Tajemnice zamku Udolpho - Ann Radcliffe

Kup ebooka

70.00 zł
58.10 zł (57,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

...dom jest przecie miejscem

Miłości, wesołości, pokoju, dostatku,

Gdzie, wzajem się wspierając, godni przyjaciele

I drodzy krewni w szczęśliwości żyją1.

Na uroczych brzegach Garonny, w prowincji Gaskonii, stał w roku 1584 chateau2 pana St. Aubert. Z okien chateau widać było sielskie krajobrazy Guyenny i Gaskonii, ciągnące się wzdłuż rzeki i urozmaicone bujnymi lasami, winnicami i plantacjami oliwek. Ku południowi widok zamykały majestatyczne Pireneje, których szczyty - to spowite w chmurach, to znów ukazujące w pełni swe straszliwe kształty, raz widoczne, a raz zasłonięte, w miarę jak przeciągały poszarpane mgły - były miejscami nagie i lśniły w błękicie, a gdzie indziej jeżyły się lasami ponurej sosny, które opadały w dół, aż do ich podnóży. Z tymi groźnymi przepaściami kontrastowała łagodna zieleń pastwisk i lasów biegnących skrajem, i oko, zmierzywszy strome skały w górze, z rozkoszą spoczywało na rozrzuconych wśród niej stadach bydła i owiec i prostych chatach wieśniaczych. Ku północy i wschodowi ciągnęły się, ginąc w mglistej dali równiny Guyenny i Langwedocji, od zachodu Gaskonię obrzeżały wody Zatoki Biskajskiej.

Pan St. Aubert bardzo lubił spacerować z żoną i córką brzegami Garonny i nasłuchiwać muzyki jej fal. Znał on życie nie tylko od strony tej sielskiej prostoty, bywał bowiem w wesołym i gwarnym świecie, ale pochlebny obraz ludzkości, jaki nakreślił sobie w duchu za młodu, skorygowały aż nazbyt boleśnie późniejsze doświadczenia. Jednakże pośród tych zmiennych poglądów na życie zachował zasady niewzruszone i niezmrożoną życzliwość, toteż wycofał się z gwarnego życia "z politowaniem bardziej niż gniewnie"3 i przeniósł na łono przyrody, aby tam zażywać czystych rozkoszy literatury oraz uprawiać cnoty rodzinne.

Pochodził z młodszej gałęzi znakomitego rodu i planowano, że uzupełni braki majątkowe jakimś świetnym związkiem albo sukcesem w zawiłej karierze urzędniczej. Ale St. Aubert miał zbyt subtelne poczucie honoru, by spełnić tę drugą nadzieję, i nazbyt mało fałszywej ambicji, żeby poświęcać to, co nazywał szczęściem, dla zdobycia bogactw. Po śmierci ojca poślubił bardzo miłą kobietę, równą mu urodzeniem i nieprzewyższającą go majątkowo. Hojność czy też ekstrawagancje świętej pamięci St. Auberta tak bardzo powikłały jego sprawy, że syn uznał za konieczne pozbyć się części rodzinnych włości i kilka lat po ślubie sprzedał ją panu Quesnel, bratu swej żony, a sam przeniósł się do niewielkiego folwarku w Gaskonii.

Do tego miejsca był przywiązany od dzieciństwa. Często robił tu wyprawy jako chłopiec, a późniejsze wydarzenia nie zatarły w jego sercu miłego uczucia, jakie wywoływała w nim uprzejmość siwowłosego wieśniaka, który zarządzał folwarkiem, i wspomnienia smakowitych owoców i śmietanki. Zielone łąki, po których tak często hasał, ciesząc się zdrowiem i młodzieńczą swobodą - lasy, w których odświeżającym cieniu po raz pierwszy popadł w melancholijną zadumę, jaka później miała się stać jedną z silniejszych cech jego charakteru - dzikie ścieżki górskie, rzeka, na której falach pływał, oraz dalekie równiny, które w jego ówczesnym mniemaniu były niezmierzone - wszystko to zawsze wspominał z uniesieniem i tęsknotą. W końcu odseparował się od świata i zamieszkał tam, realizując wieloletnie pragnienia.

Dom, który tam stał wówczas, był przeznaczony do użytkowania tylko latem i zaciekawiał obcych swą schludną prostotą lub pięknem otoczenia, wymagał jednak poważnej rozbudowy, by móc się stać wygodną rezydencją. St. Aubert czuł swoiste przywiązanie do każdej cząstki budowli, którą pamiętał jeszcze z lat dziecinnych, i nie zniósłby, gdyby z niej usunięto choćby jeden kamień, toteż nowy budynek, przystosowany do stylu dawnego, utworzył wraz z nim prostą i elegancką rezydencję. Smak pani St. Aubert przejawił się w wewnętrznym wyposażeniu chateau, gdzie w meblach i nielicznych ornamentach dawało się zauważyć tę samą czystą prostotę, która charakteryzowała zwyczaje mieszkańców.

Biblioteka zajmowała zachodnią stronę chateau i była wzbogacona kolekcją najlepszych książek w językach starożytnych i nowożytnych. Pokój ten wychodził na lasek rosnący na szczycie łagodnego stoku, który opadał ku rzece, i wysokie drzewa napełniały pomieszczenie melancholijnym i przyjemnym cieniem, a z okien, pod rozpostartymi szeroko gałęziami, widać było pogodny i urozmaicony krajobraz, obrzeżony z lewa śmiałymi urwiskami Pirenejów. Do biblioteki przylegała oranżeria wypełniona rzadkimi i pięknymi roślinami, gdyż jedną z ulubionych rozrywek St. Auberta były studia botaniczne i często spędzał całe dnie wśród pobliskich gór, które stanowiły istny raj dla przyrodnika. Czasami towarzyszyła mu w tych niedalekich wycieczkach pani St. Aubert, a często córka. Z koszykiem wiklinowym na rośliny, a drugim z wiktuałami, jakich próżno by szukać w pasterskim szałasie, wędrowali wówczas wśród romantycznej i wspaniałej scenerii, gdzie żadne uroki skromniejszych tworów Natury nie przeszkadzały im oglądać jej zdumiewających dzieł. Kiedy zmęczyli się włóczęgą po skałach dostępnych tylko takim jak oni zapaleńcom i gdzie niczyje nogi, prócz koziczych, nie deptały roślinności, wówczas wyszukiwali jedną z zielonych kotlinek, które tak pięknie zdobią łono tych gór, i tam, w cieniu modrzewia lub cedru, spożywali skromny posiłek osłodzony wodą z chłodnego strumienia ślizgającego się po murawie oraz zapachem dzikich kwiatów i aromatycznych ziół obrzeżających skały i przemieszanych z trawą.

Po wschodniej stronie oranżerii był pokój z widokiem na równiny Langwedocji, który Emilia zwała swoim, a gdzie mieściły się jej książki, rysunki, instrumenty muzyczne i kilka ulubionych ptaków i roślin. Tutaj zwykle wprawiała się w sztukach pięknych, którym oddawała się tylko dlatego, że odpowiadały jej zamiłowaniom, gdyż wrodzony talent, wspomagany pouczeniami pani i pana St. Aubert, uczynił ją wcześnie biegłą owych sztuk znawczynią. Okna tego pokoju były szczególnie ładne - sięgały podłogi i wychodziły na trawnik otaczający dom. Stąd, między kępami migdałów, palm, jesionów i mirtu, wzrok biegł ku dalekiemu krajobrazowi, przez który wiła się wstęga Garonny.

Często wieczorami widywało się mieszkańców tego łagodnego klimatu, którzy po ukończeniu dziennej pracy tańczyli grupkami na brzegach rzeki. Skoczne melodie, wymyślne figury ich tańców, gustowny i pełen fantazji sposób noszenia się dziewcząt w ich prostych strojach - wszystko to składało się na prawdziwie francuski charakter tej sceny.

Front chateau, który znajdując się od południa, zwrócony był ku górom w całej ich okazałości, zajmowała prosta sień i dwa wspaniałe salony. Na pierwszym piętrze, dom bowiem nie miał drugiego, mieściły się same sypialnie z wyjątkiem pomieszczenia, które miało drzwi prowadzące na balkon i było zwykle używane jako pokój śniadaniowy.

Na otaczającym chateau terenie St. Aubert poczynił nader gustowne ulepszenia4, jednakże był tak bardzo przywiązany do obiektów, które pamiętał z czasów chłopięcych, że często poświęcał dobry smak na rzecz sentymentów. Stały więc tam dwa stare modrzewie, które ocieniały dom i zasłaniały widok - St. Aubert mawiał czasem, że chybaby się rozpłakał, gdyby te drzewa ścięto. Oprócz modrzewi rósł tam zasadzony ręką St. Auberta zagajnik bukowy, sosnowy i jarzębinowy. Na wyniosłym tarasie utworzonym przez wysoki brzeg rzeki znajdowała się plantacja cytryn, pomarańczy i drzew palmowych, a ich owoce w chłodne wieczory wydawały z siebie rozkoszną woń. Z drzewami tymi było przemieszane kilka sztuk innych gatunków. Tutaj, w obszernym cieniu platana, który rozpościerał swój majestatyczny baldachim ku rzece, St. Aubert bardzo lubił siadywać w piękne letnie wieczory z żoną i dziećmi, patrząc spod listowia na zachodzące słońce, póki cienie zmierzchu nie stopiły jego barw w jedną stonowaną szarość. Tutaj też lubił czytać i rozmawiać z panią St. Aubert lub bawić się z dziećmi, poddając się wpływowi tych słodkich uczuć, które nieodmiennie towarzyszą prostocie i naturze. Często z oczyma pełnymi łez radości mawiał, że chwile te były dla niego o wiele przyjemniejsze niż jakiekolwiek spędzone w błyskotliwej i gwarnej scenerii tak poszukiwanej przez świat. Serce miał zaspokojone - nie pragnął, co bardzo rzadko można o kimś powiedzieć, niczego więcej ponad to, co miał, świadomość, że postępuje słusznie, nadawała jego obejściu taką pogodę, jakiej nic innego nie mogłoby dać człowiekowi o jego poglądach moralnych, a która pogłębiała jego wrażliwość na wszelkie doznawane dobro.

Najgłębszy zmrok nie wypędzał go spod umiłowanego platana. Ogromnie lubił tę godzinę ciszy, kiedy ostatnie blaski światła zanikają, a w przestworzach jedna po drugiej zaczynają mrugać gwiazdy i odbijają się w ciemnym zwierciadle wód. Ta pora bardziej niż wszystkie inne napełnia umysł czułą zadumą i skłania ku wzniosłej kontemplacji. Trwał tam, gdy księżyc przesiewał przez listowie swój miękki blask, i często właśnie tam mu nakrywano do wiejskiej kolacji złożonej z jagód ze śmietanką. A wtedy w nocnej ciszy rozlegała się pieśń słowika, tchnąca słodyczą i budząca melancholię.

Pierwsze zakłócenie szczęścia, jakiego zaznał St. Aubert, odkąd odseparował się od świata, spowodowała śmierć dwóch synów. Odeszli w wieku, kiedy dziecięca prostota jest tak fascynująca; i choć ze względu na rozpacz żony St. Aubert ukrywał swe cierpienie i usiłował je znosić z filozoficznym spokojem, żadna filozofia nie mogła go uczynić niewzruszonym wobec takiej straty. Teraz pozostała mu ze wszystkich dzieci tylko córka, i kiedy patrzył z trwożną czułością na jej kształtujący się charakter, usiłował niestrudzenie przeciwdziałać tym cechom usposobienia, które mogłyby później zmącić jej szczęście. Przejawiała ona w swoich wczesnych latach niepospolitą delikatność ducha, ciepłe uczucia i gotowość spełniania dobrych uczynków, ale obok tych zalet dało się w niej zauważyć nazbyt subtelną wrażliwość, aby mogła zachować trwały spokój. W miarę jak rosła, wrażliwość ta nadała jej wyraz zadumy i zrodziła delikatność, co dodało wdzięku urodzie i uczyniło z niej osobę bardzo interesującą dla ludzi o zbliżonym usposobieniu. Ale St. Aubert zbyt był rozsądny, aby przywiązywać większą wagę do uroku niż cnoty, i nazbyt bystry, by nie wiedzieć, że ów urok jest niebezpieczny dla właścicielki, i żeby go uznać za dobrodziejstwo. St. Aubert usiłował więc wzmocnić jej ducha, wyrobić w niej nawyk panowania nad sobą, nauczyć ją odrzucać pierwsze impulsy uczuć i patrzeć z chłodną badawczością na rozczarowania, jakie czasem jej umyślnie stwarzał. Kiedy pouczał ją, że ma się opierać pierwszym wrażeniom i osiągnąć ową równowagę ducha, która jest jedyną cechą, jaka może zrównoważyć namiętności i uniezależnić nas, o ile to pozostaje zgodne z naturą, od wpływu okoliczności, wówczas sam sobie udzielał lekcji hartu ducha, często bowiem musiał patrzeć z pozorną obojętnością na łzy i rozterkę, na jakie sam ją przez swą ostrożność naraził.

Zewnętrznie Emilia przypominała matkę; posiadała tę samą elegancję kształtów, tę samą delikatność rysów i takie same niebieskie oczy pełne tkliwej słodyczy. Ale oprócz urody właśnie ten zmieniający się wyraz jej twarzy, gdy konwersacja budziła w niej wznioślejsze uczucia, opromieniał ją tak ujmującym wdziękiem.

Te subtelne odcienie niebaczni pominą,

A w zakażonym kręgu świata giną5.

St. Aubert dbał skrupulatnie o kształcenie jej umysłu. Postarał się, by miała ogólne pojęcie o naukach przyrodniczych, i zapoznał dokładnie ze wszystkimi dziedzinami literatury pięknej. Nauczył ją łaciny i angielskiego głównie po to, by mogła zrozumieć wzniosłość najlepszej poezji pisanej w tych językach6. Odkryła w sobie wcześnie zamiłowanie do dzieł geniuszu, a zasadą St. Auberta, zgodną z jego skłonnościami, było zawsze popierać wszelkie niewinne środki wiodące do szczęścia.

- Umysł wykształcony - mawiał - stanowi najlepsze zabezpieczenie przed zakażeniem szaleństwem i występkiem. Umysł próżny zawsze szuka ulgi i gotów jest popaść w grzech, uciec od ospałości nieróbstwa. Napełnij go ideami, naucz przyjemności myślenia, a pokusy otaczającego świata znajdą przeciwstawienie w satysfakcji płynącej ze świata wewnętrznego. Myśl i wykształcenie są konieczne dla szczęścia zarówno w życiu na wsi, jak i w mieście; w pierwszym przypadku zapobiegają nieprzyjemnym uczuciom indolencji i stwarzają wzniosłą przyjemność w upodobaniu tego, co piękne i wspaniałe, w drugim - czynią z rozrywek rzecz mniej niezbędną i w konsekwencji mniej interesującą.

Jedną z najwcześniejszych przyjemności Emilii były wędrówki wśród piękna przyrody, nie gustowała jednak w łagodnych i barwnych krajobrazach, bardziej lubiła dzikie leśne ścieżki u podnóża góry, a jeszcze bardziej górskie kotlinki, gdzie cisza i wspaniałość samotności napełniały jej serce nabożną czcią i wznosiły myśl ku Bogu nieba i ziemi. W takich miejscach często przebywała sama, porwana ich melancholijnym urokiem7, póki ostatnie blaski dnia nie spełzły na zachodzie, a wieczornej ciszy nie przerwał samotny dzwonek owcy i dochodzące z dala szczekanie psa. Wówczas ciemność leśna, szelest liści poruszanych chwilami przez wiatr, nietoperz szybujący w mroku, światła chat, raz widoczne, to znów niknące - wszystko to pobudzało jej umysł i napełniało entuzjazmem8 i poezją.

Najbardziej lubiła spacery do domku rybackiego, który należał do St. Auberta i stał w lesistej dolince nad brzegiem rzeczki spływającej z Pirenejów, co najpierw pieniła się wśród skał, a potem wiła się spokojnie wśród cieni, które odzwierciedlały jej wody. Ponad lasami osłaniającymi tę dolinkę wznosiły się wyniosłe szczyty Pirenejów, często ukazując się wyraźnie przez przesieki w dole. Czasem widać było tylko strzaskane lico skały zwieńczone dzikimi krzakami albo szałas umieszczony na szczycie urwiska, w cieniu ciemnych cyprysów lub chwiejącego się jesionu. Wynurzająca się z głębokich zakamarków leśnych dolinka otwierała się ku odległemu krajobrazowi, gdzie bujne łąki i winne zbocza Gaskonii stopniowo opadały ku równinom, a dalej, na brzegach wijącej się wstęgi Garonny, lasy, sioła i wille o zatartych odległością konturach zlewały się w oczach w jedną barwną, harmonijną plamę.

Było to również ulubione miejsce St. Auberta, gdzie często zwykł się chronić z żoną, córką i książkami przed skwarem południa albo przychodził o wieczorze, aby powitać cichy zmierzch i słuchać pieśni słowiczej. Czasem też przychodził z własną muzyką i budził czarodziejskie echa czułymi dźwiękami swojego oboju, a często i głos Emilii czerpał słodycz z fal, na których unosił się drżąco.

Właśnie podczas jednej ze swoich wycieczek do domku rybackiego Emilia zauważyła następujące wersy spisane ołówkiem na części drewnianej okładziny:

SONET

Ołówku! Swego pana bądź wierny westchnieniom

I opowiedz Bogini tego świata czarów,

Gdy znów krok lekki zwróci w leśny parów,

Skąd jego czułe troski i skąd łzy w spojrzeniu.

Nakreśl kształt jej i oczy w duszy oświetleniu,

I słodki wyraz zadumanej twarzy,

Rozbłyskający uśmiech, wdzięk, co się w niej jarzy -

Ten portret głos kochanka zdradzi ci w milczeniu,

Powie, co czuje serce, co wyrzekłby język:

Wszak, ach! niecałe serce smutek objąć zdoła!

Często z jedwabnych liści kwiatuszka pochodzi

Trucizna, co przecina wszelkie z życiem więzy!

Lecz któż, co widzi ten uśmiech anioła,

Zląkłby się jego czaru, pomyślał, że zwodzi!9

Wiersze nie były nikomu zadedykowane, więc Emilia nie mogła ich odnieść do siebie, choć ona to niewątpliwie była nimfą owych cieni. Przetasowała w myśli niewielki krąg swoich znajomych, ale w nikim nie mogła się dopatrzyć adresatki sonetu, musiała więc trwać w niepewności; niepewności, która byłaby znacznie boleśniejsza dla kogoś o próżnym umyśle niż dla niej. Brak czasu nie pozwalał jej bowiem, aby wydarzenie to, jakkolwiek błahe, przerodziło się przez częste wspominanie w rzecz doniosłą. Odrobina próżności, jaką wywołało (ponieważ niepewność, która broniła jej mniemać, iż była natchnieniem sonetu, wzbraniała również odrzucić tę możliwość), przeminęła i Emilia wkrótce zapomniała o tym incydencie, zatopiona w książkach, nauce, wśród prac charytatywnych.

Niedługo potem przelękła się niedyspozycją ojca zaatakowanego gorączką, która acz nie została uznana za niebezpieczną, poważnie nadwątliła jego siły. Pani St. Aubert i Emilia otaczały go bezustanną tkliwością, on jednak wracał do zdrowia bardzo powoli, a tymczasem zaniemogła pani St. Aubert.

Pierwszym miejscem, jakie odwiedził, kiedy czuł się już dość dobrze, aby móc wyjść na powietrze, był jego ulubiony domek rybacki. Posłano tam kosz z prowiantem, książkami i lutnią Emilii, gdyż sprzęt rybacki na nic by mu się nie przydał, bo pan St. Aubert nigdy nie znajdował przyjemności w torturowaniu i niszczeniu żywych stworzeń.

Gdy spędził z godzinkę na zbieraniu roślin, podano obiad. Był to posiłek osłodzony wdzięcznością za to, że pan St. Aubert mógł nareszcie znów tu przybyć i że znowu w cieniu drzew uśmiechnęło się szczęście rodzinne. Pan St. Aubert rozprawiał z niezwykłą wesołością i cieszył się wszystkim wokół. Któż ze zdrowych ludzi zdoła pojąć i opisać to pierwsze spotkanie z przyrodą po chorobie, która zmuszała go do przebywania w zamkniętym pomieszczeniu. Zielone lasy i pastwiska, kwieciste łąki, błękitna czasza nieba, balsamiczne powietrze, szmer strumienia, a nawet brzęczenie owadów w cieniu, wszystko to jakby przywraca duszę życiu i samo istnienie czyni błogim.

Pani St. Aubert, ożywiona wesołością i powrotem sił męża, zapomniała o swoich własnych niedomaganiach, jakie ostatnio odczuwała, i gdy spacerowała leśnymi ścieżkami tej romantycznej dolinki i rozmawiała z nim i z córką, często spoglądała to na jedno, to na drugie z czułością, która napełniała jej oczy łzami. St. Aubert zauważył to i zganił ją łagodnie za czułostkowość, lecz ona tylko uśmiechnęła się, wzięła jego i Emilię za ręce i jeszcze bardziej płakała. St. Aubert czuł, że opanowuje go wielka, niemal aż bolesna tkliwość; jego twarz okryła się powagą i westchnął w duchu:

"Być może kiedyś będę wspominał te chwile z beznadziejnym żalem jako najszczęśliwsze w moim życiu. Ale po co je tracić na próżne przewidywania; mam nadzieję, że nie dożyję tej chwili, kiedy musiałbym opłakiwać stratę dwu droższych mi nad życie osób".

Aby rozproszyć albo jeszcze pogłębić ten nastrój zadumy, kazał Emilii przynieść lutnię, z której umiała dobywać tak wzruszające tony. Zbliżając się do domku rybackiego, Emilia ze zdziwieniem usłyszała dźwięki tego instrumentu, układające się w jakąś rzewną pieśń, której melodia pochłonęła całą jej uwagę. Słuchała w głębokim milczeniu, bojąc się ruszyć z miejsca, aby dźwięk jej kroków nie zagłuszył ani jednej nutki i nie przeszkodził grającemu. Wszystko wokół domku było nieruchome i nie widziała nikogo. Emilia słuchała dalej, póki bojaźń nie wzięła góry nad zdziwieniem i zachwytem. Bojaźń zwiększona wspomnieniem skreślonych ołówkiem wierszy, które zauważyła przedtem, toteż zawahała się, czy wrócić, czy iść dalej.

Kiedy tak stała, muzyka ucichła. Po chwilowym wahaniu Emilia zebrała całą odwagę i ruszyła naprzód, a wszedłszy nieśmiało do domku, stwierdziła, że wewnątrz nie ma nikogo! Lutnia leżała na stole, wszystko wyglądało tak jak przedtem i Emilia już zaczęła myśleć, że słyszała grę na jakimś innym instrumencie, gdy nagle przypomniała sobie, iż wychodząc z domku z rodzicami, zostawiła lutnię na ławce przy oknie. Zaniepokoiła się, nie wiedząc czemu, a melancholijny mrok wieczorny i głęboka cisza panująca wokół, przerywana tylko lekkim drżeniem liści, jeszcze zwiększyły jej dziwny lęk i Emilia chętnie umknęłaby z domku, ale nagle zrobiło jej się słabo i musiała usiąść. Kiedy usiłowała zwalczyć słabość, jej wzrok padł na skreślone ołówkiem wiersze na okładzinach ściany; drgnęła, jakby na widok kogoś obcego, lecz starając się opanować wewnętrzne drżenie, podeszła do okna. Do wierszy, które już przedtem widziała, dodano następne; występowało w nich jej imię.

Chociaż nie wątpiła, że były zaadresowane do niej, nadal nie wiedziała, kto je napisał. Gdy się nad tym zastanawiała, wydało jej się, że słyszy kroki przed domkiem, więc zatrwożona chwyciła lutnię i wybiegła. Zastała państwa St. Aubert na ścieżce wijącej się skrajem dolinki.

Wyszedłszy na zielony szczyt ocieniony palmami i górujący nad dolinami i równinami Gaskonii, usiedli na trawie i gdy zachwycali się wspaniałym widokiem i wdychali słodkie tchnienie ziół i kwiatów, które upiększały trawę, Emilia grała i śpiewała ich ulubione piosenki z delikatnością wyrazu, w której tak bardzo celowała.

Muzyka i rozmowa zatrzymały ich w tym uroczym miejscu, póki ostatnie blaski słońca nie zasnęły na równinach, a białe żagle, które przesuwały u stóp gór w miejscu, gdzie płynęła Garonna, nie poszarzały i w krajobraz nie wkradł się zmrok wieczorny. Był to zmrok melancholijny, ale nie niemiły. Wstali i opuścili to miejsce z żalem, a pani St. Aubert nie wiedziała, że opuściła je, niestety, na zawsze.

Gdy doszli do domku rybackiego, stwierdziła brak bransolety i przypomniała sobie, że zdjęła ją z ręki po obiedzie i zostawiła na stole przed udaniem się na spacer. Po długich poszukiwaniach, w których Emilia brała czynny udział, pani St. Aubert musiała pogodzić się ze stratą. Owa bransoletka była dla niej cenna ze względu na przymocowaną do niej miniaturę córki, namalowaną przed zaledwie kilku miesiącami. Kiedy Emilia przekonała się, że bransoletka naprawdę zginęła, zaczerwieniła się i zamyśliła. Że podczas ich nieobecności był w domku rybackim ktoś obcy, poznała już wcześniej po lutni i dopisanych ołówkiem wierszach - a sens tych wierszy pozwalał mniemać, że poeta, muzyk i złodziej byli tą samą osobą. Ale choć muzyka, którą słyszała, wiersze, które widziała, i zniknięcie miniatury tworzyły bardzo znamienny splot okoliczności, czuła niepohamowaną niechęć do mówienia o tym, postanowiła jednak w duchu nigdy więcej nie przychodzić do domku rybackiego bez ojca lub matki.

Wracali zamyśleni do chateau, Emilia w zadumie nad minionym wydarzeniem, St. Aubert rozpamiętując z wdzięcznością swoje szczęście, a pani St. Aubert nieco zdenerwowana i zakłopotana stratą portreciku córki. Zbliżając się do domu, zauważyli jakieś niezwykłe poruszenie, widzieli przemykającą między drzewami służbę i konie, słyszeli wyraźnie ludzkie głosy, a potem toczące się koła powozu. Kiedy w polu ich widzenia znalazł się fronton chateau, dostrzegli na małym trawniku lando z parującymi końmi. St. Aubert poznał liberię swojego szwagra i wszedłszy do salonu, zastał w nim państwa Quesnel. Przed kilkoma dniami opuścili oni Paryż i właśnie byli w drodze do swego majątku, oddalonego zaledwie o dziesięć mil od La Vallée, który pan Quesnel nabył przed kilkoma laty od pana St. Aubert. Jegomość ten był jedynym bratem pani St. Aubert, ale ich więzi rodzinnej nigdy nie wzmacniało podobieństwo usposobień, toteż nie widywali się często. Pan Quesnel obracał się całkowicie w wielkim świecie, za cel stawiał sobie zaszczyty, gustował w przepychu, a sposób bycia i znajomość ludzkich charakterów doprowadziły go do osiągnięcia nieomal wszystkiego, do czego dążył. Nic dziwnego, że dla człowieka o takim usposobieniu zalety St. Auberta nie znaczyły nic, a jego nieskażony smak, prostota i umiarkowane pragnienia uchodziły za oznakę słabości umysłu i ograniczonych poglądów. Małżeństwo siostry z St. Aubertem było wielkim ciosem dla jego ambicji, spodziewał się bowiem, że dzięki jej związkowi łatwiej osiągnie znaczenie, którego tak pragnął, a o jej rękę starali się ludzie, których pozycja i majątek schlebiały jego największym nadziejom. Siostra jednak, poznawszy wówczas również pana St. Aubert, zrozumiała, albo tak się jej zdawało, że szczęście i przepych nie są tym samym, toteż aby osiągnąć pierwsze, nie wahała się wyrzec drugiego. Pan Quesnel natomiast gotów był poświęcić spokój siostry dla zaspokojenia własnych ambicji; toteż gdy wyszła za pana St. Auberta, nazwał jej czyn bezdusznym, a o jej małżeństwie wyraził się z pogardą. Pani St. Aubert, chociaż ukryła przed mężem tę obelgę, odczuła być może po raz pierwszy płomień oburzenia w sercu i chociaż poczucie własnej godności kazało jej to oburzenie ukryć, zachowywała się wobec pana Quesnel od tej pory z leciutką rezerwą, którą on rozumiał i odczuwał.

O ile chodzi o małżeństwo, nie poszedł za przykładem siostry. Pojął za żonę Włoszkę, majętną z domu, a z charakteru i wychowania kobietę próżną i frywolną.

Państwo Quesnel postanowili zanocować w La Vallée, a że chateau był za mały, aby móc pomieścić ich służbę, rozlokowano ją w pobliskiej wsi. Kiedy wymieniono wstępne komplementy i załatwiono sprawy noclegu, pan Quesnel zaczął się popisywać swymi wiadomościami i koneksjami, a St. Aubert, który dość długo przebywał w odosobnieniu, aby móc uznać te tematy za interesujące ze względu na ich nowość, słuchał cierpliwie i z uwagą, co jego gość mylnie rozumiał jako pokorne zdumienie. Pan Quesnel opisał kilka uroczystości na dworze Henryka III10, na jakie owe burzliwe czasy zezwalały, a uczynił to bardzo drobiazgowo, rekompensując nieco swą ostentacyjność; lecz kiedy zaczął mówić o charakterze księcia de Joyeuse, tajnym traktacie, który miał być omawiany z Portą Otomańską, oraz duchu, w jakim Henryk z Navarry został przyjęty u dworu, St. Aubert dostatecznie się przekonał w oparciu o swoje dawne doświadczenia, że jego gość może należeć jedynie do pomniejszych polityków, sądząc zaś z wagi poruszonych spraw nie ma aż tak wielkiego znaczenia w świecie politycznym, jak utrzymuje. St. Aubert nie chciał też polemizować z poglądami pana Quesnel, wiedząc, że jego gość nie jest dostatecznie ludzki, aby odczuwać, ani dość bystry, aby pojmować, co jest słuszne.

Pani Quesnel tymczasem wyraziła zdziwienie, że pani St. Aubert może żyć w takim odległym zakątku, jak się wyraziła, i opowiadała, być może, aby wywołać jej zazdrość, o wspaniałych balach, bankietach i pochodach urządzanych ostatnio na cześć zaślubin księcia de Joyeuse i Małgorzaty Lotaryńskiej, siostry królowej. Opowiedziała z takimi samymi szczegółami o uroczystościach, które oglądała, jak i o tych, na które jej nie zaproszono, a żywa wyobraźnia Emilii, przysłuchującej się z młodzieńczą ciekawością, dodała jeszcze większego blasku opisywanym scenom; zaś pani St. Aubert, patrząc na swoją rodzinę ze łzą w oku, pomyślała, że choć przepych może przydać szczęściu blasku, to jednak ono samo wypływa tylko z cnoty.

- Minęło już dwanaście lat, St. Aubert - rzekł pan Quesnel - odkąd nabyłem twój majątek rodzinny.

- Mniej więcej tyle - odparł St. Aubert, tłumiąc westchnienie.

- Blisko pięć lat tam nie byłem - podjął Quesnel - bo Paryż i jego okolice są jedynym miejscem na tym świecie, gdzie można mieszkać, a w dodatku jestem tak bardzo pochłonięty polityką, mam na głowie tyle ważnych spraw, że trudno mi się stamtąd wyrwać choćby na miesiąc lub dwa. - Ponieważ St. Aubert nie powiedział nic, pan Quesnel ciągnął: - Czasami się zastanawiam, jak ty, który mieszkałeś w stolicy i byłeś przyzwyczajony do towarzystwa, możesz żyć gdzie indziej, zwłaszcza w takiej odległej okolicy, gdzie nic nie słyszysz i nie widzisz, i krótko mówiąc, nie wiesz nic o życiu.

- Żyję dla rodziny i siebie samego - rzekł St. Aubert - i wystarcza mi obecnie to, że znam szczęście, kiedyś znałem życie.

- Zamierzam wydać jakieś trzydzieści, czterdzieści tysięcy liwrów11 na ulepszenia - powiedział pan Quesnel, jakby nie słysząc słów St. Auberta - chcę bowiem na przyszłe lato zaprosić tu moich przyjaciół, księcia de Durefort i markiza Ramonta, aby spędzili ze mną parę miesięcy. - Na pytanie St. Auberta, jakie będą owe planowane ulepszenia, odparł, że chce zburzyć całe wschodnie skrzydło chateau i zbudować na tym miejscu stajnie. - Następnie zbuduję salle a manger, salon, salle au commune12, a także szereg pomieszczeń dla służby, bo teraz nie ma tam miejsca nawet dla jednej trzeciej moich ludzi.

- Kiedyś mieściła się tam cała służba mego ojca - rzekł St. Aubert zasmucony, że stary dwór ma zostać tak unowocześniony - a była dość liczna.

- Nasze poglądy nieco zmieniły się od tamtej pory - odparł pan Quesnel - to, co wówczas uchodziło za całkiem przyzwoity styl życia, teraz byłoby nie do zniesienia. - Nawet spokojny St. Aubert pokraśniał na te słowa, ale jego gniew ustąpił niebawem przed pogardą. - Teren wokół chateau jest zarośnięty drzewami, zamierzam niektóre z nich wyciąć.

- Wyciąć drzewa! - wykrzyknął St. Aubert.

- Oczywiście. Czemu nie? Zasłaniają mi widoki. Rośnie tam kasztan, który zasłania konarami całą południową część chateau, a jest tak stary, że podobno w jego wypróchniałym pniu mogłoby się zmieścić tuzin ludzi. Sam musisz przyznać, że nie ma żadnego pożytku ani nic pięknego w takim starym, pozbawionym soków drzewie.

- Boże wielki! - wykrzyknął St. Aubert - z pewnością oszczędzisz to sędziwe drzewo rosnące od wieków, chlubę całego majątku! Było już duże, gdy budowano obecny dwór. Ileż to razy w młodości wspinałem się na nie i siadałem ukryty wśród liści; dudniła o nie ulewa, a mnie nie dosięgała ani jedna kropla! Ileż razy siadywałem z książką w ręku, czasem czytając, a czasem podziwiając spomiędzy gałęzi rozległy krajobraz i zachód słońca aż do zmierzchu, który sprowadzał ptaki do gniazd w jego koronie! Ileż razy... Ale wybacz - dodał St. Aubert, przypomniawszy sobie, że mówi do człowieka, który sam nie żywi podobnych uczuć ani nie rozumie, że mogą je mieć inni - mówię o czasach i uczuciach tak staromodnych jak gusta, które mogłyby oszczędzić to czcigodne drzewo.

- Zostanie z całą pewnością ścięte - powiedział pan Quesnel. - Zasadzę chyba kilka topoli lombardzkich między kępami kasztanów, które zostawię wzdłuż alei. Żona ma sentyment do topoli i mówi, że bardzo zdobią willę jej wuja w pobliżu Wenecji.

- Nad brzegami Brenty - rzekł St. Aubert - gdzie rośnie między sosnami i cyprysami, gdzie wystrzela nad lekkie i eleganckie portyki i kolumnady, topola stanowczo jest ozdobą, ale wśród leśnych olbrzymów, a w dodatku koło masywnego gotyckiego dworu...

- Drogi panie - przerwał mu pan Quesnel - nie będę się z tobą spierał. Żebyśmy się mogli zgodzić, musiałbyś wpierw wrócić do Paryża. Ale a propos Wenecji, zamierzam tam się wybrać w przyszłym roku; być może obejmę tam w posiadanie pewną willę, która podobno jest tak urocza, że trudno sobie wyobrazić. W takim razie odłożyłbym sprawę ulepszeń, o których wspomniałem, na następny rok i niewykluczone, że zechciałbym pozostać jakiś czas w Italii.

Emilia zdziwiła się bardzo, że chciałby pozostać za granicą, słyszała bowiem, jak mówił, iż jego obecność w Paryżu jest nieodzowna i trudno mu się stamtąd wyrwać bodaj na parę miesięcy; ale St. Aubert zbyt dobrze rozumiał jego zarozumiałość, aby się temu dziwić, a możliwość odłożenia projektowanych ulepszeń wzbudziła w nim nadzieję, że może nigdy nie zostaną dokonane.

Przed rozstaniem się na noc pan Quesnel zapragnął porozmawiać z panem St. Aubert na osobności i wyszli do innego pokoju, gdzie pozostawali dość długo. Na jaki temat rozmawiali, nie wiadomo, ale po powrocie do pokoju stołowego St. Aubert wydawał się poruszony i czasem twarz jego pokrywał cień smutku, co zaniepokoiło panią St. Aubert. Kiedy zostali sami, miała ochotę zapytać, co jest powodem owego smutku, lecz wstrzymywała ją delikatność, jaka zawsze przejawiała się w zachowaniu męża. Pomyślała, że gdyby St. Aubert pragnął ją zaznajomić z przedmiotem swojej troski, nie czekałby, aż ona go o to poprosi.

Następnego dnia, przed odjazdem, pan Quesnel odbył jeszcze jedną konferencję z St. Aubertem.

Po obiedzie, o chłodniejszej porze dnia, goście wyruszyli do Epourville, wymógłszy przedtem od państwa St. Aubert obietnicę rychłych odwiedzin, co było podyktowane raczej chęcią popisania się otaczającym ich zbytkiem niźli pragnieniem sprawienia przyjaciołom przyjemności.

Emilia z radością powitała swobodę, ograniczoną obecnością gości, i powróciła do swoich książek, spacerów i poważnych rozmów z rodzicami, którzy zdawali się nie mniej cieszyć, że uwolnili się od kajdan, jakie narzuca frywolność i arogancja.

Pani St. Aubert wymówiła się od wieczornego spaceru, tłumacząc się złym samopoczuciem, i St. Aubert z Emilią poszli sami.

Wybrali spacer ku górom, zamierzając odwiedzić po drodze kilku staruszków, podopiecznych St. Auberta, których on ze swych bardzo skromnych dochodów utrzymywał, na co zapewne pana Quesnel, z jego bardzo dużymi dochodami, nie było stać.

St. Aubert rozdał podopiecznym ich tygodniowe zasiłki, wysłuchał cierpliwie skarg jednych, a wynagrodził krzywdy drugich, i wszystkich podniósł na duchu wyrazami współczucia i dobrotliwym uśmiechem. Powrócili do domu przez las,

...gdzie

Po zmierzchu ludek baśniowy się zbiera,

By pośród zabaw, pląsów i gier spędzić

Letnią noc, jak to wieść gminna poda je13.

- Zawsze lubiłem wieczorną ciemność lasu - rzekł St. Aubert, doświadczając teraz tego słodkiego spokoju ducha, który płynie ze świadomości spełnienia dobrego uczynku i usposabia umysł do czerpania przyjemności ze wszystkich otaczających rzeczy. - Pamiętam, że w młodości ten mrok wywoływał w mojej wyobraźni tysiące czarodziejskich wizji i romantycznych obrazów; przyznam, że jeszcze odczuwam ów zapał, który budzi marzenia poetyckie: potrafię kroczyć wolno w gęstym cieniu, wpatrywać się w dal, gdy mrok wszystko przekształca, i z przejmującą rozkoszą nasłuchiwać mistycznego szmeru drzew.

- O, mój drogi ojcze! - wykrzyknęła Emilia ze łzą w oku. - Jak dokładnie określiłeś to, co tak często odczuwałam, i zdawało mi się, że nikt inny prócz mnie tego nie odczuwa! Ale sza! Słyszysz, jak zaszumiały wierzchołki drzew? A teraz znów ucichły. Jakże uroczysta jest ta cisza, która teraz nastała! Znowu zrywa się powiew. Jakby był głosem jakiejś nadnaturalnej istoty... Głosem ducha lasów, który ich strzeże nocą. A cóż to za światełko? Już znikło. A teraz znowu błyszczy koło korzenia tego wielkiego kasztana... Spójrz, ojcze!

- Czyżbyś ty, wielka miłośniczka przyrody, tak mało o niej wiedziała, żeby nie poznać robaczka świętojańskiego? Ale chodź - dodał wesoło - podejdźmy bliżej, a może zobaczymy wróżki, bo te stworzenia często sobie towarzyszą. Robaczek świętojański użycza im światła, a one odwdzięczają mu się muzyką i tańcami. Nic tam nie dostrzegasz?

Emilia roześmiała się.

- Mój kochany ojcze - powiedziała - skoro twierdzisz, że jest między nimi taki związek, to muszę rzec, że cię uprzedziłam, i mogłabym na dowód przytoczyć kilka wierszy, które ułożyłam pewnego wieczoru w tym tu lesie.

- Dobrze - odparł St. Aubert - a więc przytocz. Posłucham, do jakiej to fantazji zdolny jest twój umysł. Jeżeli natura obdarzyła cię jednym ze swych czarów, nie potrzebujesz zazdrościć go wróżkom.

- Jeżeli jest dość silny, aby urzec ciebie - rzekła Emilia - nie potrzebuję im wcale zazdrościć. Wiersze mają dość swobodną miarę; uznałam ją za właściwą dla tego tematu, ale obawiam się, że jest zbyt swobodna.

ROBACZEK ŚWIĘTOJAŃSKI14

Jak miły jest cienisty gąszcz zielonych lasów

Wieczorem w pełni lata, gdy deszcz właśnie przeszedł,

Kiedy żółte promienie na polanach już gasną,

A jaskółki tną szybko przejrzyste powietrze.

Lecz milej, milej jeszcze, gdy zapada słońce

I zmierzch idzie, z wróżkami wędrować daleko,

Tańcząc po leśnych ścieżkach, gdzie kwiaty rosnące

Nie chylą nawet główek pod igraszką lekką.

Przetańczą tak godzinę pod muzyki ton znany,

Aż księżycowe światło przemknie w dół przez liście,

Tnąc ziemię w szachownicę, i wiodą je do altany

Odwiedzanej od dawna, gdzie słowik żali się perliście.

Nie tańczą już, dopóki nie skończy smutnej pieśni,

Lecz ciche jak noc słuchają skargi słowika.

Często, gdy dźwięk gasnący litość w nich wykrzesi,

Ślubują ptasich schowków bronić od śmiertelnika.

Gdy w dole pośród gór wieczorna gwiazda tonie,

A zmienny księżyc już opuści obszar cienia,

Jak smutne, choć to wróżki, byłyby, gdybym do nich

Nie zbliżył się i bladym światełkiem nie promieniał.

A przecie, chociaż smutne, mą miłość lekceważą,

Bo gdy przez noc zaskoczonym chcę zająć się wędrowcem,

Przez las go przeprowadzić na jego drodze się żarząc,

Magicznym zaklęciem mnie wiążą, bym wiódł go na manowce.

I w bagnisku zostawił, aż wypalą się gwiazdki,

Gdy one w dziwnych postaciach harcują ponad ziemią

I w borach dalekich podnoszą ponure wrzaski,

Aż kurczę się w mojej komórce w okropnym przerażeniu.

Lecz oto maleńkich elfów taneczny pochód sunie

Z tamburynem dźwięczącym i piszczałką wesołą,

I z rożkiem, i z bębenkiem, i z lutnią o słodkiej strunie.

By aż do świtu okrążać ogromny dąb wokoło.

Na polance dwoje kochanków chce umknąć królowej wieszczek,

Którą zaklęcia ich złoszczą, a mnie zazdrości daru,

Że mogłem im wczoraj przyświecać, by w trawie zroszonej deszczem

Znaleźli kwiat o soku uwalniającym od czarów.

Teraz więc trzyma kapelę z dala, by mnie ukarać:

Wesołą piszczałkę, tamburyn, rożek i słodką lutnię,

Gdy pod dąb się zakradnę, skinie pałeczką zaraz

I kończy się dla mnie taniec, muzyka milknie smutnie.

O, gdybym, gdybym miał ów kwiat, który jej czary niweczy,

I umiał z liści ściągnąć sok, aby nim prysnąć w górze,

Nie byłbym jej niewolnikiem, wędrowców miał w swej pieczy,

Kochankom bym pomagał i nie bał się wcale wróżek15.

Lecz wkrótce opar lasów już przestanie mamić

I zblednie zmienny księżyc, i znikną gwiazdy w cieniach,

A one będą smutne, chociaż są wróżkami,

Bo ja swym bladym światłem nie będę promieniał.

Cokolwiek St. Aubert myślał o tych strofach, nie szczędził córce pochwał, a potem zamyślił się i szli dalej w milczeniu.

Słaby, błędny ognik

Z niedoskonałej powierzchni wyzierał

I pół obrazu rzucał w natężony wzrok,

Gdy falujące lasy, wsie, strumienie,

Skały i szczyty gór, utrzymujące długo

Niknący blask, zlały się w płynny widok

Niepewny, jeśli nawet dostrzegalny16.

St. Aubert milczał przez resztę drogi do chateau, gdzie tymczasem jego żona udała się na spoczynek do swego pokoju. Słabość i przygnębienie, które ostatnio odczuwała, a które wysiłek podjęty z powodu przybycia gości chwilowo zawiesił, powróciły teraz ze zdwojoną mocą. Następnego dnia wystąpiły objawy gorączki, i St. Aubert, sprowadziwszy medyka, dowiedział się, że jest to choroba, z której on sam niedawno się wyleczył. Żona zaraziła się, czuwając nad nim, a miała za słaby organizm, aby natychmiast zwalczyć gorączkę przyczajoną w jej żyłach i powodującą ciężkie osłabienie. St. Aubert, pełen niepokoju o żonę, nie zważając na żadne względy, zatrzymał lekarza w domu. Przypomniały mu się uczucia i refleksje, które wywołały w nim chwilowe przygnębienie, kiedy ostatni raz wybrał się z żoną do domku rybackiego, i uznał je za przeczucie, że choroba ta będzie śmiertelna. Ale skutecznie ukrywał to przed żoną i przed córką, którą starał się podnieść na duchu nadzieją, że jej nieustanna dbałość o wygody matki nie będzie daremna. Lekarz, zapytany przez St. Auberta o diagnozę, odparł, że przebieg choroby będzie zależał od niemożliwych do przewidzenia okoliczności. Sama pani St. Aubert zdawała się mieć bardziej zdecydowany pogląd na tę sprawę, ale jedynie jej oczy dawały to do zrozumienia. Często zwracała je na swych zalęknionych przyjaciół z wyrazem żalu i tkliwości, jakby w przewidywaniu smutku, który ich czeka, i jakby zdając się mówić, że tylko ze względu na nich, na ich ból, żal jej rozstać się z życiem. Siódmego dnia nastąpił kryzys choroby. Lekarz przybrał wyraz większej powagi, co pani St. Aubert zauważyła i wykorzystała chwilę nieobecności swych bliskich w pokoju, aby mu powiedzieć, że czuje nadchodzącą śmierć.

- Nie próbuj, człowieku, mnie zwodzić - powiedziała. - Czuję, że już niedługo odejdę z tego świata. Jestem przygotowana na śmierć, długo przygotowywałam się na nią. A ponieważ dni moje są policzone, postaraj się, aby źle rozumiane współczucie nie skłoniło cię do wzbudzania w moich bliskich fałszywych nadziei. Jeśli to uczynisz, powiększysz tylko ich ból: postaram się własnym przykładem nauczyć ich godzić się z nieuchronnym losem.

Lekarz był wzruszony, obiecał jej posłuszeństwo i powiadomił St. Auberta, że nie ma żadnych nadziei. St. Aubert nie miał dość filozoficznej natury, aby pohamować swe uczucia, kiedy się o tym dowiedział, ale gdy zważył, iż jego smutek mógłby zwiększyć ból żony, zdołał po pewnym czasie opanować się w jej obecności. Emilia początkowo czuła się zdruzgotana tą wiadomością, a potem, omamiona siłą swoich pragnień, łudziła się, że może matka jeszcze ozdrowieje, i tej nadziei trzymała się uparcie aż do ostatniej chwili.

Postęp choroby zaznaczył się u pani St. Aubert cierpliwym znoszeniem bólu i ustaniem pragnień. Spokój, z jakim oczekiwała śmierci, mógł się wywodzić tylko ze świadomości, że przeszła przez życie w nieustannej, o ile ludzka słabość na to pozwalała, obecności Boga i z nadzieją życia w przyszłym świecie. Ale pobożność nie mogła całkowicie pozbawić jej żalu rozstania z tymi, których tak bardzo kochała. W czasie tych ostatnich godzin wiele rozmawiała z mężem i córką o przyszłym bycie i innych religijnych sprawach. Jej rezygnacja, a także silna nadzieja, że spotka się w przyszłym świecie z przyjaciółmi, których tu pozostawia, a czasem wyraźny wysiłek, aby ukryć żal przed tymczasowym rozstaniem, często tak bardzo wzruszały St. Auberta, że musiał wychodzić z pokoju. Wypłakawszy się na osobności, ocierał łzy i wracał, siląc się na spokój, co tylko powiększało jego smutek.

Emilia nigdy nie odczuwała wagi tych lekcji, uczących ją powściągania wrażliwości, bardziej niż w tych chwilach, i nigdy nie stosowała się do nich z większym powodzeniem. Ale gdy ostatnia z nich minęła, zaraz ugięła się pod ciężarem smutku i wtedy zrozumiała, że tym, co ją dotychczas podtrzymywało, były nadzieja i hart ducha. St. Aubert czuł się sam przez pewien czas zbyt niepocieszony, aby móc nieść pociechę córce.

ROZDZIAŁ II

Takie bym rzeczy ci opisał, których

Najmniejszy szczegół rozdarłby ci duszę [...]17.

Pani St. Aubert została pochowana na przykościelnym cmentarzu w sąsiedniej wsi; odprowadzili ją do grobu mąż i córka, a z nimi długi orszak żałobny wieśniaków, którzy opłakiwali szczerze tę wspaniałą kobietę.

Po powrocie z pogrzebu St. Aubert zamknął się w swoim pokoju. Gdy wyszedł, twarz miał pogodną, choć bladą. Wydał polecenie, aby przyszli wszyscy domownicy. Brakowało jedynie Emilii, która udała się do swojego pokoiku, aby płakać w samotności. St. Aubert poszedł tam za nią, wziął ją za rękę w milczeniu i minęło kilka chwil, zanim zdołał się dostatecznie opanować, aby móc przemówić.

- Moja Emilio - rzekł drżącym głosem - idę się modlić z wszystkimi domownikami. Chodź ze mną. Musimy prosić o pomoc z góry. Gdzież indziej mamy się o nią zwrócić... Gdzież indziej możemy ją znaleźć?

Emilia wstrzymała łzy i poszła z ojcem do salonu, gdzie St. Aubert wobec zebranej służby odczytał cichym i uroczystym głosem wieczorne modlitwy, dodając modlitwę za duszę zmarłej. Podczas tej ostatniej głos mu się załamał, łzy spadły na książkę do nabożeństwa, i w końcu umilkł. Ale wzniosłe uczucia czystego oddania dźwignęły jego myśli ponad sprawy tego świata i w końcu wlały spokój w jego serce.

Po zakończeniu nabożeństwa i odejściu służby St. Aubert czule pocałował Emilię i rzekł:

- Od najwcześniejszych lat usiłowałem cię nauczyć panowania nad sobą, zwracałem ci uwagę na ogromną doniosłość tej sztuki, gdyż nie tylko chroni ona przed rozmaitymi i niebezpiecznymi pokusami, odciągającymi nas od prawości i cnoty, ale i wyznacza granice słabościom określanym mianem cnotliwych, które, gdy im nadto pofolgować, stają się występne, bowiem ich skutkiem jest zło. Wszelki nadmiar jest zły; nawet smutek, początkowo nieszkodliwy, może się stać samolubną i niegodną namiętnością, jeżeli poddajemy mu się kosztem naszych obowiązków, a rozumiem przez to określenie obowiązki względem siebie i względem innych ludzi. Zbytnie poddawanie się żalowi osłabia ducha i niemal odbiera mu zdolność ponownego udziału w tych najrozmaitszych niewinnych radościach, które dobry Bóg uczynił słońcem życia. Moja kochana Emilio, pamiętaj i wprowadzaj w czyn nauki, których ci udzielałem, a których słuszność jakże często potwierdzało twoje własne doświadczenie.

Twój smutek jest daremny. Nie bierz tego jedynie za komunał, ale niech rozsądek powściągnie twój żal. Nie chcę niweczyć twoich uczuć, dziecko, chcę tylko, abyś nad nimi panowała; bo bez względu na to, jakie zło może wyniknąć ze zbytniej wrażliwości serca, nie można się spodziewać niczego po sercu nieczułym; taka nieczułość jest złem zupełnym - złem, którego nie złagodzi, a jego skutków nie naprawi żadne dobro. Znasz moje cierpienie, wiesz zatem, że nie są to dla mnie słowa lekkie, jakie w podobnych okazjach często bywają wypowiadane dla zniszczenia samego źródła prawych uczuć lub które są jedynie przejawem samolubnej ostentacji fałszywej filozofii. Dowiodę ci, Emilio, że postępuję zgodnie z własnymi pouczeniami. Powiedziałem to, bo nie mogę patrzeć, jak cię trawi ten daremny żal, który nie napotyka oporu w twej duszy; a powiedziałem to dopiero teraz, ponieważ istnieje okres, gdy wszelkie rozumowanie musi ustąpić miejsca naturalnemu odruchowi; ten już minął; i drugi okres, kiedy nadmierne pobłażanie, przechodząc w nałóg, zmniejsza elastyczność ducha i czyni opanowanie niemal niemożliwym; ten ma dopiero nastąpić. Dowiedź, Emilio, że chcesz się przed nim ustrzec.

Emilia uśmiechnęła się do ojca przez łzy.

- Ojcze kochany - zaczęła drżącym głosem i chciała dodać: - dowiodę, że jestem godną ciebie córką - ale zmogło ją mieszane uczucie tkliwości, wdzięczności i żalu. St. Aubert pozwolił jej płakać, a potem zaczął mówić na obojętne tematy.

Pierwszą osobą, która przyszła złożyć kondolencje panu St. Aubert, był pan Barreaux, człowiek surowy i pozornie nieczuły. Zbliżyło ich do siebie zamiłowanie do botaniki, często bowiem spotykali się podczas wędrówek po górach. Pan Barreaux odsunął się od świata i niemal całkowicie od towarzystwa, aby zamieszkać w miłym chateau na skraju lasu, koło La Vallée. On też zawiódł się na ludziach, ale nie litował się i nie płakał nad nimi jak St. Aubert; raczej oburzał się ich występkami, niż współczuł ich słabościom.

St. Auberta zdziwiły nieco jego odwiedziny, bo chociaż często zapraszał go do siebie, pan Barreaux zawsze się wymawiał; a teraz przyszedł bez żadnych ceremonii i zachowywał się bez rezerwy, wchodząc do salonu jak stary przyjaciel. Nieszczęście widać zmiękczyło całą szorstkość i nieprzychylność jego serca. Zdawało się, że myślał tylko o jednym - o nieszczęściu St. Auberta. Współczucie dla przyjaciół widoczne było bardziej w jego zachowaniu niż w słowach; niewiele mówił o przedmiocie ich żalu, ale uwaga, z jaką ich słuchał, modulowany ton głosu i łagodny wyraz oczu płynęły z serca i przemawiały do ich serc.

W tym smutnym okresie odwiedziła St. Auberta również i pani Cheron, jedyna żyjąca siostra, która od kilku lat była wdową i obecnie mieszkała w swoim majątku koło Tuluzy. Nie widywali się jednak często. W jej kondolencjach nie brakowało słów; pani Cheron nie rozumiała magii spojrzenia, które przemawia wprost do duszy, lub głosu, który zapada w serce jak balsam; zapewniła jednak St. Auberta, że szczerze mu współczuje, chwaliła zalety jego zmarłej żony, a potem powiedziała coś, co uważała za słowa pociechy. Kiedy mówiła, Emilia płakała bezustannie, a St. Aubert słuchał słów siostry spokojnie i w milczeniu, potem zaś zmienił temat.

Żegnając się z bratem i bratanicą, pani Cheron nalegała, aby ją w niedługim czasie odwiedzili.

- Zmiana miejsca rozerwie was - powiedziała - bardzo niedobrze jest poddawać się smutkowi. - St. Aubert, oczywiście, przyznawał jej rację, ale jednocześnie czuł większą niż kiedykolwiek niechęć do opuszczenia miejsca uświęconego minionym szczęściem. Każdy zakątek tchnął tu obecnością jego żony i z każdym dniem, w miarę jak cierpienie traciło na ostrości, czuł się bardziej z tym domem związany.

Ale były wizyty, których nie mogli uniknąć, a do tych należały odwiedziny u szwagra St. Auberta, pana Quesnel. Pochłaniające St. Auberta sprawy wymagały, aby nie odkładał dłużej tych odwiedzin, a pragnąc wyrwać Emilię z przygnębienia, zabrał ją do Epourville.

Gdy powóz wjechał w las przylegający do niegdyś ojcowskich posiadłości, St. Aubert ujrzał znowu w perspektywie alei kasztanowej zwieńczone wieżyczkami węgły chateau. Westchnął na myśl, co zaszło, odkąd był tu ostatnim razem, i że obecnie chateau stał się własnością człowieka, który ani go nie szanuje, ani nie ceni. W końcu wjechali w aleję, której wysokie drzewa tak bardzo go w dzieciństwie zachwycały, a ich melancholijny cień tak odpowiadał teraz jego nastrojowi. Spomiędzy gałęzi ukazywały się kolejno zarysy budowli nasycone pełnym powagi majestatem - szeroka wieża, łukowata brama wiodąca na dziedziniec, most zwodzony i otaczająca wszystko wyschnięta fosa.

Na turkot kół zbiegła się do wielkiej bramy służba. St. Aubert wysiadł i zaprowadził Emilię do gotyckiej sieni, gdzie już nie wisiały dawne zbroje i sztandary rodziny. Usunięto je, a dębowe okładziny ścian i belki stropu zostały pomalowane na biało. Usunięto również długi stół, który kiedyś stał w drugim końcu sieni, gdzie pan domu lubił okazywać swą gościnność i gdzie często rozlegały się śmiech i wesoła pieśń. Nie było nawet ław otaczających sień. Masywne ściany obwieszono frywolnymi ozdobami, wszystko świadczyło o złych gustach i spaczonych uczuciach obecnego właściciela.

St. Aubert udał się za wesołym paryskim służącym do salonu, gdzie siedzieli państwo Quesnel, którzy przyjęli go z wyniosłą grzecznością i po kilku słowach współczucia jakby zupełnie zapomnieli, że w ogóle kiedyś mieli siostrę.

Emilii kręciły się łzy w oczach, łzy, które powstrzymało oburzenie. St. Aubert, spokojny i pełen rozwagi, zachował godność, nie pusząc się sztucznie, a Quesnel, sam nie wiedząc czemu, czuł się przygnębiony jego obecnością.

Po krótkiej rozmowie na tematy ogólne St. Aubert poprosił go o chwilę rozmowy na osobności i Emilia, pozostawszy sam na sam z panią Quesnel, wkrótce dowiedziała się, że gospodarze zaprosili na obiad liczne towarzystwo, oraz musiała wysłuchać, że to, co przeszłe i niepowetowane, nie może stanąć na przeszkodzie dzisiejszej uroczystości.

Kiedy St. Aubert się dowiedział o mających przybyć gościach, owładnęły nim mieszane uczucia rozgoryczenia i oburzenia na nieczułość pana Quesnel, co wywołało w nim chęć natychmiastowego powrotu do domu. Powiedziano mu jednak, że specjalnie ze względu na niego zaproszono panią Cheron; a kiedy spojrzał na Emilię i pomyślał, że może nadejść taki czas, kiedy wrogie nastawienie wuja mogłoby jej zaszkodzić, postanowił zostać, aby ludzie, którzy sami okazali brak taktu, nie poczytali mu jego postępku za niestosowny.

Wśród przybyłych znajdowali się dwaj Włosi, z których jeden nazywał się Montoni i był dalekim krewnym pani Quesnel, mężczyzną czterdziestoletnim i niepospolicie przystojnym, o rysach męskich i pełnych wyrazu, ale przejawiających raczej hardość człowieka nawykłego do rozkazywania i bystrość umysłu niż jakiekolwiek inne cechy charakteru.

Signor Cavigni, jego przyjaciel, miał około trzydziestu lat i ustępował mu godnością, ale dorównywał przenikliwością i przewyższał ujmującym zachowaniem.

Emilia była wstrząśnięta słowami, jakimi pani Cheron powitała jej ojca:

- Kochany bracie - powiedziała - martwi mnie twój wygląd. Błagam, zasięgnij porady lekarza! - St. Aubert odpowiedział na to ze smutnym uśmiechem, że czuje się tak samo jak zawsze, ale Emilia pomyślała z lękiem, że ojciec wygląda naprawdę gorzej niż zwykle.

Gdyby Emilia nie była tak przybita, bawiłby ją widok nowych ludzi i żywa rozmowa podczas obiadu, wydanego w tak wspaniałym stylu, jaki rzadko dotychczas widywała. Signor Montoni niedawno przyjechał z Italii i mówił o rozruchach, które ostatnio nękały kraj, mówił z zapałem o sporach partyjnych, a następnie ubolewał nad prawdopodobnymi skutkami tych niepokojów18. Jego przyjaciel mówił z równym zapałem o polityce swojego kraju, chwalił rząd i dobrobyt Wenecji oraz chełpił się jej zdecydowaną wyższością nad wszystkimi innymi państwami Italii. Następnie zwrócił się do dam i rozprawiał z tą samą elokwencją o modzie paryskiej, operze francuskiej19 i francuskich obyczajach, nie zapominając wtrącić paru informacji tak miłych francuskiemu uchu. Pochlebstwa nie zauważyli ci, do których było skierowane, lecz jego efekt, który przejawił się w pełnej uległości uwadze, nie umknął obserwacji mówcy. Kiedy udawało mu się wyzwolić od zalotów ze strony pań, zwracał się do Emilii - ale Emilia nie wiedziała nic o paryskiej modzie ani operach paryskich, a jej skromność, prostota i poprawne maniery zdecydowanie wyróżniały ją spośród innych pań.

Po obiedzie St. Aubert wymknął się z pokoju, aby raz jeszcze popatrzeć na stary kasztan, który Quesnel zamierzał ściąć. Kiedy stał w cieniu tego drzewa, patrzył na jego konary, wciąż jeszcze bujne, i widział tu i ówdzie skrawki błękitu drżące między liśćmi, wspomniał zdarzenia swojego dzieciństwa i przyjaciół, już dawno niestąpających po tej ziemi. Poczuł się istotą niemal odizolowaną, która mogła zwrócić swe serce jedynie ku Emilii.

Niedługo po tym kazał zaprzęgać i w drodze do domu Emilia zauważyła, że był niezwykle milczący i przygnębiony, ale przypisała to wizycie w miejscu tak wymownie przypominającym minione czasy i nawet nie podejrzewała przyczyny smutku, którą przed nią ukrył.

Wchodząc do chateau czuła się bardziej przygnębiona niż kiedykolwiek, bo nigdy bardziej nie brakowało jej matki, która zawsze witała ją po powrocie uśmiechem. Teraz cały dom wydawał się cichy i opuszczony.

Ale to, czego nie zdziała rozsądek i starania, uczyni czas. Mijały tygodnie, każdy z nich zmniejszał ostrość bólu, a wreszcie złagodził go i przemienił w ową tkliwość, którą czujące serce piastuje jak świętość. St. Aubert, przeciwnie, wyraźnie zapadał na zdrowiu, chociaż Emilia, która nie odstępowała go ani na krok, zauważyła to ostatnia. Jego organizm nie zdołał się dźwignąć po niedawnym ataku gorączki, a wstrząs wywołany śmiercią żony stał się powodem obecnych niedomagań. Lekarz zalecił panu St. Aubert podróż, było bowiem widoczne, że żal po stracie żony odbił się na jego nerwach, już osłabionych przebytą chorobą; nowe widoki, ożywiając ducha, mogły, według wszelkiego prawdopodobieństwa, przywrócić jego nerwy do należytego stanu.

Przez kilka dni Emilia zajmowała się przygotowaniami do wyjazdu, a St. Aubert spędzał czas na rozważaniach, jak zmniejszyć wydatki domowe podczas podróży - skłoniło go to w końcu do odprawienia służby. Emilia rzadko sprzeciwiała się życzeniom ojca, o nic nie pytała i nie robiła wymówek, bo w przeciwnym razie zapytałaby, dlaczego nie zabiera z sobą w drogę służącego, i przekonałaby go, że stan jego zdrowia tego wymaga. Ale gdy w wieczór poprzedzający wyjazd stwierdziła, że ojciec odprawił Jacques'a, Francisa i Mary, a zatrzymał tylko starą gosposię Teresę, była niezmiernie zdziwiona i zapytała, czemu to uczynił.

- Żeby oszczędzić wydatków, moja droga - odparł. - Wyruszamy w bardzo kosztowną podróż.

Lekarz przepisał mu powietrze Langwedocji i Prowansji, toteż St. Aubert postanowił podróżować niespiesznie wzdłuż wybrzeży Morza Śródziemnego ku Prowansji.

Tego wieczora udali się wcześnie do swoich pokoi, ale Emilia musiała jeszcze spakować kilka książek i innych rzeczy i zegar wybił dwunastą, zanim skończyła, przypomniała sobie też, że nie zapakowała przyborów do rysowania, które zamierzała zabrać, a które znajdowały się w salonie na dole. Idąc po nie, minęła drzwi pokoju ojca i spostrzegłszy, że są do połowy otwarte, wywnioskowała, iż ojciec jest w swoim gabinecie - ponieważ od śmierci pani St. Aubert często wstawał z łoża, gdy męczyła go bezsenność, i szedł tam, aby się uspokoić. Gdy była na dole, zajrzała do tego pokoju, ale nie zastała tam ojca; wracając zastukała w drzwi, a nie zyskawszy odpowiedzi, weszła po cichu, aby się upewnić, czy ojciec jest.

W sypialni było ciemno, ale przez szybki umieszczone w górnej części drzwi wiodących do przyległego pokoiku padał blask. Zdziwiona, że ojciec nie śpi o tej porze, przestraszyła się, że się źle czuje, i już chciała zapytać go o to, ale pomyślała, że jej nagłe pojawienie się o tej godzinie mogłoby go przestraszyć, więc postawiła lampę na schodach, a sama podeszła cicho do drzwi pokoiku. Zajrzawszy przez szklane szybki, zobaczyła go siedzącego przy małym stoliku z listami, które czytał z głęboką uwagą i zainteresowaniem, głośno szlochając. Nie mogła patrzeć na smutek ojca, nie interesując się zarazem, co go powodowało, stała więc w milczeniu, konkludując, że te listy musiały być pisane ręką zmarłej matki. Niebawem ojciec ukląkł i z wyrazem tak uroczystym, jaki rzadko u niego widywała, a w którym było coś niepohamowanego, co graniczyło raczej z przerażeniem niż czymkolwiek innym, modlił się w milczeniu przez dłuższy czas.

Gdy wstał, twarz jego była upiornie blada. Emilia chciała już umknąć w pośpiechu, gdy zobaczyła, że ojciec znowu zaczyna przeglądać listy, więc pozostała w miejscu. Ojciec wyjął spomiędzy listów kasetkę, a z niej miniaturowy portrecik. Blask lampy oświetlił wyraźnie portrecik i Emilia ujrzała, że przedstawia on kobietę, ale nie jej matkę.

St. Aubert wpatrzył się pilnie i z czułością w portrecik, przyłożył go do ust, potem do serca i westchnął głęboko. Emilia nie wierzyła własnym oczom. Nie wiedziała do tej pory, że ojciec ma portret jakiejś innej kobiety, a w dodatku taki, który wysoce sobie ceni, ale przyjrzawszy się po raz wtóry, nabrała całkowitej pewności, że portret nie przedstawia pani St. Aubert, lecz całkiem inną osobę.

W końcu St. Aubert włożył portrecik do kasetki i Emilia, zorientowawszy się, że wtrąca się w jego prywatne smutki, po cichu wycofała się z pokoju.

ROZDZIAŁ III

O, jak możesz się wyrzec wielkiej obfitości

Uroków, jakie zsyła wybrańcom natura!

Wspaniałych gajów, pól i łąk strojności,

Szumiącego wybrzeża, lasu w ptasich chórach,

Wszystkiego, co ozłaca ranny blask w lazurach,

Wszystkiego, co rozbrzmiewa w cichej nocy pieniach,

I tego, co ukrywa w swoim łonie góra,

I strasznej wspaniałości gwiezdnego sklepienia:

Jak możesz się ich wyrzec i chcieć przebaczenia!

Te uroki twej duszy dadzą wieczne zdrowie

I przyniosą ci miłość, łagodność, wesele20.

Zamiast wyruszyć krótszą drogą biegnącą u podnóży Pirenejów do Langwedocji, St. Aubert obrał taką, która wijąc się po wyniosłościach zapewniała bardziej rozległe widoki i większą różnorodność romantycznego krajobrazu. Zboczył nieco z drogi, aby pożegnać się z panem Barreaux, którego zastał przy zbieraniu ziół w lesie w pobliżu swojego chateau, a który poznawszy cel wizyty St. Auberta, wyraził takie zaniepokojenie, o jakie St. Aubert nigdy by go z podobnej okazji nie podejrzewał. Przyjaciele rozstali się ze smutkiem.

- Gdyby cokolwiek mogło mnie skusić do opuszczenia mojej samotni - rzekł pan Barreaux - to byłaby nią przyjemność towarzyszenia tobie, panie, w tej podróży. Nieczęsto prawię ludziom komplementy, wierz mi więc, że z niecierpliwością będę wypatrywał twojego powrotu.

Podróżni ruszyli w dalszą drogę. Kiedy wspinali się na zbocza gór, St. Aubert często spoglądał za siebie, na swój chateau na równinie w dole; czułe wspomnienia kłębiły mu się w duszy, ponura wyobraźnia podsuwała myśl, że już tu nigdy nie powróci, a choć odpychał to natrętne odczucie, nadal oglądał się za siebie, aż dom rozpłynął się we mgle oddalenia i St. Aubert "jakby wlókł z każdym krokiem dłużący się łańcuch"21.

Jechali kilka mil pogrążeni oboje w pełnym zadumy milczeniu, z którego pierwsza ocknęła się Emilia, a jej młoda wyobraźnia pod wrażeniem otaczającego ją zewsząd przepychu stopniowo poddała się rozkosznym doznaniom. Droga schodziła teraz w dół, w doliny zamknięte z obu stron ogromnymi ścianami skał szarych i nagich, i tylko gdzieniegdzie na szczytach porosłych krzakami lub zabarwionych spłachetkami skąpej roślinności w zagłębieniach, w których często pasły się górskie kozice. A potem droga wspięła się na wyniosłe skały, skąd krajobraz był widoczny w całej swojej wspaniałości.

Emilia z zachwytem patrzyła ponad górskimi sosnowymi lasami na rozległe równiny, miasteczka upiększone drzewami, czerwieniejącymi winnicami i plantacjami migdałów, palm i oliwek, ciągnącymi się tak daleko, aż ich rozliczne kolory stapiały się w jedną harmonijną barwę, jakby łączącą niebo i ziemię. Cały ten wspaniały krajobraz przemierzała majestatyczna Garonna, która od swych źródeł pośród Pirenejów wiła się błękitną wstęgą w stronę Zatoki Biskajskiej.

Nierówność tej nieuczęszczanej drogi często zmuszała wędrowców do wyjścia z kolaski, ale oni czuli się hojnie wynagrodzeni za tę niedogodność wspaniałymi widokami; i kiedy woźnica wolno prowadził muły przez wyrwy w drodze, podróżni mieli czas zatrzymać się wśród tych pustkowi i poddać wzniosłym refleksjom, które podnosząc na duchu, łagodzą jednocześnie serce i napełniają pewnością obcowania z Bogiem! Jednakże uniesienie, jakie przeżywał St. Aubert, było zabarwione melancholijnym smutkiem, który nadawał wszystkiemu dokoła jakąś łagodność i tajemniczy urok.

Zabezpieczyli się przeciwko części niewygód, jakie ich czekały z braku odpowiednich gospód, wioząc z sobą zapas jadła, mogli więc pożywiać się gdzie bądź na świeżym powietrzu, a noce spędzać w jakichkolwiek napotkanych po drodze dogodnych chatach. O ducha też się zatroszczyli, biorąc zbiorki kilku łacińskich i włoskich poetów oraz botanikę pióra pana Barreaux, ołówek zaś pozwalał Emilii upamiętnić wybrane kombinacje form, które na każdym kroku tak ją urzekały.

Odludność tej drogi, gdzie tylko od czasu do czasu napotykali jadącego na mule wieśniaka albo gromadkę góralskich dzieci bawiących się wśród skał, podnosiła jeszcze urok krajobrazu. Pod wrażeniem tego uroku St. Aubert postanowił, że jeśli zasłyszy o jakiejś drodze, zapuści się dalej w góry i skręciwszy bardziej na południe, przedostanie się do Roussillon i ruszy dalej wzdłuż Morza Śródziemnego do Langwedocji.

Wkrótce po południu dotarli na jeden ze szczytów urwisk, które jaśniejąc zielenią palm, zdobią, niczym klejnoty, przepaściste ściany skał i górują nad większą częścią Gaskonii i Langwedocji. Znaleźli tu cień, świeżą wodę w strumieniu, który przemykając po murawie pod palmami, spływał dalej ze skały na skałę, aż wreszcie jego szum ginął w skalnej otchłani, chociaż spienione wody widać było jeszcze daleko wśród mrocznego cienia sosen w dole.

Miejsce świetnie nadawało się na wypoczynek i podróżni wysiedli z kolaski, aby się pożywić, a muły wyprzęgnięto na popas wśród smakowitych ziół, których było tu pod dostatkiem.

Minęło trochę czasu, nim St. Aubert i Emilia zdołali odwrócić uwagę od otaczających ich widoków i zająć się skromnym posiłkiem. Siedząc w cieniu palm, St. Aubert wskazywał córce bieg rzek, położenie wielkich miast oraz granice prowincji, które raczej wiedza niźli oko pozwalała mu określić. Mimo że był tym zaprzątnięty, po chwili jednak umilkł w zamyśleniu i jego oczy raz po raz wzbierały łzami; Emilia zauważyła to i w swoim współczującym sercu odgadła przyczynę. Rozciągający się przed ich oczyma krajobraz, choć w znacznie wspanialszej skali, przypominał nieco widok spod chatki rybackiej, który tak lubiła świętej pamięci pani St. Aubert. Oboje to zauważyli i pomyśleli, jak by się cieszyła, gdyby go widziała, choć wiedzieli, że już nigdy, nigdy więcej nie ujrzy tego świata. St. Aubert przypomniał sobie, jak po raz ostatni był z żoną koło chatki i jak w umyśle jego zrodziły się wówczas złowróżbne przeczucia, które jakże szybko się sprawdziły! Wspomnienia te przytłoczyły go, wstał więc nagle ze swojego miejsca i odszedł tam, gdzie nikt nie mógł widzieć jego smutku.

Gdy wrócił, miał twarz jak zwykle pogodną, wziął Emilię za rękę, uścisnął ją czule bez słowa i wkrótce potem krzyknął na siedzącego nieco dalej woźnicę, i spytał o drogę przez góry ku Roussillon. Michał odparł, że jest kilka dróg wiodących w tamtą stronę, ale on nie wie, jak daleko biegną ani czy są przejezdne. St. Aubert, który nie chciał jechać po zachodzie słońca, zapytał, do jakiej wsi mogą dotrzeć przed tym czasem. Woźnica obliczył, że z łatwością mogliby dojechać do Mateau, leżącego przy drodze, którą teraz podążają, lecz jeśli obiorą inną, skręcającą bardziej na południe, do Roussillon, znajdą tam sioło, do którego powinni dotrzeć przed wieczorem.

Po krótkim wahaniu St. Aubert postanowił obrać tę drugą drogę, więc Michał, skończywszy posiłek, zaprzągł muły i ruszył dalej, lecz wkrótce znowu się zatrzymał i St. Aubert spostrzegł, że modli się pod krzyżem stojącym na skale ponad drogą. Ukończywszy modły, strzelił z bata i nie zważając na nierówność drogi i utrudzenie nieszczęsnych mułów, nad którym ostatnio lamentował, pomknął galopem skrajem zawrotnej przepaści. Emilia omal nie zemdlała z przerażenia, a St. Aubert, bojąc się jeszcze większego niebezpieczeństwa, jakim mogło być nagłe wstrzymanie woźnicy, musiał siedzieć spokojnie i powierzyć swój los sile i roztropności mułów, które zdawały się posiadać jej więcej od swojego pana, wkrótce bowiem przywiozły podróżnych w dolinę i zatrzymały się nad brzegiem nawadniającej ją rzeczułki.

Opuszczając świetność rozległych widoków, wkroczyli teraz w wąską dolinę osłoniętą przez

Skały spiętrzone magicznym zaklęciem:

Tu osmalił je piorun, tam zielone bluszcze22.

Tę jałową scenerię urozmaicały tu i ówdzie rozpostarte gałęzie modrzewi i cedrów, rzucające swój ponury cień na skały lub na potok. Nie widać było żadnego stworzenia prócz jaszczurek wdrapujących się na kamienie, a często uczepionych wierzchołków tak niebezpiecznych, że na ich widok serce aż kurczyło się w piersi.

Był to widok, jaki Salvator, gdyby wówczas żył23, obrałby za temat swoich płócien. St. Aubert, pod wrażeniem romantyczności tej okolicy, widział oczyma wyobraźni wyskakujących zza występu skały bandytów, toteż nie spuszczał dłoni z pistoletów, które zawsze zabierał w podróż.

W miarę jak się posuwali, dolina coraz bardziej się rozszerzała, krajobraz stopniowo łagodniał i pod wieczór znaleźli się wśród porosłych wrzosem gór ciągnących się, jak okiem sięgnąć. Czasem ozwał się samotny dzwonek owcy i głos pastucha zwołujący rozproszone stada na noc do zagrody. Jego chatka ukryta częściowo za drzewami korkowymi i wiecznie zielonymi dębami, które, jak St. Aubert zauważył, poza jodłą rosły bujniej w wyższych regionach niż inne drzewa, była jedynym domostwem ludzkim, jakie dotychczas napotkali. Dno tej doliny porastała najżywsza zieleń, a w niewielkich zakolach w cieniu dębów i kasztanów pasły się stada bydła. Widać je było również często, gdy spoczywały na brzegach potoku lub chłodziły boki w zimnym nurcie i spijały jego fale.

Słońce zachodziło nad doliną, jego ostatnie promienie połyskiwały na wodzie i pogłębiały bogatą żółcień i szkarłat wrzosu i janowca, porastających zbocza. St. Aubert zapytał Michała o odległość od sioła, o którym wspominał, ale on nie potrafił dokładnie określić, a Emilia zaczęła się obawiać, że pomylił drogę. Nie było żywej duszy, która mogłaby im pomóc lub wskazać kierunek. Pasterz i jego chatka zostali daleko w tyle i krajobraz stał się tak niewyraźny w mroku, że oko wypatrujące jakiejś chaty lub wioski nie mogło prześledzić dalekiej perspektywy doliny. Czerwona poświata na horyzoncie jeszcze wskazywała zachód, i to nieco pomagało podróżnym. Michał próbował dodać sobie otuchy śpiewaniem, ale jego śpiew nie należał do tych, które mogłyby rozproszyć przygnębienie... Była to bowiem jedna z najsmętniejszych pieśni, jakie obecne jego audytorium słyszało, i St. Aubert w końcu się zorientował, że to hymn do jednego z ulubionych świętych Michała.

Jechali dalej pogrążeni w smutnej zadumie, jaką wywołuje zmierzch i samotność. Michał skończył już swój hymn i nie było słychać nic prócz sennego szumu wiatru pośród drzew i lekkiego trzepotania firanek, gdy świeże podmuchy wpadały do kolasy.

Nagle wyrwał ich z zamyślenia odgłos broni palnej. St. Aubert krzyknął do woźnicy, aby się zatrzymał, i zaczęli nasłuchiwać. Strzał się nie powtórzył, ale niebawem usłyszeli jakiś szelest w gąszczach. St. Aubert wyciągnął pistolet i nakazał Michałowi gnać co sił w mułach. Ledwie Michał zdążył się zastosować do rozkazu, kiedy zabrzmiał róg, aż zadźwięczało w górach. St. Aubert znowu wyjrzał przez okno i nagle zobaczył wyskakującego z chaszczy młodego człowieka, a za nim dwa psy. Nieznajomy był w stroju myśliwego. Przez ramię miał przewieszoną strzelbę, u pasa róg myśliwski, a w ręku czekanik, który przydawał jego młodzieńczej postaci wdzięku, a krokom zwinności.

Po chwili wahania St. Aubert znowu kazał zatrzymać kolasę i czekał, aż nieznajomy się zbliży, chcąc go zapytać o wioskę, której szukali. Nieznajomy powiedział mu, że wioska leży zaledwie o pół mili i on sam się tam udaje, toteż chętnie wskaże drogę. St. Aubert podziękował mu za tę gotowość i ujęty rycerskością oraz szczerym obliczem młodzieńca zaproponował mu miejsce w kolasie, za które ów jednakże podziękował, dodając, iż nadąży za mułami.

- Ale boję się, że znajdziecie tam bardzo mizerny nocleg - rzekł. - Mieszkańcy tych gór to bardzo prości ludzie, którzy nie tylko nie znają luksusów życia, ale są niemal pozbawieni tego, co gdzie indziej uchodzi za rzeczy pierwszej potrzeby.

- Widzę, że nie jesteś tutejszy, panie - rzekł St. Aubert.

- Nie, panie, jestem tylko wędrowcem.

Kolasa ruszyła dalej, a ponieważ mrok gęstniał, podróżni bardzo cieszyli się, że mają przewodnika, tym bardziej że wśród często napotykanych teraz dolin jeszcze łatwiej mogliby zabłądzić. Emilia, spoglądając w głąb jednej z nich, ujrzała coś na kształt świetlistej chmury zawisłej w przestworzach.

- Cóż to za jasność tam w dali? - zapytała ojca.

St. Aubert spojrzał i pojął, że to śnieżny szczyt góry tak bardzo przewyższającej pozostałe, iż jeszcze odzwierciedlała promienie słoneczne, kiedy inne góry leżały już w głębokim cieniu.

Wreszcie ujrzeli światła wioski mrugające poprzez mrok i niebawem również same chaty, a raczej ich odbicie w wodzie, gdyż stały nad potokiem, w którym jeszcze lśnił ostatni blask wieczoru.

Nieznajomy podszedł bliżej i St. Aubert po dalszym wypytywaniu dowiedział się, że w wiosce nie tylko nie ma gospody, ale nawet żadnego domostwa przeznaczonego dla wygody podróżnych. Nieznajomy jednak zaofiarował się, że pójdzie i poszuka jakiejś chaty, w której mogliby zanocować. St. Aubert podziękował mu za tę kolejną grzeczność i powiedział, że skoro wioska jest tak blisko, wysiądzie z kolasy i uda się z nim. Emilia powoli podążała za nimi kolasą.

Idąc, St. Aubert zapytał towarzysza, jakie sukcesy odniósł w łowach.

- Niewielkie - odparł ów. - Ale nie one są moim celem. Podoba mi się ten krajobraz i chcę spędzić trochę czasu wśród jego uroków. Psy służą mi bardziej do towarzystwa niż do polowania. Również i ten ubiór stanowi pozór wzbudzający szacunek u ludzi, jakiego, być może, nie mieliby dla samotnego, obcego wędrowca, który nie ma żadnego wyraźnego powodu, aby wejść między nich.

- Podziwiam twój smak, panie - rzekł St. Aubert - i gdybym był młodszy, z niezmierną ochotą spędziłbym kilka tygodni w ten sam sposób. Ja także jestem wędrowcem, ale mój zamiar ani dążenia nie są ściśle takie jak twoje... Udaję się bowiem nie tylko na poszukiwanie rozrywki, ale i zdrowia. - St. Aubert westchnął i umilkł, a potem jakby się opamiętawszy, ciągnął: - Jeśli zasłyszę o jakiejś znośnej drodze, która by umożliwiała znośne noclegi, chciałbym przedostać się do Roussillon i dalej wzdłuż morza do Langwedocji. Ty, panie, znasz, jak mi się zdaje, te okolice i może potrafisz mnie poinformować w tym przedmiocie.

Nieznajomy odparł, że chętnie służy wszelkimi informacjami, na jakie go stać, a następnie wymienił drogę nieco bardziej ku wschodowi, która wiedzie do pewnego miasta, skąd łatwo już dostać się do Roussillon.

Przybyli do wsi i zaczęli szukać chaty, w której mogliby się zatrzymać na noc. W kilku, do których zajrzeli, panowały ciemnota, ubóstwo i prymitywizm, a mieszkańcy spoglądali na St. Auberta z mieszaniną ciekawości i lęku. Nie można było znaleźć nic na podobieństwo łóżka i St. Aubert przestał nawet dopytywać się o nie, kiedy podeszła Emilia i spostrzegłszy na twarzy ojca osłabienie, zaczęła biadać, że obrał drogę tak źle zaopatrzoną w konieczne dla chorego udogodnienia. Inne chaty, które obejrzeli, wydawały się mniej prymitywne od poprzednich, składały się bowiem z dwóch izb, jeśli można to było nazwać izbami; pierwszą z nich zajmowały muły i świnie, a drugą rodzina złożona przeważnie z sześciorga lub ośmiorga dzieci i rodziców, i wszyscy oni spali na posłaniach ze skór i suchych liści bukowych, ułożonych wprost na polepie. Światło wpadało przez otwór w pułapie i przez ten sam otwór wydobywał się dym; wszędzie czuć było zapach spirytusu (grasujący bowiem w Pirenejach przemytnicy nauczyli ten prosty lud pić alkohol). Emilia odwracała się od takich scen i spoglądała na ojca z czułością i niepokojem, co snadź młody nieznajomy zauważył, gdyż odprowadziwszy St. Auberta na bok, zaofiarował mu własne łóżko.

- Jest zupełnie przyzwoite - powiedział - w porównaniu z tym, co tu widzieliśmy, a zarazem takie, jakie w innych okolicznościach wstydziłbym się proponować. - St. Aubert wyraził uznanie dla uprzejmości nieznajomego, ale wzdragał się przed przyjęciem łóżka, póki młodzieniec nie rzekł mu: - Nie sprawiaj mi bólu, panie, świadomością, że człowiek chory tak jak ty leży na twardych skórach, gdy ja śpię w łóżku. Ponadto, panie, twoja odmowa rani moją duszę, każę mi sądzić, że moja propozycja jest ciebie niegodna. Pójdź za mną. Nie wątpię, iż moja gospodyni znajdzie nocleg również dla tej młodej damy.

St. Aubert zgodził się wreszcie skorzystać, o ile to będzie możliwe, z uprzejmości młodego człowieka, aczkolwiek zdziwiło go, że nieznajomy okazał taki brak kurtuazji w obejściu, starając się zapewnić wypoczynek choremu mężczyźnie, a nie młodej, ślicznej damie, nie zaproponował bowiem swojego pokoju Emilii. Ona jednak wcale nie myślała o sobie, a pełen ożywienia uśmiech, którym obdarzyła młodzieńca, mówił, jak bardzo czuła się zobowiązana, że na pierwszym miejscu postawił jej ojca.

Nieznajomy, który nazywał się Valancourt, wszedł pierwszy, żeby porozmawiać z gospodynią, która wkrótce wyszła, i zaprosiła St. Auberta do chaty, dużo lepszej od poprzednich. Ta poczciwa kobieta bardzo chętnie zgodziła się ulokować na noc podróżnych, którzy wkrótce zostali zmuszeni do przyjęcia jedynych istniejących łóżek. W chacie było tylko mleko i jaja, ale St. Aubert był przygotowany na niedostatek pożywienia w drodze i poprosił, aby Valancourt pozostał i towarzyszył mu przy obfitszym posiłku. Valancourt chętnie przyjął zaproszenie i spędzili razem godzinkę na ciekawej rozmowie. St. Aubert bardzo radował się z odkrycia u swego znajomego męskiej szczerości, prostoty i silnej wrażliwości na uroki natury; często zwykł był mawiać, że bez owej prostoty ducha nie można prawdziwie miłować natury.

Rozmowę przerwał gwałtowny zgiełk przed chatą, ponad który wybijał się głos poganiacza mułów. Valancourt zerwał się z miejsca i poszedł zbadać jego przyczynę, ale kłótnia trwała tak długo, że St. Aubert sam wyszedł na próg; okazało się, że to Michał kłóci się z gospodynią, która nie pozwalała mu wprowadzić mułów do małej izdebki, gdzie on i jej trzej synowie mieli spędzić noc. Izdebka była bardzo licha, ale ci ludzie nie mieli innego miejsca do spania, i gospodyni, z nieco niezwykłą jak na mieszkankę tych okolic delikatnością, odmawiała zgody, aby zwierzęta dzieliły sypialnię z jej dziećmi. Bardzo tym uraziła woźnicę, któremu honor nie pozwalał, by ktoś traktował jego muły bez należytego szacunku, i który łatwiej zniósłby cios wymierzony w niego samego. Oświadczył, że jego muły są uczciwymi zwierzętami i mogą dorównać najlepszym w prowincji, mają więc prawo być wszędzie dobrze traktowane.

- Są potulne jak jagniątka - rzekł - gdy nikt ich nie obraża. Najwyżej raz czy dwa w moim życiu źle się zachowały, a i to miały po temu powody. Raz rzeczywiście kopnęły śpiącego w stajni chłopca i złamały mu nogę, ale powiedziałem im, że zbyt wiele sobie pozwalają, i - na świętego Antoniego! - ręczę, że mnie zrozumiały, bo już nigdy więcej tego nie zrobiły.

Zakończył tę elokwentną przemowę uroczystymi zapewnieniami, że muły będą zawsze dzieliły jego los i spały tam, gdzie on.

Spór został w końcu rozstrzygnięty przez Valancourta, który odprowadził gospodynię na bok i poprosił, aby pozwoliła poganiaczowi mułów i jego zwierzętom zająć izdebkę dla siebie i żeby jej synowie zajęli posłanie ze skór przeznaczone dla niego, bo on owinie się płaszczem i będzie spał na ławie u drzwi chaty. Gospodyni uważała za swój obowiązek sprzeciwić się temu, a poza tym chciała dokuczyć poganiaczowi mułów. Valancourt jednak okazał się niewzruszony i ta kłopotliwa sprawa została wreszcie załatwiona.

Było już późno, gdy St. Aubert i Emilia udali się do swoich pokoi, a Valancourt na ławę przy drzwiach, którą wolał o tej ciepłej porze roku od posłania ze skór w dusznej komórce. St. Aubert poczuł się nieco zaskoczony, znalazłszy w pokoju tomy Homera, Horacego i Petrarki24, ale napisane na nich nazwisko Valancourt wyjaśniło mu, do kogo należały.

ROZDZIAŁ IV

Doprawdy, był on dziwną, kapryśną istotą,

Lubił łagodne i dzikie widoki,

W ciemność i w burzę zgłębiał się z ochotą

Nie mniejszą, niźli w czystych wód zatoki

Słońce południa wpuszcza blask wysoki.

Nawet zmienne koleje losu go bawiły,

A kiedy wzdychał westchnieniem głębokim,

Gdy łzy litości w oczach mu świeciły,

To nie wstrzymywał ich, tak sercu miłych25.

St. Aubert przebudził się wcześnie, wypoczęty i chętny do dalszej podróży. Zaprosił nowego znajomego na śniadanie i kiedy rozmowa znowu zeszła na temat dalszej drogi, Valancourt powiedział, że przed kilkoma miesiącami jeździł aż do Beaujeu, miasta mającego pewne znaczenie na szlaku do Roussillon. Polecił obranie tego szlaku panu St. Aubert, który postanowił to uczynić.

- Droga z tej wioski - rzekł Valancourt - i droga do Beaujeu rozchodzą się w odległości około półtorej mili stąd. Jeśli pozwolisz, panie, posłużę twemu woźnicy za przewodnika. I tak wędruję po górach, a twoje towarzystwo bardziej niż jakiekolwiek inne uprzyjemni tę wędrówkę.

St. Aubert z wdzięcznością przystał na tę propozycję i wyruszyli wszyscy razem, ale młodzieniec piechotą, gdyż nie przyjął zaproszenia St. Auberta do zajęcia miejsca w małej kolasce.

Droga biegła u podnóża gór, wzdłuż sielskiej doliny jaśniejącej zielenią i urozmaiconej gajami karłowatych dębów, buków i jaworów, pod których gałęziami wypoczywały stada bydła. Również jarzębina i brzoza płacząca często zwieszały swoje listowie nad urwiskami w górze, gdzie skąpa gleba ledwie zakrywała ich korzenie, a lekkie gałązki powiewały przy lada podmuchu nadciągającym od gór.

O tej wczesnej porze, słońce bowiem jeszcze nie wstało nad doliną, podróżni często napotykali pasterzy pędzących ogromne stada z zagród na pastwiska na wzgórzach. St. Aubert wyruszył tak wcześnie nie tylko po to, aby podziwiać wschód słońca, ale żeby móc wdychać pierwsze czyste tchnienia poranka, co jest najlepszym pokrzepieniem dla chorego. Szczególnie zaś w tych okolicach, gdzie ogromne mnóstwo polnych kwiatów i aromatycznych ziół przesyca swą wonią powietrze.

Osobliwa szarość brzasku, która łagodziła zarys krajobrazu, teraz rozproszyła się, i Emilia oglądała budzenie się dnia, który najpierw drżał na wierzchołkach najwyższych skał, potem dotykał ich wspaniałym blaskiem, podczas gdy zbocza gór i dolina wciąż jeszcze spowite były rosistą mgłą. Tymczasem ponuro szare obłoki na wschodzie zaczęły różowieć, potem czerwienieć, a potem rozjarzyły się tysiącem barw, aż wreszcie złoty blask nasycił powietrze, dotknął niższych partii szczytów gór i ześliznął się długimi ukośnymi promieniami w dolinę i do potoku. Cała natura jakby zmartwychwstała do życia; ożywiła ducha St. Auberta. W serce wstąpiła mu otucha i zapłakał, wznosząc swe myśli ku Stwórcy.

Emilia zapragnęła przejść się po zielonej i lśniącej od rosy murawie i zakosztować rozkosznej swobody, jakiej zażywały jaszczurki przemykające wzdłuż krawędzi skał, a Valancourt często zatrzymywał się, żeby porozmawiać z podróżnymi i grzecznie zwrócić ich uwagę na poszczególne przedmioty, które wzbudzały jego podziw. Młodzieniec ten bardzo przypadł do serca St. Aubertowi, który powiedział do siebie:

- Oto prawdziwa niewinność i zapał młodzieńczy. Ten młody człowiek nie był nigdy w Paryżu.

Przykro mu było, gdy dojechali do miejsca, gdzie drogi się rozchodziły, i bardziej niż zwykle po tak krótkiej znajomości odczuł w sercu rozstanie z tym młodym człowiekiem. Valancourt przed pożegnaniem długo rozmawiał, stojąc koło kolaski - parę razy już, już miał odejść, ale jeszcze się ociągał i jakby za wszelką cenę starał się znaleźć nowy temat rozmowy, który by usprawiedliwił zwłokę. W końcu odszedł. St. Aubert zauważył, że kiedy odchodził, obrzucił gorącym i zamyślonym spojrzeniem Emilię, która skłoniła się z wyrazem płochliwej słodyczy na twarzy, gdy powóz ruszył. Wyjrzawszy później przypadkiem z okna, St. Aubert zobaczył, że Valancourt stoi z rękami założonymi na lasce na skraju drogi i patrzy za odjeżdżającą kolaską. Pomachał mu ręką i Valancourt, jakby otrząsając się z zadumy, oddał mu pozdrowienie i ruszył w drogę.

Krajobraz zaczął się teraz zmieniać i wkrótce podróżni znaleźli się wśród gór porosłych od podnóży niemal po wierzchołki lasami smutnych sosen, tylko z rzadka przedzielonych granitowymi masywami, których śnieżne szczyty kryły się w chmurach. Towarzyszący im dotychczas potok przemienił się w rzekę, a jej cichy i głęboki nurt odzwierciedlał niczym lustro czerń wiszących w górze cieni. Czasem można było dostrzec skałę wznoszącą dumne czoło nad las i opary, które unosiły się w połowie zboczy, kiedy indziej z lustra wody wyrastała pionowa marmurowa ściana, a nad nią modrzew wyciągał swe gigantyczne ramiona, tutaj okaleczone piorunem, ówdzie opływające bujną zielenią.

Jechali wciąż nierówną i nieuczęszczaną drogą, dostrzegając od czasu do czasu w dali samotnego pasterza z psem i słysząc tylko grzmiące potoki ukryte przed wzrokiem w lesie i nieustanny a posępny szum wiatru wiejącego pośród sosen lub krzyki orłów i sępów szybujących nad sterczącymi w niebo skałami.

Często, kiedy kolaska posuwała się wolno po nierównej drodze, St. Aubert wysiadał i zabawiał się badaniem rzadkich roślin, w które te okolice obfitowały, Emilia zaś szła w cień drzew i w głębokiej ciszy nasłuchiwała z zachwytem szumu liści.

Przez wiele mil nie ukazała się ich oczom żadna wieś ni sioło. Jedynym śladem ludzkiej bytności były widywane z rzadka szałasy pastusze lub myśliwskie pośród wysokich skał.

Podróżni i tym razem zjedli obiad na świeżym powietrzu w przyjemnym zakątku doliny pod obszernym cieniem cedrów, a potem ruszyli dalej ku Beaujeu.

Wkrótce droga zaczęła się piąć w górę i pozostawiając lasy sosnowe za sobą, wiła się wśród skalnych przepaści. Znowu zapadł zmrok wieczorny, a oni nie wiedzieli, jak daleko mają jeszcze do Beaujeu. St. Aubert wnioskował jednak, iż odległość nie może być wielka, i pocieszał się perspektywą podróżowania bardziej uczęszczaną drogą, gdy tylko dotrą do owego miasta, w którym zamierzał spędzić noc. Widzieli niewyraźnie przez zmrok lasy mieszane i skały, i porosłe wrzosem góry, lecz wkrótce nawet i one skryły się w ciemnościach. Michał jechał ostrożnie, gdyż ledwie widział drogę, jednakże jego muły miały bystrzejszy wzrok i ich kroki były pewne.

Kiedy minęli występ góry, ujrzeli w dali światło oświecające skały i spory kawałek horyzontu. Było to widocznie ogromne ognisko, ale nie wiedzieli, czy celowo rozpalone, czy też przypadkowo zaprószone. St. Aubert myślał, że rozpalili je jacyś bandyci licznie nawiedzający Pireneje, toteż miał się na baczności i rad byłby wiedzieć, czy droga przebiega w pobliżu ogniska. Miał z sobą broń, która w razie czego mogła stanowić pewne zabezpieczenie, aczkolwiek bardzo mizerne w wypadku napotkania bandy rabusiów, nawiedzających te dzikie obszary. Właśnie gdy St. Aubert o tym myślał, usłyszał nagle jakiś głos nawołujący zza kolaski do mulnika, aby się zatrzymał. St. Aubert kazał Michałowi pędzić, ile sił w mułach, ale albo Michał, albo jego muły się uparły, gdyż nie przyśpieszyły kroku. Wkrótce zatętniły kopyta końskie, jakiś mężczyzna przycwałował do kolaski wciąż nakazując woźnicy, aby się zatrzymał, i ledwie St. Aubert, który już nie wątpił w jego złe zamiary, zdążył narychtować pistolet do strzału, jakaś ręka chwyciła za drzwiczki kolasy. Mężczyzna zachwiał się na koniu, hukowi wystrzału odpowiedział jęk i można sobie wyobrazić przerażenie St. Auberta, kiedy w następnej chwili wydało mu się, że usłyszał słaby głos Valancourta. Krzyknął więc teraz sam na woźnicę, aby się zatrzymał, i wymówiwszy imię Valancourta, usłyszał odpowiedź, która rozproszyła jego wątpliwości. Wyskoczył z kolaski, ruszył na pomoc młodzieńcowi, który, choć siedział na koniu, obficie broczył krwią, i skrzywiony z ogromnego bólu usiłował mimo to rozproszyć lęk St. Auberta, zapewniając go, że nie jest ciężko ranny, gdyż kula ugodziła go jedynie w ramię. St. Aubert z woźnicą pomogli mu zejść z konia i usiąść na skraju drogi, gdzie St. Aubert próbował obwiązać mu ramię, ale nie mógł, tak mu drżały ręce. Michał puścił się w pogoń za koniem, który pogalopował, zostawszy bez jeźdźca, St. Aubert zaczął więc wołać na pomoc Emilię. Nie uzyskawszy odpowiedzi, podszedł do kolaski i ujrzał swą córkę leżącą w omdleniu. Mając tu zemdloną córkę, a tam broczącego krwią Valancourta, nie wiedział, co robić, spróbował jednak podnieść Emilię i zaczął krzyczeć do Michała, żeby przyniósł wody ze strumyka płynącego obok drogi, ale Michał znajdował się poza zasięgiem jego głosu. Valancourt, słysząc te wołania i kilkakrotnie powtórzone imię Emilii, pojął w lot, co się stało, i niemal zapominając o swoim własnym stanie, pośpieszył na ratunek. Kiedy podszedł do kolaski, Emilia właśnie odzyskała zmysły, więc zrozumiawszy, że to lęk o niego spowodował jej niedyspozycję, zapewnił ją drżącym, acz nie z bólu, głosem, iż rana jest lekka. Kiedy to mówił, St. Aubert odwrócił się i ujrzawszy, że Valancourt wciąż krwawi, zatrwożył się z kolei o niego, i śpiesznie przygotował opatrunek z kilku chustek. Wstrzymało to upływ krwi, ale St. Aubert, bojąc się o stan rannego, zaczął wypytywać go, jak daleko mają jeszcze do Beaujeu; kiedy się dowiedział, że jakieś dwie mile, zaniepokoił się jeszcze bardziej, gdyż nie wiedział, jak Valancourt, osłabły od utraty krwi, zniesie trzęsienie kolaski. Kiedy wyjawił powód swego niepokoju, Valancourt zaczął go błagać, aby się nim nie przejmował, ponieważ on z pewnością sobie poradzi, a następnie określił całą sprawę jako błahostkę. Woźnica, który właśnie wrócił z koniem Valancourta, pomógł rannemu wsiąść do kolaski, a ponieważ Emilia przyszła już całkowicie do siebie, ruszyli wolno ku Beaujeu.

St. Aubert, ochłonąwszy z przerażenia wywołanego wypadkiem, wyraził zdziwienie, że widzi tu Valancourta, ten zaś wyjaśnił swoje niespodziewane przybycie, mówiąc:

- Poznanie ciebie, panie, sprawiło, że odżyło we mnie pragnienie towarzystwa. Gdy wyjechałeś z wioski, poczułem się bardzo samotny. Postanowiłem zatem zmienić miejsce pobytu, zwłaszcza że przebywam tu tylko dla przyjemności, a obrałem właśnie tę drogę, ponieważ wiedziałem, iż wiedzie poprzez bardziej malownicze pasmo górskie niż to, w którym byłem dotychczas. Ponadto - dodał i zawahał się przez chwilę - czemuż miałbym to ukrywać? Przyznam, że miałem niepłonną nadzieję was doścignąć.

- A ja ci za to odpłaciłem w tak nieoczekiwany sposób - rzekł St. Aubert i zaczął znowu lamentować nad swoją pochopnością, która spowodowała wypadek, i wytłumaczył przyczynę swojego lęku. Ale Valancourt pragnął jedynie usunąć z myśli współtowarzyszy podróży wszelkie niemiłe uczucia związane z jego osobą, i dlatego starał się zapomnieć o bólu i mówić wesoło. Emilia tymczasem milczała i odzywała się jedynie wtedy, gdy Valancourt zwracał się specjalnie do niej, a wówczas w jej głosie dawało się słyszeć wiele mówiące drżenie.

Byli teraz tak blisko ogniska, które od dawna błyszczało w dali na tle czerniejącej nocy, że jego blask lśnił na drodze i mogli już rozróżnić postacie uwijające się wokół płomieni. Zbliżywszy się jeszcze bardziej, dostrzegli w dolinie jedną z owych licznych band cygańskich, które w tym okresie nawiedzały dzikie partie Pirenejów i żyły po części z grabieży podróżnych. Emilia patrzyła z niemałym przerażeniem na dzikie twarze tych ludzi w świetle ogniska, które przydawało scenerii romantyzmu, rzucając czerwonawe blaski na skały i liście drzew i pozostawiając ciężkie bryły cienia i obszary mroku, które oko wzdragało się zgłębić.

Cyganie gotowali właśnie kolację. U ognia stał wielki kocioł, przy którym uwijało się kilka postaci. Blask ognia odsłonił prymitywny namiot, a koło niego wiele bawiących się dzieci i psów; całość tworzyła obraz wysoce groteskowy. Podróżni doskonale rozumieli grożące im niebezpieczeństwo. Valancourt milczał, ale trzymał rękę na jednym z pistoletów St. Auberta, St. Aubert wydobył drugi pistolet, a Michałowi przykazano, by jechał jak najprędzej. Minęli jednak to miejsce nienapastowani, włóczędzy bowiem prawdopodobnie byli nieprzygotowani na tę okazję i zbyt zajęci kolacją, aby okazać większe zainteresowanie czymkolwiek innym.

Przejechawszy w ciemności około półtorej mili, podróżni dotarli do Beaujeu i zajechali przed jedyną gospodę, jaka się znajdowała w mieście. Gospoda ta, choć znacznie lepsza od wszystkich dotychczas napotkanych, była dość nędzna.

Natychmiast wezwano miejskiego chirurga, o ile można nazwać chirurgiem kogoś, kto leczy zarówno konie, jak ludzi, i goli twarze co najmniej tak zręcznie, jak zestawia kości. Zbadawszy ramię Valancourta i stwierdziwszy, iż kula przeszyła ciało, nie naruszając kości, opatrzył on ranę, uroczyście nakazał rannemu spokój, czemu ów ani myślał się podporządkować, i poszedł. Ból ustąpił miejsca rozkosznej uldze i Valancourt czując, jakby weń wstąpiło nowe życie, zapragnął wziąć udział w rozmowie z St. Aubertem i Emilią, która, uwolniona od dotychczasowych obaw, była niezwykle pogodna. Jednakże mimo iż zrobiło się już późno, St. Aubert musiał pójść z gospodarzem kupić mięso na kolację, a Emilia, która w tym czasie pod pozorem konieczności dopilnowania noclegu, dużo lepszego, niż przewidywała, starała się, jak mogła, nie pozostawać sam na sam z Valancourtem, była zmuszona wrócić. Rozmawiali o widokach mijanych w drodze, o roślinności tej krainy, o poezji i o St. Aubercie - o którym zawsze mówiła i słuchała ze szczególną przyjemnością.

Podróżni spędzili miły wieczór, lecz St. Aubert czuł się wyczerpany trudami dnia, a ponieważ rana Valancourta zaczęła znowu boleć, rozstali się wkrótce po kolacji.

Rankiem St. Aubert stwierdził, że Valancourt spędził niespokojną noc, miał gorączkę i rana bardzo go bolała. Chirurg, opatrzywszy ją, poradził mu pozostać w Beaujeu; rada zbyt rozsądna, aby ją można było odrzucić. St. Aubert jednak nie miał przychylnej opinii o tym lekarzu i rad byłby powierzyć Valancourta bieglejszym dłoniom, ale zwiedziawszy się, że w promieniu kilku mil nie ma żadnego miasta, gdzie można by znaleźć lepszego lekarza, zmienił plan podróży i postanowił zaczekać na powrót do zdrowia Valancourta, który starał się temu przeciwstawić raczej dlatego, że tak wypadało, niż ze szczerego serca. Z nakazu chirurga Valancourt nie wychodził tego dnia z domu, ale St. Aubert z Emilią obejrzeli z zachwytem okolice miasta położonego u stóp Wysokich Pirenejów, które miejscami wznosiły się pionowo w górę, gdzie indziej zaś miały zbocza porośnięte lasami cedrów, jodeł i cyprysów, ciągnących się niemal po najwyższe szczyty. Gdzieniegdzie wśród ciemnej roślinności lasu widniała, niby promyk światła, pogodna zieleń buków i jarzębiny, ówdzie, wysoko wśród drzew, migotały perliste wody potoku.

Niedomaganie Valancourta zatrzymało podróżnych w Beaujeu kilka dni i St. Aubert zdołał przez ten czas odkryć u tego młodego człowieka wrodzony pociąg i talent do filozoficznej dociekliwości. Dostrzegł naturę szczerą i wspaniałomyślną, pełną zapału, bardzo wrażliwą na wszystko, co wzniosłe i piękne, ale porywczą, nieokiełznaną i nieco romantyczną. Valancourt prawie nie znał świata. Cechowała go bystrość spostrzeżeń i szczerość uczuć, z równą gwałtownością wyrażał oburzenie na czyn niegodny, jak i podziw dla czynów szlachetnych. St. Aubert czasem uśmiechał się na widok tych uniesień, ale ich nie hamował i często mówił sobie:

- Ten młody człowiek nie był nigdy w Paryżu - i czasem temu cichemu stwierdzeniu towarzyszyło westchnienie. Postanowił nie opuszczać Valancourta, póki ten całkiem nie wyzdrowieje, a ponieważ młodzieniec odzyskał już dość sił, aby móc podróżować, choć nie tyle, żeby móc dosiąść konia, St. Aubert zaproponował mu na kilka dni miejsce w kolasie. Uczynił to tym chętniej, ponieważ, jak się dowiedział, Valancourt pochodził z gaskońskiej rodziny tego samego nazwiska, cieszącej się powszechnym poważaniem. Młodzieniec przyjął propozycję z ogromną przyjemnością i ruszyli w dalszą drogę przez romantyczne pustkowia do Roussillon.

Podróżowali bez pośpiechu zatrzymując się, ilekroć napotykali niepospolicie piękne widoki. Często wysiadali z kolaski, aby się wspiąć na wzniesienie, gdzie muły nie mogły dotrzeć, a skąd rozciągał się widok jeszcze wspanialszy, i przechadzali się po wzgórzach porosłych lawendą, dzikim tymiankiem, jałowcem i tamaryszkiem, a także w cieniu lasów, gdzie spomiędzy drzew ukazywała się ich oczom daleka perspektywa, jakiej Emilia nawet nie mogła sobie wyobrazić.

St. Aubert zabawiał się czasami zbieraniem roślin, a Valancourt i Emilia szli dalej. Valancourt zwracał jej uwagę na rzeczy, które go szczególnie urzekały, i recytował urywki pięknych wierszy łacińskich i utworów włoskich poetów, których Emilia uwielbiała. W przerwach rozmowy często ukradkiem przypatrywał się w zadumie jej twarzy, która tak żywo odzwierciedlała zalety ducha, a kiedy potem znów zaczynał mówić, w tonie jego głosu była osobliwa tkliwość, obracająca wniwecz wszelkie próby utajenia uczuć. Stopniowo te okresy milczenia stawały się coraz częstsze, aż Emilia, lecz nie Valancourt, zaczęła zdradzać ochotę ich przerywania; i oto ona, która do tej pory zachowywała się z rezerwą, mówiła teraz bez przerwy o lasach, dolinach i górach, aby uniknąć milczenia grożącego wyjawieniem wzajemnych uczuć.

Od Beaujeu droga stale wiodła w górę, prowadząc podróżnych w wysokie regiony, gdzie ogromne lodowce ukazywały całą swoją grozę, a wieczne śniegi bieliły szczyty gór. Często zatrzymywali się, aby kontemplować te zdumiewające widoki, i siedząc nad jakimś dzikim urwiskiem, gdzie tylko dąb wiecznie zielony i modrzew mógł rosnąć, patrzyli znad ciemnych lasów jodłowych i przepaści, gdzie jeszcze ludzka noga nigdy nie stanęła, w dolinę tak głęboką, że grzmienie wód potoku znaczącego bielą pian swą drogę na jej dnie dochodziło do ich uszu jak cichutki szmer. Nad tymi turniami wznosiły się inne, o zdumiewającej wysokości i fantastycznych kształtach, jedne stożkowate, inne wychylone daleko pozą swą podstawę ogromnymi masami granitu, a na ich poszarpanych krawędziach często leżały zwały śniegu, które, drżąc nawet od wibracji dźwięku, groziły zsunięciem się w dolinę i zniszczeniem wszystkiego po drodze. Dokoła, jak wzrokiem sięgnąć, same wspaniałości - daleka perspektywa górskich szczytów zabarwionych eterycznym błękitem lub białych od śniegu, lodowe kotliny, lasy pełne ponurej jodły. Szczególnie zachwycała podróżnych czystość i przejrzystość powietrza na tych wysokościach, które tchnęło w nich innego ducha i napełniło serca jakąś nieopisaną błogością. Nie mieli słów dla wyrażenia wzniosłych uczuć, które ich ogarnęły. Nastrój St. Auberta przejawiał się w pełnym namaszczenia wyrazie twarzy, często napływały mu do oczu łzy, a wtedy oddalał się od towarzyszy. Valancourt odzywał się od czasu do czasu, by zwrócić uwagę Emilii na jakiś szczegół krajobrazu. Rozrzedzenie atmosfery, dzięki któremu wszystko było widać tak wyraźnie, zdumiewało i mamiło Emilię. Nie chciała wierzyć, że przedmioty, które wydawały się tak bliskie, w rzeczywistości były bardzo odległe. Głęboką ciszę tych pustkowi zakłócał czasem krzyk sępów szybujących wokół jakiejś skały w dole albo orła unoszącego się wysoko w powietrzu i tylko niekiedy podróżni słyszeli głuche dudnienie, które rozlegało się u ich stóp. Podczas gdy w górze głębi błękitu nie mąciła ani jedna chmurka, w połowie wysokości gór często toczyły się kłębiaste opary, raz całkowicie zasłaniając widok w dole, to znów rozstępując się i ukazując partie krajobrazu. Emilia z zachwytem patrzyła na wspaniałość tych chmur, na to, jak zmieniały swój kształt i zabarwienie, i obserwowała efekt, jaki wywierały na w części osłonięty świat w dole, bezustannie nadając mu nowe majestatyczne kształty.

Przebywszy wiele mil tej górnej strefy, zaczęli zstępować ku Roussillon i napotykać piękne zakątki urozmaicające krajobraz. Jednakże podróżni nie bez pewnego żalu wspominali majestatyczne widoki, które oglądali, choć oko zmęczone nadmiernym wysiłkiem chętnie spoczywało na zieleni lasów i pastwisk ciągnących się wzdłuż rzeki w dole, na skromnych chatkach w cieniu cedrów, swawolnej grupce góralskich dzieci i kwietnych zakątkach, które pojawiły się wśród wzgórz.

Jadąc, ujrzeli w dali, po prawej stronie, jedną z wielkich, wiodących do Hiszpanii, przełęczy pirenejskich, która połyskiwała swymi blankami i wieżycami w blaskach zachodzącego słońca, żółte wierzchołki lasów zabarwiające urwiska w dole, a hen, wysoko, śnieżne szczyty gór jeszcze różowiejące.

St. Aubert zaczął wypatrywać miasteczka, do którego skierowali go mieszkańcy Beaujeu i gdzie zamierzał stanąć na noc, ale nie było widać żadnych siedzib ludzkich. Valancourt nie mógł mu nic pomóc, bo nigdy jeszcze nie zapuszczał się tak daleko wzdłuż tego łańcucha Alp. Mieli jednak za przewodniczkę drogę i trudno było wątpić, że jest to droga właściwa, bowiem od wyjazdu z Beaujeu nie napotkali żadnych rozstai, na których mogliby pobłądzić.

Słońce rzucało już ostatnie blaski i St. Aubert polecił woźnicy jechać z możliwie największym pośpiechem. Stwierdził bowiem, że po tym szczególnie męczącym tak dla ciała, jak dla ducha dniu zaczął znów odczuwać chorobliwe znużenie i pragnął wypocząć. Widok długiego sznura ludzi, koni i mułów jucznych, pojawiających się, to znów niknących z oczu wśród drzew na stokach przeciwległej góry, tak że nie sposób było określić ich liczbę, nie rozproszył jego niepokoju. W promieniach zachodzącego słońca błysnęło coś na podobieństwo broni i wśród kroczących na czele pochodu, a także wzdłuż całego sznura ludzi i zwierząt podążających za nimi można było dojrzeć mundury wojskowe. Gdy pochód schodził krętą drogą w dolinę, z lasu wyłonił się jego koniec złożony z oddziału wojska. St. Aubert wyzbył się lęku. Nie miał wątpliwości, że to przemytnicy, którzy, idąc z zakazanymi towarami przez Pireneje, napotkali oddział wojska i zostali pojmani.

Podróżni tak długo marudzili w wyższych partiach gór, że całkiem zawiedli się w swoich wyliczeniach, iż dotrą do Montigny o zachodzie. Podążając wijącą się drogą wzdłuż doliny, ujrzeli na prymitywnym moście pomiędzy dwiema stromymi skałami gromadkę dzieci góralskich, które zabawiały się strącaniem kamieni w płynący dołem potok i patrzyły, jak pluskają w wodę z posępnym odgłosem przedłużanym echem gór, wzbijając wysoko w powietrze bryzgi białej piany. Spod mostu rozciągał się widok na dolinę z wodospadem huczącym wśród skał i ocienioną sosnami chatkę nad urwiskiem. Wyglądało na to, że muszą być blisko jakiegoś małego miasteczka. St. Aubert kazał woźnicy zatrzymać muły i krzyknął do dzieci, chcąc je zapytać, jak daleko jest do Montigny, ale odległość i szum potoku tłumiły jego głos, a skały, na których opierał się most, były tak wysokie i strome, że człowiek nie obeznany ze wspinaczką nie mógłby się wdrapać na żadną z nich. St. Aubert nie tracił więc czasu na dalszy postój. Jechali jeszcze długo, gdy zmierzch okrył drogę, która była tak kamienista, że w końcu doszli do wniosku, iż bezpieczniej teraz iść niż jechać, i wysiedli wszyscy z kolaski. Księżyc wschodził, ale był jeszcze zbyt blady, by móc oświetlić im drogę. Kiedy tak kroczyli ostrożnie, usłyszeli dzwon klasztorny wzywający na nieszpory. Zmierzch nie pozwalał im dostrzec nic, co by przypominało kształtem budowlę, ale dźwięk dzwonu wydobywał się jak gdyby z lasów, które porastały wzniesienie terenu po prawej stronie. Valancourt zaproponował, że pójdzie i odnajdzie klasztor.

- Jeżeli nie przyjmą nas na noc - rzekł - to z całą pewnością powiedzą, jak daleko stąd do Montigny, i wskażą drogę. - Skoczył naprzód, nie czekając na odpowiedź St. Auberta, lecz ten go powstrzymał.

- Jestem okropnie zmęczony - powiedział - i niczego tak nie pragnę, jak natychmiast się położyć. Pójdziemy wszyscy razem do tego klasztoru, twój doskonały wygląd nie pomógłby naszemu celowi, ale gdy mnisi ujrzą moją zmęczoną twarz i Emilii, nie odmówią nam na pewno noclegu.

Powiedziawszy to, wsparł się na ramieniu Emilii i nakazawszy Michałowi, aby zaczekał chwilę z kolaską na drodze, zaczął się wspinać ku lasowi, kierując się głosem klasztornego dzwonu. St. Aubert słaniał się na nogach, więc gdy Valancourt zaproponował mu ramię, przyjął je z ochotą. Księżyc zaczął rzucać słaby blask na ścieżkę i wkrótce podróżni zdołali już dostrzec jakieś wieże ponad wierzchołkami drzew. Zdążając dalej za głosem dzwonu, weszli w mrok lasu, tu i ówdzie rozjaśniony światłem księżyca, przedostającym się pomiędzy liśćmi i rzucającym drżący i niepewny blask na stromą ścieżkę wijącą się wśród drzew. Panująca tu posępna cisza, którą zakłócał tylko odgłos dzwonu, wraz z dzikością otoczenia, napełniły Emilię nie lada strachem, który łagodziła nieco rozmowa z Valancourtem i dźwięk jego głosu. Po pewnym czasie St. Aubert zaczął uskarżać się na zmęczenie, i zatrzymali się dla odpoczynku na małej zielonej polance oświetlonej księżycowym blaskiem. St. Aubert usiadł na trawie między Emilią a Valancourtem. Dzwon umilkł i nic już nie mąciło głębokiego spokoju tego zakątka, bo cichy stłumiony szmer odległych potoków raczej koił, niż zakłócał ciszę.

Przed nimi rozciągała się dolina, którą opuścili. Skały i lasy po lewej stronie, lekko posrebrzone blaskiem, kontrastowały z głębokim cieniem, który okrywał urwiska naprzeciwko, obwiedzione światłem tylko na krawędziach, perspektywa zaś doliny ginęła w żółtawej mgiełce poświaty księżycowej. Podróżni siedzieli przez czas jakiś w milczeniu, radując się spokojem ducha, który podobne obrazy wywołują.

- Takie widoki - rzekł wreszcie Valancourt - jak słodkie dźwięki muzyki, budzą czułość serca i wywołują tę rozkoszną melancholię, której nikt, kto raz ją odczuł, nie odda za najweselsze rozrywki. Budzą w nas najlepsze, najczystsze uczucia, skłaniając do dobrych uczynków, współczucia i przyjaźni. Tych, których kocham... zawsze o tej godzinie kocham jakby więcej. - Głos mu zadrżał i umilkł.

St. Aubert milczał. Emilia poczuła gorącą łzę na swojej ręce, którą ojciec trzymał w dłoniach. Znała przedmiot jego myśli. Jej myśli też przez czas jakiś zaprzątało wspomnienie o matce. St. Aubert otrząsnął się jakby z wysiłkiem.

- Tak - powiedział z na wpół stłumionym westchnieniem - pamięć drogich osób, czasów minionych bezpowrotnie, zakrada się w duszę o tej godzinie jak dźwięki dalekiej muzyki w ciszy nocnej... czułe i harmonijne niczym ten krajobraz uśpiony w łagodnej poświacie księżyca. - Umilkł na chwilę, a potem dodał: - Zawsze wydawało mi się, że o tej godzinie myślę z większą jasnością i precyzją niż o jakiejkolwiek innej porze, i że serce, które by nie zmiękło pod jej wpływem, musi być bardzo zatwardziałe. Lecz takich serc jest wiele.

Valancourt westchnął.

- Naprawdę aż tak wiele? - spytała Emilia.

- Za kilka lat, droga Emilio - odparł St. Aubert - będziesz się śmiała, wspomniawszy to pytanie... Jeśli, przeciwnie, nie zapłaczesz. Ale już odpocząłem nieco, chodźmy dalej.

Wyszedłszy z lasu, ujrzeli na trawiastym wzgórzu klasztor, którego szukali. Idąc wzdłuż wysokiego muru, doszli do starej furty i zapukali. Otworzył im ubogi mnich i wprowadził do przyległej izby, gdzie kazał przybyłym czekać, póki nie przedstawi ich prośby ojcu przeorowi. Po jego wyjściu kilku braci po kolei zajrzało do izby, aby się im przyjrzeć, a w końcu wrócił pierwszy z mnichów i zaprowadził ich do pokoju, gdzie w fotelu przy biurku siedział ojciec przeor nad ogromnym foliałem, drukowanym czarnymi literami. Przyjął ich grzecznie, ale nie powstał z fotela, i po zadaniu kilku pytań przychylił się do prośby. Po krótkiej rozmowie, bardzo ceremonialnej i poważnej, udali się do pomieszczenia, gdzie mieli zjeść kolację, a Valancourt, któremu jeden z pomniejszych braci grzecznie zaofiarował się towarzyszyć, ruszył na poszukiwanie Michała i jego mułów. Jeszcze nie zdążyli zejść z połowy zbocza, gdy usłyszeli głos woźnicy niosący się echem na wszystkie strony. Raz przyzywał St. Auberta, a raz Valancourta, który po pewnym czasie zdołał go przekonać, że nie ma powodu się obawiać ani o siebie, ani o St. Auberta, i załatwiwszy mu nocleg w chacie na skraju lasu, powrócił, aby ze swymi przyjaciółmi zjeść kolację złożoną z takich prostych potraw, jakimi mnisi uznali za stosowne ich potraktować. St. Aubert czuł się nazbyt niedysponowany, aby jeść cokolwiek, Emilia zaś zbytnio niepokoiła się o ojca, żeby pamiętać o sobie, a Valancourt, milczący i zamyślony, troszczył się szczególnie o to, aby St. Aubert zaznał ulgi i spoczynku. A gdy Emilia nakłaniała ojca do jedzenia lub poprawiała mu poduszkę na fotelu, St. Aubert często spostrzegał zwrócone na nią czułe spojrzenie Valancourta, co nie było mu niemiłe.

Rozstali się wcześnie i udali do swoich pokoi. Emilia odprawiła zakonnicę, która ją odprowadziła, była bowiem w bardzo melancholijnym nastroju i miała tak rozproszoną uwagę, że rozmowa z obcym człowiekiem sprawiała jej trud. Uważała, że ojciec z dnia na dzień coraz bardziej podupada na zdrowiu, i temu właśnie, a nie trudnościom podróży, przypisywała jego zmęczenie. Orszak ponurych myśli przeciągnął przez jej głowę, nim zasnęła.

Mniej więcej w dwie godziny później zbudziły ją dźwięki dzwonu i zaraz potem usłyszała odgłos szybkich kroków wzdłuż galerii, na którą wychodziły drzwi jej pokoju. Nie znała życia klasztornego, więc bardzo ją to zaniepokoiło. Ciągły lęk o ojca nasunął myśl, że ojciec ciężko zachorował, zerwała się więc spiesznie, żeby do niego pobiec. Nim jednak otworzyła drzwi, zaczekała, aż ludzie na galerii przejdą, a wtedy opadły z niej resztki snu i zrozumiała, że dzwon wzywał mnichów na modlitwy. Ustały już jego dźwięki, zapanowała znów cisza i Emilia zaniechała pójścia do pokoju ojca. Nie czuła się teraz usposobiona do snu, a księżyc zaglądający do pokoju skłonił ją do otwarcia okna i spojrzenia na rozciągający się z niego widok.

Noc była piękna i cicha, na niebie ani jednej chmurki, a w lesie w dole nie drżał nawet listek. Gdy tak patrzyła, nasłuchując, z kaplicy stojącej na jednej z niższych skał doszedł jej uszu cichy hymn północny mnichów, święta pieśń, która wznosiła się pośród nocnej ciszy ku niebiosom, a wraz z nią uniosły się myśli Emilii. Od rozważania Jego dzieł przeszła do adoracji Boga w Jego dobroci i mocy. Gdziekolwiek spojrzała, czy na uśpioną ziemię, czy ogrom przestworzy rozjarzonych światłami spoza zasięgu ludzkich myśli, wszędzie widziała Boży majestat, majestat Jego obecności. W oczach Emilii zabłysły łzy miłości pełnej czci i zachwytu. Czuła czyste oddanie, które wynosi ducha ponad sprawy tego świata i jakby go przekształca w coś szlachetniejszego; to oddanie, którego można zapewne doświadczyć tylko wtedy, gdy umysł, wyzwolony na chwilę od spraw przyziemnych, wznosi się ku kontemplacji Jego mocy w majestacie Jego dzieł i Jego dobroci w nieskończoności Jego błogosławieństw.

Czyż to nie godzina,

Święta godzina, gdy w czystą wysokość

Rozgwieżdżonej wklęsłości pnie się księżyc w pełni

I światu na nizinach w uroczystej ciszy

Daje znak, że do ucha przychylnych niebiosów

Głos religii powinien mówić? Już dzieciątko

Wie o tym, przebudzone, swoje małe rączki

Wznosi do bogów, w niewinnym posłaniu

Błaga błogosławieństwa26.

Północny śpiew mnichów wkrótce umilkł, ale Emilia pozostała jeszcze w oknie i patrzyła na zachód księżyca i dolinę wolno pogrążającą się w głębokim cieniu, pragnąc jak najdłużej zachować obecny stan ducha. W końcu wróciła na posłanie i zapadła w spokojny sen.

ROZDZIAŁ V

Kiedy w różanej dolinie

Miłość od udręk wolna wzbierała w dziecka westchnieniu27.

St. Aubert, dostatecznie pokrzepiony nocnym odpoczynkiem, aby jechać dalej, wyruszył rankiem z córką i Valancourtem ku Roussillon, gdzie spodziewał się dotrzeć przed zapadnięciem zmroku. Kraina, którą teraz przemierzali, była równie dzika i romantyczna jak ta, którą minęli, z tą jednak różnicą, że tu i ówdzie opromieniona uśmiechem piękna. Wśród gór pojawiały się lesiste kotlinki pełne kwiatów i żywej zieleni, czasem zaś sielska dolina ukazywała w cieniu skał swe trawiaste łono ze stadami bydła i owiec nad brzegiem rzeczułki, która ożywiała ją wieczną zielenią. St. Aubert nie żałował, iż obrał tę żmudniejszą drogę, chociaż i tego dnia musiał często wysiadać z kolaski i iść piechotą wzdłuż poszarpanych krawędzi przepaści i wspinać się na kamieniste góry. Podniosłość i różnorodność widoków opłacała z nawiązką ten trud, a entuzjazm, jaki widoki te wzniecały w jego młodych współtowarzyszach podróży, budził w nim wspomnienia wszystkich rozkosznych uczuć młodości, gdy po raz pierwszy objawiły mu się wzniosłe uroki natury. Rozmowy z Valancourtem i słuchanie jego szczerych uwag sprawiały mu wielką przyjemność. Młodzieńczy zapał i prostota zachowania czyniły z Valancourta postać jakby charakterystyczną dla tego otoczenia. St. Aubert zdołał się zorientować, że ten młody człowiek miał poglądy nie wpojone, ale wyrobione, że były one wynikiem własnych przemyśleń, a nie czyichś nauk. O wielkim świecie Valancourt zdawał się nie wiedzieć nic, miał bowiem dobre mniemanie o całej ludzkości i w rezultacie widział w niej odzwierciedlenie własnych cnót.

St. Aubert czasem pozostawał nieco w tyle, badając jakąś roślinę dostrzeżoną obok ścieżki, i często z przyjemnością popatrywał na tych dwoje młodych idących obok siebie - Valancourta, który z żywym zachwytem na twarzy wskazywał Emilii jakiś szczególnie uroczy zakątek, i Emilię, która patrzyła i słuchała z wyrazem czułej powagi, mówiącej o wzniosłości ducha. Wyglądali jak dwoje kochanków, którzy nigdy nie opuszczali swoich rodzinnych gór i dzięki temu ustrzegli się przed frywolnościami pospolitego życia, dwoje kochanków, których poglądy były proste i wzniosłe jak otaczający ich krajobraz i którzy nie znali innego szczęścia jak związek czystych i miłujących serc. St. Aubert uśmiechnął się i westchnął do tego romantycznego obrazu szczęśliwości, jaki nakreśliła jego wyobraźnia, a potem znowu westchnął na myśl o tym, jak mało natura i prostota jest znana światu, skoro ów dopatruje się romantyzmu w swoich przyjemnościach.

- Świat - rzekł, idąc za biegiem swych myśli - ośmiesza namiętności, które są mu mało znane. Jego obrazy i zainteresowania rozpraszają uwagę, psują smak i serce, a miłość nie może istnieć w sercu, które zatraciło godność niewinności. Cnota i smak są prawie tym samym, bo cnota to niewiele więcej niż aktywny smak, i na prawdziwą miłość składają się najdelikatniejsze afekty jednego i drugiego. Jakże więc mamy szukać miłości w wielkich miastach, gdzie miejsce czułości, prostoty i prawdy zajmują samolubstwo, rozpusta i nieszczerość?

Było prawie południe, kiedy podróżni dojechawszy do stromego i niebezpiecznego odcinka drogi, wysiedli z kolaski. Droga wiła się po wzniesieniu porosłym lasem, więc zamiast kroczyć za kolaską, zagłębili się w orzeźwiający cień. Chłodne powietrze było nasycone wilgocią rosy, co wraz z zielenią murawy pod drzewami, pomieszanym zapachem kwiatów melisy, tymianku i lawendy, wspaniałością sosen, buków i kasztanów, które okrywały wszystko swoim cieniem, stwarzało najrozkoszniejsze ustronie. Czasami gęste listowie zakrywało widok całkowicie, kiedy indziej odsłaniało części dalekiego krajobrazu, co podsuwało wyobraźni ciekawsze i bardziej imponujące obrazy niż te, które dotychczas prezentowały się oczom podróżnych. Często więc zwlekali, dając upust tym rojeniom.

Chwile milczenia, które już przedtem przerywały rozmowę Valancourta z Emilią, były tego dnia jeszcze częstsze. Valancourt przechodził nagle od ogromnego ożywienia w stan głębokiej zadumy, a czasem w jego uśmiechu pojawiała się niekłamana melancholia, której Emilia nie mogła nie rozumieć, bowiem jej serce podzielało te same uczucia.

St. Aubert odpoczął w cieniu i ruszyli dalej lasem, starając się w miarę możności posuwać wzdłuż drogi, póki się nie zorientowali, że całkiem ją zgubili. Szli skrajem urwiska zwabieni widokami, jakie się stamtąd rozciągały, droga zaś wiła się daleko za skałą ponad nimi. Valancourt krzyknął głośno do Michała, lecz nie usłyszał nic w odpowiedzi oprócz własnego głosu odbitego echem od skał, a liczne próby odnalezienia drogi okazały się równie bezskuteczne. I właśnie gdy poczuli się zupełnie zagubieni, dostrzegli wśród drzew w pewnej odległości chatkę pastuszą i Valancourt ruszył przodem, aby poprosić o pomoc. Doszedłszy na miejsce, zobaczył tylko dwoje dzieci bawiących się na trawie przed drzwiami. Zajrzał do wnętrza chatki, ale nie dojrzał nikogo, a starszy z chłopców powiedział mu, że ojciec jest przy stadzie, matka zaś zeszła w dolinę, lecz lada chwila wróci. Kiedy tak stał, zastanawiając się, co robić, nagle usłyszał głos Michała grzmiący rozgłośnie wśród skał na górze. Valancourt odpowiedział natychmiast na to wołanie i zaczął przedzierać się przez gąszcze okrywające stromizny, idąc za głosem Michała. Przedostawszy się przez jeżyny i urwiska, dotarł wreszcie do Michała i zdołał go uciszyć i skłonić do słuchania. Droga znajdowała się w znacznej odległości od miejsca, gdzie zostali St. Aubert i Emilia, nie było też dość przestrzeni, aby kolaska mogła zawrócić i cofnąć się na skraj lasu, a ponieważ St. Aubert nie zdołałby się wspiąć do niej po stromiznach, Valancourt zaczął szukać jakiejś łatwiejszej ścieżki.

Tymczasem St. Aubert z Emilią doszli do chatki, spoczęli na prostej ławie umocowanej między pniami sosen, które rzucały na nią cień, i czekali na powrót Valancourta.

Starszy z chłopców przestał się bawić i stał nieruchomo, patrząc na przybyłych, a młodszy nadal fikał koziołki i nakłaniał brata, by się przyłączył do tych swawoli. St. Aubert patrzył z przyjemnością na ten obrazek dziecięcej prostoty i wspomniał własnych synów, których utracił, gdy byli mniej więcej w wieku tych dzieci, oraz ich nieodżałowaną matkę. Popadł też zaraz w głęboką zadumę, a ujrzawszy to, Emilia zaczęła natychmiast nucić jedną z owych prostych a żywych piosenek, które tak bardzo lubił, a które ona umiała śpiewać z niezwykle ujmującą słodyczą. St. Aubert uśmiechnął się do córki przez łzy, ujął jej rękę i uścisnął czule, a potem postarał się odpędzić od siebie melancholijne wspomnienia, które nawiedziły jego myśli.

Kiedy Emilia śpiewała, nadszedł Valancourt, a nie chcąc przerywać jej śpiewu, zatrzymał się nieopodal i słuchał. Gdy skończyła, podszedł do nich i powiedział, że znalazł Michała, a także ścieżkę, którą mogą się wspiąć na górę, gdzie stoi kolaska. Wskazał porosłe lasem stromizny, na które St. Aubert spojrzał niespokojnym okiem. Był już zmęczony dotychczasowym marszem i ta wspinaczka przerażała go. Pomyślał jednak, iż będzie mniej żmudna niż długa i nierówna droga dookoła, i postanowił spróbować, ale Emilia, zawsze tak o niego dbała, zaproponowała, aby odpoczął i posilił się, zanim ruszy dalej, więc Valancourt udał się do kolaski po złożone w niej wiktuały.

Wróciwszy, zaproponował, aby się przenieśli nieco wyżej, gdzie z lasu rozciąga się wspaniały i rozległy widok, i właśnie szykowali się do pójścia tam, gdy zobaczyli, jak do dzieci podchodzi młoda kobieta i pieszcząc je, płacze.

Podróżni, zaciekawieni jej niedolą, stali i patrzyli. Kobieta wzięła młodsze dziecko na ręce i spostrzegłszy obcych, szybko otarła łzy, po czym skierowała się ku chatce. St. Aubert zapytał ją o przyczynę smutku i dowiedział się, że jej mąż, który jest pasterzem i mieszka tu w czasie letnich miesięcy, aby doglądać stad przygnanych na górskie pastwiska, utracił minionej nocy cały swój skromny dobytek. Banda Cyganów, która od pewnego czasu stała się utrapieniem całej okolicy, uprowadziła kilka owiec jego pana.

- Jacques - dodała żona pasterza - miał trochę oszczędności i kupił za nie kilka owiec, a teraz musi je oddać swemu panu w zamian za tamte, ukradzione, a co najgorsze, jego pan, kiedy się o tym dowie, nie będzie więcej chciał powierzać mu swych stad, bo jest to człowiek twardy! I co się wtedy stanie z naszymi dziećmi!

Niewinny wyraz twarzy oraz prostota zachowania tej kobiety wobec takiej krzywdy sprawiły, że St. Aubert uwierzył w jej opowieść, Valancourt zaś, przekonany o jej prawdziwości, spytał, jaka jest wartość ukradzionych owiec, a dowiedziawszy się, odwrócił się z rozczarowaniem. St. Aubert włożył kobiecie trochę pieniędzy w rękę, Emilia też dała jej coś ze swojej sakiewki i ruszyli w kierunku urwiska, ale Valancourt pozostał jeszcze i zagadnął żonę pasterza, która teraz płakała z wdzięczności i zdziwienia. Zapytał, ile jej jeszcze brakuje pieniędzy, by mogła odkupić ukradzione owce, i stwierdził, iż była to suma wynosząca niespełna tyle, ile miał przy sobie. Czuł się zakłopotany i przybity.

- Więc ta suma - rzekł do siebie - mogłaby tych biedaków całkowicie uszczęśliwić... Mógłbym im ją dać... Mógłbym dać im to całkowite szczęście! Ale co by się wówczas stało ze mną? Jak zdołałbym wrócić do domu z tą odrobiną pieniędzy, które mi pozostały?

Chwilę stał, nie chcąc się wyrzec luksusu podniesienia rodziny z upadku do szczęścia, a jednocześnie rozważając trudność podróżowania z tak niewielką sumką, jaka by mu pozostała.

Kiedy tak się wahał, nadszedł sam pasterz - dzieci wybiegły mu na spotkanie, a on wziął jedno z nich na ręce i z drugim uczepionym poły kurtki podszedł ociężałym krokiem. Na widok smutnego i melancholijnego wyrazu jego twarzy Valancourt natychmiast podjął decyzję. Rzucił na ziemię wszystkie pieniądze z wyjątkiem kilku ludwików i ruszył szybko za St. Aubertem i Emilią, którzy powoli wchodzili na strome zbocze. Nigdy jeszcze nie było Valancourtowi tak lekko na sercu jak w tej chwili, chciało mu się tańczyć z radości, wszystko wokół wydawało się ciekawsze lub piękniejsze niż dotychczas. St. Aubert spostrzegł to niezwykłe ożywienie w jego twarzy.

- Co cię tak uradowało, chłopcze? - spytał.

- Ach, jaki śliczny dzień - odparł Valancourt - jak jasno świeci słońce, jakie tu czyste powietrze, jaki uroczy krajobraz!

- Istotnie uroczy - rzekł St. Aubert, którego doświadczenia z okresu młodości nauczyły rozumieć naturę obecnych uczuć Valancourta. - Jaka szkoda, że ludzie bogaci, którzy rozporządzają tym słońcem, spędzają swoje dni w mroku, w chłodnym cieniu samolubstwa! A tobie, młody przyjacielu, niech to słońce zawsze świeci równie jasno jak w tej chwili i niech postępowanie twoje opromienia cię zawsze blaskiem dobrodziejstw i rozumu!

Valancourt, czując się bardzo pochlebiony tymi słowami, mógł odpowiedzieć tylko uśmiechem wdzięczności.

Szli dalej krętą ścieżką wśród drzew, między porosłymi trawą pagórkami, i kiedy doszli na ocieniony wierzchołek, wszyscy wydali okrzyk zachwytu. Za miejscem, na którym stali, wznosiła się pionowo na znaczną wysokość masywna ściana skalna, a potem rozwidlała się, tworząc dwa skalne nawisy. Ich szary odcień kontrastował z żywymi kolorami roślin i dzikich kwiatów rosnących w załomach, a ponura zieleń sosen i cedrów, które kołysały się daleko w górze, jeszcze go pogłębiała. Urwiska w dole, znad których wzrok sięgał wprost w dolinę, były obrzeżone gęstwą górskiej roślinności, a jeszcze niżej widniały czubate wierzchołki kasztanów, spomiędzy których wyglądała chatka pastusza, przed chwilą przez podróżnych opuszczona, z niebieskawym dymkiem wijącym się wysoko w niebo. Ze wszystkich stron widać było majestatyczne szczyty Pirenejów - jedne z ogromnymi granitowymi turniami, których wygląd zmieniał się co chwila, zależnie od światła, jakie na nie padało, inne, jeszcze wyższe, z okrytymi śniegiem wierzchołkami i zboczami porosłymi lasem sosen, modrzewi i dębów, które sięgały aż w dolinę. Była to jedna z owych wąskich dolin ciągnących się od Pirenejów aż ku Roussillon, których zielone łąki i piękno pól uprawnych stanowią zdecydowany i cudowny kontrast z całą otaczającą je romantyczną wspaniałością. Poprzez szpaler gór widać było niziny Roussillon łączące się daleko w błękitnej mgiełce z wodami Morza Śródziemnego, gdzie na cyplu, który wyznaczał granicę brzegów, widniała samotna latarnia morska, a nad nią krążyło ptactwo wodne. Jeszcze dalej pojawiał się raz po raz biały w blasku słońca, sunący chyłkiem żagiel, o którego ruchu świadczyła tylko zmieniająca się odległość od latarni morskiej. Czasami widać było żagiel tak daleki, że mógł tylko wyznaczać linię między niebem a ziemią.

Po drugiej stronie doliny, dokładnie naprzeciwko miejsca, gdzie odpoczywali podróżni, otwierała się skalista przełęcz ku Gaskonii. Tutaj nie było ani śladu upraw. Granitowe skały osłaniające dolinę wznosiły się pionowo, sięgając nagimi wierzchołkami pod chmury, nieurozmaicone lasami, nierozweselone choćby widokiem szałasu myśliwskiego. Czasem jakiś gigantyczny modrzew rzucał nad przepaścią długi cień, a tu i ówdzie jakaś skała dźwigała na swym grzbiecie monumentalny krzyż, mówiący podróżnemu o losie człowieka, który zapuścił się tam przed nimi. Miejsce to wydawało się istnym siedliskiem bandytów; Emilia spoglądając na nie, była niemal pewna, że zaraz zobaczy, jak wykradają się z jakiejś jaskini, by ruszyć na poszukiwanie ofiary. Ale niebawem uderzył ją widok nie mniej straszny - szubienica stojąca na szczycie skały na skraju przełęczy i tuż nad jednym z krzyży, które zauważyła przedtem. Oto hieroglify opisujące proste, a straszliwe dzieje. Wzbraniała się zwrócić na nie uwagę ojcu, ale wprawiły ją w ponury nastrój i wywołały pragnienie jak najśpieszniejszego wyruszenia w dalszą drogę, aby mogli z całą pewnością dotrzeć do Roussillon przed zapadnięciem nocy. Było jednak konieczne, aby St. Aubert nieco się pożywił, usiedli więc na niskiej, suchej trawie i otworzyli koszyk z wiktuałami, podczas gdy

chłodzą ich wietrzne szepty,

Nad ich głowami faluje zieloność cedrów,

I cień swój wdzięczny wznoszą smukłe palmy.

i wchłaniają

Ducha powietrza, piją ożywcze powiewy

Nadpływające od sosnowych lasów

I dolin woni; a w oddali słychać

Grzmiące tonie i wodospady28.

Odpoczynek i powietrze na tym wierzchołku przywróciły St. Aubertowi siły, a Valancourt był tak oczarowany wszystkim wokół oraz rozmową z towarzyszami podróży, że jakby zapomniał o potrzebie wyruszenia w dalszą drogę. Zakończywszy swój skromny posiłek, spojrzeli po raz ostatni na rozciągający się stąd widok i znów zaczęli się wspinać. St. Aubert bardzo się ucieszył, gdy dotarli do kolaski. Emilia wsiadła razem z nim, lecz Valancourt, pragnąc lepiej widzieć ten czarujący kraj, do którego mieli właśnie przybyć, spuścił psy ze smyczy i kroczył lekko skrajem drogi. Często zbaczał i wchodził na pagórki, które obiecywały rozleglejszy widok, a powolny krok mułów łatwo pozwalał mu je potem doścignąć. Ilekroć dostrzegał jakiś niezwykle wspaniały widok, natychmiast śpieszył powiadomić o tym St. Auberta, który, chociaż był nadto zmęczony, by wysiąść z kolaski i wspiąć się na pobliską skałę, kazał zatrzymywać muły, żeby mogła uczynić to Emilia.

Był wieczór, kiedy zjechali z niższych gór, które otaczają pasmem Roussillon i tworzą majestatyczną barierę wokół tego uroczego kraju, otwartą tylko na wschodzie, od strony Morza Śródziemnego. Krajobraz upiększały pola uprawne: niziny te były zabarwione najwspanialszymi kolorami, jakie płodny klimat i pomysłowi ludzie potrafią pobudzić do życia. Gaje pomarańczowe i cytrynowe nasycały swą wonią powietrze, a ich dojrzałe owoce połyskiwały wśród listowia. Na opadających ku nizinom stokach rozpościerały swe skarby rozległe winnice. Za nimi lasy i pastwiska, różne miasta i wioski ciągnęły się aż ku morzu, na którego lśniących wodach bielały w dali liczne żagle, a nad tym wszystkim roztaczał się purpurowy blask wieczoru. Krajobraz ten wraz z otaczającymi górami tworzył obraz nieskalanego uroku i wspaniałości, "piękna śpiącego na podołku grozy"29.

Podróżni, wydostawszy się na równinę, jechali dalej szpalerami kwitnącego mirtu i granatów, póki nie dotarli do Arles, gdzie postanowili zatrzymać się na noc. Znaleźli pomieszczenie proste, ale schludne, i byliby spędzili radosny wieczór po trudach i zachwytach dnia, gdyby ich nie przygnębiała nadciągająca chwila rozstania. St. Aubert zamierzał wyruszyć rankiem ku wybrzeżom Morza Śródziemnego i jadąc wzdłuż nich, dotrzeć do Langwedocji, a Valancourt, ponieważ prawie całkiem już wydobrzał i nie miał pretekstu, by pozostawać dłużej z nowymi przyjaciółmi, postanowił ich tutaj opuścić. St. Aubert, który go bardzo polubił, prosił, by im dalej towarzyszył, lecz nie powtórzył zaproszenia, a Valancourt był dosyć rezolutny, by oprzeć się pokusie i nie okazać się niegodnym doznawanych względów. Następnego ranka musieli się zatem rozstać - St. Aubert, aby wyruszyć dalej do Langwedocji, a Valancourt, żeby podziwiać nowe widoki górskie w drodze powrotnej do domu. Tego wieczoru często bywał milczący i zamyślony. St. Aubert odnosił się do niego serdecznie, lecz z powagą, Emilia zaś była smutna, chociaż często starała się udawać wesołość. Po tym najbardziej melancholijnym wieczorze, jaki dotychczas spędzili razem, rozstali się na noc.

ROZDZIAŁ VI

O to, czego odmawiasz mi, nie dbam, Fortuno!

Nie zrabujesz, co dać mi natura jest skora:

Nie możesz mi niebieskich okiennic zasunąć,

Przez które ukazuje jasną twarz Aurora,

Nie możesz moim stopom zabronić z wieczora

Stąpać po lesie, wartkim potoku, po trawie;

Niech zdrowie się z moimi nerwami upora.

Dużym dzieciom zabawki ich chętnie zostawię.

Wyobraźnię, rozsądek - któż zabrać mi w prawie?30

Rankiem Valancourt zjadł śniadanie w towarzystwie St. Auberta i Emilii, którzy nie wyglądali na bardzo pokrzepionych snem. St. Aubert był nadal osłabiony i ku przerażeniu Emilii jego choroba zdawała się szybko postępować. Emilia obserwowała go wciąż z lękiem i czułością, a jego wygląd znajdował zawsze wierne odzwierciedlenie w wyrazie jej twarzy.

Na początku znajomości Valancourt wyjawił im swoje nazwisko i pochodzenie. Nie były one obce St. Aubertowi, ponieważ rodzinne włości Valancourta, będące teraz w posiadaniu starszego brata, znajdowały się o dwadzieścia mil od La Vallée i St. Aubert spotykał czasem starszego Valancourta przy okazji sąsiedzkich wizyt, świadomość ta sprawiała, że tym chętniej przestawał ze swym obecnym towarzyszem, bo chociaż twarz i maniery młodego człowieka zaskarbiłyby mu i tak przychylność St. Auberta, który był bardzo skłonny do ufania własnym oczom, o ile chodzi o twarze, to jednak nie zostałyby uznane za wystarczający powód, by mogła z nim zawrzeć znajomość jego córka.

Śniadanie upłynęło niemal w takim samym milczeniu jak poprzedniego wieczora kolacja, ale zadumę przyjaciół przerwał w końcu turkot kół kolaski, która miała powieźć dalej Emilię i St. Auberta. Valancourt wstał i podszedł do okna - była to rzeczywiście ich kolaska, powrócił więc bez słowa na swoje miejsce przy stole. Nadeszła chwila rozstania. St. Aubert wyraził nadzieję, że za każdym razem, przejeżdżając koło La Vallée, Valancourt nie omieszka złożyć im wizyty, a on podziękował mu gorąco i obiecał, że z pewnością to uczyni, co mówiąc, spojrzał nieśmiało na Emilię, która usiłowała pokryć swoje przygnębienie uśmiechem. Spędzili kilka minut na interesującej rozmowie, po czym St. Aubert ruszył pierwszy do kolaski, a za nim kroczyli w milczeniu Emilia i Valancourt. Gdy wsiedli, Valancourt jeszcze przez kilka minut zwlekał w drzwiach kolaski i żadne z nich nie miało dość odwagi, by powiedzieć: "Żegnaj!". Wreszcie St. Aubert wyrzekł to melancholijne słowo, Emilia przekazała je Valancourtowi, a on powtórzył z uśmiechem, w którym widać było przygnębienie, i kolaska ruszyła.

Podróżni trwali przez czas jakiś w niezmąconym zamyśleniu, które nie było im niemiłe. W końcu St. Aubert przerwał je, mówiąc:

- To bardzo obiecujący młody człowiek, od lat nie spotkałem nikogo, kto by mi przypadł do serca po tak krótkiej znajomości. Przypomina mi dni mojej młodości, gdy wszystko było dla mnie nowe i zachwycające! - St. Aubert westchnął i znów pogrążył się w zadumie, a Emilia, spojrzawszy za siebie, ujrzała Valancourta w drzwiach gospody; stał i patrzył za oddalającą się kolaską. Dostrzegł Emilię i pomachał ręką, a ona odpowiedziała mu tym samym gestem pożegnania, ale wkrótce rozdzielił ich zakręt drogi.

- Pamiętam, że gdy byłem w jego wieku - podjął St. Aubert - myślałem i czułem tak samo jak on. Ale wtedy świat otwierał się przede mną, a teraz... się zamyka.

- Ojcze drogi, nie snuj tak ponurych myśli - rzekła Emilia drżącym głosem. - Mam nadzieję, że pożyjesz jeszcze wiele, wiele lat... ze względu na siebie samego... i na mnie.

- Ach, moja Emilio! - oparł St. Aubert - ze względu na ciebie! No, cóż... Może tak będzie. - Otarł łzę, która spłynęła mu po policzku, zmusił się do uśmiechu i rzekł pogodnym głosem: - Jest coś w młodzieńczym zapale i niewinności, co szczególnie cieszy człowieka starego, jeśli świat nie zdołał wytrawić doszczętnie jego uczuć. Podnosi go na duchu i ożywia, tak jak chorego widok wiosny. Jej duch nieco mu się udziela, a oczy zapalają się na chwilę blaskiem słońca. Valancourt jest dla mnie taką wiosną.

Emilia, która ściskała czule rękę ojca, nigdy jeszcze nie słuchała z większą przyjemnością pochwał, jakie wypowiadał, nawet gdy odnosiły się do jej osoby.

Jechali dalej wśród winnic, lasów i pastwisk, zachwyceni romantycznym pięknem krajobrazu, który był obrzeżony z jednej strony wspaniałością Pirenejów, z drugiej morzem, i wkrótce po południu dojechali do miasta Colioure położonego nad Morzem Śródziemnym. Tam zjedli obiad i odpoczęli, póki się trochę nie ochłodziło, a następnie wyruszyli w dalszą drogę wzdłuż wybrzeży - jakże uroczych wybrzeży! - które się ciągną do Langwedocji. Emilia patrzyła z entuzjazmem na ogrom morza, którego wygląd wciąż się zmieniał, w miarę jak na nie padały coraz to inne blaski i cienie, a także na jego lesiste brzegi ustrojone soczystymi barwami jesieni.

St. Aubert niecierpliwie wypatrywał Perpignan, gdzie się spodziewał zastać listy od pana Quesnel, i właśnie nadzieja na te listy sprawiła, że opuścił Colioure, bo słabe ciało domagało się raczej natychmiastowego odpoczynku. Przejechawszy parę mil, zasnął, a Emilia, która wyjeżdżając z La Vallée, wzięła z sobą kilka książek, miała teraz okazję poczytać. Szukała tej, którą poprzedniego dnia czytał Valancourt, bo chciała odnaleźć strony, po których niedawno przesuwał się wzrok umiłowanego, zastanowić się nad urywkami, które on podziwiał, pozwolić, aby przemówiły do niej językiem jego własnej duszy, i chociaż w ten sposób odczuć jego bliskość. Nie mogła nigdzie znaleźć owej książki, spostrzegła jednak tomik sonetów Petrarki, tomik, który należał do Valancourta i był podpisany jego imieniem. Valancourt często czytywał jej fragmenty owych poematów ze wzruszeniem oddającym w pełni uczucia autora. Nie mogła uwierzyć w to, co dla każdego poza nią byłoby zupełnie oczywiste, że Valancourt umyślnie zostawił tę książkę w miejsce tej, której nie mogła znaleźć, i że to miłość podyktowała tę zamianę. Otworzywszy jednak tomik z niecierpliwą przyjemnością i spostrzegłszy zaznaczone ołówkiem fragmenty, które głośno czytał, a także inne, które tak jasno wyrażały delikatną czułość, że nie śmiał powierzyć ich swemu głosowi, wreszcie uwierzyła. Przez kilka chwil myślała tylko o tym, że jest kochana, a potem w jej pamięci odżyły wszystkie odmiany jego głosu i wyrazu twarzy, z jakimi recytował te sonety, i duch, który poprzez nie przemawiał, i zapłakała nad tą pamiątką jego miłości.

Niedługo po zachodzie słońca przybyli do Perpignan, gdzie St. Aubert, tak jak oczekiwał, zastał listy od pana Quesnel, a ich treść napełniła go tak wyraźnym smutkiem, że Emilia bardzo się zaniepokoiła i w miarę jak jej na to zezwalała delikatność, nastawała, aby wyjawił przyczynę swego zatroskania, on jednak odpowiedział tylko łzami i natychmiast zmienił temat. Emilia, chociaż nie chciała dalej wypytywać o sprawy, które najbardziej ją interesowały, bardzo się przejęła zachowaniem ojca i spędziła noc w bezsennej zgryzocie.

Rankiem ruszyli w dalszą drogę wzdłuż wybrzeża do Leucate, innego miasta nad Morzem Śródziemnym, położonego na granicy Roussillon i Langwedocji. W czasie podróży Emilia znów podjęła temat listów i tak głęboko wydawała się przejęta strapieniem St. Auberta, że ów postanowił przerwać milczenie.

- Nie chciałem - rzekł - moja kochana Emilio, rzucać cienia na radość, jaką czerpiesz z oglądania tych widoków, i miałem zamiar ukryć na razie pewne sprawy, z którymi w końcu tak czy owak musiałbym cię zapoznać. Ale twój niepokój obrócił wniwecz to zamierzenie. Być może cierpisz w równym stopniu, co byś cierpiała, znając fakty, które muszę ci wyjawić. Wizyta pana Quesnel okazała się dla mnie nieszczęśliwa: przybył, aby mi donieść o pogłosce, którą obecnie potwierdza. Słyszałaś pewnie wzmianki o panu Motteville z Paryża, ale nie wiedziałaś, że większa część moich majętności była złożona w jego rękach. Bardzo mu ufałem i chcę jeszcze wierzyć, że nie jest całkiem niewart mojego szacunku. Na skutek zbiegu różnych okoliczności został zrujnowany... a z nim ja.

St. Aubert przerwał, aby zataić swe uczucia.

- Listy, które właśnie otrzymałem od pana Quesnel - podjął, starając się mówić pewnym głosem - zawierały również inne, od pana Motteville, które potwierdziły wszystkie moje obawy.

- Musimy więc opuścić La Vallée? - spytała Emilia po długiej pauzie.

- Nie jest to jeszcze pewne - odparł St. Aubert - rzecz będzie zależała od tego, czy wierzyciele pana Motteville zechcą pójść na kompromis. Moje dochody, jak wiesz, nigdy nie były wielkie, a obecnie będą bardzo skromne! To o ciebie, Emilio, o ciebie, moje dziecko, martwię się najwięcej! - Ostatnie słowa wypowiedział drżącym głosem, a Emilia uśmiechnęła się do niego czule poprzez łzy i usiłując opanować wzruszenie, rzekła:

- Kochany ojcze, nie martw się o mnie ani o siebie, jeszcze możemy być szczęśliwi. Jeśli La Vallée pozostanie w naszych rękach, będziemy na pewno szczęśliwi. Zostawimy sobie tylko jednego służącego, a wtedy prawie nie odczujesz zmiany swych dochodów. Nie smuć się, drogi ojcze, nie będziemy czuli braku tych luksusów, które inni tak wysoko sobie cenią, nigdy bowiem nie znajdowaliśmy w nich upodobania, a ubóstwo nie jest w stanie pozbawić nas jakże wielu cennych dla nas rzeczy. Nie może ograbić nas z miłości, którą żywimy dla siebie, i zdegradować nas we własnych oczach ani w oczach osób, których opinię powinniśmy cenić.

St. Aubert ukrył twarz w chustce i nie mógł wydobyć z siebie słowa, ale Emilia nadal przytaczała powody, które on sam niegdyś w nią wpoił.

- Nadto, mój ojcze, ubóstwo nie może nas pozbawić rozkoszy intelektualnych. Nie może pozbawić cię pociechy dawania mi przykładów męstwa i dobrych uczynków ani odebrać mi rozkoszy pocieszania umiłowanego rodzica. Nie może w nas zabić upodobań do tego, co wzniosłe i piękne, ani wzbronić nam ich kultywowania, ponieważ obrazy natury - te wzniosłe widoki, tak bezgranicznie wyższe nad wszystkie sztuczne luksusy! - są tak samo dostępne dla biednych jak dla bogatych. Na cóż więc mielibyśmy się uskarżać, posiadając wszystko, co jest niezbędne do życia? Przyjemności, których nie można kupić, będziemy mieli nadal. Zachowamy więc wzniosłe luksusy naturalne, a utracimy jedynie frywolne luksusy sztuczne.

St. Aubert nie mógł odpowiedzieć, tylko przycisnął Emilię do piersi i łzy ich popłynęły jedną strugą, lecz nie były to łzy smutku. Po tej rozmowie serc wszelkie inne słowa byłyby zbyt błahe, toteż przez pewien czas milczeli. Później St. Aubert mówił już zwykłym tonem, bo jeśli nawet jego umysł nie odzyskał swego naturalnego spokoju, to przynajmniej przybrał jego pozory.

Przybyli do romantycznego miasteczka Leucate dość wcześnie, ale St. Aubert czuł się zmęczony i postanowił tam zanocować. Wieczorem zdobył się na spacer z córką, aby obejrzeć okolice miasta, skąd było widać jezioro Leucate, Morze Śródziemne, część Roussillon z Pirenejami i rozległy szmat bogatej prowincji Langwedocji, obecnie czerwieniejącej dojrzałymi winogronami, które wieśniacy zaczynali już zbierać. St. Aubert i Emilia widzieli grupki pracujących ludzi, słyszeli radosną pieśń, która się niosła w powietrzu, i z wyraźną przyjemnością myśleli o jutrzejszej podróży przez te wesołe okolice. St. Aubert postanowił jednak podążać wzdłuż krętej linii brzegów. Co prawda wolałby natychmiast powrócić do domu, ale powstrzymywało go od tego pragnienie przedłużenia przyjemności, jaką jego córka czerpała z tej podróży, a także chęć wypróbowania wpływu morskiego powietrza na jego własne zdrowie.

Następnego dnia zaczęli więc podróż przez Langwedocję drogą wijącą się wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego, z Pirenejami wciąż stanowiącymi wspaniałe tło pięknych widoków - po prawej stronie mieli morze, a po lewej rozległe równiny stapiające się na horyzoncie z niebem. St. Aubert był w dobrym nastroju i gwarzył z Emilią, ale wesołość jego czasem zdawała się sztuczna, a chwilami na jego twarz wkradał się cień melancholii i zdradzał prawdziwe uczucia. Cień ten rozpraszała szybko swym uśmiechem Emilia, która uśmiechała się, ale z bólem w sercu, bo wiedziała, że nieszczęścia trapią duszę ojca i jeszcze podkopują jego wątłe zdrowie.

Pod wieczór, gdy dojechali do niewielkiej wioski w Górnej Langwedocji, gdzie zamierzali stanąć na noc, nie mogli znaleźć noclegu, bo i tam był czas winobrania, więc musieli ruszyć dalej. Osłabiony chorobą i trudami podróży St. Aubert potrzebował natychmiastowego odpoczynku i wieczór był już bardzo bliski, ale z konieczności podążali dalej.

Bogate równiny Langwedocji, które rozciągały się przed nimi w całej swej okazałości, i radosny duch francuskiego święta winobrania już nie sprawiały St. Aubertowi przyjemności, a jego stan żałośnie kontrastował z wesołością i młodzieńczym pięknem wszędzie dokoła. Kiedy przesuwał osłabionymi oczami po tym wszystkim, myślał, że już niedługo pewnie zamkną się one na zawsze na uroki tego świata.

"Te odległe i wyniosłe góry - mówił sobie w duchu, patrząc na łańcuch Pirenejów ciągnący się ku zachodowi - te żyzne równiny, ten błękitny przestwór, to radosne światło dnia, będzie dla mych oczu niewidoczne! Ta pieśń wieśniacza, wesołe ludzkie głosy... nie dotrą do mych uszu!"

Emilia jakby czytała w myślach ojca swymi bystrymi oczami i spoglądała na niego z taką czułością i żalem, że porzucił wszystkie smutki i myślał tylko o tym, iż musi pozostawić córkę bez opieki. Myśl o tym przemieniła żal w męczarnię, westchnął głęboko i siedział w milczeniu, a Emilia jakby zrozumiała to westchnienie, bo ścisnęła czule jego rękę, a potem odwróciła twarz ku oknu, aby ukryć łzy. Słońce rzuciło swój ostatni żółty blask na fale Morza Śródziemnego i ponurość zmierzchu zaczęła szybko okrywać krajobraz, aż wreszcie tylko jeden melancholijny promień pozostał na zachodnim horyzoncie, znacząc miejsce, w którym zapadło w jesienne opary wieczoru. Od morza powiał teraz chłodny wietrzyk i Emilia opuściła szybę w oknie, gdyż powietrze, które działa orzeźwiająco na zdrowych, przejmuje chłodem człowieka chorego, St. Aubert jednak poprosił, aby podniosła szybę. Postępująca choroba sprawiła, że pragnął jak najprędzej zakończyć tę jazdę, kazał więc woźnicy stanąć, aby go zapytać, jak daleko jeszcze do następnego postoju. Michał odparł:

- Dziewięć mil.

- Czuję, że nie zdołam dojechać - rzekł St. Aubert. - Jak spotkasz kogoś, zapytaj, czy jest przy tej drodze jakiś dom, gdzie moglibyśmy znaleźć nocleg. - Opadł na poduszki, a Michał trzasnął z bata i wprawił swoje muły w pełny galop, ale St. Aubert, o mało nie mdlejąc, kazał mu stanąć. Emilia wyjrzała z niepokojem przez okno i zobaczyła wieśniaka idącego w pewnej odległości drogą. Zaczekali, aż się zbliży, a wtedy spytali, czy nie wie o jakimś domu w pobliżu, w którym przyjmuje się na noc podróżnych. Odpowiedział, że nie wie.

- W lesie, po prawej stronie - dodał - jest jakiś chateau, ale tam, zdaje się, nikogo nie przyjmują, a ja nie mogę wam wskazać drogi, bo jestem nietutejszy.

St. Aubert chciał mu zadać parę dalszych pytań dotyczących owego chateau, ale wieśniak szybko odszedł. Po krótkim namyśle St. Aubert kazał Michałowi jechać wolno w stronę lasu. Zmierzch z każdą chwilą się pogłębiał, zwiększając trudność znalezienia drogi. Wkrótce napotkali innego wieśniaka.

- Którędy się jedzie do chateau w lesie? - zapytał go Michał.

- Chateau w lesie! - wykrzyknął wieśniak. - Pytasz o ten tam, z wieżą?

- Nie wiem nic o żadnej wieży - odparł Michał. - Pytam o to coś, co bieleje w dali pośród drzew.

- Tak, to właśnie wieża. A kim jesteście, że tam się wybieracie? - zapytał wieśniak ze zdziwieniem.

Słysząc to dziwne pytanie i osobliwy ton, jakim zostało wypowiedziane, St. Aubert wyjrzał z kolaski.

- Jesteśmy podróżnymi - rzekł - którzy szukają schronienia na noc. Czy jest tu jakiś dom, gdzie można by zanocować?

- Nie ma żadnego, panie, chyba że spróbujecie szczęścia tam - odparł wieśniak wskazując las - ale ja bym wam nie radził.

- Czyją własnością jest ten chateau?

- Sam nie wiem, panie.

- Jest więc niezamieszkany?

- Nie, nie jest niezamieszkany. Są tam, zdaje się, rządca i gospodyni.

Słysząc to, St. Aubert postanowił jechać do chateau i zaryzykować spotkanie się z odmową przyjęcia na nocleg, poprosił więc wieśniaka, aby wskazał Michałowi drogę, obiecując wynagrodzić mu ten trud. Człowiek przez chwilę milczał, a potem rzekł, że ma do załatwienia pilną sprawę, ale jeżeli podążą aleją biegnącą w prawo, wówczas na pewno znajdą drogę. St. Aubert chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz wieśniak odszedł, życząc im dobrej nocy.

Kolasa ruszyła ku alei, której strzegła brama. Michał zsiadł z kozła, otworzył ją i wjechali między rzędy wiekowych dębów i kasztanów, których splecione konary tworzyły wyniosły strop. Było coś tak ponurego i niegościnnego w wyglądzie tej alei i w jej odosobnionej ciszy, że Emilię przeszył dreszcz. A kiedy przypomniała sobie sposób, w jaki wieśniak mówił o chateau, dostrzegła w jego słowach jakiś tajemniczy sens, którego nawet nie podejrzewała, gdy je wypowiadał. Starała się jednak pohamować swe obawy, rozważywszy, że były one prawdopodobnie tworem melancholicznej wyobraźni, którą sytuacja ojca i jej własne położenie uwrażliwiły na wszelkie bodźce.

Jechali wolno dalej, bo byli teraz pogrążeni w całkowitych niemal ciemnościach, co wraz z wyboistością drogi i korzeniami starych drzew wystającymi nad ziemią stwarzało konieczność ostrożnej jazdy. Nagle Michał zatrzymał kolaskę i St. Aubert, wyjrzawszy oknem, aby zbadać przyczynę postoju, zauważył jakąś postać poruszającą się w mroku alei. Mrok nie pozwolił dostrzec, co to takiego, ale St. Aubert kazał Michałowi jechać dalej.

- Dziwnie tu jakoś i dziko - rzekł Michał - nigdzie nie widać żadnego domu, może lepiej byłoby zawrócić?

- Przejedziemy jeszcze kawałek, a jeśli nie zobaczymy żadnego domu, zawrócimy - odparł St. Aubert.

Michał ruszył niechętnie i jechał tak wolno, że St. Aubert wychylił się z okna, aby go ponaglić, i znowu ujrzał tę samą postać. Przestraszył się trochę - zapewne przyczyniła się do tego ponurość owego miejsca. Tak czy owak, kazał Michałowi stanąć i zawołać tego kogoś.

- A jak to zbój, panie dziedzicu? - rzekł Michał.

- Coś mi się tu nie podoba - powiedział St. Aubert, który nie mógł powstrzymać uśmiechu, słysząc te naiwne słowa - wrócimy na trakt, bo nie wydaje mi się prawdopodobne, abyśmy znaleźli tutaj to, czego szukamy.

Michał natychmiast zawrócił i jechał rączo z powrotem, kiedy wśród drzew z lewej strony zabrzmiał jakiś głos. Nie był to dźwięk rozkazu ani rozpaczy, ale głęboki, głuchy i jakby nieludzki. Michał zdzielił muły batem i gnał jak szalony, nie bacząc na ciemność, wyboistość drogi i całość karków pasażerów - zwolnił dopiero, minąwszy bramę u końca alei przy trakcie.

- Jestem bardzo chory - rzekł St. Aubert, ujmując dłoń córki.

- A więc pogorszyło ci się, ojcze! - wykrzyknęła niezmiernie zaniepokojona Emilia. - Pogorszyło ci się, a tutaj znikąd pomocy! Dobry Boże, co robić! - St. Aubert wsparł głowę na jej ramieniu, a ona usiłowała podtrzymać ją ręką; kazano Michałowi znowu się zatrzymać. Kiedy ustał turkot kół, w powietrzu dała się słyszeć muzyka - była ona dla Emilii niczym głos Nadziei. - Gdzieś niedaleko są ludzie! - wykrzyknęła. - Może zaraz uzyskamy pomoc.

Nasłuchiwała z zatroskaniem. Dźwięki były odległe i zdawały się dochodzić z głębi lasu, który graniczył z traktem; gdy tak patrzyła w stronę miejsca, skąd się dobywały, dostrzegła w słabym świetle księżycowym coś jakby chateau. Trudno jednak było tam dojechać - St. Aubert czuł się zbyt źle, aby znieść trzęsienie kolaski, Michał nie mógł pozostawić mułów, a Emilia, która wciąż podtrzymywała ojca, bała się go opuścić i bała się też udać sama tak daleko, nie wiedząc, dokąd dojdzie i kogo tam zastanie. Trzeba się było jednak natychmiast na coś zdecydować, St. Aubert zatem kazał Michałowi wolno jechać, ale nie ujechali daleko, gdyż zemdlał, i kolaskę znowu zatrzymano. Leżał zupełnie bez czucia.

- Mój drogi, kochany ojcze! - wykrzyknęła Emilia z ogromnym bólem, gdyż zaczęła się obawiać, że ojciec umiera - przemów chociaż słowo, abym usłyszała dźwięk twojego głosu! - Ale nie było odpowiedzi. W męce przerażenia kazała Michałowi przynieść wody ze strumyka, który płynął obok drogi. Michał przyniósł wodę w swoim własnym kapeluszu, a ona drżącymi rękami spryskała nią twarz ojca, oświetloną teraz blaskiem księżyca i jakby naznaczoną piętnem śmierci. Wszelki samolubny lęk Emilii ustąpił miejsca silniejszym pobudkom, toteż powierzywszy St. Auberta opiece Michała, który odmówił opuszczenia swoich mułów, wysiadła z kolaski i udała się na poszukiwanie zauważonego przedtem w oddali chateau. Była cicha, księżycowa noc i idąc za dźwiękiem muzyki, która wciąż rozbrzmiewała w powietrzu, Emilia skierowała się w głąb cienistej dróżki wiodącej do lasu. Umysł miała przez czas pewien tak zaprzątnięty troską i lękiem o ojca, że wcale nie bała się o siebie, póki ponure nawisy listowia, które całkowicie zasłoniły księżyc, a także dzikość otoczenia nie przypomniały jej o niepewności sytuacji. Muzyka ucichła i Emilia nie miała teraz przewodnika - musiała zdać się na przypadek. Zdjęta przerażeniem i zakłopotana, zatrzymała się na chwilę, ale świadomość stanu ojca znowu zagłuszyła w niej wszelkie obawy o siebie, każąc iść dalej. Dróżka skończyła się, ale Emilia daremnie wypatrywała domostwa albo istoty ludzkiej i na próżno nasłuchiwała jakiegoś dźwięku, który by wskazał jej kierunek. Śpieszyła jednak dalej, nie wiedząc dokąd, omijając gęste chaszcze i starając się iść skrajem lasu, póki nie zauważyła czegoś w rodzaju alei biegnącej od miejsca oświetlonego księżycowym blaskiem. Dzikością przypominała tę, która wiodła do chateau z wieżą, i Emilia przypuszczała, że leży na tych samych włościach i być może w to samo miejsce prowadzi. Wahała się, czy iść dalej, czy nie, i wtedy dotarł do jej uszu gwar wesołych głosów. Gwar ten wydał się Emilii śmiechem nie tyle wesela, co wyuzdania. Kiedy tak stała, usłyszała daleki głos nawołujący od strony, z której przyszła, i nie wątpiąc, że to głos Michała, chciała początkowo pośpieszyć z powrotem, ale po namyśle odstąpiła od tego zamiaru. Była przekonana, że jedynie najwyższa konieczność mogła sprawić, by Michał opuścił swe muły, i bojąc się, iż ojciec kona, pomknęła dalej, żywiąc iskierkę nadziei, że znajdzie pomoc u tych ludzi w lesie. Serce jej biło w trwożnym oczekiwaniu, kiedy zbliżała się do miejsca, skąd dochodziły głosy, a każdy szelest poruszonych nogą liści napawał ją strachem. Głosy prowadziły ją ku oświetlonej księżycem polanie, którą już przedtem zauważyła. Zatrzymała się w niewielkiej odległości od niej i dostrzegła między pniami drzew okrągłą równinkę porosłą trawą i otoczoną lasem, a na niej gromadkę ludzi. Podszedłszy bliżej, poznała po ubiorach, że to wieśniacy, i zobaczyła kilka chat na skraju lasu kołyszącego w górze strzelistymi koronami. Gdy tak patrzyła, usiłując opanować lęk, który powstrzymał jej kroki, z jednej z chat wyszło kilka dziewcząt, natychmiast zabrzmiała muzyka i zaczął się taniec. Była to radosna muzyka winobrania! Ta sama, którą Emilia słyszała z daleka. Jej serce zaprzątnięte lękiem o stan ojca nie mogło odczuć, jak bardzo ten wesoły widok kontrastował z jej strapieniem. Podeszła śpiesznie ku grupie starszych wieśniaków siedzących u drzwi chaty i wyjaśniwszy swoją sytuację, zaczęła błagać o pomoc. Kilku z nich zaraz wstało i wyraziwszy gotowość zrobienia, co tylko będzie w ich mocy, ruszyło za Emilią, która podążyła jak na skrzydłach wiatru z powrotem do drogi.

1 James Thomson, The Seasons (Autumn), w. 65-68, przeł. Ludmiła Marjańska. James Thomson (1700-1748) - angielski poeta, dramaturg i librecista pochodzenia szkockiego. Jego główne dzieło, The Seasons, to pozbawiony mistycyzmu poemat opisowy, który silnie oddziaływał na preromantyzm i romantyzm w całej Europie.

2 chateau (fr.) - zamek. Słowo używane w języku angielskim dla określenia zamków średniowiecznych. Zachowano pisownię oryginału angielskiego.

3 "z politowaniem bardziej niż gniewnie" - parafraza słów Poloniusza z Szekspirowskiego Hamleta, w oryginale "smutno bardziej niż gniewnie" (akt I, scena 2, w. 271-272, przeł. Józef Paszkowski)

4 Maniery, gust i osiągnięcia, które Radcliffe nadaje swoim postaciom, są często anachroniczne. Botanizacja i ulepszanie wiejskiej posiadłości St. Auberta są zajęciami, które wśród angielskiej klasy wyższej były w modzie od lat 40. XVIII w. Jednak skromność jego ulepszeń, "poświęcanie dobrego smaku na rzecz sentymentów" oraz "czysta prostota" życia pozycjonują St. Auberta jako człowieka cnotliwego i kreatywnego. W przeciwieństwie do niego jego pretensjonalny szwagier, Monsieur Quesnel, planuje ekstrawagancką rozbudowę, która ma objąć wyburzenie całego wschodniego skrzydła ukochanego domu z dzieciństwa St Auberta oraz wycinkę drzew. Rosnące na terenie posiadłości modrzewie, buki, sosny i jesiony górskie, jarzębina, to gatunki znaczące w kontekście debat z lat 90. XVIII w. o estetycznych zasadach lokalizacji i budowy domów wiejskich i ukształtowaniu terenu.

5 Samuel Rogers, The Pleasures of Memory, w. 271-272, przeł. Ludmiła Marjańska. Samuel Rogers (1763-1855) - angielski poeta, przyjaciel Wordswortha (po jego śmierci w 1850 r. przyjął po nim laur poetycki), Coleridge'a i Byrona. Literacka sława Rogersa zasadzała się głównie na cytowanym The Pleasures of Memory (1792), który był podziwiany przez Byrona, oraz na poemacie podróżniczym Italy (1830).

6 Przypuszczalnie Emily czytała Johna Gowera (1330?-1408) i Greya Chaucera (1345?-1400). Epos The Faerie Queene Edmunda Spensera (1552?-1599) został wydany w 1589 r., czyli pięć lat po rozpoczęciu się akcji powieści.

7 porwana ich melancholijnym urokiem - tu: zachwycona.

8 Częste używanie przez Radcliffe słowa "entuzjazm" zbiega się z jego pojmowaniem przez Williama Duffa (1732-1815), który w swoim Essay on Original Genius (1767) zbadał rolę wyobraźni dla percepcji i powiązał imaginację ze specjalnymi aktami wyobraźni, do których zdolne są jedynie jednostki obdarzone geniuszem. Według Duffa na geniusz wskazuje "ENTUZJAZM Wyobraźni, która niejako wyrywa umysł z samego siebie". Oryginalny (w przeciwieństwie do naśladowcy) geniusz poetycki jest obdarzony przez Naturę materiałami kompozycyjnymi i rozkwita "w spokojnej dolinie wiejskiego zacisza".

9 Przeł. Ludmiła Marjańska.

10 Jedno z nielicznych odniesień historycznych w Tajemnicach zamku Udolpho. Znaczące zawirowania tego okresu są związane z walkami religijnymi we Francji, o których Radcliffe nie wspomina. W r. 1584 zmarł katolicki brat Henryka III, książę d'Anjou, pozostawiając tron hugenotowi Henrykowi z Nawarry. Tak rozpoczęła się "wojna trzech Henryków", przy czym trzecim Henrykiem był potężny duc de Guise. Mąż młodszej siostry królowej, duc de Joyeuse, był faworyzowany przez króla. Tak więc, mówiąc o "charakterze księcia de Joyeuse" i "Porcie Otomańskiej", Quesnel odwołuje się do znajomości na dworze królewskim i interesów, których nie ma.

11 liwr (fr. livre) - jednostka obrachunkowa obowiązująca we Francji od r. 1794 do 1795. W w. XVII i XVIII również moneta. Liwr dzielił się na 20 sous, trzy liwry dawały talara, a osiem talarów - ludwika.

12 a salle a manger, a salon, a salle au commune (fr.) - jadalnia, salon, rodzaj świetlicy do prowadzenia rozmów (salle commune byłby bardziej odpowiedni dla publicznego gmachu w mieście).

13 James Thomson, The Seasons (Summer), w. 1672-1675, przeł. Ludmiła Marjańska.

14 Robaczek świętojański - pierwszy z trzynastu wierszy przypisywanych Emily; autorstwo pozostałych sześciu przypisuje się Du Pontowi, St. Aubertowi, hrabiemu Morano, grupie chłopów, Blanche i Valancourt. Przeł. Ludmiła Marjańska.

15 wróżki - w r. 1798 Nathan Drake w eseju On Gothic Superstition wskazał, że koncentrując się na przerażających aspektach zjawisk nadprzyrodzonych, pisarze gotyckich romansów zaniedbali "tradycyjne opowieści o elfach i wróżkach", z których tak udatnie korzystali Spenser i Szekspir.

16 James Thomson, The Seasons (Summer), w. 1687-1693, przeł. Ludmiła Marjańska.

17 William Szekspir, Hamlet, akt I, sc. 5, w. 15-16, przeł. Józef Paszkowski. W drugiej połowie w. XVIII twórczość Szekspira przeżywała swój renesans. Horace Walpole w przedmowie do drugiego wydania swojej gotyckiej powieści Zamczysko w Otranto (1765) przyznał się do naśladowania Szekspira i wyznał, że "czuł presję najjaśniejszego geniusza, którego wydał ten kraj".

18 Po 1559 r. w Lombardii stacjonowało ok. 7000 hiszpańskich żołnierzy, a w Neapolu - 5000. Ich celem było utrzymanie pokoju w obliczu zagrożeń ze strony Państwa Papieskiego i Wenecji. Armia była niezdyscyplinowana i utrzymywana przez system condotti. Oznacza to, że Filip II z Hiszpanii dawał niezależnym włoskim książętom subsydia w zamian za pomoc wojskową na wypadek wojny - zachęcając w ten sposób synów rządzących włoskich książąt do służby w hiszpańskiej armii. Trzymanie w ryzach włoskich władców było ułatwione dzięki szalejącej wśród nich zazdrości.

19 Anachronizm; Opera Periego Dafne została wystawiona we Florencji w 1597 r., a La Favola d'Orfeo Monteverdiego - w Mantui w 1607 r. Pierwszy publiczny teatr operowy na świecie, wenecki Teatro San Cassiano, został otwarty dopiero w 1637 r.

20 James Beattie, The Minstrel; or, The Progress of Genius, księga I, strofy IX i X, przeł. Ludmiła Marjańska. James Beattie (1735-1803) - szkocki poeta, moralista i filozof. Zyskał uznanie akademickie i królewski patronat za An Essay on the Nature and Immutability of Truth (1770), w którym próbował zdyskredytować prace Davida Hume'a. Cytowany The Minstrel (1771) to bardzo popularny pod koniec XVIII w. długi poemat, który opowiada losy samotnego i wrażliwego Edwina - syna pasterza, ale też poetyckiego geniusza.

21 Oliver Goldsmith, The Traveller, or A Prospect of Society, w. 7, przeł. Wacław Niepokólczycki. Oliver Goldsmith (1728-1774) - anglo-irlandzki dramaturg, powieściopisarz i poeta. Poemat The Traveller (1764) zaczął pisać podczas podróży po Europie latem 1755 roku.

22 James Beattie, The Minstrel; or, The Progress of Genius, księga II, strofa VII, przeł. Ludmiła Marjańska.

23 Nawiązanie do skalistych górskich pejzaży włoskiego malarza Salvatora Rosy (1615-1673), którego poeta James Thomson w The Castle of Indolence (1748) nazwał "dzikim Rosą". W prozie Ann Radcliffe wiele wywołujących wzniosłość i grozę opisów gór, nocy i burzy to literackie "reprodukcje" obrazów Rosy. Na przykład podczas podróży przez Pireneje St. Aubert i Emily raz po raz oglądają zachmurzone nocne niebo, skały i złowrogie postaci rodem z obrazu Night Scene with Figures - The Banditti. Sceny burzy z kolei kojarzą się z pracami Nicolasa Poussina (1593-1665), francuskiego malarza ukazującego ludzi w chwilach wzniosłych emocji, melancholijne wieczorne pejzaże zaś zdają się czerpać z obrazów Claude'a Lorraina (1600-1682), który rozległe przestrzenie ukazywał w miękkim, delikatnym świetle wczesnego poranka lub późnego popołudnia. Rozbójnicy i banici czyhali na podróżnych na pograniczach Włoch, Hiszpanii i Francji.

24 Valancourt odebrał edukację klasyczną. Twórczość Petrarki, zwłaszcza sonety, pod koniec XVIII w. stała się bardzo modna.

25 James Beattie, The Minstrel; or, The Progress of Genius, księga I, strofa XXII, przeł. Ludmiła Marjańska.

26 William Mason, Caractacus, akt II, w. 443-451 przeł. Ludmiła Marjańska. William Mason (1725-1797) - angielski poeta, wydawca i ogrodnik; przyjaciel Horace'a Walpole'a i Thomasa Graya (1716-1771), z którym opracowywał historię poezji angielskiej (nieukończoną). Jako wykonawca ostatniej woli Graya zredagował jego wiersze i listy, a także opracował jego wspomnienia.

27 James Thomson, The Seasons (Spring), księga II, w. 251-252, przeł. Ludmiła Marjańska.

28 James Thomson, The Seasons (Summer), księga II, w. 251-252, przeł. Ludmiła Marjańska.

29 "piękno śpiące na podołku grozy" - wers prawdopodobnie zapożyczony z Observations, Relative Chiefly to Picturesque Beauty, Made in the Year 1772, on Several Parts of England; Particularly the Mountains and Lakes of Cumberland, and Westmorland (1786) Williama Gilpina (tom I, s. 183). Autor włożył je tam w usta organiście parafii św. Mikołaja w Newcastle, który tak miał się wyrazić o jeziorze Derwent Water: "Oto prawdziwe piękno - piękno leżące na kolanach grozy!". Wg Gilpina, by scenę uznać za malowniczą, surowy, zacieniony krajobraz musi mieć w sobie pierwiastek piękna.

30 James Thomson, The Castle of Indolence, pieśń II, strofa III, przeł. Ludmiła Marjańska.