1. Żałoba
1
Żałoba
Londyn, czerwiec 2017
Łzy płyną strumieniem - wielkie grube krople, które wzbierają gdzieś w środku, a potem na moment zawisają na powiekach. Przez sekundę Luisa ma
wrażenie, że spogląda przez kawałek grubego, osobliwego szkła z Murano,
którego było pełno w salonie matki, aż w końcu mruga i łzy suną po
policzkach. Po dziesięciu dniach żałoby nauczyła się, by z nimi nie
walczyć i pozwalać strumieniowi płynąć swobodnie w stronę mokrej teraz
brody. Jamie troskliwie porozkładał pudełka z chusteczkami w całym domu;
tak jak mieszkańcy miast podobno nigdy nie znajdują się więcej niż dwa
metry od jakiegoś robactwa, tak teraz ona zawsze ma pod ręką chusteczkę.
Po tym wybuchu emocji Luisa staje w obliczu bardziej frustrującego
problemu. Klawiatura jej laptopa ucierpiała mocno przez tę kaskadę łez i dodatkowo po kontakcie z zawartością szklanki, którą chwilowo oślepiona
Luisa przewróciła - kilka klawiszy tonie w słonych łzach i wodzie z kranu. Jest już za późno, by opanować tę powódź - stukanie w różne
klawisze ujawnia, że ekran zamarł, a komputer okazuje swoją dezaprobatę.
Elektronika i płyny wyraźnie za sobą nie przepadają.
- Jezu, nie teraz - jęczy Luisa w przestrzeń. - Nie teraz! No już,
Daisy, działaj, dziewczyno! - Znów stuka w klawiaturę, czemu towarzyszy
kilka imponujących przekleństw i kolejne łzy, tym razem frustracji.
Pierwszy raz była w stanie otworzyć Daisy, swój ukochany laptop, od
czasu, kiedy jej mama... umarła. Luisa chce wypowiadać słowo "umarła",
musi je powtarzać, bo to jest fakt. Nie odeszła, gdyż to sugeruje jakieś
spokojne wyjście, przepłynięcie z jednego wymiaru w inny bez żalu, gdy
ma się czas, by wszystko wyprostować, leżąc pomiędzy wykrochmalonymi
białymi prześcieradłami i miękkimi kocami, by wypowiedzieć rzeczy, które
się chce i musi powiedzieć. Nawet przy swoim ograniczonym doświadczeniu
ze śmiercią Luisa wie, że to było krótkie, ostre i brutalne. Jej mama
umarła. Koniec. Dwa tygodnie po pierwszej diagnozie, tydzień po
wprowadzeniu w stan śpiączki farmakologicznej, by uśmierzyć
niewyobrażalny ból. A teraz Luisa doświadcza niewyobrażalnego bólu
żałoby. Można do tego dorzucić gniew i frustrację, a niezliczone emocje
zaczynają wirować i kołysać się w jej głowie, sercu i wybranych
organach, dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Luisa próbuje więc robić to, co robi zawsze, gdy nie może się uspokoić,
jeść, mówić lub spotykać się z ludźmi. Pisze. Daisy, okaleczona w bojach, poznaczona odłażącymi w rogach naklejkami z zabawnymi napisami i nazwiskiem właścicielki, jest od zawsze oddaną przyjaciółką i służy jej
wiernie, gdy Luisa musi przelać emocje na ekran komputera. Często są to
jedynie zwariowane przemyślenia, lecz od czasu do czasu w dżungli słów
pojawia się coś godnego uwagi - zdanie lub myśl, które może zachować na
przyszłość lub wykorzystać w książce. Książce, którą napisze, gdy tylko
uwolni się od głupich tekstów, które obecnie dostarcza do różnych
czasopism, opisując najnowsze produkty kosmetyczne lub zastanawiając
się, czy kobiety naprawdę chcą kierować swoim przeznaczeniem (jasne, że
chcą, myśli - czy naprawdę muszę to tłumaczyć w nie więcej niż tysiącu
słowach?). Ale to jest praca. Dzięki niej wiążą koniec z końcem, gdy
Jamie pracuje dorywczo jako aktor. Pewnego dnia książka jednak
powstanie.
Daisy stanowi część tego marzenia, jest współpracowniczką i powierniczką
sekretów, aż do samego dna jej twardego dysku.
- Jezu, Daisy, co się stało z lojalnością? - mruczy Luisa, po czym
natychmiast czuje, że sama nie jest w stosunku do swojej
supernowoczesnej przyjaciółki lojalna. Gdyby to ona niemal zatonęła w ludzkich łzach, pewnie zareagowałaby tak samo i odmówiła współpracy.
Daisy potrzebny jest serwis i czas, by mogła wyschnąć. Tymczasem Luisa
musi dać upust nagromadzonym emocjom i z jakiegoś niewyjaśnionego powodu
długopis i pióro niezbyt się do tego nadają. Czuje, że musi w coś
uderzać, walić w klawisze i patrzeć, jak słowa pojawiają się na ekranie,
jakby w magiczny sposób wypływały gdzieś z głębi niej, niezależnie od
jej świadomego myślenia. Dziecku epoki komputerowej przeżywającemu
żałobę, która grozi, że przerwie tamę, nie wystarczy pióro, by dać upust
lawinie słów pełnych jadu, bezgranicznej miłości lub gniewu, nad którymi
nie potrafi zapanować.
Nagle coś przychodzi jej do głowy: dzień wcześniej Jamie poszedł na
strych, by oszacować, jak dużo sprzątania ich czeka. Kiedy Luisa zmagała
się z anulowaniem debetów na koncie i lokalnym podatkiem, wspomniał coś
o maszynie do pisania, która zamknięta w walizeczce stoi wsunięta pod
krokwie. Wygląda na dość starą, ale "w całkiem niezłej formie". Czy
będzie cokolwiek warta? A może ma wartość sentymentalną? - zapytał. W tamtej chwili uznała to za mało istotne, ale teraz maszyna mogła się
przydać.
Strych przypomina miliony innych na całym świecie: dziwna wilgotna woń
starego życia i kurz, który z irytacją wzbija się w powietrze, gdy
przerywa mu się długoletni sen. Z belek zwisa pojedyncza żarówka i Luisa
musi przyzwyczaić wzrok, by przedmioty nabrały ostrości. Rozpoznaje
kilka prezentów bożonarodzeniowych, które tak starannie wybierała dla
matki. Rozgrzewający pas na bolące plecy i pantofle z owczej skóry,
ledwo wydostawszy się z opakowania, trafiły na stosik z napisem
"niechciane". Jeszcze jedno przypomnienie o dystansie, jaki dzielił
matkę i córkę, a którego już nigdy nie da się pokonać. Luisa odsuwa od
siebie to wspomnienie - zatonęło w niej głęboko, choć stale straszy, że
przebije się przez żałobę. To terapia na inny dzień. Luisa myszkuje
przez kilka minut, czując wzbierającą frustrację i zastanawiając się,
czy akurat to powinna robić w chwili, kiedy wszystko jest jeszcze tak
bolesne. Jednocześnie cieszy się i obawia, że może natknąć się na album
rodzinny, bo wie, że nie będzie w stanie powstrzymać się przed
odwracaniem podniszczonych stron z tak zwanymi szczęśliwymi
wspomnieniami. Cała trójka na plaży - ona, mama i tato - uchwycona z uśmiechami na zdjęciach Kodaka. W lepszych dniach.
Na szczęście z mroku wyłania się przedmiot, który nie jest grubą księgą
pełną wspomnień. To szara wyprofilowana walizeczka, której kształt -
kwadratowy i zniżający się ku skórzanej rączce - oznacza, że może
zawierać tylko jedno. Wygląda na mocno zużytą, otarcia i zadrapania
przypominają Luisie o historii zapisanej na torbie Daisy. Gdy obie
klamry podskakują pod jej palcami, rozlega się charakterystyczny trzask,
a kiedy Luisa podnosi pokrywę, z wnętrza wypływa niemal ludzkie
westchnienie. Nawet w tym przyćmionym świetle widać, że maszyna jest
piękna - mieszanina czerni i szarości, białe klawisze otoczone metalową
obwódką, lśniące w mroku. Luisa delikatnie kładzie palec na jednym z nich, łagodnie go naciska i pod jej dotykiem mechanizm reaguje: cienka
metalowa dźwignia wyskakuje w stronę wałka. Nic się nie zacina. Luisa
dostrzega także, że w maszynie wciąż jest taśma, a zapasową rolkę
przyklejono obok klawiatury. Stary celofan jest nietknięty, ale niemal
rozpada się w palcach. Jednak jeśli los będzie jej sprzyjał, okaże się,
że taśma nie wyschła.
Luisa zamyka pokrywę i wyciąga maszynę ze stosu pudeł - jak na tak stary
sprzęt okazuje się zaskakująco lekka. Jednocześnie z jednego z pudeł
zsuwa się pokrywka, wysyłając w powietrze obłok kurzu. Luisa odwraca
się, by ją poprawić, i zauważa czarno-białe zdjęcie, które z czasem
nabrało barwy sepii. Przedstawia mężczyznę i kobietę - radosne wyrazy
twarzy sugerują, że są parą - na placu Świętego Marka w Wenecji z charakterystyczną, imponującą bazyliką w tle, otoczoną chmarami gołębi.
W kobiecie Luisa rozpoznaje matkę, lecz nie wie, kim jest mężczyzna.
Przeszukuje pamięć - czy rodzice wspominali o wyjeździe do Wenecji, może
w podróż poślubną? To by pasowało do zdjęcia - para wygląda na
szczęśliwą. Luisa nie tak pamięta rodziców, ale nawet oni kiedyś też
byli zakochani. Jednak zdjęcie wygląda na starsze, jakby pochodziło z minionej epoki.
Luisa jest świadoma swoich włoskich korzeni, wyraźnie wskazuje na nie
choćby pisownia jej imienia. Rodzice matki byli Włochami, ale zmarli
przed laty; dziadek, gdy Luisa była malutka, a babcia, gdy była
nastolatką. Niewiele wie o ich historii - matka nigdy o tym nie
opowiadała - poza tym, że oboje byli pisarzami. Lubi myśleć, że
przynajmniej to po nich odziedziczyła.
Odwraca zdjęcie; ołówkiem napisano tam: "S i C, plac Świętego Marka,
czerwiec 1950". Matka miała na imię Sofia, lecz urodziła się w 1953
roku, może więc ta rozpromieniona twarz należy do babki? S jak Stella?
Może obok niej stoi dziadek Luisy - mało go pamięta, jedynie przelotny
obraz czułej twarzy. Ale miał na imię Giovanni. Kim więc jest C? Bardzo
możliwe, że był adoratorem babki przed dziadkiem Gio, jak go nazywano.
Ciekawość Luisy przechodzi w uśmiech, pierwszy od wielu dni, a ruch
mięśni twarzy wydaje się dziwny. Para wygląda bardzo stylowo: on w spodniach od garnituru z wysokim stanem, ona w kostiumiku w stylu Chanel
i eleganckich czółenkach, z włosami zaczesanymi w szykowną czarną falę.
Luisa nachyla się, by odłożyć zdjęcie do pudła, lecz dostrzega, że pod
rozsypującą się warstwą bibułki znajduje się dużo więcej rzeczy -
fotografie i skrawki papieru, niektóre zapisane ręcznie, inne starą
czcionką, może na tej właśnie odnalezionej maszynie? Każdy zaciekawiony
poszukiwacz przynajmniej zajrzałby do środka, lecz u dziennikarki budzą
się wszystkie zmysły. Jest też coś w gryzącej woni starego kurzu, która
wdziera się do jej nozdrzy i przyprawia o szybsze bicie serca. Niesie ze
sobą wspomnienia o przeżytym życiu i odkrytą historię.
Pudło jest ciężkie i trudno je znieść po stromych schodach do salonu. W dziennym świetle Luisa dostrzega jednak, że ma do czynienia z prawdziwym
skarbem. Pod warstwami papieru i kilkoma poszarzałymi egzemplarzami
gazety noszącej tytuł "Venezia Liberare" Luisa wyczuwa tajemnicę. Czai
się w szorstkiej warstwie pod jej palcami, gdy delikatnie unosi papier -
na czarno-białych zdjęciach uśmiechnięte kobiety i mężczyźni, niektórzy
z nich niedbale trzymają karabiny jak rekwizyty lub dumnie przykładają
je do piersi, kobiety również. Luisa przeżywa wstrząs: w odległych
wspomnieniach jej babcia była jedynie uroczą starszą panią, która
obsypywała ją pieszczotami i czekoladkami i uśmiechała się psotnie, gdy
matka Luisy ją beształa, że psuje córkę słodyczami. Luisa pamięta, że
czasami też podsuwała jej nieduże batoniki, kiedy nikt nie patrzył, i szeptała: "Ciii, to nasza tajemnica", a ona czuła się, jakby należała do
jakiegoś małego gangu.
Zapominając na chwilę o maszynie do pisania, Luisa podnosi każdy skrawek
papieru i zdjęcie, przygląda się wyblakłym szczegółom i mrużąc oczy,
próbuje uzupełnić luki w napisach zatartych z biegiem lat. I w jednej
chwili uderza ją myśl: ile ludzkich historii jest zamkniętych w tym
kartonowym pudle z zapadniętymi bokami i rogami nagryzionymi przez
myszy? Co jeszcze znajdzie pośród trucheł pająków i odoru pleśni? Czego
się dowie o swojej rodzinie? Zastanawia się też, czy w tym odkryciu rolę
odegrało przeznaczenie, czy miała to znaleźć akurat tego dnia - by
poskładać wszystko w jakim takim porządku i przy okazji posklejać swoje
rozbite i poszarpane ja. Pierwszy raz od tygodni nie czuje się pokonana
ani przytłoczona żałobą, lecz nieco podniesiona na duchu. I przejęta.
2. Jaskinia lwa
2
Jaskinia lwa
Wenecja, początek grudnia 1943
Często myślę o tej przedwojennej wymianie zdań z dziadziem; ostatnimi
czasy słowo "zamęt" przychodzi do głowy coraz częściej, jeszcze bardziej
po okropieństwach, do których doszło zeszłej nocy w żydowskim getcie:
oddziały nazistów i ich faszystowskich pomocników zgoniły setki
mieszkańców jak bydło. Mężczyźni i kobiety wyciągnięci z domów stali ze
stoickim spokojem przed swoimi porzuconymi, krzyczącymi, zalanymi łzami
dziećmi, a potem pognano ich na łodzie zmierzające najpierw do więzienia
Santa Maria Maggiore. Podobnie jak oni cała Wenecja zdawała sobie sprawę
z ostatecznego celu podróży: na wschód do Niemiec, do Auschwitz. Na
niemal pewną śmierć.
Pocieram wyraźne obwódki wokół oczu w nadziei, że uda mi się zetrzeć
sadzę z pożarów, które nadal tlą się w getcie. Wczesnym rankiem biegałam
zdyszana od domu do domu przez całą Wenecję, roznosząc wiadomości i fałszywe dokumenty tym, którzy ich potrzebowali, a teraz wciąż czuję
zapach kordytu i desperacji. Jeśli istniała szansa, by uratować choć
kilka rodzin przed wywiezieniem, my - członkowie ruchu oporu -
musieliśmy spróbować, wciskając kobiety i dzieci w najmniejsze kryjówki
w szafach i na strychach. Widziałam, jak matki rozpaczliwie próbowały
uciszać malutkie dzieci, zasłaniając im usta dłońmi, a na ich twarzach
malował się strach przed choćby jednym okrzykiem lub jękiem. Nagły nalot
nazistów na getto zaskoczył dowódców partyzantów; kiedy biegłam bez tchu
przez labirynt zaułków i wąskich przejść, unikając nazistowskiego kotła
i starając się nie wpaść na żaden patrol, by nie odpowiadać na
nieuniknione pytania, czemu łamię godzinę policyjną i dokąd dokładnie
się wybieram, czułam, że nasza walka jest przegrana. Działaliśmy przez
całą noc, ale w świetle dnia okazało się, że udało nam się jedynie
zmniejszyć straty.
Nogi mam jak z waty i boli mnie całe ciało, choć przynajmniej miałam ten
luksus, że mogłam na krótko wrócić do swojego mieszkania i przespać się
godzinę, przebrać się i przetrzeć ciało wilgotną szmatką. Żydów zabrano
jedynie z powodu ich pochodzenia, wyznawania religii znienawidzonej
przez nazistów, a teraz są na zimnej, niegościnnej ziemi, bez szansy na
odroczenie wyroku. Ja mam szczęście.
- Jeszcze jedno espresso? - Paolo zabiera moją pustą filiżankę z blatu i podsuwa drugą, pełną, nie czekając na odpowiedź. Wystarczy, że spojrzy
na moją twarz, w pośpiechu przysypaną odrobiną cennego pudru, który
sobie wydzielam, podobnie jak czerwoną szminkę. Kawa jest mile widziana,
choć oczywiście nie jest to cierpka, acz jedwabista mieszanka z przedwojennych lat. Paolo i jego ojciec, od niepamiętnych czasów
właściciele kawiarni na placu pod moim mieszkaniem, po mistrzowsku
sprawiają, że namiastka kawy - ersatzkaffe - przynajmniej wydaje się
włoska; lśniący ekspres syczy, a Paolo z czułością nalewa ją teatralnym
gestem do malutkiej filiżanki. Choć pozbawiona prawdziwego smaku, pomaga
mi się obudzić.
- Powodzenia, Stello - mówi śpiewnie Paolo, gdy wypijam kawę i macham mu
na pożegnanie. Kiedy mruga okiem, uświadamiam sobie, że wie dokładnie,
dokąd zmierzam.
Idę piechotą dwadzieścia minut od ulic wokół Fondamenta Nuove do kwatery
głównej nazistów na wielkim placu Świętego Marka, próbując nadać krokom
sprężystość, gdy zbliżam się do Platzkommandantur. Poprawia mi nieco
humor jasne zimowe słońce wznoszące się nad Arsenałem, które nadaje
wyraźną różową barwę mniejszym kanałom, od jednego mostu do drugiego, a woda o barwie mlecznego jadeitu uderza w czerwone i pomarańczowe cegły.
Zwykle jest to dla mnie najlepsza pora dnia, kiedy Wenecja się budzi, a korpulentne staruszki w czerni z optymizmem ruszają w drogę, by kupić
cokolwiek na dość pustych targach. Dziś jednak poranny ruch wydaje się
mniejszy, ponieważ wieści o wywózce w getcie rozchodzą się po mieście.
Niebawem wszystkie kawiarnie i bary będą pełne rozmów i opinii, ktoś
będzie znał osobę, która została wywieziona - krewnego lub kolegę. W mieście takim jak Wenecja mieszkańcy łączą się i przeplatają niczym
kanały, które są jej życiodajnymi arteriami.
O tej porze widać niewiele oddziałów - nazistowskich bądź faszystowskich
- ale wenecjanie nauczyli się już, że oczy są wszędzie. Pomimo moich
prawdziwych przekonań, dumnej antyfaszystki jak mój ukochany dziadzio,
muszę sprawiać wrażenie pełnej zapału, gdy zaraz wejdę do centrum
dowodzenia wroga - i to nie jako więźniarka bądź podejrzana, lecz jako
nowa członkini personelu. Automatycznie przywołuję na twarz maskę
wdzięcznej kolaborantki, wenecjanki zachwyconej z ochrony lepszych i silniejszych niemieckich kuzynów. My, Włosi, nauczyliśmy się świetnie
odgrywać rolę ubogiego krewnego. Mamy za sobą lata praktyki.
Wiemy, co mówią ludzie w świecie zewnętrznym - że wojna w Wenecji jest
"łagodna", że niczym oazę chronią nas piękno i wielkość naszego miasta,
a bombowce aliantów omijają jego bezcenne dzieła sztuki. Do pewnego
stopnia jest to zgodne z prawdą: muzyka klasyczna wciąż rozbrzmiewa na
placu Świętego Marka, choć ostatnio można raczej usłyszeć wojskową
orkiestrę Hermanna Goeringa grającą z charakterystyczną pompą zamiast
prawdziwej elegancji. Nadal odbywa się święto sztuki, Biennale,
przyciągając nie tylko bogatych i pięknych, ale i króla nazistowskiej
propagandy Josepha Goebbelsa. Powiedzcie to jednak matkom, których
nastoletnich synów pognano Bóg jeden wie dokąd, niczym w wypaczonej
wersji bajki o szczurołapie z Hameln, by pracowali jak niewolnicy dla
nazistowskiej machiny. Wciąż mam w pamięci tamten dzień z początku
września, kiedy z nieba spadły kolorowe ulotki informujące nas, że
Niemcy zbliżają się, by zająć nasze miasto. Dla większości wenecjan - po
latach faszystowskiej dyktatury Mussoliniego - był to kolejny zamach,
kolejna plaga. Kilka dni później na starych brukach rozległ się stukot
wojskowych butów i naziści szybko rozgościli się w zarekwirowanych
pałacach nad Canal Grande i odwiedzali bary i ogródki restauracji, jakby
przyjechali na wakacje.
Z pozoru miasto wydaje się uległe i pogodzone z losem. Ale wiem, że jest
inaczej. Przy całym swoim zewnętrznym splendorze Wenecja świetnie się
ukrywa; wiem doskonale, że w krętych, ciemnych zaułkach, za pomalowanymi
na zielono żaluzjami wre gorączkowa praca, że tysiące ludzi głowią się,
by zaburzyć drobiazgowe plany naszych niechcianych dzikich lokatorów i odzyskać miasto. Na razie robimy to po cichu. Ale chcemy być gotowi.
Serce mi zamarło, gdy dostałam wiadomość, że mam stawić się w niemieckiej kwaterze głównej mieszczącej się na końcu placu Świętego
Marka. Od czasu pełnej okupacji we wrześniu, kiedy w mieście zaroiło się
od szarozielonych mundurów Wehrmachtu i szarych SS, celowo omijałam to
miejsce, często nadkładając drogi, by uniknąć przechodzenia przez plac
pod okiem znudzonych niemieckich wartowników lustrujących młode
wenecjanki. Kiedy mnie tam wezwano, doszłam do wniosku, że odkryto moją
przynależność do antyfaszystowskiej Partii Akcji, ale gdyby tak się
stało, nie otrzymałabym prośby, by tam się stawić. Bardziej
prawdopodobny był nagły nalot faszystowskich czarnych koszul i pobyt w ich nie najprzyjemniejszej kwaterze Ca' Littoria, która słynęła z wyjątkowo okrutnych tortur. Szybko nauczyliśmy się, że Niemcy nie
przybyli tutaj, by ubrudzić sobie ręce, a jedynie nadzorować odbieranie
nam wolności.
W ostatnich latach starałam się nie wyjawiać publicznie moich poglądów i trzymałam się w cieniu, pracując jako maszynistka w weneckim wydziale
robót publicznych, rządowym organie odpowiedzialnym za codzienne
funkcjonowanie naszego bajkowego miasta nawet podczas wojny. Do tej
pracy "zarekomendował" mnie Sergio Lombardi, prawy obywatel miasta,
który w innym życiu jest kapitanem Lombardim, dowódcą brygady ruchu
oporu. Informacje, które zbierałam w wydziale, okazały się pomocne dla
grup partyzantów walczących z nazistami i faszystami w całej Wenecji
Euganejskiej, choć nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogły ratować
życie. Kiedy w to wątpiłam i chciałam zrobić coś bardziej pożytecznego,
bardziej dostrzegalnego, Sergio gorliwie zapewniał mnie, że szczegółowa
wiedza o funkcjonowaniu miasta jest niezbędna i ułatwia jego oddziałom
pojawianie się w Wenecji i opuszczanie jej w niezauważalny sposób.
Obszerne plany, do których miałam dostęp, okazały się idealną pomocą w przerzucaniu alianckich żołnierzy w bezpieczne miejsca, gdy przez
nazistowską okupację północnych Włoch nie można się było swobodnie
poruszać.
A teraz, dzięki temu, że trzymałam się od wszystkiego z daleka,
znalazłam się tutaj i zaraz wejdę do jaskini lwa; przeniesiono mnie do
kwatery głównej nazistów, bo mówię płynnie po niemiecku, choć wydarzyło
się to w bardzo niefortunnym czasie. I przerażającym.
Za imponującą fasadą obok Museo Correr na placu Świętego Marka pokazuję
przepustkę z wydziału robót i młody niemiecki żołnierz przesuwa palcem
po liście w poszukiwaniu mojego nazwiska. Wygląda na zadowolonego, gdy
je znajduje.
- Na górę po schodach, pierwsze drzwi po prawej - mówi łamanym włoskim.
- Dziękuję, znajdę - odpowiadam po niemiecku, a on uśmiecha się z zażenowaniem. Biedny chłopak, prawie dziecko, chyba w tym samym wieku,
co mój brat Vito. Obaj są na to wszystko za młodzi.
Biuro u szczytu szerokich marmurowych schodów mieści się za dużymi,
bogato rzeźbionymi drzwiami. Wypełniają je biurka ustawione w równych
rzędach, a piękne ściany tej wielkiej sali giną za surowymi meblami z ciemnego drewna i nazistowskimi symbolami. Gorączkowy stukot maszyn do
pisania uderza we mnie jak fala i jestem przez chwilę zaskoczona. Chyba
to widać, bo podchodzi do mnie mężczyzna - jego twarz i cywilne ubranie
mówią mi, że jest Włochem, co mnie dziwi, ale i cieszy. Nawet teraz na
widok surowego nazistowskiego munduru biorę krótki wdech i czuję rosnące
poczucie winy, choć nauczyłam się je dobrze ukrywać.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - mówi po włosku mężczyzna w dobrze
skrojonym szarym garniturze. Wysoki, z krótką ciemną brodą, chyba tuż po
trzydziest-ce, zupełnie nie pasuje do tego militarnego otoczenia i przypomina mi naukowca albo bibliotekarza. Zachowuje się jak Włoch;
jedynie mała metalowa odznaka w klapie marynarki, pozbawiona szczęki
trupia czaszka, oznacza, że jest też faszystą. Płatnym członkiem gangu
Mussoliniego. W innych okolicznościach mogłabym uznać go za
przystojnego, ale tutaj oszpeca go jego przynależność.
- Przysłano mnie tu z wydziału robót publicznych jako maszynistkę i tłumaczkę - zaczynam, wyciągając referencje. - Dobrze trafiłam?
Przebiega wzrokiem po dokumentach, zbliżając je do twarzy, i dostrzegam
jego duże brązowe oczy.
- Witam, signorina Jilani - odpowiada. - Tak, dobrze pani trafiła.
Zaprowadzę panią do biurka.
Odwraca się, prowadzi mnie na tył sali i podchodzi do wolnego biurka z milczącą maszyną do pisania. Staje tyłem do ściany wypełnionej w całości
przez półki z książkami i teczkami i gestem wskazuje biurko i dużą
maszynę.
- To pani miejsce - mówi.
- Myślałam, że będę siedzieć z innymi maszynistkami - odpowiadam,
oglądając się za siebie. Mam głęboko zakorzenioną potrzebę wtapiania się
w tłum.
- Skoro będzie pani tłumaczyć dla generała Breugala, pomyślałem, że
wygodniej będzie, gdy usiądzie pani bliżej jego gabinetu. - Kiwa lekko
głową w stronę zamkniętych drzwi, jeszcze większych i bardziej bogato
rzeźbionych niż poprzednie. - Jest bardzo zwięzły w przekazywaniu
poleceń. Nie wyobrażam sobie, by dziesięć razy dziennie przechodził
przez biuro, na pewno by go to rozdrażniło. Mam nadzieję, że ocali to
panią przed jego... - ostrożnie dobiera ostatnie słowo - irytacją.
Mówiąc to, uśmiecha się, lekko zażenowany swoją propozycją, może
dlatego, że zdradził się nieco z własną opinią na temat generała,
przedstawiając go jako wybuchowego despotę. Z tą różnicą, że generał
jest nie tylko despotą; jego okrucieństwo jest dobrze znane w szeregach
ruchu oporu.
- Z góry dziękuję - odpowiadam. Jestem ogromnie wdzięczna, gdyż za nic
nie chcę przyciągać uwagi. Znalazłam się tutaj, by pisać na maszynie,
tłumaczyć i chłonąć wszystkie informacje, które pomogą partyzantom
walczyć przeciwko niemieckim okupantom skutecznymi aktami sabotażu. Ale
jestem tu także po to, by okazywać całkowitą uległość, przynajmniej w godzinach pracy.
- Marta pokaże pani łazienkę i kantynę, a ja umówię spotkanie z generałem Breugalem, gdy niebawem zjawi się w biurze.
Kiwam głową, a on się odwraca.
- A tak przy okazji, nazywam się Cristian, Cristian De Luca, i jestem
zastępcą sekretarza generała. Zajmuję się głównie papierami. I jestem
cywilem. - Mocno podkreśla ostatnie słowo, jak gdyby nie chciał, żebym
się domyśliła, że jest pełnoprawnym faszystą. Jakby nie nosząc czarnej
koszuli i ciemnej czapki narciarskiej, nie stanowił części bojówek. Ale
znam wielu niewinnych, których potępiła maszyna do pisania, umieszczając
ich na liście. Muszę sobie przypominać, że moja praca nie jest
kolaboracją; dowódca w ruchu oporu zapewnia mnie, że informacje, które
tu zdobędę, ocalą znacznie więcej ludzi, niż kiedykolwiek mogłabym
pogrążyć.
- Proszę przyjść do mnie, jeśli będzie pani czegoś potrzebowała albo
napotka jakiś problem. - Cristian De Luca uśmiecha się blado, ale nie
przekonuje mnie nawet przyjazny wyraz jego oczu. Raz jeszcze kiwam głową
i odpowiadam uśmiechem, bo właśnie tego się ode mnie oczekuje.
Mam dość czasu, by przy herbacie poznać kilka innych maszynistek, zanim
zostaję wezwana za złowieszcze drzwi. Chwytam z biurka pióro i notes,
nie wiedząc, czy czeka mnie tylko rozmowa, czy też mam od razu zacząć
pracę. Odległość od drzwi do biurka generała jest bardzo duża, gdyż
gabinet jest ogromny, a wysoki sufit i ściany ozdabiają sztukaterie. Mój
wzrok przyciąga wielki portret Führera zawieszony nad ogromnym
kominkiem. Wyraz jego twarzy na takich portretach zawsze budzi mój
wewnętrzny śmiech, zupełnie jakby zjadł za dużo makaronu z chili mojej
matki i odczuwał skutki tego w żołądku. W powietrzu unosi się wyraźny
zapach dymu z cygar, a zimowe słońce wpadające przez wysokie okna kreśli
w powietrzu spiralne brudnobiałe obłoki.
- Fräulein, przepraszam, signorina - dobiega mnie głos zza chmury dymu i w końcu dostrzegam twarz. Jest nalana. To moje pierwsze wrażenie. A jej
właściciel jest potężny. Jego czerwona, tłusta skóra rozciąga się mocno
na szerokich policzkach, napompowanych bez wątpienia przez dobre życie i duże ilości grappy; nosi też mizerny wąsik, który nawet nie zasługuje,
by go skojarzyć z głupim pędzelkiem Hitlera. Czarne oczka przypominają
malutkie rodzynki wbite w miękkie ciasto jego twarzy; ciało to większa
porcja tego samego ciasta wciśnięta z trudem w oliwkowy mundur
Wehrmachtu.
W pierwszej chwili myślę, że generał ma twarz głupca, ale jednocześnie
wiem, że nigdy nie powinno się lekceważyć nienawiści, jaką on i jemu
podobni mogą żywić do Żydów, i pogardy dla słabych Włochów, których
podczas tej wojny trzeba prowadzić za rękę. Nie zasłużył na miejsce za
tym biurkiem, nie okazując siły. Generał Breugal już wywarł wyraźny - i śmiertelnie niebezpieczny - wpływ na sprzeciw Wenecji wobec wejścia
nazistów do miasta; wydarzenia zeszłej nocy w getcie były tylko jednym z przykładów zapału, z jakim wypełnia polecenia Hitlera, by oczyścić
miasto z Żydów.
Breugal nie wstaje, wyciąga jedynie rękę nad blatem i muszę dotknąć jego
wilgotnych palców, zanim usiądę na jednym z dwóch krzeseł ustawionych
przed biurkiem. Podnosi wzrok znad szaleńczych gryzmołów i gasi końcówkę
cygara w popielniczce.
- Będę potrzebował minimum dwóch pisanych na maszynie raportów dziennie,
przetłumaczonych z włoskiego na niemiecki - mówi szorstko. - Rozumiem,
że jest pani biegła w tym języku?
- Tak, herr Breugal.
- Generale - poprawia mnie szybko.
- Przepraszam. Generale. - Martwię się, że już się wyróżniłam, ale on
prawie na mnie nie patrzy, czuję się więc w miarę bezpieczna, bo z tą
arogancją będzie mnie głównie ignorował. I chcę, by tak pozostało.
Kiedy zostaję odprawiona mruknięciem i gestem generalskiej dłoni,
kieruję się do biurka, przyciskając do piersi pierwszy raport, który
muszę przetłumaczyć. Za drzwiami natykam się na wysokiego i szczupłego -
i o wiele młodszego - zastępcę generała, kapitana Klausa. Przedstawia
się, lecz w jego głosie nie słychać żadnych emocji, to jedynie
obowiązek. W oczach czai się jednak stalowy błysk. Robię, co w mojej
mocy, by zachować profesjonalny wygląd, choć niemal czuję na piersi żar
tego pierwszego raportu.
W końcu kapitan Klaus uznaje, że dopełniliśmy formalności, a ja siadam i otwieram raport. Dla ruchu oporu to czyste złoto, informacje z pierwszej
ręki, które zostaną wykorzystane, by sabotować poczynania Niemców,
organizować ucieczki rodzin na celowniku i ogólnie stać się solą w oku
nazistowskiego reżimu. Choć to bardzo kusi, nie możemy robić tego zbyt
często - koledzy w ruchu oporu dali jasno do zrozumienia, że trzeba
ochraniać moją pozycję, żebym mogła zachować pracę, nie budząc żadnych
podejrzeń. Dla generała Breugala i trochę dziwnego Cristiana De Luki
jestem porządną włoską dziewczyną, patriotką i zwolenniczką porządku,
która głęboko wierzy, że faszyzm zapanuje nad obecnym chaosem. Muszę
wzbudzać zaufanie.
Na pierwszy rzut oka raport, który mam przetłumaczyć, wygląda jedynie na
opis modernizacji cennych dostaw wody do Wenecji, pompowanej ze stałego
lądu. Jednak szukając w niemiecko-włoskim słowniku bardziej
szczegółowych określeń, odkrywam, że dotyczy również dostaw żywności
nowymi trasami, choć słowo "dostawa" nie zawsze odnosi się do brakującej
mąki, cukru bądź pszenicy. Skomplikowany raport oznacza, że nie uda mi
się go potem powtórzyć słowo w słowo, choć mam talent do zapamiętywania
faktów. Na szczęście ruch oporu przygotował się na taką ewentualność.
Wiedzą, że nie mogę ryzykować i robić kopii tłumaczenia ani też
odręcznych notatek, ustalono więc, że będę pisać na maszynie krótkie
zdania, które będę mogła potem odtworzyć w redakcji gazety. Działanie na
widoku czasami jest najlepszą formą kamuflażu i nagle zaczynam odczuwać
wdzięczność, że siedzę przy biurku tyłem do półek z książkami i nikt nie
będzie mógł zaglądać mi przez ramię. Mogę też szybko zapisać parę
faktów, gdy wyjdę do toalety. Zaprzyjaźniony szewc zajął się już
przerobieniem kilku par moich butów i mogę teraz ukrywać złożone
karteczki w obcasach. Wrócę do biurka z obojętnym wyrazem twarzy i chęcią do dalszej pracy dla Rzeszy. Tak wygląda mój plan.
- Fräulein Jilani, zadomowiła się już pani? - Głos wznosi się nad
panujący w biurze hałas i zaskakuje mnie także dlatego, że niemiecki
Cristiana De Luki brzmi perfekcyjnie. Dostrzega moje zdumienie.
- W biurze mówimy po niemiecku, generał tak woli - wyjaśnia. - Ma pani
wszystko, czego potrzebuje?
- Tak, dziękuję - odpowiadam, spoglądając na klawiaturę. Muszę pracować
szybko, żeby skończyć zarówno oficjalne, jak i nieoficjalne notatki,
choć nie tak hałaśliwie, żeby przyciągać uwagę. Sergio, kapitan
centralnej brygady weneckiego ruchu oporu i mój dowódca, podkreślał,
żebym przez kilka dni, a nawet tygodni nie rzucała się w oczy i nie
paliła się do przekazywania informacji, lecz ta wygląda dla mnie na zbyt
ważną. Jestem pewna, że mogłaby coś zmienić. Muszę pracować dalej, a ten
człowiek szwenda się tu bez celu.
Cristian De Luca wciąż stoi przy moim biurku. Podnoszę pytająco wzrok.
- Mam nadzieję, że pomiędzy panią a generałem wszystko było w porządku?
- rzuca niepewnie. - Nie był zbyt... szorstki?
- Nie, nie - kłamię, celowo radosnym tonem. - Był... stanowczy, ale
sympatyczny.
- Dobrze. Proszę nie mieć oporów, jeśli... - Umykają mi jego ostatnie
słowa, gdy za mną rozlega się donośny głos generała, który nakazuje
jednej z sekretarek podejść do drzwi. Dziewczyna niemal łamie sobie przy
tym obcas.
Cristian De Luca podchodzi do swojego miejsca przy oknie, irytująco
oddalonego od mojego zaledwie o dwa biurka. Wkłada okulary w szylkretowych oprawkach i otwiera teczkę. Teraz jeszcze bardziej
przypomina bibliotekarza.
Trudy minionej nocy zaczynają zbierać swoje żniwo - oczy pieką mnie ze
zmęczenia, gdy pod koniec dnia naciągam pokrowiec na maszynę, a biuro
pustoszeje. Jedna z urzędniczek pyta, czy chciałabym pójść z nimi na
drinka, ale wymawiam się, mówiąc, że rodzice czekają na mnie z kolacją.
Na myśl o makaronie mamy - wciąż przepysznym mimo malejącej liczby
składników - ślinka napływa mi do ust, lecz zamiast tego kupuję tylko
bułkę w pobliskiej piekarni i otulając się płaszczem, kieruję się
szybkim krokiem w stronę kanału. Pomimo zmęczenia nadszedł czas na
trzecią odsłonę mojego wypełnionego i czasami skomplikowanego życia.
Czekając na przystani na vaporetto, które przewiezie mnie na wyspę
Giudecca, wpatruję się w strzelistą wieżę bazyliki San Giorgio Maggiore,
która przycupnęła na brzegu sąsiedniej wyspy. Palladiański monolit
wygląda dziś wieczorem wyjątkowo wspaniale, chwytany raz po raz w promień światła łodzi przepływających przez lagunę. Nie jestem
szczególnie religijna - na pewno nie tak bardzo, jak życzyłaby sobie
mama - ale nieprzerwana obecność wieży przez stulecia wojen i walk
ogrzewa mi serce. To ciepło jest szczególnie mile widziane teraz, gdy
przez szeroką przestrzeń pomiędzy właściwą Wenecją a mniej wytworną,
bardziej przemysłową Giudeccą zaraz powieje przejmujący wiatr. Ale
przynajmniej we mnie tego wieczoru ten widok budzi ciepłe uczucia.
Czasami wzburzone wody są granicą, która bardziej pomaga niż utrudnia.
Niemieckie łodzie patrolowe nie zakłócają przeprawy, która trwa jakieś
dziesięć minut; jestem jedną z zaledwie kilkunastu pasażerów, którzy
wysiadają. Ulice są niemal całkiem ciemne - to konsekwencja przepalonych
żarówek, których nikt nie wymienia - ale pamiętam trasę do miejsca, do
którego zmierzam. Mogłabym je znaleźć nawet przez sen, co się przydaje,
bo po tak małej ilości snu z trudem utrzymuję otwarte oczy. Ale muszę.
To praca, a nie przyjemność. Choć jestem bardzo zmęczona, mam jeszcze
dużo do napisania. Tym razem jednak zamiast raportów mających podtrzymać
niemiecką okupację, będę pisać własne słowa. Za każdym razem, gdy
przypływam na Giudeccę, staję się osobą, która przelewa na papier swoją
gorliwą pasję do ruchu oporu, by mogła to przeczytać cała Wenecja. To
część mojego wkładu w walkę partyzantów, obrońców naszego miasta.
Dziadzio zawsze powtarzał, że pewnego dnia zacznę się wyróżniać dzięki
mojej miłości do słów, i za każdym razem, gdy docieram na Giudeccę,
lubię myśleć, że miał rację.
Kiedy wychodzę zza rogu na mały, ciemny placyk, widzę, że z okien
mieszczącego się na parterze baru wylewa się blask, rolety są
zaciągnięte tylko do połowy, a cichy szum rozmów dobiegający zza
ciężkich drewnianych drzwi jest jedynym dźwiękiem rozlegającym się na
placu.
- Dobry wieczór, Stello - zwraca się do mnie Matteo, właściciel baru,
gdy wchodzę do środka witana przez mniej więcej dziesięciu klientów.
Tutaj jestem wśród przyjaciół.
- Witajcie - rzucam jak najradośniej. Przechodzę na tył baru i znikam w malutkim pokoiku niewiele większym od szafy, gdzie zamieniam płaszcz na
biały fartuszek kelnerki zawiązywany w talii. Jednak zamiast wrócić do
baru, pukam trzy razy do drzwi w rogu i przekręcam gałkę.
- To Stella - wołam ostrzegawczo, schodząc po kilku drewnianych
stopniach w stronę przygaszonego światła. Arlo podnosi wzrok znad
biurka, spogląda na mnie, mrużąc oczy, a potem znów patrzy na gazetę,
nad którą pracuje.
Biedny Arlo - jego wzrok już i tak jest kiepski bez żmudnej pracy w złym
świetle i przy drobnym druku, w który wpatruje się godzinami. Jego grube
szkła leżą porzucone na stole, gdy zbliża stronę do twarzy - słaby wzrok
to cecha rodzinna, która ocaliła go przed przymusowym wcieleniem do
włoskiej armii, a w ruchu oporu nie pozwala mu nosić broni. Mimo to jest
najlepszym zecerem. Dwa razy w tygodniu nasza grupka ambitnych wydawców
gazety spotyka się w tajemnicy na wyspie Giudecca, by tworzyć
cotygodniowe wydanie "Venezia Liberare". Jak sugeruje tytuł, gazeta
niesie słowa wolności i swobody do wszystkich wenecjan, odzyskując coś,
co do nas należy. A pośród artykułów z wiadomościami i miejscowymi
ciekawostkami kryje się - tak sądzimy - przesłanie nadziei.
"Venezii Liberare" próżno szukać w kioskach obok "Il Gazzettino" i innych oficjalnych gazet kontrolowanych w większości przez zwolenników
faszyzmu. "Venezię" tworzymy, drukujemy i składamy na malutkiej
przestrzeni, a potem pakujemy i transportujemy pod osłoną nocy do
wszystkich zakątków miasta, gdzie wspierający sprawę sklepikarze
trzymają pod ladą stosik "czegoś specjalnego" i sprzedają ją potajemnie
razem z przesłaniem, że wciąż tu jesteśmy. Zwarci i gotowi.
- Cześć, Stello. Mam dziś do zapełnienia osiem stron. Liczę, że nie
możesz się już doczekać, żeby zacząć - rzuca z entuzjazmem Arlo.
Serce zamiera mi na sekundę, zmęczenie ogarnia mnie wielką falą, ale
kiedy odsuwam krzesło i odkrywam maszynę do pisania, czuję zastrzyk
energii. Taki wpływ wywiera na mnie sam widok maszyny. Jest o wiele
mniejsza i zgrabniejsza niż ciężka maszyna w biurze Rzeszy, z wysoko
zawieszonymi klawiszami i wielkim wałkiem, lśniąca metaliczną szarością
i czernią jak mundury SS. Blask, którym niegdyś mogła się pochwalić
czarna pokrywa mojej, teraz przyblakł, pojawiły się na niej rysy, a niektóre białe klawisze poszarzały, w plamach tuszu widać moje odciski
palców, ale zawsze wita mnie radośnie jak dobra przyjaciółka. Od czasu,
gdy dziadzio podarował mi ją na osiemnaste urodziny, zawsze była moją
koleżanką z pracy, nawet towarzyszką. Moim głosem.
Sporo razem przeszłyśmy. W odległym teraz, zupełnie innym życiu
dziennikarki rezygnowałam z ciężkich, złowrogich maszyn w redakcji na
rzecz mojej zgrabniejszej, przenośnej. Razem chodziłyśmy na przydzielone
mi zadania i mogłam szybko robić notatki, przelewać myśli na papier,
czasem siedząc na stopniach pobliskiego kościoła albo w cichej kawiarni
w kojącym wiosennym słońcu. Miałam tylko stanowisko młodszej reporterki,
ale po szkole średniej to była moja wymarzona praca: mama nie okazywała
zachwytu, tato po cichu ją tolerował, a dziadzio wspierał mnie całym
sercem.
- To może być twoja przyszłość - rozpromienił się, gdy otwierałam
starannie zapakowany prezent urodzinowy. - Z nią możesz wygrywać bitwy i zmieniać umysły, Stello. Jest lepsza od broni. - Uparł się, by kupić mi
właśnie maszynę Olivetti, produkowaną przez dobrą, włoską rodzinę o silnych antyfaszystowskich poglądach, co później udowodniła podczas
wojny udziałem w akcjach sabotażowych, które ocaliły wiele istnień.
Oczywiście dziadzio, jak to on, miał rację. Stukałam w klawisze,
doprowadzając cały dom do szału; pisałam opowiadania, wspomnienia i okropne wiersze. A wszystkie słowa, które wypływały ze mnie na kartki
papieru dzięki stukotowi mojej pięknej maszyny Olivetti, pomogły mi
dostać wymarzoną pracę w "Il Gazzettino", wpływowym dzienniku, którego
zasięg obejmował całą lądową część regionu otaczającego Wenecję. Przez
długi czas byłam zachwycona, dopóki rosnące faszystowskie inklinacje
gazety nie stały się równie mroczne jak chmury wojny nadciągające nad
Europę.
Nie mam jednak czasu, by to rozpamiętywać, gdy siadam w znacznie mniej
przyjemnej - lecz równie ważnej - podziemnej redakcji naszej tajnej
gazety. Trzymam w ręce notatki nabazgrane szybko na pomiętych skrawkach
papieru, kilka raportów pisanych na maszynie i stenogramy transmisji
radiowych. Każda z tych informacji trafiła do nas dzięki kurierom od
członków ruchu oporu w Wenecji bądź dowódców oddziałów walczących w górach. Matki i babki siedziały godzinami w słabo oświetlonych
kuchniach, słuchając audycji Radia Londra - tak nazwano serwis BBC,
który przynosi nam wieści ze świata - i zapisując szczegóły walk
toczących się poza Wenecją. W ciągu następnych trzech godzin muszę
zrozumieć i zamienić te informacje w wiadomości, by Arlo i jego jedyny
regularny pomocnik Tommaso zdążyli złożyć i wydrukować nasze
cotygodniowe wydanie "Venezia Liberare". To nasz własny materialny
sposób, by powiedzieć Włochom, że nie są osamotnieni w walce z faszyzmem.
Matteo przynosi mi następną, mile widzianą filiżankę kawy i zabieram się
do pracy. Kolejny raz dziękuję opatrzności, że w pierwszym roku pracy w "Il Gazzettino" zamieniałam notatki prasowe w artykuły. Wtedy uważałam
to za rodzaj kary dla nowej pracownicy i byłam mocno sfrustrowana, że
nie wypuszcza się mnie poza drzwi redakcji, żebym zajęła się prawdziwą
reporterką. Teraz wiem, że szlifowałam bardzo cenną umiejętność. Po
zakończeniu każdego artykułu wyciągam go z maszyny, odchylam się na
krześle i podaję go Arlowi i Tommasowi, młodemu chłopcu, który nie
skończył jeszcze szkoły i którego ojciec jest porucznikiem w partyzantce, a oni zabierają się do wypełniania stron gazety.
Tommaso jest nowym nabytkiem naszej małej redakcji i odkryliśmy
niedawno, że ma talent do tworzenia naprawdę dojrzałych dowcipów
rysunkowych; jego ironiczne, sarkastyczne rysunki przedstawiające
faszystowskich przywódców - zwłaszcza naszego ukochanego pompatycznego
Benita Mussoliniego - zaraz trafiają na szpalty gazety. Pomiędzy
poważnymi raportami ze zwycięstw partyzantów w górach, doniesieniami o zdobytych terenach i wysadzonych pociągach udaje nam się przemycić nieco
lżejszy ton. W końcu to nasze włoskie poczucie humoru pomogło nam
przetrwać dwadzieścia lat faszystowskiego reżimu, a teraz na dodatek
wojnę. W kawiarniach, kantynach i na campi wciąż słychać śmiech
Wenecji.
Kiedy Tommaso do nas dołączył, początkowo wyczuwałam jego zdziwienie, że
kelnerka w fartuszku pisze na maszynie artykuły, dopóki Arlo nie
wytłumaczył mu, że moje nazwisko znajduje się na liście pracowników baru
i w każdej chwili muszę być gotowa odegrać swoją rolę, choć robię to
kiepsko. Faszystowscy żołnierze czasami trafiają późnym wieczorem na
Giudeccę, szukając kłopotów, alkoholu albo jednego i drugiego. Zaledwie
przed miesiącem dwóch oficerów - już na wpół pijanych - domagało się
drinków razem z listą pracowników; zdążyłam zbiec na dół, chwycić
porzucony fartuszek i odciągnąć ich od "piwnicy z piwem", rzucając
olśniewający uśmiech i proponując kilka następnych drinków. Od tamtej
pory nie zdejmuję fartuszka.
Wraz z upływem czasu czuję, że tracę siły, i kilka razy Arlo szturcha
mnie żartobliwie.
- No, dziewczyno, można by pomyśleć, że skończyłaś pracę na dziś! -
żartuje.
Widzę, że wpatruje się czujnie w mój artykuł, pocierając czoło
poplamionymi tuszem palcami, i zastanawiam się, ile błędów zrobiłam po
prostu ze zmęczenia. Takich, które będzie musiał poprawić w ostatecznej
wersji.
- Wszystko w porządku, Arlo? - pytam.
- Zastanawiam się, kiedy wymienisz tę starą maszynę, Stello. To zepsute
"e" doprowadza mnie do szału.
Obronnym gestem kładę dłoń na maszynie, czerpiąc pociechę z jej
znajomej, wysłużonej powierzchni. To prawda, że przez częste
transportowanie jedna z metalowych dźwigni nieco się obluzowała i przez
opadające "e" łatwo teraz rozpoznać pisane przez mnie zdania. Tylko
dzięki wielkiemu doświadczeniu Arla usterka mojej maszyny nie przenosi
się na gotową już gazetę.
- Przynajmniej wiadomo, że pisał to mistrz - odpowiadam szybko. I tak
właśnie walczymy ze zmęczeniem: przekomarzając się niewinnie, by bronić
się przed ponurymi doniesieniami, które czasami przedzierają się przez
wiadomości: gdy muszę pisać o złapanych lub torturowanych partyzantach,
czasem o egzekucjach. W takich chwilach zmuszamy się, by patrzeć na
wszystko z szerszej perspektywy, myśleć realistycznie o tym, co możemy
osiągnąć w malutkiej piwnicy prawie bez żadnych środków; robimy, co w naszej mocy, by informować społeczeństwo, przekazywać wiadomości i umacniać solidarność wśród wenecjan.
Przeciągam się i ziewam, gdy kończę ostatni artykuł, który Arlo
zredaguje i złoży.
- Masz dość, żeby wypełnić numer? - pytam z nadzieją, że tak jest.
Prawie nie widzę już na oczy. Zwykle zostaję do czasu, gdy gazeta jest
złożona, ale muszę złapać ostatnie vaporetto odpływające z Giudekki,
żeby wrócić na główną wyspę, pomaszerować szybko do domu i zdążyć przed
godziną policyjną. Nieraz zatrzymał mnie faszystowski bądź nazistowski
patrol i musiałam uciekać się do najsłodszych uśmiechów i wymówek o chorej krewnej, która koniecznie potrzebuje lekarstwa.
- Aż za dużo - mówi Arlo. - Twoje artykuły stają się coraz bardziej
liryczne.
- Za dużo? Zbyt kwieciście? - dopytuję się nerwowo. - Mam trochę
stonować?
- Nie, nie. Odnoszę wrażenie, że naszym czytelnikom podoba się to, jak
opisujesz nawet najgorsze wydarzenia. Mama twierdzi, że nie może się
doczekać twoich artykułów!
- Babcia czyta gazetę od deski do deski - wtrąca nieśmiało Tommaso. -
Nie daje mi żyć, dopóki nie przyniosę jej egzemplarza.
- Mam tylko nadzieję, że traktują to jak fakty, a nie fikcję. Bo te
rzeczy są prawdziwe - odpowiadam. - Przerażająco prawdziwe.
- Nie martw się, nie podlizujesz się czytelnikom - zapewnia mnie Arlo. -
Jeśli już, to dzięki twoim opisom czujemy, że przeżywamy to wszystko
razem. Bo tak jest.
Arlo ma rację - wszyscy znamy kogoś, komu aresztowano lub zabito członka
rodziny. Mimo to notuję w pamięci, by pilnować języka, trzymać się
faktów i zbytnio nie koloryzować. Wydawca wiadomości w "Il Gazzettino"
zawsze mnie krytykował: "Stello, twoja wersja "krótkiego artykułu" to
pięćset słów!" - grzmiał zza biurka, wykreślając zdania czerwonym
atramentem. Od samego początku było jasne, że lepiej się czuję, pisząc
dłuższe teksty, w których mogę bawić się słowami, a nie relacjonując
suche fakty. I na pewno zaczęłabym je tworzyć, gdyby ta ścieżka mojej
kariera tak nagle się nie urwała.
Wreszcie odwiązuję fartuszek i kieruję się ku schodom. Niebawem kilku
innych członków brygady dołączy do Arla i Tommasa, uruchomią małą
drukarnię ukrytą w przybudówce i przez całą noc będą drukować gazetę.
Przed pójściem spać żona Mattea zaniesie im garnek zupy, którą
wyczarowała ze składników, jakie udało jej się zdobyć, by pomóc im
przetrwać do świtu. Jak zawsze jest to wysiłek zbiorowy. Wiemy, że naszą
jedyną nadzieją na przetrwanie tej wojny jest połączenie lojalności i przyjaźni.
Na razie jednak moja praca dobiegła końca. Narzucam pokrowiec na
maszynę; będzie mi potrzebna dopiero za parę dni. Z trudem wchodzę na
schody, odwieszam fartuszek i wkładam płaszcz, żegnając się z Matteem.
Myje szklanki za barem, przy którym nad piwem nachyla się samotna
postać.
Jedynie lodowaty wiatr wiejący przez otwarty pokład vaporetto nie
pozwala mi zasnąć i muszę świadomie wyciągać nogi na niemal pustych
ulicach, zastanawiając się, czy mam coś w kredensie, żeby ugotować zupę
lub makaron. Jest za późno, by skręcić do mamy na serdeczny uścisk i mile widziane ciepło - rodzice nie wiedzą zbyt wiele o tym, co robię
poza pracą, i nie chcę ich martwić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki