Tajemnicza rana - Łukasz Mieszkowski

Reflow text when sidebars are open.
Jedynym sposobem, by dowiedzieć się, co wydarzyło
się w restauracji usytuowanej na sto siódmym piętrze
północnej wieży World Trade Center 11 września
2001 o godzinie 8.30 i 10.29, jest to wymyślić.
Frédéric Beigbeder, Windows on the World1
1.
Ci, którzy przeżyli, nie zapamiętali wybuchu.
Każda eksplozja, a szczególnie towarzyszący jej huk, jest zjawiskiem tak gwałtownym i przerażającym, że organizm człowieka reaguje automatycznie, zgodnie z odruchem zachowawczym. Słusznie interpretując go jako zagrożenie, usiłuje zwiększyć szansę na przetrwanie. Instynktownie chroni tak zwaną strefę życia - miejsca, w których znajdują się najważniejsze organy - mózg, serce, płuca. Przez ciało przebiega impuls, nagłe wzdrygnięcie. Głowa chowa się między ramiona, człowiek kuli się, ogranicza powierzchnię potencjalnych obrażeń. Mięśnie, w próbie stworzenia bariery ochronnej, napinają się i twardnieją. Towarzyszy temu gwałtowny skok ciśnienia. Uderzająca do mózgu fala krwi może spowodować krótkotrwałą utratę przytomności, częściej chwilową, liczoną w sekundach, amnezję. Człowiek pamięta to, co było przed eksplozją i po niej. Co w trakcie - już nie. Huk petardy czy ryk motocyklowego silnika nie wywrze takiego efektu, do silnej reakcji organizmu dochodzi tylko w sytuacjach skrajnych. Tamta sytuacja taka właśnie była. Najskrajniejsza.
13 sierpnia 1944 roku w Warszawie, parę minut po godzinie szóstej po południu, na rogu dwóch staromiejskich uliczek nastąpił wybuch. Był, nawet jak na standardy materiałowych bitew drugiej wojny światowej, potężny. Ponad dwa razy większy niż te powodowane przez najcięższe bomby lotnicze, najsilniejszy ze wszystkich, jakich od początku trwającego już trzynaście dni powstania doznało miasto. Eksplodował ładunek trotylu - kruszącego materiału wybuchowego o wadze blisko pół tony. Co straszniejsze, wydarzyło się to w samym środku gęstego, radosnego tłumu.
W jednej stutysięcznej sekundy w epicentrum eksplozji ogromne ilości uwolnionej energii uformowały kulę ognia o temperaturze trzech tysięcy stopni Celsjusza. Wydzieliło się przy tym mnóstwo ciemnego, gryzącego dymu - gazów powybuchowych, które wciskając się z niepowstrzymaną siłą w wypełnioną już powietrzem przestrzeń, utworzyły strefę nadciśnienia, tysiące razy przekraczającą nacisk ziemskiej atmosfery. Pchana przez nie masa wrzących gazów i płomieni utworzyła falę uderzeniową, rozchodzącą się koncentrycznie z prędkością ponad dwudziestu machów - dwudziestu pięciu tysięcy kilometrów na godzinę. Daleko z tyłu podążał za nią jej efekt akustyczny - ogłuszający grzmot.
Pierwsi ludzie, w których uderzyła fala, stali w odległości kilkudziesięciu centymetrów. Przestali istnieć, wszelkie ślady ich fizycznej obecności zostały spalone i roztarte na proch pomiędzy młyńskimi kołami skompresowanych gazów i ognia. Następnych, znajdujących się w promieniu pięciu metrów od epicentrum, momentalnie rozerwał na strzępy podmuch wysokiego ciśnienia. Ich ocalałe szczątki - głównie fragmenty układu kostnego, ale też trwałe elementy ubioru: guziki, sprzączki, wojskowe orzełki, wraz z porwanymi z ziemi przez pęd powietrza kamieniami, kawałkami gruzu, drzazgami szkła i metalu - stworzyły kolejny, obok temperatury i ciśnienia, niszczycielski, zabójczy czynnik - rój odłamków wystrzelonych we wszystkich kierunkach z naddźwiękową prędkością.
Ludzie stojący w odległości większej niż pięć metrów, gros śmiertelnych ofiar wybuchu, być może przed śmiercią ujrzeli błysk. Mimo że temperatura i nacisk mas powietrza, rozchodząc się, osłabły już setki razy, wciąż momentalnie zabijały. Fala ciśnienia odrywała kończyny, rozrywała naczynia krwionośne, pęcherzyki płucne i komórki mózgu, żar palił powłoki skórne i układ oddechowy. Spustoszenie zaczęły siać odłamki, rykoszetujące, o zachwianym środku ciężkości, koziołkujące wewnątrz ludzkich ciał, powodujące straszliwe obrażenia. W trwającym ułamki sekundy błysku i rozchodzącym się huku utonęły inne, pomniejsze, lecz równie zabójcze eksplozje - to wybuchały granaty i amunicja należące do ofiar - żołnierzy. Podmuch dotarł do ścian kamienic, wprasował w nie stojących blisko ludzi. Mury ugięły się, nawet o kilkadziesiąt centymetrów, zakołysały, lecz wytrzymały. Runęły za to, wraz ze stojącymi na nich widzami, balkony, okna zostały wyrwane wraz z futrynami. W bramie jednego z budynków po wybuchu składowanych w niej butelek zapalających rozszalał się pożar. Los ludzi stojących w odległości dziesięciu, dwudziestu metrów był najstraszniejszy - ciężkie rany zadane przez odłamki, poparzenia drugiego i trzeciego stopnia. Część rannych umierała z powodu szoku i wykrwawienia w ciągu następnych sekund lub minut. Innych czekała męka długotrwałego konania w zaimprowizowanych szpitalach, bez odpowiedniej pomocy medycznej, opatrunków, środków przeciwbólowych. Ci, którzy stali dalej, mieli większe szanse na przeżycie, jednak i w nich uderzył podmuch gorącego powietrza, spadł deszcz odłamków, nadpalonych fragmentów ludzkich ciał, oderwanych kończyn, wielu dotkliwie raniąc, ogłuszając albo, w najlepszym wypadku, zdzierając z nich ubranie lub przewracając. Poza ludźmi przebywającymi w głębi kamienic, którzy byli osłonięci murami, ofiarami wybuchu padli wszyscy w promieniu do dwustu metrów; jeśli nie ranni, to w stanie szoku, niezdolni do logicznego myślenia.
Fala ciśnienia, temperatury i ognia błyskawicznie rozeszła się z miejsca wybuchu, pozostawiając próżnię, którą gwałtownie wypełniło powietrze. Natychmiast po rozejściu się podmuchu zerwał się drugi, podążający w odwrotnym kierunku, z powrotem do epicentrum, nie tak silny i gorący jak pierwszy, ale wciąż niebezpieczny. Zassał w głąb kłębowiska dymu i płomieni unoszące się wciąż w powietrzu szczątki i odłamki, wywlókł zmaltretowanych ludzi z bram i okien wszystkich kondygnacji, cisnął na bruk ulicy i wraz z deszczem szkła z rozbitych szyb zasłał ją ich poranionymi ciałami.
Powstała w wyniku wybuchu energia jeszcze przez chwilę poruszała masami powietrza, gazów i unoszącego się w nich pyłu, płonących strzępków tkanek, włosów, odzieży, papieru. Atmosfera wokół pulsowała, sprężając się i rozprężając, z każdym cyklem tracąc siłę, prędkość i temperaturę. Po eksplozji, poza wszechobecnym zniszczeniem, śmiercią i cierpieniem, pozostały jedynie kłęby gęstego, czarnego, przesyconego trupią wonią dymu, które zapychając szczelnie kanion ulicy, zamieniły słoneczny dzień w ciemną, duszną noc. Wszystko trwało krócej niż sekundę2.
2.
Ci, którzy przeżyli, nie mogli tego dostrzec, zapamiętać, opowiedzieć. Większość o samym fakcie wybuchu dowiedziała się znacznie później, dopiero po odzyskaniu przytomności i otrząśnięciu się z szoku. Moment eksplozji opisywali jako oślepiający błysk, ciemność i poczucie zapadania się w otchłań. Jeden ze świadków tuż przed utratą zmysłów poczuł, jakby w brzuchu rozrywała mu się bomba3, inny, bezpieczny w murach kamienicy, wspominał długo trwający "ogromny wstrząs akustyczny (...) i uczucie nieprawdopodobnej grozy"4. Wszyscy w opisach posługiwali się sugestywnymi, kontrastującymi ze sobą określeniami. Po błysku zapadła ciemność, ogłuszający grzmot ustąpił miejsca ciszy. Niebyt i mrok, jakie na nieokreślony czas zapanowały na skrzyżowaniu Kilińskiego z Podwalem i spowiły znajdujących się tam żywych jeszcze ludzi, rozgraniczyły dwa, kontrastujące ze sobą, tak sprzeczne, że aż nieprawdopodobne, obrazy rzeczywistości - sprzed wybuchu i po nim.
Obraz pierwszy był radosny, wypełniony podnieceniem święta. Oto powstańcy zdobyli niemiecki czołg i prowadzili go przez wąskie uliczki okalające Rynek Starego Miasta. Elektryzująca wiadomość obiegła piwnice, kwatery i barykady, zewsząd spieszyli cywile i żołnierze. Każdy chciał na własne oczy zobaczyć, dotknąć, przekonać się, że to prawda, że w polskich rękach faktycznie znalazł się symbol do tej pory niepokonanej, potężnej armii niemieckiej - czołg, choć mały i nieuzbrojony. Jego widok działał jak narkotyk, pozwalał zapomnieć o dręczącej niepewności, uwierzyć w zwycięstwo. Wywoływał euforię. Okoliczności sprzyjały świętowaniu. Mimo że dni dzielnicy były policzone, a na jej przeciwległy, północny kraniec runęło właśnie potężne uderzenie nieprzyjaciela, południowa część Starego Miasta korzystała tej ciepłej niedzieli z ostatnich chwil spokoju. Przed osiemnastą objazd miał już charakter triumfalnej, radosnej defilady. Czołg co chwila zatrzymywał się na przegradzających uliczki barykadach, ludzie rozbierali je, by utorować mu drogę. Zawsze trwało to kilkanaście minut, na każdym takim postoju tłum gęstniał, przy barykadzie przy Kilińskiego, pod numerem 1, liczył już ponad trzysta osób. Od strony placu Zamkowego, Podwalem, zmierzała procesja pogrzebowa5, defilada i kondukt zmieszały się ze sobą, niektórym żałobnikom udzielił się radosny nastrój. Zebrani pod stojącym na parapecie okna radiem słuchacze stracili zainteresowanie londyńską audycją6. Klaskali zapełniający okna i balkony trzypiętrowych kamienic widzowie, wiwatowali stojący na pancerzu czołgu harcerze. Ktoś powiewał biało-czerwoną flagą, wystawiony w oknie patefon grał głośno wojskowy marsz...
Stare Miasto. Zwłoki ludzkie leżące na bruku.
Na drugim obrazie panowała ciemność i cisza, przerywana trzaskiem płomieni i ludzkimi jękami. Nie było już czołgu i defilady, była tylko straszna ulica - pogrążona w kłębach dymu, wypełniona gruzem i pokryta brunatną mazią - szczątkami ludzkimi, dziesiątkami krwawych i zwęglonych strzępów, oderwanych kończyn i głów, okaleczonych kadłubów, porozrywanych organów. Ściany kamienic wysmarowane były krwią, fragmenty ciał zwisały z ułomków latarń i balkonów, leżały wciśnięte w zakamarki bram i okien. W mroku coś się poruszało, jakieś sylwetki kręciły się to tu, to tam, bez celu. Ranni - zszokowani, nadzy, biali od pyłu, czerwoni od krwi i czarni od sadzy - rozglądali się, szukali niewidzącym wzrokiem stojących jeszcze przed chwilą obok sąsiadów, usiłowali zrozumieć, gdzie są i co się właściwie stało. Wielu z tych, którzy podnosili się z ziemi, to śmiertelnie ranni, którzy w ostatnim, instynktownym, napędzanym resztką adrenaliny zrywie starali się znaleźć jak najdalej od miejsca śmiertelnego zagrożenia. Po zrobieniu kilkunastu chwiejnych kroków słabli i osuwali się na ziemię, martwi. Inni, nawet niedraśnięci, wybiegli z bezpiecznego schronienia, by nieść pomoc, jednak to, co ujrzeli, sprawiało, że stawali osłupiali. Niektórzy, nie mogąc znieść makabrycznego widoku i przeraźliwego fetoru, wymiotowali, inni, skonfrontowani z rzeczywistością przekraczającą możliwości normalnego odczuwania, zmienili się w automaty, zaczęli podnosić z ziemi oderwane dłonie, stopy, głowy i składać je na kupkę pod ścianą budynku. Zanim rozwiał się dym i opadł pył, zanim ocaleni otrząsnęli się z szoku, upłynęło kilka minut.
Dopiero wtedy rozpoczęła się akcja ratunkowa, w której równie przydatne jak nosze okazały się wyciągnięte ze stróżówek łopaty do szuflowania węgla7.
3.
Od pierwszych dni drugiej wojny światowej Warszawa doświadczała apokaliptycznych katastrof, z których większość wielokrotnie przewyższyła, zarówno pod względem liczby ofiar, jak i obszaru zniszczeń, eksplozję z ulicy Kilińskiego. W lecie 1942 roku położona w północnej dzielnicy miasta, otoczona murem bocznica kolejowa stała się w gruncie rzeczy częścią obozu zagłady, progiem komory gazowej, który w ciągu niespełna dwóch miesięcy przekroczyło ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy warszawiaków. Rok później, podczas powstania w getcie i po nim, śmierć poniosło kolejne kilkadziesiąt tysięcy, a spora część miasta została zrównana z ziemią. W pierwszych dniach powstania warszawskiego podobny los spotkał mieszkańców kolejnych stołecznych dzielnic, a dwa tygodnie po masakrze na Kilińskiego, 31 sierpnia, gdy posadzki kościoła Sakramentek przy Rynku Nowego Miasta nie wytrzymały ciężaru walącej się na nie, zbombardowanej przez sztukasa kopuły, w katakumbach pogrzebanych zostało blisko tysiąc istnień ludzkich. Choć zginęło wtedy trzy razy więcej osób niż podczas wybuchu z 13 sierpnia, wydarzenie to pozostaje prawie całkowicie zapoznane. To, co stanowiło o symbolicznej sile wybuchu przy Kilińskiego, co zadecydowało o jego wyjątkowej roli w powojennej narracji historycznej powstania, kryje się w dramatycznie sprzecznym charakterze chwil sąsiadujących ze sobą o jedną stutysięczną sekundy, w szoku, jaki ta sprzeczność wywołała. Warszawskie tragedie, przy wszystkich różnicach, łączył podobny scenariusz, mieszkańcom miasta znany już od pierwszego miesiąca wojny. Oto jeden z pierwszych katastrofalnych dni stolicy - 25 września 1939 roku, niesławny "lany poniedziałek", kiedy na skutek całodniowego bombardowania Luftwaffe śmierć i rany poniosły tysiące mieszkańców8. Napięcie narastało, gdy spiker Polskiego Radia nienaturalnie postawionym głosem podawał zaszyfrowany komunikat o nadchodzącym nalocie. Wkrótce rozlegał się dźwięk syren alarmowych, a gdy dołączył do niego coraz głośniejszy szum lotniczych motorów, napięcie przeradzało się w strach. Pochowani w schronach i piwnicach mieszkańcy, wciąż wierząc w ocalenie, szykowali się na najgorsze, modlili się, zastygali. Dźwięki nalotu z piano przechodziły w fortissimo, słychać było świst spadających bomb, huk eksplozji, ziemia drżała, gasło światło. Przerażeni ludzie słyszeli, jak nad ich głowami, w kilkusekundowych odstępach, waliły się z szumem kolejne kondygnacje. Wtuleni w ściany, powtarzali: "Więc już? to już?"9.
Opis dotyczy bombardowania, ale podobna dynamika i nieuchronność wydarzeń oraz narastające poczucie grozy towarzyszyło świadkom innych wymienionych tragedii - zamiast jęku zamontowanej pod brzuchem sztukasa syreny nieszczęście zwiastować mógł stukot podkutych butów funkcjonariuszy Służby Porządkowej lub ochrypłe wrzaski żołdaków Dirlewangera.
Świadomość nadchodzącej, nieuniknionej śmierci, z którą musieli zmierzyć się mieszkańcy stolicy, jest jednym z najbardziej traumatycznych doświadczeń obciążających ludzką psychikę. Jednak czas, w jakim rzecz się działa - choćby to było, jak w przypadku nalotu, kilka bądź kilkanaście minut - pozwalał na uruchomienie mechanizmów obronnych, ułatwiających opanowanie paraliżującego strachu. Sformułowana w latach siedemdziesiątych przez amerykańskiego antropologa Ernsta Beckera teoria opanowywania trwogi (Terror Management Theory - TMT), choć przede wszystkim opisuje metody zwalczania właściwego każdej istocie ludzkiej, a płynącego z przeświadczenia o własnej skończoności ogólnego lęku przed śmiercią, daje również możliwość wytłumaczenia, jak "aktywuje się funkcja bufora lęku"10 w sytuacji zagrożenia nagłego i terminalnego. Aby oswoić nieznośną rzeczywistość, człowiek tworzy jej alternatywną wersję, wypełnioną przez idee i znaczenia, nadające jej akceptowalny sens. We własnych oczach podkreśla swoją tożsamość - legitymizowaną przez udział w złożonej kulturze symbolicznej, której składowymi mogą być religia, moralność, umiłowanie ojczyzny czy przywiązanie do grupy pierwotnej. Innymi słowy, skulony w schronie lub pędzony do wagonów, zdjęty śmiertelnym lękiem warszawiak, aby jakoś ulżyć własnemu cierpieniu, ostatni raz określał swoją tożsamość, swoje kulturowe "ja", kultywowaną przez niego wizją samego siebie, najbliższych, otoczenia i żegnał się z nią. Pomagało mu poczucie przynależności do wspólnoty, jeśli nie narodowej czy religijnej, to przynajmniej do grupy pierwotnej, i wynikające z niej przekonanie o moralnej wyższości nad oprawcami. W logikę wykreowanej rzeczywistości mógł wpisywać również własną, antycypowaną śmierć - nabierała ona wtedy sensu, stawała się niepojętą, ale wzniosłą ofiarą składaną w imię wyznawanych wartości. Dawała nadzieję na nagrodę dla ginących i karę dla oprawców.
Głos umarłych jest jednak znacznie mniej słyszalny od głosu żywych. Kiedy okazywało się, że strop piwnicy wytrzymywał impet walących się kondygnacji, że z transportu wyratował znajomy urzędnik czy policjant, a rozbestwionych żołdaków powstrzymał przypadkowy oficer, mechanizmy obronne przestawały być potrzebne, istotą całego wydarzenia stawał się fakt ocalenia, odzyskania pożegnanego już życia. Świadomość sensowności przebytego doświadczenia pozwalała, gdy nadchodziły inne uczucia - rozpacz i tęsknota po utracie bliskich, poczucie krzywdy, potrzeba sprawiedliwości czy konieczność złożenia świadectwa - na wyciągnięcie z niego konstruktywnych wniosków, na mniej lub bardziej prawidłowe przepracowanie traumy, a dzięki niemu - na rozbudowanie tożsamości.
4.
Ocaleli z wybuchu na Kilińskiego nie mieli na to szansy. Choć od wielu lat żyli w świecie wypełnionym zagrożeniem i przeczuciem śmierci i na ogół dysponowali odpowiednimi mechanizmami obronnymi, scenariusz, według którego rozegrały się wydarzenia, sprawił, że w obliczu traumy stali się zupełnie bezradni. Początkowy pozorny sukces zanegował mozolnie wypracowaną metodę opanowywania trwogi - indywidualną wizję rzeczywistości, jaką prawdopodobnie zaakceptowała większość z nich, szczególnie cywilów, a w jakiej przypadła im rola ofiar, uciekinierów, nie tyle o życie walczących, ile uporczywie go broniących, pasywnych, którzy reagowali na wydarzenia, lecz nie próbowali stawić im czoła. Zdobycie czołgu - nagłe, euforyczne doświadczenie, przeżywane w coraz to powiększającej się grupie, zmieniło to nastawienie. Nagle w ich ręce trafiła broń, odzyskali nadzieję, własną podmiotowość i prawo do inicjatywy, ataku i zwycięstwa; więcej, tego dnia, w ciągu kilku godzin tryumfalnego objazdu, czuli się tak, jakby już zwyciężyli. Pojazd stał się symbolem, punktem wyjścia do stworzenia nowego narzędzia opanowywania lęku.
Tym bardziej przerażające i niepojęte było to, co wydarzyło się później. Ocaleni stanęli w obliczu katastrofy zupełnie odsłonięci - na skutek wcześniejszych wydarzeń odrzucili sprawdzony mechanizm obronny, drugi rozpadł się w ułamku sekund na drobne kawałki. Obezwładniającemu poczuciu grozy towarzyszyło również głębokie, bolesne rozczarowanie - lepiej przecież było żyć w poczuciu niewiedzy niż świadomości utraty czegoś wyjątkowego. Powrót do stanu sprzed zdobycia czołgu był już niemożliwy. Ten, w którym tkwili teraz, był nieporównanie gorszy.
Przede wszystkim nie dawało się znieść wszechobecnej makabry. Zagłada getta czy rzeź Woli były, pod względem skali, wydarzeniami z wybuchem czołgu-pułapki nieporównywalnymi, lecz rozgrywały się w ściśle zdefiniowanej, zamkniętej przestrzeni, swoistej "strefie śmierci". Zginęło w nich mnóstwo ludzi, ale świadectwo ich męczeństwa pochodziło od nielicznych ocalonych lub, jak w przypadku komór gazowych, nie zachowało się wcale. Żywi (poza wyjątkami) nie widzieli też dowodów zbrodni - prochy kilkuset tysięcy spalonych warszawskich Żydów i Polaków spoczywają pod powierzchnią dwóch dość niedużych polanek, a o pogrzebanych i zasypanych w nalotach pozostawała jedynie pamięć i informacyjne napisy na murach. Na Kilińskiego światy żywych i umarłych, ku przerażeniu tych pierwszych, zmieszały się ze sobą. Zdeformowane, okaleczone trupy, zamiast spoczywać pod ziemią, dosłownie spadły z nieba - kawałki ciał znajdowano na dachach i balkonach w promieniu kilkuset metrów od miejsca eksplozji.
Nie trzeba być psychologiem, by się domyślić, jaki wpływ na człowieka wywiera widok szczątków kilkuset bliźnich unicestwionych w wyjątkowo gwałtowny sposób. Nikt nigdy nie jest gotowy na taki widok ani - o czym już nie tak często wspominają świadkowie - na taki zapach. Węch, a nie wzrok czy słuch, jest najpierwotniejszym, najbardziej cielesnym i sugestywnym ze zmysłów. To, co atakowało zmysły ocalonych i ratujących, smród gazów powybuchowych zmieszany z odorem spalonych włosów i tkanek, oraz makabryczne obrazy, badacze teorii opanowywania trwogi określają suchym, naukowym pojęciem "eksponowania śmiertelności"11. Narażenie na taką ekspozycję unaocznia jeszcze dobitniej poczucie własnej, nieuchronnej skończoności, "(...) w takich momentach (...) ludzie muszą uruchomić mechanizm uśmierzania lęku i odbudowania nadszarpniętego poczucia bezpieczeństwa"12.
Niestety, opisana powyżej metoda "buforowania" lęku, zakładająca oparcie we wspólnocie i kulturze, działa tylko wtedy, gdy posługujący się nią ludzie mają głębokie przekonanie, że spełniają wszystkie konstytuujące je zasady, że potrafią sprostać obowiązującym standardom. Dzięki temu zbiorowość, którą tworzą i która w momencie próby ma stanowić dla nich oparcie, jest wiarygodna, można na niej polegać. System przestaje działać, gdy pojawiają się w nim pęknięcia, gdy korzystający z niego mają poczucie popełnienia błędu, sprzeniewierzenia się zasadom. Uruchamiając uszkodzony pojazd, rozbierając barykady, dostarczając śmiertelnie niebezpieczny ładunek w samo serce dzielnicy, powstańcy popełnili taki właśnie błąd13. Zwiódł ich własny entuzjazm, pewność siebie, być może niesubordynacja. Śmierć nie spadła z nieba, nie została zadana ręką nieprzyjaciela. Zgubę nieświadomie sprowadzili bracia, rodacy i choć ponieśli śmierć, pozostali świadkowie - choć nie ma na to żadnych dowodów - mogli poczuć się "współsprawcami". Rozlało się na nich poczucie winy, zmieszało z dewastującymi doświadczeniami minut i godzin po wybuchu i pozostawiło w stanie, którego nie sposób było znieść. Tymczasem w otaczającej ich wojennej rzeczywistości nie było czasu na mozolne przepracowywanie przeżytego koszmaru. Ocaleni przeczuwali, że następne dni przyniosą kolejne, być może jeszcze gorsze wydarzenia. Głębszy od wypracowanej w toku ewolucji społecznej metody opanowywania trwogi instynkt samozachowawczy domagał się czegoś, co zastosowane natychmiastowo uśmierzy ból i trwogę, przywróci spokój. Rzucił hasło do ucieczki - w konfabulację.
5.
"- Nie znosić mi tu trupów! - ryczy, nie odwracając się, jakiś lekarz zakładający klamry.
- Musieli zostawić w czołgu zegarówkę, co? - indaguje sanitariusz kolegę.
- Podpuścili nas szkopy jak ciapciaków. Wyfaszerowany musiał być plastykiem... Trzymaj dziada do cholery!"14.
Nie wiadomo, kto pierwszy wyraził myśl, że wybuch to nie tragiczny wypadek, ale niemiecki podstęp. Dlatego, aby wyobrazić sobie moment, w którym to się stało, należy podeprzeć się wizją literacką. Oto dwaj sanitariusze, minuty po katastrofie, biorą udział w akcji ratunkowej. Mimo że obaj nie po raz pierwszy mają do czynienia ze zwłokami i widokiem śmierci, dodają sobie odwagi chłopacką wulgarnością i ironią. To, jak również możliwość skupienia się na powierzonym zadaniu, pozwala im w jakiś sposób odciąć się od otaczającego ich koszmaru, dodatkowo, w oczach oszołomionych ofiar, tak rannych, jak i świadków, przydaje im autorytetu. Bratny wykazał się intuicją, pomysłodawcą teorii spiskowej czyniąc sanitariusza. Ratując ciała, stara się on jednocześnie ratować dusze. Co przed sekundą było nieznośne i niezrozumiałe, na skutek połączenia prostych faktów zyskuje sens i staje się możliwe do zaakceptowania. Za pomocą kilku słów poczucie wspólnoty zostaje odbudowane. Wina i żal, które jeszcze przed chwilą pozostawały w obrębie wspólnoty, poważnie ograniczając jej możliwość łagodzenia trwogi, zostają przeniesione poza jej granice, w oczywiste miejsce. Po raz kolejny "społecznym uosobieniem zła"15 stają się Niemcy. Jednak czyn sanitariusza tylko z pozoru jest - rzecz jasna instynktownym - zastosowaniem techniki "buforowania" lęku. To raczej jego namiastka, placebo. Podstawa zbioru wartości opartego na niepotwierdzonych zasadach jest niezwykle krucha. W pierwszej chwili może przynieść ulgę, jednak po pewnym czasie, podkopywana przez pojawiające się wątpliwości, musi runąć, i nie jest to najgorsze z rozwiązań. Zachodzi konieczność odtworzenia mechanizmu obronnego, a to prowadzi do prawidłowego przepracowania traumy. Jednak można też dalej tkwić w rzeczywistości niepewnej, lecz dającej poczucie samozadowolenia. By owa rzeczywistość trwała, trzeba wspierać ją ideami już nie tyle niesprawdzonymi, ile fałszywymi. Odrywa się wtedy całkowicie od wydarzenia, które leży u jej podstaw, i przekształca w mit. To właśnie zdarzyło się w przypadku wybuchu na Kilińskiego.
Rzeczy minione ujmować historycznie nie znaczy poznać "jak to właściwie było" (Ranke). Znaczy to zapanować nad pamięcią, która rozbłyskuje w momencie niebezpieczeństwa.
Walter Benjamin, Tezy historiozoficzne16
1.
Wiadomość o wybuchu, w formie plotki, rozeszła się po uliczkach, piwnicach i barykadach Starego Miasta lotem błyskawicy. Ci, którzy następnego dnia szukali informacji w wydawanej w dzielnicy powstańczej prasie, nie znaleźli jednak wiele. O tragedii napisały tylko dwie z kilkunastu ukazujących się w dzielnicy gazet. Komendant Armii Krajowej17 nie wprowadził w powstaniu oficjalnej cenzury wojskowej18, jednak szef staromiejskiego oddziału Biura Informacji i Propagandy, major Gromski19, na codziennych konferencjach prasowych przekazywał przedstawicielom dzielnicowej prasy pakiet najnowszych wiadomości, z zastrzeżeniem, które z nich nie nadają się do druku. Być może podczas takiego spotkania, odbywającego się 14 sierpnia w budynku, pod którego oknami wyrosła właśnie masowa mogiła ofiar wybuchu, uznano, że dla dobra morale wojska i społeczeństwa informacji o tragedii nie należy nagłaśniać. Jako że nie została opisana w głównym organie prasowym Komendy Głównej, "Biuletynie Informacyjnym", wieść o niej nie wydostała się, przynajmniej do czasu ewakuacji żołnierzy Grupy Północ20, poza granice odciętej przez nieprzyjaciela Starówki. Wydarzenie pozostało wewnętrzną sprawą jej mieszkańców, w większości skazanych na domysły i plotki, pozbawionych wsparcia "oficjalnych" środków przekazu. Zachowało się kilka świadectw napisanych na gorąco, w ciągu kilkudziesięciu godzin po wybuchu. Każde o całkowicie odmiennym charakterze, są jedynymi pochodzącymi z czasów powstania źródłami opisującymi wydarzenie i jego następstwa. Tylko na nich może opierać się próba odtworzenia faktycznego stanu wiedzy, jakim dysponowali świadkowie wydarzenia i, pośrednio, inni mieszkańcy dzielnicy.
Pierwsze źródło to artykuły, które ukazały się następnego dnia w powstańczej prasie, oba pod niepozostawiającymi wątpliwości nagłówkami. "Żołnierz Starego Miasta", dzielnicowy organ Stronnictwa Narodowego, na pierwszej stronie oznajmiał o Potwornej zbrodni niemieckiej21. Bliska ideowo, wydawana przez jednostkę NSZ22 "Walka" akcent kładła na inny aspekt tragedii, swoją relację tytułując Ohydny podstęp niemiecki23. Artykuły te potwierdzają hipotezę sformułowaną w poprzednim rozdziale - spiskowa teoria o podstępnym działaniu Niemców narodziła się tuż po wybuchu. Oba rozpoczynają się od zwięzłego - z braku wystarczającej ilości informacji - opisu, a jednocześnie interpretacji samego wydarzenia: "Wczoraj wieczorem eksplodował zdobyty tegoż dnia czołg niemiecki"24. "Wczoraj po godz. 18 przy ul. Kilińskiego 1 (...) eksplodowała ogromna ilość dynamitu, ukrytego wewnątrz czołgu, którzy Niemcy rozmyślnie oddali naszym oddziałom w stanie nieuszkodzonym"25. Artykuły różnią się jedynie znaczeniem szczegółów - pierwszy mówi o zdobyciu pojazdu, w drugim został on przez wroga oddany, co podkreślało jego szatańską przebiegłość. Inna też była przyczyna wybuchu - "mechanizm zegarowy" lub, brzmiąca jeszcze bardziej złowrogo, "bomba zegarowa". W następnych zdaniach opisane zostały tragiczne okoliczności eksplozji, która nastąpiła w chwili, "gdy czołg był otoczony przez wiwatującą publiczność". Co ciekawe, jej efekt - przekraczająca możliwości ludzkiej wrażliwości masakra - wyłaniała się z tych pierwszych doniesień w dość powściągliwy sposób: "Stojący na ulicy w najbliższym promieniu (...) zostali rozszarpani, inni zabici oraz ranieni". Dowodzi to, że powstańczy reporterzy, co raczej oczywiste, nie byli naocznymi świadkami tragedii ani prawdopodobnie akcji ratunkowej.
Równie intrygujące jest podsumowanie, szczególnie artykułu z "Żołnierza Starego Miasta" - dramatyczne i dłuższe niż część informacyjna oskarżenie armii i narodu niemieckiego. To nic innego, jak ilustracja mechanizmu przeniesienia, a raczej potwierdzenia winy powszechnie znienawidzonego wroga, w tamtych warunkach całkowicie zrozumiałego i pożądanego przez psychikę poszkodowanych - "Niemcy, chwytając się tego rodzaju barbarzyńskich metod walki z nami, wykreślili się jeszcze raz z rzędu narodów cywilizowanych"26. Redaktor "Żołnierza" dostrzegł też kryjący się w tragedii potencjał propagandowy, sposób na podniesienie morale. Armia niemiecka musi "chwytać się nędznych i potwornych podstępów niegodnych żołnierskiego honoru, gdyż nie może w walce o Warszawę sprostać oddziałom Armii Krajowej"27.
O wyjątkowym statusie, jaki szybko zyskała masakra z Kilińskiego, świadczy lakoniczna wzmianka zamieszczona dwa dni później w innej gazecie, "Głosie Starego Miasta". W artykule Bilans niemieckiej zbrodni jego autor pisze tak, jakby sprawa była na tyle znana, że nie wymaga już wyjaśnienia: "Osobną pozycję stanowi podstęp z użyciem czołgu wypełnionego ładunkiem dynamitowym"28.
Drugie źródło, w dramatyczny sposób uzupełniające obraz tragedii nakreślony przez artykuły prasowe, to, paradoksalnie, urzędowe rozporządzenie. Przyczyny jego powstania można by określić mianem pragmatycznych. 14 sierpnia Okręgowy Delegat Rządu RP na miasto Warszawa nakazał podległym mu placówkom obrony przeciwlotniczej "przejrzeć w obrębie wypadku place, gruz, podwórza, dachy celem usunięcia części rozerwanych ciał, które mogły się tam znaleźć i nie zostały dotąd zabrane". Uprzątnięcie szczątków delegat uzasadniał nie powinnością żywych wobec umarłych, lecz niczym w średniowiecznym oblężonym mieście ostrzeliwanym z katapult zwłokami zadżumionych, "zwracał (...) uwagę na konieczność skrupulatnego wykonania powyższego zarządzenia celem niedopuszczenia do rozkładu ciał i powstania epidemii chorób"29. Suchy urzędniczy styl, w jakim sformułowany jest dokument, i brak jakiegokolwiek komentarza tym dobitniej podkreślają rozmiary masakry i zasięg jej potencjalnego oddziaływania - tak biologicznego, stwarzającego zagrożenie dla zdrowia mieszkańców, jak i psychologicznego, traumatyzującego ich na skutek dosłownego zasypania dzielnicy deszczem ludzkich szczątków.
Kolejne źródło to też dokument i można powiedzieć, że powstał również z czysto praktycznych powodów, jego ciężar emocjonalny jest jednak nieporównanie większy. To pierwsza, niekompletna lista ofiar, wykonana rzekomo przez podporucznika Józefa Fręchowicza, i od jego nazwiska zwana Listą Fręchowicza30. Aby ułatwić przebieg akcji ratunkowej, już w kilkanaście minut po wybuchu żołnierze obstawili i zamknęli oba wyloty Kilińskiego, a ich dowódca zbierać miał kenkarty i rzeczy osobiste zabitych. Następnego dnia sporządził listę, na której figurują nazwiska stu dwudziestu trzech osób wraz z datami urodzenia, przedpowstaniowymi adresami, a niekiedy uwagami dotyczącymi funkcji wojskowej. Dokument przetrwał pożogę Starego Miasta, kanałami przeniesiony został do Śródmieścia, a w 1946 roku trafił do pracowników PCK, którzy powiadomili rodziny ofiar. Już w tym zawiera się jego kapitalna wartość, nie tylko w wymiarze historycznym, ale też czysto ludzkim. Katastrofa powstania to nie tylko śmierć dziesiątków tysięcy ludzi, lecz także tragedia ich bliskich, często pozbawionych jakichkolwiek informacji, latami pozostających w bolesnej niepewności co do losu zaginionych. Ktokolwiek sporządził listę, powiązał cierpienie i śmierć ofiar z konkretną datą, miejscem i wydarzeniem. Dzięki temu bliscy, już po wojnie, mogli poznać pełną prawdę, a ta, choćby w małym stopniu, pomagała pogodzić się ze stratą.
Suche (choć nie zawsze) dane, jakie zawiera lista, są też niezwykle pomocne w jak najdokładniejszym odtworzeniu przebiegu wydarzeń, które dokonane zostanie w następnym rozdziale. Dzięki nim można dość dokładnie wyobrazić sobie sylwetki tworzących tłum ludzi, ich wiek, płeć, funkcję czy zawód. W uwagach kryją się również drobne, poruszające szczegóły, które przypominają o wyjątkowości i podmiotowości każdej z ofiar masakry, zasłoniętej nieraz przez wprowadzające w błąd liczby i nazbyt emocjonalną, zmitologizowaną narrację.
Lista zawiera jeszcze jedną bardzo ważną informację. W tytule, sformułowanym już 14 sierpnia, pojawia się określenie "czołg-mina". To pierwsza forma nazwy, pod którą w przyszłości funkcjonować będzie mit. Ostatnie świadectwo różni się od dwóch poprzednich tak bardzo, jak tylko się da. Nie jest to dokument urzędowy, rozkaz czy zapisana relacja, ale utwór literacki. Nosi tytuł Święty kucharz od Hipciego i uznawany jest za fraszkę, choć nazwa makabreska byłaby bardziej na miejscu. Jako że dość krótki, można przytoczyć go w całości:
Wszyscy święci, hej, do stołu!
W niebie uczta: polskie flaczki
wprost z rynsztoków Kilińskiego!
Salcesonów pełna misa,
Świeże, chrupkie
Pachną trupkiem: To z Przedmurza!
Do godów, święci, do godów,
Przegryźcie Chrystusem Narodów!
Jego autorem jest Tadeusz Gajcy, żołnierz i poeta, w drugim tygodniu sierpnia broniący powstańczej placówki na południowo-zachodniej rubieży Starówki, przy ulicy Przejazd, około ośmiuset metrów od skrzyżowania Podwala i Kilińskiego. Jest mało prawdopodobne, by był świadkiem wybuchu lub w następnych dniach odwiedził jego miejsce, zainspirowały go raczej zasłyszane wieści, od których huczeć musiała cała dzielnica. Chyba bardziej niż lektura wierszyka szokuje kontrast pomiędzy jego treścią a powszechnie dziś obowiązującą heroiczno-elegijną manierą mówienia o powstaniu. Gajcego do pisania popchnęły jednak przesłanki wyższe niż chęć wywołania skandalu czy zakłopotania czytelnika. A że czas, którego i tak zostało mu niewiele, wypełniony miał służbą i walką, wybrał formę krótką i jak najbardziej dosadną.
Funkcja fraszki nie różni się w gruncie rzeczy od funkcji teorii spiskowej. Autor stworzył ją, by - jak sanitariusze z Kolumbów - dając własny komentarz, zmierzyć się z przytłaczającą go rzeczywistością. Tamci, zwykli ludzie, potrzebowali spokoju, nawet za cenę samooszukiwania się. Pomogła im skryta pod warstwą ironii, prostacka racjonalizacja. Gajcy był na takie metody zbyt subtelny, to, co bolało, rozdrapał; przez graniczący z bluźnierstwem cynizm pokazał, jak okrucieństwo wojny rozprawia się z indywidualnymi i zbiorowymi złudzeniami. Efekty eksplozji - wyjątkowe nawet jak na warunki powstania stężenie makabry - pojawiają się już w na pierwszy rzut oka niejasnym, a w rzeczywistości nadającym kontekst całości tytule. "Hipcio" to nikt inny jak św. Hipolit Rzymski, teolog i męczennik z trzeciego wieku naszej ery, którego dzień, według katolickiego kalendarza, przypada 13 sierpnia. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie zachowany w tradycji rodzaj zadanej mu śmierci - rozerwanie końmi. Wizja okaleczonego ciała świętego, z rozwleczonymi na cztery strony, wyrwanymi członkami, staje się ponurą przepowiednią makabrycznego obrazu ulicy Kilińskiego tuż po wybuchu. To, co zalega na chodnikach i wypełnia rynsztoki, nie jest już zasługującym na szacunek ciałem zmarłych męczeńską śmiercią ludzi, ale ordynarnym, rozsiewającym trupi odór mięsem. Jego przeznaczeniem jest trafić na niebiański stół, gdzie posłuży w groteskowej parodii eucharystii, bardziej niż sakrament przypominającej pijacką wyżerkę w staromiejskiej spelunie. Gośćmi są tam wszyscy święci - anonimowe, zbawione dusze, być może jeszcze przed chwilą rezydujące w rozerwanych wybuchem ciałach mieszkańców z sąsiedztwa. Zamiast chleba zajadają salceson, zamiast wina piją to, co się salcesonem zakąsza. I najważniejsza różnica - to, co spożywają, to nie ożywcze, symboliczne ciało Zbawiciela, lecz mięso Chrystusa Narodów, Polaków, ich samych. Gajcy, zamiast pomóc tworzyć nowy mit, rozprawia się ze starym. Metaforą wybuchu, być może także całej dokonującej się tragedii powstania, staje się dla niego uczta kanibali, czerpiących z zadawanego samym sobie, i na własne życzenie, bólu energię do dalszego cierpienia, poza którym nie ma już nic. Przepełniony nihilizmem wiersz jest też, być może, wyrazem przeczucia zbliżającego się końca. Znaleziono go, zapisany na kawałku papierowego worka, przy odkopanym ciele poety. Tadeusz Gajcy zginął wkrótce po wybuchu na Kilińskiego, w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach31.
Opisane powyżej świadectwa, wbrew tytułowi rozdziału autentyczne, uwiarygodniają to, co przekazują wspomnienia. Po pierwsze, rozmiary masakry, a zatem liczba ofiar i drastyczność zadanej im śmierci. Po drugie, szybkość, z jaką wieść o niej rozprzestrzeniła się po dzielnicy, zarówno za pośrednictwem fizycznych, namacalnych następstw - rozrzuconych po okolicy szczątków ludzkich, jak i rozchodzących się błyskawicznie plotek. I wreszcie, po trzecie, przygnębiające, depresyjne poczucie grozy, jakie sprowadziła, nie tylko na świadków, lecz też na osoby rzekomo postronne, dowiadujące się o niej za pośrednictwem innych. W zachowanych przekazach nie ma natomiast odpowiedzi na pytanie ze współczesnego, racjonalnego punktu widzenia zasadnicze - kto i w jaki sposób zdobył pojazd oraz zadecydował o wprowadzeniu go w mury powstańczej dzielnicy? Na tej podstawie stwierdzić trzeba, że nie znali jej również świadkowie wydarzenia. Znali natomiast krążące wśród piwnic i barykad niemożliwe do sprawdzenia pogłoski, słyszeli sprzeczne, wyolbrzymiane informacje o liczbie ofiar wybuchu i charakterze całego wydarzenia, odczuwali narastające z każdym dniem oblężenia zagrożenie i nastrój katastrofy. W takiej sytuacji, z braku faktów, musiał pojawić się ich erzac - teoria spiskowa. Dzięki tytułowi Listy Fręchowicza wiadomo, że już w kilka godzin po tragedii teoria ta zaczęła przybierać najwcześniejszą formę, czy raczej formy, różniące się od siebie treścią w zależności od tego, w której piwnicy powstały i obowiązywały.
Żadna z nich nie została wówczas zapisana bądź zapiski się nie zachowały. Aby odtworzyć wczesne wersje teorii spiskowej, znów trzeba odwołać się do literatury pięknej, choć w kategorii źródła historycznego klasyfikowanej wyżej niż powieść: do pamiętnika pióra Mirona Białoszewskiego. Z jednej strony zapisana w nim wersja wydarzeń32 jest całkowicie niewiarygodna. Autor przyznaje, że została mu przedstawiona przez znajomą nauczycielkę, a do tego ostatnio, czyli najprawdopodobniej w latach sześćdziesiątych. Z drugiej strony zaś, niedorzeczna i pełna sprzeczności treść dowodzi, że przekazująca ją osoba potrafiła przez ponad dwadzieścia lat zachować swoistą czystość subiektywnego wspomnienia, nie zanieczyściła go elementami zaczerpniętymi z cudzych relacji, książek czy artykułów. Jej wersja, zapisana przez poetę charakterystyczną, postrzępioną frazą, pozwala sobie wyobrazić, jak brzmiała, jaką miała formę oraz jak zmieniała się przekazywana z ust do ust plotka. Łatwo również wyróżnić składające się na nią elementy - czas wydarzenia, jego miejsce, szczegóły, wreszcie proponowane wytłumaczenie.
Pora katastrofy nie mogła zostać zdefiniowana według prozaicznych wskazań zegarka. Potrzebna była inna miara, sugerująca, że słuchacz zaraz dowie się rzeczy istotnych i tajemniczych. Zgodnie z nią, czołg pojawił się na ulicach Starówki "po zachodzie słońca", kiedy zmierzch przeradza się w wieczór33. Równie fantastyczny był też opis miejsca, w którym się pojawił, na rogu Świętojerskiej i Freta. W połowie sierpnia skrzyżowanie tych dwóch ulic leżało daleko od linii frontu, w środku polskich pozycji, jednak podczas triumfalnego objazdu po dzielnicy pojazd przejeżdżał krótkim odcinkiem ulicy Freta. Coś się zatem zgadzało i ukrywającym się pod ziemią, często nieświadomym przebiegu ciągle zmieniającej się linii frontu ludziom musiało to wystarczyć.
Jeszcze bardziej chaotyczne i sprzeczne były domniemania na temat rzeczywistej natury śmiercionośnego wehikułu. Choć powstały prawdopodobnie na skutek zmącenia pamięci znajomej autora, można wyobrazić sobie ich genezę. Powracający z niebezpiecznych wędrówek mieszkańcy piwnic bloku na Rybakach34 przekazywali żyjącym w podziemiach to, co zasłyszeli na powierzchni. Coraz to nowe plotki i strzępki informacji nie wykluczały się, raczej nawarstwiały, tworząc zbiór, z którego każdy kolejny narrator opowieści mógł wybrać to, co najbardziej mu odpowiadało. Najpierw miał to być goliat - samobieżna, sterowana kablem, bezzałogowa mina, broń budząca respekt nie tylko przez odhumanizowaną zasadę działania, ale również dzięki złowrogiej, biblijnej nazwie, w kontekście legendy niemożliwej do przecenienia. W kolejnych zdaniach opowieści Białoszewskiego goliat zmienił się w mały czołg, w końcu autor wybrał rozwiązanie kompromisowe - tank, przy czym była to bardziej literacka impresja na temat tankietki (lekkiego, słabo opancerzonego, jedno- lub dwumiejscowego gąsienicowego pojazdu rozpoznawczego) niż określenie czołgu w języku angielskim. Mityczny wóz łączyć miał widoczne cechy niewielkiego czołgu z ukrytą, śmiercionośną funkcją samobieżnej miny. Równie istotna jest zastosowana przez Białoszewskiego gra słów - pojazd był "puszczony, opuszczony i podpuszczony", co sugeruje zarówno bezzałogowy charakter jego misji, przy użyciu jakiegoś rodzaju zdalnego sterowania, jak i konsekwentnie przeprowadzony podstęp.
Przedstawione kulisy wydarzenia przeczą sobie nawzajem, przez co cała historia może wydać się niewiarygodna. Aby temu zapobiec, w finalnych, podsumowujących ją zdaniach autor porzuca argumenty racjonalne (a raczej pseudoracjonalne) na rzecz tych działających wyłącznie na emocje. Choć z późniejszymi ustaleniami nie zgadza się ani przebieg trasy, ani domniemane miejsce wybuchu, ani jego pora, istotna jest inna, niesprawdzalna, a zatem niemożliwa do podważenia informacja - eksplozja nastąpiła w momencie, gdy euforia wiwatujących tłumów doszła do szczytu. To już nie zapis wspomnień, to przetwarzanie ich w scenariusz, w którym wszystko dzieje się wedle wcześniejszych założeń. Chwila katastrofy nie może być przypadkowa, podobnie jak jej przyczyna. Tu też nie ma żadnych wątpliwości - "Po prostu wybuchnął mechanizm zegarowy"35.
Rozpięta pomiędzy oczywistą konfabulacją a strzępkami prawdy wizja opisana w Pamiętniku dobrze ilustruje prawdopodobny kształt pierwszej, "przedkanonicznej" wersji mitu, rozpoczynającej proces wyjaśniania, uzasadniania i wpisywania w akceptowalną wizję rzeczywistości niepojętej tragedii. Aby skutecznie wypełniać to zadanie, opowieść musiała być kompletna, autor powinien był zatem dysponować pełną wiedzą, zarówno na temat skutków, jak i przyczyn wydarzenia. Informacji o skutkach miał aż za wiele, można sądzić, że zanim opisał ludzkie szczątki porozwieszane na balustradach balkonów, wnętrzności nagarniane łopatami czy chłopca, z którego pozostał jedynie kawałek nogi z bucikiem, przedtem odsiał znacznie więcej równie drastycznych detali36. Gorzej było ze znajomością przyczyn. Białoszewski, znajoma nauczycielka, wszyscy inni, którzy w czasie powstania przekazywali i uzupełniali tę historię, znali tylko jej ogólny zarys - obrońcy zdobyli jakiś pojazd, odbyli nim honorową rundę po staromiejskich uliczkach, potem nastąpił wybuch. Szczegóły, przynajmniej na tamtym etapie, trzeba było zmyślić. Gdy powstanie, a potem wojna, dobiegły końca, powracający do Warszawy ocaleni przynieśli ze sobą wiele różniących się od siebie wersji, z których każda kryła ziarno prawdy. Z uzgadniania ich powoli zaczęła krystalizować się wersja oficjalna. Jednak na jej pierwszą, udokumentowaną odsłonę trzeba było poczekać blisko dwa lata, do 1 sierpnia 1946 roku.
2.
Myli się ten, kto uważa, że ukazujące się każdego roku, poświęcone rocznicy wybuchu powstania, dołączane do największych dzienników ilustrowane dodatki to wynalazek ostatnich dziesięcioleci. Dokładnie w dwa lata po godzinie "W" ukazał się szesnastostronicowy numer "Gazety Ludowej", organu Polskiego Stronnictwa Ludowego, jedynego dziennika opozycyjnego w opanowywanej przez komunistów Polsce, w przeważającej części poświęcony rocznicy powstania. Wstępniak wyszedł spod pióra dopiero co zwolnionego z sowieckiego więzienia Kazimierza Bagińskiego - skazanego w procesie szesnastu wojennego lidera Stronnictwa Ludowego, wśród autorów artykułów znalazł się też Władysław Bartoszewski, a wydanie, jak na warunki "Gazety", było dość obficie ilustrowane rysunkami, rycinami i reprodukcjami plakatów. Pokaźną część strony piątej, obok felietonu literackiego i reklamy Piasku wiślanego płókanego (pis. oryg.), zajął artykuł, a właściwie beletryzowane wspomnienie poświęcone katastrofie na Kilińskiego. Tytuł tłumaczył wszystko - Bomba zegarowa na dnie czołgu37.
Powodów, dla których spośród dziesiątków i setek wydarzeń dotyczących powstania do publikacji wybrano akurat sprawę czołgu, mogło być wiele, z jej funkcją polityczną - umacnianiem wizerunku Niemców jako uosobienia zła na pierwszym miejscu (choć w tym przypadku nie brakowało też innych przykładów). Wart zauważenia i wyjaśnienia może być powód najprostszy - osobisty. Redaktorem naczelnym "Gazety Ludowej" był w owym czasie (do aresztowania przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego dwa i pół miesiąca później) Zygmunt Augustyński, zaufany współpracownik wicepremiera Stanisława Mikołajczyka. Jego syn Jędrzej wraz z żoną Janiną w powstaniu służyli w kompanii "Harcerskiej" batalionu "Gustaw". On w stopniu podporucznika pełnił funkcję kwatermistrza kompanii, ona była sanitariuszką. Wraz z najmłodszymi żołnierzami baonu, harcerzami z plutonu łączników, wylegli 13 sierpnia na ulicę Kilińskiego, by świętować zdobycie pojazdu, i wraz z nimi oboje zginęli w eksplozji38. Nie sposób nie wiązać tego wydarzenia z faktem ukazania się i rozmiarem artykułu z rocznicowego wydania "Gazety", tym bardziej że padają w nim następujące zdania: "Co chwila przybiegał ktoś z chłopców i dziewcząt (...) - Jędrzej, kto widział Jędrzeja albo jego żonę?". Teza, że powstanie artykułu było inspirowane i zlecone bezpośrednio przez redaktora naczelnego, który chciał w ten sposób upamiętnić śmierć najbliższych, wydaje się dość uprawomocniona. Co więcej, każdy publikowany w "Gazecie Ludowej" czy innym tytule prasowym artykuł mówiący o powstaniu nabierał w kontekście nadchodzących czasów kapitalnego znaczenia. Niewiele później, na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, jedyne, co można było przeczytać, to wykładnie oficjalnej, stalinowskiej interpretacji tego wydarzenia. A zatem jeśli jakieś zdarzenie zostało opisane i dotarło do czytelników, to miało szansę wspiąć się w hierarchii ważności powstańczych epizodów na wysokie miejsce. Skoro artykuł odegrał doniosłą rolę w tworzeniu się i zakorzenieniu mitu, a powstał z pobudek osobistych, to sam mit, a dokładniej - jego popularność, jest w jakimś stopniu dziełem przypadku.
Artykuł podpisała A. Sosnowska i z pewnością było to powstańcze nom de guerre. Można jednak doczytać się w nim informacji umożliwiających jej identyfikację. Po pierwsze, autorka dobrze znała chłopców obsadzających barykadę na Podwalu. Po drugie, i najważniejsze, szczególnie bliski był jej niejaki Witold. Wreszcie po trzecie, w czasie wybuchu, w którym straciła przytomność, pełniła służbę w szpitalu, a po odzyskaniu świadomości była przekonana, że budynek płonie. Te wskazówki, jak również inicjał imienia oraz użyty pseudonim prowadzą ku Annie Przecławskiej z domu Sadkowskiej, wiele lat później profesorce pedagogiki UW. Walczyła ona, pod pseudonimem Sosnowska, wraz z rodzonym bratem, szefem kompanii "Harcerskiej", Witoldem Sadkowskim, w szeregach baonu "Gustaw"39. W wyniku wybuchu ucierpiała fizycznie, a jako sanitariuszka miała bardzo bliski kontakt z jego ofiarami. Do tego służyła w batalionie, którego żołnierze zdobyli pojazd, znała ich osobiście, przekazane przez nią relacje pochodziły z pierwszej ręki. To przydawało jej autentyczności, chociaż ze złożonej w maju 2008 roku relacji wynika, że wybuch zastał ją pochyloną nad szpitalnym łóżkiem, podczas mierzenia temperatury rannemu40. Nie widziała zatem ani pojazdu, ani tłumu, ani momentu eksplozji. Dyskusyjny status naocznego świadka dawał jej z jednej strony wiarygodność, z drugiej - komfort nieweryfikowania zasłyszanych szczegółów. Charakter uczestnictwa Sosnowskiej-Sadkowskiej-Przecławskiej w wydarzeniu znakomicie odpowiadał czekającemu ją, choć zapewne nieuświadomionemu, zadaniu stworzenia pierwszej, zapisanej i w miarę kompletnej wersji mitu, wtedy jeszcze niekatalogowanego pod hasłem "czołg-pułapka".
Artykuł, który napisała dla "Gazety Ludowej" jako zaledwie siedemnastolatka, ustalił, poza drobnymi wyjątkami, kanon, na którym opierać się będą kolejne interpretacje opowieści, zarówno pod względem zaproponowanego wytłumaczenia, jak i formalnej kompozycji. Dlatego każdy z elementów tekstu Sosnowskiej stanowi wzorzec pozwalający prześledzić, jak w kolejnych latach na łamach prasy i w opracowaniach rozwijały się, umacniały lub obumierały poszczególne elementy mitu. Pozwoli to też skupić się na interesujących podobieństwach i różnicach, a uniknąć dość żmudnego analizowania podobnych do siebie w gruncie rzeczy tekstów źródłowych.
3.
Przede wszystkim to na łamach "Gazety Ludowej" po raz pierwszy po wojnie szerokiemu gronu czytelników przedstawiono explicite rzekomą przyczynę wybuchu. Autorce zwięźle wyjaśnił ją brat Witold ps. Żelazny41: "Więc jednak to czołg. Podwójne dno, gdzieś umieszczono bombę zegarową. Wybuch nastąpił punkt o 19-ej". Hipotezę o specjalnie przygotowanym, ukrytym ładunku z zapalnikiem czasowym "Gazeta Ludowa" powtórzyła dwa tygodnie później, 13 sierpnia 1946 roku, w drugą rocznicę wybuchu, w artykule z serii "Dzień walczącej stolicy"42, używając tego samego określenia - bomba zegarowa. W wydrukowanym poniżej, potwierdzającym hipotezę o osobistym zaangażowaniu redaktora naczelnego w sprawę nagłośnienia katastrofy, wspomnieniu o jego synu, Jędrzeju Augustyńskim43, również padają słowa o podwójnym dnie pojazdu. Zasadnicze dla sensu i funkcjonalności całego mitu twierdzenie o umyślnie założonym ładunku wybuchowym z mechanizmem zegarowym było - co pokaże następny rozdział - nieodległe od prawdy. W tym leżała jego siła i pozór wiarygodności, jednak pewne elementy musiały ulec zmianie. Teoria o podwójnym dnie była ryzykowna i, nawet jak na kontekst legendy, niewiarygodna. Czy niegodziwość Niemców wystarczająco uzasadniała trud, jaki musieliby włożyć w przebudowywanie pojazdu, by wywołać efekt podobny do celnie zrzuconej bomby lotniczej? W następnych latach hipoteza podwójnego dna zniknęła i nigdy nie powróciła. Kolejną wersję44 opowieści o tragicznym dniu 13 sierpnia zawarł w wydanej w 1949 roku epickiej beletryzowanej wizji staromiejskiej epopei, Przemarsz przez piekło, Stanisław Podlewski. Ten weteran i niestrudzony kronikarz powstania, którego postać okaże się jeszcze w kontekście historii mitu czołgu-pułapki dość istotna, poświęcony tragedii rozdział Zdradliwa cisza oparł w przeważającej części na artykule Anny Przecławskiej, przeformułowując jedynie całe akapity. Mimo to o podwójnym dnie nie wspominał. Zdobyty, a raczej "podrzucony przez Niemców czołg", był według jego informacji "nadziany wielką ilością materiału wybuchowego i zaopatrzony w automatyczny mechanizm zegarowy"45. Wydaje się, że użyte w tytule Listy Fręchowicza określenie "czołg-mina", a tym bardziej "czołg-pułapka", w tym czasie jeszcze się nie przyjęło. Nie użył go również w opublikowanej na Zachodzie w 1953 roku powieści Czesław Miłosz, opisując tragedię z Kilińskiego i całe powstanie w sposób, który nie mógł przysporzyć mu uznania środowisk kombatanckich46. Na kolejne krajowe wzmianki trzeba było, z oczywistych powodów politycznych, czekać blisko osiem lat. Pochodzą z roku 1957, przy czym jedna została opublikowana w gazecie, a druga w uznawanym za monumentalne opracowaniu Powstanie Warszawskie Adama Borkiewicza. Nie ma w nim już mowy o technicznych detalach umiejscowienia bomby. Autor, który w przypisie wskazuje artykuł Sosnowskiej jako źródło swoich informacji, ogólnikowo pisze, że zdobyty czołg był "(...) napełniony materiałem wybuchowym z zapalnikiem czasowym"47. Kuriozalnie natomiast brzmi dziś zaproponowana przez niego próba identyfikacji typu pojazdu. Miał to podobno być "(...) mały czołg typu Marek I". Nazwa ta, niemająca żadnego związku ani z powstaniem, ani historią wojskowości w ogóle, została najprawdopodobniej zapożyczona, z kuriozalnym błędem, od Podlewskiego, który maszynę określił mianem "czołgu typu Mark I"48. Eksplozji poświęcony jest też fragment wspomnień powstańca ze zdziesiątkowanego w niej plutonu "Orląt", harcerzy łączników, które ukazały się w jednym z listopadowych numerów tygodnika "Stolica"49, podsumowujący ją jednym zdaniem: "W niedzielę, 13 sierpnia, nastąpił u zbiegu ulic Podwale i Kilińskiego tragiczny w skutkach wybuch czołgu-pułapki, wprowadzonego jako zdobycz poza barykady w głąb dzielnicy staromiejskiej". Prawdopodobnie jest to pierwszy zapisany przypadek użycia nazwy, która aż do dziś zawiera w sobie fałszywy sens całego wydarzenia. Zwraca również uwagę lakoniczny styl opisania epizodu, tak jakby autor wiedział, że sprawa jest już powszechnie znana, a samo hasło wystarczy czytelnikowi do dopowiedzenia sobie szczegółów.
Bywały też odstępstwa od reguły. Opisujący katastrofę autorzy dość luźno traktowali detale, w jednym nieraz tekście umieszczając informacje wykluczające się nawzajem. Na fali odwilży, pośród innych powstańczych publikacji, ukazały się, pod apokryficznym podtytułem Dziennik bojowy kpt. Ognistego, wspomnienia Lucjana Fajera, wicedowódcy baonu "Gozdawa", zawierające najbardziej bałamutną, wewnętrznie sprzeczną wersję przebiegu wydarzeń. Według niej barykadę na Podwalu sforsowali, za pomocą tygrysów, sami Niemcy, a następnie "wprowadzili goliata, (...) puszczając go w ruch po linii ulicy Podwale"50. Można niemal wyobrazić sobie pojazd, który poruszał się to w jedną, to w drugą stronę, niczym wędkarska błystka na żyłce ciągniętego za sobą kabla - Fajer stworzył idealną hybrydę goliata i czołgu. Powstańcy nie zwrócili uwagi na wychodzący z pojazdu i biegnący w stronę stanowisk niemieckich przewód, za to ze środka pojazdu nagle wyskoczyła załoga, która schowała się "w jednym z czołgów". Samo zdobywanie maszyny miało w sobie coś z wyścigu, żołnierze, którzy "dopadli" jej jako pierwsi, dostąpili zaszczytu wykonania triumfalnego objazdu. Oczywiście nikt z towarzyszącego im tłumu nie zauważył ciągniętego rzekomo przez goliata kabla, który na Kilińskiego musiał być już długi na blisko pięćset metrów. Rojeń Fajera nie należy jednak lekceważyć - być może zaciemnianiu obrazu wydarzenia mógł towarzyszyć ukryty cel, tym bardziej że autor odsłonił się, ujawniając inne, dla odmiany prawdziwe i zaskakująco precyzyjne, detale, o których później.
Tymczasem w kolejnej, wydanej już w latach osiemdziesiątych, dużej monografii Antoni Przygoński powtarza za Borkiewiczem kompletnie zmyślony typ pojazdu, naprzemiennie używając niewykluczających się określeń "czołg-mina" i "czołg-pułapka", proponuje też nową hipotezę co do bezpośrednich przyczyn eksplozji - przypadkowe "poruszenie", przez kogoś z obsługi, ukrytego mechanizmu detonującego51. Miarą nieszkodzącego legendzie bałaganu jest artykuł ze "Stolicy", z sierpnia 1982 roku, w którym dziennikarka, wyraźnie zainspirowana Białoszewskim, opisuje zdobycie "lekkiego, małego czołgu", w kolejnych zdaniach nazywając go goliatem52. Najbardziej oryginalne, wręcz pieszczotliwe określenie pojazdu ukuła weteranka, która pojawienie się wozu na placu Zamkowym widziała na własne oczy: "Po południu alarm: Od Nowego Zjazdu podjeżdżają trzy czołgi - na przodzie mała Panterka"53. Niemiecka maszyna posiadła jakąś tajemniczą zdolność maskowania swojej prawdziwej natury i siania faktograficznego zamętu. Co więcej, działa ona do dziś.
Nowe przykłady pochodzą z 2013 roku. W anglojęzycznej monografii powstania, Warszawa 1944. Tragiczne powstanie, opowieść o wybuchu autorka, Alexandra Richie, rozpoczyna od opisu wmurowanego w ścianę katedry św. Jana fragmentu czołgowej gąsienicy, "podzielonej na segmenty jak odwłok jakiegoś prehistorycznego owada"54, który rzekomo "ma upamiętniać tragedię z 13 sierpnia 1944 r., gdy Starówka zyskała własną, współczesną wersję podania o koniu trojańskim". Nie jest to oczywiście prawda, lecz kanadyjską pisarkę usprawiedliwia skomplikowana natura nieporozumienia, którego ofiarą padła. Napis na umieszczonej pod stalowymi ogniwami tablicy głosi, że jest to "gąsienica niemieckiego czołgu-miny Goliath, który podczas Powstania (...) zburzył część murów katedry". W rzeczywistości jest to fragment innego pojazdu tego samego typu, który eksplodował na Kilińskiego. Wyciąganie wniosku, że pochodzi właśnie z tamtego, feralnego egzemplarza, jest nieuzasadnione i mocno nieprawdopodobne.
Natomiast Piotra Zychowicza, autora poświęconego powstaniu, bestsellerowego eseju Obłęd '44, posądzić można raczej o przesadne demaskatorstwo niż mitotwórstwo. Jednak i jemu udało się dołożyć cegiełkę do gmachu dezinformacji. Pojazd nazywa samochodem, wpierw pancernym, potem - wyładowanym materiałami wybuchowymi55, i nie sposób nie ulec wrażeniu, że w tej najnowszej wersji wydarzenia sprzed siedemdziesięciu lat pobrzmiewają echa współczesnych zamachów terrorystycznych.
Pomimo upływu lat i (niemal całkowitego) rozwiązania zagadki typu pojazdu i przyczyn eksplozji określenie "czołg-pułapka", mimo że z naukowego punktu widzenia błędne, jest ciągle w użyciu, i to nie tylko na płaszczyźnie politycznego mitu, ale i narracji historycznej. Taki właśnie tytuł nosi poświęcone tragedii hasło w Encyklopedii Powstania Warszawskiego, które dalej zwięźle i bez błędów wyjaśnia sprawę56, w podobnym kontekście nazwa ta umieszczona jest w tytule niniejszej pracy. Gorzej, że wciąż zdarza się jej pojawić bez żadnego komentarza, anonsować fałszywą wersję wydarzeń, i że przytrafić się to może w książce sygnowanej przez niekwestionowane autorytety. W wydanym w 2008 roku przez Władysława Bartoszewskiego Powstaniu Warszawskim przedstawiona została mitologiczna wersja wydarzeń57, nieróżniąca się, poza szczegółami, od tej zaprezentowanej w 209. numerze "Gazety Ludowej". Profesor, prawdopodobnie przez niedopatrzenie wymuszone tempem przygotowania publikacji, przeoczył wyniki poczynionych w ostatnich dekadach badań. Tym samym tłumaczyć trzeba treść informacji pochodzącej z eksponowanych na stronie internetowej i na wystawie głównej Muzeum Powstania Warszawskiego kartek z kalendarza z roku 1944. Pod datą 13 sierpnia można między innymi przeczytać: "Wieczorem żołnierze Batalionu Gustaw wprowadzają na ul. Kilińskiego niemiecki pojazd pancerny, porzucony przez załogę nieprzyjaciela przy barykadzie na Podwalu. Wypełniony materiałem wybuchowym pojazd eksploduje na wysokości domu nr 1. Ginie prawie 300 osób, żołnierze i ludność cywilna"58. Mimo że fakty (poza identyfikacją powstańczego oddziału) w gruncie rzeczy się zgadzają, sens całego wydarzenia podany jest w niejasny, jeśli nie zmanipulowany, sposób.
4.
Placyk, na którym wybuchł pojazd, choć znajduje się w sercu dzielnicy rzekomo odbudowanej, nie wygląda tak jak przed siedemdziesięciu laty. Miejsce po wypalonych w powstaniu i zburzonych później kamienicach na Kilińskiego zajęły modernistyczny blok mieszkalny i pawilon usługowy, a tam, gdzie wznosiły się fasady parzystej strony Podwala, teraz rozciąga się wybudowana w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych atrapa średniowiecznych miejskich murów obronnych. Mimo że z trzech otaczających narożny placyk pierzei zachowała się właściwie tylko jedna, a uliczki, poprzez odsunięcie (lub usunięcie) ścian budynków straciły ciasny, staromiejski charakter, to zmiany jak na Warszawę są właściwie nieduże. Parzystą stronę Kilińskiego wciąż wytyczają mury oficyny odbudowanego pałacu Raczyńskich, a ulica ma ten sam przebieg i szerokość, co w czasach powstania. Łatwo można wyobrazić sobie, skąd nadjechał pojazd lub jak szczelnie kilkusetosobowy tłum wypełniał wąską uliczkę. W kontekście lokalizowania wydarzeń historycznych w miejscach praktycznie dziś nieistniejących, takich jak Tłomackie czy Nalewki, to i tak bardzo dużo. O powstańczej przeszłości staromiejskiego skrzyżowania przypomina coś jeszcze - wyjątkowe nagromadzenie pomników. Jeśli nie liczyć tablicy poświęconej szpitalowi baonu "Gustaw", to stoją tam aż trzy. Najbardziej znana jest wkomponowana w podwójną linię murów obronnych figura Małego Powstańca, sygnalizująca mit zasługujący na analizę nie mniej dogłębną niż czołg-pułapka. Nieopodal, bliżej faktycznego miejsca zdarzenia, przy chodniku ulicy Kilińskiego, nieco przesłonięty przez bujnie rozrośnięte ozdobne krzewy, stoi pomnik upamiętniający wybuch i jego ofiary.
O trwałości mitu decyduje nie tylko jego użyteczność i powab, ale również materiał, na którym zapisuje się jego treść. Legendzie czołgu-pułapki poświęcono sporo tekstów, również na stronach internetowych, co najmniej jedną książkę i dwa filmy dokumentalne, jednak jej funkcjonującą obok prawdy - i wbrew niej - treść wykuto, a właściwie odlano także w materiale może mniej atrakcyjnym niż papier i celuloid, ale za to bardzo trwałym, w spiżu. Pomnik, a dokładniej umieszczony na nim napis, jest kolejnym dowodem manipulacji, jakiej, najprawdopodobniej podświadomie, poddano obraz tego wydarzenia historycznego. Teksty omówione wcześniej wyjaśniały przyczynę wybuchu, ten z monumentu jest pretekstem do pochylenia się nad drugą najistotniejszą informacją, nad liczbą zabitych.
Odsłonięty w 1975 roku pomnik59 to dość regularnie obrobiony, prostokątny blok granitu, na którego górnej, łagodnie opadającej powierzchni umieszczony jest spatynowany napis, stylizowany na odciśnięty w ziemi ślad gąsienicy czołgu. Mówi on, że jest to "Miejsce uświęcone krwią 500 powstańców, mieszkańców Starówki, poległych 13.08.1944 od eksplozji czołgu z podstępnie założonym materiałem wybuchowym". Pomijając pierwszy, postawiony niefortunnie zamiast litery "i" przecinek, który właściwie wyklucza z grona ofiar cywili z innych dzielnic, okoliczności tragedii wyjaśnione są zgodnie z obowiązującą wówczas interpretacją. Pozostaje liczba ofiar - czy bliżej jej do tak zwanej prawdy historycznej czy - jak większości elementów tej opowieści - do legendy?
Ze wszystkich faktów, które popadły w zapomnienie lub celowo zmieniono ich treść i sens, straty, jakie w wyniku wybuchu ponieśli powstańcy i cywile, są chyba najłatwiejsze do zrekonstruowania. Pierwsza, omówiona już częściowo lista ofiar powstała na miejscu tragedii, dwie kolejne sporządzili w latach powojennych weterani kompanii "Harcerskiej" i baonu "Gozdawa". Na podstawie bilansu strat spisanego przez dr. Morwę60 można również określić los rannych, przeniesionych do powstańczych szpitali. Ogólna liczba zabitych w rejonie Kilińskiego i Podwala w sierpniu, znana dzięki protokołom ekshumacyjnym, pomaga też oszacować maksymalną liczbę zabitych w katastrofie.
Pomnik ofiar czołgu-pułapki, druga połowa lat siedemdziesiątych.
Ci, którzy w latach powojennych opisywali i rozpowszechniali historię pojazdu i wybuchu, mieli do tych dokumentów dostęp ograniczony, a popularyzatorski charakter tekstów nie skłaniał do wytężonych badań archiwalnych. W pierwszych artykułach "Gazety Ludowej" liczba ofiar szacowana była dość powściągliwe. Sosnowska nie podała jej w ogóle, ograniczając się do lakonicznego stwierdzenia: "zdziesiątkowano nas strasznie"61. Autor tekstu opublikowanego w pierwszą rocznicę wydarzenia62, podpisujący się inicjałem "b", pisał o około osiemdziesięciu zabitych i stu pięćdziesięciu rannych. Dowodzi to, że nie znał Listy Fręchowicza, która jeszcze wtedy nieupubliczniona, najprawdopodobniej wędrowała pocztą, wysłana na początku sierpnia 1946 roku przez pułkownika Radosława do Wydziału Informacji PCK63. Bez względu na znajomość list wiadomo było, że liczba ofiar musiała być wyższa. Opisane wcześniej publikacje ostatecznie ustaliły jej liczbę na dwustu-trzystu zabitych i tyle samo rannych, przy czym wydaje się, że autorzy stosowali je według własnego uznania, w zależności od osobistego stosunku do wydarzenia i powstania w ogóle. Jak pokaże następny rozdział, możliwa do ustalenia najmniejsza liczba ofiar wybuchu, w tym również rannych, którzy ponieśli śmierć przy likwidacji powstańczych szpitali po upadku Starówki, wypada mniej więcej w połowie powyższych szacunków. Mimo to, gdy na Kilińskiego odsłonięto pomnik, znalazły się na nim słowa o pięciuset zabitych. Wydarzyło się to w połowie lat siedemdziesiątych, jednak aby doszukać się genezy tej w istocie symbolicznej liczby, trzeba się cofnąć - najpierw do początku lat pięćdziesiątych, a potem jeszcze dalej, do ponurego wieczora 13 sierpnia 1944 roku, do chwil po wybuchu.
Pierwszych ekshumacji ofiar dokonano wiosną i latem 1945 roku. Ciała, wydobyte z prowizorycznych mogił przy Kilińskiego, złożono w dużym, zbiorowym grobie w Ogrodzie Krasińskich, gdzie jeszcze przez dwa lata oczekiwały na przeniesienie do kwater powstańczych budowanych na Cmentarzu Wojskowym. Mimo to w miejscu tragedii przyjaciele i bliscy wciąż się modlili, składali kwiaty i palili znicze. Centrum zaimprowizowanego miejsca pamięci był krzyż, najpierw drewniany, potem żelazny, wykonany w sierpniu 1950 roku przez pracujących przy odbudowie Starego Miasta ślusarzy64. Wydana szesnaście lat później broszurka, inwentaryzująca warszawskie miejsca pamięci, opisywała go następująco: "Kilińskiego 1. Krzyż pamiątkowy ku czci 500 osób poległych od wybuchu bomby zegarowej umieszczonej podstępnie w pozostawionym przez Niemców czołgu"65. Zatem taka, a nie inna liczba ofiar związała się z miejscem pamięci już w początkach jego istnienia i trudno było oczekiwać, że podczas prac nad pomnikiem komuś przyszłoby do głowy ją skorygować, co oznaczałoby również pomniejszenie rangi samego zdarzenia. Napis, zarówno liczba, jak i zaproponowana interpretacja, ma niewiele wspólnego z prawdą, pokazuje za to, jak główni inicjatorzy powstania pomnika - ludzie, którzy w większości byli świadkami wybuchu - chcieliby, aby był zapamiętany.
Przede wszystkim jako wielka masakra. Znów powraca wątek przytłaczającego wpływu, jaki wywarł na świadków krwawy charakter wypadku. Sucha, uściślona liczba nie przywołuje zmultiplikowanych setki razy strasznych, odpychających obrazów okaleczenia, deformacji i śmierci. Okrągłe pięćset to nie konkretna informacja, lecz metafora, oznaczająca, że zabitych i rannych było bardzo dużo, że skala rzezi przekroczyła możliwość statystycznego opisu. Idący tym tropem Borkiewicz66 w tekście głównym podał liczbę około trzystu osób "rozerwanych" wybuchem, próbując nawet uściślić liczbę strat wśród żołnierzy67, jednak już w przypisie odesłał do relacji księdza Tomasza Rostworowskiego, kapelana batalionów "Gustaw" i "Wigry". Ojciec Tomasz (taki pseudonim nosił w powstaniu) był, obok doktora Morwy, ważną postacią akcji ratunkowej. Pojawił się na ulicy w chwilę po wybuchu i choć sam kontuzjowany, udzielał rannym i umierającym rozgrzeszenia in articulo mortis. Przez kilka godzin krążył wśród cierpiących, przerażonych, konających ludzi, zapewne nie odróżniał rannych śmiertelnie od tych "jedynie" ciężko, których po operacjach i amputacjach można było uratować. Nie mógł rozpoznać wszystkich twarzy i ludzi, prawdopodobnie zapamiętał, że było ich przytłaczająco dużo. Według jego wspomnień, liczba ofiar wyniosła co najmniej pięćset osób zabitych i trzysta rannych. Wpływ widoku ulicy na pamięć świadków jeszcze lepiej obrazuje relacja innego weterana. Maciej Nasierowski, ps. "Brzoza", w powstaniu dziewiętnastoletni podoficer kompanii "Harcerskiej", w wywiadzie udzielonym sześćdziesiąt dwa lata później wspominał: "Po 13 sierpnia (...) było wielu rannych, zginęło bardzo wielu ludzi. Straty wynosiły rząd kilku tysięcy. Może nie wielu tysięcy, ale na pewno około czterystu osób zginęło"68. W jego relacji (w której pojazd funkcjonuje pod nazwą goliat) współistnieją dwie liczby - druga, przeczytana lub zasłyszana, choć i tak zawyżona, odnosi się do danych obiektywnych, pierwsza, fantastyczna niczym rozmach rzezi - do własnych wspomnień i jako taka też jest w jakiś sposób autentyczna. Trudno nie ulec wrażeniu, że Nasierowski bardziej ufa swojej pamięci, liczbę kilkuset podaje jedynie przez uczciwość, niechętnie, przekonany, że z zachowanym w jego głowie obrazem bardziej zgadza się rząd tysiąca. Umieszczone na pomniku pięćset, a więc już owego tysiąca pół, to wynik podobnego kompromisu, zawartego pomiędzy w miarę obiektywnymi ustaleniami badaczy a obrazem wydarzenia zapamiętanym przez weteranów. Kompromisy, szczególnie te zawierane z przymusu, rzadko zadowalają obie strony. Dla historyków, którym zależy na rzetelnym wyjaśnieniu sprawy, sztuczne powiększanie rozmiarów tragedii, a następnie utrwalanie jej w formie praktycznie wykluczającej jakąkolwiek korektę jest trudne do zaakceptowania. Monument zmienia zatem swoją funkcję - z upamiętnienia tragedii staje się pomnikiem jej mitu, określanie go tym mianem w jakimś stopniu blokuje jego dezinformujący wpływ. Ale ze zbyt małej liczby ofiar nie są też, i już wtedy zapewne zadowoleni nie byli, zwolennicy teorii spiskowej. Na szczęście dla nich mit jest niezależny od statystyki. Tak jak na zapomnienie skazana została niewygodna teoria o podwójnym dnie i bombie zegarowej, tak konkretną liczbę ofiar dało się zastąpić określeniem bardziej sugestywnym, a jednocześnie trudniejszym do zakwestionowania, wymykającym się obiektywnej ewaluacji. Wybuch zaczął być wkrótce określany mianem "najbardziej wstrząsającej tragedii czasu Powstania69, jednym z najtragiczniejszych epizodów Powstania Warszawskiego"70, a dzień, w którym miał miejsce - "jednym z najtragiczniejszych dni na Starym Mieście"71.