Tajemnice starego pałacu. Duch z Niewiadomic - Katarzyna Majgier

-
Proszę czekać
Siedem liczb

Zbliżał się półfinał Prawdziwego życia. Telewizja robiła wszystko, żeby przypomnieć o tym wiernym widzom programu, ale nawet ci najwierniejsi bardziej niż na sam program czekali na przerwę.

Tego dnia sprzedano rekordową liczbę kuponów Wielkiego Farta. Zapaleni gracze kupowali ich po kilkadziesiąt. Nawet ludzie, którzy wcześniej sceptycznie odnosili się do gier losowych, teraz zainteresowali się nimi. Podejrzewano, że trzydzieści cztery miliony i siedemset tysięcy złotych zostanie podzielone pomiędzy kilku, a może nawet kilkunastu szczęśliwców, którym uda się odgadnąć liczby, jakie tego dnia wylosuje maszyna.

Rodzina Czereśniaków wróciła z centrum handlowego tuż przed rozpoczęciem Prawdziwego życia. Pośpiesznie wnosili zakupy do mieszkania, głośno zastanawiając się, co kupią, jeśli uda im się wygrać choćby milion. Z tego powodu kompletnie zapomnieli o tradycyjnej kłótni na temat tego, czy w najbliższym odcinku Prawdziwego życia powinien odpaść zarozumiały Łukasz, czy opryskliwa Agnieszka.

Magda włożyła do lodówki zapas jogurtów i poszła do pokoju, który dzieliła z bratem. Rodzice i Arnold mościli się właśnie na kanapie w pokoju rodziców, przed telewizorem. Prezenter Prawdziwego życia przekrzykiwał sam siebie, zapowiadając półfinał.

Magda zamknęła drzwi i włączyła komputer. W gruncie rzeczy lubiła Prawdziwe życie i inne programy, w których gustowała jej rodzina. Kiedy je oglądali, miała komputer tylko dla siebie, a Arnold jej nie przeszkadzał.

Weszła na ulubione forum dyskusyjne. Spodziewała się, że przynajmniej tam będzie mogła dziś porozmawiać o czymś innym niż kumulacja Wielkiego Farta i półfinał Prawdziwego życia, ale tutaj też wszyscy mówili tylko o tym. Nawet Kornelia, najbardziej inteligentna dziewczynka, jaką Magda znała, chwaliła się, że wspólnie z rodziną wysłała trzydzieści kuponów, choć nigdy dotąd nie grali.

Magda czytała kolejne posty młodych internautów zafascynowanych loterią, aż usłyszała okrzyki brata dochodzące z przedpokoju. Arnold szukał losów. Widocznie zaczynało się już losowanie.

"Może jednak powinnam tam pójść? - pomyślała Magda. - Skoro wszyscy tym żyją".

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Prolog

Nad Niewiadomicami szalała burza. Srebrzyste błyskawice przecinały ciemne, bezgwiezdne niebo, rozświetlając pałac na wzgórzu. Połyskująca w strugach deszczu pałacowa wieża, wznosząca się wysoko ponad najwyższe drzewa, przypominała głowę smoka. Wydawało się, że właśnie się wyłonił spod ziemi, a teraz rozgląda się po okolicy dwojgiem oczu, do których były podobne okrągłe okna w dwóch wieżyczkach zwieńczających wieżę. Świeżo wstawione szyby odbijały światło błyskawic, co stwarzało wrażenie, że w oczach smoka pojawia się niepokojący blask. Nowe, krwistoczerwone dachówki lśniły w strugach deszczu niczym smocza łuska.

Widok pałacu podczas burzy z pobliskiej leśniczówki był niesamowity. Kiedy Wiktor był mały, bał się go i uciekał do pokoju rodziców. Mówił im, że pałac wygląda jak smok, a oni się nie śmiali. Teraz jednak Wiktor mimo późnej pory siedział w oknie i patrzył. Zastanawiał się, czy architekt, który zaprojektował pałac ponad sto lat temu, wiedział, jak niesamowite wrażenie będzie robić jego widok podczas nocnej burzy.

Możliwe, że nie tylko wiedział, ale to zakładał. Konserwatorzy zabytków, których Wiktor czasem tu spotykał, opowiadali, że był ekscentrykiem i lubił spacery w czasie burzy, a, jak wiadomo, nie jest to rozsądne zachowanie, zwłaszcza w górach. Nic dziwnego, że jego dzieło wyglądało jak wytwór szalonej wyobraźni. W niczym nie przypominało domów bogatych ludzi - eleganckich budynków, których fotografie są zamieszczane w kolorowych albumach. Pałace takie jak ten, wzniesiony ponad sto lat temu na wzgórzu w Niewiadomicach, częściej można zobaczyć na rycinach w starych powieściach grozy. Ale Wiktorowi właśnie to się podobało. Lubił takie powieści: dreszczowce, książki fantasy i mrożące krew w żyłach historie o duchach, w które nie wierzył, ale i tak go fascynowały.

Kolejna ogromna, rozgałęziona błyskawica rozświetliła niebo, rozległ się grzmot, tak głośny, że w domu Wiktora zadrżały szyby. Dziadek Wiktora, kiedy jeszcze żył, nazywał pałac - najwyżej położony budynek w okolicy - piorunochronem. Wieża ściągała wyładowania atmosferyczne i zanim wyremontowano pałac, dwie zwieńczające go wieżyczki były całe czarne.

Przed remontem pałac miał ciemniejszy kolor. Brakowało szyb w oknach, a przez dziurawy dach do środka przedostawało się światło, wpadały liście i przeciekał deszcz. To sprawiało, że wyglądał jak ogromna, trójwymiarowa ilustracja do horroru. Kiedy Wiktor przestał się bać pałacu w czasie burzy, ten widok zaczął go zachwycać. Podobnie jak cały tajemniczy gmach, jakby przeniesiony tutaj z innego wymiaru. Ale ostatnio to się zmieniło. Teraz deszcz dudnił o niedawno wymienione, lśniące nowością dachówki i wstawione w ostatnich tygodniach szyby, na których gdzieniegdzie pozostała jeszcze folia. Spływał po świeżo otynkowanych ścianach i chlupotał w rynnach, jeszcze czystych i nietkniętych rdzą. Gdyby budynki myślały i czuły, pałac na wzgórzu miałby teraz powód do zdziwienia. To była jego pierwsza wiosenna burza po remoncie. Przez ostatnie sześćdziesiąt pięć lat pałac przyzwyczaił się, że w czasie deszczów, które przechodziły nad Niewiadomicami, jego dach przecieka, a potem wszędzie wyrastają grzyby, powoli niszczące mury. Przyzwyczaił się do piorunów uderzających w jego wieżę i do wiatru, który przewiewa go na wylot, zasypując podłogi liśćmi, igliwiem i szyszkami. Teraz wnętrze było suche i ciepłe, a on sam mógł czuć się bezpiecznie. Wiktorowi wyremontowany pałac nie podobał się już tak samo jak wcześniej. Oczywiście to dobrze, że ktoś uratował go przed całkowitym zniszczeniem, ale chłopiec wolał mroczny, ciemny gmach, zdobiony poczerniałą cegłą, z wieżyczkami osmolonymi od uderzeń piorunów i dziwnymi, ciemnozielonymi dachówkami, niż to, w co zmieniono pałac podczas remontu. Biało-beżowy budynek z czerwoną dachówką nie miał już tamtego mrocznego klimatu. Ponure gmaszysko zmieniło się w banalną atrakcję dla niedzielnych turystów.

"To tak, jakby ktoś zrobił makijaż potworowi i zawiązał mu kokardkę na ogonie" - pomyślał Wiktor z niesmakiem.

Nie tylko jemu nie podobał się pałac po remoncie. Konserwator zabytków, który dwa dni temu przyjechał obejrzeć wprowadzone zmiany, zasłabł na ich widok... Ale okoliczni mieszkańcy byli zachwyceni.

- Nareszcie nie straszy - wzdychali z ulgą.

- Wygląda zupełnie jak rezydencja z tego serialu - dorzucali inni z uznaniem.

- Teraz pewnie uciekną z niego duchy! - żartowali.

Bo po okolicy krążyły opowieści o duchu.

Babcia Wiktora twierdziła, że go spotkała. Co gorsza, chętnie o tym mówiła, przez co chłopiec stał się obiektem docinków.

Wprawdzie lubił, kiedy babcia opowiadała mu straszne historie, jednak wolał, żeby inni ich nie słyszeli. Wiedział, że normalni ludzie w dwudziestym pierwszym wieku nie powinni wierzyć w duchy.

Inżynier Klepka też to wiedział, a ponieważ był normalny i żył w dwudziestym pierwszym wieku, nie wierzył w żadne duchy. Kiedy przyjmował zlecenie na remont pałacu w Niewiadomicach i usłyszał od mieszkańców miasteczka, że tam straszy, tylko się roześmiał.

- Jak tam gania jakiś Drakula albo inny Frankenstein, to zaprzęgnę ich do roboty!

Pani Klarysa, która zlecała mu remont pałacu, zachichotała, udając, że ten żart ją bardzo bawi. Ona też nie wierzyła w duchy, choć bezgranicznie ufała horoskopom z internetu.

- Mówią, że mieszkała tam jakaś hrabina, której nie pochowano, czy coś takiego - przypomniała sobie. - Podobno to jej duch plącze się po zamku.

Inżynier Klepka miał współpracowników. Żaden z nich nie bał się duchów. Przeraziły ich natomiast ogrom prac, jakie mieli wykonać, oraz krótki termin.

Właściciel pałacu, spadkobierca jego dawnych mieszkańców, odzyskał do niego prawa, a ponieważ nie zamierzał przeprowadzać się do Polski, a potrzebował pieniędzy, chciał sprzedać posiadłość z zyskiem. Zależało mu na szybkim remoncie. Inżynier Klepka zatrudnił więc dodatkowych pracowników, którzy dniami i nocami dwoili się i troili, a jednak wyglądało na to, że nie uda się zakończyć prac w ustalonym czasie.

Kiedy inżynier po raz kolejny przejrzał umowę, z której wynikało, że za każdy dzień opóźnienia zapłaci częścią swojego wynagrodzenia, podjął decyzję.

- Nie zdążymy zrobić wszystkiego, więc nie ruszamy piwnicy. Tam i tak nikt nie wchodzi. Jest cała zagruzowana i zanim się to wyniesie, a potem ją wyremontuje, minie tyle czasu, że moglibyśmy nic nie zarobić - wyjaśnił swoim pracownikom.

Pałacowa piwnica przez całe lata była zagruzowana i nadal taka pozostała. Zainstalowano tylko nowe drzwi, które wyglądały jak zabytkowe i pasowały do wyremontowanego pałacu. Patrząc na nie, trudno było uwierzyć, że za nimi ciągle straszą ślady dawnego pożaru i piętrzą się zwały gruzu, przez które nie sposób przedrzeć się do środka. Owszem, niektórzy pracownicy inżyniera Klepki zastanawiali się, czy pałacowa piwnica nie kryje wartościowych rzeczy, których zniknięcia nikt by nie zauważył, mieli jednak zbyt dużo pracy. Tymczasem wejście do piwnicy już wkrótce stało się jeszcze bardziej zagracone, bo wrzucano tam wszystkie niepotrzebne rzeczy: worki po cemencie, pudła i skrzynki, a nawet gruz wynoszony z innych pomieszczeń. Piwnica zachowała wszystkie swoje tajemnice i nikomu nie chciało się ich jej wydzierać.

Termin ukończenia remontu mijał następnego dnia. Inżynierowi Klepce i jego podwładnym nie pozostało już wiele do zrobienia. Dlatego tej nocy w pałacu przebywali tylko dwaj z nich, pan Stefan i pan Marian. Pierwszy był elektrykiem i kończył pracę przy instalacji. Drugi ukrywał w ścianach założone właśnie przewody. Mieli zamiar pracować, dopóki nie skończą, ale rozpętała się burza. Piorun, który uderzył w pałacową wieżę, wywołał spięcie i w pałacu zapanowała ciemność.

- Co za pomysł: budować pałac w takim miejscu! - utyskiwał pan Stefan, poprawiając zapałką knot przygasającej świecy, którą trzej mężczyźni oświetlali sobie pałacowy salon. - Dziwne, że przez tyle lat całkiem się nie spalił...

- To mocne mury - powiedział z uznaniem pan Marian. - Solidne. Niełatwo takie spalić. Dawniej ludzie umieli porządnie budować - stwierdził z nostalgią.

- Teraz nikt nie ma na to pieniędzy - uciął inżynier Klepka.

Chciał jeszcze coś dodać, ale przeszkodził mu kolejny grzmot.

Zaraz potem dał się słyszeć inny dźwięk.

- Co to? - zaniepokoił się pan Marian.

- Chyba okno się otworzyło - powiedział pan Stefan.

- Chyba nie... - Inżynier Klepka zaciągnął się papierosem. - Odgłos dochodził jakby z dołu...

- Pod nami jest tylko piwnica - zauważył pan Stefan.

- Rzeczywiście - przyznał inżynier Klepka. - W takim razie to musiało być gdzieś na górze. Okna... - Spojrzał na pracowników spod gęstych brwi. - Na pewno dobrze je pozamykaliście?

Pan Stefan i pan Marian zgodnie zapewnili, że wszystkie okna pozamykali, kiedy tylko zaczęło grzmieć. Jednak spod podłogi nadal dochodził odgłos, jakby ktoś przesuwał coś ciężkiego.

Trzej mężczyźni popatrzyli po sobie zaskoczeni.

- Może ktoś tam jest? - zaryzykował pan Stefan.

- Kto? - parsknął inżynier Klepka. - Nikt się tu nie plątał.

- Może kot? Albo szczur? - zastanawiał się pan Stefan.

- Koty i szczury nie robią takiego hałasu - zauważył pan Marian.

- Może to jednak okno? - Inżynier Klepka rozejrzał się po ogromnym salonie. - Albo jakieś drzewo się przewróciło?

- Do piwnicy? - zdziwił się pan Stefan.

W piwnicy, dokładnie pod nimi, ktoś coś przesuwał. Coś ciężkiego...

- Może tam rzeczywiście ktoś jest? - Inżynier wstał od stołu, przy którym siedzieli, zdejmując z oparcia krzesła swoją roboczą kufajkę. - Stefan, włączysz prąd?

- Teraz? Zaraz znowu strzeli piorun... - zaprotestował pan Stefan, ale inżynier Klepka z latarką w ręku już szedł w stronę korytarza, w którym znajdowała się szafka z bezpiecznikami.

Jego pracownicy ruszyli za nim, przyświecając sobie latarkami.

- Ale kto miałby tu być? - zastanawiał się głośno pan Marian.

- Włamywacz - odparł inżynier Klepka.

- I co niby miałby stąd kraść?

- Jak to co? - Inżynier Klepka pomyślał przez chwilę. - Na przykład te graty z piwnicy. Są bardzo stare i pewnie można je sprzedać na aukcjach w internecie czy gdzie tam.

- Gdyby te graty miały jakąś wartość, już dawno ktoś by je ukradł - zauważył pan Marian. - Leżały tu niepilnowane przez sześćdziesiąt lat.

- Wszystko, co cenne, rozszabrowano, tylko z piwnicy nic się nie dało wynieść, bo wejście do niej jest zagruzowane - przypomniał mu inżynier Klepka.

- Gdyby tam było coś wartościowego, toby sobie odgruzowali - stwierdził pan Marian. - Ludzie potrafią tory kolejowe rozkręcić i sprzedać na złom...

Jednak trudno uwierzyć, że włamywaczowi lub włamywaczom chciałoby się zapuszczać do zagraconej piwnicy właśnie teraz. W pałacu przebywała ekipa remontowa, a na zewnątrz pilnowali go dwaj ochroniarze.

Inżynier Klepka włączył bezpieczniki i w salonie zapaliło się światło. Kryształowy żyrandol, zawieszony dzień wcześniej, wspaniale odbijał blask...

Tymczasem z piwnicy doszedł kolejny odgłos. Jakby coś się przewróciło.

- Może to ten duch? - zażartował pan Stefan, żeby dodać sobie animuszu, zanim stanie oko w oko z, być może, niebezpiecznym złodziejem.

- Chyba powinniśmy zawiadomić ochronę - zaproponował pan Marian. - Oni są od pilnowania, my jesteśmy od remontu. - Wyciągnął telefon komórkowy.

- Daj spokój. - Inżynier Klepka machnął ręką. - Może to tylko... - Nic sensownego nie przychodziło mu do głowy, więc rzucił ironicznie: - Duch?

- Dzwonię do nich! - oświadczył pan Marian, ale jego dwaj towarzysze ruszyli ku drzwiom prowadzącym do piwnicy.

- Jeśli to duch, poradzimy sobie bez ochrony - rzekł energicznie inżynier Klepka - bo to podobno nie żaden Drakula, tylko jakaś hrabianka.

- Słyszałem, że jakaś kobieta tu zginęła w czasie wojny - przypomniał sobie pan Stefan. - Była hrabianką?

- W czasie wojny? - Inżynier Klepka nie wdawał się w rozmowy z mieszkańcami okolicy i nie znał miejscowych legend. - Myślałem, że to starszy duch. Co ona tu robiła?

- Podobno była dziwaczką. Zniknęła nagle. Nie odnaleziono jej ciała, za to jeszcze niedawno spotykano ją, jak spacerowała po okolicy.

- To może wcale nie zginęła? - mruknął inżynier. Tak naprawdę wcale go nie interesowała jakaś zaginiona dziwaczka sprzed lat. Zwłaszcza że spędził w tym budynku trochę czasu i gdyby tu mieszkała, na pewno by ją spotkał.

Otworzył drzwi do piwnicy i zaświecił latarką w ciemność. Zobaczył osmalone ściany, a pod nimi sterty gruzu, opakowań po materiałach budowlanych i płacht zużytej folii, wszystko pokryte warstwą pyłu. Podczas remontu do piwnicy trafiało to, czym nie mieli czasu się zająć, więc zmieniła się w złomowisko i skład makulatury. Przez ten ponadmetrowej wysokości śmietnik nie sposób było się przedrzeć do niedomkniętych, wypaczonych drzwi w głębi, prowadzących dalej, do kolejnego pomieszczenia, a może pomieszczeń.

- Nie ma siły! Nikt by tu nie wszedł - stwierdził inżynier Klepka. - Musiałby fruwać.

Pan Stefan przytaknął.

Zanim się jednak wycofali i zamknęli drzwi, w głębi piwnicy znów coś upadło.

Bez wahania zawrócili.

W świetle latarek za wypaczonymi drzwiami zobaczyli jakiś ruch. Po chwili ukazała się drobna postać, która na widok światła przystanęła. Od mężczyzn z latarkami dzieliło ją sześć, może siedem metrów. Ale pokonanie tych sześciu czy siedmiu metrów graniczyło z cudem z powodu piętrzących się na schodach i za nimi przeszkód.

- Kto tam?! - zawołał inżynier Klepka. - Chyba instalowaliśmy tu lampę nad schodami, zaraz przy wejściu? - zwrócił się do swojego towarzysza.

Pan Stefan przytaknął.

- Jest za drzwiami. A włącznik powinien być gdzieś tu... - Elektryk z trudem przedzierał się przez pudła, folię i stare worki po cemencie.

Postać w głębi piwnicy zbliżała się do nich. Żaden się nie odezwał, ale ogarnęło ich przerażenie.

- Gdzieś tu musi być ten włącznik - zapewniał pan Stefan, oświetlając ścianę, na której nie dostrzegli jednak ani śladu przycisku.

- Gdzie?! - zawołał nerwowo inżynier Klepka. - Przecież sam go instalowałeś! Powinieneś to wiedzieć!

Niespodziewanie w głębi piwnicy pojawiło się światło. Dochodziło ze świetlistej kuli, którą trzymała w rękach tajemnicza postać.

Mężczyźni spojrzeli na nią i zamarli.

Była drobną kobietą o włosach, które w tym świetle wydawały się białe, podobnie jak jej skóra. Wyglądała, jakby ją posypano grubą warstwą kurzu. Miała na sobie sukienkę, podobną do tych, jakie można zobaczyć w starych filmach i na przedwojennych fotografiach. Do inżyniera Klepki i pana Stefana dotarło, na co patrzą.

Obaj wrzasnęli, a następnie pan Stefan bezwładnie osunął się na ziemię.

- Tylko nie to! - jęknęła zjawa i światło, które trzymała, zgasło.

Kiedy w drzwiach piwnicy pojawił się pan Marian z dwoma ochroniarzami, zobaczył swojego szefa, bladego jak ściana i niezdolnego wymówić słowa. Nieopodal niego na workach po cemencie leżał omdlały pan Stefan.

W świetle padającym z korytarza pan Marian i jeden z ochroniarzy zauważyli jakiś ruch w głębi piwnicy, ale obaj zgodnie uznali, że mogło im się tylko tak wydawać z powodu unoszącego się wokół pyłu. Nikt nie miał ochoty sprawdzać, co to mogło być.

Prace zakończono w terminie, a spadkobierca, zgodnie z przewidywaniami, nie zainteresował się stanem piwnicy. Przyleciał do Polski tylko na weekend, a chciał jeszcze trochę pozwiedzać, więc ledwie rzucił okiem na pałac...

Poznajcie rodzinę Czereśniaków

Zatłoczoną ulicą powoli sunął biały lanos. Jego właściciel, pan Czereśniak, był z niego bardzo dumny. Lubił swój samochód. Co tydzień jechał nim do myjni, a potem własnoręcznie go woskował i z zadowoleniem patrzył, jak słońce odbija się w lakierze na karoserii. W jej nabłyszczaniu pomagał mu syn Arnold, z którego pan Czereśniak też był bardzo dumny. Zawsze chciał mieć takiego syna i porządny samochód. Co prawda, jeśli chodzi o samochód, wolałby czarnego mercedesa, ale syna chciał mieć dokładnie takiego jak Arnold.

Pan Czereśniak pracował w instytucji podlegającej ministerstwu, ale mówił, że pracuje w ministerstwie. Nie lubił swojej pracy, ale nigdy nie miał innej i zdążył się do niej przyzwyczaić, a poza tym uważał, że to bardzo dobra posada. Ministerstwo - to brzmi dumnie, budzi szacunek, no i nie trzeba tam zbyt wiele robić ani zbyt wiele umieć. Wystarczy przychodzić i wychodzić punktualnie i mieć wyprasowaną koszulę. Pan Czereśniak lubił punktualność, wyprasowane koszule, krawaty z błyszczącego materiału i galowe mundury. Lubił też uroczystości i defilady. Najbardziej lubił oglądać w telewizji uroczystości i defilady, w których uczestniczył, i szukać na ekranie swojej twarzy, a kiedy udało mu się ją zobaczyć, czuł dumę. Lubił także krzyczeć na swoich podwładnych, żeby pokazać im, kto jest szefem. Dobrze było mieć takich podwładnych, na których można nakrzyczeć. Pan Czereśniak bał się jednak swoich przełożonych, którzy co jakiś czas krzyczeli na niego, żeby też się lepiej poczuć.

W białym lanosie obok pana Czereśniaka siedziała jego żona i w skupieniu patrzyła na swoje dłonie, podziwiając paznokcie, które poprzedniego wieczora pomalowała na beżowo. Pani Czereśniak uwielbiała malować paznokcie. Przypuszczała, że mogłaby być dobrą manikiurzystką, ale była przekonana, że nie jest to prestiżowy zawód, a jej zawsze zależało na prestiżu. Pracowała w urzędzie, jej mąż zaś w ministerstwie - i była z tego bardzo dumna. Nie lubiła swojej pracy, ale nigdy nie miała innej i zdążyła się do niej przyzwyczaić. Uważała, że to dobra posada; nie musiała tam zbyt wiele robić ani umieć. Wystarczyło, że przychodziła i wychodziła punktualnie i nosiła elegancką, wyprasowaną bluzkę. Pani Czereśniak lubiła punktualność, wyprasowane bluzki, pielęgnację dłoni i zapach lakieru do włosów. Poza tym podobało jej się to, że w pracy może godzinami rozmawiać z koleżankami i korzystać ze służbowego telefonu, dzwoniąc do swojej siostry i koleżanek pracujących w innych urzędach. Jedyne, co przeszkadzało pani Czereśniak w pracy, to ludzie, którzy przychodzili załatwić swoje sprawy i źle wypełniali formularze albo pospieszali ją. Na szczęście w biurze wszystko zależało od pani Czereśniak. Nigdy nie przejmowała się klientami. Nie lubiła pośpiechu i uważała, że jeśli ludzie naprawdę chcą załatwić swoje sprawy, mogą poczekać albo przyjść kiedy indziej.

Na tylnym siedzeniu samochodu jechała dwójka dzieci państwa Czereśniaków. Arnold miał prawie czternaście lat. Był najwyższym i najsilniejszym chłopakiem w szkole. Uczył się całkiem przyzwoicie: wszystkie jedynki szybko poprawiał na dwójki, a czasem nawet dostawał trójki. Wiedział, że rodzice nie wymagają od niego, żeby zrobił karierę naukowca. Uważali, że chłopcom takie oceny wystarczają. Pan Czereśniak chciał, żeby jego syn został wojskowym, a Arnold od dziecka właśnie o tym marzył. Uwielbiał filmy akcji, wojenne gry komputerowe i mecze bokserskie. W szkole chętnie dowodził swojej siły i był dumny, że wszyscy się go boją. Lubił także dokuczać młodszej siostrze, którą uważał za dziwoląga. Rodzice nie strofowali go za to zbyt często, bo mieli na jej temat podobne zdanie.

Magda, dwunastoletnia siostra Arnolda, od najmłodszych lat zdawała sobie sprawę, że nie bardzo pasuje do swojej rodziny. Rodzice chcieli mieć córkę z prawdziwego zdarzenia: dziewczęcą, uwielbiającą porządek i wyprasowane sukienki. Tymczasem Magda nie znosiła sprzątania i prasowania, a na jej biurku piętrzyły się książki, zeszyty i dyski. Rodzice byli tym rozczarowani. Najchętniej nosiła dżinsy, czym dobijała swoją mamę. Pani Czereśniak miała tyle wspaniałych pomysłów na dziewczęce stroje dla swojej córki. Niestety, Magdę interesowały niemal wyłącznie książki i komputery. Nie podzielała także innych pasji reszty rodziny: nie lubiła chodzić po centrach handlowych i supermarketach ani oglądać seriali i programu reality show pod tytułem Prawdziwe życie. Nie bawiły jej gry losowe, którymi pasjonowała się rodzina w nadziei, że pewnego dnia im się poszczęści i zgarną gigantyczną fortunę. Czasem Magda zastanawiała się, czy pieniędzy wydanych przez nich na kupony, losy oraz wysyłanie listów i esemesów nie uzbierałoby się więcej, niż można wygrać w przeciętnym konkursie.

Dzień, w którym biały lanos sunął zatłoczoną ulicą, był ulubionym dniem tygodnia państwa Czereśniaków i ich syna Arnolda. Sobotą. W każdą sobotę rano rodzina wsiadała do samochodu i wyruszała do pobliskiego centrum handlowego. Tam wszyscy długo chodzili po sklepach, a potem szli na obiad do fast foodu.

Po obiedzie nabywali losy swojej ulubionej loterii Wielkiego Farta, a potem brali ogromny wózek i po brzegi wypełniali go produktami spożywczymi, środkami czystości i innymi rzeczami, których potrzebowali lub które tylko mogły się przydać. Kiedy zawartość wózka znalazła się w bagażniku, rodzina Czereśniaków wracała do domu, żeby zdążyć na sobotni odcinek Prawdziwego życia. W sobotę w Prawdziwym życiu odbywało się głosowanie, kto odpadnie z programu. Państwo Czereśniakowie i Arnold zawsze wysyłali esemesy, bo dzięki temu można było wygrać dziesięć tysięcy euro. Co tydzień wysyłali także kupony Wielkiego Farta i niecierpliwie czekali na przerwę w Prawdziwym życiu. Bo właśnie w tej przerwie odbywało się cotygodniowe losowanie Wielkiego Farta.

Tej soboty zapowiedziano największą w historii kumulację wygranej i o tym właśnie rozmawiała w białym, lśniącym lanosie rodzina Czereśniaków.

- Trzydzieści cztery miliony złotych! - Pani Czereśniak westchnęła, zastanawiając się, co zmieniłaby w swoim wyglądzie, mając taką sumę.

- Trzydzieści cztery i pół - poprawił pan Czereśniak, mijając czarne BMW. Popatrzył, kto siedzi za kierownicą, ale nikogo nie dojrzał przez przyciemnione szyby. Pomyślał, że gdyby wygrał te trzydzieści cztery i pół miliona, kupiłby sobie najnowszy model mercedesa z przyciemnianymi szybami.

- Trzydzieści cztery miliony siedemset tysięcy - doprecyzował Arnold. Chciał sobie wyobrazić, ile można kupić za taką sumę, ale to go przerastało.

- To rekord - powiedział pan Czereśniak. - Nigdy w żadnej loterii w Polsce nie było aż tyle do wygrania.

- Powinniśmy wypełnić więcej kuponów niż zwykle - odezwała się pani Czereśniak.

- Ile kupujemy? Dwadzieścia? - spytał Arnold.

- Dwadzieścia! - powtórzył jego tato. Poprzedniego dnia wieczorem słyszał, jak jego sąsiad, który nigdy wcześniej nie grał w Wielkiego Farta, chwalił się, że wypełnił dziesięć kuponów.

Jeśli w obliczu możliwości wygrania prawie trzydziestu pięciu milionów złotych ktoś, kto nigdy nie grał, kupił dziesięć kuponów, stali gracze powinni ich mieć jeszcze więcej. Nie można pozwolić, żeby ktoś zupełnie przypadkowy miał większe szanse wygrania.

Magda się nie odzywała. Od dawna nie wierzyła w loterie. Rodzina brała w nich udział od niepamiętnych czasów i tylko kilka razy udało im się coś wygrać: półroczną prenumeratę "Dobrej Rady", osiem złotych, mieszadełko do sałatek, rękawicę kuchenną i kilka długopisów. Zdecydowanie prościej i taniej byłoby po prostu kupić te rzeczy. Oczywiście gdyby ich potrzebowali, bo na przykład mieszadełka do sałatek nikt nigdy nie użył.