Tajemnicza wiadomość - Mandy Robotham

Kup ebooka

37.90 zł
29.94 zł (26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autorki

Wojna jest okropna. Wszę­dzie, gdzie wybu­cha, nie­sie ze sobą znisz­cze­nia, dzie­siąt­kuje ludzi i ruj­nuje cenne obiekty. Kon­flikty nie­uchron­nie zda­rzają się też w pięk­nych miej­scach i taki wła­śnie kon­trast świa­tła i mroku dał począ­tek Tajem­ni­czemu posłań­cowi. Dla mnie Wene­cja jest naj­wspa­nial­szym i naj­bar­dziej fan­ta­stycz­nym miej­scem na świe­cie; pod­czas nie­zli­czo­nych wizyt, od mojego pierw­szego tam pobytu w 1990 roku, byłam ocza­ro­wana ideą mia­sta uno­szą­cego się na wodzie. Jego ist­nie­nie i piękno budzą mój nie­usta­jący podziw.

Kiedy zaczę­łam czy­tać, jak druga wojna świa­towa wpły­nęła na Wene­cję, zda­łam sobie sprawę, że dzia­ła­jący tam ruch oporu zro­bił na histo­ry­kach mniej­sze wra­że­nie niż ten we Fran­cji czy Nider­lan­dach; że w porów­na­niu z tymi kra­jami wojna w Wene­cji prze­bie­gała "łagod­nie". Odna­le­zione przeze mnie źró­dła oka­zały się zwię­złe i spro­wa­dzały się do suchych fak­tów, nie­wiele w nich było szcze­gó­łów z życia mia­sta, nie dowie­dzia­łam się, jak wene­cja­nie radzili sobie z codzien­no­ścią. Pod­czas wyprawy badaw­czej (oczy­wi­ście musia­łam tam wró­cić!) prze­mie­rzy­łam kilo­me­try wenec­kich calli, pra­gnąc koniecz­nie się dowie­dzieć, które czę­ści mia­sta ode­grały rolę w walce z połą­czo­nymi siłami nazi­stów i faszy­stów.

Dopiero po powro­cie do domu tra­fi­łam na żyłę złota; przy­pad­kowy mejl wysłany w cyber­prze­strzeń przy­niósł odpo­wiedź od pana o cudow­nym nazwi­sku; był to Giu­lio Bobba, histo­ryk z IVE­SER - Wenec­kiego Insty­tutu Histo­rii Ruchu Oporu i Współ­cze­snego Spo­łe­czeń­stwa. Czym zaj­mo­wał się signor Bobba? Ruchem oporu w Wene­cji pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej. To było jak manna z nieba.

Dzięki Giu­liowi, jego pasji zbie­ra­nia fak­tów i bez­cen­nych szcze­gó­łów doty­czą­cych życia codzien­nego w ogar­nię­tej wojną Wene­cji powieść zaczęła nabie­rać kształ­tów. Naresz­cie mogłam zoba­czyć Wene­cję pod zasłoną wojny. Im wię­cej wymie­nia­li­śmy mejli, tym bar­dziej moje poszu­ki­wa­nia przy­po­mi­nały te z powie­ści - postać Giu­lia musiała się więc w niej poja­wić, razem z kotką Melo­die, która jest jak najbar­dziej praw­dziwa i uwiel­bia cie­pło kopiarki!

Wie­dzia­łam też, że chcę pod­kre­ślić rolę kobiet w osta­tecz­nym zwy­cię­stwie nad nazi­stami; nie tylko odwagę taj­nych agen­tek, lecz całej armii łącz­ni­czek dzia­ła­ją­cych we Wło­szech - zna­nych jako Staf­fetta - które pomo­gły alian­tom odnieść zwy­cię­stwo. W dzi­siej­szych cza­sach mediów spo­łecz­no­ścio­wych i prze­ka­zy­wa­nych natych­miast infor­ma­cji trudno zro­zu­mieć war­tość dorę­cza­nia poje­dyn­czej wia­do­mo­ści pie­chotą lub łodzią, ale w tam­tych cza­sach było to nie­zwy­kle ważne. Tak naprawdę rato­wało życie. Bez tysięcy matek i babć w całej Euro­pie, które ryzy­ko­wały życie, prze­wo­żąc kon­tra­bandę w dzie­cię­cych wóz­kach i prze­no­sząc ją w tor­bach na zakupy, być może ni­gdy nie docze­ka­li­by­śmy pokoju. Mam nadzieję, że Stella sta­nie się sym­bo­lem tych kobiet - dzia­ła­ją­cych bez­in­te­re­sow­nie dla dobra innych.

Kiedy mia­łam już Stellę i jej mia­sto, nie­trudno było zna­leźć następny ele­ment. Czyż romans nie roz­wija się naj­le­piej w miej­scu uno­szą­cym się na wodzie i sły­ną­cym z naj­pięk­niej­szych zacho­dów słońca? Oczy­wi­ście jest tam też i moja Wene­cja: Acca­de­mia to mój uko­chany most, uwiel­biam obser­wo­wać ludzi na Campo Santo Ste­fano, naprze­ciwko wej­ścia do kościoła znaj­duje się kawia­renka, gdzie wiele razy sie­dzia­łam przy dobrej kawie i z note­sem w ręce wyobra­ża­łam sobie sie­bie jako pisarkę. Obok można zna­leźć zna­ko­mitą lodziar­nię. Przed tym nie da się uciec - Wene­cja poru­sza do głębi.

Mam nadzieję, że udało mi się zło­żyć hołd tym, któ­rzy w Wene­cji sta­wiali czoło wro­gom; nie może być mowy o "łagod­nej" woj­nie, kiedy ktoś traci życie, a matka syna. Wene­cja też stra­ciła. Przez stu­le­cia nękały ją inwa­zje i zarazy, ale zawsze docho­dziła do sie­bie. Tak się stało i teraz. Pozo­stała klej­no­tem. Lśnią­cym jak zawsze. A ja tam nie­długo wrócę.

Prolog: Klauni

Wene­cja, czer­wiec 1934

Pro­wa­dziły nas nagłe wybu­chy hałasu - jeden po dru­gim wzno­siły się w powie­trze niczym fajer­werki w ciemną noc. Prze­ci­ska­li­śmy się przez tłum, dzia­dek roz­gar­niał ludzi sze­ro­kimi umię­śnio­nymi ramio­nami szkut­nika, wciąż sil­nymi mimo jego sześć­dzie­się­ciu pię­ciu lat. Kiedy dotar­li­śmy na skraj wiel­kiego placu, pocią­gnął mnie za rękę na sam przód, gdzie zgro­ma­dzo­nych ludzi odgra­dzał sze­reg faszy­stow­skich żoł­nie­rzy; stali zwró­ceni ple­cami do placu, a suro­wymi, zacię­tymi twa­rzami w stronę tłumu. Na placu wło­skie oddziały masze­ro­wały tam i z powro­tem jak mrówki do dźwię­ków pom­pa­tycz­nej woj­sko­wej muzyki wygry­wa­nej przez orkie­strę dętą.

Mia­łam sie­dem­na­ście lat i byłam śred­niego wzro­stu, musia­łam więc wycią­gać szyję, żeby razem z resztą tłumu doj­rzeć obiekt naszego zain­te­re­so­wa­nia. Nie­trudno było roz­po­znać impo­nu­jącą, kor­pu­lentną postać Benita Mus­so­li­niego, wszak czę­sto poja­wiał się na pierw­szych stro­nach gazet wyda­wa­nych przez faszy­stów. Nawet od tyłu wyglą­dał na pew­nego sie­bie i apo­dyk­tycz­nego czło­wieka, gdy masze­ro­wał obok nieco niż­szego męż­czy­zny, który wyróż­niał się jedy­nie tym, że miał na sobie ciemny gar­ni­tur, a nie paradny mun­dur kapiący od medali. Sta­li­śmy daleko, więc nie dostrze­gli­śmy niczego szcze­gól­nego w wyglą­dzie sza­cow­nego gościa Mus­so­li­niego. Wie­dzia­łam, kim jest i co repre­zen­tuje, ale w moich oczach jego obec­ność nie uza­sad­niała napływu tysięcy człon­ków faszy­stow­skiej mili­cji w ciągu ostat­nich paru dni, nie mówiąc już o tłu­mach spę­dzo­nych, by go powi­tać; podej­rze­wa­li­śmy, że część nie tylko wyma­chuje fla­gami, ale jest dobrze uzbro­jona.

- Dzia­dziu, po co tu przy­szli­śmy?

Byłam skon­ster­no­wana. Dzia­dek był zago­rza­łym anty­fa­szy­stą i choć swoją nie­na­wi­ścią do Mus­so­li­niego dzie­lił się głów­nie z rodziną, w ciągu dwu­na­stu lat rzą­dów Il Duce i jego bry­gady zmi­li­ta­ry­zo­wa­nych osił­ków pozo­stał ich zażar­tym prze­ciw­ni­kiem. W domu lub w kawiarni ze swo­imi naj­bar­dziej zaufa­nymi przy­ja­ciółmi wście­kał się, że gnę­bią Wło­chów i ogra­ni­czają ich wol­ność, zarówno pod wzglę­dem moral­nym, jak i fizycz­nym.

Nachy­lił się, by szep­nąć mi do ucha.

- Bo, moja kochana Stello, chcę, żebyś na wła­sne oczy zoba­czyła wroga, z któ­rym przyj­dzie nam się mie­rzyć.

- Wroga? Czy Hitler nie obie­cuje, że będzie przy­ja­cie­lem Włoch? Sojusz­ni­kiem?

- Nie Wło­chów, skar­bie - odszep­nął dzia­dek. - Nie jest żad­nym przy­ja­cie­lem zwy­kłych ludzi, wene­cjan takich jak my. Spójrz na niego, zauważ, jaki jest prze­bie­gły. Trzeba dobrze znać wroga, gdy nadej­dzie czas. - Na jego pomarsz­czo­nej twa­rzy poja­wił się wyraz zatro­ska­nia, a potem przy­kleił do ust fał­szywy uśmiech, gdy zbli­żyli się faszy­ści w czar­nych koszu­lach i zaczęli wyma­chi­wać kara­bi­nami, by zmu­sić tłum do rado­snych okrzy­ków.

Spoj­rza­łam na obiekt tego fał­szy­wego uwiel­bie­nia, przy­tło­czony oka­załą posta­cią Mus­so­li­niego. Nie dostrze­głam cha­rak­te­ry­stycz­nej twa­rzy ani wykpi­wa­nej fry­zury, która ostat­nimi czasy domi­no­wała w gaze­tach. Jed­nak spo­sób, w jaki Adolf Hitler poru­szał się pośród wło­skich oddzia­łów na placu Świę­tego Marka, wyda­wał się nie­mal powścią­gliwy, ostrożny. Czy tego wła­śnie mie­li­śmy się oba­wiać? Przy Mus­so­li­nim i jego armii osił­ków wyglą­dał na mniej­szego pod każ­dym wzglę­dem. Czemu mój rosły, krzepki i silny dzia­dek wyda­wał się nie­mal wystra­szony?

Kiedy wra­cam wspo­mnie­niami do tam­tego dnia, uświa­da­miam sobie, że w zacho­wa­niu dziadka po raz pierw­szy obja­wiła się maska, którą my, wene­cja­nie - a tak naprawdę Włosi - musie­li­śmy nosić w nad­cho­dzą­cych latach. Za piękną, lśniącą fasadą klej­notu Ita­lii Wene­cja będzie podzie­lać zatro­ska­nie dziadka i ukry­wać swoją deter­mi­na­cję, by w walce prze­ciwko Hitle­rowi i faszy­zmowi zacho­wać swoje praw­dziwe ja.

Jako nasto­latka nie wda­wa­łam się jed­nak w poli­tykę - byłam młodą dziew­czyną, która cie­szyła się z ostat­nich dni szkoły śred­niej, nie mogła się docze­kać lata na pięk­nych pla­żach Lido, póź­nego zachodu słońca pod­czas nie­koń­czą­cych się wenec­kich dni i być może liczyła na prze­lotny waka­cyjny romans. Minęło kilka lat, zanim zro­zu­mia­łam wagę wizyty Hitlera tam­tego cie­płego czerw­co­wego dnia, pięć lat przed wybu­chem wojny, i zna­cze­nie płasz­cze­nia się Mus­so­li­niego przed czło­wie­kiem, który dla więk­szej czę­ści świata sta­nie się dia­błem wcie­lo­nym. A u progu wojny, gdy Wło­chy zade­kla­ro­wały, że ze swoją armią staną u boku Hitlera, przy­po­mnia­łam sobie, czego dowie­dzia­łam się póź­niej o tym dniu w 1934 roku i z czego zwie­rzy­łam się dziad­kowi.

- Wiesz, co Mus­so­lini powie­dział o Hitle­rze pod­czas tam­tej wizyty? - zapy­ta­łam, nacią­ga­jąc koc na jego pierś, w któ­rej sły­chać było szmery, i patrząc, jak jego biedne płuca wal­czą z zapa­le­niem, mają­cym go poko­nać kilka dni póź­niej. - Nazwał go "sza­lo­nym małym klau­nem".

Dzia­dzio tylko się uśmiech­nął, tłu­miąc chi­chot, bo wie­dział, że wywoła długi, męczący atak kaszlu.

Ode­tchnął głę­boko.

- Za to Mus­so­lini jest dużym klau­nem. A wiesz, co robią klauni, Stello?

- Nie, dzia­dziu.

- Sieją zamęt, kocha­nie. I ucho­dzi im to na sucho.

1. Żałoba

1

Żałoba

Lon­dyn, czer­wiec 2017

Łzy płyną stru­mie­niem - wiel­kie grube kro­ple, które wzbie­rają gdzieś w środku, a potem na moment zawi­sają na powie­kach. Przez sekundę Luisa ma wra­że­nie, że spo­gląda przez kawa­łek gru­bego, oso­bli­wego szkła z Murano, któ­rego było pełno w salo­nie matki, aż w końcu mruga i łzy suną po policz­kach. Po dzie­się­ciu dniach żałoby nauczyła się, by z nimi nie wal­czyć i pozwa­lać stru­mie­niowi pły­nąć swo­bod­nie w stronę mokrej teraz brody. Jamie tro­skli­wie poroz­kła­dał pudełka z chu­s­tecz­kami w całym domu; tak jak miesz­kańcy miast podobno ni­gdy nie znaj­dują się wię­cej niż dwa metry od jakie­goś robac­twa, tak teraz ona zawsze ma pod ręką chu­s­teczkę.

Po tym wybu­chu emo­cji Luisa staje w obli­czu bar­dziej fru­stru­ją­cego pro­blemu. Kla­wia­tura jej lap­topa ucier­piała mocno przez tę kaskadę łez i dodat­kowo po kon­tak­cie z zawar­to­ścią szklanki, którą chwi­lowo ośle­piona Luisa prze­wró­ciła - kilka kla­wi­szy tonie w sło­nych łzach i wodzie z kranu. Jest już za późno, by opa­no­wać tę powódź - stu­ka­nie w różne kla­wi­sze ujaw­nia, że ekran zamarł, a kom­pu­ter oka­zuje swoją dez­apro­batę. Elek­tro­nika i płyny wyraź­nie za sobą nie prze­pa­dają.

- Jezu, nie teraz - jęczy Luisa w prze­strzeń. - Nie teraz! No już, Daisy, dzia­łaj, dziew­czyno! - Znów stuka w kla­wia­turę, czemu towa­rzy­szy kilka impo­nu­ją­cych prze­kleństw i kolejne łzy, tym razem fru­stra­cji.

Pierw­szy raz była w sta­nie otwo­rzyć Daisy, swój uko­chany lap­top, od czasu, kiedy jej mama... umarła. Luisa chce wypo­wia­dać słowo "umarła", musi je powta­rzać, bo to jest fakt. Nie ode­szła, gdyż to suge­ruje jakieś spo­kojne wyj­ście, prze­pły­nię­cie z jed­nego wymiaru w inny bez żalu, gdy ma się czas, by wszystko wypro­sto­wać, leżąc pomię­dzy wykroch­ma­lo­nymi bia­łymi prze­ście­ra­dłami i mięk­kimi kocami, by wypo­wie­dzieć rze­czy, które się chce i musi powie­dzieć. Nawet przy swoim ogra­ni­czo­nym doświad­cze­niu ze śmier­cią Luisa wie, że to było krót­kie, ostre i bru­talne. Jej mama umarła. Koniec. Dwa tygo­dnie po pierw­szej dia­gno­zie, tydzień po wpro­wa­dze­niu w stan śpiączki far­ma­ko­lo­gicz­nej, by uśmie­rzyć nie­wy­obra­żalny ból. A teraz Luisa doświad­cza nie­wy­obra­żal­nego bólu żałoby. Można do tego dorzu­cić gniew i fru­stra­cję, a nie­zli­czone emo­cje zaczy­nają wiro­wać i koły­sać się w jej gło­wie, sercu i wybra­nych orga­nach, dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę.

Luisa pró­buje więc robić to, co robi zawsze, gdy nie może się uspo­koić, jeść, mówić lub spo­ty­kać się z ludźmi. Pisze. Daisy, oka­le­czona w bojach, pozna­czona odła­żą­cymi w rogach naklej­kami z zabaw­nymi napi­sami i nazwi­skiem wła­ści­cielki, jest od zawsze oddaną przy­ja­ciółką i służy jej wier­nie, gdy Luisa musi prze­lać emo­cje na ekran kom­pu­tera. Czę­sto są to jedy­nie zwa­rio­wane prze­my­śle­nia, lecz od czasu do czasu w dżun­gli słów poja­wia się coś god­nego uwagi - zda­nie lub myśl, które może zacho­wać na przy­szłość lub wyko­rzy­stać w książce. Książce, którą napi­sze, gdy tylko uwolni się od głu­pich tek­stów, które obec­nie dostar­cza do róż­nych cza­so­pism, opi­su­jąc naj­now­sze pro­dukty kosme­tyczne lub zasta­na­wia­jąc się, czy kobiety naprawdę chcą kie­ro­wać swoim prze­zna­cze­niem (jasne, że chcą, myśli - czy naprawdę muszę to tłu­ma­czyć w nie wię­cej niż tysiącu sło­wach?). Ale to jest praca. Dzięki niej wiążą koniec z koń­cem, gdy Jamie pra­cuje doryw­czo jako aktor. Pew­nego dnia książka jed­nak powsta­nie.

Daisy sta­nowi część tego marze­nia, jest współ­pra­cow­niczką i powier­niczką sekre­tów, aż do samego dna jej twar­dego dysku.

- Jezu, Daisy, co się stało z lojal­no­ścią? - mru­czy Luisa, po czym natych­miast czuje, że sama nie jest w sto­sunku do swo­jej super­no­wo­cze­snej przy­ja­ciółki lojalna. Gdyby to ona nie­mal zato­nęła w ludz­kich łzach, pew­nie zare­ago­wa­łaby tak samo i odmó­wiła współ­pracy. Daisy potrzebny jest ser­wis i czas, by mogła wyschnąć. Tym­cza­sem Luisa musi dać upust nagro­ma­dzo­nym emo­cjom i z jakie­goś nie­wy­ja­śnio­nego powodu dłu­go­pis i pióro nie­zbyt się do tego nadają. Czuje, że musi w coś ude­rzać, walić w kla­wi­sze i patrzeć, jak słowa poja­wiają się na ekra­nie, jakby w magiczny spo­sób wypły­wały gdzieś z głębi niej, nie­za­leż­nie od jej świa­do­mego myśle­nia. Dziecku epoki kom­pu­te­ro­wej prze­ży­wa­ją­cemu żałobę, która grozi, że prze­rwie tamę, nie wystar­czy pióro, by dać upust lawi­nie słów peł­nych jadu, bez­gra­nicz­nej miło­ści lub gniewu, nad któ­rymi nie potrafi zapa­no­wać.

Nagle coś przy­cho­dzi jej do głowy: dzień wcze­śniej Jamie poszedł na strych, by osza­co­wać, jak dużo sprzą­ta­nia ich czeka. Kiedy Luisa zma­gała się z anu­lo­wa­niem debe­tów na kon­cie i lokal­nym podat­kiem, wspo­mniał coś o maszy­nie do pisa­nia, która zamknięta w wali­zeczce stoi wsu­nięta pod kro­kwie. Wygląda na dość starą, ale "w cał­kiem nie­złej for­mie". Czy będzie cokol­wiek warta? A może ma war­tość sen­ty­men­talną? - zapy­tał. W tam­tej chwili uznała to za mało istotne, ale teraz maszyna mogła się przy­dać.

Strych przy­po­mina miliony innych na całym świe­cie: dziwna wil­gotna woń sta­rego życia i kurz, który z iry­ta­cją wzbija się w powie­trze, gdy prze­rywa mu się dłu­go­letni sen. Z belek zwisa poje­dyn­cza żarówka i Luisa musi przy­zwy­czaić wzrok, by przed­mioty nabrały ostro­ści. Roz­po­znaje kilka pre­zen­tów bożo­na­ro­dze­nio­wych, które tak sta­ran­nie wybie­rała dla matki. Roz­grze­wa­jący pas na bolące plecy i pan­to­fle z owczej skóry, ledwo wydo­staw­szy się z opa­ko­wa­nia, tra­fiły na sto­sik z napi­sem "nie­chciane". Jesz­cze jedno przy­po­mnie­nie o dystan­sie, jaki dzie­lił matkę i córkę, a któ­rego już ni­gdy nie da się poko­nać. Luisa odsuwa od sie­bie to wspo­mnie­nie - zato­nęło w niej głę­boko, choć stale stra­szy, że prze­bije się przez żałobę. To tera­pia na inny dzień. Luisa mysz­kuje przez kilka minut, czu­jąc wzbie­ra­jącą fru­stra­cję i zasta­na­wia­jąc się, czy aku­rat to powinna robić w chwili, kiedy wszystko jest jesz­cze tak bole­sne. Jed­no­cze­śnie cie­szy się i oba­wia, że może natknąć się na album rodzinny, bo wie, że nie będzie w sta­nie powstrzy­mać się przed odwra­ca­niem pod­nisz­czo­nych stron z tak zwa­nymi szczę­śli­wymi wspo­mnie­niami. Cała trójka na plaży - ona, mama i tato - uchwy­cona z uśmie­chami na zdję­ciach Kodaka. W lep­szych dniach.

Na szczę­ście z mroku wyła­nia się przed­miot, który nie jest grubą księgą pełną wspo­mnień. To szara wypro­fi­lo­wana wali­zeczka, któ­rej kształt - kwa­dra­towy i zni­ża­jący się ku skó­rza­nej rączce - ozna­cza, że może zawie­rać tylko jedno. Wygląda na mocno zużytą, otar­cia i zadra­pa­nia przy­po­mi­nają Luisie o histo­rii zapi­sa­nej na tor­bie Daisy. Gdy obie klamry pod­ska­kują pod jej pal­cami, roz­lega się cha­rak­te­ry­styczny trzask, a kiedy Luisa pod­nosi pokrywę, z wnę­trza wypływa nie­mal ludz­kie wes­tchnie­nie. Nawet w tym przy­ćmio­nym świe­tle widać, że maszyna jest piękna - mie­sza­nina czerni i sza­ro­ści, białe kla­wi­sze oto­czone meta­lową obwódką, lśniące w mroku. Luisa deli­kat­nie kła­dzie palec na jed­nym z nich, łagod­nie go naci­ska i pod jej doty­kiem mecha­nizm reaguje: cienka meta­lowa dźwi­gnia wyska­kuje w stronę wałka. Nic się nie zacina. Luisa dostrzega także, że w maszy­nie wciąż jest taśma, a zapa­sową rolkę przy­kle­jono obok kla­wia­tury. Stary celo­fan jest nie­tknięty, ale nie­mal roz­pada się w pal­cach. Jed­nak jeśli los będzie jej sprzy­jał, okaże się, że taśma nie wyschła.

Luisa zamyka pokrywę i wyciąga maszynę ze stosu pudeł - jak na tak stary sprzęt oka­zuje się zaska­ku­jąco lekka. Jed­no­cze­śnie z jed­nego z pudeł zsuwa się pokrywka, wysy­ła­jąc w powie­trze obłok kurzu. Luisa odwraca się, by ją popra­wić, i zauważa czarno-białe zdję­cie, które z cza­sem nabrało barwy sepii. Przed­sta­wia męż­czy­znę i kobietę - rado­sne wyrazy twa­rzy suge­rują, że są parą - na placu Świę­tego Marka w Wene­cji z cha­rak­te­ry­styczną, impo­nu­jącą bazy­liką w tle, oto­czoną chma­rami gołębi. W kobie­cie Luisa roz­po­znaje matkę, lecz nie wie, kim jest męż­czy­zna. Prze­szu­kuje pamięć - czy rodzice wspo­mi­nali o wyjeź­dzie do Wene­cji, może w podróż poślubną? To by paso­wało do zdję­cia - para wygląda na szczę­śliwą. Luisa nie tak pamięta rodzi­ców, ale nawet oni kie­dyś też byli zako­chani. Jed­nak zdję­cie wygląda na star­sze, jakby pocho­dziło z minio­nej epoki.

Luisa jest świa­doma swo­ich wło­skich korzeni, wyraź­nie wska­zuje na nie choćby pisow­nia jej imie­nia. Rodzice matki byli Wło­chami, ale zmarli przed laty; dzia­dek, gdy Luisa była malutka, a bab­cia, gdy była nasto­latką. Nie­wiele wie o ich histo­rii - matka ni­gdy o tym nie opo­wia­dała - poza tym, że oboje byli pisa­rzami. Lubi myśleć, że przy­naj­mniej to po nich odzie­dzi­czyła.

Odwraca zdję­cie; ołów­kiem napi­sano tam: "S i C, plac Świę­tego Marka, czer­wiec 1950". Matka miała na imię Sofia, lecz uro­dziła się w 1953 roku, może więc ta roz­pro­mie­niona twarz należy do babki? S jak Stella? Może obok niej stoi dzia­dek Luisy - mało go pamięta, jedy­nie prze­lotny obraz czu­łej twa­rzy. Ale miał na imię Gio­vanni. Kim więc jest C? Bar­dzo moż­liwe, że był ado­ra­to­rem babki przed dziad­kiem Gio, jak go nazy­wano. Cie­ka­wość Luisy prze­cho­dzi w uśmiech, pierw­szy od wielu dni, a ruch mię­śni twa­rzy wydaje się dziwny. Para wygląda bar­dzo sty­lowo: on w spodniach od gar­ni­turu z wyso­kim sta­nem, ona w kostiu­miku w stylu Cha­nel i ele­ganc­kich czó­łen­kach, z wło­sami zacze­sa­nymi w szy­kowną czarną falę.

Luisa nachyla się, by odło­żyć zdję­cie do pudła, lecz dostrzega, że pod roz­sy­pu­jącą się war­stwą bibułki znaj­duje się dużo wię­cej rze­czy - foto­gra­fie i skrawki papieru, nie­które zapi­sane ręcz­nie, inne starą czcionką, może na tej wła­śnie odna­le­zio­nej maszy­nie? Każdy zacie­ka­wiony poszu­ki­wacz przy­naj­mniej zaj­rzałby do środka, lecz u dzien­ni­karki budzą się wszyst­kie zmy­sły. Jest też coś w gry­zą­cej woni sta­rego kurzu, która wdziera się do jej noz­drzy i przy­pra­wia o szyb­sze bicie serca. Nie­sie ze sobą wspo­mnie­nia o prze­ży­tym życiu i odkrytą histo­rię.

Pudło jest cięż­kie i trudno je znieść po stro­mych scho­dach do salonu. W dzien­nym świe­tle Luisa dostrzega jed­nak, że ma do czy­nie­nia z praw­dzi­wym skar­bem. Pod war­stwami papieru i kil­koma posza­rza­łymi egzem­pla­rzami gazety noszą­cej tytuł "Vene­zia Libe­rare" Luisa wyczuwa tajem­nicę. Czai się w szorst­kiej war­stwie pod jej pal­cami, gdy deli­kat­nie unosi papier - na czarno-bia­łych zdję­ciach uśmiech­nięte kobiety i męż­czyźni, nie­któ­rzy z nich nie­dbale trzy­mają kara­biny jak rekwi­zyty lub dum­nie przy­kła­dają je do piersi, kobiety rów­nież. Luisa prze­żywa wstrząs: w odle­głych wspo­mnie­niach jej bab­cia była jedy­nie uro­czą star­szą panią, która obsy­py­wała ją piesz­czo­tami i cze­ko­lad­kami i uśmie­chała się psot­nie, gdy matka Luisy ją besz­tała, że psuje córkę sło­dy­czami. Luisa pamięta, że cza­sami też pod­su­wała jej nie­duże bato­niki, kiedy nikt nie patrzył, i szep­tała: "Ciii, to nasza tajem­nica", a ona czuła się, jakby nale­żała do jakie­goś małego gangu.

Zapo­mi­na­jąc na chwilę o maszy­nie do pisa­nia, Luisa pod­nosi każdy skra­wek papieru i zdję­cie, przy­gląda się wybla­kłym szcze­gó­łom i mru­żąc oczy, pró­buje uzu­peł­nić luki w napi­sach zatar­tych z bie­giem lat. I w jed­nej chwili ude­rza ją myśl: ile ludz­kich histo­rii jest zamknię­tych w tym kar­to­no­wym pudle z zapad­nię­tymi bokami i rogami nagry­zio­nymi przez myszy? Co jesz­cze znaj­dzie pośród tru­cheł pają­ków i odoru ple­śni? Czego się dowie o swo­jej rodzi­nie? Zasta­na­wia się też, czy w tym odkry­ciu rolę ode­grało prze­zna­cze­nie, czy miała to zna­leźć aku­rat tego dnia - by poskła­dać wszystko w jakim takim porządku i przy oka­zji poskle­jać swoje roz­bite i poszar­pane ja. Pierw­szy raz od tygo­dni nie czuje się poko­nana ani przy­tło­czona żałobą, lecz nieco pod­nie­siona na duchu. I prze­jęta.

2. Jaskinia lwa

2

Jaski­nia lwa

Wene­cja, począ­tek grud­nia 1943

Czę­sto myślę o tej przed­wo­jen­nej wymia­nie zdań z dzia­dziem; ostat­nimi czasy słowo "zamęt" przy­cho­dzi do głowy coraz czę­ściej, jesz­cze bar­dziej po okro­pień­stwach, do któ­rych doszło zeszłej nocy w żydow­skim get­cie: oddziały nazi­stów i ich faszy­stow­skich pomoc­ni­ków zgo­niły setki miesz­kań­ców jak bydło. Męż­czyźni i kobiety wycią­gnięci z domów stali ze sto­ic­kim spo­ko­jem przed swo­imi porzu­co­nymi, krzy­czą­cymi, zala­nymi łzami dziećmi, a potem pognano ich na łodzie zmie­rza­jące naj­pierw do wię­zie­nia Santa Maria Mag­giore. Podob­nie jak oni cała Wene­cja zda­wała sobie sprawę z osta­tecz­nego celu podróży: na wschód do Nie­miec, do Auschwitz. Na nie­mal pewną śmierć.

Pocie­ram wyraźne obwódki wokół oczu w nadziei, że uda mi się zetrzeć sadzę z poża­rów, które na­dal tlą się w get­cie. Wcze­snym ran­kiem bie­ga­łam zdy­szana od domu do domu przez całą Wene­cję, roz­no­sząc wia­do­mo­ści i fał­szywe doku­menty tym, któ­rzy ich potrze­bo­wali, a teraz wciąż czuję zapach kor­dytu i despe­ra­cji. Jeśli ist­niała szansa, by ura­to­wać choć kilka rodzin przed wywie­zie­niem, my - człon­ko­wie ruchu oporu - musie­li­śmy spró­bo­wać, wci­ska­jąc kobiety i dzieci w naj­mniej­sze kry­jówki w sza­fach i na stry­chach. Widzia­łam, jak matki roz­pacz­li­wie pró­bo­wały uci­szać malut­kie dzieci, zasła­nia­jąc im usta dłońmi, a na ich twa­rzach malo­wał się strach przed choćby jed­nym okrzy­kiem lub jękiem. Nagły nalot nazi­stów na getto zasko­czył dowód­ców par­ty­zan­tów; kiedy bie­głam bez tchu przez labi­rynt zauł­ków i wąskich przejść, uni­ka­jąc nazi­stow­skiego kotła i sta­ra­jąc się nie wpaść na żaden patrol, by nie odpo­wia­dać na nie­unik­nione pyta­nia, czemu łamię godzinę poli­cyjną i dokąd dokład­nie się wybie­ram, czu­łam, że nasza walka jest prze­grana. Dzia­ła­li­śmy przez całą noc, ale w świe­tle dnia oka­zało się, że udało nam się jedy­nie zmniej­szyć straty.

Nogi mam jak z waty i boli mnie całe ciało, choć przy­naj­mniej mia­łam ten luk­sus, że mogłam na krótko wró­cić do swo­jego miesz­ka­nia i prze­spać się godzinę, prze­brać się i prze­trzeć ciało wil­gotną szmatką. Żydów zabrano jedy­nie z powodu ich pocho­dze­nia, wyzna­wa­nia reli­gii znie­na­wi­dzo­nej przez nazi­stów, a teraz są na zim­nej, nie­go­ścin­nej ziemi, bez szansy na odro­cze­nie wyroku. Ja mam szczę­ście.

- Jesz­cze jedno espresso? - Paolo zabiera moją pustą fili­żankę z blatu i pod­suwa drugą, pełną, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź. Wystar­czy, że spoj­rzy na moją twarz, w pośpie­chu przy­sy­paną odro­biną cen­nego pudru, który sobie wydzie­lam, podob­nie jak czer­woną szminkę. Kawa jest mile widziana, choć oczy­wi­ście nie jest to cierpka, acz jedwa­bi­sta mie­szanka z przed­wo­jen­nych lat. Paolo i jego ojciec, od nie­pa­mięt­nych cza­sów wła­ści­ciele kawiarni na placu pod moim miesz­ka­niem, po mistrzow­sku spra­wiają, że namiastka kawy - ersatz­kaffe - przy­naj­mniej wydaje się wło­ska; lśniący eks­pres syczy, a Paolo z czu­ło­ścią nalewa ją teatral­nym gestem do malut­kiej fili­żanki. Choć pozba­wiona praw­dzi­wego smaku, pomaga mi się obu­dzić.

- Powo­dze­nia, Stello - mówi śpiew­nie Paolo, gdy wypi­jam kawę i macham mu na poże­gna­nie. Kiedy mruga okiem, uświa­da­miam sobie, że wie dokład­nie, dokąd zmie­rzam.

Idę pie­chotą dwa­dzie­ścia minut od ulic wokół Fon­da­menta Nuove do kwa­tery głów­nej nazi­stów na wiel­kim placu Świę­tego Marka, pró­bu­jąc nadać kro­kom sprę­ży­stość, gdy zbli­żam się do Platz­kom­man­dan­tur. Popra­wia mi nieco humor jasne zimowe słońce wzno­szące się nad Arse­na­łem, które nadaje wyraźną różową barwę mniej­szym kana­łom, od jed­nego mostu do dru­giego, a woda o bar­wie mlecz­nego jade­itu ude­rza w czer­wone i poma­rań­czowe cegły. Zwy­kle jest to dla mnie naj­lep­sza pora dnia, kiedy Wene­cja się budzi, a kor­pu­lentne sta­ruszki w czerni z opty­mi­zmem ruszają w drogę, by kupić cokol­wiek na dość pustych tar­gach. Dziś jed­nak poranny ruch wydaje się mniej­szy, ponie­waż wie­ści o wywózce w get­cie roz­cho­dzą się po mie­ście. Nie­ba­wem wszyst­kie kawiar­nie i bary będą pełne roz­mów i opi­nii, ktoś będzie znał osobę, która została wywie­ziona - krew­nego lub kolegę. W mie­ście takim jak Wene­cja miesz­kańcy łączą się i prze­pla­tają niczym kanały, które są jej życio­daj­nymi arte­riami.

O tej porze widać nie­wiele oddzia­łów - nazi­stow­skich bądź faszy­stow­skich - ale wene­cja­nie nauczyli się już, że oczy są wszę­dzie. Pomimo moich praw­dzi­wych prze­ko­nań, dum­nej anty­fa­szystki jak mój uko­chany dzia­dzio, muszę spra­wiać wra­że­nie peł­nej zapału, gdy zaraz wejdę do cen­trum dowo­dze­nia wroga - i to nie jako więź­niarka bądź podej­rzana, lecz jako nowa człon­kini per­so­nelu. Auto­ma­tycz­nie przy­wo­łuję na twarz maskę wdzięcz­nej kola­bo­rantki, wene­cjanki zachwy­co­nej z ochrony lep­szych i sil­niej­szych nie­miec­kich kuzy­nów. My, Włosi, nauczy­li­śmy się świet­nie odgry­wać rolę ubo­giego krew­nego. Mamy za sobą lata prak­tyki.

Wiemy, co mówią ludzie w świe­cie zewnętrz­nym - że wojna w Wene­cji jest "łagodna", że niczym oazę chro­nią nas piękno i wiel­kość naszego mia­sta, a bom­bowce alian­tów omi­jają jego bez­cenne dzieła sztuki. Do pew­nego stop­nia jest to zgodne z prawdą: muzyka kla­syczna wciąż roz­brzmiewa na placu Świę­tego Marka, choć ostat­nio można raczej usły­szeć woj­skową orkie­strę Her­manna Goeringa gra­jącą z cha­rak­te­ry­styczną pompą zamiast praw­dzi­wej ele­gan­cji. Na­dal odbywa się święto sztuki, Bien­nale, przy­cią­ga­jąc nie tylko boga­tych i pięk­nych, ale i króla nazi­stow­skiej pro­pa­gandy Jose­pha Goeb­belsa. Powiedz­cie to jed­nak mat­kom, któ­rych nasto­let­nich synów pognano Bóg jeden wie dokąd, niczym w wypa­czo­nej wer­sji bajki o szczu­ro­ła­pie z Hameln, by pra­co­wali jak nie­wol­nicy dla nazi­stow­skiej machiny. Wciąż mam w pamięci tam­ten dzień z początku wrze­śnia, kiedy z nieba spa­dły kolo­rowe ulotki infor­mu­jące nas, że Niemcy zbli­żają się, by zająć nasze mia­sto. Dla więk­szo­ści wene­cjan - po latach faszy­stow­skiej dyk­ta­tury Mus­so­li­niego - był to kolejny zamach, kolejna plaga. Kilka dni póź­niej na sta­rych bru­kach roz­legł się stu­kot woj­sko­wych butów i nazi­ści szybko roz­go­ścili się w zare­kwi­ro­wa­nych pała­cach nad Canal Grande i odwie­dzali bary i ogródki restau­ra­cji, jakby przy­je­chali na waka­cje.

Z pozoru mia­sto wydaje się ule­głe i pogo­dzone z losem. Ale wiem, że jest ina­czej. Przy całym swoim zewnętrz­nym splen­do­rze Wene­cja świet­nie się ukrywa; wiem dosko­nale, że w krę­tych, ciem­nych zauł­kach, za poma­lo­wa­nymi na zie­lono żalu­zjami wre gorącz­kowa praca, że tysiące ludzi gło­wią się, by zabu­rzyć dro­bia­zgowe plany naszych nie­chcia­nych dzi­kich loka­to­rów i odzy­skać mia­sto. Na razie robimy to po cichu. Ale chcemy być gotowi.

Serce mi zamarło, gdy dosta­łam wia­do­mość, że mam sta­wić się w nie­miec­kiej kwa­te­rze głów­nej miesz­czą­cej się na końcu placu Świę­tego Marka. Od czasu peł­nej oku­pa­cji we wrze­śniu, kiedy w mie­ście zaro­iło się od sza­ro­zie­lo­nych mun­du­rów Wehr­machtu i sza­rych SS, celowo omi­ja­łam to miej­sce, czę­sto nad­kła­da­jąc drogi, by unik­nąć prze­cho­dze­nia przez plac pod okiem znu­dzo­nych nie­miec­kich war­tow­ni­ków lustru­ją­cych młode wene­cjanki. Kiedy mnie tam wezwano, doszłam do wnio­sku, że odkryto moją przy­na­leż­ność do anty­fa­szy­stow­skiej Par­tii Akcji, ale gdyby tak się stało, nie otrzy­ma­ła­bym prośby, by tam się sta­wić. Bar­dziej praw­do­po­dobny był nagły nalot faszy­stow­skich czar­nych koszul i pobyt w ich nie naj­przy­jem­niej­szej kwa­te­rze Ca' Lit­to­ria, która sły­nęła z wyjąt­kowo okrut­nych tor­tur. Szybko nauczy­li­śmy się, że Niemcy nie przy­byli tutaj, by ubru­dzić sobie ręce, a jedy­nie nad­zo­ro­wać odbie­ra­nie nam wol­no­ści.

W ostat­nich latach sta­ra­łam się nie wyja­wiać publicz­nie moich poglą­dów i trzy­ma­łam się w cie­niu, pra­cu­jąc jako maszy­nistka w wenec­kim wydziale robót publicz­nych, rzą­do­wym orga­nie odpo­wie­dzial­nym za codzienne funk­cjo­no­wa­nie naszego baj­ko­wego mia­sta nawet pod­czas wojny. Do tej pracy "zare­ko­men­do­wał" mnie Ser­gio Lom­bardi, prawy oby­wa­tel mia­sta, który w innym życiu jest kapi­ta­nem Lom­bardim, dowódcą bry­gady ruchu oporu. Infor­ma­cje, które zbie­ra­łam w wydziale, oka­zały się pomocne dla grup par­ty­zan­tów wal­czą­cych z nazi­stami i faszy­stami w całej Wene­cji Euga­nej­skiej, choć ni­gdy nie przy­szło mi do głowy, że mogły rato­wać życie. Kiedy w to wąt­pi­łam i chcia­łam zro­bić coś bar­dziej poży­tecz­nego, bar­dziej dostrze­gal­nego, Ser­gio gor­li­wie zapew­niał mnie, że szcze­gó­łowa wie­dza o funk­cjo­no­wa­niu mia­sta jest nie­zbędna i uła­twia jego oddzia­łom poja­wia­nie się w Wene­cji i opusz­cza­nie jej w nie­zau­wa­żalny spo­sób. Obszerne plany, do któ­rych mia­łam dostęp, oka­zały się ide­alną pomocą w prze­rzu­ca­niu alianc­kich żoł­nie­rzy w bez­pieczne miej­sca, gdy przez nazi­stow­ską oku­pa­cję pół­noc­nych Włoch nie można się było swo­bod­nie poru­szać.

A teraz, dzięki temu, że trzy­ma­łam się od wszyst­kiego z daleka, zna­la­złam się tutaj i zaraz wejdę do jaskini lwa; prze­nie­siono mnie do kwa­tery głów­nej nazi­stów, bo mówię płyn­nie po nie­miecku, choć wyda­rzyło się to w bar­dzo nie­for­tun­nym cza­sie. I prze­ra­ża­ją­cym.

Za impo­nu­jącą fasadą obok Museo Cor­rer na placu Świę­tego Marka poka­zuję prze­pustkę z wydziału robót i młody nie­miecki żoł­nierz prze­suwa pal­cem po liście w poszu­ki­wa­niu mojego nazwi­ska. Wygląda na zado­wo­lo­nego, gdy je znaj­duje.

- Na górę po scho­dach, pierw­sze drzwi po pra­wej - mówi łama­nym wło­skim.

- Dzię­kuję, znajdę - odpo­wia­dam po nie­miecku, a on uśmie­cha się z zaże­no­wa­niem. Biedny chło­pak, pra­wie dziecko, chyba w tym samym wieku, co mój brat Vito. Obaj są na to wszystko za mło­dzi.

Biuro u szczytu sze­ro­kich mar­mu­ro­wych scho­dów mie­ści się za dużymi, bogato rzeź­bio­nymi drzwiami. Wypeł­niają je biurka usta­wione w rów­nych rzę­dach, a piękne ściany tej wiel­kiej sali giną za suro­wymi meblami z ciem­nego drewna i nazi­stow­skimi sym­bo­lami. Gorącz­kowy stu­kot maszyn do pisa­nia ude­rza we mnie jak fala i jestem przez chwilę zasko­czona. Chyba to widać, bo pod­cho­dzi do mnie męż­czy­zna - jego twarz i cywilne ubra­nie mówią mi, że jest Wło­chem, co mnie dziwi, ale i cie­szy. Nawet teraz na widok suro­wego nazi­stow­skiego mun­duru biorę krótki wdech i czuję rosnące poczu­cie winy, choć nauczy­łam się je dobrze ukry­wać.

- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - mówi po wło­sku męż­czy­zna w dobrze skro­jo­nym sza­rym gar­ni­tu­rze. Wysoki, z krótką ciemną brodą, chyba tuż po trzy­dziest-ce, zupeł­nie nie pasuje do tego mili­tar­nego oto­cze­nia i przy­po­mina mi naukowca albo biblio­te­ka­rza. Zacho­wuje się jak Włoch; jedy­nie mała meta­lowa odznaka w kla­pie mary­narki, pozba­wiona szczęki tru­pia czaszka, ozna­cza, że jest też faszy­stą. Płat­nym człon­kiem gangu Mus­so­li­niego. W innych oko­licz­no­ściach mogła­bym uznać go za przy­stoj­nego, ale tutaj oszpeca go jego przy­na­leż­ność.

- Przy­słano mnie tu z wydziału robót publicz­nych jako maszy­nistkę i tłu­maczkę - zaczy­nam, wycią­ga­jąc refe­ren­cje. - Dobrze tra­fi­łam?

Prze­biega wzro­kiem po doku­men­tach, zbli­ża­jąc je do twa­rzy, i dostrze­gam jego duże brą­zowe oczy.

- Witam, signo­rina Jilani - odpo­wiada. - Tak, dobrze pani tra­fiła. Zapro­wa­dzę panią do biurka.

Odwraca się, pro­wa­dzi mnie na tył sali i pod­cho­dzi do wol­nego biurka z mil­czącą maszyną do pisa­nia. Staje tyłem do ściany wypeł­nio­nej w cało­ści przez półki z książ­kami i tecz­kami i gestem wska­zuje biurko i dużą maszynę.

- To pani miej­sce - mówi.

- Myśla­łam, że będę sie­dzieć z innymi maszy­nist­kami - odpo­wia­dam, oglą­da­jąc się za sie­bie. Mam głę­boko zako­rze­nioną potrzebę wta­pia­nia się w tłum.

- Skoro będzie pani tłu­ma­czyć dla gene­rała Breu­gala, pomy­śla­łem, że wygod­niej będzie, gdy usią­dzie pani bli­żej jego gabi­netu. - Kiwa lekko głową w stronę zamknię­tych drzwi, jesz­cze więk­szych i bar­dziej bogato rzeź­bio­nych niż poprzed­nie. - Jest bar­dzo zwię­zły w prze­ka­zy­wa­niu pole­ceń. Nie wyobra­żam sobie, by dzie­sięć razy dzien­nie prze­cho­dził przez biuro, na pewno by go to roz­draż­niło. Mam nadzieję, że ocali to panią przed jego... - ostroż­nie dobiera ostat­nie słowo - iry­ta­cją.

Mówiąc to, uśmie­cha się, lekko zaże­no­wany swoją pro­po­zy­cją, może dla­tego, że zdra­dził się nieco z wła­sną opi­nią na temat gene­rała, przed­sta­wia­jąc go jako wybu­cho­wego despotę. Z tą róż­nicą, że gene­rał jest nie tylko despotą; jego okru­cień­stwo jest dobrze znane w sze­re­gach ruchu oporu.

- Z góry dzię­kuję - odpo­wia­dam. Jestem ogrom­nie wdzięczna, gdyż za nic nie chcę przy­cią­gać uwagi. Zna­la­złam się tutaj, by pisać na maszy­nie, tłu­ma­czyć i chło­nąć wszyst­kie infor­ma­cje, które pomogą par­ty­zan­tom wal­czyć prze­ciwko nie­miec­kim oku­pan­tom sku­tecz­nymi aktami sabo­tażu. Ale jestem tu także po to, by oka­zy­wać cał­ko­witą ule­głość, przy­naj­mniej w godzi­nach pracy.

- Marta pokaże pani łazienkę i kan­tynę, a ja umó­wię spo­tka­nie z gene­ra­łem Breu­ga­lem, gdy nie­ba­wem zjawi się w biu­rze.

Kiwam głową, a on się odwraca.

- A tak przy oka­zji, nazy­wam się Cri­stian, Cri­stian De Luca, i jestem zastępcą sekre­ta­rza gene­rała. Zaj­muję się głów­nie papie­rami. I jestem cywi­lem. - Mocno pod­kre­śla ostat­nie słowo, jak gdyby nie chciał, żebym się domy­śliła, że jest peł­no­praw­nym faszy­stą. Jakby nie nosząc czar­nej koszuli i ciem­nej czapki nar­ciar­skiej, nie sta­no­wił czę­ści bojó­wek. Ale znam wielu nie­win­nych, któ­rych potę­piła maszyna do pisa­nia, umiesz­cza­jąc ich na liście. Muszę sobie przy­po­mi­nać, że moja praca nie jest kola­bo­ra­cją; dowódca w ruchu oporu zapew­nia mnie, że infor­ma­cje, które tu zdo­będę, ocalą znacz­nie wię­cej ludzi, niż kie­dy­kol­wiek mogła­bym pogrą­żyć.

- Pro­szę przyjść do mnie, jeśli będzie pani cze­goś potrze­bo­wała albo napo­tka jakiś pro­blem. - Cri­stian De Luca uśmie­cha się blado, ale nie prze­ko­nuje mnie nawet przy­ja­zny wyraz jego oczu. Raz jesz­cze kiwam głową i odpo­wia­dam uśmie­chem, bo wła­śnie tego się ode mnie ocze­kuje.

Mam dość czasu, by przy her­ba­cie poznać kilka innych maszy­ni­stek, zanim zostaję wezwana za zło­wiesz­cze drzwi. Chwy­tam z biurka pióro i notes, nie wie­dząc, czy czeka mnie tylko roz­mowa, czy też mam od razu zacząć pracę. Odle­głość od drzwi do biurka gene­rała jest bar­dzo duża, gdyż gabi­net jest ogromny, a wysoki sufit i ściany ozda­biają sztu­ka­te­rie. Mój wzrok przy­ciąga wielki por­tret Führera zawie­szony nad ogrom­nym komin­kiem. Wyraz jego twa­rzy na takich por­tretach zawsze budzi mój wewnętrzny śmiech, zupeł­nie jakby zjadł za dużo maka­ronu z chili mojej matki i odczu­wał skutki tego w żołądku. W powie­trzu unosi się wyraźny zapach dymu z cygar, a zimowe słońce wpa­da­jące przez wyso­kie okna kre­śli w powie­trzu spi­ralne brud­no­białe obłoki.

- Fräulein, prze­pra­szam, signo­rina - dobiega mnie głos zza chmury dymu i w końcu dostrze­gam twarz. Jest nalana. To moje pierw­sze wra­że­nie. A jej wła­ści­ciel jest potężny. Jego czer­wona, tłu­sta skóra roz­ciąga się mocno na sze­ro­kich policz­kach, napom­po­wa­nych bez wąt­pie­nia przez dobre życie i duże ilo­ści grappy; nosi też mizerny wąsik, który nawet nie zasłu­guje, by go sko­ja­rzyć z głu­pim pędzel­kiem Hitlera. Czarne oczka przy­po­mi­nają malut­kie rodzynki wbite w mięk­kie cia­sto jego twa­rzy; ciało to więk­sza por­cja tego samego cia­sta wci­śnięta z tru­dem w oliw­kowy mun­dur Wehr­machtu.

W pierw­szej chwili myślę, że gene­rał ma twarz głupca, ale jed­no­cze­śnie wiem, że ni­gdy nie powinno się lek­ce­wa­żyć nie­na­wi­ści, jaką on i jemu podobni mogą żywić do Żydów, i pogardy dla sła­bych Wło­chów, któ­rych pod­czas tej wojny trzeba pro­wa­dzić za rękę. Nie zasłu­żył na miej­sce za tym biur­kiem, nie oka­zu­jąc siły. Gene­rał Breu­gal już wywarł wyraźny - i śmier­tel­nie nie­bez­pieczny - wpływ na sprze­ciw Wene­cji wobec wej­ścia nazi­stów do mia­sta; wyda­rze­nia zeszłej nocy w get­cie były tylko jed­nym z przy­kła­dów zapału, z jakim wypeł­nia pole­ce­nia Hitlera, by oczy­ścić mia­sto z Żydów.

Breu­gal nie wstaje, wyciąga jedy­nie rękę nad bla­tem i muszę dotknąć jego wil­got­nych pal­ców, zanim usiądę na jed­nym z dwóch krze­seł usta­wio­nych przed biur­kiem. Pod­nosi wzrok znad sza­leń­czych gry­zmo­łów i gasi koń­cówkę cygara w popiel­niczce.

- Będę potrze­bo­wał mini­mum dwóch pisa­nych na maszy­nie rapor­tów dzien­nie, prze­tłu­ma­czo­nych z wło­skiego na nie­miecki - mówi szorstko. - Rozu­miem, że jest pani bie­gła w tym języku?

- Tak, herr Breu­gal.

- Gene­rale - popra­wia mnie szybko.

- Prze­pra­szam. Gene­rale. - Mar­twię się, że już się wyróż­ni­łam, ale on pra­wie na mnie nie patrzy, czuję się więc w miarę bez­pieczna, bo z tą aro­gan­cją będzie mnie głów­nie igno­ro­wał. I chcę, by tak pozo­stało.

Kiedy zostaję odpra­wiona mruk­nię­ciem i gestem gene­ral­skiej dłoni, kie­ruję się do biurka, przy­ci­ska­jąc do piersi pierw­szy raport, który muszę prze­tłu­ma­czyć. Za drzwiami naty­kam się na wyso­kiego i szczu­płego - i o wiele młod­szego - zastępcę gene­rała, kapi­tana Klausa. Przed­sta­wia się, lecz w jego gło­sie nie sły­chać żad­nych emo­cji, to jedy­nie obo­wią­zek. W oczach czai się jed­nak sta­lowy błysk. Robię, co w mojej mocy, by zacho­wać pro­fe­sjo­nalny wygląd, choć nie­mal czuję na piersi żar tego pierw­szego raportu.

W końcu kapi­tan Klaus uznaje, że dopeł­ni­li­śmy for­mal­no­ści, a ja sia­dam i otwie­ram raport. Dla ruchu oporu to czy­ste złoto, infor­ma­cje z pierw­szej ręki, które zostaną wyko­rzy­stane, by sabo­to­wać poczy­na­nia Niem­ców, orga­ni­zo­wać ucieczki rodzin na celow­niku i ogól­nie stać się solą w oku nazi­stow­skiego reżimu. Choć to bar­dzo kusi, nie możemy robić tego zbyt czę­sto - kole­dzy w ruchu oporu dali jasno do zro­zu­mie­nia, że trzeba ochra­niać moją pozy­cję, żebym mogła zacho­wać pracę, nie budząc żad­nych podej­rzeń. Dla gene­rała Breu­gala i tro­chę dziw­nego Cri­stiana De Luki jestem porządną wło­ską dziew­czyną, patriotką i zwo­len­niczką porządku, która głę­boko wie­rzy, że faszyzm zapa­nuje nad obec­nym cha­osem. Muszę wzbu­dzać zaufa­nie.

Na pierw­szy rzut oka raport, który mam prze­tłu­ma­czyć, wygląda jedy­nie na opis moder­ni­za­cji cen­nych dostaw wody do Wene­cji, pom­po­wa­nej ze sta­łego lądu. Jed­nak szu­ka­jąc w nie­miecko-wło­skim słow­niku bar­dziej szcze­gó­ło­wych okre­śleń, odkry­wam, że doty­czy rów­nież dostaw żyw­no­ści nowymi tra­sami, choć słowo "dostawa" nie zawsze odnosi się do bra­ku­ją­cej mąki, cukru bądź psze­nicy. Skom­pli­ko­wany raport ozna­cza, że nie uda mi się go potem powtó­rzyć słowo w słowo, choć mam talent do zapa­mię­ty­wa­nia fak­tów. Na szczę­ście ruch oporu przy­go­to­wał się na taką ewen­tu­al­ność. Wie­dzą, że nie mogę ryzy­ko­wać i robić kopii tłu­ma­cze­nia ani też odręcz­nych nota­tek, usta­lono więc, że będę pisać na maszy­nie krót­kie zda­nia, które będę mogła potem odtwo­rzyć w redak­cji gazety. Dzia­ła­nie na widoku cza­sami jest naj­lep­szą formą kamu­flażu i nagle zaczy­nam odczu­wać wdzięcz­ność, że sie­dzę przy biurku tyłem do pó­łek z książ­kami i nikt nie będzie mógł zaglą­dać mi przez ramię. Mogę też szybko zapi­sać parę fak­tów, gdy wyjdę do toa­lety. Zaprzy­jaź­niony szewc zajął się już prze­ro­bie­niem kilku par moich butów i mogę teraz ukry­wać zło­żone kar­teczki w obca­sach. Wrócę do biurka z obo­jęt­nym wyra­zem twa­rzy i chę­cią do dal­szej pracy dla Rze­szy. Tak wygląda mój plan.

- Fräulein Jilani, zado­mo­wiła się już pani? - Głos wznosi się nad panu­jący w biu­rze hałas i zaska­kuje mnie także dla­tego, że nie­miecki Cri­stiana De Luki brzmi per­fek­cyj­nie. Dostrzega moje zdu­mie­nie.

- W biu­rze mówimy po nie­miecku, gene­rał tak woli - wyja­śnia. - Ma pani wszystko, czego potrze­buje?

- Tak, dzię­kuję - odpo­wia­dam, spo­glą­da­jąc na kla­wia­turę. Muszę pra­co­wać szybko, żeby skoń­czyć zarówno ofi­cjalne, jak i nieofi­cjalne notatki, choć nie tak hała­śli­wie, żeby przy­cią­gać uwagę. Ser­gio, kapi­tan cen­tral­nej bry­gady wenec­kiego ruchu oporu i mój dowódca, pod­kre­ślał, żebym przez kilka dni, a nawet tygo­dni nie rzu­cała się w oczy i nie paliła się do prze­ka­zy­wa­nia infor­ma­cji, lecz ta wygląda dla mnie na zbyt ważną. Jestem pewna, że mogłaby coś zmie­nić. Muszę pra­co­wać dalej, a ten czło­wiek szwenda się tu bez celu.

Cri­stian De Luca wciąż stoi przy moim biurku. Pod­no­szę pyta­jąco wzrok.

- Mam nadzieję, że pomię­dzy panią a gene­ra­łem wszystko było w porządku? - rzuca nie­pew­nie. - Nie był zbyt... szorstki?

- Nie, nie - kła­mię, celowo rado­snym tonem. - Był... sta­now­czy, ale sym­pa­tyczny.

- Dobrze. Pro­szę nie mieć opo­rów, jeśli... - Umy­kają mi jego ostat­nie słowa, gdy za mną roz­lega się dono­śny głos gene­rała, który naka­zuje jed­nej z sekre­ta­rek podejść do drzwi. Dziew­czyna nie­mal łamie sobie przy tym obcas.

Cri­stian De Luca pod­cho­dzi do swo­jego miej­sca przy oknie, iry­tu­jąco odda­lo­nego od mojego zale­d­wie o dwa biurka. Wkłada oku­lary w szyl­kre­to­wych opraw­kach i otwiera teczkę. Teraz jesz­cze bar­dziej przy­po­mina biblio­te­ka­rza.

Trudy minio­nej nocy zaczy­nają zbie­rać swoje żniwo - oczy pieką mnie ze zmę­cze­nia, gdy pod koniec dnia nacią­gam pokro­wiec na maszynę, a biuro pusto­szeje. Jedna z urzęd­ni­czek pyta, czy chcia­ła­bym pójść z nimi na drinka, ale wyma­wiam się, mówiąc, że rodzice cze­kają na mnie z kola­cją. Na myśl o maka­ro­nie mamy - wciąż prze­pysz­nym mimo male­ją­cej liczby skład­ni­ków - ślinka napływa mi do ust, lecz zamiast tego kupuję tylko bułkę w pobli­skiej pie­karni i otu­la­jąc się płasz­czem, kie­ruję się szyb­kim kro­kiem w stronę kanału. Pomimo zmę­cze­nia nad­szedł czas na trze­cią odsłonę mojego wypeł­nio­nego i cza­sami skom­pli­ko­wa­nego życia.

Cze­ka­jąc na przy­stani na vapo­retto, które prze­wie­zie mnie na wyspę Giu­decca, wpa­truję się w strze­li­stą wieżę bazy­liki San Gior­gio Mag­giore, która przy­cup­nęła na brzegu sąsied­niej wyspy. Pal­la­diań­ski mono­lit wygląda dziś wie­czo­rem wyjąt­kowo wspa­niale, chwy­tany raz po raz w pro­mień świa­tła łodzi prze­pły­wa­ją­cych przez lagunę. Nie jestem szcze­gól­nie reli­gijna - na pewno nie tak bar­dzo, jak życzy­łaby sobie mama - ale nie­prze­rwana obec­ność wieży przez stu­le­cia wojen i walk ogrzewa mi serce. To cie­pło jest szcze­gól­nie mile widziane teraz, gdy przez sze­roką prze­strzeń pomię­dzy wła­ściwą Wene­cją a mniej wytworną, bar­dziej prze­my­słową Giu­deccą zaraz powieje przej­mu­jący wiatr. Ale przy­naj­mniej we mnie tego wie­czoru ten widok budzi cie­płe uczu­cia. Cza­sami wzbu­rzone wody są gra­nicą, która bar­dziej pomaga niż utrud­nia.

Nie­miec­kie łodzie patro­lowe nie zakłó­cają prze­prawy, która trwa jakieś dzie­sięć minut; jestem jedną z zale­d­wie kil­ku­na­stu pasa­że­rów, któ­rzy wysia­dają. Ulice są nie­mal cał­kiem ciemne - to kon­se­kwen­cja prze­pa­lo­nych żaró­wek, któ­rych nikt nie wymie­nia - ale pamię­tam trasę do miej­sca, do któ­rego zmie­rzam. Mogła­bym je zna­leźć nawet przez sen, co się przy­daje, bo po tak małej ilo­ści snu z tru­dem utrzy­muję otwarte oczy. Ale muszę. To praca, a nie przy­jem­ność. Choć jestem bar­dzo zmę­czona, mam jesz­cze dużo do napi­sa­nia. Tym razem jed­nak zamiast rapor­tów mają­cych pod­trzy­mać nie­miecką oku­pa­cję, będę pisać wła­sne słowa. Za każ­dym razem, gdy przy­pły­wam na Giu­deccę, staję się osobą, która prze­lewa na papier swoją gor­liwą pasję do ruchu oporu, by mogła to prze­czy­tać cała Wene­cja. To część mojego wkładu w walkę par­ty­zan­tów, obroń­ców naszego mia­sta. Dzia­dzio zawsze powta­rzał, że pew­nego dnia zacznę się wyróż­niać dzięki mojej miło­ści do słów, i za każ­dym razem, gdy docie­ram na Giu­deccę, lubię myśleć, że miał rację.

Kiedy wycho­dzę zza rogu na mały, ciemny pla­cyk, widzę, że z okien miesz­czą­cego się na par­te­rze baru wylewa się blask, rolety są zacią­gnięte tylko do połowy, a cichy szum roz­mów dobie­ga­jący zza cięż­kich drew­nia­nych drzwi jest jedy­nym dźwię­kiem roz­le­ga­ją­cym się na placu.

- Dobry wie­czór, Stello - zwraca się do mnie Mat­teo, wła­ści­ciel baru, gdy wcho­dzę do środka witana przez mniej wię­cej dzie­się­ciu klien­tów. Tutaj jestem wśród przy­ja­ciół.

- Witaj­cie - rzu­cam jak naj­ra­do­śniej. Prze­cho­dzę na tył baru i zni­kam w malut­kim poko­iku nie­wiele więk­szym od szafy, gdzie zamie­niam płaszcz na biały far­tu­szek kel­nerki zawią­zy­wany w talii. Jed­nak zamiast wró­cić do baru, pukam trzy razy do drzwi w rogu i prze­krę­cam gałkę.

- To Stella - wołam ostrze­gaw­czo, scho­dząc po kilku drew­nia­nych stop­niach w stronę przy­ga­szo­nego świa­tła. Arlo pod­nosi wzrok znad biurka, spo­gląda na mnie, mru­żąc oczy, a potem znów patrzy na gazetę, nad którą pra­cuje.

Biedny Arlo - jego wzrok już i tak jest kiep­ski bez żmud­nej pracy w złym świe­tle i przy drob­nym druku, w który wpa­truje się godzi­nami. Jego grube szkła leżą porzu­cone na stole, gdy zbliża stronę do twa­rzy - słaby wzrok to cecha rodzinna, która oca­liła go przed przy­mu­so­wym wcie­le­niem do wło­skiej armii, a w ruchu oporu nie pozwala mu nosić broni. Mimo to jest naj­lep­szym zece­rem. Dwa razy w tygo­dniu nasza grupka ambit­nych wydaw­ców gazety spo­tyka się w tajem­nicy na wyspie Giu­decca, by two­rzyć coty­go­dniowe wyda­nie "Vene­zia Libe­rare". Jak suge­ruje tytuł, gazeta nie­sie słowa wol­no­ści i swo­body do wszyst­kich wene­cjan, odzy­sku­jąc coś, co do nas należy. A pośród arty­ku­łów z wia­do­mo­ściami i miej­sco­wymi cie­ka­wost­kami kryje się - tak sądzimy - prze­sła­nie nadziei.

"Vene­zii Libe­rare" próżno szu­kać w kio­skach obok "Il Gaz­zet­tino" i innych ofi­cjal­nych gazet kon­tro­lo­wa­nych w więk­szo­ści przez zwo­len­ni­ków faszy­zmu. "Vene­zię" two­rzymy, dru­ku­jemy i skła­damy na malut­kiej prze­strzeni, a potem paku­jemy i trans­por­tu­jemy pod osłoną nocy do wszyst­kich zakąt­ków mia­sta, gdzie wspie­ra­jący sprawę skle­pi­ka­rze trzy­mają pod ladą sto­sik "cze­goś spe­cjal­nego" i sprze­dają ją pota­jem­nie razem z prze­sła­niem, że wciąż tu jeste­śmy. Zwarci i gotowi.

- Cześć, Stello. Mam dziś do zapeł­nie­nia osiem stron. Liczę, że nie możesz się już docze­kać, żeby zacząć - rzuca z entu­zja­zmem Arlo.

Serce zamiera mi na sekundę, zmę­cze­nie ogar­nia mnie wielką falą, ale kiedy odsu­wam krze­sło i odkry­wam maszynę do pisa­nia, czuję zastrzyk ener­gii. Taki wpływ wywiera na mnie sam widok maszyny. Jest o wiele mniej­sza i zgrab­niej­sza niż ciężka maszyna w biu­rze Rze­szy, z wysoko zawie­szo­nymi kla­wi­szami i wiel­kim wał­kiem, lśniąca meta­liczną sza­ro­ścią i czer­nią jak mun­dury SS. Blask, któ­rym nie­gdyś mogła się pochwa­lić czarna pokrywa mojej, teraz przy­blakł, poja­wiły się na niej rysy, a nie­które białe kla­wi­sze posza­rzały, w pla­mach tuszu widać moje odci­ski pal­ców, ale zawsze wita mnie rado­śnie jak dobra przy­ja­ciółka. Od czasu, gdy dzia­dzio poda­ro­wał mi ją na osiem­na­ste uro­dziny, zawsze była moją kole­żanką z pracy, nawet towa­rzyszką. Moim gło­sem.

Sporo razem prze­szły­śmy. W odle­głym teraz, zupeł­nie innym życiu dzien­ni­karki rezy­gno­wa­łam z cięż­kich, zło­wro­gich maszyn w redak­cji na rzecz mojej zgrab­niej­szej, prze­no­śnej. Razem cho­dzi­ły­śmy na przy­dzie­lone mi zada­nia i mogłam szybko robić notatki, prze­le­wać myśli na papier, cza­sem sie­dząc na stop­niach pobli­skiego kościoła albo w cichej kawiarni w koją­cym wio­sen­nym słońcu. Mia­łam tylko sta­no­wi­sko młod­szej repor­terki, ale po szkole śred­niej to była moja wyma­rzona praca: mama nie oka­zy­wała zachwytu, tato po cichu ją tole­ro­wał, a dzia­dzio wspie­rał mnie całym ser­cem.

- To może być twoja przy­szłość - roz­pro­mie­nił się, gdy otwie­ra­łam sta­ran­nie zapa­ko­wany pre­zent uro­dzi­nowy. - Z nią możesz wygry­wać bitwy i zmie­niać umy­sły, Stello. Jest lep­sza od broni. - Uparł się, by kupić mi wła­śnie maszynę Oli­vetti, pro­du­ko­waną przez dobrą, wło­ską rodzinę o sil­nych anty­fa­szy­stow­skich poglą­dach, co póź­niej udo­wod­niła pod­czas wojny udzia­łem w akcjach sabo­ta­żo­wych, które oca­liły wiele ist­nień.

Oczy­wi­ście dzia­dzio, jak to on, miał rację. Stu­ka­łam w kla­wi­sze, dopro­wa­dza­jąc cały dom do szału; pisa­łam opo­wia­da­nia, wspo­mnie­nia i okropne wier­sze. A wszyst­kie słowa, które wypły­wały ze mnie na kartki papieru dzięki stu­ko­towi mojej pięk­nej maszyny Oli­vetti, pomo­gły mi dostać wyma­rzoną pracę w "Il Gaz­zet­tino", wpły­wo­wym dzien­niku, któ­rego zasięg obej­mo­wał całą lądową część regionu ota­cza­ją­cego Wene­cję. Przez długi czas byłam zachwy­cona, dopóki rosnące faszy­stow­skie inkli­na­cje gazety nie stały się rów­nie mroczne jak chmury wojny nad­cią­ga­jące nad Europę.

Nie mam jed­nak czasu, by to roz­pa­mię­ty­wać, gdy sia­dam w znacz­nie mniej przy­jem­nej - lecz rów­nie waż­nej - pod­ziem­nej redak­cji naszej taj­nej gazety. Trzy­mam w ręce notatki naba­zgrane szybko na pomię­tych skraw­kach papieru, kilka rapor­tów pisa­nych na maszy­nie i ste­no­gramy trans­mi­sji radio­wych. Każda z tych infor­ma­cji tra­fiła do nas dzięki kurie­rom od człon­ków ruchu oporu w Wene­cji bądź dowód­ców oddzia­łów wal­czą­cych w górach. Matki i babki sie­działy godzi­nami w słabo oświe­tlo­nych kuch­niach, słu­cha­jąc audy­cji Radia Lon­dra - tak nazwano ser­wis BBC, który przy­nosi nam wie­ści ze świata - i zapi­su­jąc szcze­góły walk toczą­cych się poza Wene­cją. W ciągu następ­nych trzech godzin muszę zro­zu­mieć i zamie­nić te infor­ma­cje w wia­do­mo­ści, by Arlo i jego jedyny regu­larny pomoc­nik Tom­maso zdą­żyli zło­żyć i wydru­ko­wać nasze coty­go­dniowe wyda­nie "Vene­zia Libe­rare". To nasz wła­sny mate­rialny spo­sób, by powie­dzieć Wło­chom, że nie są osa­mot­nieni w walce z faszy­zmem.

Mat­teo przy­nosi mi następną, mile widzianą fili­żankę kawy i zabie­ram się do pracy. Kolejny raz dzię­kuję opatrz­no­ści, że w pierw­szym roku pracy w "Il Gaz­zet­tino" zamie­nia­łam notatki pra­sowe w arty­kuły. Wtedy uwa­ża­łam to za rodzaj kary dla nowej pra­cow­nicy i byłam mocno sfru­stro­wana, że nie wypusz­cza się mnie poza drzwi redak­cji, żebym zajęła się praw­dziwą repor­terką. Teraz wiem, że szli­fo­wa­łam bar­dzo cenną umie­jęt­ność. Po zakoń­cze­niu każ­dego arty­kułu wycią­gam go z maszyny, odchy­lam się na krze­śle i podaję go Arlowi i Tom­ma­sowi, mło­demu chłopcu, który nie skoń­czył jesz­cze szkoły i któ­rego ojciec jest porucz­ni­kiem w par­ty­zantce, a oni zabie­rają się do wypeł­nia­nia stron gazety.

Tom­maso jest nowym nabyt­kiem naszej małej redak­cji i odkry­li­śmy nie­dawno, że ma talent do two­rze­nia naprawdę doj­rza­łych dow­ci­pów rysun­ko­wych; jego iro­niczne, sar­ka­styczne rysunki przed­sta­wia­jące faszy­stow­skich przy­wód­ców - zwłasz­cza naszego uko­cha­nego pom­pa­tycz­nego Benita Mus­so­li­niego - zaraz tra­fiają na szpalty gazety. Pomię­dzy poważ­nymi rapor­tami ze zwy­cięstw par­ty­zan­tów w górach, donie­sie­niami o zdo­by­tych tere­nach i wysa­dzo­nych pocią­gach udaje nam się prze­my­cić nieco lżej­szy ton. W końcu to nasze wło­skie poczu­cie humoru pomo­gło nam prze­trwać dwa­dzie­ścia lat faszy­stow­skiego reżimu, a teraz na doda­tek wojnę. W kawiar­niach, kan­ty­nach i na campi wciąż sły­chać śmiech Wene­cji.

Kiedy Tom­maso do nas dołą­czył, począt­kowo wyczu­wa­łam jego zdzi­wie­nie, że kel­nerka w far­tuszku pisze na maszy­nie arty­kuły, dopóki Arlo nie wytłu­ma­czył mu, że moje nazwi­sko znaj­duje się na liście pra­cow­ni­ków baru i w każ­dej chwili muszę być gotowa ode­grać swoją rolę, choć robię to kiep­sko. Faszy­stow­scy żoł­nie­rze cza­sami tra­fiają póź­nym wie­czo­rem na Giu­deccę, szu­ka­jąc kło­po­tów, alko­holu albo jed­nego i dru­giego. Zale­d­wie przed mie­sią­cem dwóch ofi­ce­rów - już na wpół pija­nych - doma­gało się drin­ków razem z listą pra­cow­ni­ków; zdą­ży­łam zbiec na dół, chwy­cić porzu­cony far­tu­szek i odcią­gnąć ich od "piw­nicy z piwem", rzu­ca­jąc olśnie­wa­jący uśmiech i pro­po­nu­jąc kilka następ­nych drin­ków. Od tam­tej pory nie zdej­muję far­tuszka.

Wraz z upły­wem czasu czuję, że tracę siły, i kilka razy Arlo sztur­cha mnie żar­to­bli­wie.

- No, dziew­czyno, można by pomy­śleć, że skoń­czy­łaś pracę na dziś! - żar­tuje.

Widzę, że wpa­truje się czuj­nie w mój arty­kuł, pocie­ra­jąc czoło popla­mio­nymi tuszem pal­cami, i zasta­na­wiam się, ile błę­dów zro­bi­łam po pro­stu ze zmę­cze­nia. Takich, które będzie musiał popra­wić w osta­tecz­nej wer­sji.

- Wszystko w porządku, Arlo? - pytam.

- Zasta­na­wiam się, kiedy wymie­nisz tę starą maszynę, Stello. To zepsute "e" dopro­wa­dza mnie do szału.

Obron­nym gestem kładę dłoń na maszy­nie, czer­piąc pocie­chę z jej zna­jo­mej, wysłu­żo­nej powierzchni. To prawda, że przez czę­ste trans­por­to­wa­nie jedna z meta­lo­wych dźwi­gni nieco się oblu­zo­wała i przez opa­da­jące "e" łatwo teraz roz­po­znać pisane przez mnie zda­nia. Tylko dzięki wiel­kiemu doświad­cze­niu Arla usterka mojej maszyny nie prze­nosi się na gotową już gazetę.

- Przy­naj­mniej wia­domo, że pisał to mistrz - odpo­wia­dam szybko. I tak wła­śnie wal­czymy ze zmę­cze­niem: prze­ko­ma­rza­jąc się nie­win­nie, by bro­nić się przed ponu­rymi donie­sie­niami, które cza­sami prze­dzie­rają się przez wia­domości: gdy muszę pisać o zła­pa­nych lub tor­tu­ro­wa­nych par­ty­zan­tach, cza­sem o egze­ku­cjach. W takich chwi­lach zmu­szamy się, by patrzeć na wszystko z szer­szej per­spek­tywy, myśleć reali­stycz­nie o tym, co możemy osią­gnąć w malut­kiej piw­nicy pra­wie bez żad­nych środ­ków; robimy, co w naszej mocy, by infor­mo­wać spo­łe­czeń­stwo, prze­ka­zy­wać wia­domości i umac­niać soli­dar­ność wśród wene­cjan.

Prze­cią­gam się i zie­wam, gdy koń­czę ostatni arty­kuł, który Arlo zre­da­guje i złoży.

- Masz dość, żeby wypeł­nić numer? - pytam z nadzieją, że tak jest. Pra­wie nie widzę już na oczy. Zwy­kle zostaję do czasu, gdy gazeta jest zło­żona, ale muszę zła­pać ostat­nie vapo­retto odpły­wa­jące z Giu­dekki, żeby wró­cić na główną wyspę, poma­sze­ro­wać szybko do domu i zdą­żyć przed godziną poli­cyjną. Nie­raz zatrzy­mał mnie faszy­stow­ski bądź nazi­stow­ski patrol i musia­łam ucie­kać się do naj­słod­szych uśmie­chów i wymó­wek o cho­rej krew­nej, która koniecz­nie potrze­buje lekar­stwa.

- Aż za dużo - mówi Arlo. - Twoje arty­kuły stają się coraz bar­dziej liryczne.

- Za dużo? Zbyt kwie­ci­ście? - dopy­tuję się ner­wowo. - Mam tro­chę sto­no­wać?

- Nie, nie. Odno­szę wra­że­nie, że naszym czy­tel­ni­kom podoba się to, jak opi­su­jesz nawet naj­gor­sze wyda­rze­nia. Mama twier­dzi, że nie może się docze­kać two­ich arty­ku­łów!

- Bab­cia czyta gazetę od deski do deski - wtrąca nie­śmiało Tom­maso. - Nie daje mi żyć, dopóki nie przy­niosę jej egzem­pla­rza.

- Mam tylko nadzieję, że trak­tują to jak fakty, a nie fik­cję. Bo te rze­czy są praw­dziwe - odpo­wia­dam. - Prze­ra­ża­jąco praw­dziwe.

- Nie martw się, nie pod­li­zu­jesz się czy­tel­ni­kom - zapew­nia mnie Arlo. - Jeśli już, to dzięki twoim opi­som czu­jemy, że prze­ży­wamy to wszystko razem. Bo tak jest.

Arlo ma rację - wszy­scy znamy kogoś, komu aresz­to­wano lub zabito członka rodziny. Mimo to notuję w pamięci, by pil­no­wać języka, trzy­mać się fak­tów i zbyt­nio nie kolo­ry­zo­wać. Wydawca wia­do­mo­ści w "Il Gaz­zet­tino" zawsze mnie kry­ty­ko­wał: "Stello, twoja wer­sja "krót­kiego arty­kułu" to pięć­set słów!" - grzmiał zza biurka, wykre­śla­jąc zda­nia czer­wo­nym atra­men­tem. Od samego początku było jasne, że lepiej się czuję, pisząc dłuż­sze tek­sty, w któ­rych mogę bawić się sło­wami, a nie rela­cjo­nu­jąc suche fakty. I na pewno zaczę­ła­bym je two­rzyć, gdyby ta ścieżka mojej kariera tak nagle się nie urwała.

Wresz­cie odwią­zuję far­tu­szek i kie­ruję się ku scho­dom. Nie­ba­wem kilku innych człon­ków bry­gady dołą­czy do Arla i Tom­masa, uru­cho­mią małą dru­kar­nię ukrytą w przy­bu­dówce i przez całą noc będą dru­ko­wać gazetę. Przed pój­ściem spać żona Mat­tea zanie­sie im gar­nek zupy, którą wycza­ro­wała ze skład­ni­ków, jakie udało jej się zdo­być, by pomóc im prze­trwać do świtu. Jak zawsze jest to wysi­łek zbio­rowy. Wiemy, że naszą jedyną nadzieją na prze­trwa­nie tej wojny jest połą­cze­nie lojal­no­ści i przy­jaźni.

Na razie jed­nak moja praca dobie­gła końca. Narzu­cam pokro­wiec na maszynę; będzie mi potrzebna dopiero za parę dni. Z tru­dem wcho­dzę na schody, odwie­szam far­tu­szek i wkła­dam płaszcz, żegna­jąc się z Mat­teem. Myje szklanki za barem, przy któ­rym nad piwem nachyla się samotna postać.

Jedy­nie lodo­waty wiatr wie­jący przez otwarty pokład vapo­retto nie pozwala mi zasnąć i muszę świa­do­mie wycią­gać nogi na nie­mal pustych uli­cach, zasta­na­wia­jąc się, czy mam coś w kre­den­sie, żeby ugo­to­wać zupę lub maka­ron. Jest za późno, by skrę­cić do mamy na ser­deczny uścisk i mile widziane cie­pło - rodzice nie wie­dzą zbyt wiele o tym, co robię poza pracą, i nie chcę ich mar­twić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki