3
Następnego dnia wczesnym rankiem Emilie usłyszała, jak samochód Gerarda odjeżdża spod zamku. Leżała w wąskim łóżku, w którym sypiała od dziecka. Okna pokoju wychodziły na północny zachód, docierało więc tu niewiele z porannego słońca. Oczywiście nie było powodu, by nie mogła teraz zająć jednej z okazałych pięknych sypialni od frontu, z ogromnymi oknami wychodzącymi na ogród i winnice.
Frou-Frou, która tak popiskiwała zeszłej nocy, że Emilie się poddała i pozwoliła jej spać ze sobą w łóżku, zaszczekała przy drzwiach, dając znać, że czas na jej poranną toaletę.
Na dole w kuchni Emilie zrobiła sobie kawę, a potem poszła korytarzem do biblioteki. W wysokim pomieszczeniu, które ojciec zawsze chronił przed światłem, by nie niszczyć książek, unosił się przyjemnie znajomy zapach starych tomów. Emilie postawiła filiżankę na sfatygowanym, pokrytym skórą blacie biurka ojca, podeszła do okna i odsunęła jedną z zasłon. Miliony drobinek kurzu uwolnionych nagle ze swoich kryjówek zawirowały w powietrzu, tańcząc w promieniach słońca.
Emilie usiadła przy oknie i przypatrywała się półkom sięgającym od podłogi do sufitu. Nie miała pojęcia, ile woluminów liczy sobie biblioteka. Jej ojciec spędził większość ostatnich lat życia na katalogowaniu i rozszerzaniu kolekcji. Wstała i obeszła powoli bibliotekę. Półki kończyły się na wysokości, która czterokrotnie przewyższała jej wzrost. Czujne i niewzruszone księgi zdawały się jej przypatrywać - swojej nowej pani - jakby zastanawiały się, jaki je czeka los.
Przypomniała sobie, jak siadywała tu z ojcem i grali w alfabet. Polegało to na tym, że mogła wybrać dowolne dwie litery, a wtedy ojciec szukał na półkach książki, której autor miał takie inicjały. Bardzo rzadko nie był w stanie znaleźć nic odpowiedniego. Nawet kiedy starała się chytrze stawiać na X i Z, papa zawsze potrafił wyciągnąć jakieś wyblakłe, podniszczone wydanie chińskiej filozofii albo cienki tomik wierszy dawno zapomnianego rosyjskiego poety.
Choć wiele lat patrzyła, jak Édouard zajmuje się książkami, teraz żałowała, że nie zwróciła baczniejszej uwagi na jego eklektyczne metody katalogowania i ustawiania zbiorów. Przeglądając półki, zorientowała się, że nie ma tu zwyczajnego porządku alfabetycznego. Na regale przed nią stały książki od Dickensa do Platona i Guy de Maupassanta.
Wiedziała też, że kolekcja jest ogromnie rozległa i spis, jaki sporządził jej ojciec w rejestrach leżących w stertach na biurku, to tylko czubek góry lodowej. On wiedział, gdzie szukać, żeby znaleźć konkretną książkę niemal natychmiast, ale tę zdolność i jej sekret zabrał ze sobą do grobu.
- Jeśli sprzedam ten dom, co ja z wami pocznę? - szepnęła do książek.
Popatrzyły na nią w milczeniu. Tysiące nieszczęsnych dzieci, które wiedziały, że ich przyszłość spoczywa w jej rękach. Emilie otrząsnęła się z zadumy nad przeszłością. Nie wolno poddawać się emocjom. Jeśli zdecyduje się sprzedać zamek, zbiorom trzeba będzie znaleźć nowy dom. Zamknęła żaluzję, pozwalając książkom znów zapaść w sen, i wyszła z biblioteki.
*
Resztę ranka spędziła na zaglądaniu w niezliczone zakamarki zamku. Nagle zachwyciła ją uroda dwustuletniego ornamentu zdobiącego plafon wspaniałego salonu, eleganckich, choć teraz mocno podniszczonych francuskich mebli i wielu wiszących na ścianach obrazów.
W porze lunchu poszła do kuchni i nalała sobie szklankę wody. Wypiła ją łapczywie duszkiem, zdając sobie sprawę, że jest zdyszana i radośnie podniecona, jakby zbudziła się ze złego snu. Piękno, które dostrzegła tak wyraźnie po raz pierwszy tego ranka, otaczało ją przez całe życie, jednak nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby się nim upajać czy je docenić. A teraz nie czuła już, że dziedzictwo i rodzinna scheda to sznur zaciskający się na jej szyi, od którego chciałaby się uwolnić. Zaczynała się nimi cieszyć.
Ten cudowny dom z mnóstwem wspaniałych przedmiotów należał do niej.
Nagle, głodna jak wilk, przeszukała lodówkę i szafki, lecz bez powodzenia. Wzięła więc pod pachę Frou-Frou, posadziła ją w aucie obok siebie i ruszyła do Gassin. Kiedy zaparkowała, wspięła się stromymi zabytkowymi schodami miasteczka na bulwar na wzgórzu, gdzie mieściły się bary i restauracje. Usiadła przy stoliku na brzegu tarasu, aby podziwiać niesamowity widok. Zamówiła mały dzbanek rosé i sałatę i wygrzewając się w silnych południowych promieniach słońca, pozwoliła myślom płynąć swobodnie bez ładu i składu.
- Przepraszam, mademoiselle Emilie de la Martini?res?
Osłaniając oczy w ostrym słońcu, podniosła wzrok na mężczyznę, który zatrzymał się przy jej stoliku.
- Tak. - Popatrzyła na niego nieufnie.
- W takim razie ogromnie się cieszę. - Mężczyzna wyciągnął rękę. - Nazywam się Sebastian Carruthers.
Emilie bez przekonania podała mu dłoń.
- Czy ja pana znam?
- Nie.
Zauważyła, że choć mężczyzna mówi świetnie po francusku, to z lekkim angielskim akcentem.
- W takim razie pozwolę sobie spytać, skąd pan mnie zna? - powiedziała nerwowo tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- To długa historia i chciałbym ją pani opowiedzieć. Czy pani na kogoś czeka? - dodał, wskazując na krzesło naprzeciw niej.
- Ja... nie. - Emilie pokręciła głową.
- W takim razie czy mogę usiąść i wyjaśnić?
Zanim zdołała zaprotestować, mężczyzna przysunął sobie krzesło. Słońce przestało ją oślepiać i Emilie przyjrzała mu się uważniej. Wydawał się w podobnym wieku co ona, eleganckie, sportowe ubranie dobrze leżało na jego szczupłej sylwetce. Miał odrobinę piegów na nosie, kasztanowe włosy i ładne piwne oczy.
- Słyszałem o śmierci twojej matki, bardzo mi przykro - powiedział ze smutkiem.
- Dziękuję. - Emilie upiła łyk wina i nagle jej dobre wychowanie wzięło górę. - Może kieliszek rosé? - zaproponowała.
- Byłoby miło. - Skinął na kelnera. Po chwili pojawił się przed nim kieliszek, a Emilie nalała mu wina z dzbanka.
- Skąd wiesz o śmierci mojej matki? - spytała.
- We Francji to chyba żaden sekret, prawda? - odparł, a w jego oczach błysnęło współczucie. - Była dość znana. Moje kondolencje. Musi ci być ciężko.
- Rzeczywiście - odparła chłodno. - Jesteś Anglikiem?
- Poznałaś! - Przewrócił zabawnie oczami, udając oburzenie. - A tak ciężko pracowałem, żeby pozbyć się akcentu. Owszem, przyznaję się do winy. Ale przez rok studiowałem historię sztuki w Paryżu. I muszę wyznać, że jestem zagorzałym frankofilem.
- No, tak - mruknęła Emilie. - Ale...
- Naturalnie to wciąż nie wyjaśnia, skąd wiedziałem, że jesteś Emilie de la Martini?res. Prawdę mówiąc - popatrzył tajemniczo w górę - łączy nas coś z odległej przeszłości.
- Jesteśmy spokrewnieni? - Emilie przypomniała sobie nagle o tym, przed czym przestrzegał ją poprzedniego dnia Gerard.
- Nie, zdecydowanie nie - odparł z uśmiechem. - Choć moja babka była w połowie Francuzką. Odkryłem niedawno, że podczas wojny współpracowała blisko z Édouardem de la Martini?resem, czyli, jak sądzę, twoim ojcem.
- Ach, tak?
Emilie nie wiedziała prawie nic o przeszłości ojca. Tylko tyle, że nigdy o niej nie mówił. Nadal niepokoiło ją, czego ten Anglik od niej chce.
- Niewiele wiem o tym okresie życia ojca.
- No cóż, dopóki babcia nie powiedziała mi o tym tuż przed śmiercią, nie miałem pojęcia, że przyjechała tu podczas okupacji. Mówiła, że Édouard był niezwykle odważnym człowiekiem - dodał.
Emilie poczuła, że ściska ją w gardle.
- Nie wiedziałam... Urodziłam się, kiedy mój ojciec miał sześćdziesiąt lat, ponad dwadzieścia lat po zakończeniu wojny.
- Prawda - przyznał Sebastian i skinął głową.
- Poza tym - Emilie wzięła spory łyk wina - nie należał do ludzi, którzy lubią się przechwalać swoimi wyczynami.
- No tak, Constance, moja babka, najwyraźniej ogromnie go szanowała - zaznaczył Sebastian. - Opowiadała mi też o pięknym zamku w Gassin, gdzie mieszkała podczas pobytu we Francji. To bardzo blisko miasteczka, prawda?
- Tak - potwierdziła Emilie.
Właśnie przyniesiono jej zamówioną sałatę.
- Zjadłbyś coś? - zaproponowała, znów przez grzeczność.
- Jeśli nie przeszkadza ci moje towarzystwo, to chętnie.
- Ależ proszę.
Sebastian złożył zamówienie i kelner wycofał się do kuchni.
- No to co cię sprowadza do Gassin? - zagadnęła Emilie.
- Dobre pytanie - odparł. - Po studiach zająłem się zawodowo sztuką. Mam małą galerię w Londynie, ale spędzam wiele czasu na poszukiwaniu rzadkich obrazów, o których marzą moi klienci. Przyjechałem do Francji, aby namówić kogoś, by sprzedał mi swojego Chagalla. Facet mieszka w Grasse, czyli jak wiesz, niedaleko stąd - wyjaśnił. - Przypadkiem przeczytałem w gazecie o twojej matce i przypomniało mi się, że babcia znała twoją rodzinę. Pomyślałem, że zatrzymam się po drodze, żeby obejrzeć zamek, o którym tyle słyszałem. To naprawdę przepiękne miasteczko.
- Rzeczywiście - powiedziała skrępowana tą dziwną rozmową.
- Więc mieszkasz w zamku, Emilie?
- Nie - odparła, czując się niezręcznie przez tą obcesową dociekliwość. - Teraz mieszkam w Paryżu.
- Mam tam wielu przyjaciół - rzucił z entuzjazmem. - Planuję kiedyś spędzić we Francji więcej czasu, ale na razie wyrabiam sobie pozycję w Wielkiej Brytanii. Niestety, nie udało mi się zdobyć Chagalla dla mojego klienta. To byłaby moja pierwsza tak poważna transakcja.
- Przykro mi.
- Dziękuję. Jakoś to przeboleję. A czy ty przypadkiem nie masz ochoty pozbyć się jakichś bezcennych obrazów ze swojego zamku? - zapytał z żartobliwym błyskiem w oku.
- Nie jestem pewna - odpowiedziała szczerze. - Ocena dzieł sztuki znajdujących się w nim to jedna z rzeczy, które muszę zrobić.
- Na pewno zwrócisz się z tym do najlepszych paryskich ekspertów. Ale gdybyś potrzebowała kogoś zorientowanego, kto by na szybko coś ci podpowiedział, to z przyjemnością, jestem do dyspozycji.
Kiedy przyniesiono jego grzankę z szynką i serem, wyciągnął portfel i dał jej wizytówkę.
- Jestem rzetelny, słowo - zapewnił. - Mogę przedstawić opinie klientów, jeśli trzeba.
- To bardzo miło z twojej strony, ale tym wszystkim zajmuje się nasz rodzinny notariusz.
Emilie zdawała sobie sprawę, że zabrzmiało to wyniośle.
- Oczywiście. - Dolał im obojgu trochę różowego wina i zabierając się do swojej grzanki, szybko zmienił temat: - A co porabiasz w Paryżu?
- Jestem lekarzem weterynarii, mam etat w dużej klinice w dzielnicy Marais. Nie płacą zbyt wiele, ale uwielbiam to.
- Naprawdę? - Uniósł brwi. - Zaskoczyłaś mnie. Myślałem, że pochodząc z takiej rodziny, musisz mieć jakieś fantastyczne zajęcie, jeśli już w ogóle potrzebujesz pracować.
- Wszyscy tak sądzą... Przepraszam, ale naprawdę muszę już iść. - Emilie pospiesznie skinęła na kelnera, by przygotował rachunek.
- Wybacz, Emilie, plotę jakieś banialuki - natychmiast zreflektował się Sebastian. - Chciałem powiedzieć: brawo! Naprawdę nie zamierzałem cię urazić.
Emilie poczuła nagle, że nie zniesie towarzystwa tego mężczyzny i jego natarczywych pytań ani chwili dłużej. Sięgnęła po torbę, wyjęła z portfela jakieś franki i położyła na stole.
- Miło było poznać - rzuciła, po czym wzięła pod pachę Frou-Frou i żwawo ruszyła przed siebie. Schodziła po stromych stopniach do auta. Byle szybciej. To idiotyczne, ale była bliska łez.
- Emilie! Proszę, zaczekaj!
Nie zwracając uwagi na wołanie za sobą, szła w dół zdecydowanym krokiem, póki Sebastian jej nie dogonił.
- Słuchaj - powiedział zdyszany. - Naprawdę przykro mi, jeżeli cię obraziłem. Jestem taki niezręczny... - Szedł obok niej, bo się nie zatrzymała. - Jeśli to jakaś pociecha, ja też dźwigam od urodzenia niezły bagaż. Poczynając od rozpadającego się domu na wrzosowiskach Yorkshire, który powinienem jakoś odnowić i ocalić, choć nie mam ani pensa na sfinansowanie tego.
Doszli do auta i Emilie nie miała wyjścia, musiała przystanąć.
- To czemu go nie sprzedasz? - spytała.
- Bo to część mojego dziedzictwa. - Wzruszył ramionami. - Skomplikowana sytuacja. W każdym razie nie wciskam ci tu łzawej historyjki, ale staram się wyjaśnić, że wiem, jak przeszłość potrafi czasem ciążyć. Dobrze to znam.
Emilie w milczeniu szukała w torebce klucza.
- Nie próbuję z tobą konkurować - ciągnął Sebastian - tylko chciałbym powiedzieć, że doskonale rozumiem.
- Dzięki. - Emilie znalazła wreszcie klucz. - Muszę jechać.
- Czy mi wybaczysz?
Odwróciła się i spojrzała na niego, zrozpaczona swoją słabością, ale niezdolna nad nią zapanować.
- Ja po prostu... - Popatrzyła na zielony krajobraz w dole, starając się znaleźć właściwe słowa. - Chcę być oceniana według tego, kim sama jestem.
- Rozumiem, naprawdę. Słuchaj, nie będę cię już zatrzymywał. Cieszę się, że miałem okazję z tobą porozmawiać. - Sebastian wyciągnął do niej rękę. - Oby wszystko udało ci się jak najlepiej.
- Dziękuję. Do widzenia.
Emilie otworzyła samochód i wypuściła zdenerwowaną Frou-Frou na miejsce obok kierowcy. Wsiadła, włączyła silnik i pomału ruszyła w dół wzgórza, starając się zrozumieć, dlaczego zareagowała tak gwałtownie. Może była przyzwyczajona do nieco większej powściągliwości, jaka obowiązuje we Francji przy pierwszym spotkaniu, i jego bezpośrednie zachowanie ją przestraszyło. A przecież on tylko chciał być serdeczny, uspokajała samą siebie. To ona ma problem. Sebastian trafił w jej najsłabszy punkt i sprowokował reakcję, jakiej można się było spodziewać. Emilie patrzyła, jak nowo poznany mężczyzna idzie w dół wzgórza kilka metrów przed nią, i ruszyło ją sumienie. Zrobiło się jej wstyd.
Masz trzydzieści lat, upomniała siebie. Posiadłość de la Martini?resów jest teraz twoja i możesz z nią zrobić, co zechcesz. Czy nie czas zacząć zachowywać się jak dorosła osoba, a nie jak porywcze dziecko?
Kiedy samochód zrównał się z Sebastianem, wzięła głęboki oddech i opuściła szybę.
- Skoro wybrałeś się tu z tak daleka, żeby zobaczyć zamek, szkoda, żebyś wyjechał z niczym. Chcesz, żebym cię tam zawiozła?
- Jeśli jesteś pewna... - Mina Sebastiana była odbiciem zaskoczenia, jakie zabrzmiało w jego głosie. - To znaczy, oczywiście, bardzo chciałbym go zobaczyć, zwłaszcza gdyby mógł mnie oprowadzić ktoś, kto go zna tak dobrze.
- No to wsiadaj, proszę.
Emilie nachyliła się i otworzyła drzwi od strony pasażera.
- Dziękuję - powiedział i zatrzasnął je, kiedy znów ruszyli w dół wzgórza. - Okropnie mi przykro, że cię zdenerwowałem. Czy na pewno już się na mnie nie gniewasz?
- Sebastianie - westchnęła - to nie twoja wina, ale moja. Każda uwaga o mojej rodzinie w tym kontekście jest czymś, co psycholog nazwałby pewnie czynnikiem zapalnym. Muszę nauczyć się sobie z tym radzić.
- O, wszyscy się z tym borykamy, zwłaszcza ci, którzy mieli wpływowych, osiągających sukcesy przodków.
- Moja matka była kobietą o silnej osobowości - zgodziła się Emilie. - Wielu ludziom będzie jej teraz bardzo brakowało. Masz rację, to zobowiązuje. A ja zawsze wiedziałam, że poprzeczka jak dla mnie ustawiona jest za wysoko.
Emilie zastanawiała się, czy to te dwa kieliszki wina przy lunchu rozwiązały jej język. Ale nagle nie wstydziła się mu tego mówić. To było podniecające i niepokojące zarazem.
- O swojej mamie, czyli Victorii, jak kazała się nam do siebie zwracać, nie mógłbym raczej tego powiedzieć - wyznał Sebastian. - Nawet jej nie pamiętam. Urodziła brata i mnie w hipisowskiej komunie w Stanach. Kiedy miałem trzy lata, a brat dwa, przyleciała z nami do Anglii i podrzuciła nas dziadkom w Yorkshire. Kilka tygodni później wyjechała z powrotem bez nas. Od tamtej pory wszelki słuch o niej zaginął.
- O nie! - zdumiała się Emilie. - Nawet nie wiesz, czy twoja matka jeszcze żyje?
- No nie - potwierdził Sebastian - ale babcia wynagrodziła nam wszystko z nawiązką. Byliśmy tacy mali, kiedy z nią zostaliśmy, że to Constance była dla nas matką. I szczerze mówiąc, gdyby gdzieś wśród tłumu pojawiła się przede mną moja prawdziwa matka, to bym jej pewnie nie poznał.
- To szczęście, że mieliście taką dobrą babcię, ale to smutna historia. I nawet nie wiesz, kto był twoim ojcem?
- Nie. I tak naprawdę nie mam pojęcia, czy mieliśmy z bratem tego samego ojca. Na pewno bardzo się od siebie różnimy. W każdym razie... - Sebastian zapatrzył się w dal.
- A znałeś swojego dziadka?
- Umarł, kiedy miałem pięć lat. To był wspaniały człowiek, ale w czasie wojny walczył w Afryce Północnej, gdzie został ranny, i już nigdy nie wrócił do pełni sił. Moi dziadkowie bardzo się kochali. Biedna babcia straciła więc nie tylko męża, którego uwielbiała, ale i córkę. Sądzę, że tak naprawdę dzięki wnukom miała motywację, by się nie poddawać - rzekł Sebastian. - Była niesamowita, nawet w wieku siedemdziesięciu pięciu lat stawiała mury z kamieni i nic jej nie dolegało jeszcze tydzień przed tym, nim zachorowała. Nie ma już chyba takich kobiet - dodał ze smutkiem. - Przepraszam - uciął nagle. - Za dużo mówię.
- Nie, nie. Jest mi lżej, kiedy słyszę, że ktoś też dorastał w trudnych warunkach. Czasami myślę - Emilie westchnęła - że zbyt wiele przeszłości jest równie złe, jak nieposiadanie jej wcale.
- Absolutnie się z tobą zgadzam. - Kiwnął głową i uśmiechnął się. - Rany, gdyby ktoś słyszał naszą rozmowę, pewnie wziąłby nas za dwójkę rozpuszczonych bananowych dzieciaków użalających się nad sobą. Powiedzmy sobie szczerze, żadne z nas nie wylądowało na ulicy, prawda?
- No nie. I oczywiście masz rację. Ludzie mogliby tak pomyśleć. Zwłaszcza o mnie. Dlaczego mieliby sądzić inaczej? Widzą tylko to, co na wierzchu. Popatrz - wskazała - zamek jest tam, w dolinie.
Sebastian skierował wzrok na rysujący się w oddali elegancki różowawy budynek. Gwizdnął z podziwem.
- Jaki piękny, dokładnie taki, jak opisywała mi babcia. To raczej coś zupełnie innego niż nasz dom rodzinny na ponurych wrzosowiskach Yorkshire. Choć surowe otoczenie sprawia, że Blackmoor Hall też jest na swój sposób wyjątkowe.
Emilie skręciła na długi podjazd prowadzący do zamku i zaparkowała na tyłach zabudowań.
- Na pewno masz czas, żeby mnie oprowadzić? - spytał Sebastian, kiedy wysiedli, i spojrzał na nią pytająco. - Mógłbym przyjść innego dnia.
- Nie, będzie dobrze - zapewniła go Emile i ruszyła z Frou-Frou do zamku. Sebastian podążył za nią do holu, a potem do kuchni.
Oprowadzała go kolejno po pokojach, obserwując, jak co rusz się zatrzymuje, aby przyjrzeć się obrazom, meblom i ogromnej rozmaitości dzieł sztuki, które stały zakurzone i zapomniane na komodach, biurkach i stołach. Gdy weszli do pokoju porannego, od razu zainteresował się obrazem.
- To mi przypomina Przepych, spokój i rozkosz Matisse'a. Malował ten obraz w tysiąc dziewięćset czwartym roku, kiedy był w Saint-Tropez. Podobny efekt pointylistyczny. - Sebastian przesunął palcami tuż nad powierzchnią farby. - Choć tutaj to czysty pejzaż, skały i morze, bez postaci ludzkich.
- Przepych, spokój i rozkosz - powtórzyła Emilie. - Pamiętam, jak tata czytał mi wiersz Baudelaire'a.
- Tak. - Sebastian obejrzał się, wyraźnie ucieszony, że ona go zna. - Matisse zaczerpnął inspirację z Zaproszenia do podróży ze zbioru Kwiaty zła. Teraz obraz wisi w Muzeum Sztuki Współczesnej w Paryżu.
Znów skupił się na pejzażu przed sobą.
- Z tego, co widzę, płótno nie jest sygnowane, chyba że podpis schował się pod ramą. Ale możliwe, że to była wprawka, zanim powstał planowany obraz. Zwłaszcza że Matisse był w Saint-Tropez, kiedy malował właśnie w tym stylu. A przecież to rzut kamieniem stąd, prawda?
- Ojciec poznał Matisse'a w Paryżu - powiedziała Emilie. - Podobno przychodził na spotkania organizowane przez tatę dla kręgów artystycznych. Wiem, że ojciec bardzo go lubił, często o nim mówił, ale nie mam pojęcia, czy przyjmował go kiedykolwiek w zamku.
- W każdym razie, jak wielu artystów i pisarzy, Matisse przebywał w czasie drugiej wojny światowej tu, na południu Francji, z dala od niebezpieczeństw. Jego twórczość to moja prawdziwa pasja. - Sebastian aż drżał z emocji. - Czy mógłbym zdjąć płótno ze ściany, żeby zobaczyć, czy z tyłu nie ma jakiejś dedykacji? Malarze często dawali w podarunku obrazy swoim hojnym dobroczyńcom. Może i twojemu ojcu.
- Ależ oczywiście, proszę. - Emilie podeszła i stanęła obok Sebastiana, kiedy ten ostrożnie chwycił ramę i zdjął obraz ze ściany, odsłaniając pod nim ciemniejszy fragment tapety. Odwrócił płótno, by razem z Emilie przyjrzeć się odwrotnej stronie, ale nie znaleźli nic ciekawego.
- Nie przejmuj się, to jeszcze nie koniec świata - pocieszył ją Sebastian. - Gdyby Matisse go podpisał, byłoby po prostu dużo łatwiej dowieść, że to jego dzieło.
- Naprawdę myślisz, że on to namalował?
- Biorąc pod uwagę opisane przez ciebie okoliczności i charakterystyczną technikę, z jaką Matisse eksperymentował mniej więcej w tym czasie, gdy malował Przepych, spokój i rozkosz, powiedziałbym, że to prawie pewne. Oczywiście, muszą potwierdzić to eksperci.
- A jeśli to Matisse, to ile jest wart?
- Ponieważ brak podpisu, nie mam dość doświadczenia, by to ocenić. Matisse był niesamowicie płodnym artystą i żył bardzo długo. Chciałabyś sprzedać ten obraz?
- To kolejny znak zapytania na mojej liście. - Emilie wzruszyła bezradnie ramionami.
- No cóż - rzucił Sebastian, ostrożnie wieszając obraz z powrotem na miejsce - mam trochę kontaktów i znam ludzi, którzy mogliby ustalić, czy to oryginał, ale jestem pewien, że twój notariusz będzie chciał skorzystać ze swoich ekspertów. Dziękuję ci jednak, że pokazałaś mi obraz, podobnie jak resztę tego cudownego zamku.
- Cała przyjemność po mojej stronie - powiedziała Emilie, prowadząc go do wyjścia.
- Wiesz - Sebastian podrapał się w głowę, kiedy zatrzymali się w holu - pamiętam wyraźnie, że babcia wspominała mi o niesamowitej kolekcji rzadkich książek, które tu kiedyś widziała. To prawda czy coś mi się uroiło?
- Nie. - Emilie uświadomiła sobie, że podczas wycieczki zapomniała o bibliotece. - To tu obok. Pokażę ci.
- Dziękuję, jeśli tylko masz czas.
- Mam.
Biblioteka wywarła na Sebastianie ogromne wrażenie, kiedy tylko weszli.
- Wielkie nieba - jęknął, ruszając wolno wzdłuż półek. - To rzeczywiście niesamowita kolekcja. Jeden Bóg wie, ile tu może być książek. Piętnaście, dwadzieścia tysięcy?
- Naprawdę nie mam pojęcia.
- Są skatalogowane? Według jakichś kategorii? - zapytał.
- O tym, jak są ułożone, decydował mój tata, a przed nim jego ojciec. Zbiory zaczęto gromadzić ponad dwieście lat temu. Nowsze nabytki są skatalogowane, tak. - Emilie wskazała na oprawione w skórę księgi na biurku ojca.
Sebastian otworzył jedną z nich, przejrzał kilka kartek i zobaczył setki pozycji wprowadzonych nienagannym pismem Édouarda.
- Wiem, że to nie mój interes, Emilie, ale to naprawdę niezwykła kolekcja. Widzę, że poza tym, co już tu było, twój ojciec kupił wiele rzadko spotykanych pierwszych wydań. To musi być jedna z najwspanialszych kolekcji białych kruków we Francji. Powinny zostać fachowo skatalogowane.
Emilie usiadła na pokrytym skórą fotelu ojca. Czuła się przytłoczona.
- Mój Boże - szepnęła. - Z każdą chwilą okazuje się, że do zrobienia jest więcej, niż sądziłam. Zaczynam sobie uświadamiać, że uporządkowanie spraw po rodzicach to zajęcie na pełen etat.
- Ale warte zachodu, prawda? - pocieszył ją Sebastian.
- Tylko że ja mam swoje życie. Takie, jakie lubię. Spokojne i... - Emilie chciała dodać "bezpieczne", jednak wiedziała, że to zabrzmiałoby dziwnie - uporządkowane.
Sebastian podszedł i przyklęknął przy niej, opierając się ręką o fotel dla równowagi.
- Rozumiem, Emilie. Jeśli chcesz do niego wrócić, musisz poprosić ludzi, którym ufasz, żeby uporali się z tym za ciebie.
- A komu ja mogę zaufać? - żachnęła się Emilie.
- No, na przykład notariuszowi, o którym wspomniałaś - zasugerował Sebastian. - Może zdasz się we wszystkim na niego?
- Ale... - Emilie łzy napłynęły do oczu. - Przecież jestem to winna swojej rodzinie i jej historii? Nie wolno mi po prostu uciec.
- Emilie - powiedział Sebastian łagodnie - to wszystko dzieje się tak szybko, nic dziwnego, że czujesz się przytłoczona. Twoja matka zmarła zaledwie kilka tygodni temu. Jesteś jeszcze w szoku, w rozpaczy. Czemu nie dasz sobie trochę czasu na właściwe decyzje?
Poklepał jej dłoń i wstał.
- Muszę iść, ale masz moją wizytówkę. Naprawdę, w razie potrzeby, z największą chęcią we wszystkim ci pomogę, na ile tylko potrafię. Taki zamek to manna z nieba dla mnie, zwłaszcza jeśli chodzi o obrazy, ma się rozumieć.
Uśmiechnął się.
- W każdym razie prawie na pewno zamierzam zostać w Gassin jeszcze jakiś czas, więc gdybyś chciała, żebym zorganizował ocenę autentyczności potencjalnego Matisse'a, po prostu zadzwoń do mnie pod numer komórkowy podany na wizytówce.
- Dziękuję - powiedziała Emilie i upewniła się, że nadal ma jego wizytówkę w kieszeni dżinsów.
- Z przyjemnością też, korzystając ze swoich kontaktów w Paryżu, wyszukam nazwiska najlepszych antykwariuszy, którzy znają się na starych książkach i meblach. Cokolwiek postanowisz w sprawie zamku - zaznaczył - pewnie dobrze byłoby wiedzieć, jaka jest wartość tego, co posiadasz. Przypuszczam, że twoi rodzice mieli jakieś ubezpieczenie?
- Nie mam pojęcia. - Wzruszyła ramionami. Znając ojca, raczej w to wątpiła, ale zakonotowała sobie, że musi zapytać Gerarda. - Dziękuję za radę - powiedziała z wdzięcznością i wstała. Uśmiechnęła się blado do Sebastiana i poprowadziła go do tylnego wyjścia i auta. - Przykro mi, że... tak się poddaję emocjom. To do mnie niepodobne. Może innym razem porozmawiamy o tym, co babcia opowiadała ci o moim ojcu i jego przeżyciach wojennych.
- Bardzo chętnie. I proszę, nie przepraszaj - dodał, kiedy wsiadali do samochodu. - Jesteś w żałobie, a w dodatku spadło na ciebie potwornie dużo obowiązków, masz tyle do zrobienia.
- Dam sobie radę. Muszę. - Emilie włączyła silnik i ruszyła.
- Na pewno. Jak mówiłem, jeśli tylko w jakikolwiek sposób mógłbym ci pomóc, wiesz, jak mnie znaleźć.
- Dziękuję.
- Moje lokum jest zaraz za rogiem - wskazał w lewo - więc jeśli wyrzucisz mnie tutaj, zrobię sobie krótki spacer. To takie ładne popołudnie.
- Dobrze. - Zatrzymała samochód. - Jeszcze raz dziękuję.
- Uważaj na siebie, Emilie - powiedział, wysiadając. Pomachał na do widzenia i pomaszerował w swoją stronę.
Emilie zawróciła i pojechała z powrotem do zamku. Wytrącona z równowagi krążyła bez celu po pokojach, czując nagłą pustkę, bo poza nią nie było tu nikogo.
Kiedy zapadła noc i zrobiło się zimniej, poszła do kuchni i zagrzała sobie gęstą zupę, cassoulet, którą zostawiła jej Margaux. Jednak zjadła niewiele, jakoś straciła apetyt i Frou-Frou skorzystała na tym z zachwytem.
Po kolacji zaryglowała tylne drzwi i przekręciła klucz w zamku. Weszła na górę i puściła wąski strumyk letniej wody do starej pokrytej kamieniem emaliowanej wanny. Położyła się w niej, myśląc ze smutkiem, jak świetnie pasuje ona do jej wzrostu, niczym idealny prototyp trumny. Po wyjściu z kąpieli wytarła się do sucha, a potem zrobiła coś, co nie było w jej zwyczaju - pozwoliła, by ręcznik zsunął się z jej ciała, gdy stanęła przed wielkim, sięgającym aż do podłogi, lustrem.
Zmusiła się do przyjrzenia się swemu nagiemu ciału. Zawsze uważała, że trafił jej się kiepski los na genetycznej loterii. W dzieciństwie była krępa, a jako nastolatka pulchna. Wbrew apelom matki, by jadła zdrowo i mniej, gdzieś około siedemnastki Emilie dała sobie spokój z ogórkami i melonami, które zalecali dietetycy, a zamiast tego zaczęła ubierać się w luźne, wygodne ubrania kryjące jej kształty i pozwoliła naturze robić swoje.
W tym samym czasie odmówiła udziału w kolejnych przyjęciach mających wprowadzić ją do śmietanki towarzyskiej rówieśników. Matki z paryskiej socjety prześcigały się w staraniach, by ich latorośle nawiązywały właściwe przyjaźnie i poznawały należących do elity potencjalnych partnerów na przyszłość. Większość zabiegających o pozycję nastolatków konkurowała ze sobą, by dostać zaproszenia na elitarne spotkania towarzyskie. Valérie, dzięki nazwisku de la Martini?res, mogła przyciągnąć do swojego kręgu, kogo tylko chciała. Wpadła w rozpacz, kiedy Emilie oświadczyła, że już nie będzie brać udziału w najważniejszych dla całej akcji koktajlach organizowanych w najbardziej eleganckich prywatnych domach.
- Jak możesz odrzucać coś, co ci się należy z urodzenia - oburzała się na córkę.
- Nienawidzę tego, mamo. Jestem kimś więcej niż nazwiskiem i kontem w banku. Przykro mi, ale już nigdy nie pojawię się na żadnej takiej imprezie.
Kiedy Emilie patrzyła teraz w lustro na swoje pełne piersi, krągłe biodra i kształtne nogi, zdała sobie sprawę, że musiała zeszczupleć przez ostatnie tygodnie. To, co teraz zobaczyła, nawet swoim krytycznym okiem, zaskoczyło ją. Choć nie mogła marzyć o figurze elfa, to w żadnym wypadku nie była gruba.
Zanim poczuła, jak to ona zawsze, wyrzuty sumienia, odeszła od lustra, włożyła koszulę nocną i wdrapała się na łóżko. Zgasiła światło i wsłuchując się w panującą w sypialni idealną ciszę, zastanawiała się, co skłoniło ją, by dokonać tego nietypowego dla niej nagiego odkrycia.
Minęło sześć lat, odkąd miała kogoś, kogo mogłaby nazwać z grubsza swoim chłopakiem. Związek z Olivierem, atrakcyjnym nowym weterynarzem w paryskiej klinice, trwał zaledwie kilka tygodni. Nawet niespecjalnie go lubiła, ale przynajmniej miała ciepłe ciało obok siebie w nocy, kogoś, z kim mogła czasem pogadać przy kolacji i nie czuła się już tak bardzo samotna. Olivier w końcu zniknął. Wiedziała, że to przez brak starań z jej strony.
Emilie nie była pewna, z czego składa się miłość - to jakaś mieszanka pociągu fizycznego, podobnego sposobu myślenia... może fascynacji. Ale miała świadomość, że nigdy nie była zakochana. No i kto by pokochał kogoś takiego jak ona?
Tej nocy przewracała się z boku na bok, przekonana, że głowa jej zaraz pęknie od decyzji, które musi podjąć, i odpowiedzialności, przed którą nie ma ucieczki. Ale poza tym nie mogła przestać myśleć o Sebastianie.
Przez ten krótki czas, który spędzili razem w zamku, poczuła się w jego obecności bezpieczna. Wydawał się zdolny, solidny i... tak, był wyjątkowo atrakcyjny. Kiedy na moment jego ręka dotknęła jej dłoni w bibliotece, nie cofnęła się, jak zwykle, kiedy ktoś za bardzo się do niej zbliżył.
Emilie wymawiała sobie tę słabość. Jakże musi być smutna i samotna, że tak działa na nią ktoś, kogo zna ledwie parę godzin. Poza tym, czy ona mogłaby spodobać się takiemu doświadczonemu, przystojnemu mężczyźnie jak Sebastian? Był dla niej nieosiągalny i najprawdopodobniej nigdy więcej się nie spotkają. Chyba że, oczywiście, zadzwoni pod numer z jego wizytówki i poprosi o pomoc przy ekspertyzie Matisse'a...
Pokręciła ponuro głową. Wiedziała, że nigdy się na to nie zdobędzie.
To była droga donikąd. Lata temu doszła do wniosku, że najlepiej żyć w pojedynkę. Wtedy nikt jej nie zrani ani znów nie zawiedzie. I z tym silnym postanowieniem wreszcie zapadła w sen.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej