Tajemnice starego pałacu. Milioner z Gdańska - Katarzyna Majgier


Reflow text when sidebars are open.
Strażniczka tajemnicy
Słońce było już wysoko, gdy Magda obudziła się w swojej pałacowej komnacie. Pomyślała, że wolałaby obudzić się w starym mieszkaniu, w niewielkim pokoiku, który dzieliła z denerwującym bratem. I żeby wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich miesięcy, okazało się snem. Tymczasem uważnie przyglądała się swojemu obecnemu pokojowi: sztukaterie na suficie, zasłony, komputer, ubrania pozostawione na krześle... Wyglądało na to, że wszystko jest na swoim miejscu. Mimo to nie czuła się przekonana. Wstała i zaczęła wszystko dokładnie oglądać i sprawdzać. Od dwóch dni głównie tym się zajmowała. Nieustannie upewniała się, że nic się nie zmieniło.
Jej dziwne zachowanie zaczynało zwracać uwagę innych osób.
- Co tak patrzysz? - spytała poprzedniego wieczora mama, kiedy Magda przyglądała się, czy na pewno nic nie zmieniło się w jej wyglądzie.
- Tak... patrzę na te kolczyki... - Tylko to przyszło jej do głowy, choć miała wrażenie, że podobnie odpowiedziała kilka godzin wcześniej.
- Aż tak ci się podobają? - Mama się uśmiechnęła. - Myślę, że dla ciebie są zbyt dorosłe, ale jutro pojedziemy do miasta i złożymy wizytę w salonie kosmetycznym i u jubilera. Kupimy ci piękne, dziewczęce kolczyki.
- Nie, nie! - gwałtownie zaprotestowała Magda.
Wolała nie opuszczać pałacu.
Bała się, że ktoś może odkryć jego tajemnicę.
- Nie bój się, przekłuwanie uszu nie boli! - pocieszyła ją mama. - Teraz mają świetny sprzęt. Będziesz miała kolczyki, o jakich inne dziewczynki mogą tylko pomarzyć!
- Ale ja nie chcę kolczyków! Chodziło mi o to, że... te mają ładny kolor... ale... podobają mi się na tobie - plątała się Magda.
Dwa dni temu wróciła z podróży w czasie, która pozwoliła jej zrozumieć, jak łatwo przenosząc się w przeszłość, można zmienić teraźniejszość. Ciągle obawiała się, że to, co zrobiła przed drugą wojną światową, wpłynęło na czasy, w których żyje na co dzień. Kiedy o tym myślała, świadomość, jak dużo mogła zmienić, choćby całkiem przypadkowym, drobnym działaniem, zapierała jej dech. Czuła, że musi pilnować wehikułu czasu ukrytego w piwnicy, i od powrotu z przeszłości nie wychodziła na zewnątrz.
Dlatego nieustannie wszystko sprawdzała i oglądała. Na wszelki wypadek wolała też mieć oko na drzwi piwnicy, a przynajmniej co jakiś czas upewniać się, czy na pewno nikt tam nie wszedł. Przez te dwa dni rodzice na szczęście nie wspominali o piwnicy. Wyglądało na to, że pochłonięci nowym życiem zapomnieli o swoich planach wobec tego pomieszczenia. Pracująca dla nich obsługa pałacu - kamerdyner, pokojówki, kucharki i ochrona - również nie interesowała się piwnicą. Jednak w każdej chwili ktoś mógł tam zajrzeć. Owszem, wehikuł był świetnie schowany w dodatkowym lochu pod podłogą, o którego istnieniu nikt nie wiedział, ale ona i Wiktor z sąsiedztwa jednak się dowiedzieli.
Jeśli dwojgu nastolatków udało się dotrzeć do wehikułu, każdy mógł to zrobić. Wystarczy, że go to zainteresuje.
Myślała o tym, myjąc się w swojej własnej eleganckiej łazience i wkładając "niedzisiejszą" sukienkę, którą sprawiła jej mama. Do niedawna zastanawiała się, skąd weźmie normalne ubrania, kiedy wakacje się skończą i trzeba będzie pójść do szkoły. I jak przekonać rodziców, żeby wysłali ją do zwyczajnej szkoły w okolicy, gdzie będzie prowadzić zwyczajne życie zwyczajnej dwunastolatki. Teraz jednak szkoła, ubrania i życie codzienne zeszły na tak daleki plan, że w ogóle o nich nie myślała. Przytłaczała ją odpowiedzialność za teraźniejszość, przyszłość i wehikuł.
Poprzedniej nocy prawie w ogóle nie spała i aż cztery razy wykradała się z pokoju, aby pójść do hallu i sprawdzić, w którą stronę patrzy marmurowy bazyliszek na kominku. Jego jedyne oko stanowiło tajny klucz do lochu, a raczej klucz do zamka strzegącego lochu. Magda dobrze wiedziała, że jeśli ktoś to odkryje, będzie wiedział, że coś jest schowane w pałacu i będzie tego szukał. I w końcu znajdzie. Nie chciała do tego dopuścić, ale nie miała pojęcia jak. W końcu była jeszcze dzieckiem, z którym nikt się nie liczył.
Tej nocy zmógł ją sen i od wczorajszego wieczora nie sprawdziła kominka i drzwi piwnicy. Dlatego teraz pospiesznie się ubrała i pobiegła do hallu.
Jednooki bazyliszek patrzył na przeciwległą ścianę, a stylizowane liście poniżej wyglądały jak zwykła ozdoba kominka. "Na pewno nikomu nie przyszłoby do głowy, że skrywają jakąś tajemnicę" - przekonywała się Magda.
- Co tak stoisz? - spytał tato. - Chodź na śniadanie!
Sam dopiero szedł do jadalni, gdzie siedziała już mama z ilustrowanym magazynem w ręku.
- Popatrz, dziecko! - podsunęła Magdzie okładkę, z której uśmiechała się kobieta z nastoletnią córką. Obie miały na sobie wieczorowe suknie i wyglądały w nich, jakby wybierały się na bal przebierańców.
- Musimy sprawić sobie takie sukienki! I takie zdjęcie na okładce! - rozmarzyła się mama z uśmiechem, który jednak zaraz znikł z jej twarzy. - Nie wiem, po prostu nie wiem, dlaczego nikt jeszcze o nas nie napisał! - jęknęła. To był ostatnio jej największy problem. - Takie pieniądze! Takie życie! - wzdychała, wpatrując się z nieukrywaną dumą w chrupiące pieczywo na srebrnych paterach. - I co? I nic! Żadnych mediów! Żadnych zdjęć, okładek, wywiadów...
- Wszystko przyjdzie z czasem - uspokajał ją mąż. - Teraz są wakacje. Sezon ogórkowy. Wszyscy na urlopach i nic się nie dzieje, więc gazety piszą o bzdurach! Trzeba poczekać, aż dziennikarze wrócą do pracy. Wtedy zaczną pisać o nas. Zwłaszcza kiedy dowiedzą się, że bywa u nas minister i inne ważne osoby.
- Minister, osoby... - mruknęła jego żona. - Nawet jeśli rzeczywiście zaczną u nas bywać, to co z tego, jeśli świat nie będzie o tym wiedział?
Lubiła wyobrażać sobie koleżanki z dawnej pracy, czytające w kolorowych magazynach o jej bajkowym nowym życiu. Chciała, żeby zobaczyły, jak daleko zaszła w życiu - bo tak traktowała swoją wygraną w grze losowej. Zależało jej, żeby zobaczyły, że mieszka teraz w pałacu, w którym ma piękne, drogie meble, srebra, porcelanę i marmury.
Jednak nie zaprosiłaby ich w odwiedziny. Uważała, że teraz należą do różnych sfer i nie wypada jej się z nimi zadawać. Wolałaby, aby o niej czytały, oglądały ją w telewizji i pokazywały swoim bliskim, chwaląc się, że ją poznały.
Pani Czereśniak miała mocne poczucie hierarchii społecznej. Była przekonana o wyższości bogatych ludzi nad "zwykłymi", a tych "zwykłych" nad biednymi.
W "dawnym życiu", jak nazywała czasy przed wielką wygraną, gdy była urzędniczką, uzależniała swój stosunek do interesantów od tego, do jakiej grupy społecznej jej zdaniem należeli. Tych, których uważała za lepszych od siebie, obsługiwała szybko i uprzejmie, ale jeśli ktoś wydał jej się od niej gorszy - nie mógł liczyć na takie traktowanie.
Tymczasem jej mąż spojrzał na monumentalny zegar.
- Już prawie jedenasta - zauważył zaskoczony.
Przez całe lata wstawali o szóstej. Wystarczyło kilka tygodni, by przestali opuszczać łóżko przed dziesiątą. Wylegiwali się coraz dłużej.
Panu Czereśniakowi ciągle wydawało się to pewnego rodzaju występkiem. Uważał wczesne wstawanie za przejaw siły i dyscypliny.
"Prawdziwy mężczyzna powinien wcześnie wstawać" - myślał. Wstydziłby się przyznać komuś do takiego trybu życia, jaki prowadził obecnie.
- O której musimy wyjechać? - spytała jego żona.
- Samolot przylatuje zaraz po pierwszej - przypomniał pan Czereśniak. - Wystarczy, jeśli wyjedziemy około dwunastej.
- Zadysponuj, żeby na dwunastą samochód był gotowy.
- Zadysponuj? - mruknęła Magda.
To, co wyprawiali jej rodzice, wydawało jej się żenujące. Udawali milionerów z brazylijskiego serialu. Owszem, byli teraz milionerami, ale nie z takiego serialu!
Miała poczucie, że pokojówki, szofer, kamerdyner i kucharka śmieją się za ich plecami z ich tonu i sposobu "zarządzania służbą".
Niemal mechanicznie zjadła dwa drożdżowe rogaliki i napiła się mleka, po czym wstała od stołu, żeby sprawdzić, czy na pewno nikt nie wszedł do piwnicy i nie odkrył tajemnicy bazyliszka.
- Magda! - zawołała ją mama. - Czy ty się dziś czesałaś?
- Tak - bąknęła, choć nie była tego pewna.
- Uczesz się jeszcze raz! - nakazała mama.
Zanim Magda dotarła do pokoju, zapomniała o tym poleceniu.
Najważniejsze, że drzwi do piwnicy były zamknięte, a zamki ukryte w kominku - nieruszone.
Gdzie jest Ewa?
Róża Niewiadomska siedziała przy stole w swoim laboratorium w pałacowej piwnicy. Usiadła na samym jego skraju, patrząc, jak środkowa część blatu przechyla się w jej stronę. Pod spodem otwierał się tajny loch, gdzie trzymała wehikuł czasu. Pisała list do Ewy - jedynej poza nią osoby, która wiedziała o tym wynalazku i potrafiła z niego korzystać. No, przynajmniej obecnie... Musiała zostawić jej nowy kod otwierający loch, żeby w razie potrzeby Ewa też mogła uciec.
Oficjalnie Ewa była pomocą domową. Używała zmienionego nazwiska, od kiedy kilka lat temu musiała opuścić Niemcy.
Róża rozumiała, że nie może wpaść w ręce okupantów. Wraz z nią dostaliby wiedzę, której nie zamierzała im przekazać.
Od kilku lat z przerażeniem i niedowierzaniem obserwowała politykę Hitlera. Teraz, w ciągu kilku tygodni, Niemcy opanowali Polskę. W dużej mierze przyczyniły się do tego rozwój przemysłu i technologii - z tego Róża też doskonale zdawała sobie sprawę.
Od lat odmawiała współpracy z niemieckimi zakładami zbrojeniowymi, zainteresowanymi wynalazkami jej ojca. Słyszała też o niedawnym aresztowaniu naukowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ciągle była poruszona tym wydarzeniem.
Musiała uciekać, ale przerażała ją myśl o Ewie, która przecież też dużo wiedziała, a przy tym była jeszcze taka młoda i pełna pasji. Róża była przekonana, że uciekną razem, ale tego ranka nie mogła znaleźć swojej pomocnicy. Nie widziała jej też poprzedniego wieczora. Dziewczyna pojechała do kogoś w odwiedziny i musiała wrócić bardzo późno. Na szczęście pani Genowefa, ich kucharka i gospodyni domowa, miała wychodne i przynajmniej o nią Róża nie musiała się martwić.
Wiedziała, że pewnego dnia po nią przyjdą, ale nie spodziewała się, że stanie się to tak szybko. Widok terenowego samochodu wojskowego wjeżdżającego na wzgórze kompletnie ją zaskoczył.
Nie była na to przygotowana. Nie zadbała, by na pewno udało im się uciec razem z Ewą. Co więcej - dopiero co zmieniła szyfr do zamka otwierającego loch.
Teraz musiała jakoś przekazać go swojej pomocnicy i zastanawiała się, co powinna napisać, aby ewentualni intruzi, którzy znajdą list, nie zrozumieli, o co chodzi.
Doskonale pamiętała, że gdy wiele lat później list znajdzie dwójka nastolatków, wszystko rozszyfrują. Choć od wizyty młodych podróżników w czasie minęły niemal cztery miesiące, ciągle nie mogła uwierzyć, że to zdarzyło się naprawdę.
Zza drzwi doszły ją obce głosy i zrozumiała, że Niemcy weszli do pałacu. Powinna była założyć lepszy zamek. A najlepiej kilka. Wszystko zaniedbała. Na nic nie była przygotowana! Uświadamiała to sobie z rosnącym przerażeniem. Pośród męskich głosów usłyszała kobiecy.
"Ewa!" - pomyślała i na chwilę poderwała się z krzesła.
Szybko jednak usiadła z powrotem. Przede wszystkim należało ratować wehikuł czasu.
"Ewa na pewno coś wymyśli - próbowała się uspokoić. - Oficjalnie jest pomocą domową, nikt nie ma pojęcia, jak bardzo jest inteligentna, więc nic jej nie grozi". Drżącą ręką odkręciła wieczne pióro i zaczęła pisać:
Droga Ewo!
Wyruszam tam, gdzie mnie nie znajdą.
Głosy dochodzące zza drzwi były coraz głośniejsze i brzmiały coraz groźniej. Wśród podniesionych męskich nawoływań usłyszała cichszy i spokojniejszy głos Ewy. A może tylko tak jej się wydawało? "Jest bezpieczna. Jest bezpieczna - powtarzała sobie. - Muszę ochronić laboratorium. Nie mogą dostać naszych wynalazków, zwłaszcza maszyny...". Z góry dobiegały coraz głośniejsze hałasy. "Ewa też musi uciekać" - pomyślała.
Gdybyś i Ty musiała wyjechać, klucze są tam, gdzie zwykle - napisała.
"Klucze! - powtórzyła w myślach. - Będą szukać prawdziwych kluczy. Tylko jak napisać o oku?". Zapisała pierwszy pomysł, jaki przyszedł jej do głowy:
...i zadbaj, żeby moje ptaszysko nie wpatrywało się w słońce.
- Ewa na pewno się domyśli - szepnęła do siebie, jakby chciała upewnić się, że tak właśnie się stanie.
Ktoś załomotał w drzwi prowadzące do piwnicy.
Róża zerwała się na równe nogi.
Kartka, na której pisała, spadła pod stół.
Róża podbiegła do ściany. Jedną z cegieł można było wysunąć. Kiedy to zrobiła, loch powoli zaczął się zamykać. Zapaliła słabe światło nad schodami i zgasiła lampy w laboratorium, które skryło się w ciemności. Lepiej, żeby go nie zauważyli. Postanowiła udać, że to zwyczajna piwnica, gdzie przechowuje się zapasy żywności i stare graty, jak wszędzie. Przez chwilę się wahała. "Powinnam chronić laboratorium" - podpowiadał jej zdrowy rozsądek. Ale Róża miała także uczucia, a one nakazywały chronić Ewę.
Arnold wraca
W ciągu tych dwóch dni wszystko wokół niej było dokładnie takie, jak przed podróżą w czasie. Powinno ją to uspokoić, ale wydawało jej się podejrzane. Obawiała się, że jeszcze nie odkryła tego, co uległo zmianie. Pamiętała, co zastali z Wiktorem po pierwszej podróży w czasie - zupełnie inny świat.
Sądziła, że teraz też coś musiało się zmienić, ale jak dotąd nie znalazła niczego takiego. Wszystko było zdumiewająco niezmienione. Chwilami zaczynała więc wątpić w całą tę przygodę.
"Może tylko mi się to śniło? - zastanawiała się. - W książkach często tak się dzieje".
W końcu postanowiła się upewnić - pytając Wiktora. Podróżował w czasie razem z nią i jeśli to wszystko rzeczywiście się wydarzyło, on też musi to pamiętać. Włączyła komputer, żeby napisać do niego e-mail, ale przyszło jej do głowy, że jeśli ktoś z jakiegoś powodu przeczyta ich korespondencję, pozna tajemnicę wehikułu. Napisała więc tylko: "Masz czas? Spotkałabym się!". Wysłała wiadomość i od razu tego pożałowała.
Nie chciała wychodzić z pałacu. Bała się na dłuższy czas stracić z oczu kominek i drzwi piwnicy.
Tymczasem jej rodzicom niezbyt się podobało, kiedy Wiktor do nich przychodził. Odkąd wiedzieli, że jest synem lekarki, tolerowali go, ale woleliby, żeby Magda przyjaźniła się z "takimi jak ona" - jak to określiła pani Czereśniak, co Magda skwitowała pytaniem:
- Takimi, którzy też wygrali dużo pieniędzy w grze losowej?
Jej mamie się to nie spodobało.
Wyszła na balkon i przyjrzała się rosnącym tam kwiatom oraz widokowi na wzgórze. Żałowała, że nie zapamiętała tego wszystkiego dokładniej przed podróżą w czasie. Teraz miałaby pewność, czy na pewno nic się nie zmieniło. Po raz kolejny obeszła pokój, dokładnie go oglądając, po czym popędziła do holu sprawdzić, czy nadal wszystko jest w porządku.
- Dziecko drogie, mówiłam ci, żebyś się uczesała! - zawołała na jej widok mama.
- Zaraz to zrobię! - obiecała Magda.
- Powinnam cię zabrać do fryzjera.
Pani Czereśniak westchnęła. Przyjrzała się Magdzie i zastanowiła się, czemu jej córka tak bardzo się od niej różni. Ona od najmłodszych lat była elegantką. Magda w ogóle nie interesowała się modą i nawet teraz, gdy matka zaopatrzyła ją w eleganckie pastelowe sukienki, nosiła je bez wdzięku i bez przekonania.
- Pójdziemy do fryzjera - zdecydowała. - Zrobi coś z tymi twoimi włosami, a potem pójdziemy przekłuć ci uszy i...
- Nie, nie, nie! - zaprotestowała Magda. - Naprawdę nie chcę mieć kolczyków, a włosy... Włosy zapuszczam! - zawołała nerwowo. - Już idę się uczesać!
- Pospiesz się, bo za chwilę jedziemy.
Magda uświadomiła sobie, że nie wie, o czym mówi jej mama.
- Dokąd jedziecie?
Pani Czereśniak przewróciła oczami.
- Ty też jedziesz! - uświadomiła córce. - Wszyscy jedziemy po twojego brata. Dziś wraca z obozu, zapomniałaś? Co się z tobą dzieje, dziecko?
Trudno odpowiedzieć na takie pytanie. Magda była tak pochłonięta niedawną przygodą, że powrót Arnolda uszedł jej uwagi.
- Ja... - zaczęła, zerkając w stronę wejścia do piwnicy, a następnie na kominek. - Ja... zostanę w domu.
- Dlaczego?
- Bo... znowu boli mnie gardło - skłamała Magda.
- Znowu? - Mama przyłożyła jej rękę do czoła. - Nie masz gorączki - orzekła. - Musi obejrzeć cię jakiś lekarz.
- Mama Wiktora jest lekarką - przypomniała jej córka.
- Zadysponuję, żeby Jan się tym zajął - oznajmiła pani Czereśniak, odchodząc.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Poszukiwana
Odczekała, aż loch się zamknie i zniknie pod złożonym blatem stołu i ruszyła z kluczami po schodkach, do wyjścia z piwnicy. Drżącymi rękami zaczęła otwierać trzy zamki. Te, które strzegły drzwi do piwnicy, były naprawdę solidne. "Takie właśnie powinny być w drzwiach wejściowych!" - wyrzucała sobie.
Najpierw zobaczyła słusznej postury żołnierza w watowanej kurtce. Nie sposób było go nie dostrzec. Niemal wypełniał sobą drzwi. Wydawał się zaskoczony jej widokiem. Później zauważyła stojącego nieopodal wejścia do piwnicy oficera w długim płaszczu. Dopiero potem jej wzrok padł na kobietę w futrze, która odezwała się jako pierwsza.
- Czy pani jest w domu? - spytała po niemiecku.
Potężny Niemiec był może nieco zaskoczony, ale na pewno nie tak jak Róża. Rozglądała się wokół z niedowierzaniem. Opuściła piwnicę, by ratować Ewę, tymczasem Ewy w ogóle tu nie było! Głos, który jej przypisała, należał do blondynki w futrze. Kobieta powtórzyła:
- Czy - pani - jest - w domu?
Najwyraźniej podejrzewała, że Róża jej nie rozumie. Co więcej: pytała ją o "panią", więc najprawdopodobniej jej nie rozpoznała. Podobnie jak towarzyszący jej żołnierze. Nie wiedzieli, kim jest!
Prawdopodobnie nie mieli pojęcia, jak wygląda. I, zdaje się, wzięli ją za służącą.
No cóż... najwyraźniej nie wyglądała na panią z pałacu.
Nie pierwszy raz jej się to zdarzyło. Wcześniej uważała takie nieporozumienia za bardzo zabawne. Teraz okazało się, że mogą być pożyteczne. Wręcz zbawienne!
- Pani - powtórzyła, udając, że jest bardzo dumna, że przyswoiła niemieckie słowo. - Pani... - pokazała w kierunku wyjścia. - Miasto! - powiedziała, jakby z trudem przypominając sobie, że zna jeszcze takie słowo w tym obcym języku.
- Pani jest w mieście? - upewniła się blondynka w futrze.
- Pani, miasto - powtórzyła Róża, przybierając niezbyt inteligentny wyraz twarzy.
- Pojechałaby do miasta tak wcześnie? - nie dowierzał oficer w długim płaszczu.
Róża popatrzyła na niego tępym wzrokiem. Nie mogli się domyślić, że ich rozumie.
- To całkiem podobne do niej - odezwała się kobieta w futrze. - Jak coś ją zajmie, potrafi siedzieć przez całą noc albo wstać przed świtem.
Róża zastanowiła się, skąd ta obca kobieta tyle o niej wie? Czyżby się znały? Całkiem możliwe. Ta kobieta kogoś jej przypominała. Sądziłaby, że spotkały się przed laty, ale tamta wydawała się zbyt młoda.
- Ewa zawsze taka była - dorzuciła tymczasem blondynka.
Teraz Róża nie musiała już udawać, że nic nie rozumie.
Choć biegle znała niemiecki, nie miała pojęcia, o czym mówią intruzi i co się dzieje.
- Możliwe, że jest w mieście - zgodził się oficer. - Ale możliwe też, że ukrywa się gdzieś tutaj... - urwał, zanosząc się kaszlem, i sięgnął po chusteczkę. - Przydałby się tłumacz.
Jego towarzyszka westchnęła. Kiedy odwróciła się bokiem, jej twarz znów wydała się Róży znajoma. Rosły żołnierz wyglądał, jakby się wahał, co zrobić.
Najwyraźniej czekał, aż jego dowódca przestanie kaszleć i wyda rozkazy. Róża tymczasem nabrała pewności, że to nie po nią przybyli. Nie tylko jej nie rozpoznali - w ogóle ich nie interesowała! Szukali Ewy. Tylko skąd, na litość boską, wiedzieli, gdzie jej szukać?!
"Ktoś musiał ją wydać" - pomyślała Róża i zrozumiała, że tak czy owak ona też musi uciekać. Jeśli ją zatrzymają, wkrótce dowiedzą się, kim jest. Musi wykorzystać to, że na razie nie mają pojęcia, kogo spotkali. Spojrzała na blondynkę i uśmiechnęła się przepraszająco, próbując pokazać, że coś myje, a następnie wskazała wejście do piwnicy. Chyba dostatecznie wyraźnie dała do zrozumienia, że tam sprząta? Intruzi spojrzeli na siebie. Wykorzystując chwilę ich nieuwagi, szybko otworzyła drzwi do piwnicy i zamknęła je za sobą, zanim dopadł do nich wysoki żołnierz. Zdążyła przekręcić pierwszy klucz, zanim naparł na drzwi. Słyszała, jak przeklina, gdy przekręcała kolejny klucz, po czym doszły ją słowa dowódcy:
- Nie strzelaj! Lepiej mieć ją żywą!
Słyszała, że podchodzi do drzwi. Zamknęła więc także trzeci zamek.
- Wygląda na to, że nie tak łatwo znaleźć pani przyjaciółkę, panno von Brandt - rzucił oficer. - A może ktoś ją ostrzegł?
"Von Brandt? - zastanowiła się Róża. - Kto to może być?".
Szybko otworzyła loch, korzystając z mechanizmu awaryjnego otwierania. Jedna z płytek na podłodze pozwalała otworzyć go powtórnie w ciągu pół godziny od zamknięcia.
Czekała, aż posadzka się rozsunie, usiłując sobie przypomnieć, skąd może znać blondynkę w futrze. Nic nie przychodziło jej do głowy.
Prolog
Jechali w milczeniu. Każdego pochłaniały własne myśli, choć wszyscy marzyli o tym samym. Chcieliby teraz być w domu, najchętniej jeszcze śpiąc w ciepłych łóżkach. Takie ponure, zimowe poranki najlepiej po prostu przespać. Niestety, na to mogą sobie pozwolić tylko zwierzęta i bardzo nieliczni ludzie. Żołnierze do nich nie należeli.
Samochód powoli wspinał się na wzgórze, zostawiając ślady kół w świeżym śniegu. Na szczycie dawało się już zauważyć ciemny zarys pałacu. Pośród bieli padającego śniegu i zimowego nieba wydawał się ponury i złowrogi.
Strzelista wieża zwieńczona dwiema niewielkimi wieżyczkami z okrągłymi oknami przypominała głowę jakiegoś zwierzęcia o długiej szyi, wyglądającego spomiędzy wysokich sosen i dębów niczym z gniazda. Zwierzę zdawało się wypatrywać ofiar. W miarę, jak się do niego zbliżali, to skojarzenie było coraz mocniejsze.
Wszyscy poczuli się trochę niepewnie, ale nikt nie dał tego po sobie poznać.
Im głębiej wjeżdżali pomiędzy ciemne pnie i im bliżej nich był ten dziwny budynek rodem ze starej powieści grozy, tym bardziej tęsknili za domem. Wspominali ciepło bijące z pieców kaflowych, zapach suszącej się przy nich bielizny, świeżego chleba i kawy, a nawet przypalonego mleka. Tak, teraz nawet przypalone mleko wydawało się miłym wspomnieniem. Daleko od domu, wśród gór pokrytych ciemnymi lasami i zimnym śniegiem, gdzie można było trafić na takie dziwaczne, odosobnione gmaszyska, każda myśl wypełniona była tęsknotą za tym, co znane.
Zatrzymali się przed bramą. Była niedomknięta, ale żeby samochód mógł wjechać, należało otworzyć ją na oścież. Kierowca sięgnął do klamki. Zamierzał wysiąść i otworzyć bramę, ale dowódca go powstrzymał.
- Wagner, ty otwórz! - nakazał siedzącemu z tyłu żołnierzowi.
Najwyraźniej nie chciał tracić czasu. Może ktoś zobaczył samochód? W takich sytuacjach każda minuta miała znaczenie.
Wysoki, barczysty obersoldat Wagner wysiadł i rozprostował się. Nie lubił samochodów. Nie były dostosowane do ludzi jego postury.
Otworzył bramę i poszedł dalej pieszo. Nikt nie nakłaniał go, by wsiadł.
Samochód podjechał pod frontowe wejście.
- Idziemy! - zakomenderował krótko dowódca, wysiadając. - Schmidt, ty zostajesz! - nakazał szoferowi. - Patrz, czy nie będzie próbowała uciec innym wyjściem - urwał, zanosząc się kaszlem. Zawsze tak się działo, gdy wychodził z ciepłego pomieszczenia na zewnątrz. Wyciągnął chusteczkę i zmierzając już w stronę pałacu, próbował stłumić kaszel.
Szofer wysiadł, stanął obok samochodu i się rozejrzał.
Pachniało mokrym śniegiem i dymem. Przypomniał mu się rodzinny dom w Wuppertalu. Takie zapachy unosiły się w powietrzu, gdy był dzieckiem i zimowym rankiem szedł do szkoły.
Na samo wspomnienie zatęsknił za tymi czasami, gdy jego największym zmartwieniem było nieodrobione zadanie czy zniszczone ubrania, o które mama robiła awanturę. Wiele by teraz dał, aby wrócić do dawnych czasów.
Po chwili zawstydził się tych wzruszeń i odruchowo sięgnął po papierosy, ale ich nie wyciągnął. Major Müller nie pozwalał mu palić. Od tytoniowego dymu wzmagał się jego kaszel.
Schmidtowi brakowało palenia. Papierosy go uspokajały, więc tylko czekał na okazję, gdy przełożony spuści go z oka. Teraz niecierpliwie przesuwał palcami po ukrytym w kieszeni pudełku, czekając, aż jego towarzysze znikną w pałacu.
Obersoldat Wagner nacisnął dzwonek przy drzwiach. Odczekali chwilę, ale nikt nie otwierał. Wagner zadzwonił jeszcze raz, potem ponownie.
- Uciekła? - podsunął nieśmiało.
Nie nawykł do takiego tonu. Od dziecka przerastał rówieśników i był przyzwyczajony, że nikt mu nie podskoczy. Jednak w wojsku trzeba schodzić z drogi przełożonym. Zwłaszcza takim jak major Müller.
- Ktoś musiałby ją ostrzec - uciął Müller, sugerując, że przecież nikomu z wtajemniczonych coś takiego nie przyszłoby do głowy.
Wagner zadzwonił jeszcze raz, po czym na znak dowódcy przestrzelił zamek. Ten nie okazał się szczególnie mocny, co wręcz raziło w tak monumentalnym budynku. Od razu się rozleciał. Wagner pomyślał, że być może wystarczyłoby mocniej szarpnąć drzwi, by tak się stało. Weszli do środka.
Schmidt odprowadził ich wzrokiem, a gdy drzwi się za nimi zatrzasnęły, od razu zapalił papierosa.