Tajemnice zaginionych miast Ameryki Południowej - David Hatcher Childress

Kup ebooka

69.90 zł
58.02 zł (57,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Polecamy książki DAVIDA HATCHERA CHILDRESSAGENIUSZ TECHNIKI BOGÓW

LATAJĄCE BRONIE IMPERIUM RAMY I ATLANTYDY

oraz inne bestsellery o tajemnicach prehistorii i starożytności w Wydawnictwie Amber:

MICHAEL BAIGENT

ŚLADY SPRZED MILIONÓW LAT

ROBERT BAUVAL, GRAHAM HANCOCK

STRAŻNIK TAJEMNIC

ANDREW COLLINS

POCHODZENIE BOGÓW

ERICH VON DÄNIKEN

WSPOMNIENIA Z PRZYSZŁOŚCI

BOGOWIE NIGDY NAS NIE OPUŚCILI

POSZUKIWACZE ZAGINIONEJ WIEDZY

CIEKAWOŚĆ ZAKAZANA

GRAHAM HANCOCK

ŚLADY PALCÓW BOGÓW

MAGOWIE BOGÓW

GRAHAM HANCOCK, SANTHA FAIIA

ZWIERCIADŁO NIEBA

FRANK JOSEPH

ZADZIWIAJĄCE ZDOBYCZE NAUKI I TECHNIKI STAROŻYTNOŚCI

J. DOUGLAS KENYON

ZAKAZANA HISTORIA ATLANTYDY

J. DOUGLAS KENYON wybór i redakcja

ZAKAZANA HISTORIA LUDZKOŚCIZAKAZANA NAUKAZAKAZANE RELIGIE

ZECHARIA SITCHIN

KRONIKI ANUNNAKI

HANS-JOACHIM ZILLMER

POMYŁKI BADACZY DZIEJÓW ZIEMI

childress

tajemnice zaginionych miast ameryki południowej

1.PRZEZ AMERYKĘ POŁUDNIOWĄKontynent odwiecznych zagadek

Zadałem sobie pytanie: Dlaczego nie miałbyś zacząć od nowa i pojechać do Meksyku czy Ameryki Południowej w poszukiwaniu zaginionych miast, tak jak zawsze chciałeś?

Gene Savoy, największy współczesny badacz Ameryki Południowej

Zawsze uwielbiałem dobre zagadki. Znaczną część życia poświęciłem na tropienie tajemnic starożytnych miast ukrytych głęboko w dżungli lub na pustyni czy pradawnych świątyń i klasztorów na krańcach ziemi. Gdy miałem 19 lat, opuściłem rodzinny dom w Montanie, by odbyć wędrówkę w głąb centralnej Azji. Teraz, tyle lat później, po zwiedzeniu wielu krajów i po wielu przygodach, znów byłem w drodze.

Był wczesny styczniowy poranek 1985 roku. Samolot powoli zniżał się ku lotnisku międzynarodowemu w Limie. Wyjrzałem przez okno i wziąłem głęboki oddech. Do Ameryki Południowej przybywałem po raz pierwszy, jednak ta podróż była konsekwencją całego życia wypełnionego intrygującymi poszukiwaniami.

Żaden inny kontynent na Ziemi nie jest równie kontrowersyjny i zagadkowy, jak Ameryka Południowa. Historycy, archeolodzy, antropolodzy, geolodzy i inni naukowcy nie są w stanie dojść do porozumienia w sprawie tego, kiedy, dlaczego oraz jak powstała stara cywilizacja i technika w Ameryce Południowej. Wśród teorii dotyczących wydarzeń, jakie zachodziły na tym kontynencie w ciągu ostatnich 25 000 lat, natrafimy na przeraźliwie konserwatywne i przyziemne, ale również na rażąco niedorzeczne. Tak naprawdę im dłużej przyglądać się faktom, tym osobliwsza i bardziej tajemnicza staje się cała ta historia.

Jednak niektórych rzeczy nie da się zanegować po prostu dlatego, że niewątpliwie istnieją: gigantyczne miasta zbudowane ze 100-tonowych kamiennych bloków; rozległe, nie dające się zmierzyć kompleksy tuneli i grot; spektakularne, niewyobrażalne złote bogactwa; starożytne miasta i piramidy, ledwie dostrzegalne pośród gęstej roślinności dżungli; przedmioty, które nie powinny znaleźć się na tym obszarze geograficznym i które opierają się racjonalnemu wyjaśnieniu; barwne legendy, przy których najbardziej wymyślne opowieści science fiction brzmią jak bajki dla grzecznych dzieci.

Ameryka Południowa

To tylko niektóre z rzeczy, które sprowadziły mnie do Ameryki Południowej. Inne wydają się znacznie bardziej zwyczajne, jak słynny karnawał w Rio de Janeiro, winnice w Chile, malownicze wodospady Iguazu, zachwycające szczyty w Andach i czarujące brazylijskie kobiety - żeby wymienić tylko kilka.

Ameryka Południowa to rozległy, niezbadany obszar dla szalonego podróżnika żądnego wrażeń, a ja właśnie kupiłem bilet na tę długą przejażdżkę. Niczym gość w jakimś starym i nieco dziwnym wesołym miasteczku, nie do końca wiedziałem, w co się pakuję. Ameryka Południowa to niebezpieczna kraina - pełna bandytów i desperados, dzikich Indian, którzy chętnie zatkną ususzoną białą głowę na włóczni jako trofeum; pełna również policjantów, którzy podstępnie aresztują turystów, zmuszając ich do kupowania sobie wolności. Bezprawie panoszy się po całym kontynencie, przemoc jest na porządku dziennym, zaś zwykła przejażdżka autobusem przez góry może czasem sprawić, że podróżnikowi zdawać się będzie, iż to ostatni dzień jego życia.

Jednak przygody i niebezpieczeństwa to dla mnie nie pierwszyzna. Jako doświadczony archeolog, który zjeździł cały świat, ostatnie 10 lat spędziłem niczym jakiś obieżyświat, wszędzie, gdzie się dało, szukając podniet i wrażeń - i uwielbiałem to! Czy to przemierzając przełęcz wysoko w Himalajach, czy podróżując autostopem po bezludnej pustyni w Afryce, czy usiłując przeżyć w ogarniętym pożogą wojenną kraju Trzeciego Świata, niezmiennie zachowywałem głupawy uśmiech radości, żarliwie chłonąłem każdą szczyptę emocji. Nie znaczy to, że się od czasu do czasu nie bałem ani że nie byłem przygnębiony. Ale kiedy wracałem do wygodnego domu, odwiedzałem przyjaciół lub zagłębiałem się w pracy, spoglądałem wstecz nawet na chwile największych niewygód z pewnym sentymentem i tęsknotą. Może znacie to uczucie.

Jak powinienem siebie opisać? Może tak, jak chciałbym być widziany przez innych, jako młody, ze zdrową, bujną czupryną jasnych włosów i zuchwałym uśmiechem. Nie jestem gwiazdorem filmowym, ale podobno mam odrobinę uroku. I lubię ludzi. Poznawanie ludzi to jedna z wielkich radości podróżowania, więc nie opłaca się być nieśmiałym w obcych krajach. Lubię myśleć, że jestem niewidzialny, choć moje blond włosy i okulary w złoconych oprawkach sprawiają, że tubylczy mieszkańcy Afryki, Mongolii czy Amazonii zazwyczaj zwracają na mnie uwagę.

Moje wcześniejsze wyprawy zawiodły mnie do Azji i Afryki. Po roku studiów opuściłem Montanę, by podróżować i uczyć się na Dalekim Wschodzie. Żyłem i pracowałem w Indiach i na Środkowym Wschodzie przez rok, po czym udałem się do Afryki. Tam pracowałem i przez dwa i pół roku objechałem wokół cały kontynent, zanim popłynąłem przygodnymi jachtami z powrotem przez Ocean Indyjski. Pracowałem i uczyłem się na subkontynencie indyjskim przez kolejny rok czy dwa, a następnie ruszyłem do Chin, gdzie szczęśliwym trafem stałem się jednym z pierwszych autostopowiczów, którzy kiedykolwiek włóczyli się po Chinach.

Kiedy wróciłem do Stanów Zjednoczonych, mając 25 lat, mijało sześć lat od mojego wyjazdu. Na krótko wróciłem do pracy, potem wyruszyłem na kolejną długą wyprawę do Egiptu, Izraela i Europy, a następnie znów wróciłem do domu. Jednak gdzieś w głębi serca wiedziałem, że tęsknota za kolejną przygodą, moje badania historyczne i moje poszukiwania zaginionych miast zaprowadzą mnie w końcu do Ameryki Południowej - krainy, gdzie, jak przeczuwałem, mogły kryć się odpowiedzi na dręczące mnie pytania o początki ludzkiej cywilizacji.

Nie wyruszyłem do Ameryki Południowej nie przygotowany. Jak podczas wszystkich moich wypraw podróżowałem z lekkim bagażem, ale byłem wyposażony w niezbędny w drodze ekwipunek. W wypróbowanym zielonym plecaku, który mniej ambitni podróżnicy nazwali torbą pełną niespodzianek, miałem następujące rzeczy:

1 duży śpiwór (wystarczająco ciepły na zimne noce w wysokich Andach, przydatny również na południowoamerykańskich pustyniach lub w Patagonii. W upalnych dżunglach sypiałem albo na śpiworze pod moskitierą, albo w śpiworze z rozsuniętymi suwakami. Możecie też wziąć do Amazonii hamak, ale łatwo je kupić na miejscu).

1 lekki, długi podkoszulek.

1 wełniany sweter.

1 nylonowo-bawełniany skafander z kapturem (noszony z długim podkoszulkiem, wełnianym swetrem i kilkoma koszulami skafander uchronił mnie przed zimnem nawet w najbardziej mroźne noce w Andach. Jeśli ktoś planuje wspinaczkę wysokościową, zwłaszcza powyżej 5000 metrów n.p.m., długa kurtka z kapturem oraz ciepła bielizna i przeciwwiatrowe spodnie powinny być standardowym wyposażeniem).

1 brezentowa płachta/poncho (kładzie się ją pod śpiwór podczas nocy pod gołym niebem albo robi się z niej prowizoryczny namiot. Taka brezentowa płachta w połączeniu ze śpiworem i innym sprzętem pozwalała mi spędzać noc na powietrzu niemalże przy każdej pogodzie).

1 plecak (mój jest ze stelażem i ma jedną głęboką kieszeń bez przegródek, można go używać także jako "torby biwakowej").

1 duża plastikowa butelka na wodę.

1 fiolka tabletek do uzdatniania wody.

1 nóż szwajcarski (z otwieraczem puszek, nożyczkami i mnóstwem innych gadżetów. Mój nóż ma kółko, dzięki któremu można go przyczepić do pasa długą, nylonową linką).

2 pary długich spodni (dżinsy do podróżowania w trudnych warunkach i eleganckie spodnie w kolorze khaki na takie okazje, jak kolacja w restauracji czy próba uzyskania pozwolenia w jakimś urzędzie).

1 skórzany pas z ukrytą kieszenią na suwak (można w niej upchać złożone banknoty o różnych nominałach).

1 nylonowa torebka na ważne papiery (na tyle duża, by zmieścić paszport, czeki podróżne i dokumenty, noszona pod ubraniem).

1 torebka na nodze na dokumenty (można ją wykonać, usuwając piankę z nakolannika, jakich używają koszykarze. Najpierw odcinamy wierzchnią część, usuwamy piankową wyściółkę, następnie używamy rzepów, by zamknąć otwór. W ten sposób powstaje torebka noszona pod spodniami na łydce lub udzie, zamocowana za pomocą elastycznej taśmy).

2 bawełniane podkoszulki.

1 nie gniotąca się koszula (żeby wyglądać porządnie podczas rozmów z urzędnikami czy strażnikami granicznymi i móc pokazać się gdzieś wieczorem).

1 koszula safari w kolorze khaki z dużą liczbą kieszeni.

1 para szortów.

2 pary butów (para wygodnych butów sportowych i para skórzanych butów na długie piesze wędrówki. Obecnie można kupić nylonowo-skórzane "supersportowe" obuwie, które jest nie tylko znacznie lżejsze od zwykłych butów, ale i o wiele wygodniejsze. Ciężkie buty są zazwyczaj niepotrzebne, chyba że planujecie naprawdę poważną wspinaczkę górską albo dwutygodniowe przedzieranie się przez gęstą dżunglę).

4 pary skarpet - 2 bawełniane i 2 wełniane.

1 para gumowych klapek lub lekkich sandałów (można je zakładać, idąc pod prysznic lub spacerując po ulicach).

1 mała apteczka i przybory toaletowe (musi zawierać środki dezynfekujące, bandaże, aspirynę, gazę, igłę i nici oraz inne lekarstwa, między innymi aviomarin. Leki są tanie i łatwo dostępne w całej Ameryce Południowej, lecz należy mieć własny zestaw pierwszej pomocy na długie wyprawy w dżunglę lub w góry).

1 latarka, kompas i długa nylonowa linka.

5 pudełek zapałek i zapalniczka.

2 świece.

1 mała talia kart i kieszonkowe szachy.

5 czy 6 wybranych książek, między innymi przynajmniej jeden przewodnik po Ameryce Południowej, notatnik, Mysteries of Ancient South America (Tajemnice pradawnej Ameryki Południowej) Harolda Wilkinsa, The Ultimate Frontier (Ostateczna granica) Eklala Kueshana.

1 mapa Ameryki Południowej.

1 aparat z lampą błyskową i teleobiektywem z soczewką 30-80 mm.

10 rolek kolorowego filmu.

5 rolek czarno-białego filmu.

1 para okularów przeciwsłonecznych.

1 wełniana czapka narciarska.

1 para wełnianych rękawiczek pokrytych nylonem.

Duży wybór drobnych upominków, pocztówek itp. (w niektórych miejscach ważne jest, by mieć ze sobą również jedzenie, zwłaszcza na nieznanej trasie, kiedy nie wiemy, jaka odległość dzieli nas od następnego miasta).

Złodzieje w Ameryce Południowej są tak samo sprytni i aktywni jak gdzie indziej na świecie. Ukrycie pieniędzy w zwykłym pasku często nie wystarcza. Zmusza to podróżnika do ukrywania cennych rzeczy i chowania ich w różnych miejscach na ciele. Inna metoda polega na tym, że najpierw owija się niewielkie cenne przedmioty elastycznym bandażem, a następnie mocuje tę paczuszkę do łydki. Metodę tę wykorzystuje wielu mieszkańców Ameryki Południowej. Ja wolę ukryć pieniądze w kilku różnych miejscach na ciele: w niewinnie wyglądającym skórzanym pasku, w wewnętrznych kieszeniach koszuli, trochę miejscowej waluty w przedniej kieszeni, resztę zaś w elastycznej torebce przymocowanej do wewnętrznej strony uda.

Podróżowanie z lekkim bagażem to klucz do przeżycia prawdziwej podróżniczej przygody. Upewnijcie się, czy wszystko zmieści się wam do plecaka. Sprawdźcie też, czy plecak nie jest za ciężki. Możliwe, że będziecie musieli pokonać na piechotę długą drogę, zanim pojawi się jakiś samochód lub autobus, dlatego nigdy nie zabierajcie więcej, niż możecie bez trudu udźwignąć.

Lądowanie w Limie, w Peru, o 6.30 rano to był prawdziwy cyrk. W samolocie spotkałem innych Amerykanów - Marka, Boba i Steve'a. Jakoś się przedarliśmy przez odprawę celną, zgłosiliśmy kradzież aparatu fotograficznego i zdołaliśmy się wydostać na zewnątrz, gdzie czyhała na nas horda taksówkarzy, przekrzykujących się i proponujących nam przejazd do centrum miasta.

Z lotniska do Limy jest stosunkowo daleko, położone jest ono w jednej z najgorszych podmiejskich dzielnic. Po przejażdżce z lotniska do miasta nie będziecie mieć raczej zbyt dobrego zdania o Limie, największym mieście w Peru i pierwszym z założonych przez Hiszpanów w Ameryce Południowej. W ten jasny, bezchmurny poranek mijaliśmy jedno za drugim skupiska glinianych chałup, ulice bez chodników i wszędzie widzieliśmy uderzające oznaki ubóstwa. To było przygnębiające.

- Gdzie jest zieleń? Czy tutaj nic nie rośnie? - zapytał Mark, wyglądając przez okno.

Na wschodzie brązowawe pustynne wzgórza jak gdyby łagodnie spychają Limę w stronę Pacyfiku. Wybrzeże Peru jest pustynne na całej długości. Dalej na południe, już na terytorium Chile, ten jałowy pas ziemi przechodzi w najbardziej suchą pustynię świata, Atakamę.

Ameryka Południowa jest po Azji, Afryce i Ameryce Północnej czwartym co do wielkości kontynentem na Ziemi. Zajmując obszar wielkością zbliżony do Alaski (1 285 216 kilometrów kwadratowych), Peru jest trzecim pod względem wielkości państwem w Ameryce Południowej, po Brazylii i Argentynie. Lima, którą zamieszkuje 5 000 000 ludzi, jest największym miastem Peru. Populacja całego kraju liczy zaledwie 19 000 000 mieszkańców; mniej więcej połowa z nich to Indianie, reszta to ludność europejska oraz Metysi.

Pustynia zajmuje tylko część Peru. Jałowy region przybrzeżny sięga od 80 do 160 kilometrów w głąb kraju. Dalej są góry z wysokimi płaskowyżami, głębokimi dolinami, śnieżnymi szczytami i zielonymi tarasowymi poletkami. Łańcuch górski Andów dzieli kraj mniej więcej na dwie połowy, ciągnąc się z północy na południe. Po wschodniej stronie tych dzikich szczytów gęsto zalesione zbocza prowadzą w dół ku dorzeczu Amazonki. Góry nie tylko dzielą Peru - w nich także znajduje się źródło Amazonki, najdłuższej i największej rzeki świata.

Po niezbyt miłej jeździe z lotniska dotarliśmy do schroniska San Sebastian, na które składało się kilka domów położonych na zachód od Plaza San Martin. Schronisko młodzieżowe w Miraflores, bogatej podmiejskiej dzielnicy w południowej części Limy, jest tańsze, jednak chcieliśmy pozostać w sercu miasta.

W centrum Limy znajduje się wiele popularnych hoteli, między innymi hotel Roma i Savoy na Jiron Ica, nieopodal San Sebastian. Hotele Europa, Comercio i Pacifico rozmieszczone są wokół Plaza de Armas, natomiast hotel Richmond, Gran Hotel oraz hotel Universio mieszczą się przy Jiron Carabaya, głównej ulicy pomiędzy Plaza de Armas i Plaza San Martin.

We wszystkich tych hotelach można się zatrzymać za równowartość trzech lub czterech dolarów amerykańskich za noc za pokój jednoosobowy lub pięć-sześć dolarów w dwójce. Zazwyczaj można w nich znaleźć miejsce. Często jednak są przepełnione lub nieczynne z powodu remontów.

Jeśli zależy wam na przyjemniejszej okolicy, co oczywiście kosztuje więcej, rozejrzyjcie się za średniej klasy hotelami w Miraflores, przy plaży. Wszystkie te hotele, tak jak Gran Hotel, wyposażone są w baseny, zaś koszt pobytu to około 20 dolarów za noc. Jest to zdecydowanie najlepsza okolica w Limie. O pomoc w sprawie hoteli lub jakąkolwiek inną poradę poproście w informacji turystycznej przy Jiron Union, nieco na południe od Plaza San Martin. Jeśli w hotelach brakuje miejsc, poproście o informację, gdzie możecie się zatrzymać w najbliższej okolicy.

Gdy tylko odnaleźliśmy nasze pokoje, wyszliśmy z powrotem na ulicę, kierując się na główny plac Limy. Na wschodniej stronie rozległego Plaza de Armas stoi imponująca katedra, obok której w 1985 roku papież przemawiał do mieszkańców Limy. Teraz dzieci sprzedawały lody, a jakiś znudzony żołnierz wymachiwał bezmyślnie swoim karabinem przed Palacio de Gobierno w północnej części placu.

Z boku placu znajdowała się również niewielka kawiarenka oraz pomnik Francisca Pizarra, bezwzględnego konkwistadora, który podbił wielomilionowe imperium przy pomocy kilkuset żołnierzy. Przeszliśmy obok siedzącego na końcu Pizarra, majestatycznie dzierżącego obnażony miecz. Zdecydowaliśmy się zjeść obiad w kawiarence i poprosiliśmy o stolik na tarasie.

Spoglądając na Pizarra i Plaza de Armas, nie mogłem nie pomyśleć o chwili, gdy pierwsi Europejczycy postawili stopę w Ameryce Południowej. Ale właściwie kto był pierwszy?

Zaledwie kilkaset lat temu arcybiskup Ulsteru na podstawie analizy Biblii ogłosił, że świat został stworzony w 4004 roku p.n.e. O ile pamiętam, ustalił też, że stało się to we wtorek. Wiemy, że Ziemia powstała o wiele wcześniej, ale wciąż przyjmuje się 4000 lat p.n.e. jako powszechnie akceptowaną datę zarania cywilizacji, co sugeruje, że ludzie przez kilka tysięcy lat przed tą datą żyli jak jaskiniowcy.

Obecnie wielu uczonych zgadza się co do tego, że cywilizacja w Jerychu w Jordanii i w miastach Turcji istniała już 7000 lat p.n.e. Jednak nadal uważa się, że pierwsza prawdziwa cywilizacja powstała w Sumerze, 7000 lat temu, czyli 5000 lat p.n.e.

Pamiętajmy jednak, że w ciągu dziejów niejednokrotnie okazywało się, że uczeni się mylą. Po odkryciu w Tajlandii przedmiotów wykonanych z brązu setki, a nawet tysiące lat starszych od znalezionych w Sumerze (gdzie, zgodnie z tradycyjnym przekonaniem, wynaleziono metodę obróbki brązu), dowiedziono, że kulturę Sumeru poprzedzały inne rozwinięte kultury. Ale jeśli pewne kawałki nie pasują do historycznej układanki, co powinniśmy z nimi zrobić? Po prostu wyrzucić? Na szczęście nie robią tak naukowcy, którzy dowodzą, że w Ameryce Południowej istnieją ruiny i inne ślady cywilizacji, mogące znacznie poprzedzać znaleziska odkrywane gdzie indziej. Z punktu widzenia prehistorii i historii cywilizacji ten kontynent szybko staje się najbardziej zagadkowym obszarem świata, o czym wkrótce przekonają się czytelnicy tej książki.

Zdaniem wielu tak zwanych uczonych rasa ludzka przedostała się do Ameryki Północnej kilka tysięcy lat temu przez przesmyk na Morzu Beringa, docierając najpierw na Alaskę i do Kanady. Konserwatywni uczeni umieszczają to wydarzenie około 12 000 lat p.n.e. Inni bardziej radykalni datują je na 28 000 lat p.n.e.1. Mimo to metoda datowania przy użyciu izotopu węgla 14C, której poddano ludzkie kości znalezione w Kalifornii, Arizonie, Albercie czy Ekwadorze, wykazała, że człowiek obecny był na zachodniej półkuli już 30 000 lat p.n.e.2. Czaszkę znalezioną na stanowisku archeologicznym w Otavalo w Ekwadorze datowano metodą węglową na ponad 30 000 lat p.n.e.

Na początku lat 70. w San Diego Museum opracowano nową metodę określania wieku kości. Ta technika, znana jako datowanie metodą racemizacji kwasu asparaginowego (AAR), oznaczyła wiek szczątków różnych szkieletów odkrytych w obu Amerykach na ponad 38 000 lat, ponad 40 000 lat, ponad 45 000 lat i ponad 50 000 lat p.n.e. Zdumiewające, że ludzka kość znaleziona w Sunnyvale, w Kalifornii, została precyzyjnie datowana na 70 000 lat p.n.e. lub nawet więcej! Szkielet był tak stary, że w kości nie zostało już ani śladu izotopu węgla 14C!2.

Jednak w 1985 roku stwierdzono, że te obliczenia są niewłaściwe, ponieważ przeprowadzono je, przyjmując za wzorzec szkielety, które błędnie datowano metodami izotopowymi. Datowanie metodą AAR wymaga dokładnie datowanego szkieletu porównawczego, zaś gdy dokonano ponownego badania wzorca, szkieletowi, którego wiek początkowo oszacowano na 38 000 lat p.n.e., przypisano datę 5100 lat p.n.e. Doktor Jeffrey Bada, główny zwolennik metody AAR, zwrócił uwagę na te błędy w magazynie "American Antiquity" w 1985 roku.

Nie przekreśla to jednak teorii, w myśl których pierwotne zasiedlenie obu Ameryk nastąpiło wcześniej niż 30 000 lat p.n.e. Przedmioty, których nie dało się poddać datowaniu metodą węglową ani metodą AAR, znaleziono w warstwach geologicznych starszych o wiele tysięcy lat. W El Bosque w Nikaragui, w Old Crow na Wyżynie Jukońskiej, w Crown Point i Texas Street w San Diego oraz w Santa Barbara w Kalifornii znaleziono pewne przedmioty, których wiek określono na 70 000 lat p.n.e. Wiek przedmiotu z Mission Valley w Kalifornii oszacowano na 100 000 lat p.n.e., zaś wiek przedmiotów odkrytych w słynnym Flagstaff w Arizonie określono na 100 000-170 000 lat. W jeszcze większe zdumienie wprawia fakt, że dwóm stanowiskom archeologicznym w Meksyku, El Horno i Hueyatlaco przypisano datę 250 000 lat p.n.e., zaś wiek wykopalisk z Calico Hills w Kalifornii określono na 500 000 lat p.n.e.!2.

Prawdę mówiąc, datowanie grotów strzał i narzędzi kamiennych jest nieco zawiłe. Należy odgadnąć wiek na podstawie oceny warstwy geologicznej, w której przedmiot odkryto. Gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że cała nasza wiedza dotycząca zmian geologicznych może okazać się błędna, obecne metody datowania geologicznego mogą się mijać z prawdą. Jeśli tak jest w istocie, wszystko jest prawdopodobnie starsze. A jednak datowanie na podstawie zawartości izotopu węgla 14C to stosunkowo dokładna metoda określania wieku próbek organicznych. Jednak przy badaniu kości liczących więcej niż 30 000 lat, datowanie metodą węglową staje się bardzo niedokładne.

Doktor Goodman w swojej książce American Genesis (Początki Ameryki) podkreśla, że ludzkie kości i przedmioty wydobyte w Ameryce Północnej i Ameryce Południowej są dwukrotnie starsze niż znaleziska odkryte w Europie. Na przykład najstarsze ludzkie czaszki z Europy pochodzą sprzed 35 000 lat, natomiast z Ameryki sprzed 70 000 lat. Goodman opiera się jednak na wynikach datowania metodą AAR, które, jak dziś wiemy, okazały się niedokładne - jak na ironię, dlatego że niedokładnie przeprowadzono badanie metodą węglową. Przedmioty takie jak groty strzał i narzędzia kamienne z Europy mają 20 000 lat, zaś te w obu Amerykach liczą 40 000 lat, jeśli nie więcej.

Tak czy inaczej, te interesujące odkrycia prowadzą do wniosku, że ludzie zamieszkiwali Amerykę Południową na długo przedtem, nim przeszli przez lodowe przejście przez Cieśninę Beringa w czasie ostatniej epoki lodowcowej. Nie ma wątpliwości co do tego, że takie połączenie pomiędzy Alaską i Syberią istniało, jednak być może nie było ono potrzebne. Zimą 1985 roku pewien młody Amerykanin przeszedł po zamarzniętej Cieśninie Beringa do Związku Radzieckiego, gdzie został aresztowany, uwięziony, a następnie odtransportowany helikopterem na Alaskę. Właściwie zamiast zadawać sobie pytanie, czy w ogóle możliwe było takie przejście, może powinniśmy zapytać, w którą stronę dawny człowiek tamtędy przeszedł! Przytoczmy słowa archeologa C.W. Cerama: "Jakiś wolnomyśliciel przynajmniej mógł wysunąć tezę, że to nie Indianie przybyli ze Starego Świata, lecz, że przeciwnie, to oni są prastarą rasą ludzką i że to my pochodzimy od nich"13. Ceram przynajmniej uważa za możliwe, że migracja przez Cieśninę Beringa odbywała się w kierunku z Ameryki do Azji.

Ale dlaczego ograniczamy badania przeszłości, upierając się przy tym, że nasi przodkowie przemierzali oceany, wykorzystując lodowe przejścia? W ciągu ostatnich tysięcy lat rozległe oceany nie stanowiły dla ludzi zbyt wielkiej bariery. Polinezyjczycy i Mikronezyjczycy nawigowali po wielkich obszarach oceanów w prostych szkieletowych łodziach, pokonując dystans trzykrotnie większy niż odległość pomiędzy Afryką i Ameryką Południową. Jeśli Polinezyjczycy i ludzie innych kultur mogli tysiące lat temu żeglować po oceanach, to czemu bardziej zaawansowane kultury z rejonu Morza Śródziemnego, dysponujące większymi okrętami, nie mogłyby robić tego samego w tym samym czasie?

Większość z nas słyszała teorie głoszące, że wikingowie przepłynęli w swoich długich łodziach do Grenlandii i Labradoru mniej więcej tysiąc lat temu. Ale czy możemy potraktować poważnie bardziej radykalne pomysły, mówiące o irlandzkich mnichach żeglujących wokół Ameryki Północnej, podobnie jak portugalscy i baskijscy rybacy, rzymscy, greccy i feniccy zdobywcy, hebrajscy poszukiwacze złota czy egipscy kupcy?

Niemożliwe? Dlaczego? Czy Atlantyk jest tak trudny do przebycia? Z pewnością nie. Ludzie pokonywali Atlantyk w łodziach wiosłowych, kajakach i na prostych tratwach. Starożytni żeglarze znad Morza Śródziemnego pływali na statkach znacznie lepszych od tych, którymi Kolumb przepłynął Atlantyk. Podczas swojej drugiej wyprawy do Nowego Świata Kolumb pisał o odkryciu wraka europejskiego okrętu na Gwadelupie we francuskich Indiach Zachodnich4.

Wielu historyków uważa dowody odwiedzania Ameryk przez starożytnych odkrywców i kupców za wręcz przytłaczające. W 1976 roku brazylijski nurek Jose Roberto Teixeira, łowiąc harpunem ryby w rejonie skalistej wyspy Ilha de Gobernador w Baia de Guananbara niedaleko Rio de Janeiro, natknął się na trzy nienaruszone rzymskie amfory (gliniane naczynia do przechowywania wina) w rejonie pełnym wraków statków, z których część pochodziła z XVI wieku. Zgłosił, że cały obszar jego znaleziska pokrywają gliniane skorupy i duże kawałki innych amfor.

Brazylijski instytut archeologiczny bardzo zainteresował się amforami i wysłał ich zdjęcia do Smithsonian Institution, który zidentyfikował je jako rzymskie. Później doktor Elizabeth Lyding Will z wydziału filologii klasycznej University of Massachusetts w Amherst ustaliła, że amfory pochodzą z okresu II-I wieku p.n.e.: "Najwyraźniej wykonano je w Kouass, starożytnym porcie w Zilis (Dchar Jedid) na atlantyckim wybrzeżu Maroka, na południowy zachód od Tangeru". Doktor Michel Ponsich, archeolog, który kierował wykopaliskami w Kouass, zgodził się z doktor Will co do miejsca ich produkcji i datował amfory na II wiek p.n.e.4.

Robert Marx, amerykański archeolog specjalizujący się w podwodnych poszukiwaniach, zbadał obszar w pobliżu Rio de Janeiro, z którego pochodziły amfory, i w mulistym dnie zatoki natknął się na jakąś drewnianą budowlę. Za pomocą sonaru Marx odkrył, że znajdowały się tam właściwie dwa wraki statków, jeden z XVI wieku, drugi przypuszczalnie znacznie starszy, zawierający amfory.

Zanim Marxowi udało się zanurkować na tym obszarze, pojawiły się trudności. Władzom brazylijskim nie przypadła do gustu informacja o rzymskim wraku u ich wybrzeży, zaś Hiszpania i Portugalia wciąż prowadzą spór na temat tego, kto pierwszy odkrył Brazylię. Marxa oskarżono nawet o to, że jest włoskim szpiegiem, wysłanym, by działać na rzecz Rzymu! Pod presją, władze brazylijskie nie udzieliły Marxowi pozwolenia na nurkowanie, zaś później uparcie odmawiały mu wjazdu do Brazylii.

Marx podejrzewał, że statek mógł zboczyć z kursu podczas sztormu. Rzymskie wraki znajdowano w rejonie Azorów. Wiele współczesnych statków pokonuje Atlantyk zaledwie w kilka dni. Tylko w ostatnim stuleciu nastąpiło ponad 600 wymuszonych przepraw przez Atlantyk, kiedy to statki i tratwy były znoszone przez sztormy do wybrzeży Ameryk. Osobiście nie wierzę jednak w to, by Rzymianie trafili tu przypadkowo, by poopalać się na plaży Copacabana nieopodal Rio de Janeiro. Jest bardziej prawdopodobne, że świadomie żeglowali do Nowego Świata!

W Ameryce Łacińskiej odnaleziono mnóstwo innych rzymskich przedmiotów. W 1961 roku doktor Garcia Payon z uniwersytetu Jalapy odkrył pokaźny zbiór rzymskiej biżuterii w grobach w rejonie Mexico City. Często natrafiano na takie rzymskie przedmioty jak fibula (spinka używana do spinania rzymskiej togi) i monety. Na plaży w Wenezueli wykopano ceramiczny dzban zawierający kilkaset rzymskich monet, na których widniały daty z okresu od panowania Oktawiana Augusta po 350 rok n.e. Ten skarb znajduje się obecnie w Smithsonian Institution. Tamtejsi eksperci ustalili, że monety nie pochodzą z zagubionej kolekcji należącej do jakiegoś starożytnego numizmatyka, lecz przypuszczalnie miały być wypłatą dla rzymskich żeglarzy ukrytą w piasku lub wyrzuconą na brzeg z wraku4.

Rzymianie nie słynęli tak bardzo z wypraw po świecie jak inna wielka starożytna potęga: ich śmiertelni rywale Kartagińczycy. W I wieku p.n.e. grecki geograf Strabo napisał: "Wielce osławione są podróże Fenicjan (znanych również jako Kartagińczycy, od nazw ich dwóch największych kolonii, Fenicji i Kartaginy), którzy wkrótce po wojnie trojańskiej (około 1200 roku p.n.e.) badali rejony pomiędzy słupami Herkulesa, zakładając miasta tam oraz na wybrzeżu Libii (czyli wybrzeżu afrykańskim). Pewnego razu, gdy badali tereny wzdłuż wybrzeży Libii, silne wiatry zapędziły ich daleko na wody oceanu. Miotani po morzu przez wiele dni, zostali wreszcie wyrzuceni na brzeg wielkiej wyspy, znajdującej się daleko na zachód od Libii"4.

Atlantyk

Okrężne szlaki nawigacyjne wykorzystujące wiatry i prądy morskie

W 1872 roku w pobliżu Paraiby w Brazylii odkryto kamień z fenicką inskrypcją. Przez całe stulecie podejrzewano, że było to oszustwo, do chwili gdy w 1968 roku doktor Cyrus Gordon, szef wydziału badań śródziemnomorskich University of Brandeis, oznajmił, że inskrypcja jest oryginalna. Na kopii inskrypcji z Paraiby można odczytać, że fenicki statek opływał Afrykę, gdy niespodziewanie został porwany przez wiatr i wyrzucony u wybrzeży Brazylii5, 6. W gruncie rzeczy, odkrywca Brazylii, Portugalczyk Pedro Alvares Cabral, próbował w 1500 roku opłynąć Afrykę, kiedy burza zepchnęła go z kursu i wylądował w Brazylii. Uważa się, że nadał Brazylii nazwę od legendarnej irlandzkiej wyspy Hy-Brazil.

Zdaniem doktor Elizabeth Will w 1972 roku natrafiono u wybrzeży Hondurasu na kartagiński wrak zawierający ładunek amfor4. Niektórzy naukowcy twierdzą, że Indianie Toltekowie to w rzeczywistości Kartagińczycy, którzy pokonani przez Rzymian w wojnach punickich opuścili rejon Morza Śródziemnego i wyruszyli do Afryki Zachodniej. Stamtąd migrowali na Półwysep Jukatan w Meksyku, gdzie odtworzyli swoją cywilizację. Z biegiem czasu zniszczyli ich Aztekowie. W ich ręce wpadły kartagińskie sztaby złota, które później pojawiły się w Stanach Zjednoczonych jako część złotego skarbu Montezumy i "Siedmiu Złotych Miast Ciboli".

Nawet Żydzi mogli dotrzeć do Ameryki Południowej. Niektórzy umiejscawiają kopalnie króla Salomona w Nowym Meksyku lub u ujścia Amazonki. Inskrypcje w archaicznym języku hebrajskim w pobliżu Las Lunas w Nowym Meksyku przypuszczalnie opowiadają o podróży i założeniu miasta. Istnieje jednak wielki spór dotyczący właściwego znaczenia tych inskrypcji, nawet wśród tych, którzy uznają ich autentyczność. Już w 734 roku Żydzi uciekający przed prześladowaniami przepłynęli z Rzymu "Do Calalus, nieznanej krainy". Obecnie sądzi się, że ta kraina to Las Lunas7, 8.

Może nie przekona to gorliwych orędowników Dnia Kolumba, ale na tym nie koniec. Dosłownie kilka lat przed tą ucieczką Żydów siedmiu biskupów i podobno 5000 wyznawców uciekających z Moors w Hiszpanii wypłynęło z Porto Cale w Portugalii, udając się na wyspę Antillia. Zdaniem pewnych historyków wylądowali oni na zachodnim wybrzeżu Florydy i ruszyli w głąb kraju, by założyć nowe miasto Cale, które później mogło przekształcić się we współczesną Ocalę. Żydzi z Rzymu mogli dowiedzieć się o tym portugalskim exodusie i udali się do Porto Cale, licząc na otrzymanie dokładnych wskazówek do żeglugi. Gdy znaleźli się już w Ameryce, nadali nowemu krajowi nazwę Calalus, czyli jak gdyby zlatynizowaną nazwę Cale. O wyprawie Portugalczyków z pewnością słyszał Kolumb, który myślał, że na wyspie spotka ich potomków. Możliwe, że sądził, iż europejski wrak, na który natknął się podczas drugiej wyprawy, należał do tamtej ekspedycji7.

Wszystko to świadczy o tym, że przeprawa przez oceany nie jest zbyt trudna - tak samo dziś, jak i w zamierzchłych czasach. Nie tylko Portugalczycy i Krzysztof Kolumb byli w stanie przemierzyć Atlantyk w średniowieczu, mógł tego dokonać w wiekach wcześniejszych dosłownie każdy, kto dysponował odpowiednim statkiem. W muzeum Topkapi w Istambule przechowywana jest słynna mapa Piri Reisa, która stanowi dowód, że po Atlantyku żeglowano na długo przedtem, nim w średniowieczu europejscy uczeni ogłosili, że Ziemia jest płaska. Mapa Piri Reisa przedstawia całe zachodnie wybrzeże Ameryki Północnej i Południowej oraz dużą część Antarktydy w kilka lat po tym, jak Kolumb dokonał pierwszej wyprawy do Nowego Świata. Kolumb przypuszczalnie miał ze sobą jej starszy egzemplarz utworzony z różnych fragmentów dawniejszych map. Najdziwniejsze w tej mapie jest to, że dokładnie odwzorowuje szczegóły linii brzegowej Antarktydy, które obecnie pokrywa gruba warstwa lodu, a które poznaliśmy zaledwie kilka lat temu!

W sierpniu 1498 roku Kolumb wylądował po raz pierwszy na kontynencie południowoamerykańskim w zatoce Paria naprzeciwko Trynidadu. Rozmiary rzeki Orinoko przekonały go, że odkrył "rozległy kontynent".

Temat starożytnych podróży do obu Ameryk z łatwością wypełniłby całą książkę - i takich książek wiele już powstało. Wydaje się, że istnieje silny związek pomiędzy starożytnymi podróżnikami i zaginionymi południowoamerykańskimi miastami. Te podstawowe informacje odnośnie możliwych podróży do Nowego Świata są konieczne, by rzetelnie omówić temat prekolumbijskiej cywilizacji, zaginionych miast i pradawnych tajemnic Ameryki Południowej.

- Wyczyścić buty, se?or? - zapytał skwapliwie chłopiec. Spojrzałem w dół spod pomnika Pizarra w wyczekujące brązowe oczy dziesięcioletniego ulicznego łobuziaka w łachmanach, spracowanego dzieciaka, który powinien być teraz w szkole.

Zerknąwszy na moje białe, płócienne tenisówki, uznałem, że w żaden sposób nie udałoby się ich wypolerować.

- Nie, dziękuję - przeprosiłem, ale łypnąłem na buty pozostałych.

Okazało się, że wszyscy mieliśmy tenisówki, ale nie zniechęciło to przedsiębiorczego młodego człowieka. On chciał pucować buty i nie przyjmował do wiadomości odmowy. Tymczasem Mark poznał młodą peruwiańską pielęgniarkę, która cieszyła się, iż będzie mogła poćwiczyć z nami angielski. Gdy kelner nadszedł, by przepędzić pucybuta, pielęgniarka Esther zaproponowała, że pokaże nam drogę do Plaza de San Martin. Atrakcyjna i żywiołowa, wyglądała, jakby miała za sobą niełatwe życie. Ciemne włosy układały jej się miękko wokół twarzy, ciemne oczy spoglądały na nas z nadzieją; przypuszczalnie wyobrażała sobie, że jeden z nas zabierze ją ze sobą do Ameryki.

Mark to wysoki, energiczny mężczyzna, o włosach równie ciemnych, jak włosy Esther. Niekiedy gwałtowny, z pewnością nie był teraz sobą, gdyż szczodrze zapłacił rachunek za nas wszystkich, próbując chyba zaimponować Esther. Steve, spokojniejszy i starszy od Marka, był średniej budowy ciała i miał gęsty, rudy wąs, którym nieco nadrabiał lekką łysinę. Pomógł Esther wstać, podczas gdy Bob i ja odciągaliśmy uwagę młodego pucybuta, żeby nasza grupa spokojnie mogła go minąć. Pięćdziesięcioletni Bob był najstarszy i najbardziej światowy z nas wszystkich, a spod słomianego kapelusza wystawała mu wciąż gęsta jasna czupryna. Jako wyjątkowy erudyta, stał się naszym nieoficjalnym przewodnikiem, niejednokrotnie racząc nas mającymi niewiele wspólnego z rzeczywistością opowieściami o "prawdziwej" historii miejsc, które odwiedzaliśmy.

Wkrótce wszyscy, czterej gringo i Esther, znaleźliśmy się na ulicy i prowadzeni przez kobietę szybko oddalaliśmy się od czyszczącego buty chłopaka i pomnika Pizarra. Natychmiast pochłonął nas wielki tłum, który zdawał się płynąć bez końca pomiędzy Plaza de Armas i Plaza San Martin ulicą Jiron de la Union. Jiron de la Union to Broadway Limy - główna ulica, na której robi się zakupy. Została przekształcona w pasaż handlowy i ma swój charakterystyczny koloryt. Tłoczą się tu setki, a nawet tysiące ludzi spacerujących po obu stronach ulicy, oglądających wystawy lub tylko obserwujących, jak inni kupują. Można tu spotkać kuglarza, magika, grupę muzyków grających staroinkaskie pieśni i zapewne także kieszonkowców.

Esther prowadziła nas przez tłum, gdy nagle Mark i ja zostaliśmy ściśnięci w tłumie przechodniów. Gdy udało nam się przedrzeć na drugą stronę ulicy, Mark spostrzegł, że zewnętrzna kieszeń jego spodni została przecięta!

- Do licha! - zawołał. - Dobrze, że nic w niej nie miałem.

Esther wyglądała na zmartwioną.

- Bądźcie ostrożni! Tu kręci się mnóstwo złodziei! - przestrzegła nas, zerkając na tłum. Przyswoiliśmy sobie tę lekcję.

Kilka kolejnych dni spędziliśmy, włócząc się po Limie, a było tutaj co robić. Jednym z muzeów godnych zwiedzenia jest muzeum złota stanowiące część muzeum Miguela Mujica Gallo na przedmieściach Monterrico. Przechowuje się tam oszałamiającą kolekcję prekolumbijskiego złota, a w kolekcji broni, piętro wyżej, miecz Pizarra. Warte uwagi są także muzeum antropologii i archeologii przy Avenida Sucre w dzielnicy Pueblo Libre zawierające wiele prehiszpańskich zbiorów oraz muzeum historii naturalnej przy Avenida Arenales. Ponadto można obejrzeć zbiory muzeum sztuki, katedrę przy Plaza de Armas i pobliski targ.

Najlepszym miejscem do nocnych zabaw lub na kolację w restauracji jest rejon Miraflores, gdzie spędziliśmy większość wieczorów, jedząc w jakiejś ulicznej kawiarni i sącząc miejscowe piwo cerveza cristal. Pewnego wieczoru, spędziwszy jakiś czas na mieście, Steve, Mark i ja wróciliśmy do hotelu, podczas gdy Bob został, by się jeszcze zabawić.

Mapa z około 1551 roku, ukazująca zniekształcony w ciekawy sposób obraz Nowego Świata.

Mapa pierwszych zdobywców Ameryki Południowej. Uwagę zwraca brak szczegółów w głębi lądu; zadziwiające, że sytuacja nie zmieniła się tak bardzo, jak można by się spodziewać.

Mapa Piri Reisa z 1513 roku.Na całym świecie nie ma mapy podobnej do tej.

Około 3.00 nad ranem Bob zjawił się w hotelu.

- Wiecie, co mnie spotkało?! - ryknął, zrywając wszystkich ze snu.

Usiedliśmy na łóżkach w naszym czteroosobowym pokoju schroniska San Sebastian, zastanawiając się, czy przypadkiem wojsko nie depcze Bobowi po piętach.

- Co się stało? - zapytał ktoś w końcu, zapalając nagą żarówkę pośrodku pokoju.

- Poszedłem na dyskotekę - oznajmił Bob cichym, ale zdradzającym napięcie głosem - i poznałem pewnego Peruwiańczyka i kilka dziewczyn. Zaprosili mnie, bym przysiadł się do nich, i stanęło na tym, że postawiłem im kilka drinków, bo zabrakło im pieniędzy. Po kilku godzinach Peruwiańczyk zaprosił mnie do siebie, żeby zwrócić mi pieniądze. To było jakieś półtorej godziny temu. Czekałem na zewnątrz, gdy on wszedł do mieszkania, a kiedy pojawił się znowu, powiedział, że ma dla mnie prezent, i pokazał mały kawałek papieru. To była chyba kokaina! Powiedziałem mu, że dziękuję, ale nie chcę, i w tej samej chwili z cienia wyszli dwaj faceci w czarnych mundurach i z karabinami maszynowymi i aresztowali nas obu!

- Żartujesz - zawołał Steve. - I co potem?

- Zabrali mnie do komisariatu policji za rogiem, zrobili rewizję osobistą, znaleźli mój pas z pieniędzmi i czeki podróżne oraz gotówkę, którą miałem przy sobie. Wrzucili mnie do celi, a policjanci powtarzali wciąż, że resztę życia spędzę w więzieniu, chyba że zgodzę się na inne rozwiązanie!

- Chyba wiem, o co im chodziło - rzekłem, podnosząc się, żeby przynieść sobie wody z łazienki w korytarzu.

- Masz rację! Chcieli łapówkę, czyli wszystkie pieniądze, jakie miałem przy sobie, 300 dolarów! Dranie! Nie wiedziałem, co robić, nie pozwolili mi, bym zadzwonił, a chciałem powiadomić ambasadę amerykańską. Zapłaciłem im więc i wtedy mnie wypuścili. Co miałem robić?

Przykra historia, ale słyszałem o tym już wcześniej. Zastanawialiśmy się, czy od samego początku wszystko było umówione. Trzysta dolarów to w Peru bardzo duża kwota. Co ciekawe, podobna przygoda przytrafiła się następnego wieczoru Markowi. Poszedł sam do Miraflores, spotkał kilka osób w kawiarni i wszyscy razem udali się w stronę plaży. Nagle na ich drodze pojawiło się dwóch policjantów, którzy aresztowali ich pod zarzutem posiadania narkotyków. Zmusili Marka, by zrealizował czek podróżny na 50 dolarów. Zapłacił im w sumie 130 dolarów, żeby wydostać się z aresztu.

- Co można zrobić, gdy ktoś celuje ci w głowę z karabinu maszynowego? - zdenerwował się. Naprawdę! Najwyraźniej tę zabawę prowadzi peruwiańska tajna policja (PIP), która rutynowo aresztuje turystów w rejonie Miraflores, fałszywie zarzucając im posiadanie narkotyków (choć niekiedy zarzuty wcale nie są fałszywe), po czym wyciąga od nich pieniądze. Zadzwoniliśmy do ambasady amerykańskiej po tym, gdy przytrafiło się to nam powtórnie, żeby dowiedzieć się, co się dzieje i czy jest jakiś sposób na odzyskanie pieniędzy. Przyjacielsko nastawiony asystent konsula amerykańskiego stwierdził, że to powszechne zjawisko i niestety nic się z tym nie da zrobić.

W tym momencie gotowi byliśmy opuścić Limę. Mieliśmy dosyć wielkiego miasta, nadszedł czas, by zobaczyć resztę kraju. Marzyłem, by poznać jakieś zaginione miasta i badać niezliczone tajemnice Ameryki Południowej. To byłoby przekleństwo, gdyby tajna policja znów nas dopadła!

Francisco Pizarro i faksymilia jego dwóch podpisów

Niektóre z gigantycznych figur wyciętych na płaskowyżu Nazca