Byli jeńcami wojennymi, których własna odwaga pchnęła do ucieczki w nadzwyczajnych okolicznościach. Sto razy mogli zginąć! Sto razy ich rozdarty balon powinien był ich zrzucić w morską otchłań! Jednak Niebo zarezerwowało dla nich dziwne przeznaczenie i dlatego dwudziestego marca, po ucieczce z Richmond, oblężonego przez wojska generała Ulyssesa Granta19, znajdowali się obecnie siedem tysięcy mil od stolicy Wirginii, tej głównej twierdzy separatystów podczas straszliwej wojny secesyjnej. Ich nawigacja w przestworzach trwała pięć dni.
Oto w jakich ciekawych okolicznościach doszło do ucieczki więźniów - ucieczki, która zakończyła się znaną nam już katastrofą.
W tym samym roku 1865, w lutym, podczas jednego z tych śmiałych ataków, których próbował, choć bezskutecznie, generał Grant, by zdobyć Richmond, kilku z jego oficerów zostało pojmanych przez nieprzyjaciela i internowanych w mieście. Jednym z najznamienitszych spośród wziętych do niewoli był członek federalnego sztabu generalnego, nazywający się Cyrus Smith.
Cyrus Smith pochodzący z Massachusetts20 był inżynierem, pierwszorzędnym uczonym, któremu rząd Unii21 na czas wojny powierzył kierowanie kolejami żelaznymi, których znaczenie strategiczne było znaczne. Prawdziwy Amerykanin z Północy, chudy, kościsty, wysuszony, w wieku około czterdziestu pięciu lat, a jego krótko ostrzyżone włosy i zarost - na który składały się jedynie gęste wąsy - lekko już posiwiały. Posiadał jedną z tych "numizmatycznych" głów, które wydają się stworzone tylko po to, by wybijać je na medalach: ogniste spojrzenie, stanowcze usta, fizjonomia naukowca ze szkoły wojskowej. Należał do grona inżynierów, którzy zaczynali od posługiwania się młotem i oskardem22, podobnie jak generałowie, którzy rozpoczynali karierę jako zwykli szeregowcy. Oprócz przemyślnego umysłu charakteryzował się wyjątkową zręcznością manualną. Posiadał godne uwagi, niezwykle wyrobione mięśnie. Prawdziwy człowiek czynu, a jednocześnie człowiek potrafiący myśleć, działał bez wysiłku, z wytrwałością i żywotnością, które odstraszają wszelkie niepowodzenia. Bardzo dobrze wykształcony, praktyczny, "bardzo zaradny", by użyć określenia z języka francuskich wojskowych, miał niebywały temperament, gdyż niezależnie od okoliczności zachowywał pewność siebie i całkowicie spełniał trzy warunki określające ludzką energię: aktywność umysłu i ciała, śmiałość pragnień i potęgę woli. Jego dewizą mogłyby być słowa Wilhelma Orańskiego23 z XVII wieku: "Nie potrzebuję nadziei, by podejmować działania, ani sukcesów, by wytrwać"24.
Cyrus Smith był ponadto uosobieniem odwagi. Brał udział we wszystkich bitwach podczas wojny secesyjnej. Rozpoczął swoją karierę pod dowództwem Ulyssesa Granta jako ochotnik z Illinois, walczył później pod Paducah, Belmont, Pittsburg Landing, brał udział w oblężeniu Corinth, bił się pod Port Gibson, nad Czarną Rzeką, pod Chattanooga, Wilderness, brał udział w bitwie nad Potomakiem. Był wszędzie i mężnie odpowiadał, jak żołnierz wart generała, który mawiał: "Nigdy nie liczę swoich poległych!". Setki razy Cyrus Smith mógł znaleźć się wśród tych, których straszliwy Grant nie liczył, lecz pomimo tego, że prawie nie oszczędzał się w bitwach, zawsze dopisywało mu szczęście, aż do chwili, gdy został ranny i pojmany na polu bitwy pod Richmond.
W tym samym czasie, nawet tego samego dnia, jeszcze inna ważna osoba wpadła w ręce Południowców. Był to, ni mniej, ni więcej, czcigodny Gedeon Spilett, reporter dziennika "New York Herald", któremu polecono śledzić działania wojenne wojsk Północy.
Gedeon Spilett należał do tego zadziwiającego typu kronikarzy angielskich czy amerykańskich, w rodzaju Stanleya25 i jemu podobnych, którzy nie cofają się przed niczym, by zdobyć szczegółowe informacje i następnie jak najszybciej przekazać je swojemu pismu. Gazety Unii, takie jak "New York Herald", tworzą prawdziwe potęgi, a ich wysłannicy to ludzie, z którymi należy się liczyć. Gedeon Spilett należał do najwybitniejszych spośród tych korespondentów.
Człowiek zasłużony, energiczny, rzutki i gotowy na wszystko, pełen pomysłów, zatwardziały podróżnik, żołnierz i artysta, zapalczywy przy naradach, stanowczy w działaniu, niezważający na trudy, zmęczenie czy niebezpieczeństwo, gdy w grę wchodziło zdobywanie wiadomości przede wszystkim dla siebie, a następnie dla swojej gazety, prawdziwy bohaterski tropiciel ciekawostek, najświeższych informacji, tego, co nowe, nieznane, niemożliwe. Był jednym z tych nieustraszonych obserwatorów, którzy piszą pod gradem pocisków, prowadzą kronikę pośród armatnich kul i dla których wszelkie niebezpieczeństwa są szczęśliwym zrządzeniem losu.
On także brał udział we wszystkich bitwach, w pierwszej linii, z rewolwerem w jednej ręce i notatnikiem w drugiej, a kartaczownica26 nie wywoływała drżenia jego ręki trzymającej ołówek. Nigdy nie męczył kabli telegraficznych bezustannymi depeszami, jak ci, którzy mówią nawet wtedy, gdy nie mają nic do powiedzenia, ale każda z jego notatek, krótkich i precyzyjnych, rzucała światło na najważniejsze kwestie. Poza tym nie brakowało mu także poczucia humoru. To on, nie chcąc stracić miejsca przy okienku biura telegraficznego w oczekiwaniu na wynik bitwy nad Czarną Rzeką27, który mógłby przekazać swojej gazecie, przez dwie godziny telegrafował pierwsze rozdziały Biblii28. Kosztowało to "New York Herald" dwa tysiące dolarów, lecz to właśnie "New York Herald" otrzymał informację jako pierwszy.
Gedeon Spilett był wysokiego wzrostu i liczył maksymalnie czterdzieści lat. Jego twarz okalały faworyty jasnoblond o rudym odcieniu. Posiadał żywe, spokojne oczy mogące szybko się poruszać. Miał spojrzenie człowieka, który od razu dostrzega wszystkie szczegóły tego, co się wokół niego dzieje. Mocno zbudowany, zahartowany we wszystkich klimatach kuli ziemskiej niczym stalowa sztaba w zimnej wodzie.
Od dziesięciu lat Gedeon Spilett był stałym reporterem "New York Heralda", który wzbogacał swoimi kronikami i rysunkami, gdyż równie dobrze władał ołówkiem jak piórem. Kiedy został pojmany, właśnie był w trakcie opisu i szkicowania bitwy. Ostatnie wyrazy, jakie znaleziono w jego notatniku, brzmiały: "Jakiś południowiec bierze mnie na cel i...". Oczywiście Gedeon Spilett nie został trafiony, ponieważ zgodnie ze swoim niezmiennym zwyczajem wydostał się z tej sprawy bez najmniejszego zadraśnięcia.
Cyrus Smith i Gedeon Spilett, którzy nie znali się osobiście, lecz jedynie ze swojej reputacji, obaj zostali przetransportowani do Richmond. Inżynier szybko wyleczył swoją ranę, a podczas rekonwalescencji zawarł znajomość z reporterem. Ci dwaj mężczyźni potrafili się dogadać i nauczyli się wzajemnie szanować. Wkrótce ich wspólne życie zmierzało ku jednemu celowi: uciec, dołączyć do armii Granta i walczyć nadal w jej szeregach o zjednoczenie federacji.
Dwaj Amerykanie byli zdecydowani skorzystać z jakiejkolwiek nadarzającej się okazji, lecz chociaż pozostawiono im swobodę w mieście, to Richmond było tak pilnie strzeżone, że ucieczkę można było uznać za niemożliwą.
Tymczasem do Cyrusa Smitha dołączył oddany mu na śmierć i życie służący. Ten nieustraszony osobnik był Murzynem urodzonym w posiadłości inżyniera z ojca i matki niewolników, których Cyrus Smith, zwolennik abolicjonizmu29 z serca i rozumu, już dawno wyzwolił. Jednak ten niewolnik, będąc już wolny, nie chciał opuścić swego pana. Darzył go taką miłością, że gotów byłby za niego umrzeć. Był to chłopak trzydziestoletni, silny, zwinny, zręczny, inteligentny, łagodny i miły, czasami naiwny, zawsze uśmiechnięty, usłużny i dobry. Zwał się Nabuchodonozor30, lecz reagował jedynie wówczas, kiedy zwracano się do niego zdrobniałym i poufałym imieniem Nab.
Kiedy Nab dowiedział się, że jego pan dostał się do niewoli, bez namysłu opuścił Massachusetts, przybył pod Richmond i dzięki podstępowi oraz zręczności, dwadzieścia razy ryzykując swoim życiem, zdołał się przedostać do oblężonego miasta. Nie sposób wyrazić, jaką radość sprawiło Cyrusowi Smithowi ponowne ujrzenie służącego i jak cieszył się Nab z odnalezienia swego pana.
Jeśli jednak Nabowi udało się przedostać do Richmond, bardzo trudno było się z niego wymknąć, gdyż więźniowie unionistów byli bardzo surowo pilnowani. Trzeba by było jakiejś wyjątkowej okazji, by móc spróbować ucieczki z pewnymi szansami na sukces, a taka okazja nie tylko się nie nadarzała, ale wręcz trudno było ją sobie wyobrazić.
Tymczasem generał Grant nadal prowadził energicznie operacje wojenne. Zwycięstwo pod Petersburgiem31 wiele go kosztowało. Mimo to jego siły, połączone z oddziałami Butlera32, nie były w stanie poradzić sobie z Richmond i nic nie wskazywało na to, że więźniowie zostaną wkrótce oswobodzeni. Reporter, któremu nudna niewola nie dostarczała żadnych interesujących szczegółów do opisania, nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Opanowała go jedna myśl: zbiec z Richmond, i to za wszelką cenę. Kilkakrotnie nawet próbował ucieczki, ale za każdym razem był zatrzymywany przez niedające się pokonać przeszkody.
Tymczasem oblężenie wciąż trwało, i jeśli więźniowie spieszyli się z ucieczką, by ponownie dołączyć do oddziałów Granta, to niektórzy z oblężonych także jak najszybciej starali się uciec, by dostać się do wojska separatystów, a pomiędzy nimi niejaki Jonathan Forster, zaciekły Południowiec. Jeśli bowiem więźniowie z wojsk federalnych nie mogli opuścić miasta, to konfederaci także nie mogli tego uczynić, gdyż okrążała ich armia Północy. Gubernator Richmond już od dłuższego czasu nie potrafił się skontaktować z generałem Lee33, a bardzo mu zależało na tym, żeby poinformować generała o sytuacji w mieście i sprowokować szybsze nadejście wojsk z odsieczą. Ten to wspomniany Jonathan Forster wpadł na pomysł wykorzystania balonu do przedostania się ponad liniami oblegających miasto i dotarcia do obozu secesjonistów.
Gubernator wyraził zgodę na podjęcie takiej próby. Wykonano aerostat i oddano go do dyspozycji Jonathanowi Forsterowi, któremu w przestworzach miało partnerować jeszcze pięciu towarzyszy. Wszyscy zostali zaopatrzeni w broń, na wypadek gdyby po wylądowaniu musieli się bronić, oraz w żywność, na wypadek gdyby ich podniebna podróż miała się przedłużyć.
Start balonu zaplanowano na osiemnastego marca. Lot musiał być przeprowadzony w nocy, a aeronauci liczyli na to, że przy północno-zachodnim umiarkowanym wietrze uda im się dotrzeć w ciągu kilku godzin do głównej kwatery generała Lee.
Jednak ten północno-zachodni wiatr wcale nie przypominał bryzy34. Już od rana osiemnastego marca można było zobaczyć, że zmienia się w huragan. Wkrótce rozpętała się taka burza, że odlot Forstera musiał zostać odroczony, gdyż niepodobna było narażać aerostatu i tych, którzy mieli się w nim znaleźć, przy tak szalejących żywiołach.
Balon napełniony gazem stał na największym placu w Richmond, gotów wzbić się w powietrze podczas pierwszego uspokajania się wiatru. Ponieważ jednak stan atmosfery wcale się nie poprawiał, w mieście narastało wielkie zniecierpliwienie.
Minął osiemnasty i dziewiętnasty marca, lecz burza nie wykazywała żadnych tendencji do słabnięcia. Z wielkimi trudnościami udawało się chronić przymocowany do gruntu balon, który gwałtowne uderzenia wiatru pochylały do samej ziemi.
Minęła noc z dziewiętnastego na dwudziesty marca, lecz nad ranem huragan stał się jeszcze gwałtowniejszy. Wylot był niemożliwy.
Tego dnia inżynier Cyrus Smith został zaczepiony na jednej z ulic Richmond przez człowieka, którego zupełnie nie znał. Był to marynarz nazywający się Pencroff, liczący około trzydziestu pięciu, może czterdziestu lat, potężnie zbudowany, ogorzały, o żywych, mrugających oczach, lecz dobrotliwej twarzy. Ów Pencroff był Amerykaninem z Północy, który przemierzył wszystkie morza na całym globie i doświadczył wszystkiego, co może się przytrafić nieoczekiwanego istocie dwunożnej bez piór35. Nie ma sensu dodawać, że był naturą przedsiębiorczą, gotową odważyć się na wszystko i której nic nie było w stanie zadziwić. Z początkiem tego roku Pencroff wyruszył w interesach do Richmond wraz z pewnym młodym, piętnastoletnim chłopcem, Harbertem Brownem, pochodzącym z New Jersey, synem jego kapitana, sierotą, którego kochał, jak gdyby to było jego własne dziecko. Nie zdoławszy opuścić miasta przed pierwszymi operacjami wojennymi, poczuł się ku swemu wielkiemu niezadowoleniu unieruchomiony, a jego umysł zaczęła dręczyć tylko jedna myśl: uciec, używając wszelkich dostępnych sposobów i środków. Znał ze słyszenia inżyniera Cyrusa Smitha. Wiedział, z jakim trudem ten zdeterminowany człowiek tłumił w sobie niecierpliwość. Dlatego tamtego dnia bez wahania podszedł do niego i zapytał bez żadnych wstępów:
- Panie Smith, czy nie ma pan już dość Richmond?
Inżynier spojrzał badawczo na człowieka, który zaczepił go takimi słowami, on zaś dodał cichym głosem:
- Panie Smith, czy chce pan uciec?
- Kiedy...? - odparł żywo inżynier i należy przyznać, że odpowiedź ta sama wyrwała się z jego ust, gdyż nie zdążył jeszcze przyjrzeć się bliżej nieznajomemu, który skierował do niego te słowa.
Kiedy jednak przyjrzał mu się badawczym wzrokiem i ujrzał jego uczciwą twarz marynarza, nie miał wątpliwości, że ma przed sobą porządnego człowieka.
- Kim pan jest? - spytał krótko.
Pencroff się przedstawił.
- Dobrze - odparł Cyrus Smith. - W jaki sposób proponuje pan stąd uciec?
- Tym próżnującym balonem, któremu pozwala się nic nie robić i który sprawia wrażenie, jakby tylko na nas czekał...!
Marynarz nie musiał kończyć zdania. Inżynier w lot pojął, w czym rzecz. Ujął Pencroffa za ramię i zaciągnął do swojej kwatery.
Tam marynarz rozwinął mu swój projekt, naprawdę niezwykle prosty. Wykonując go, nie ryzykowali niczego innego jak tylko swoje życie. To prawda, że huragan szalał z niesamowitą siłą, ale zręczny i odważny inżynier, taki jak Cyrus Smith, z pewnością poradzi sobie z nawigacją balonem. Gdyby on, Pencroff, sam znał się na manewrowaniu, nie zawahałby się odlecieć - ma się rozumieć z Harbertem. W swoim życiu widział już gorsze burze niż ta i nie obawiał się takiej nawałnicy!
Cyrus Smith słuchał marynarza, nie mówiąc ani słowa, ale z roziskrzonym wzrokiem. Oto nadarzała się okazja. Nie był człowiekiem, który by ją wypuścił z rąk. Plan był co prawda niezwykle niebezpieczny, ale wykonalny. Nocą, pomimo strażników, można by podejść do balonu, wślizgnąć się do kosza i odciąć przytrzymujące go liny! Z pewnością ryzykowali, że mogą zostać zabici, ale równie dobrze mogło się udać, i gdyby nie ta burza... Tyle że gdyby nie ta burza, balon już by odleciał, i tak wyczekiwana okazja nie pojawiłaby się w tej chwili!
- Nie jestem sam...! - rzekł na koniec Cyrus Smith.
- Ile osób chciałby pan ze sobą zabrać? - spytał marynarz.
- Dwie: mojego przyjaciela Spiletta i służącego Naba.
- Zatem razem trzy - odparł Pencroff - a z Harbertem i ze mną pięciu. Tymczasem balon miał zabrać sześciu...
- Wystarczy. Lecimy! - zadecydował Cyrus Smith.
Owo "lecimy" obejmowało również reportera, a ponieważ reporter nie był człowiekiem, który miałby się wycofywać, więc gdy tylko przedstawiono mu plan, zaaprobował go bez zastrzeżeń. Dziwił się jedynie temu, że sami nie wpadli na tak prosty pomysł. Jeśli chodzi o Naba, on podążał za swoim panem wszędzie, gdzie jego pan chciał się udać.
- Zatem do dzisiejszego wieczora - powiedział Pencroff. - Będziemy się wszyscy kręcić w pobliżu, udając gapiów!
- Do wieczora, o dziesiątej - odparł Cyrus Smith - i niech Bóg sprawi, aby burza nie uspokoiła się przed naszym odlotem!
Pencroff pożegnał się z inżynierem i wrócił do swojego mieszkania, gdzie pozostawił młodego Harberta Browna. Ten odważny chłopiec znał plan marynarza i nie bez pewnego niepokoju czekał na wynik podjętych działań i rozmów z inżynierem. Jak widać, było to pięciu bardzo zdeterminowanych ludzi, którzy postanowili zmierzyć się z szalejącym huraganem!
Nie! Huragan wcale się nie uciszył, i ani Jonathanowi Forsterowi, ani jego towarzyszom nie przyszło nawet do głowy, aby stawiać mu czoła w kruchym koszu! Dzień był straszny. Inżynier obawiał się tylko jednej rzeczy: żeby aerostat, przytwierdzony do ziemi i pod naporem wiatru prawie położony poziomo, nie rozdarł się na tysiące kawałków. Przez kilka godzin krążył po niemal pustym placu, pilnując aerostatu. Ze swej strony Pencroff robił to samo: z rękami w kieszeniach, ziewając od czasu do czasu jak człowiek, który nie wie, jak zabić czas, lecz w głębi duszy pełen obaw, czy balon się nie podrze albo czy nie zerwą się liny i nie uleci w przestworza.
Nadszedł wieczór. Zrobiła się bardzo ciemna noc. Mgły gęste niczym chmury przetaczały się tuż nad ziemią. Padał deszcz zmieszany ze śniegiem. Było zimno. Na Richmond położyły się ciężkie opary. Wydawało się, że gwałtowna burza wymusiła na oblężonych i oblegających zawieszenie broni, a działa zamilkły w obliczu imponujących huków huraganu. Ulice kompletnie opustoszały. Niepotrzebne wręcz wydało się przy takiej okropnej pogodzie ustawienie straży na placu, gdzie na linach szamotał się balon. Ewidentnie wszystkie okoliczności sprzyjały ucieczce więźniów... jednak podróż podczas tej rozszalałej zawieruchy...!
- Paskudna pogoda! - mówił do siebie Pencroff, wbijając dłonią na głowę kapelusz, który chciał mu zerwać wiatr. - Ale co tam! Musi nam się udać!
O wpół do dziesiątej Cyrus Smith i jego towarzysze podkradli się z różnych stron na plac, który tonął w głębokich ciemnościach, pozbawiony światła zgaszonych przez wiatr gazowych latarni. Nie było widać nawet olbrzymiego balonu, niemal całkowicie przygniecionego do ziemi. Niezależnie od worków z balastem, przytrzymujących liny siatki, kosz zabezpieczono grubą liną przeciągniętą przez pierścień przytwierdzony do bruku, której drugi koniec znajdował się w gondoli.
Pięciu więźniów spotkało się przy koszu. Przez nikogo nie zostali dostrzeżeni, ponieważ panowały takie ciemności, że nawet oni sami nie widzieli się wzajemnie.
Nie wypowiedziawszy ani słowa, Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Nab i Harbert zajęli miejsca w koszu, podczas gdy Pencroff na polecenie inżyniera po kolei odcinał worki z balastem. Trwało to zaledwie kilka chwil, po czym marynarz dołączył do towarzyszy.
Balon przytrzymywany był teraz jedynie przez podwójną grubą linę, więc Cyrusowi Smithowi nie pozostawało nic innego jak tylko wydać rozkaz do odlotu.
W tym momencie do kosza jednym susem wskoczył pies. Był to Top, pies inżyniera, który zerwawszy się z łańcucha, przybiegł za swoim panem. Cyrus Smith, obawiając się przeciążenia balonu, chciał odgonić biedne zwierzę.
- Ba! Jeden więcej! - powiedział Pencroff, odciążając kosz przez wyrzucenie dwóch worków piasku.
Następnie zwolnił drugi koniec grubej liny, a balon, wznosząc się ukośnie coraz wyżej, po potrąceniu gondolą dwóch kominów, które zwalił w swoim pędzie, zniknął w przestworzach.
Huragan szalał z przerażającą gwałtownością. Nocą inżynier nie mógł nawet myśleć o lądowaniu, a gdy nastał dzień, mgły całkowicie przesłaniały cały obraz ziemi. Dopiero pięć dni później, dzięki chwilowemu przejaśnieniu, możliwe stało się zobaczenie ogromnej powierzchni morza poniżej aerostatu, który wiatr pociągał z zawrotną prędkością!
Wiemy już, że spośród pięciu mężczyzn, którzy odlecieli dwudziestego marca, czterech zostało wyrzuconych dwudziestego czwartego marca na bezludne wybrzeże, ponad sześć tysięcy mil od ich kraju36!
Tym, którego brakowało, któremu na ratunek wyruszyli natychmiast czterej rozbitkowie z balonu, był ich naturalny przywódca, inżynier Cyrus Smith!
18 Wojna secesyjna - wojna domowa w USA w latach 1861-1865, między Konfederacją Południa i stanami Północy (Unią); rezultat narastającego w XIX wieku sporu o likwidację niewolnictwa oraz secesji 11 stanów Południa (w roku 1861 utworzono Skonfederowane Stany Ameryki); do drugiej połowy 1862 roku sukcesy Południa, potem przewaga Unii; w roku 1863 prezydent A. Lincoln wydał proklamację emancypacji niewolników; wojna zakończyła się klęską Konfederacji i jej powrotem do Unii w okresie tzw. rekonstrukcji.
19 Ulysses Simpson Grant (właśc. Hiram Ulysses, 1822-1885) - amerykański generał i polityk; od 1864 roku naczelny dowódca wojsk Unii w wojnie secesyjnej, doprowadził do kapitulacji Konfederacji Południa; w latach 1869-1877 prezydent (wybrany jako kandydat Partii Republikańskiej); prowadził chwiejną i niekonsekwentną politykę w stosunku do pokonanego Południa.
20 Massachusetts - u J. Verne'a: Massachussets; stan USA położony w Nowej Anglii, na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego; na północy graniczy ze stanami New Hampshire i Vermont, na zachodzie ze stanem Nowy Jork, a na południu z Connecticut i Rhode Island.
21 Unia - określenie używane dla amerykańskich stanów, które pozostały w składzie Stanów Zjednoczonych Ameryki (USA) podczas domowej wojny secesyjnej, w przeciwieństwie do Konfederacji; stany Unii określane były też jako Północ lub pejoratywnie - Jankesi; drugą stroną konfliktu były Skonfederowane Stany Ameryki (CSA), potocznie nazywane "Południem" lub "Konfederacją".
22 Oskard - kilof posiadający z jednej strony zakończenie spiczaste, z drugiej spłaszczone.
23 Wilhelm III Orański (1650-1702) - namiestnik Republiki Zjednoczonych Prowincji (północne Niderlandy) od 1672 roku oraz król Anglii, Szkocji i Irlandii od roku 1689, zdołał obronić suwerenność Republiki Zjednoczonych Prowincji, zagrożonej ekspansją francuską; w wyniku rewolucji angielskiej w latach 1688-1889 został powołany (wraz z żoną, Marią II Stuart) na trony Anglii i Szkocji; w roku 1690 pokonał zwolenników Jakuba II w Irlandii; dowodził w walkach z Francuzami w południowych Niderlandach, w roku 1697 zawarł pokój w Rijswik.
24 Tę dewizę przypisuje się Wilhelmowi I Orańskiemu (1533-1584) lub niekiedy doży Wenecji Francesco Foscariemu (1373-1457).
25 Henry Stanley (do roku 1859 John Rowlands, 1841-1904) - amerykański dziennikarz i podróżnik, jeden z redaktorów gazety "New York Herald"; wybitny badacz Afryki - odnalazł zaginionego Dawida Livingstone'a nad jeziorem Tanganika; odkrył Jezioro Edwarda, jezioro Tumba, Jezioro Leopolda II i masyw górski Ruwenzori; zajął zbrojnie dla króla belgijskiego dorzecze Konga.
26 Kartaczownica - początkowo działo strzelające kartaczami (rozpryskowy pocisk artyleryjski wypełniony metalowymi siekańcami, w późniejszym okresie kulkami, stosowany od XVI do końca XIX wieku); od drugiej połowy XIX wieku także wielolufowa broń karabinowa.
27 Bitwa nad Czarną Rzeką - właściwie bitwa nad Wielką Czarną Rzeką (17 maja 1863, niedaleko Vickburga) w czasie wojny secesyjnej, zakończona zwycięstwem wojsk Unii pod dowództwem generała Ulyssesa S. Granta, które pokonały oddziały Konfederacji pod dowództwem generała Johna C. Pembertona.
28 Podobną sytuację J. Verne opisuje w swej powieści Michał Strogow, gdzie angielski dziennikarz "Daily Telegraph", dyktując pierwsze wersy Biblii, chce doczekać końca bitwy pod Koływaniem.
29 Abolicjonizm - ruch społeczny domagający się zniesienia (abolicji) niewolnictwa.
30 Nabuchodonozor (?-1103 p.n.e.) - od 1124 roku król babiloński; twórca tzw. odrodzenia babilońskiego; dwukrotnie próbował podbić Asyrię; zdobył Suzę, ale ostatecznie nie pokonał Elamitów.
31 Petersburg - tu: miasto w Stanach Zjednoczonych w stanie Wirginia, położone o 45 km na południowy wschód od Richmond.
32 Benjamin Franklin Butler (1818-1893) - amerykański prawnik i polityk, gubernator stanu Massachusetts, jeden z dowódców wojsk Unii, nazywany przez białych z Południa "Bestia Butler".
33 Robert Edward Lee (1807-1870) - amerykański generał, od 1865 roku naczelny dowódca wojsk Konfederacji w czasie wojny secesyjnej.
34 Bryza - wiatr wiejący na wybrzeżu morskim: w nocy znad lądu, w dzień znad morza.
35 Istocie dwunożnej bez piór - żartobliwe nawiązanie do definicji Platona (ok. 427-ok. 347 p.n.e.): "Człowiek jest to istota żywa, dwunożna, nieopierzona" (Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów, VI.40).
36 Piątego kwietnia miasto Richmond było już w rękach Granta, bunt separatystów został stłumiony; Lee wycofał się na zachód, a zwyciężyła sprawa amerykańskiego zjednoczenia [przypis. J. Verne'a].