Tajemnice starego pałacu. Konserwator z Warszawy - Katarzyna Majgier


Reflow text when sidebars are open.
Czego szukają intruzi?
Wracając do pałacu, Magda pomyślała, że dobrze byłoby sprawdzić, czy jej sen nie okazał się proroczy. Chętnie od razu otworzyłaby loch i upewniła się, czy wehikułowi nic nie zagraża. Ale jak to zrobić, kiedy w pałacu są cała jej rodzina, Trzmiel, konserwator, ochroniarze i pozostali pracownicy?
"Może powinnam ich wszystkich gdzieś wywabić? - zastanawiała się. - Tylko dokąd i w jaki sposób?".
Tymczasem musiała trzymać ich z daleka od piwnicy.
"Może zepsuć zamek w drzwiach, tak żeby nie dało się ich otworzyć? - przemknęło jej przez myśl. Ale od razu się zmitygowała: - Nawet jeśli umiałabym to zrobić, szybko go naprawią".
Weszła kuchennymi drzwiami i przez kuchnię dotarła do holu. Tam zobaczyła, jak drzwi do piwnicy, o których przed chwilą myślała, otwierają się i staje w nich konserwator.
Poczuła, że blednie. Serce zaczęło jej walić jak młotem, ale udała, że nie patrzy w tę stronę. Biegnąc do swojego pokoju, kątem oka zauważyła Trzmiela przycupniętego na sofie w salonie.
Wparowała do środka i szybko zamknęła za sobą drzwi.
Wtedy zobaczyła coś, co sprawiło, że omal nie zemdlała.
Przy półkach z książkami kucał Cezary Drewiński i przeglądał jej bibliotekę.
Widok wbiegającej do pokoju Magdy ani trochę go nie speszył.
- Gdzie byłaś? - spytał podejrzliwie.
Magda stała jak wmurowana.
- Przed domem - wykrztusiła zbita z tropu. - Co pan robi? - spytała.
- Patrzę, co tu masz - odparł spokojnie. - Widzę, że sporo u ciebie książek. Poczytałbym coś. - Wrócił do studiowania okładek.
Magda poczuła się zagubiona. Obcy człowiek tak po prostu wszedł do jej pokoju i grzebie w jej rzeczach, i... zdaje się, że mu wolno. Przecież robi to "dla jej bezpieczeństwa".
- A jakie książki pan lubi? - odezwała się w końcu.
- Sam nie wiem.
Sięgnął na półkę z zeszytami.
- To moje! - Magda szybko podeszła, zasłaniając ją. - Moje... pamiętniki - skłamała szybko. - Nie chcę, żeby ktoś je czytał.
Popatrzył na nią z powątpiewaniem.
- Piszesz pamiętniki w takich starych zeszytach?
- Aha - bąknęła, gorączkowo zastanawiając się, co tu wymyślić, żeby pozbyć się intruza.
Przypomniało jej się, że jest zatrudniony w pałacu jako ochroniarz Trzmiela.
- Czemu nie jest pan z Trzmielem? - spytała.
Podniósł głowę zaskoczony.
- Jest bezpieczny w pokoju Arnolda.
- Nie ma go tam - powiedziała Magda z przekonaniem. - Dopiero co widziałam go na dole. Możliwe, że gdzieś wyszedł.
- Jak to: wyszedł? - Drewiński zmarszczył brwi i wstał.
Wyglądał na zdenerwowanego, ale usiłował to ukryć.
Opuścił pokój, a Magda pożałowała, że nie może zamknąć drzwi na klucz.
"Co z tego, że mam własny pokój, skoro każdy może tu włazić i myszkować?" - pomyślała zdenerwowana.
Wyciągnęła telefon i zadzwoniła do Wiktora. Wspominał, że wybiera się gdzieś na rowerze.
- Jesteś jeszcze w domu? - spytała.
- Jestem.
- Zostań tam. Zaraz przyjdę. Ważna sprawa - zakończyła szeptem.
W tym czasie Cezary Drewiński zajrzał do pokoju Arnolda, gdzie ten siedział samotnie, jadąc wirtualnym samochodem przez wirtualną dzielnicę gangsterów.
Niewiele brakowało, aby zapytał go, gdzie jest Trzmiel, ale ugryzł się w język, w porę uświadamiając sobie, że brzmiałoby to nieprofesjonalnie. Przecież to on zawsze powinien wiedzieć, gdzie jest Trzmiel.
Ale nie wiedział. Jego podopiecznego nie było także w jego pokoju ani w łazience.
Ochroniarz nie znalazł go też na schodach, w holu ani w salonie. Zawahał się przed wejściem do sali kinowej, bo wiedział, że są tam jego pracodawcy. A oni byli ostatnimi osobami, które powinny wiedzieć, że spuścił chłopca z oczu.
Kim jest Drewiński?
Kiedy Wiktor odpisał, w pałacu zaczął się już ruch. Magda zeszła na śniadanie, które zamierzała szybko skończyć i od razu udać się do leśniczówki. Nie przewidziała jednak utrudnienia.
Zanim wstała od stołu, w jadalni pojawił się Cezary Drewiński. Przyglądał się jej podejrzliwie.
- Muszę porozmawiać z państwem na temat bezpieczeństwa dzieci - zwrócił się do rodziców Magdy.
Cała rodzina spojrzała na niego z zaciekawieniem.
- Chodzi o to, że mogą zostać porwane dla okupu - sprecyzował.
- Wiemy - przyznał pan Czereśniak.
- Powinni więc państwo zadbać o ich bezpieczeństwo - przypomniał mu jego podwładny.
Szefa trochę to uraziło.
- Przecież dbam. - Wzruszył ramionami. - Mieszkają w strzeżonym budynku i są pod dobrą opieką.
- Ale samowolnie opuszczają ten budynek. - Drewiński wymownie spojrzał na Magdę.
Jej rodzice wymienili spojrzenia, ale wtedy pojawił się konserwator.
- Dzień dobry! - przywitał się. - Nie chciałbym przeszkadzać w rodzinnym śniadaniu, ale gdyby znaleźli państwo chwilę, chętnie porozmawiałbym o remoncie.
Pani Czereśniak od razu się rozpromieniła.
- Absolutnie pan nie przeszkadza! - zapewniła. - Proszę usiąść z nami.
Rozejrzała się za wolnym krzesłem, ale podczas wizyty Trzmiela wszystkie krzesła przy stole, przy którym jadano śniadania, były zajęte.
- Ja pana puszczę! - zaoferowała się szybko Magda. - Zjadłam już śniadanie, a jest taka piękna pogoda...
Drewiński odchrząknął, starając się zwrócić uwagę pracodawców, ale żadne z nich nie spojrzało na niego. Pochłonęło ich małe zamieszanie, jakie powstało przy stole.
Ochroniarz jednak nie dał za wygraną.
- Myślę, że państwa córka nie powinna sama wychodzić... - zaczął.
- Przecież nie idę daleko - rzuciła lekko Magda. - A przed domem są dwaj inni ochroniarze - przypomniała.
Pan Czereśniak się zawahał.
- Nie mogę ciągle siedzieć w domu, bo mama mówi, że jestem blada - dorzuciła Magda.
- To prawda - zgodziła się jej mama. - Wyjdź trochę na słońce.
Magda szybko ulotniła się z jadalni. Wolała nie usłyszeć ewentualnego zakazu wyjścia. Była zachwycona, że udało jej się wyrwać.
Niemal biegiem dotarła do leśniczówki.
- Niewiele brakowało, a nie mogłabym wyjść - wyrzuciła z siebie, łapiąc oddech.
- Co zrobiłaś? - Wiktorowi zakaz wyjścia kojarzył się tylko z karą za jakieś przewinienie.
- Nic! - obruszyła się. - Ten wkurzający ochroniarz Trzmiela powiedział moim rodzicom, że nie powinnam sama wychodzić, bo ktoś może mnie porwać.
- W sumie naprawdę może - zgodził się Wiktor.
Magda przewróciła oczami.
- Może też spaść na mnie satelita - mruknęła. - Ale jak nie wyjdę z domu, to może się na mnie zwalić sufit. I możliwe, że wtedy też może spaść na mnie satelita - dodała po zastanowieniu. - Chyba przebiłby się przez sufit?
- W pałacu musiałby się przebić przez kilka sufitów - zauważył Wiktor.
- A nie mógłby? Spadając z dużej wysokości... - Zmarszczyła brwi. - Ciekawe, z jaką prędkością spadają satelity.
- Dobra! - przerwał jej Wiktor. - To, że spadnie na ciebie satelita, jest znacznie mniej prawdopodobne niż to, że ktoś cię porwie dla okupu.
Pokręciła głową.
- Sama nie wiem - westchnęła. - Mam w piwnicy... sam wiesz co. - Ściszyła głos. - I licho wie co jeszcze. Może to w jakiś sposób ściąga satelity? A do porwania jakoś nikt się nie garnie. Chyba nawet wiem dlaczego.
- Dlaczego?
- Bo nikt taki nie wie, że porwanie mnie mogłoby się opłacić. - Zawahała się. - Chyba że te podejrzane typy coś kombinują... Chodźmy na spacer!
Wiktor przyzwyczaił się już, że Magda ma ostatnio obsesję na punkcie ewentualnych podsłuchów w domach i żeby porozmawiać o tajemnicy pałacowego lochu i wszystkim, co się z tym wiąże, muszą wychodzić na spacer.
- Obaj coś kombinują - opowiadała przejęta, gdy odeszli nieco od domu. - Drewiński i konserwator. - Podejrzliwie rozejrzała się po lesie. - Mam nadzieję, że żaden z nich się tu gdzieś nie czai.
- Nie czai się - zapewnił Wiktor. - Baca by go wyczuł.
Magda z wdzięcznością spojrzała na ogromnego bernardyna, który ciągle nieco ją przerażał.
Opowiedziała Wiktorowi swoją poranną przygodę. Wysłuchał jej z uwagą i przyznał, że obaj mężczyźni zachowywali się podejrzanie.
- To wyglądało tak, jakby ukrywali coś przed sobą nawzajem - podkreśliła Magda.
- Przynajmniej wiemy, że nie współpracują - orzekł Wiktor. - Chyba że tylko tak udawali przed tobą?
- Nie zauważyli mnie - przypomniała mu.
Wiktor zmarszczył brwi.
- Na pewno? Może tylko udawali, żebyś myślała, że nie współpracują? - zastanawiał się.
W podejrzliwym umyśle Magdy na chwilę pojawiły się wątpliwości.
- Może. Obaj ciągle się tak bacznie rozglądają - powiedziała. - Zdziwiłam się, że mnie nie dostrzegają, ale... Po co mieliby przede mną udawać?
Rzeczywiście wydawało się to niepotrzebne. Magda była dla nich jeszcze dzieckiem, a wiadomo, że dziećmi nikt się szczególnie nie przejmuje. Choć to one często zauważają różne rzeczy i potem o nich mówią.
- Może robili to, na wypadek gdybyś miała potem opowiadać rodzicom, że obaj z rana myszkowali w pałacu? - podsunął Wiktor.
Magda schowała twarz w dłoniach.
- Mam już tego dosyć - jęknęła. - Chyba wolałam, jak było nudno.
Wiktora tymczasem zainteresowała inna sprawa.
- Dlaczego wstałaś przed siódmą?
Jego zdaniem nikt normalny nie robił takich rzeczy w wakacje bez powodu.
- Miałam straszny sen - przypomniała sobie. - Śniło mi się, że otworzyłam loch, a tam... nic nie było!
- Nie było wehikułu?
Potwierdziła.
- Ale to był tylko sen? - upewnił się Wiktor.
- Mam nadzieję, że tak.
- Masz takie sny, bo martwimy się o wehikuł - pocieszył ją. - Różne cwaniaki kręcą się koło piwnicy, no i ten Trzmiel z mafii...
- Właśnie! - Magda przypomniała sobie o jeszcze jednym problemie i aż przystanęła. - Trzmiel widział list Róży do Ewy.
Wiktor też przystanął.
- Co?! - oburzył się. - Dlaczego mu go pokazałaś?
- Nie pokazałam mu! - zaprotestowała. - Chowałam zeszyty Róży, żeby nikt się do nich nie dobrał, i ten list mi z nich wypadł. Akurat wtedy Trzmiel wlazł mi do pokoju i znalazł tę kartkę.
- Przeczytał?
- Nie wiem - przyznała. - Podniósł ją i się przyjrzał. Nie miał czasu się dokładnie wczytać, ale przecież on ma pamięć fotograficzną. Wystarczy, że dobrze się przyjrzał, i pewnie wszystko zapamiętał.
- Oby tylko nie zobaczył kodu...
- Boję się, że zobaczył - westchnęła Magda. - I zapamiętał. On zapamiętuje takie rzeczy.
Co do tego Wiktor nie był do końca przekonany, ale dopuszczał taką możliwość.
- I tak nie wie, czego to dotyczy - pocieszył Magdę.
- Może na to wpaść - mruknęła. - Myśmy wpadli, a on wszystko rozgryza szybciej niż my. - Schowała twarz w dłoniach. - Mógłby już pojechać...
Wiktor zamyślił się.
- Szkoda, że nie znaliśmy go wcześniej - odezwał się w końcu. - Z kimś takim szybciej rozwiązalibyśmy te wszystkie zagadki.
- Tylko nie wiemy, co by z tego wynikło - zauważyła Magda. - Poza tym za nim łazi ochroniarz, który jest podejrzanym typem.
- To byłby problem - zgodził się Wiktor.
- To jest problem - sprostowała. - Ten typ rano odkrył, że widziałam, jak się skradał do piwnicy, i wie, że ja wiem, że on węszy po pałacu. Potem przekonywał rodziców, że nie powinni mnie wypuszczać z domu. Na pewno coś podejrzewa - westchnęła. - Boję się, że przekona rodziców. On jest ochroniarską szychą, wcześniej pracował dla jakichś ważnych ludzi. Nawet nie wiem, dla kogo.
- Sprawdzałaś go w internecie?
- Nie! Że też na to nie wpadłam.
- Ja go sprawdzę - zaoferował się Wiktor. - Na wypadek gdyby zainstalował ci w komputerze jakieś szpiegi. Widziałem takie rzeczy w filmie.
- OK! - zgodziła się skwapliwie, martwiąc się, że jej internetowa aktywność może być śledzona bardziej, niż się spodziewała.
Wrócili do leśniczówki, gdzie Wiktor włączył komputer i wpisał w wyszukiwarkę nazwisko Cezarego Drewińskiego. Niczego nie znaleźli.
- Jeśli był w jakichś służbach specjalnych, to na pewno nie ma tego w internecie - stwierdził Wiktor. - Czytałem kiedyś, że oni się tam nie ujawniają.
Magdzie jednak chodziło po głowie co innego.
- A może to nie jest jego prawdziwe nazwisko? - zastanawiała się.
Wiktor się zniecierpliwił.
- Dajmy już temu spokój! Wczoraj przez cały wieczór szukałem Heinricha Müllera. To jeden z tych Niemców, których nagrobki znalazłem w kącie cmentarza. Umarł w 1939 roku.
- I co z nim?
- Właśnie... - mruknął niezadowolony. - Nie wiem, co z nim, bo Heinrichów Müllerów jest od groma. To popularne nazwisko, jak się okazuje.
Magda przypomniała sobie początki poszukiwań Niewiadomskich.
- Mógłby się nazywać Nabuchodonozor Grzmotopluskiewicz - powiedziała. - Zaraz byśmy go znaleźli.
- Gdyby się tak nazywał, to pewnie zmieniłby nazwisko - westchnął Wiktor. - Na Jan Nowak. I w życiu byśmy go nie znaleźli...
Bazyliszek
Magdzie nie było łatwo oddać w ręce Wiktora bezcennego skarbu, za jaki uważała pożółkłe zeszyty, ale nie miała wyjścia. Cezary Drewiński stał się teraz dla niej głównym podejrzanym. Odetchnęła z ulgą, wiedząc, że notatki Róży nie wpadną w jego ręce.
Wróciła do domu kuchennym wejściem. W drodze do swojego pokoju zamierzała sprawdzić kominek, ale ledwie weszła do holu, okazało się, że znowu ma powód do zmartwienia.
Przed kominkiem stali Arnold, Trzmiel i jego ochroniarz oraz konserwator. Wszyscy patrzyli na marmurowy portal.
Arnold wyglądał na nieco znudzonego, Drewiński też sprawiał takie wrażenie, ale Magda była przekonana, że udaje. Za to Trzmiel nie krył żywego zainteresowania, a konserwator entuzjazmu. Najwyraźniej cieszyło go, że ktoś chce słuchać jego wywodów. A Trzmiela pewnie zachwyciło, że ktoś dostarcza mu informacji.
Magda stanęła za nimi. Też była ciekawa, a poza tym wolała mieć to wszystko na oku.
- Podejrzewam, że ten kominek, a przynajmniej gargulca, też zaprojektował Bruno van Halen - mówił konserwator. - To bardzo w jego stylu. - Pokręcił głową z zachwytem. - Z tego, co mi wiadomo, interesował się rzeźbą. To było jego hobby, ale nie pozostało po nim wiele prac.
- On wyrzeźbił tego stwora? - upewnił się Trzmiel.
- Bazyliszka - poprawił konserwator. - "Ni to ptak, ni to wąż" - zacytował. - To istota, które ma jednocześnie cechy ptaków i gadów czy płazów. Według podań wykluwa się z jaja złożonego przez koguta, a na dodatek wysiadują je ropuchy.
Chłopcy zachichotali.
- Nie sądzę, żeby van Halen osobiście go wyrzeźbił - ciągnął znawca tematu. - Myślę, że raczej tylko go zaprojektował, a wykonał ktoś inny. To rzeźba w kamieniu - podkreślił.
- Myśli pan, że to oko jest ruchome? - spytał wprost Trzmiel.
- Oko bazyliszka? - Konserwator przyjrzał się gargulcowi. - Nie można tego wykluczyć - przyznał. - Zrobiono je z innego materiału.
Magda zagryzła wargę. To wszystko szło w niepokojącym kierunku.
- Sądzi pan, że ma jakąś funkcję? - drążył Trzmiel. - Na przykład jest zamkiem, który otwiera jakieś tajne pomieszczenie?
Konserwator spojrzał na niego rozbawiony.
- Sądzicie, że pałac jest pełen skrytek i tajemnic? - zwrócił się do Trzmiela i Arnolda. - Naczytaliście się Pana Samochodzika, co?
- Czego? - zdziwił się Arnold.
- Nie znasz tych książek? - zdziwił się mężczyzna. - No tak, nie to pokolenie... - Pokiwał głową. - Kiedy byłem w waszym wieku, czytałem dużo książek przygodowych o takich miejscach jak stare pałace czy średniowieczne zamki, gdzie kryło się pełno tajemnic. Wy takich nie czytacie?
- Nie - przyznał Arnold szczerze i otwarcie. - Ja w ogóle nie czytam książek. Żadnych.
- Ale gra w gry, gdzie są takie rzeczy - wyjaśnił Trzmiel.
- Aha - westchnął konserwator. - Muszę więc trochę was rozczarować - powiedział. - W prawdziwym życiu nie jest tak ciekawie jak w grach komputerowych czy, tym bardziej, jak w książkach. Życie jest bardziej zwyczajne. Dlatego właśnie potrzebujemy książek i gier.
- Myśli pan, że tu nie ma tajnych pomieszczeń? - przerwał mu Arnold.
Mężczyzna pokiwał głową.
- Tak właśnie myślę.
- W niektórych zamkach są takie rzeczy - odezwał się Trzmiel. - Na przykład w zamku Czocha. Byłem z rodzicami i mają tam taką zapadnię...
Z tym konserwator był w stanie się zgodzić.
- W niektórych starych budynkach istnieją tajne pomieszczenia, zapadnie i skrytki - przyznał - ale to zdarza się bardzo rzadko. Powiedzmy, że tajne pomieszczenia czy skrytki ze skarbami znajdują się w jednym takim budynku na tysiąc. To zresztą bardzo optymistyczne założenie, bo jeśli mam być szczery, to obstawiałbym raczej jeden na wiele tysięcy.
- Ale jest szansa, że właśnie to ten jeden? - wtrącił Trzmiel.
Magda pomyślała, że miała wielkie szczęście, trafiając akurat do tego pałacu.
Albo wielkiego pecha.
Spojrzała na Drewińskiego i zobaczyła, że wygląda na zdenerwowanego. Zagryzał wargę i pocierał palce u rąk.
Uświadomiła sobie, że sama zachowuje się podobnie.
Drewiński też musiał coś wiedzieć.
- Kominek trzeba porządnie wyczyścić i chcę się tym zająć sam - mówił tymczasem konserwator. - Sprawdzę wtedy, czy to oko się porusza - obiecał Trzmielowi.
Ten nagle zrobił dziwną minę.
- Nie musi pan! - zawołał szybko.
Wyglądało na to, że Trzmiel, choć coś podejrzewa, nie zamierza dopuszczać nikogo do swoich badań.
"Ile jeszcze do końca wakacji?" - zastanowiła się Magda.
Miała nadzieję, że pozbędzie się tego chłopaka z pałacu, zanim uda mu się dobrać do oka bazyliszka. Wtedy przy okazji pozbędzie się też Drewińskiego - oby tylko rodzice nie zatrudnili go tu na stałe!
Tylko co zrobić z konserwatorem?
Zeszyty Róży opuszczają pałac
Magda spakowała zeszyty Róży w różową reklamówkę znalezioną w szafie z ubraniami. Ogromne logo sklepu odzieżowego sprawiało, że nie było widać zawartości torebki.
Podejrzewając, że Drewiński przy najbliższej okazji wróci "po książkę", poprzestawiała dla niepoznaki swoje stare zeszyty szkolne i podręczniki.
Przemknęła przez schody i hol, a potem przez kuchnię i opuściła pałac tylnymi drzwiami.
Na wszelki wypadek, zamiast iść prosto do leśniczówki, przyczaiła się w lesie i zadzwoniła do Wiktora.
- Możesz podejść pod pałac? - spytała. - Do lasu od strony tylnego wejścia?
- Nie wzbudzę podejrzeń? - upewnił się.
Magda się zastanowiła.
- Pewnie wzbudzisz, ale ja wzbudziłabym większe, gdyby ktoś zauważył, że coś wynoszę.
- Wynosisz coś?
- Aha.
- Poczekaj! Wezmę psa dla niepoznaki - postanowił Wiktor.
- Dla niepoznaki? - Magda nie zrozumiała. - Twój pies... trochę się rzuca w oczy.
Nigdy wcześniej nie widziała takiego ogromnego psa.
- No coś ty? - mruknął. - Pies przykuje uwagę i nikt nie zauważy nic innego - wyjaśnił Wiktor. - A jakby co, to ja tylko wyprowadzam psa na spacer.
Czekając na Wiktora, Magda zaszyła się w krzakach. Wejście z psem na wzgórze zajęło mu trochę czasu, a potem nie od razu ją znalazł. Musiał do niej zadzwonić, a wtedy ona wyjrzała ze swojej kryjówki
Od razu wręczyła mu reklamówkę.
- Jakby ktoś pytał, to jest twoja - poinformowała.
- Co tam jest? - Spojrzał z niesmakiem na różową torbę.
- Zeszyty Róży.
Opowiedziała mu o inspekcji, jaką Drewiński przeprowadził w jej pokoju.
- Tak po prostu przyszedł sobie grzebać w twoich rzeczach?! - oburzył się Wiktor. - Wywaliłaś go?
- No co ty? - Coś takiego nie mieściło jej się w głowie. Poza tym nie miała pojęcia, jak wypraszać ze swojego pokoju intruzów. W dodatku dorosłych i obdarzanych przez rodziców zaufaniem. - Na pewno powiedziałby, że sprawdza, czy jest tam bezpiecznie, i wszyscy by mu uwierzyli.
Wiktor pokręcił głową.
- Mieszkanie w pałacu ma jednak wady - przyznał.
- W końcu na to wpadłeś! - mruknęła. - Szybko myślisz.
- Ale i tak chętnie bym się zamienił - stwierdził, mierząc wzrokiem budynek.
Magda spojrzała na reklamówkę.
- Schowaj je dobrze!
- Spoko. Gdyby ten typ przylazł do mnie, zaraz zadzwoniłbym na policję.
- Przecież on chyba był policjantem - przypomniała mu. - Albo kimś w tym rodzaju.
Wiktor wzruszył ramionami.
- Policjant też może zostać przestępcą. Oglądałem kiedyś taki film... Dobra, idę je schować!
Nawet mu się podobało, że teraz bezcenne notatki Róży będą w jego rękach.
I będą bezpieczne.
Poranek w pałacu
Loch był pusty.
Magda patrzyła w dół z niedowierzaniem.
Nie udało jej się dopilnować tajemnicy!
Obudziła się przerażona i choć od razu zrozumiała, że to tylko koszmarny sen, wcale się nie uspokoiła. Przecież loch naprawdę mógł teraz być pusty! Ktoś mógł się tam dostać, uruchomić wehikuł i... zmienić losy całego świata!
Rozejrzała się wokół, ale w ciągu nocy nic się nie zmieniło. Szybko wstała i pobiegła spojrzeć na kominek.
Bazyliszek patrzył przed siebie, a zdobiące kominek płomienie wyglądały jak zwykły ornament. W holu było pusto. Musiało być jeszcze wcześnie.
Wróciła do pokoju i położyła się do łóżka, ale wiedziała, że już nie zaśnie. Postanowiła skorzystać z tego, że wszyscy jeszcze śpią. Prędko się ubrała i popędziła do piwnicy.
Drzwi zamknięto na klucz. Podejrzewała, że spoczywa on w kanciapie zwanej gabinetem kamerdynera Jana. Szybko się tam udała, ale drzwi do tego pomieszczenia też były zamknięte.
Zastanowiła się, gdzie jeszcze znajdzie klucze do piwnicy, ale sądziła, że poza Janem mogą je mieć tylko ochroniarze, w szczególności ten koszmarny Drewiński.
Nie była pewna, czy jej rodzice zostawili sobie własny klucz. Tak ich cieszyło, że mają ludzi od różnych spraw, że sami wszystko sobie odpuścili.
Zrezygnowana pomyślała, że zdążyłaby odwiedzić Wiktora, zanim jej rodzina wstanie, ale przypomniało jej się, że są wakacje i on pewnie też nie zrywa się o świcie. To uświadomiło jej, że nawet nie wie, która jest godzina, więc poszła spojrzeć na zegar w salonie.
Dochodziło wpół do siódmej.
Magda przypomniała sobie, że kilka miesięcy temu o tej porze jej rodzice wybierali się do pracy, a ona zwykle też już nie spała.
Zastanowiła się, czy rodzice Wiktora już wyszli z domu. O której godzinie zaczynała pracę jego mama? A tato? Był leśniczym. Czy pracował w jakimś biurze w mieście, czy po prostu w lesie? Niewiele wiedziała o sąsiadach, choć Wiktor o jej rodzinie i współmieszkańcach dowiedział się już całkiem sporo.
Nagle usłyszała kroki w holu. Szybkie, zdecydowane.
Na wszelki wypadek przyczaiła się za drzwiami, zerkając w lustro, w którym odbijała się część holu. Po chwili zobaczyła przechodzącego tamtędy Cezarego Drewińskiego. Ubrany w koszulkę i dresowe spodnie, zmierzał do piwnicy.
Magda zamarła.
Zobaczyła, jak otwierają się drzwi prowadzące do bocznego korytarza, w którym mieściły się pokoje pracowników. Teraz wyszedł stamtąd konserwator, który dopiero co zamieszkał w jednym z pokojów. On też był ubrany tak, jakby miał pobiegać.
Magda zobaczyła, jak obaj mężczyźni przystanęli, wyraźnie zaskoczeni spotkaniem.
- Dzień dobry! - odezwał się jeden, drugi również się przywitał.
Wyglądało na to, że zastanawiają się, czy powinni coś powiedzieć albo wyjaśnić, ale w końcu obaj wyszli na zewnątrz.
Magda odczekała chwilę i wyjrzała przez okno.
Zobaczyła, że konserwator obchodzi budynek i idzie w kierunku stromego zbocza, przyglądając się murom. Drewiński ruszył w stronę furtki, ale nie spuszczał wzroku z konserwatora.
Kiedy obaj znikli jej z oczu, Magda pobiegła do innego okna, jednak nie dostrzegła żadnego z nich. Usłyszała za to, jak otwierają się drzwi. To wrócił Drewiński. Mężczyzna skierował się wprost do wejścia do piwnicy, nie zauważywszy przyczajonej Magdy.
Ledwie jednak tam dotarł, otworzyły się drzwi wejściowe i wszedł konserwator. Od razu dostrzegł Drewińskiego.
- Już pan wrócił? - spytał.
- Nie mam czasu na spacery - odparł tamten chłodno. - Sprawdzam, czy jest bezpiecznie. To moja praca.
Konserwator przyjął to dość obojętnie.
- Ja szacuję koszty remontu - rzucił niedbale.
Magda cicho przekradła się za fotel w kącie i przycupnęła za nim.
Wtedy drzwi wejściowe znowu się otworzyły i weszła kucharka z torbą zakupów.
- Panowie już nie śpią? - zwróciła się do obu mężczyzn.
- Praca... - mruknęli obaj niemal jednocześnie.
Kobieta pokiwała głową, postawiła zakupy na podłodze i dostrzegła Magdę, która szybko zaczęła udawać, że wiąże sznurowadło.
- Dzień dobry - przywitała się zaskoczona Magda.
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią zdumieni.
- Co za wczesna pobudka? - zdziwiła się kucharka. - Jeszcze nie ma siódmej.
- Naprawdę? - Magda zrobiła wielkie oczy. - Myślałam, że jest później!
Uśmiechnęła się i udała w stronę schodów, czując na plecach wzrok Drewińskiego.
"Niby tak bacznie się przygląda, pilnując wszystkiego, a jednak nie zauważył, że go śledzę! - uświadomiła sobie. - A przecież nie jestem jakąś tam wyszkoloną agentką czy kimś takim, a on podobno był ochroniarzem nie wiadomo kogo".
Ochroniarz wydał jej się jeszcze bardziej podejrzany.
Wróciła do pokoju i włączyła komputer. Napisała mail do Wiktora, prosząc, żeby dał jej znać, kiedy wstanie. Tymczasem zaczęła szukać w internecie nazwisk wspomnianych w zeszytach Róży.