Tajemnicza rana - Łukasz Mieszkowski

-
Proszę czekać

Eks­plo­zja

Je­dy­nym spo­so­bem, by do­wie­dzieć się, co wy­da­rzyło

się w re­stau­ra­cji usy­tu­owa­nej na sto siódmym piętrze

północ­nej wieży World Tra­de Cen­ter 11 września

2001 o go­dzi­nie 8.30 i 10.29, jest to wymyślić.

Frédéric Be­ig­be­der, Win­dows on the World1

1.

Ci, którzy przeżyli, nie za­pa­miętali wy­bu­chu.

Każda eks­plo­zja, a szczególnie to­wa­rzyszący jej huk, jest zja­wi­skiem tak gwałtow­nym i prze­rażającym, że or­ga­nizm człowie­ka re­agu­je au­to­ma­tycz­nie, zgod­nie z od­ru­chem za­cho­waw­czym. Słusznie in­ter­pre­tując go jako za­grożenie, usiłuje zwiększyć szansę na prze­trwa­nie. In­stynk­tow­nie chro­ni tak zwaną strefę życia - miej­sca, w których znaj­dują się naj­ważniej­sze or­ga­ny - mózg, ser­ce, płuca. Przez ciało prze­bie­ga im­puls, nagłe wzdry­gnięcie. Głowa cho­wa się między ra­mio­na, człowiek kuli się, ogra­ni­cza po­wierzch­nię po­ten­cjal­nych obrażeń. Mięśnie, w próbie stwo­rze­nia ba­rie­ry ochron­nej, na­pi­nają się i tward­nieją. To­wa­rzy­szy temu gwałtow­ny skok ciśnie­nia. Ude­rzająca do mózgu fala krwi może spo­wo­do­wać krótko­tr­wałą utratę przy­tom­ności, częściej chwi­lową, li­czoną w se­kun­dach, amnezję. Człowiek pamięta to, co było przed eks­plozją i po niej. Co w trak­cie - już nie. Huk pe­tar­dy czy ryk mo­to­cy­klo­we­go sil­ni­ka nie wy­wrze ta­kie­go efek­tu, do sil­nej re­ak­cji or­ga­nizmu do­cho­dzi tyl­ko w sy­tu­acjach skraj­nych. Tam­ta sy­tu­acja taka właśnie była. Naj­skraj­niej­sza.

13 sierp­nia 1944 roku w War­sza­wie, parę mi­nut po go­dzi­nie szóstej po południu, na rogu dwóch sta­ro­miej­skich uli­czek nastąpił wy­buch. Był, na­wet jak na stan­dar­dy ma­te­riałowych bi­tew dru­giej woj­ny świa­to­wej, potężny. Po­nad dwa razy większy niż te po­wo­do­wa­ne przez naj­cięższe bom­by lot­ni­cze, naj­sil­niej­szy ze wszyst­kich, ja­kich od początku trwającego już trzy­naście dni po­wsta­nia do­znało mia­sto. Eks­plo­do­wał ładu­nek tro­ty­lu - kruszącego ma­te­riału wy­buchowego o wa­dze bli­sko pół tony. Co strasz­niej­sze, wy­da­rzyło się to w sa­mym środ­ku gęste­go, ra­do­sne­go tłumu.

W jed­nej stu­ty­sięcznej se­kun­dy w epi­cen­trum eks­plo­zji ogrom­ne ilości uwol­nio­nej ener­gii ufor­mo­wały kulę ognia o tem­pe­ra­tu­rze trzech tysięcy stop­ni Cel­sju­sza. Wy­dzie­liło się przy tym mnóstwo ciem­ne­go, gryzącego dymu - gazów po­wy­bu­cho­wych, które wci­skając się z nie­po­wstrzy­maną siłą w wypełnioną już po­wie­trzem prze­strzeń, utwo­rzyły strefę nad­ciśnie­nia, tysiące razy prze­kra­czającą na­cisk ziem­skiej at­mos­fe­ry. Pcha­na przez nie masa wrzących gazów i płomie­ni utwo­rzyła falę ude­rze­niową, roz­chodzącą się kon­cen­trycz­nie z prędkością po­nad dwu­dzie­stu machów - dwu­dzie­stu pięciu tysięcy ki­lo­metrów na go­dzinę. Da­le­ko z tyłu podążał za nią jej efekt aku­stycz­ny - ogłuszający grzmot.

Pierw­si lu­dzie, w których ude­rzyła fala, sta­li w od­ległości kil­ku­dzie­sięciu cen­ty­metrów. Przesta­li ist­nieć, wszel­kie ślady ich fi­zycz­nej obec­ności zo­stały spa­lo­ne i roz­tar­te na proch pomiędzy młyński­mi kołami skom­pre­so­wa­nych gazów i ognia. Następnych, znaj­dujących się w pro­mie­niu pięciu metrów od epi­cen­trum, mo­men­tal­nie ro­ze­rwał na strzępy po­dmuch wy­so­kie­go ciśnie­nia. Ich oca­lałe szczątki - głównie frag­men­ty układu kost­ne­go, ale też trwałe ele­men­ty ubio­ru: gu­zi­ki, sprzączki, woj­sko­we orzełki, wraz z po­rwa­ny­mi z zie­mi przez pęd po­wie­trza ka­mie­nia­mi, kawałkami gru­zu, drza­zga­mi szkła i me­ta­lu - stwo­rzyły ko­lej­ny, obok tem­pe­ra­tu­ry i ciśnie­nia, nisz­czy­ciel­ski, zabójczy czyn­nik - rój odłamków wy­strze­lo­nych we wszyst­kich kie­run­kach z naddźwiękową prędkością.

Lu­dzie stojący w od­ległości większej niż pięć metrów, gros śmier­tel­nych ofiar wy­bu­chu, być może przed śmier­cią uj­rze­li błysk. Mimo że tem­pe­ra­tu­ra i na­cisk mas po­wie­trza, roz­chodząc się, osłabły już set­ki razy, wciąż mo­men­tal­nie za­bi­jały. Fala ciśnie­nia od­ry­wała kończy­ny, roz­ry­wała na­czy­nia krwio­nośne, pęche­rzy­ki płucne i komórki mózgu, żar palił powłoki skórne i układ od­de­cho­wy. Spu­sto­sze­nie zaczęły siać odłamki, ry­ko­sze­tujące, o za­chwia­nym środ­ku ciężkości, ko­ziołkujące wewnątrz ludz­kich ciał, po­wo­dujące strasz­li­we obrażenia. W trwającym ułamki se­kun­dy błysku i roz­chodzącym się huku utonęły inne, po­mniej­sze, lecz równie zabójcze eks­plo­zje - to wy­bu­chały gra­na­ty i amu­ni­cja należące do ofiar - żołnie­rzy. Po­dmuch do­tarł do ścian ka­mie­nic, wpra­so­wał w nie stojących bli­sko lu­dzi. Mury ugięły się, na­wet o kil­ka­dzie­siąt cen­ty­metrów, zakołysały, lecz wy­trzy­mały. Runęły za to, wraz ze stojącymi na nich wi­dza­mi, bal­ko­ny, okna zo­stały wy­rwa­ne wraz z fu­try­na­mi. W bra­mie jed­ne­go z bu­dynków po wy­bu­chu składo­wa­nych w niej bu­te­lek za­pa­lających roz­sza­lał się pożar. Los lu­dzi stojących w od­ległości dzie­sięciu, dwu­dzie­stu metrów był naj­strasz­niej­szy - ciężkie rany za­da­ne przez odłamki, po­pa­rze­nia dru­gie­go i trze­cie­go stop­nia. Część ran­nych umie­rała z po­wo­du szo­ku i wy­krwa­wie­nia w ciągu następnych se­kund lub mi­nut. In­nych cze­kała męka długo­tr­wałego ko­na­nia w za­im­pro­wi­zo­wa­nych szpi­ta­lach, bez od­po­wied­niej po­mo­cy me­dycz­nej, opa­trunków, środków prze­ciwbólo­wych. Ci, którzy sta­li da­lej, mie­li większe szan­se na przeżycie, jed­nak i w nich ude­rzył po­dmuch gorącego po­wie­trza, spadł deszcz odłamków, nad­pa­lo­nych frag­mentów ludz­kich ciał, ode­rwa­nych kończyn, wie­lu do­tkli­wie raniąc, ogłuszając albo, w naj­lep­szym wy­pad­ku, zdzie­rając z nich ubra­nie lub prze­wra­cając. Poza ludźmi prze­by­wającymi w głębi ka­mie­nic, którzy byli osłonięci mu­ra­mi, ofia­ra­mi wy­bu­chu pa­dli wszy­scy w pro­mie­niu do dwu­stu metrów; jeśli nie ran­ni, to w sta­nie szo­ku, nie­zdol­ni do lo­gicz­ne­go myśle­nia.

Fala ciśnie­nia, tem­pe­ra­tu­ry i ognia błyska­wicz­nie ro­zeszła się z miej­sca wy­bu­chu, po­zo­sta­wiając próżnię, którą gwałtow­nie wypełniło po­wie­trze. Na­tych­miast po ro­zejściu się po­dmu­chu ze­rwał się dru­gi, podążający w od­wrot­nym kie­run­ku, z po­wro­tem do epi­cen­trum, nie tak sil­ny i gorący jak pierw­szy, ale wciąż nie­bez­piecz­ny. Za­ssał w głąb kłębo­wi­ska dymu i płomie­ni unoszące się wciąż w po­wie­trzu szczątki i odłamki, wywlókł zmal­tre­to­wa­nych lu­dzi z bram i okien wszyst­kich kon­dy­gna­cji, cisnął na bruk uli­cy i wraz z desz­czem szkła z roz­bi­tych szyb zasłał ją ich po­ra­nio­ny­mi ciałami.

Po­wstała w wy­ni­ku wy­bu­chu ener­gia jesz­cze przez chwilę po­ru­szała ma­sa­mi po­wie­trza, gazów i unoszącego się w nich pyłu, płonących strzępków tka­nek, włosów, odzieży, pa­pie­ru. At­mos­fe­ra wokół pul­so­wała, sprężając się i rozprężając, z każdym cy­klem tracąc siłę, prędkość i tem­pe­ra­turę. Po eks­plo­zji, poza wszech­obec­nym znisz­cze­niem, śmier­cią i cier­pie­niem, po­zo­stały je­dy­nie kłęby gęste­go, czar­ne­go, prze­sy­co­ne­go tru­pią wonią dymu, które za­py­chając szczel­nie ka­nion uli­cy, za­mie­niły słonecz­ny dzień w ciemną, duszną noc. Wszyst­ko trwało krócej niż se­kundę2.

2.

Ci, którzy przeżyli, nie mo­gli tego do­strzec, za­pa­miętać, opo­wie­dzieć. Większość o sa­mym fak­cie wy­bu­chu do­wie­działa się znacz­nie później, do­pie­ro po od­zy­ska­niu przy­tom­ności i otrząśnięciu się z szo­ku. Mo­ment eks­plo­zji opi­sy­wa­li jako ośle­piający błysk, ciem­ność i po­czu­cie za­pa­da­nia się w otchłań. Je­den ze świadków tuż przed utratą zmysłów po­czuł, jak­by w brzu­chu roz­ry­wała mu się bom­ba3, inny, bez­piecz­ny w mu­rach ka­mie­ni­cy, wspo­mi­nał długo trwający "ogrom­ny wstrząs aku­stycz­ny (...) i uczu­cie nie­praw­do­po­dob­nej gro­zy"4. Wszy­scy w opi­sach posługi­wa­li się su­ge­styw­ny­mi, kon­tra­stującymi ze sobą określe­nia­mi. Po błysku za­padła ciem­ność, ogłuszający grzmot ustąpił miej­sca ci­szy. Nie­byt i mrok, ja­kie na nie­określony czas za­pa­no­wały na skrzyżowa­niu Kilińskie­go z Pod­wa­lem i spo­wiły znaj­dujących się tam żywych jesz­cze lu­dzi, roz­gra­ni­czyły dwa, kon­tra­stujące ze sobą, tak sprzecz­ne, że aż nie­praw­do­po­dob­ne, ob­ra­zy rze­czy­wi­stości - sprzed wy­bu­chu i po nim.

Ob­raz pierw­szy był ra­do­sny, wypełnio­ny pod­nie­ce­niem święta. Oto po­wstańcy zdo­by­li nie­miec­ki czołg i pro­wa­dzi­li go przez wąskie ulicz­ki oka­lające Ry­nek Sta­re­go Mia­sta. Elek­try­zująca wia­do­mość obiegła piw­ni­ce, kwa­te­ry i ba­ry­ka­dy, ze­wsząd spie­szy­li cy­wi­le i żołnie­rze. Każdy chciał na własne oczy zo­ba­czyć, do­tknąć, prze­ko­nać się, że to praw­da, że w pol­skich rękach fak­tycz­nie zna­lazł się sym­bol do tej pory nie­po­ko­na­nej, potężnej ar­mii nie­miec­kiej - czołg, choć mały i nie­uzbro­jo­ny. Jego wi­dok działał jak nar­ko­tyk, po­zwa­lał za­po­mnieć o dręczącej nie­pew­ności, uwie­rzyć w zwy­cięstwo. Wywoływał eu­fo­rię. Oko­licz­ności sprzy­jały święto­wa­niu. Mimo że dni dziel­ni­cy były po­li­czo­ne, a na jej prze­ciw­legły, północ­ny kra­niec runęło właśnie potężne ude­rze­nie nie­przy­ja­cie­la, południo­wa część Sta­re­go Mia­sta ko­rzy­stała tej ciepłej nie­dzie­li z ostat­nich chwil spo­ko­ju. Przed osiem­nastą ob­jazd miał już cha­rak­ter trium­fal­nej, ra­do­snej de­fi­la­dy. Czołg co chwi­la za­trzy­my­wał się na prze­gra­dzających ulicz­ki ba­ry­ka­dach, lu­dzie roz­bie­ra­li je, by uto­ro­wać mu drogę. Za­wsze trwało to kil­ka­naście mi­nut, na każdym ta­kim po­sto­ju tłum gęstniał, przy ba­ry­ka­dzie przy Kilińskie­go, pod nu­me­rem 1, li­czył już po­nad trzy­sta osób. Od stro­ny pla­cu Zam­ko­we­go, Pod­wa­lem, zmie­rzała pro­ce­sja po­grze­bo­wa5, de­fi­la­da i kon­dukt zmie­szały się ze sobą, niektórym żałob­ni­kom udzie­lił się ra­do­sny nastrój. Ze­bra­ni pod stojącym na pa­ra­pe­cie okna ra­diem słucha­cze stra­ci­li za­in­te­re­so­wa­nie lon­dyńską au­dycją6. Kla­ska­li zapełniający okna i bal­ko­ny trzy­piętro­wych ka­mie­nic wi­dzo­wie, wi­wa­to­wa­li stojący na pan­ce­rzu czołgu har­ce­rze. Ktoś po­wie­wał biało-czer­woną flagą, wy­sta­wio­ny w oknie pa­te­fon grał głośno woj­sko­wy marsz...

Sta­re Mia­sto. Zwłoki ludz­kie leżące na bru­ku.

Na dru­gim ob­ra­zie pa­no­wała ciem­ność i ci­sza, prze­ry­wa­na trza­skiem płomie­ni i ludz­ki­mi jękami. Nie było już czołgu i de­fi­la­dy, była tyl­ko strasz­na uli­ca - pogrążona w kłębach dymu, wypełnio­na gru­zem i po­kry­ta bru­natną mazią - szczątka­mi ludz­ki­mi, dzie­siątka­mi krwa­wych i zwęglo­nych strzępów, ode­rwa­nych kończyn i głów, oka­le­czo­nych kadłubów, po­roz­ry­wa­nych or­ganów. Ścia­ny ka­mie­nic wy­sma­ro­wa­ne były krwią, frag­men­ty ciał zwi­sały z ułomków la­tarń i bal­konów, leżały wciśnięte w za­ka­mar­ki bram i okien. W mro­ku coś się po­ru­szało, ja­kieś syl­wet­ki kręciły się to tu, to tam, bez celu. Ran­ni - zszo­ko­wa­ni, nadzy, bia­li od pyłu, czer­wo­ni od krwi i czar­ni od sa­dzy - rozglądali się, szu­ka­li nie­widzącym wzro­kiem stojących jesz­cze przed chwilą obok sąsiadów, usiłowa­li zro­zu­mieć, gdzie są i co się właści­wie stało. Wie­lu z tych, którzy pod­no­si­li się z zie­mi, to śmier­tel­nie ran­ni, którzy w ostat­nim, in­stynk­tow­nym, napędza­nym resztką ad­re­na­li­ny zry­wie sta­ra­li się zna­leźć jak naj­da­lej od miej­sca śmier­tel­ne­go za­grożenia. Po zro­bie­niu kil­ku­na­stu chwiej­nych kroków słabli i osu­wa­li się na zie­mię, mar­twi. Inni, na­wet nie­draśnięci, wy­bie­gli z bez­piecz­ne­go schro­nie­nia, by nieść po­moc, jed­nak to, co uj­rze­li, spra­wiało, że sta­wa­li osłupia­li. Niektórzy, nie mogąc znieść ma­ka­brycz­ne­go wi­do­ku i prze­raźli­we­go fe­to­ru, wymiotowa­li, inni, skon­fron­to­wa­ni z rze­czy­wi­stością prze­kra­czającą możliwości nor­mal­ne­go od­czu­wa­nia, zmie­ni­li się w au­to­ma­ty, zaczęli pod­no­sić z zie­mi ode­rwa­ne dłonie, sto­py, głowy i składać je na kupkę pod ścianą bu­dyn­ku. Za­nim roz­wiał się dym i opadł pył, za­nim oca­le­ni otrząsnęli się z szo­ku, upłynęło kil­ka mi­nut.

Do­pie­ro wte­dy roz­poczęła się ak­cja ra­tun­ko­wa, w której równie przy­dat­ne jak no­sze oka­zały się wyciągnięte ze stróżówek łopa­ty do szu­flo­wa­nia węgla7.

3.

Od pierw­szych dni dru­giej woj­ny świa­to­wej War­sza­wa doświad­czała apo­ka­lip­tycz­nych ka­ta­strof, z których większość wie­lo­krot­nie prze­wyższyła, zarówno pod względem licz­by ofiar, jak i ob­sza­ru znisz­czeń, eks­plozję z uli­cy Kilińskie­go. W le­cie 1942 roku położona w północ­nej dziel­ni­cy mia­sta, oto­czo­na mu­rem bocz­ni­ca ko­le­jo­wa stała się w grun­cie rze­czy częścią obo­zu zagłady, pro­giem ko­mo­ry ga­zo­wej, który w ciągu nie­spełna dwóch mie­sięcy prze­kro­czyło po­nad dwieście pięćdzie­siąt tysięcy war­sza­wiaków. Rok później, pod­czas po­wsta­nia w get­cie i po nim, śmierć po­niosło ko­lej­ne kilkadzie­siąt tysięcy, a spo­ra część mia­sta zo­stała zrówna­na z zie­mią. W pierw­szych dniach po­wsta­nia warszawskie­go po­dob­ny los spo­tkał miesz­kańców ko­lej­nych stołecz­nych dziel­nic, a dwa ty­go­dnie po ma­sa­krze na Kilińskie­go, 31 sierp­nia, gdy po­sadz­ki kościoła Sa­kra­men­tek przy Ryn­ku No­we­go Mia­sta nie wy­trzy­mały ciężaru walącej się na nie, zbom­bar­do­wa­nej przez sztu­ka­sa kopuły, w ka­ta­kum­bach po­grze­ba­nych zo­stało bli­sko tysiąc ist­nień ludz­kich. Choć zginęło wte­dy trzy razy więcej osób niż pod­czas wy­bu­chu z 13 sierp­nia, wy­da­rze­nie to pozo­staje pra­wie całko­wi­cie za­po­zna­ne. To, co sta­no­wiło o sym­bo­licz­nej sile wy­bu­chu przy Kilińskie­go, co za­de­cy­do­wało o jego wyjątko­wej roli w po­wo­jen­nej nar­ra­cji hi­sto­rycz­nej po­wsta­nia, kry­je się w dra­ma­tycz­nie sprzecz­nym cha­rak­te­rze chwil sąsia­dujących ze sobą o jedną stu­ty­sięczną se­kun­dy, w szo­ku, jaki ta sprzecz­ność wywołała. War­szaw­skie tra­ge­die, przy wszyst­kich różni­cach, łączył po­dob­ny sce­na­riusz, miesz­kańcom mia­sta zna­ny już od pierw­sze­go mie­siąca woj­ny. Oto je­den z pierw­szych ka­ta­strofalnych dni sto­li­cy - 25 września 1939 roku, niesławny "lany po­nie­działek", kie­dy na sku­tek całod­nio­we­go bom­bar­do­wa­nia Luft­waf­fe śmierć i rany po­niosły tysiące miesz­kańców8. Napięcie na­ra­stało, gdy spi­ker Pol­skie­go Ra­dia nie­na­tu­ral­nie po­sta­wio­nym głosem po­da­wał za­szy­fro­wa­ny ko­mu­ni­kat o nad­chodzącym na­lo­cie. Wkrótce roz­le­gał się dźwięk sy­ren alar­mo­wych, a gdy dołączył do nie­go co­raz głośniej­szy szum lot­ni­czych mo­torów, napięcie prze­ra­dzało się w strach. Po­cho­wa­ni w schro­nach i piw­ni­cach miesz­kańcy, wciąż wierząc w oca­le­nie, szy­ko­wa­li się na naj­gor­sze, mo­dli­li się, za­sty­ga­li. Dźwięki na­lo­tu z pia­no prze­cho­dziły w for­tis­si­mo, słychać było świst spa­dających bomb, huk eks­plo­zji, zie­mia drżała, gasło światło. Prze­rażeni lu­dzie słysze­li, jak nad ich głowa­mi, w kil­ku­se­kun­do­wych odstępach, waliły się z szu­mem ko­lej­ne kon­dy­gna­cje. Wtu­le­ni w ścia­ny, po­wta­rza­li: "Więc już? to już?"9.

Opis do­ty­czy bom­bar­do­wa­nia, ale po­dob­na dy­na­mi­ka i nie­uchron­ność wy­da­rzeń oraz na­ra­stające po­czu­cie gro­zy to­wa­rzy­szyło świad­kom in­nych wy­mie­nio­nych tra­ge­dii - za­miast jęku za­mon­to­wa­nej pod brzu­chem sztu­ka­sa sy­re­ny nieszczęście zwia­sto­wać mógł stu­kot pod­ku­tych butów funk­cjo­na­riu­szy Służby Porządko­wej lub ochrypłe wrza­ski żołdaków Dir­le­wan­ge­ra.

Świa­do­mość nad­chodzącej, nie­unik­nio­nej śmier­ci, z którą mu­sie­li zmie­rzyć się miesz­kańcy sto­li­cy, jest jed­nym z naj­bar­dziej trau­ma­tycz­nych doświad­czeń obciążających ludzką psy­chikę. Jed­nak czas, w ja­kim rzecz się działa - choćby to było, jak w przy­pad­ku na­lo­tu, kil­ka bądź kil­kanaście mi­nut - po­zwa­lał na uru­cho­mie­nie me­cha­nizmów obron­nych, ułatwiających opa­no­wa­nie pa­ra­liżującego stra­chu. Sfor­mułowa­na w la­tach sie­dem­dzie­siątych przez ame­ry­kańskie­go an­tro­po­lo­ga Ern­sta Bec­ke­ra teo­ria opa­no­wy­wa­nia trwo­gi (Ter­ror Ma­na­ge­ment The­ory - TMT), choć przede wszyst­kim opi­su­je me­to­dy zwal­cza­nia właści­we­go każdej isto­cie ludz­kiej, a płynącego z przeświad­cze­nia o własnej skończo­ności ogólne­go lęku przed śmier­cią, daje również możliwość wytłuma­cze­nia, jak "ak­ty­wu­je się funk­cja bu­fo­ra lęku"10 w sy­tu­acji za­grożenia nagłego i ter­mi­nal­ne­go. Aby oswoić nie­znośną rze­czy­wi­stość, człowiek two­rzy jej al­ter­na­tywną wersję, wypełnioną przez idee i zna­cze­nia, na­dające jej ak­cep­to­wal­ny sens. We własnych oczach pod­kreśla swoją tożsamość - le­gi­ty­mi­zo­waną przez udział w złożonej kul­tu­rze sym­bo­licz­nej, której składo­wy­mi mogą być re­li­gia, mo­ral­ność, umiłowa­nie oj­czy­zny czy przy­wiąza­nie do gru­py pier­wot­nej. In­ny­mi słowy, sku­lo­ny w schro­nie lub pędzo­ny do wa­gonów, zdjęty śmier­tel­nym lękiem war­sza­wiak, aby jakoś ulżyć własne­mu cier­pie­niu, ostat­ni raz określał swoją tożsamość, swo­je kul­tu­ro­we "ja", kul­ty­wo­waną przez nie­go wizją sa­me­go sie­bie, naj­bliższych, oto­cze­nia i żegnał się z nią. Po­ma­gało mu po­czu­cie przy­na­leżności do wspólno­ty, jeśli nie na­ro­do­wej czy re­li­gij­nej, to przy­najm­niej do gru­py pier­wot­nej, i wy­ni­kające z niej prze­ko­na­nie o mo­ral­nej wyższości nad opraw­ca­mi. W lo­gikę wy­kre­owa­nej rze­czy­wi­stości mógł wpi­sy­wać również własną, an­ty­cy­po­waną śmierć - na­bie­rała ona wte­dy sen­su, sta­wała się nie­pojętą, ale wzniosłą ofiarą składaną w imię wy­zna­wa­nych war­tości. Dawała na­dzieję na na­grodę dla ginących i karę dla oprawców.

Głos umarłych jest jed­nak znacz­nie mniej słyszal­ny od głosu żywych. Kie­dy oka­zy­wało się, że strop piw­ni­cy wy­trzy­my­wał im­pet walących się kon­dy­gna­cji, że z trans­por­tu wy­ra­to­wał zna­jo­my urzędnik czy po­li­cjant, a roz­be­stwio­nych żołdaków po­wstrzy­mał przy­pad­ko­wy ofi­cer, me­cha­ni­zmy obron­ne prze­sta­wały być po­trzeb­ne, istotą całego wy­da­rze­nia sta­wał się fakt oca­le­nia, od­zy­ska­nia pożegna­ne­go już życia. Świa­do­mość sen­sow­ności prze­by­te­go doświad­cze­nia po­zwa­lała, gdy nad­cho­dziły inne uczu­cia - roz­pacz i tęskno­ta po utra­cie bli­skich, po­czu­cie krzyw­dy, po­trze­ba spra­wie­dli­wości czy ko­niecz­ność złożenia świa­dec­twa - na wyciągnięcie z nie­go kon­struk­tyw­nych wniosków, na mniej lub bar­dziej pra­widłowe prze­pra­co­wa­nie trau­my, a dzięki nie­mu - na roz­bu­do­wa­nie tożsamości.

4.

Oca­le­li z wy­bu­chu na Kilińskie­go nie mie­li na to szan­sy. Choć od wie­lu lat żyli w świe­cie wypełnio­nym za­grożeniem i prze­czu­ciem śmier­ci i na ogół dys­po­no­wa­li od­po­wied­ni­mi me­cha­ni­zma­mi obron­ny­mi, sce­na­riusz, według którego ro­ze­grały się wy­da­rze­nia, spra­wił, że w ob­li­czu trau­my sta­li się zupełnie bez­rad­ni. Początko­wy po­zor­ny suk­ces za­ne­go­wał mo­zol­nie wy­pra­co­waną me­todę opa­no­wy­wa­nia trwo­gi - in­dy­wi­du­alną wizję rze­czy­wi­stości, jaką praw­do­po­dob­nie za­ak­cep­to­wała większość z nich, szczególnie cy­wilów, a w ja­kiej przy­padła im rola ofiar, ucie­ki­nierów, nie tyle o życie walczących, ile upo­rczy­wie go bro­niących, pa­syw­nych, którzy re­ago­wa­li na wy­da­rze­nia, lecz nie próbo­wa­li sta­wić im czoła. Zdo­by­cie czołgu - nagłe, eu­fo­rycz­ne doświad­cze­nie, przeżywa­ne w co­raz to powiększającej się gru­pie, zmie­niło to nasta­wienie. Na­gle w ich ręce tra­fiła broń, od­zy­ska­li na­dzieję, własną pod­mio­to­wość i pra­wo do ini­cja­ty­wy, ata­ku i zwy­cięstwa; więcej, tego dnia, w ciągu kil­ku go­dzin try­um­fal­ne­go ob­jaz­du, czu­li się tak, jak­by już zwy­ciężyli. Po­jazd stał się sym­bo­lem, punk­tem wyjścia do stwo­rze­nia no­we­go narzędzia opa­no­wy­wa­nia lęku.

Tym bar­dziej prze­rażające i nie­pojęte było to, co wy­da­rzyło się później. Oca­le­ni stanęli w ob­li­czu ka­ta­stro­fy zupełnie odsłonięci - na sku­tek wcześniej­szych wy­da­rzeń od­rzu­ci­li spraw­dzo­ny me­cha­nizm obron­ny, dru­gi roz­padł się w ułamku se­kund na drob­ne kawałki. Obezwład­niającemu po­czu­ciu gro­zy to­wa­rzy­szyło również głębo­kie, bo­le­sne roz­cza­ro­wa­nie - le­piej prze­cież było żyć w po­czu­ciu nie­wie­dzy niż świa­do­mości utra­ty cze­goś wyjątko­we­go. Powrót do sta­nu sprzed zdo­by­cia czołgu był już nie­możliwy. Ten, w którym tkwi­li te­raz, był nie­porówna­nie gor­szy.

Przede wszyst­kim nie dawało się znieść wszech­obec­nej ma­ka­bry. Zagłada get­ta czy rzeź Woli były, pod względem ska­li, wy­da­rze­nia­mi z wy­bu­chem czołgu-pułapki nie­porówny­wal­ny­mi, lecz roz­gry­wały się w ściśle zde­fi­nio­wa­nej, za­mkniętej prze­strze­ni, swo­istej "stre­fie śmier­ci". Zginęło w nich mnóstwo lu­dzi, ale świa­dec­two ich męczeństwa po­cho­dziło od nie­licz­nych oca­lo­nych lub, jak w przy­pad­ku komór ga­zo­wych, nie za­cho­wało się wca­le. Żywi (poza wyjątka­mi) nie wi­dzie­li też do­wodów zbrod­ni - pro­chy kil­ku­set tysięcy spa­lo­nych war­szaw­skich Żydów i Po­laków spo­czy­wają pod po­wierzch­nią dwóch dość nie­dużych po­la­nek, a o po­grze­ba­nych i za­sy­pa­nych w na­lo­tach po­zo­sta­wała je­dy­nie pamięć i in­for­ma­cyj­ne na­pi­sy na mu­rach. Na Kilińskie­go świa­ty żywych i umarłych, ku prze­rażeniu tych pierw­szych, zmie­szały się ze sobą. Zde­for­mo­wa­ne, oka­le­czo­ne tru­py, za­miast spo­czy­wać pod zie­mią, dosłownie spadły z nie­ba - kawałki ciał znaj­do­wa­no na da­chach i bal­ko­nach w pro­mie­niu kil­ku­set metrów od miej­sca eks­plo­zji.

Nie trze­ba być psy­cho­lo­giem, by się domyślić, jaki wpływ na człowie­ka wy­wie­ra wi­dok szczątków kil­ku­set bliźnich uni­ce­stwio­nych w wyjątko­wo gwałtow­ny sposób. Nikt nig­dy nie jest go­to­wy na taki wi­dok ani - o czym już nie tak często wspo­mi­nają świad­ko­wie - na taki za­pach. Węch, a nie wzrok czy słuch, jest naj­pier­wot­niej­szym, naj­bar­dziej cie­le­snym i su­ge­styw­nym ze zmysłów. To, co ata­ko­wało zmysły oca­lo­nych i ra­tujących, smród gazów po­wy­bu­cho­wych zmie­sza­ny z odo­rem spa­lo­nych włosów i tka­nek, oraz ma­ka­brycz­ne ob­ra­zy, ba­da­cze teo­rii opa­no­wy­wa­nia trwo­gi określają su­chym, na­uko­wym pojęciem "eks­po­no­wa­nia śmier­tel­ności"11. Narażenie na taką eks­po­zycję una­ocz­nia jesz­cze do­bit­niej po­czu­cie własnej, nie­uchron­nej skończo­ności, "(...) w ta­kich mo­men­tach (...) lu­dzie muszą uru­cho­mić me­cha­nizm uśmie­rza­nia lęku i od­bu­do­wa­nia nad­szarp­niętego po­czu­cia bez­pie­czeństwa"12.

Nie­ste­ty, opi­sa­na powyżej me­to­da "bu­fo­ro­wa­nia" lęku, zakładająca opar­cie we wspólno­cie i kul­tu­rze, działa tyl­ko wte­dy, gdy posługujący się nią lu­dzie mają głębo­kie prze­ko­na­nie, że spełniają wszyst­kie kon­sty­tu­ujące je za­sa­dy, że po­tra­fią spro­stać obo­wiązującym stan­dar­dom. Dzięki temu zbio­ro­wość, którą tworzą i która w mo­men­cie próby ma sta­no­wić dla nich opar­cie, jest wia­ry­god­na, można na niej po­le­gać. Sys­tem prze­sta­je działać, gdy po­ja­wiają się w nim pęknięcia, gdy ko­rzy­stający z nie­go mają po­czu­cie popełnie­nia błędu, sprze­nie­wie­rze­nia się za­sa­dom. Uru­cha­miając uszko­dzo­ny po­jazd, roz­bie­rając ba­ry­ka­dy, do­star­czając śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ny ładu­nek w samo ser­ce dziel­ni­cy, po­wstańcy popełnili taki właśnie błąd13. Zwiódł ich własny en­tu­zjazm, pew­ność sie­bie, być może nie­sub­or­dy­na­cja. Śmierć nie spadła z nie­ba, nie zo­stała za­da­na ręką nie­przy­ja­cie­la. Zgubę nieświa­do­mie spro­wa­dzi­li bra­cia, ro­da­cy i choć po­nieśli śmierć, pozo­stali świad­ko­wie - choć nie ma na to żad­nych do­wodów - mo­gli po­czuć się "współspraw­ca­mi". Roz­lało się na nich po­czucie winy, zmie­szało z de­wa­stującymi doświad­cze­nia­mi mi­nut i go­dzin po wy­bu­chu i pozo­stawiło w sta­nie, którego nie sposób było znieść. Tym­cza­sem w ota­czającej ich wo­jen­nej rze­czy­wi­stości nie było cza­su na mo­zol­ne prze­pra­co­wy­wa­nie przeżyte­go kosz­ma­ru. Oca­le­ni prze­czu­wa­li, że następne dni przy­niosą ko­lej­ne, być może jesz­cze gor­sze wy­da­rze­nia. Głębszy od wy­pra­co­wa­nej w toku ewo­lu­cji społecz­nej me­to­dy opa­no­wy­wa­nia trwo­gi in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy do­ma­gał się cze­goś, co za­sto­so­wa­ne na­tych­mia­sto­wo uśmie­rzy ból i trwogę, przywróci spokój. Rzu­cił hasło do uciecz­ki - w kon­fa­bu­lację.

5.

"- Nie zno­sić mi tu trupów! - ry­czy, nie od­wra­cając się, jakiś le­karz zakładający klam­ry.

- Mu­sie­li zo­sta­wić w czołgu ze­garówkę, co? - in­da­gu­je sa­ni­ta­riusz ko­legę.

- Pod­puścili nas szko­py jak ciap­ciaków. Wy­fa­sze­ro­wa­ny mu­siał być pla­sty­kiem... Trzy­maj dzia­da do cho­le­ry!"14.

Nie wia­do­mo, kto pierw­szy wy­ra­ził myśl, że wy­buch to nie tra­gicz­ny wy­pa­dek, ale nie­miec­ki podstęp. Dla­te­go, aby wy­obra­zić so­bie mo­ment, w którym to się stało, należy po­de­przeć się wizją li­te­racką. Oto dwaj sa­ni­ta­riu­sze, mi­nu­ty po ka­ta­stro­fie, biorą udział w ak­cji ra­tun­ko­wej. Mimo że obaj nie po raz pierw­szy mają do czy­nie­nia ze zwłoka­mi i wi­do­kiem śmier­ci, do­dają so­bie od­wa­gi chłopacką wul­gar­nością i iro­nią. To, jak również możliwość sku­pie­nia się na po­wie­rzo­nym za­da­niu, po­zwa­la im w jakiś sposób odciąć się od ota­czającego ich kosz­ma­ru, do­dat­ko­wo, w oczach oszołomio­nych ofiar, tak ran­nych, jak i świadków, przy­da­je im au­to­ry­te­tu. Brat­ny wy­ka­zał się in­tu­icją, po­mysłodawcą teo­rii spi­sko­wej czy­niąc sa­ni­ta­riu­sza. Ra­tując ciała, sta­ra się on jed­no­cześnie ra­to­wać du­sze. Co przed se­kundą było nie­znośne i nie­zro­zu­miałe, na sku­tek połącze­nia pro­stych faktów zy­sku­je sens i sta­je się możliwe do za­ak­cep­to­wa­nia. Za po­mocą kil­ku słów po­czu­cie wspólno­ty zosta­je od­bu­do­wa­ne. Wina i żal, które jesz­cze przed chwilą po­zo­sta­wały w obrębie wspólno­ty, poważnie ogra­ni­czając jej możliwość łago­dze­nia trwo­gi, zo­stają prze­nie­sio­ne poza jej gra­ni­ce, w oczy­wi­ste miej­sce. Po raz ko­lej­ny "społecz­nym uoso­bieniem zła"15 stają się Niem­cy. Jed­nak czyn sa­ni­ta­riu­sza tyl­ko z po­zo­ru jest - rzecz ja­sna in­stynk­tow­nym - za­sto­so­wa­niem tech­ni­ki "bu­fo­ro­wa­nia" lęku. To ra­czej jego na­miast­ka, pla­ce­bo. Pod­sta­wa zbio­ru war­tości opar­te­go na nie­po­twier­dzo­nych za­sa­dach jest nie­zwy­kle kru­cha. W pierw­szej chwi­li może przy­nieść ulgę, jed­nak po pew­nym cza­sie, pod­ko­py­wa­na przez po­ja­wiające się wątpli­wości, musi runąć, i nie jest to naj­gor­sze z roz­wiązań. Za­cho­dzi ko­niecz­ność od­two­rze­nia me­cha­ni­zmu obron­ne­go, a to pro­wa­dzi do pra­widłowe­go prze­pra­co­wa­nia trau­my. Jed­nak można też da­lej tkwić w rze­czy­wi­stości nie­pew­nej, lecz dającej po­czu­cie sa­mo­za­do­wo­le­nia. By owa rze­czy­wi­stość trwała, trze­ba wspie­rać ją ide­ami już nie tyle nie­spraw­dzo­ny­mi, ile fałszy­wy­mi. Od­ry­wa się wte­dy całko­wi­cie od wy­da­rze­nia, które leży u jej pod­staw, i prze­kształca w mit. To właśnie zda­rzyło się w przy­pad­ku wy­bu­chu na Kilińskie­go.

Kon­fa­bu­la­cja

Rze­czy mi­nio­ne uj­mo­wać hi­sto­rycz­nie nie zna­czy po­znać "jak to właści­wie było" (Ran­ke). Zna­czy to za­pa­no­wać nad pamięcią, która rozbłysku­je w mo­men­cie nie­bez­pie­czeństwa.

Wal­ter Ben­ja­min, Tezy hi­sto­rio­zo­ficz­ne16

1.

Wia­do­mość o wy­bu­chu, w for­mie plot­ki, ro­zeszła się po ulicz­kach, piw­ni­cach i ba­ry­ka­dach Sta­re­go Mia­sta lo­tem błyska­wi­cy. Ci, którzy następne­go dnia szu­ka­li in­for­ma­cji w wy­da­wa­nej w dziel­ni­cy po­wstańczej pra­sie, nie zna­leźli jed­nak wie­le. O tra­ge­dii na­pi­sały tyl­ko dwie z kil­ku­na­stu uka­zujących się w dziel­ni­cy ga­zet. Ko­men­dant Ar­mii Kra­jo­wej17 nie wpro­wa­dził w po­wsta­niu ofi­cjal­nej cen­zu­ry woj­sko­wej18, jed­nak szef sta­ro­miej­skie­go od­działu Biu­ra In­for­ma­cji i Pro­pa­gan­dy, ma­jor Grom­ski19, na co­dzien­nych kon­fe­ren­cjach pra­so­wych prze­ka­zy­wał przed­sta­wi­cie­lom dziel­ni­co­wej pra­sy pa­kiet naj­now­szych wia­do­mości, z za­strzeżeniem, które z nich nie na­dają się do dru­ku. Być może pod­czas ta­kie­go spo­tka­nia, od­by­wającego się 14 sierp­nia w bu­dyn­ku, pod którego okna­mi wy­rosła właśnie ma­so­wa mogiła ofiar wy­bu­chu, uzna­no, że dla do­bra mo­ra­le woj­ska i społeczeństwa in­for­ma­cji o tra­ge­dii nie należy nagłaśniać. Jako że nie zo­stała opi­sa­na w głównym or­ga­nie pra­so­wym Ko­men­dy Głównej, "Biu­le­ty­nie In­for­ma­cyj­nym", wieść o niej nie wy­do­stała się, przy­najm­niej do cza­su ewa­ku­acji żołnie­rzy Gru­py Północ20, poza gra­ni­ce odciętej przez nie­przy­ja­cie­la Starówki. Wy­da­rze­nie po­zo­stało wewnętrzną sprawą jej miesz­kańców, w większości ska­za­nych na do­mysły i plot­ki, po­zba­wio­nych wspar­cia "ofi­cjal­nych" środków prze­ka­zu. Za­cho­wało się kil­ka świa­dectw na­pi­sa­nych na gorąco, w ciągu kil­ku­dzie­sięciu go­dzin po wy­bu­chu. Każde o całko­wi­cie od­mien­nym cha­rak­te­rze, są je­dy­ny­mi po­chodzącymi z czasów po­wsta­nia źródłami opi­sującymi wy­da­rze­nie i jego następstwa. Tyl­ko na nich może opie­rać się próba od­two­rze­nia fak­tycz­ne­go sta­nu wie­dzy, ja­kim dys­po­no­wa­li świad­ko­wie wy­da­rze­nia i, pośred­nio, inni miesz­kańcy dziel­ni­cy.

Pierw­sze źródło to ar­ty­kuły, które uka­zały się następne­go dnia w po­wstańczej pra­sie, oba pod nie­po­zo­sta­wiającymi wątpli­wości nagłówka­mi. "Żołnierz Sta­re­go Mia­sta", dziel­ni­co­wy or­gan Stron­nic­twa Na­ro­do­we­go, na pierw­szej stro­nie oznaj­miał o Po­twor­nej zbrod­ni nie­miec­kiej21. Bli­ska ide­owo, wy­da­wa­na przez jed­nostkę NSZ22 "Wal­ka" ak­cent kładła na inny aspekt tra­ge­dii, swoją re­lację tytułując Ohyd­ny podstęp nie­miec­ki23. Ar­ty­kuły te po­twier­dzają hi­po­tezę sfor­mułowaną w po­przed­nim roz­dzia­le - spi­sko­wa teo­ria o podstępnym działaniu Niemców na­ro­dziła się tuż po wy­bu­chu. Oba roz­po­czy­nają się od zwięzłego - z bra­ku wy­star­czającej ilości in­for­ma­cji - opi­su, a jed­no­cześnie in­ter­pre­ta­cji sa­me­go wy­da­rze­nia: "Wczo­raj wie­czo­rem eks­plo­do­wał zdo­by­ty tegoż dnia czołg nie­miec­ki"24. "Wczo­raj po godz. 18 przy ul. Kilińskie­go 1 (...) eks­plo­do­wała ogrom­na ilość dy­na­mi­tu, ukry­te­go wewnątrz czołgu, którzy Niem­cy roz­myślnie od­da­li na­szym od­działom w sta­nie nie­usz­ko­dzo­nym"25. Ar­ty­kuły różnią się je­dy­nie zna­cze­niem szczegółów - pierw­szy mówi o zdo­by­ciu po­jaz­du, w dru­gim zo­stał on przez wro­ga od­da­ny, co pod­kreślało jego sza­tańską prze­biegłość. Inna też była przy­czy­na wy­bu­chu - "me­cha­nizm ze­ga­ro­wy" lub, brzmiąca jesz­cze bar­dziej złowro­go, "bom­ba ze­ga­ro­wa". W następnych zda­niach opi­sa­ne zo­stały tra­gicz­ne oko­licz­ności eks­plo­zji, która nastąpiła w chwi­li, "gdy czołg był oto­czo­ny przez wi­wa­tującą pu­blicz­ność". Co cie­ka­we, jej efekt - prze­kra­czająca możliwości ludz­kiej wrażliwości ma­sa­kra - wyłaniała się z tych pierw­szych do­nie­sień w dość powściągli­wy sposób: "Stojący na uli­cy w naj­bliższym pro­mie­niu (...) zo­stali roz­szar­pa­ni, inni za­bi­ci oraz ra­nie­ni". Do­wo­dzi to, że po­wstańczy re­por­te­rzy, co ra­czej oczy­wi­ste, nie byli na­ocz­ny­mi świad­ka­mi tra­ge­dii ani praw­do­po­dob­nie ak­cji ra­tun­ko­wej.

Równie in­try­gujące jest pod­su­mo­wa­nie, szczególnie ar­ty­kułu z "Żołnie­rza Sta­re­go Mia­sta" - dra­ma­tycz­ne i dłuższe niż część in­for­ma­cyj­na oskarżenie ar­mii i na­ro­du nie­miec­kie­go. To nic in­ne­go, jak ilu­stra­cja me­cha­ni­zmu prze­nie­sie­nia, a ra­czej po­twier­dze­nia winy po­wszech­nie znie­na­wi­dzo­ne­go wro­ga, w tam­tych wa­run­kach całko­wi­cie zro­zu­miałego i pożąda­ne­go przez psy­chikę po­szko­do­wa­nych - "Niem­cy, chwy­tając się tego ro­dza­ju bar­ba­rzyńskich me­tod wal­ki z nami, wy­kreślili się jesz­cze raz z rzędu na­rodów cy­wi­li­zo­wa­nych"26. Re­dak­tor "Żołnie­rza" do­strzegł też kryjący się w tra­ge­dii po­ten­cjał pro­pa­gan­do­wy, sposób na pod­nie­sie­nie mo­ra­le. Ar­mia nie­miec­ka musi "chwy­tać się nędznych i po­twor­nych podstępów nie­god­nych żołnie­rskie­go ho­no­ru, gdyż nie może w wal­ce o War­szawę spro­stać od­działom Ar­mii Kra­jo­wej"27.

O wyjątko­wym sta­tu­sie, jaki szyb­ko zy­skała ma­sa­kra z Kilińskie­go, świad­czy la­ko­nicz­na wzmian­ka za­miesz­czo­na dwa dni później w in­nej ga­ze­cie, "Głosie Sta­re­go Mia­sta". W ar­ty­ku­le Bi­lans nie­miec­kiej zbrod­ni jego au­tor pi­sze tak, jak­by spra­wa była na tyle zna­na, że nie wy­ma­ga już wyjaśnie­nia: "Osobną po­zycję sta­no­wi podstęp z użyciem czołgu wypełnio­ne­go ładun­kiem dy­na­mi­to­wym"28.

Dru­gie źródło, w dra­ma­tycz­ny sposób uzu­pełniające ob­raz tra­ge­dii na­kreślony przez ar­ty­kuły pra­so­we, to, pa­ra­dok­sal­nie, urzędowe roz­porządze­nie. Przy­czy­ny jego po­wsta­nia można by określić mia­nem prag­ma­tycz­nych. 14 sierp­nia Okręgowy De­le­gat Rządu RP na mia­sto War­sza­wa na­ka­zał pod­ległym mu placówkom obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej "przej­rzeć w obrębie wy­pad­ku pla­ce, gruz, podwórza, da­chy ce­lem usu­nięcia części ro­ze­rwa­nych ciał, które mogły się tam zna­leźć i nie zo­stały dotąd za­bra­ne". Uprzątnięcie szczątków de­le­gat uza­sad­niał nie po­win­nością żywych wo­bec umarłych, lecz ni­czym w śre­dnio­wiecz­nym oblężonym mieście ostrze­li­wa­nym z ka­ta­pult zwłoka­mi zadżumio­nych, "zwra­cał (...) uwagę na ko­niecz­ność skru­pu­lat­ne­go wy­ko­na­nia powyższe­go zarządze­nia ce­lem nie­do­pusz­cze­nia do rozkładu ciał i po­wsta­nia epi­de­mii chorób"29. Su­chy urzędni­czy styl, w ja­kim sfor­mułowa­ny jest do­ku­ment, i brak ja­kie­go­kol­wiek ko­men­ta­rza tym do­bit­niej pod­kreślają roz­mia­ry ma­sa­kry i zasięg jej po­ten­cjal­ne­go od­działywa­nia - tak bio­lo­gicz­ne­go, stwa­rzającego za­grożenie dla zdro­wia miesz­kańców, jak i psy­cho­lo­gicz­ne­go, trau­ma­ty­zującego ich na sku­tek dosłowne­go za­sy­pa­nia dziel­ni­cy desz­czem ludz­kich szczątków.

Ko­lej­ne źródło to też do­ku­ment i można po­wie­dzieć, że po­wstał również z czy­sto prak­tycz­nych po­wodów, jego ciężar emo­cjo­nal­ny jest jed­nak nie­porówna­nie większy. To pierw­sza, nie­kom­plet­na li­sta ofiar, wy­ko­na­na rze­ko­mo przez pod­po­rucz­ni­ka Józefa Fręcho­wi­cza, i od jego na­zwi­ska zwa­na Listą Fręcho­wi­cza30. Aby ułatwić prze­bieg ak­cji ra­tun­ko­wej, już w kil­ka­naście mi­nut po wy­bu­chu żołnie­rze ob­sta­wi­li i za­mknęli oba wy­lo­ty Kilińskie­go, a ich dowódca zbie­rać miał ken­kar­ty i rze­czy oso­bi­ste za­bi­tych. Następne­go dnia sporządził listę, na której fi­gu­rują na­zwi­ska stu dwu­dzie­stu trzech osób wraz z da­ta­mi uro­dze­nia, przed­pow­sta­nio­wy­mi ad­re­sa­mi, a nie­kie­dy uwa­ga­mi do­tyczącymi funk­cji woj­sko­wej. Do­ku­ment prze­trwał pożogę Sta­re­go Mia­sta, kanałami prze­nie­sio­ny zo­stał do Śródmieścia, a w 1946 roku tra­fił do pra­cow­ników PCK, którzy po­wia­do­mi­li ro­dzi­ny ofiar. Już w tym za­wie­ra się jego ka­pi­tal­na war­tość, nie tyl­ko w wy­mia­rze hi­sto­rycz­nym, ale też czy­sto ludz­kim. Ka­ta­stro­fa po­wsta­nia to nie tyl­ko śmierć dzie­siątków tysięcy lu­dzi, lecz także tra­ge­dia ich bli­skich, często po­zba­wio­nych ja­kich­kol­wiek in­for­ma­cji, la­ta­mi pozo­stających w bo­le­snej nie­pew­ności co do losu za­gi­nio­nych. Kto­kol­wiek sporządził listę, powiązał cier­pie­nie i śmierć ofiar z kon­kretną datą, miej­scem i wy­da­rze­niem. Dzięki temu bli­scy, już po woj­nie, mo­gli po­znać pełną prawdę, a ta, choćby w małym stop­niu, po­ma­gała po­go­dzić się ze stratą.

Su­che (choć nie za­wsze) dane, ja­kie za­wie­ra li­sta, są też nie­zwy­kle po­moc­ne w jak naj­dokład­niej­szym od­two­rze­niu prze­bie­gu wy­da­rzeń, które do­ko­na­ne zo­sta­nie w następnym roz­dzia­le. Dzięki nim można dość dokład­nie wy­obra­zić so­bie syl­wet­ki tworzących tłum lu­dzi, ich wiek, płeć, funkcję czy zawód. W uwa­gach kryją się również drob­ne, po­ru­szające szczegóły, które przy­po­mi­nają o wyjątko­wości i pod­mio­to­wości każdej z ofiar ma­sa­kry, zasłoniętej nie­raz przez wpro­wa­dzające w błąd licz­by i na­zbyt emo­cjo­nalną, zmi­to­lo­gi­zo­waną nar­rację.

Li­sta za­wie­ra jesz­cze jedną bar­dzo ważną in­for­mację. W ty­tu­le, sfor­mułowa­nym już 14 sierp­nia, po­ja­wia się określe­nie "czołg-mina". To pierw­sza for­ma na­zwy, pod którą w przyszłości funk­cjo­no­wać będzie mit. Ostat­nie świa­dec­two różni się od dwóch po­przed­nich tak bar­dzo, jak tyl­ko się da. Nie jest to do­ku­ment urzędowy, roz­kaz czy za­pi­sa­na re­la­cja, ale utwór li­te­rac­ki. Nosi tytuł Święty ku­charz od Hip­cie­go i uzna­wa­ny jest za fraszkę, choć na­zwa ma­ka­bre­ska byłaby bar­dziej na miej­scu. Jako że dość krótki, można przy­to­czyć go w całości:

Wszy­scy święci, hej, do stołu!

W nie­bie uczta: pol­skie flacz­ki

wprost z rynsz­toków Kilińskie­go!

Sal­ce­sonów pełna misa,

Świeże, chrup­kie

Pachną trup­kiem: To z Przed­mu­rza!

Do godów, święci, do godów,

Prze­gryźcie Chry­stu­sem Na­rodów!

Jego au­to­rem jest Ta­de­usz Gaj­cy, żołnierz i po­eta, w dru­gim ty­go­dniu sierp­nia bro­niący po­wstańczej placówki na południo­wo-za­chod­niej ru­bieży Starówki, przy uli­cy Prze­jazd, około ośmiu­set metrów od skrzyżowa­nia Pod­wa­la i Kilińskie­go. Jest mało praw­do­po­dob­ne, by był świad­kiem wy­bu­chu lub w następnych dniach od­wie­dził jego miej­sce, za­in­spi­ro­wały go ra­czej zasłysza­ne wieści, od których hu­czeć mu­siała cała dziel­ni­ca. Chy­ba bar­dziej niż lek­tu­ra wier­szy­ka szo­ku­je kon­trast pomiędzy jego treścią a po­wszech­nie dziś obo­wiązującą he­ro­icz­no-ele­gijną ma­nierą mówie­nia o po­wstaniu. Gaj­ce­go do pi­sa­nia po­pchnęły jed­nak przesłanki wyższe niż chęć wywołania skan­da­lu czy zakłopo­ta­nia czy­tel­ni­ka. A że czas, którego i tak zo­stało mu nie­wie­le, wypełnio­ny miał służbą i walką, wy­brał formę krótką i jak najbar­dziej do­sadną.

Funk­cja frasz­ki nie różni się w grun­cie rze­czy od funk­cji teo­rii spi­sko­wej. Au­tor stwo­rzył ją, by - jak sa­ni­ta­riu­sze z Ko­lumbów - dając własny ko­men­tarz, zmie­rzyć się z przytłaczającą go rze­czy­wi­stością. Tam­ci, zwy­kli lu­dzie, po­trze­bo­wa­li spo­ko­ju, na­wet za cenę sa­mo­oszu­ki­wa­nia się. Po­mogła im skry­ta pod warstwą iro­nii, pro­stac­ka ra­cjo­na­li­za­cja. Gaj­cy był na ta­kie me­to­dy zbyt sub­tel­ny, to, co bolało, roz­dra­pał; przez gra­niczący z bluźnie­rstwem cy­nizm po­ka­zał, jak okru­cieństwo woj­ny roz­pra­wia się z in­dy­wi­du­al­ny­mi i zbio­ro­wy­mi złudze­nia­mi. Efek­ty eks­plo­zji - wyjątko­we na­wet jak na wa­run­ki po­wsta­nia stężenie ma­ka­bry - po­ja­wiają się już w na pierw­szy rzut oka nie­ja­snym, a w rze­czy­wi­stości na­dającym kon­tekst całości ty­tu­le. "Hip­cio" to nikt inny jak św. Hi­po­lit Rzym­ski, teo­log i męczen­nik z trze­cie­go wie­ku na­szej ery, którego dzień, według ka­to­lic­kie­go ka­len­da­rza, przy­pa­da 13 sierp­nia. Nie byłoby w tym nic nie­po­kojącego, gdy­by nie za­cho­wa­ny w tra­dy­cji ro­dzaj za­da­nej mu śmier­ci - ro­ze­rwa­nie końmi. Wi­zja oka­le­czo­ne­go ciała świętego, z roz­wle­czo­ny­mi na czte­ry stro­ny, wy­rwa­ny­mi człon­ka­mi, sta­je się po­nurą prze­po­wied­nią ma­ka­brycznego ob­ra­zu uli­cy Kilińskie­go tuż po wy­bu­chu. To, co za­le­ga na chod­ni­kach i wypełnia rynsz­to­ki, nie jest już zasługującym na sza­cu­nek ciałem zmarłych męczeńską śmier­cią lu­dzi, ale or­dy­nar­nym, roz­sie­wającym tru­pi odór mięsem. Jego prze­zna­cze­niem jest tra­fić na nie­biański stół, gdzie posłuży w gro­te­sko­wej pa­ro­dii eu­cha­ry­stii, bar­dziej niż sa­kra­ment przy­po­mi­nającej pi­jacką wyżerkę w sta­ro­miej­skiej spe­lu­nie. Gośćmi są tam wszy­scy święci - ano­ni­mo­we, zba­wio­ne du­sze, być może jesz­cze przed chwilą re­zy­dujące w ro­ze­rwa­nych wy­bu­chem ciałach miesz­kańców z sąsiedz­twa. Za­miast chle­ba za­ja­dają sal­ce­son, za­miast wina piją to, co się sal­ce­sonem zakąsza. I naj­ważniej­sza różnica - to, co spożywają, to nie ożyw­cze, sym­bo­licz­ne ciało Zba­wi­cie­la, lecz mięso Chry­stu­sa Na­rodów, Po­laków, ich sa­mych. Gaj­cy, za­miast pomóc two­rzyć nowy mit, roz­pra­wia się ze sta­rym. Me­ta­forą wy­bu­chu, być może także całej do­ko­nującej się tra­ge­dii po­wsta­nia, sta­je się dla nie­go uczta ka­ni­ba­li, czer­piących z za­da­wa­ne­go sa­mym so­bie, i na własne życze­nie, bólu ener­gię do dal­sze­go cier­pie­nia, poza którym nie ma już nic. Prze­pełnio­ny ni­hi­li­zmem wiersz jest też, być może, wy­ra­zem prze­czu­cia zbliżającego się końca. Zna­le­zio­no go, za­pi­sa­ny na kawałku pa­pie­ro­we­go wor­ka, przy od­ko­pa­nym cie­le po­ety. Ta­de­usz Gaj­cy zginął wkrótce po wy­bu­chu na Kilińskie­go, w nie do końca wyjaśnio­nych oko­licz­nościach31.

Opi­sa­ne powyżej świa­dec­twa, wbrew tytułowi roz­działu au­ten­tycz­ne, uwia­ry­god­niają to, co prze­ka­zują wspo­mnie­nia. Po pierw­sze, roz­mia­ry ma­sa­kry, a za­tem licz­ba ofiar i dra­stycz­ność za­da­nej im śmier­ci. Po dru­gie, szyb­kość, z jaką wieść o niej roz­prze­strze­niła się po dziel­ni­cy, zarówno za pośred­nic­twem fi­zycz­nych, na­ma­cal­nych następstw - roz­rzu­co­nych po oko­li­cy szczątków ludz­kich, jak i roz­chodzących się błyska­wicz­nie plo­tek. I wresz­cie, po trze­cie, przygnębiające, de­pre­syj­ne po­czu­cie gro­zy, ja­kie spro­wa­dziła, nie tyl­ko na świadków, lecz też na oso­by rze­ko­mo po­stron­ne, do­wia­dujące się o niej za pośred­nic­twem in­nych. W za­cho­wa­nych prze­ka­zach nie ma na­to­miast od­po­wie­dzi na py­ta­nie ze współcze­sne­go, ra­cjo­nal­ne­go punk­tu wi­dze­nia za­sad­ni­cze - kto i w jaki sposób zdo­był po­jazd oraz za­de­cy­do­wał o wpro­wa­dze­niu go w mury po­wstańczej dziel­ni­cy? Na tej pod­sta­wie stwier­dzić trze­ba, że nie zna­li jej również świad­ko­wie wy­da­rze­nia. Zna­li na­to­miast krążące wśród piw­nic i ba­ry­kad nie­możliwe do spraw­dze­nia pogłoski, słysze­li sprzecz­ne, wy­ol­brzy­mia­ne in­for­ma­cje o licz­bie ofiar wy­bu­chu i cha­rak­te­rze całego wy­da­rze­nia, od­czu­wa­li na­ra­stające z każdym dniem oblężenia za­grożenie i nastrój ka­ta­stro­fy. W ta­kiej sy­tu­acji, z bra­ku faktów, mu­siał po­ja­wić się ich er­zac - teo­ria spi­sko­wa. Dzięki tytułowi Li­sty Fręcho­wi­cza wia­do­mo, że już w kil­ka go­dzin po tra­ge­dii teo­ria ta zaczęła przy­bie­rać naj­wcześniejszą formę, czy ra­czej for­my, różniące się od sie­bie treścią w zależności od tego, w której piw­nicy po­wstały i obo­wiązywały.

Żadna z nich nie zo­stała wówczas za­pi­sa­na bądź za­pi­ski się nie za­cho­wały. Aby od­two­rzyć wcze­sne wer­sje teo­rii spi­sko­wej, znów trze­ba odwołać się do li­te­ra­tu­ry pięknej, choć w ka­te­go­rii źródła hi­sto­rycz­ne­go kla­sy­fi­ko­wa­nej wyżej niż po­wieść: do pamiętni­ka pióra Mi­ro­na Białoszew­skie­go. Z jed­nej stro­ny za­pi­sa­na w nim wer­sja wy­da­rzeń32 jest całko­wi­cie nie­wia­ry­god­na. Au­tor przy­zna­je, że zo­stała mu przed­sta­wio­na przez zna­jomą na­uczy­cielkę, a do tego ostat­nio, czy­li naj­praw­do­po­dob­niej w la­tach sześćdzie­siątych. Z dru­giej stro­ny zaś, nie­do­rzecz­na i pełna sprzecz­ności treść do­wo­dzi, że prze­ka­zująca ją oso­ba po­tra­fiła przez po­nad dwa­dzieścia lat za­cho­wać swo­istą czy­stość su­biek­tyw­ne­go wspo­mnie­nia, nie za­nie­czyściła go ele­men­ta­mi za­czerp­niętymi z cu­dzych re­la­cji, książek czy ar­ty­kułów. Jej wer­sja, za­pi­sa­na przez poetę cha­rak­te­ry­styczną, postrzępioną frazą, po­zwa­la so­bie wy­obra­zić, jak brzmiała, jaką miała formę oraz jak zmie­niała się prze­ka­zy­wa­na z ust do ust plot­ka. Łatwo również wyróżnić składające się na nią ele­men­ty - czas wy­da­rze­nia, jego miej­sce, szczegóły, wresz­cie pro­po­no­wa­ne wytłuma­cze­nie.

Pora ka­ta­stro­fy nie mogła zo­stać zde­fi­nio­wa­na według pro­za­icz­nych wska­zań ze­gar­ka. Po­trzeb­na była inna mia­ra, su­ge­rująca, że słuchacz za­raz do­wie się rze­czy istot­nych i ta­jem­ni­czych. Zgod­nie z nią, czołg po­ja­wił się na uli­cach Starówki "po za­cho­dzie słońca", kie­dy zmierzch prze­ra­dza się w wieczór33. Równie fan­ta­stycz­ny był też opis miej­sca, w którym się po­ja­wił, na rogu Święto­jer­skiej i Fre­ta. W połowie sierp­nia skrzyżowa­nie tych dwóch ulic leżało da­le­ko od li­nii fron­tu, w środ­ku pol­skich po­zy­cji, jed­nak pod­czas trium­fal­ne­go ob­jaz­du po dziel­ni­cy po­jazd prze­jeżdżał krótkim od­cin­kiem uli­cy Fre­ta. Coś się za­tem zga­dzało i ukry­wającym się pod zie­mią, często nieświa­do­mym prze­bie­gu ciągle zmie­niającej się li­nii fron­tu lu­dziom mu­siało to wy­star­czyć.

Jesz­cze bar­dziej cha­otycz­ne i sprzecz­ne były do­mnie­ma­nia na te­mat rze­czy­wi­stej na­tu­ry śmier­cio­nośnego we­hi­kułu. Choć po­wstały praw­do­po­dob­nie na sku­tek zmące­nia pamięci zna­jo­mej au­to­ra, można wy­obra­zić so­bie ich ge­nezę. Po­wra­cający z nie­bez­piecz­nych wędrówek miesz­kańcy piw­nic blo­ku na Ry­ba­kach34 prze­ka­zy­wa­li żyjącym w pod­zie­miach to, co zasłysze­li na po­wierzch­ni. Co­raz to nowe plot­ki i strzępki in­for­ma­cji nie wy­klu­czały się, ra­czej na­war­stwiały, tworząc zbiór, z którego każdy ko­lej­ny nar­ra­tor opo­wieści mógł wy­brać to, co naj­bar­dziej mu od­po­wia­dało. Naj­pierw miał to być go­liat - sa­mo­bieżna, ste­ro­wa­na ka­blem, bez­załogo­wa mina, broń budząca re­spekt nie tyl­ko przez od­hu­ma­ni­zo­waną za­sadę działania, ale również dzięki złowro­giej, bi­blij­nej na­zwie, w kon­tekście le­gen­dy nie­możli­wej do prze­ce­nie­nia. W ko­lej­nych zda­niach opo­wieści Białoszew­skie­go go­liat zmie­nił się w mały czołg, w końcu au­tor wy­brał roz­wiąza­nie kom­pro­mi­so­we - tank, przy czym była to bar­dziej li­te­rac­ka im­pre­sja na te­mat tan­kiet­ki (lek­kie­go, słabo opan­ce­rzo­ne­go, jed­no- lub dwu­miej­sco­we­go gąsie­ni­co­we­go po­jaz­du roz­po­znaw­cze­go) niż określe­nie czołgu w języku an­giel­skim. Mi­tycz­ny wóz łączyć miał wi­docz­ne ce­chy nie­wiel­kie­go czołgu z ukrytą, śmier­cio­nośną funkcją sa­mo­bieżnej miny. Równie istot­na jest za­sto­so­wa­na przez Białoszew­skie­go gra słów - po­jazd był "pusz­czo­ny, opusz­czo­ny i podpusz­czo­ny", co su­ge­ru­je zarówno bez­załogo­wy cha­rak­ter jego mi­sji, przy użyciu ja­kie­goś ro­dza­ju zdal­ne­go ste­ro­wa­nia, jak i kon­se­kwent­nie prze­pro­wa­dzo­ny podstęp.

Przed­sta­wio­ne ku­li­sy wy­da­rze­nia przeczą so­bie na­wza­jem, przez co cała hi­sto­ria może wydać się nie­wia­ry­god­na. Aby temu za­po­biec, w fi­nal­nych, pod­su­mo­wujących ją zda­niach au­tor po­rzu­ca ar­gu­men­ty ra­cjo­nal­ne (a ra­czej pseudora­cjo­nal­ne) na rzecz tych działających wyłącznie na emo­cje. Choć z później­szy­mi usta­le­nia­mi nie zga­dza się ani prze­bieg tra­sy, ani do­mnie­ma­ne miej­sce wy­bu­chu, ani jego pora, istot­na jest inna, nie­spraw­dzal­na, a za­tem nie­możliwa do pod­ważenia in­for­ma­cja - eks­plo­zja nastąpiła w mo­men­cie, gdy eu­fo­ria wi­wa­tujących tłumów doszła do szczy­tu. To już nie za­pis wspo­mnień, to prze­twa­rza­nie ich w sce­na­riusz, w którym wszyst­ko dzie­je się we­dle wcześniej­szych założeń. Chwi­la ka­ta­stro­fy nie może być przy­pad­ko­wa, po­dob­nie jak jej przy­czy­na. Tu też nie ma żad­nych wątpli­wości - "Po pro­stu wy­buchnął me­cha­nizm ze­ga­ro­wy"35.

Roz­pięta pomiędzy oczy­wistą kon­fa­bu­lacją a strzępka­mi praw­dy wi­zja opi­sa­na w Pamiętni­ku do­brze ilu­stru­je praw­do­po­dob­ny kształt pierw­szej, "przed­ka­no­nicz­nej" wer­sji mitu, roz­po­czy­nającej pro­ces wyjaśnia­nia, uzasadnia­nia i wpi­sy­wa­nia w ak­cep­to­walną wizję rze­czy­wi­stości nie­pojętej tra­ge­dii. Aby sku­tecz­nie wypełniać to za­da­nie, opo­wieść mu­siała być kom­plet­na, au­tor po­wi­nien był za­tem dys­po­no­wać pełną wiedzą, zarówno na te­mat skutków, jak i przy­czyn wy­da­rze­nia. In­for­ma­cji o skut­kach miał aż za wie­le, można sądzić, że za­nim opi­sał ludz­kie szczątki po­roz­wie­sza­ne na ba­lu­stra­dach bal­konów, wnętrzności na­gar­nia­ne łopa­ta­mi czy chłopca, z którego po­zo­stał je­dy­nie kawałek nogi z bu­ci­kiem, przed­tem od­siał znacz­nie więcej równie dra­stycz­nych de­ta­li36. Go­rzej było ze zna­jo­mością przy­czyn. Białoszew­ski, zna­jo­ma na­uczy­ciel­ka, wszy­scy inni, którzy w cza­sie po­wsta­nia prze­ka­zy­wa­li i uzu­pełnia­li tę hi­sto­rię, zna­li tyl­ko jej ogólny za­rys - obrońcy zdo­by­li jakiś po­jazd, od­by­li nim ho­no­rową rundę po sta­ro­miej­skich ulicz­kach, po­tem nastąpił wy­buch. Szczegóły, przy­najm­niej na tam­tym eta­pie, trze­ba było zmyślić. Gdy po­wsta­nie, a po­tem woj­na, do­biegły końca, po­wra­cający do War­sza­wy oca­le­ni przy­nieśli ze sobą wie­le różniących się od sie­bie wer­sji, z których każda kryła ziar­no praw­dy. Z uzgad­nia­nia ich po­wo­li zaczęła kry­sta­li­zo­wać się wer­sja ofi­cjal­na. Jed­nak na jej pierwszą, udo­ku­men­to­waną odsłonę trze­ba było po­cze­kać bli­sko dwa lata, do 1 sierp­nia 1946 roku.

2.

Myli się ten, kto uważa, że uka­zujące się każdego roku, poświęcone rocz­ni­cy wy­bu­chu po­wsta­nia, dołącza­ne do naj­większych dzien­ników ilu­stro­wa­ne do­dat­ki to wy­na­la­zek ostat­nich dzie­sięcio­le­ci. Dokład­nie w dwa lata po go­dzi­nie "W" uka­zał się szes­na­sto­stro­ni­co­wy nu­mer "Ga­ze­ty Lu­do­wej", or­ga­nu Pol­skie­go Stron­nic­twa Lu­do­we­go, je­dy­ne­go dzien­nika opo­zy­cyj­ne­go w opa­no­wy­wa­nej przez ko­mu­nistów Pol­sce, w prze­ważającej części poświęcony rocz­ni­cy po­wsta­nia. Wstępniak wy­szedł spod pióra do­pie­ro co zwol­nio­ne­go z so­wiec­kie­go więzie­nia Ka­zi­mie­rza Bagińskie­go - ska­za­ne­go w pro­ce­sie szes­na­stu wo­jen­ne­go li­de­ra Stron­nic­twa Lu­do­we­go, wśród au­torów ar­ty­kułów zna­lazł się też Władysław Bar­to­szew­ski, a wy­da­nie, jak na wa­run­ki "Ga­ze­ty", było dość ob­fi­cie ilu­stro­wa­ne ry­sun­ka­mi, ry­ci­na­mi i re­pro­duk­cja­mi pla­katów. Pokaźną część stro­ny piątej, obok fe­lie­to­nu li­te­rac­kie­go i re­kla­my Pia­sku wiśla­ne­go płóka­ne­go (pis. oryg.), zajął ar­ty­kuł, a właści­wie be­le­try­zo­wa­ne wspo­mnie­nie poświęcone ka­ta­stro­fie na Kilińskie­go. Tytuł tłuma­czył wszyst­ko - Bom­ba ze­ga­ro­wa na dnie czołgu37.

Po­wodów, dla których spośród dzie­siątków i se­tek wy­da­rzeń do­tyczących po­wsta­nia do pu­bli­ka­cji wy­bra­no aku­rat sprawę czołgu, mogło być wie­le, z jej funkcją po­li­tyczną - umac­nia­niem wi­ze­run­ku Niemców jako uoso­bie­nia zła na pierw­szym miej­scu (choć w tym przy­pad­ku nie bra­ko­wało też in­nych przykładów). Wart za­uważenia i wyjaśnie­nia może być powód naj­prost­szy - oso­bi­sty. Re­dak­to­rem na­czel­nym "Ga­ze­ty Lu­do­wej" był w owym cza­sie (do aresz­to­wa­nia przez funk­cjo­na­riu­szy Mi­ni­ster­stwa Bez­pie­czeństwa Pu­blicz­ne­go dwa i pół mie­siąca później) Zyg­munt Au­gu­styński, za­ufa­ny współpra­cow­nik wi­ce­pre­mie­ra Sta­nisława Mikołaj­czy­ka. Jego syn Jędrzej wraz z żoną Ja­niną w po­wsta­niu służyli w kom­pa­nii "Har­cer­skiej" ba­ta­lio­nu "Gu­staw". On w stop­niu pod­po­rucz­ni­ka pełnił funkcję kwa­ter­mi­strza kom­pa­nii, ona była sa­ni­ta­riuszką. Wraz z najmłod­szy­mi żołnie­rza­mi ba­onu, har­ce­rza­mi z plu­to­nu łączników, wy­le­gli 13 sierp­nia na ulicę Kilińskie­go, by świętować zdo­by­cie po­jaz­du, i wraz z nimi obo­je zginęli w eks­plo­zji38. Nie sposób nie wiązać tego wy­da­rze­nia z fak­tem uka­za­nia się i roz­mia­rem ar­ty­kułu z rocz­ni­co­we­go wy­da­nia "Ga­ze­ty", tym bar­dziej że pa­dają w nim następujące zda­nia: "Co chwi­la przy­bie­gał ktoś z chłopców i dziewcząt (...) - Jędrzej, kto wi­dział Jędrze­ja albo jego żonę?". Teza, że po­wsta­nie ar­ty­kułu było in­spi­ro­wa­ne i zle­co­ne bez­pośred­nio przez re­dak­to­ra na­czel­ne­go, który chciał w ten sposób upa­miętnić śmierć naj­bliższych, wy­da­je się dość upra­wo­moc­nio­na. Co więcej, każdy pu­bli­ko­wa­ny w "Ga­ze­cie Lu­do­wej" czy in­nym ty­tu­le pra­so­wym ar­ty­kuł mówiący o po­wsta­niu na­bie­rał w kon­tekście nad­chodzących czasów ka­pi­tal­ne­go zna­cze­nia. Nie­wie­le później, na przełomie lat czter­dzie­stych i pięćdzie­siątych, je­dy­ne, co można było prze­czy­tać, to wykład­nie ofi­cjal­nej, sta­li­now­skiej in­ter­pre­ta­cji tego wy­da­rze­nia. A za­tem jeśli ja­kieś zda­rze­nie zo­stało opi­sa­ne i do­tarło do czy­tel­ników, to miało szansę wspiąć się w hie­rar­chii ważności po­wstańczych epi­zodów na wy­so­kie miej­sce. Sko­ro ar­ty­kuł ode­grał do­niosłą rolę w two­rze­niu się i za­ko­rze­nie­niu mitu, a po­wstał z po­bu­dek oso­bi­stych, to sam mit, a dokład­niej - jego po­pu­lar­ność, jest w ja­kimś stop­niu dziełem przy­pad­ku.

Ar­ty­kuł pod­pi­sała A. So­snow­ska i z pew­nością było to po­wstańcze nom de gu­er­re. Można jed­nak do­czy­tać się w nim in­for­ma­cji umożli­wiających jej iden­ty­fi­kację. Po pierw­sze, au­tor­ka do­brze znała chłopców ob­sa­dzających ba­ry­kadę na Pod­wa­lu. Po dru­gie, i naj­ważniej­sze, szczególnie bli­ski był jej nie­ja­ki Wi­told. Wresz­cie po trze­cie, w cza­sie wy­bu­chu, w którym stra­ciła przy­tom­ność, pełniła służbę w szpi­ta­lu, a po od­zy­ska­niu świa­do­mości była prze­ko­na­na, że bu­dy­nek płonie. Te wskazówki, jak również ini­cjał imie­nia oraz użyty pseu­do­nim pro­wadzą ku An­nie Przecław­skiej z domu Sad­kow­skiej, wie­le lat później pro­fe­sor­ce pe­da­go­gi­ki UW. Wal­czyła ona, pod pseu­do­nimem So­snow­ska, wraz z ro­dzo­nym bra­tem, sze­fem kom­pa­nii "Har­cer­skiej", Wi­toldem Sad­kow­skim, w sze­re­gach ba­onu "Gu­staw"39. W wy­ni­ku wy­bu­chu ucier­piała fi­zycz­nie, a jako sa­ni­ta­riusz­ka miała bar­dzo bli­ski kon­takt z jego ofia­ra­mi. Do tego służyła w ba­ta­lio­nie, którego żołnie­rze zdo­by­li po­jazd, znała ich oso­biście, prze­ka­za­ne przez nią re­la­cje po­cho­dziły z pierw­szej ręki. To przy­da­wało jej au­ten­tycz­ności, cho­ciaż ze złożonej w maju 2008 roku re­la­cji wy­ni­ka, że wy­buch za­stał ją po­chy­loną nad szpi­tal­nym łóżkiem, pod­czas mie­rze­nia tem­pe­ra­tu­ry ran­ne­mu40. Nie wi­działa za­tem ani po­jaz­du, ani tłumu, ani mo­men­tu eks­plo­zji. Dys­ku­syj­ny sta­tus na­ocz­ne­go świad­ka dawał jej z jed­nej stro­ny wia­ry­god­ność, z dru­giej - kom­fort nie­we­ry­fi­ko­wa­nia zasłysza­nych szczegółów. Cha­rak­ter uczest­nic­twa So­snow­skiej-Sad­kow­skiej-Przecław­skiej w wy­da­rze­niu zna­ko­mi­cie od­po­wia­dał cze­kającemu ją, choć za­pew­ne nieuświa­do­mio­ne­mu, za­da­niu stwo­rze­nia pierw­szej, za­pi­sa­nej i w miarę kom­plet­nej wer­sji mitu, wte­dy jesz­cze nie­ka­ta­lo­go­wa­ne­go pod hasłem "czołg-pułapka".

Ar­ty­kuł, który na­pi­sała dla "Ga­ze­ty Lu­do­wej" jako za­le­d­wie sie­dem­na­sto­lat­ka, usta­lił, poza drob­ny­mi wyjątka­mi, ka­non, na którym opie­rać się będą ko­lej­ne in­ter­pre­ta­cje opo­wieści, zarówno pod względem za­pro­po­no­wa­ne­go wytłuma­cze­nia, jak i for­mal­nej kom­po­zy­cji. Dla­te­go każdy z ele­mentów tek­stu So­snow­skiej sta­no­wi wzo­rzec po­zwa­lający prześle­dzić, jak w ko­lej­nych la­tach na łamach pra­sy i w opra­co­wa­niach roz­wi­jały się, umac­niały lub ob­umie­rały po­szczególne ele­menty mitu. Po­zwo­li to też sku­pić się na in­te­re­sujących po­do­bieństwach i różni­cach, a uniknąć dość żmud­ne­go ana­li­zo­wa­nia po­dob­nych do sie­bie w grun­cie rze­czy tekstów źródłowych.

3.

Przede wszyst­kim to na łamach "Ga­ze­ty Lu­do­wej" po raz pierw­szy po woj­nie sze­ro­kie­mu gro­nu czy­tel­ników przed­sta­wio­no expli­ci­te rze­komą przy­czynę wy­bu­chu. Au­tor­ce zwięźle wyjaśnił ją brat Wi­told ps. Żela­zny41: "Więc jed­nak to czołg. Podwójne dno, gdzieś umiesz­czo­no bombę ze­ga­rową. Wy­buch nastąpił punkt o 19-ej". Hi­po­tezę o spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nym, ukry­tym ładun­ku z za­pal­ni­kiem cza­so­wym "Ga­ze­ta Lu­do­wa" powtórzyła dwa ty­go­dnie później, 13 sierp­nia 1946 roku, w drugą rocz­nicę wy­bu­chu, w ar­ty­ku­le z se­rii "Dzień walczącej sto­li­cy"42, używając tego sa­me­go określe­nia - bom­ba ze­ga­ro­wa. W wy­dru­ko­wa­nym poniżej, po­twier­dzającym hi­po­tezę o oso­bi­stym za­an­gażowa­niu re­dak­to­ra na­czel­ne­go w sprawę nagłośnie­nia ka­ta­stro­fy, wspo­mnie­niu o jego synu, Jędrze­ju Au­gu­styńskim43, również pa­dają słowa o podwójnym dnie po­jaz­du. Za­sad­ni­cze dla sen­su i funk­cjo­nal­ności całego mitu twier­dze­nie o umyślnie założonym ładun­ku wy­bu­cho­wym z me­cha­ni­zmem ze­ga­ro­wym było - co pokaże następny roz­dział - nie­od­ległe od praw­dy. W tym leżała jego siła i pozór wia­ry­god­ności, jed­nak pew­ne ele­men­ty mu­siały ulec zmia­nie. Teo­ria o podwójnym dnie była ry­zy­kow­na i, na­wet jak na kon­tekst le­gen­dy, nie­wia­ry­god­na. Czy nie­go­dzi­wość Niemców wy­star­czająco uza­sad­niała trud, jaki mu­sie­li­by włożyć w prze­bu­do­wy­wa­nie po­jaz­du, by wywołać efekt po­dob­ny do cel­nie zrzu­co­nej bom­by lot­ni­czej? W następnych la­tach hi­po­te­za podwójne­go dna zniknęła i nig­dy nie powróciła. Ko­lejną wersję44 opo­wieści o tra­gicz­nym dniu 13 sierp­nia za­warł w wy­da­nej w 1949 roku epic­kiej be­le­try­zo­wa­nej wi­zji sta­ro­miej­skiej epo­pei, Prze­marsz przez piekło, Sta­nisław Pod­lew­ski. Ten we­te­ran i nie­stru­dzo­ny kro­ni­karz po­wsta­nia, którego po­stać okaże się jesz­cze w kon­tekście hi­sto­rii mitu czołgu-pułapki dość istot­na, poświęcony tra­ge­dii roz­dział Zdra­dli­wa ci­sza oparł w prze­ważającej części na ar­ty­ku­le Anny Przecław­skiej, prze­for­mułowując je­dy­nie całe aka­pi­ty. Mimo to o podwójnym dnie nie wspo­mi­nał. Zdo­by­ty, a ra­czej "pod­rzu­co­ny przez Niemców czołg", był według jego in­for­ma­cji "na­dzia­ny wielką ilością ma­te­riału wy­bu­cho­we­go i za­opa­trzo­ny w au­to­ma­tycz­ny me­cha­nizm ze­ga­ro­wy"45. Wy­da­je się, że użyte w ty­tu­le Li­sty Fręcho­wi­cza określe­nie "czołg-mina", a tym bar­dziej "czołg-pułapka", w tym cza­sie jesz­cze się nie przyjęło. Nie użył go również w opu­bli­ko­wa­nej na Za­cho­dzie w 1953 roku po­wieści Czesław Miłosz, opi­sując tra­ge­dię z Kilińskie­go i całe po­wsta­nie w sposób, który nie mógł przy­spo­rzyć mu uzna­nia śro­do­wisk kom­ba­tanc­kich46. Na ko­lej­ne kra­jo­we wzmian­ki trze­ba było, z oczy­wi­stych po­wodów po­li­tycz­nych, cze­kać bli­sko osiem lat. Po­chodzą z roku 1957, przy czym jed­na zo­stała opu­bli­ko­wa­na w ga­ze­cie, a dru­ga w uzna­wa­nym za mo­nu­men­tal­ne opra­co­wa­niu Po­wsta­nie War­szaw­skie Ada­ma Bor­kie­wi­cza. Nie ma w nim już mowy o tech­nicz­nych de­ta­lach umiej­sco­wie­nia bom­by. Au­tor, który w przy­pi­sie wska­zu­je ar­ty­kuł So­snow­skiej jako źródło swo­ich in­for­ma­cji, ogólni­ko­wo pi­sze, że zdo­by­ty czołg był "(...) napełnio­ny ma­te­riałem wy­bu­cho­wym z za­pal­ni­kiem cza­so­wym"47. Ku­rio­zal­nie na­to­miast brzmi dziś za­pro­po­no­wa­na przez nie­go próba iden­ty­fi­ka­cji typu po­jaz­du. Miał to po­dob­no być "(...) mały czołg typu Ma­rek I". Na­zwa ta, nie­mająca żad­ne­go związku ani z po­wsta­niem, ani hi­sto­rią woj­sko­wości w ogóle, zo­stała naj­praw­do­po­dob­niej zapożyczo­na, z ku­rio­zal­nym błędem, od Pod­lew­skie­go, który ma­szynę określił mia­nem "czołgu typu Mark I"48. Eks­plo­zji poświęcony jest też frag­ment wspo­mnień po­wstańca ze zdzie­siątko­wa­ne­go w niej plu­to­nu "Orląt", har­ce­rzy łączników, które uka­zały się w jed­nym z li­sto­pa­do­wych nu­merów ty­go­dni­ka "Sto­li­ca"49, pod­su­mo­wujący ją jed­nym zda­niem: "W nie­dzielę, 13 sierp­nia, nastąpił u zbie­gu ulic Pod­wa­le i Kilińskie­go tra­gicz­ny w skut­kach wy­buch czołgu-pułapki, wpro­wa­dzo­ne­go jako zdo­bycz poza ba­ry­ka­dy w głąb dziel­ni­cy sta­ro­miej­skiej". Praw­do­po­dob­nie jest to pierw­szy za­pi­sa­ny przy­pa­dek użycia na­zwy, która aż do dziś za­wie­ra w so­bie fałszy­wy sens całego wy­da­rze­nia. Zwra­ca również uwagę la­ko­nicz­ny styl opi­sa­nia epi­zo­du, tak jak­by au­tor wie­dział, że spra­wa jest już po­wszech­nie zna­na, a samo hasło wy­star­czy czy­tel­ni­ko­wi do do­po­wie­dze­nia so­bie szczegółów.

Bywały też odstępstwa od reguły. Opi­sujący ka­ta­strofę au­to­rzy dość luźno trak­to­wa­li de­ta­le, w jed­nym nie­raz tekście umiesz­czając in­for­ma­cje wy­klu­czające się na­wza­jem. Na fali od­wilży, pośród in­nych po­wstańczych pu­bli­ka­cji, uka­zały się, pod apo­kry­ficz­nym pod­ty­tułem Dzien­nik bo­jo­wy kpt. Ogni­ste­go, wspo­mnie­nia Lu­cja­na Fa­je­ra, wi­ce­dowódcy ba­onu "Goz­da­wa", za­wie­rające naj­bar­dziej bałamutną, wewnętrznie sprzeczną wersję prze­bie­gu wy­da­rzeń. Według niej ba­ry­kadę na Pod­wa­lu sfor­so­wa­li, za po­mocą ty­grysów, sami Niem­cy, a następnie "wpro­wa­dzi­li go­lia­ta, (...) pusz­czając go w ruch po li­nii uli­cy Pod­wa­le"50. Można nie­mal wy­obra­zić so­bie po­jazd, który po­ru­szał się to w jedną, to w drugą stronę, ni­czym wędkar­ska błyst­ka na żyłce ciągniętego za sobą ka­bla - Fa­jer stwo­rzył ide­alną hy­brydę go­lia­ta i czołgu. Po­wstańcy nie zwrócili uwa­gi na wy­chodzący z po­jazdu i biegnący w stronę sta­no­wisk nie­miec­kich przewód, za to ze środ­ka po­jazdu na­gle wy­sko­czyła załoga, która scho­wała się "w jed­nym z czołgów". Samo zdo­by­wa­nie ma­szy­ny miało w so­bie coś z wyścigu, żołnie­rze, którzy "do­pa­dli" jej jako pierw­si, dostąpili za­szczy­tu wy­ko­na­nia trium­fal­ne­go ob­jaz­du. Oczy­wiście nikt z to­wa­rzyszącego im tłumu nie za­uważył ciągniętego rze­ko­mo przez go­lia­ta ka­bla, który na Kilińskie­go mu­siał być już długi na bli­sko pięćset metrów. Rojeń Fa­jera nie należy jed­nak lek­ce­ważyć - być może za­ciem­nia­niu ob­ra­zu wy­da­rze­nia mógł to­wa­rzyszyć ukry­ty cel, tym bar­dziej że au­tor odsłonił się, ujaw­niając inne, dla od­mia­ny praw­dzi­we i za­ska­kująco pre­cy­zyj­ne, de­ta­le, o których później.

Tym­cza­sem w ko­lej­nej, wy­da­nej już w la­tach osiem­dzie­siątych, dużej mo­no­gra­fii An­to­ni Przy­goński po­wta­rza za Bor­kie­wi­czem kom­plet­nie zmyślony typ po­jaz­du, na­prze­mien­nie używając nie­wy­klu­czających się określeń "czołg-mina" i "czołg-pułapka", pro­po­nu­je też nową hi­po­tezę co do bez­pośred­nich przy­czyn eks­plo­zji - przy­pad­ko­we "po­ru­sze­nie", przez kogoś z obsługi, ukry­te­go me­cha­ni­zmu de­to­nującego51. Miarą nie­szkodzącego le­gen­dzie bałaga­nu jest ar­ty­kuł ze "Sto­li­cy", z sierp­nia 1982 roku, w którym dzien­ni­kar­ka, wyraźnie za­in­spi­ro­wa­na Białoszew­skim, opi­su­je zdo­by­cie "lek­kie­go, małego czołgu", w ko­lej­nych zda­niach na­zy­wając go go­lia­tem52. Naj­bar­dziej ory­gi­nal­ne, wręcz piesz­czo­tli­we określe­nie po­jaz­du ukuła we­te­ran­ka, która po­ja­wie­nie się wozu na pla­cu Zam­ko­wym wi­działa na własne oczy: "Po południu alarm: Od No­we­go Zjaz­du pod­jeżdżają trzy czołgi - na przo­dzie mała Pan­ter­ka"53. Nie­miec­ka ma­szy­na po­siadła jakąś ta­jem­niczą zdol­ność ma­sko­wa­nia swo­jej praw­dzi­wej na­tu­ry i sia­nia fak­to­gra­ficz­ne­go zamętu. Co więcej, działa ona do dziś.

Nowe przykłady po­chodzą z 2013 roku. W an­glojęzycz­nej mo­no­gra­fii po­wsta­nia, War­sza­wa 1944. Tra­gicz­ne po­wsta­nie, opo­wieść o wy­bu­chu au­tor­ka, Ale­xan­dra Ri­chie, roz­po­czy­na od opi­su wmu­ro­wa­ne­go w ścianę ka­te­dry św. Jana frag­men­tu czołgo­wej gąsie­ni­cy, "po­dzie­lo­nej na seg­men­ty jak odwłok ja­kie­goś pre­hi­sto­rycz­ne­go owa­da"54, który rze­ko­mo "ma upa­miętniać tra­ge­dię z 13 sierp­nia 1944 r., gdy Starówka zy­skała własną, współczesną wersję po­da­nia o ko­niu tro­jańskim". Nie jest to oczy­wiście praw­da, lecz ka­na­dyjską pi­sarkę uspra­wie­dli­wia skom­pli­ko­wa­na na­tu­ra nie­po­ro­zu­mie­nia, którego ofiarą padła. Na­pis na umiesz­czo­nej pod sta­lo­wy­mi ogni­wa­mi ta­bli­cy głosi, że jest to "gąsie­ni­ca nie­miec­kie­go czołgu-miny Go­liath, który pod­czas Po­wsta­nia (...) zbu­rzył część murów ka­te­dry". W rze­czy­wi­stości jest to frag­ment in­ne­go po­jaz­du tego sa­me­go typu, który eks­plo­do­wał na Kilińskie­go. Wyciąga­nie wnio­sku, że po­cho­dzi właśnie z tam­te­go, fe­ral­ne­go eg­zem­pla­rza, jest nie­uza­sad­nio­ne i moc­no nie­praw­do­po­dob­ne.

Na­to­miast Pio­tra Zy­cho­wi­cza, au­to­ra poświęco­ne­go po­wsta­niu, be­st­sel­le­ro­we­go ese­ju Obłęd '44, posądzić można ra­czej o prze­sad­ne de­ma­ska­tor­stwo niż mi­totwórstwo. Jed­nak i jemu udało się dołożyć ce­giełkę do gma­chu dez­in­for­ma­cji. Po­jazd na­zy­wa sa­mo­cho­dem, wpierw pan­cer­nym, po­tem - wyłado­wa­nym ma­te­riałami wy­bu­cho­wy­mi55, i nie sposób nie ulec wrażeniu, że w tej naj­now­szej wer­sji wy­da­rze­nia sprzed sie­dem­dzie­sięciu lat po­brzmie­wają echa współcze­snych za­machów ter­ro­ry­stycz­nych.

Po­mi­mo upływu lat i (nie­mal całko­wi­te­go) roz­wiąza­nia za­gad­ki typu po­jaz­du i przy­czyn eks­plo­zji określe­nie "czołg-pułapka", mimo że z na­uko­we­go punk­tu wi­dze­nia błędne, jest ciągle w użyciu, i to nie tyl­ko na płasz­czyźnie po­li­tycz­ne­go mitu, ale i nar­ra­cji hi­sto­rycz­nej. Taki właśnie tytuł nosi poświęcone tra­ge­dii hasło w En­cy­klo­pe­dii Po­wsta­nia War­szaw­skie­go, które da­lej zwięźle i bez błędów wyjaśnia sprawę56, w po­dob­nym kon­tekście na­zwa ta umiesz­czo­na jest w ty­tu­le ni­niej­szej pra­cy. Go­rzej, że wciąż zda­rza się jej po­ja­wić bez żad­ne­go ko­men­ta­rza, anon­so­wać fałszywą wersję wy­da­rzeń, i że przy­tra­fić się to może w książce sy­gno­wa­nej przez nie­kwe­stio­no­wa­ne au­to­ry­te­ty. W wy­da­nym w 2008 roku przez Władysława Bar­to­szew­skie­go Po­wsta­niu War­szaw­skim przed­sta­wio­na zo­stała mi­to­lo­gicz­na wer­sja wy­da­rzeń57, nieróżniąca się, poza szczegółami, od tej za­pre­zen­to­wa­nej w 209. nu­me­rze "Ga­ze­ty Lu­do­wej". Pro­fe­sor, praw­do­po­dob­nie przez nie­do­pa­trze­nie wy­mu­szo­ne tem­pem przy­go­to­wa­nia pu­bli­ka­cji, prze­oczył wy­ni­ki po­czy­nio­nych w ostat­nich de­ka­dach badań. Tym sa­mym tłuma­czyć trze­ba treść in­for­ma­cji po­chodzącej z eks­po­no­wa­nych na stro­nie in­ter­ne­to­wej i na wy­sta­wie głównej Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skie­go kar­tek z ka­len­da­rza z roku 1944. Pod datą 13 sierp­nia można między in­ny­mi prze­czy­tać: "Wie­czo­rem żołnie­rze Ba­ta­lio­nu Gu­staw wpro­wa­dzają na ul. Kilińskie­go nie­miec­ki po­jazd pan­cer­ny, po­rzu­co­ny przez załogę nie­przy­ja­cie­la przy ba­ry­ka­dzie na Pod­wa­lu. Wypełnio­ny ma­te­riałem wy­bu­cho­wym po­jazd eks­plo­du­je na wy­so­kości domu nr 1. Gi­nie pra­wie 300 osób, żołnie­rze i lud­ność cy­wil­na"58. Mimo że fak­ty (poza iden­ty­fi­kacją po­wstańcze­go od­działu) w grun­cie rze­czy się zga­dzają, sens całego wy­da­rze­nia po­da­ny jest w nie­ja­sny, jeśli nie zma­ni­pu­lo­wa­ny, sposób.

4.

Pla­cyk, na którym wy­buchł po­jazd, choć znaj­du­je się w ser­cu dziel­ni­cy rze­ko­mo od­bu­do­wa­nej, nie wygląda tak jak przed sie­dem­dzie­sięciu laty. Miej­sce po wy­pa­lo­nych w po­wsta­niu i zbu­rzo­nych później ka­mie­ni­cach na Kilińskie­go zajęły mo­der­ni­stycz­ny blok miesz­kal­ny i pa­wi­lon usługo­wy, a tam, gdzie wzno­siły się fa­sa­dy pa­rzy­stej stro­ny Pod­wa­la, te­raz roz­ciąga się wy­bu­do­wa­na w pierw­szej połowie lat pięćdzie­siątych atra­pa śre­dnio­wiecz­nych miej­skich murów obron­nych. Mimo że z trzech ota­czających narożny pla­cyk pie­rzei za­cho­wała się właści­wie tyl­ko jed­na, a ulicz­ki, po­przez od­su­nięcie (lub usu­nięcie) ścian bu­dynków stra­ciły cia­sny, sta­ro­miej­ski cha­rak­ter, to zmia­ny jak na War­szawę są właści­wie nie­duże. Pa­rzystą stronę Kilińskie­go wciąż wy­ty­czają mury ofi­cy­ny od­bu­do­wa­ne­go pałacu Ra­czyńskich, a uli­ca ma ten sam prze­bieg i sze­ro­kość, co w cza­sach po­wsta­nia. Łatwo można wy­obra­zić so­bie, skąd nad­je­chał po­jazd lub jak szczel­nie kil­ku­set­oso­bo­wy tłum wypełniał wąską uliczkę. W kon­tekście lo­ka­li­zo­wa­nia wy­da­rzeń hi­sto­rycz­nych w miej­scach prak­tycz­nie dziś nie­ist­niejących, ta­kich jak Tłomac­kie czy Na­lew­ki, to i tak bar­dzo dużo. O po­wstańczej przeszłości sta­ro­miej­skie­go skrzyżowa­nia przy­po­mi­na coś jesz­cze - wyjątko­we na­gro­ma­dze­nie po­mników. Jeśli nie li­czyć ta­bli­cy poświęco­nej szpi­ta­lo­wi ba­onu "Gu­staw", to stoją tam aż trzy. Naj­bar­dziej zna­na jest wkom­po­no­wa­na w podwójną linię murów obron­nych fi­gu­ra Małego Po­wstańca, sy­gna­li­zująca mit zasługujący na ana­lizę nie mniej dogłębną niż czołg-pułapka. Nie­opo­dal, bliżej fak­tycz­ne­go miej­sca zda­rze­nia, przy chod­ni­ku uli­cy Kilińskie­go, nie­co przesłonięty przez buj­nie roz­rośnięte ozdob­ne krze­wy, stoi po­mnik upa­miętniający wy­buch i jego ofia­ry.

O trwałości mitu de­cy­du­je nie tyl­ko jego użytecz­ność i po­wab, ale również ma­te­riał, na którym za­pi­su­je się jego treść. Le­gen­dzie czołgu-pułapki poświęcono spo­ro tekstów, również na stro­nach in­ter­ne­to­wych, co naj­mniej jedną książkę i dwa fil­my do­ku­men­tal­ne, jed­nak jej funk­cjo­nującą obok praw­dy - i wbrew niej - treść wy­ku­to, a właści­wie od­la­no także w ma­te­riale może mniej atrak­cyj­nym niż pa­pier i ce­lu­lo­id, ale za to bar­dzo trwałym, w spiżu. Po­mnik, a dokład­niej umiesz­czo­ny na nim na­pis, jest ko­lej­nym do­wo­dem ma­ni­pu­la­cji, ja­kiej, naj­praw­do­po­dob­niej podświa­do­mie, pod­da­no ob­raz tego wy­da­rze­nia hi­sto­rycz­ne­go. Tek­sty omówio­ne wcześniej wyjaśniały przy­czynę wy­bu­chu, ten z mo­nu­men­tu jest pre­tek­stem do po­chy­le­nia się nad drugą naj­istot­niejszą in­for­macją, nad liczbą za­bi­tych.

Odsłonięty w 1975 roku po­mnik59 to dość re­gu­lar­nie ob­ro­bio­ny, pro­stokątny blok gra­ni­tu, na którego górnej, łagod­nie opa­dającej po­wierzch­ni umiesz­czo­ny jest spa­ty­no­wa­ny na­pis, sty­li­zo­wa­ny na odciśnięty w zie­mi ślad gąsie­ni­cy czołgu. Mówi on, że jest to "Miej­sce uświęcone krwią 500 po­wstańców, miesz­kańców Starówki, po­ległych 13.08.1944 od eks­plo­zji czołgu z podstępnie założonym ma­te­riałem wy­bu­cho­wym". Po­mi­jając pierw­szy, po­sta­wio­ny nie­for­tun­nie za­miast li­te­ry "i" prze­ci­nek, który właści­wie wy­klu­cza z gro­na ofiar cy­wi­li z in­nych dziel­nic, oko­licz­ności tra­ge­dii wyjaśnio­ne są zgod­nie z obo­wiązującą wówczas in­ter­pre­tacją. Po­zo­sta­je licz­ba ofiar - czy bliżej jej do tak zwa­nej praw­dy hi­sto­rycz­nej czy - jak większości ele­mentów tej opo­wieści - do le­gen­dy?

Ze wszyst­kich faktów, które po­padły w za­po­mnie­nie lub ce­lo­wo zmie­nio­no ich treść i sens, stra­ty, ja­kie w wy­ni­ku wy­bu­chu po­nieśli po­wstańcy i cy­wi­le, są chy­ba najłatwiej­sze do zre­kon­stru­owa­nia. Pierw­sza, omówio­na już częścio­wo li­sta ofiar po­wstała na miej­scu tra­ge­dii, dwie ko­lej­ne sporządzi­li w la­tach po­wo­jen­nych we­te­ra­ni kom­pa­nii "Har­cer­skiej" i ba­onu "Goz­da­wa". Na pod­sta­wie bi­lan­su strat spi­sa­ne­go przez dr. Morwę60 można również określić los ran­nych, prze­nie­sio­nych do po­wstańczych szpi­ta­li. Ogólna licz­ba za­bi­tych w re­jo­nie Kilińskie­go i Pod­wa­la w sierp­niu, zna­na dzięki pro­to­kołom eks­hu­ma­cyj­nym, po­ma­ga też osza­co­wać mak­sy­malną liczbę za­bi­tych w ka­ta­stro­fie.

Po­mnik ofiar czołgu-pułapki, dru­ga połowa lat sie­dem­dzie­siątych.

Ci, którzy w la­tach po­wo­jen­nych opi­sy­wa­li i roz­po­wszech­nia­li hi­sto­rię po­jaz­du i wy­bu­chu, mie­li do tych do­ku­mentów dostęp ogra­ni­czo­ny, a po­pu­la­ry­za­tor­ski cha­rak­ter tekstów nie skłaniał do wytężonych badań ar­chi­wal­nych. W pierw­szych ar­ty­kułach "Ga­ze­ty Lu­do­wej" licz­ba ofiar sza­co­wa­na była dość powściągli­we. So­snow­ska nie podała jej w ogóle, ogra­ni­czając się do la­ko­nicz­ne­go stwier­dze­nia: "zdzie­siątko­wa­no nas strasz­nie"61. Au­tor tek­stu opu­bli­ko­wa­ne­go w pierwszą rocz­nicę wy­da­rze­nia62, pod­pi­sujący się ini­cjałem "b", pisał o około osiem­dzie­sięciu za­bi­tych i stu pięćdzie­sięciu ran­nych. Do­wo­dzi to, że nie znał Li­sty Fręcho­wi­cza, która jesz­cze wte­dy nie­upu­blicz­nio­na, naj­praw­do­po­dob­niej wędro­wała pocztą, wysłana na początku sierp­nia 1946 roku przez pułkow­ni­ka Ra­dosława do Wy­działu In­for­ma­cji PCK63. Bez względu na zna­jo­mość list wia­do­mo było, że licz­ba ofiar mu­siała być wyższa. Opi­sa­ne wcześniej pu­bli­ka­cje osta­tecz­nie usta­liły jej liczbę na dwu­stu-trzy­stu za­bi­tych i tyle samo ran­nych, przy czym wy­da­je się, że au­to­rzy sto­so­wa­li je według własne­go uzna­nia, w zależności od oso­bi­ste­go sto­sun­ku do wy­da­rze­nia i po­wsta­nia w ogóle. Jak pokaże następny roz­dział, możliwa do usta­le­nia naj­mniej­sza licz­ba ofiar wy­bu­chu, w tym również ran­nych, którzy po­nieśli śmierć przy li­kwi­da­cji po­wstańczych szpi­ta­li po upad­ku Starówki, wy­pa­da mniej więcej w połowie powyższych sza­cunków. Mimo to, gdy na Kilińskie­go odsłonięto po­mnik, zna­lazły się na nim słowa o pięciu­set za­bi­tych. Wy­da­rzyło się to w połowie lat sie­dem­dzie­siątych, jed­nak aby do­szu­kać się ge­ne­zy tej w isto­cie sym­bo­licz­nej licz­by, trze­ba się cofnąć - naj­pierw do początku lat pięćdzie­siątych, a po­tem jesz­cze da­lej, do po­nu­re­go wie­czo­ra 13 sierp­nia 1944 roku, do chwil po wy­bu­chu.

Pierw­szych eks­hu­ma­cji ofiar do­ko­na­no wiosną i la­tem 1945 roku. Ciała, wy­do­by­te z pro­wi­zo­rycz­nych mogił przy Kilińskie­go, złożono w dużym, zbio­ro­wym gro­bie w Ogro­dzie Kra­sińskich, gdzie jesz­cze przez dwa lata ocze­ki­wały na prze­nie­sie­nie do kwa­ter po­wstańczych bu­do­wa­nych na Cmen­ta­rzu Woj­sko­wym. Mimo to w miej­scu tra­ge­dii przy­ja­cie­le i bli­scy wciąż się mo­dli­li, składa­li kwia­ty i pa­li­li zni­cze. Cen­trum za­im­pro­wi­zo­wa­ne­go miej­sca pamięci był krzyż, naj­pierw drew­nia­ny, po­tem żela­zny, wy­ko­na­ny w sierp­niu 1950 roku przez pra­cujących przy od­bu­do­wie Sta­re­go Mia­sta ślu­sa­rzy64. Wy­da­na szes­naście lat później bro­szur­ka, in­wen­ta­ry­zująca war­szaw­skie miej­sca pamięci, opi­sy­wała go następująco: "Kilińskie­go 1. Krzyż pamiątko­wy ku czci 500 osób po­ległych od wy­bu­chu bom­by ze­ga­ro­wej umiesz­czo­nej podstępnie w po­zo­sta­wio­nym przez Niemców czołgu"65. Za­tem taka, a nie inna licz­ba ofiar związała się z miej­scem pamięci już w początkach jego ist­nie­nia i trud­no było ocze­ki­wać, że pod­czas prac nad po­mni­kiem komuś przyszłoby do głowy ją sko­ry­go­wać, co ozna­czałoby również po­mniej­sze­nie ran­gi sa­me­go zda­rze­nia. Na­pis, zarówno licz­ba, jak i za­pro­po­no­wa­na in­ter­pre­ta­cja, ma nie­wie­le wspólne­go z prawdą, po­ka­zu­je za to, jak główni ini­cja­to­rzy po­wsta­nia po­mni­ka - lu­dzie, którzy w większości byli świad­ka­mi wy­bu­chu - chcie­li­by, aby był za­pa­miętany.

Przede wszyst­kim jako wiel­ka ma­sa­kra. Znów po­wra­ca wątek przytłaczającego wpływu, jaki wy­warł na świadków krwa­wy cha­rak­ter wy­pad­ku. Su­cha, uściślona licz­ba nie przy­wołuje zmul­ti­pli­ko­wa­nych set­ki razy strasz­nych, od­py­chających ob­razów oka­le­cze­nia, de­for­ma­cji i śmier­ci. Okrągłe pięćset to nie kon­kret­na in­for­ma­cja, lecz me­ta­fo­ra, ozna­czająca, że za­bi­tych i ran­nych było bar­dzo dużo, że ska­la rze­zi prze­kro­czyła możliwość sta­ty­stycz­ne­go opi­su. Idący tym tro­pem Bor­kie­wicz66 w tekście głównym podał liczbę około trzy­stu osób "ro­ze­rwa­nych" wy­bu­chem, próbując na­wet uściślić liczbę strat wśród żołnie­rzy67, jed­nak już w przy­pi­sie odesłał do re­la­cji księdza To­ma­sza Ro­stwo­row­skie­go, ka­pe­la­na ba­ta­lionów "Gu­staw" i "Wi­gry". Oj­ciec To­masz (taki pseu­do­nim nosił w po­wsta­niu) był, obok dok­to­ra Mor­wy, ważną po­sta­cią ak­cji ra­tun­ko­wej. Po­ja­wił się na uli­cy w chwilę po wy­bu­chu i choć sam kon­tu­zjo­wa­ny, udzie­lał ran­nym i umie­rającym roz­grze­sze­nia in ar­ti­cu­lo mor­tis. Przez kil­ka go­dzin krążył wśród cier­piących, prze­rażonych, ko­nających lu­dzi, za­pew­ne nie odróżniał ran­nych śmier­tel­nie od tych "je­dy­nie" ciężko, których po ope­ra­cjach i am­pu­ta­cjach można było ura­to­wać. Nie mógł roz­po­znać wszyst­kich twa­rzy i lu­dzi, praw­do­po­dob­nie za­pa­miętał, że było ich przytłaczająco dużo. Według jego wspo­mnień, licz­ba ofiar wy­niosła co naj­mniej pięćset osób za­bi­tych i trzy­sta ran­nych. Wpływ wi­do­ku uli­cy na pamięć świadków jesz­cze le­piej ob­ra­zu­je re­la­cja in­ne­go we­te­ra­na. Ma­ciej Na­sie­row­ski, ps. "Brzo­za", w po­wsta­niu dzie­więtna­sto­let­ni pod­ofi­cer kom­pa­nii "Har­cer­skiej", w wy­wia­dzie udzie­lo­nym sześćdzie­siąt dwa lata później wspo­mi­nał: "Po 13 sierp­nia (...) było wie­lu ran­nych, zginęło bar­dzo wie­lu lu­dzi. Stra­ty wy­no­siły rząd kil­ku tysięcy. Może nie wie­lu tysięcy, ale na pew­no około czte­ry­stu osób zginęło"68. W jego re­la­cji (w której po­jazd funk­cjo­nu­je pod nazwą go­liat) współist­nieją dwie licz­by - dru­ga, prze­czy­ta­na lub zasłysza­na, choć i tak zawyżona, od­no­si się do da­nych obiek­tyw­nych, pierw­sza, fan­ta­stycz­na ni­czym roz­mach rze­zi - do własnych wspo­mnień i jako taka też jest w jakiś sposób au­ten­tycz­na. Trud­no nie ulec wrażeniu, że Na­sie­row­ski bar­dziej ufa swo­jej pamięci, liczbę kil­ku­set po­da­je je­dy­nie przez uczci­wość, niechętnie, prze­ko­na­ny, że z za­cho­wa­nym w jego głowie ob­ra­zem bar­dziej zga­dza się rząd tysiąca. Umiesz­czo­ne na po­mni­ku pięćset, a więc już owe­go tysiąca pół, to wy­nik po­dob­ne­go kom­pro­mi­su, za­war­te­go pomiędzy w miarę obiek­tyw­ny­mi usta­le­nia­mi ba­da­czy a ob­ra­zem wy­da­rze­nia za­pa­mięta­nym przez we­te­ranów. Kom­pro­mi­sy, szczególnie te za­wie­ra­ne z przy­mu­su, rzad­ko za­do­wa­lają obie stro­ny. Dla hi­sto­ryków, którym zależy na rze­tel­nym wyjaśnie­niu spra­wy, sztucz­ne powiększa­nie roz­miarów tra­ge­dii, a następnie utrwa­la­nie jej w for­mie prak­tycz­nie wy­klu­czającej jakąkol­wiek ko­rektę jest trud­ne do za­ak­cep­to­wa­nia. Mo­nu­ment zmie­nia za­tem swoją funkcję - z upa­miętnie­nia tra­ge­dii sta­je się po­mni­kiem jej mitu, określa­nie go tym mia­nem w ja­kimś stop­niu blo­ku­je jego dez­in­for­mujący wpływ. Ale ze zbyt małej licz­by ofiar nie są też, i już wte­dy za­pew­ne za­do­wo­le­ni nie byli, zwo­len­ni­cy teo­rii spi­sko­wej. Na szczęście dla nich mit jest nie­za­leżny od sta­ty­sty­ki. Tak jak na za­po­mnie­nie ska­za­na zo­stała nie­wy­god­na teo­ria o podwójnym dnie i bom­bie ze­ga­ro­wej, tak kon­kretną liczbę ofiar dało się zastąpić określe­niem bar­dziej su­ge­styw­nym, a jed­no­cześnie trud­niej­szym do za­kwe­stio­no­wa­nia, wy­my­kającym się obiek­tyw­nej ewa­lu­acji. Wy­buch zaczął być wkrótce określany mia­nem "najbar­dziej wstrząsającej tra­ge­dii cza­su Po­wsta­nia69, jed­nym z naj­tra­gicz­niej­szych epi­zodów Po­wsta­nia War­szaw­skie­go"70, a dzień, w którym miał miej­sce - "jed­nym z naj­tra­gicz­niej­szych dni na Sta­rym Mieście"71.