Ach ta przeprowadzka
Ten dzień musiał w końcu nadejść. Bazylek już od dawna nie spał i wpatrywał się w okno, czekając, aż słońce zajrzy do jego pokoju.
Chwilę później w drzwiach stanęła mama.
- Wstawaj, kochanie. Śniadanie już gotowe - powiedziała wesołym tonem.
Bazylek stęknął i odwrócił wzrok. Nie miał ochoty wstawać, a tym bardziej pakować się przed jutrzejszą podróżą.
Po chwili głośno zakaszlał. Dwa razy.
- Boli mnie gardło - rzekł, starając się nadać swemu głosowi ochrypłe brzmienie.
Mama westchnęła.
- To nic nie pomoże - ostrzegła. - Jesteś zdrów jak rydz - dodała, podchodząc do synka. - Kochanie, już o tym rozmawialiśmy. Spójrz na mnie. Musimy stąd odlecieć i dobrze o tym wiesz.
Bazylek zerwał się z łóżeczka.
- Ale ja nie chcę! - wołał bliski płaczu. - Chcę zostać w naszym lesie. Tu mam przyjaciół, ulubione miejsca - zaczął chlipać.
Mama pogłaskała go po nastroszonej, żółtej główce.
- Synku - zaczęła. - Życiem wilg rządzą pewne prawa i nie można ich łamać. Odlatujemy stąd, już niedługo spadnie śnieg i chwyci mróz.
- A inne ptaki zostają - mówił rozgoryczony malec. - Na przykład Wróbelkowie i Sroczyńscy!
Mama spojrzała na zapłakanego synka.
- A czy wiesz, że rodzina Bocianowych też jutro odlatuje? - mówiąc to, delikatnie się uśmiechnęła.
Bazylek aż zaniemówił ze zdziwienia.
- Jak to? - denerwował się. - Miłosz nic mi o tym nie wspominał! A to mój najlepszy kolega!
Mama pokiwała głową.
- Pewnie nie chciał ci sprawić przykrości. Nie martw się więc tak bardzo. Za rok tu wrócimy - obiecała.
Nie poprawiło to jednak nastroju maluchowi.
Nie miał też ochoty na śniadanie, na pakowanie rzeczy i na porządki także. Myślał tylko o jednym. Jak mu będzie w tej dalekiej Afryce - bo tam się wybierali - z dala od ulubionych miejsc i przyjaciół! Z dala od Starego Lasu!
Humor poprawił mu się dopiero około południa, gdy pod dziuplą zaklekotał Miłoszek. Bazylek wyleciał z domku i siadł obok przyjaciela.
- Jak tam przed wyprawą? - spytał Miłoszek, a widząc chmurną minę kolegi, dodał: - Dziób do góry! Zobaczysz, będzie dobrze.
Bazylek się żachnął.
- Dobrze? Skąd! Wiem, że będzie okropnie! Będę się nudził, nikt do mnie nawet nie podfrunie. Co? Zapomniałeś, że nikogo tam nie znam!
Miłosz zaklekotał głośniej.
- Zgoda. Teraz nie znasz. Ale na pewno poznasz! A wiosną znowu tu wrócisz. Do swej dziupli i przyjaciół!
- Ładni mi przyjaciele - wtrącił Bazylek. - Nic nie powiedzieli, że też odlatują - rzekł, spoglądając znacząco w stronę kolegi.
- Byłeś taki nieszczęśliwy - tłumaczył Miłoszek. - Nie chciałem więc sprawiać ci dodatkowych przykrości. Poza tym - dodał, ściszając głos: - ja też trochę się boję. Ale co robić? Musimy lecieć i już.
Gdy tak rozmawiali, nie zauważyli, że zebrały się wokół nich niemal wszystkie zwierzęta z Leśnego Przedszkola.
- O co chodzi? - spytał Bazylek, dostrzegłszy tłum przyjaciół.
- Wiemy, że jutro wylatujecie, więc przyszliśmy się pożegnać - powiedziała Wydra Amelia. - No i mamy dla was prezent. Drobiazg, ale może sprawi, że po rozstaniu nie będzie wam tak smutno - dodała z nadzieją w głosie.
Zaraz potem do Bazylego i Miłosza podeszła pani dzięcioł.
- To dla ciebie - rzekła, wręczając Bazylkowi niewielki liść dębu, drzewa, pod którym przez całe lato tak często rozmawiali i się bawili... - A to dla ciebie - powiedziała, kładąc drugi liść przed Miłoszkiem.
- Jaki piękny prezent! - ucieszył się Miłosz.
- To po to, byście o nas nie zapomnieli i wrócili tu za rok! A poza tym - dodała z uśmiechem pani dzięcioł - wielcy z was szczęściarze. Ja też chciałabym zobaczyć Afrykę. Te piramidy i pustynię! Jaskółki mówiły, że nie ma nic piękniejszego niż jej śpiewające piaski.
Bazylek pokiwał żółtą główką. Tak, pamiętał, co mówiły jaskółki. A może ta podróż wcale nie będzie taka zła? Może tam daleko, po drugiej stronie morza, też będzie miło?!
Myśląc o tym, z zachwytem przyglądał się rysunkowi na liściu, który trzymał w skrzydełkach. Był jak żywy!
- Oczywiście - wyszeptał. - Pewnie macie rację. Może nie będzie tak źle, jak mi się wydaje. Przecież wrócę do was już na wiosnę - rzekł z nikłym uśmiechem.
Następnego ranka bociany oraz wilgi szykowały się do dalekiej drogi. I choć Bazylkowi i Miłoszkowi było trochę smutno, rozumieli, że tak musi być. Ściskając bezcenne podarunki, pocieszali się myślą, że za rok znowu będą razem! A wówczas leśnym opowieściom nie będzie końca! No bo przecież nie każdy może podróżować i w dwóch miejscach mieć dom. Prawdziwy, bezpieczny dom i gromadę oddanych przyjaciół!