Tajemnice - Sandra Sagaz

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spotkanie

Ulica była ciemna. Gdyby nie światła latarni przerażałaby ją ta cisza i szum w oddali fal. Uliczka i za dnia nie była ruchliwa, ale w porze nocnej była jak z horroru. W oknach kuzynki panował mrok, na górze nad nią podobnie. Paliło się światło u sąsiadów obok i na dole, a zegarek na kokpicie wskazywał godzinę dwudziestą trzecią. Stwierdziła, że poczeka piętnaście minut i wróci do pensjonatu, a sąsiadów o sąsiadkę wypyta w dzień. Tylko co tu robić przez kwadrans? Zastanawiała się chwilę, po czym wyjęła ostatnią kanapkę i zaczęła ją spożywać małymi kęsami, nie spuszczając wzroku z okien kuzynki. Te i górne nadal świeciły pustkami. Skończyła posiłek, upiła pół litra wody i nic w dalszym ciągu się nie działo. Stwierdziła, że jej wyprawa pod mieszkanie ciotki Eweliny była głupim pomysłem. Do klatki nikt w tym czasie nie wszedł, ba nawet z niej nie wyszedł. Chciała na moment wysiąść, ale ze strachu pozostała w zamkniętym aucie. Uchyliła jedynie od swojej strony okno. Przyjemny lekki wiaterek muskał jej czoło. Zamknęła na moment oczy i się rozmarzyła. Wspominała dzisiejszy pobyt nad urwiskiem, a kiedy objął jej uda chłód wieczoru, wtedy poczuła, że czegoś jej brakuje.

- Dobry wieczór Pani - odezwał się męski donośny głos w stronę Joanny. Kobieta, go rozpoznając, otworzyła szybko oczy.

- Co tutaj Pani robi, o tak późnej porze, sama? - kontynuował, myśląc, że ją obudził.

- Dobry wieczór. Zrobiłam sobie przejażdżkę i zatrzymałam się tutaj na chwilę - odpowiedziała, co zresztą było po części prawdą.

Bała się, że ten, choć przystojny, to bardzo dziwny gość zaraz zaproponuje coś wspólnego i niekoniecznie miłego. Mężczyzna, widząc na jej twarzy lekkie zakłopotanie, dyskretnie wyciągnął i pokazał jej swoją odznakę. Joanna, aż z wrażenia zaniemówiła.

- Mam do Pani kilka pytań, ale nie w tym miejscu - oświadczył.

Joanna ze zdziwieniem spojrzała na jego mało widoczną w mroku twarz. Nie mogła darować sobie, że tak się pomyliła. Ów "DZIWAK" był detektywem. Dopiero teraz do niej dotarło, że nie w biurze, a pracuje on w terenie. Odblokowała drzwi i wpuściła go na miejsce pasażera. Kazał jej odjechać kilka kilometrów od miejsca, w którym wsiadł i zatrzymać się na podjeździe jednego z domów. W czasie jazdy zastanawiała się, czy praca detektywa ma związek z jej ciotką. Zatrzymała samochód we wskazanym przez niego miejscu i zgasiła silnik.

- Nie wiem od czego zacząć. Zacznę więc może od początku. Czy zna Pani panią Magdalenę Fiołek? - zapytał spokojnie.

- Nie znam - odpowiedziała.

- A George'a Stanforda? - padło kolejne pytanie z ust detektywa.

- Nie znam - odpowiedziała i zastanawiała się o co chodzi, bo na pewno nie o jej ciotkę.

- To, co robiła Pani pod budynkiem, gdzie mieszkała zaginiona Magdalena?

- Już Panu mówiłam, że wybrałam się tylko na przejażdżkę.

- To może zapytam nieco inaczej. Kogo wczoraj odwiedziła Pani w tym budynku?

Joanna przypomniała siedzącego detektywa na ławce wczoraj. Wzięła go przypadkowo za swojego sąsiada.

- W tym budynku mieszka moja ciotka. Niestety nie mam z nią kontaktu, nie odbiera telefonu i będę musiała zgłosić jej zaginięcie.

- Policja już się tym zajęła - oznajmił.

- Jak to?! - warknęła.

- Pani ciotka się ukrywa. W obawie o swoje życie wyjechała, ale myślę, że wcześniej, czy później z Panią się skontaktuje.

- Gdzie jest? Wie Pan?

- Poleciała wczoraj do Austrii.

- Wczoraj?

- Tak.

- A może Pan powiedzieć, dlaczego się ukrywa?

- Twierdzi, że próbowano ją otruć, ale w zupełności, to nie jest do końca tak.

- Co takiego? Niby dlaczego? - powiedziała, nie wierząc własnym uszom. Pomyślała, że się przesłyszała, dlatego rzuciła z niedowierzaniem - Otruć?!

- Tak - potwierdził przystojny śledczy. Joanna, znając dobrze swoją kuzynkę, wiedziała, że zawsze ona trzymała się z dala od problemów. Więc była zdziwiona, że komuś podpadła, na tyle, żeby miał chęć ją zabić.

- A niby dlaczego? - dociekała.

- Nie wiemy, policja sprawdza, czy ma to związek z zaginięciem Magdaleny. Co do cioci, to niekoniecznie ktoś mógł ją otruć, mogło to być jednak zwyczajne zatrucie pokarmowe.

- A kim jest Magdalena?

- Jest sąsiadką Pani ciotki, ostatnio widziana była na jachcie "SWORD".

- A dla kogo Pan pracuje? - zapytała szybko, gdy tylko usłyszała nazwę jachtu.

- Dla ojca jej narzeczonego. Proszę dla własnego dobra i dobra śledztwa nie pokazywać się przed mieszkaniem kuzynki - rzekł szorstkim już głosem.

Detektyw wyciągnął z tylnej kieszeni portfel, w którym miał zdjęcia. Wyciągnął wszystkie i pokazywał kolejno z zapytaniem, kogo na nich rozpoznaje. Rozpoznała jedynie fotografię cioci, nikogo więcej. Przyjrzała się dokładnie filigranowej blondynce o zielonych oczach, która zaginęła, a pobieżnie fotografii jej narzeczonego. Obojga jednak nie znała i nigdy nie widziała na oczy. Poczuła się zmęczona i ziewnęła. Detektyw wysiadł z samochodu. Na polecenie odjazdu pośpiesznie odpaliła auto i ruszyła w drogę powrotną. Wracała sama do pensjonatu. Teraz detektyw stał się dla niej bardzo czarujący. Żałowała, że została sama w aucie, trochę go szkodowała i zastanawiała się jak on wróci o tej porze do miasta. Parkując przed pensjonatem zdała sobie sprawę, że musiał gdzieś tam w pobliżu mieszkać. Była godzina dwudziesta czwarta trzydzieści, kiedy parkowała mercedesa. Cicho weszła na piętro, nie zapalając światła. Schody i jej piętro oświetlała jedynie podwórkowa latarnia za oknem. W półmroku ledwie wsadziła w drzwi klucz, przekręciła go i weszła do środka. Kiedy chciała zamknąć drzwi za sobą, stanął w nich, nie wiadomo skąd Piotr. Winiła za to mrok, ale to była jej wina, bo nie zapaliła światła. Piotr zablokował swoim obuwiem drzwi, a później chwycił ją i pocałował.

- Zgubiłaś coś? - zapytał kokieteryjnie, kiedy ta uwolniła się, żeby ściągnąć buty i odłożyć torebkę.

- Niby co? - Wpuściła go do środka. Nie miała siły się droczyć, była już mocno zmęczona. Mężczyzna zamknął za sobą drzwi, przybliżył się do kobiety i zasypał pocałunkami.

- Ale... - próbowała Joanna coś wydusić z siebie. Młodzieniec, tuląc ją mocno w ramionach nie dał jej się wypowiedzieć, za to wyprzedził ją i oznajmił:

- Jadwiga twardo śpi, wzięła proszek nasenny. Mamy dobre pięć godzin.

W pokoju paliła się przyciemniona lampa, w oddali na morzu widać było zapalone małe światełka dobiegające z jachtów. Na niebie świecił księżyc i migały gwiazdy. Takie miała widoki przed sobą Joanna, kiedy język partnera wyczyniał cuda. Mężczyzna przeniósł kobietę na próg balkonu, twierdząc, że w pokoju jest strasznie duszno. Na szczęście był on zabudowany murowanymi ściankami i jedynie obserwowało ich gwieździste niebo. Nawet wścibski sąsiad nie mógł ich zobaczyć. Starszy pan właśnie wyszedł na balkon, zapalił papierosa i na jęki kobiety wychylał się, lecz na darmo.

- Cholera! Mogli zrobić odkryte balkony - zaklął i zniknął rozczarowany za szklanymi drzwiami w swoim pokoju. Po kwadransie młodzieniec wstał, ubrał się i zanim opuścił na dobre pokój Joanny, pożegnał się słowami:

- Cześć, to do jutra.

Joanna leżała rozpromieniona na plecach w progu drzwi balkonowych i nie zamierzała się podnosić. Według niej to otoczenie i ten klimat ją wyzwalał, była wyluzowana i stawała się jednym z dzikich kotów, które uwielbiała. Myślała tak tylko przez chwilę, bo zmęczona zapadła natychmiast w głęboki sen.

Początek i wieczór na SWORD

Obolała przebudziła się przed wschodem słońca. Szyna od drzwi balkonowych na podłodze odcisnęła się na jej prawej łydce.

- O matko, jak zimno - wrzasnęła, podnosząc się z podłogi - Będę miała siniaka - dodała, spoglądając na obolałą nogę i przeniosła się na wygodniejsze miejsce do spania, którym było łóżko w pokoju. Na darmo próbowała zasnąć. Wierciła się około dziesięciu minut, po czym wstała i poszła pod prysznic. W czasie kąpieli stwierdziła, że ma okazję wcześnie zajrzeć do sąsiadów ciotki i zadać im kilka pytań, które ją nurtują.

Wiedziała, że musi unikać policji i detektywa. Uważała, że godzina szósta będzie do tego odpowiednia. Po kąpieli zrobiła kanapki z chleba testowego i szynki, zaparzyła kawę i z dużym talerzem, na którym zmieściło się wszystko, wyszła na balkon. Zaczęło wschodzić słońce. Czuła się wyjątkowo, że celebruje od samego początku- świtu nowy dzień. Założyła na nos okulary i przyglądała się punkcikowi zbliżającemu się na morzu. Był to duży jacht. Nim stał się bardziej widoczny, zdążyła zjeść i wypić kawę. Jacht zbliżał się i zbliżał, w końcu mogła odczytać jego nazwę. Przeczytała napis na nim i zdała sobie sprawę, że jest to ten sam jacht, na którym po raz ostatni widziano Magdę. Nałożyła pośpiesznie spodenki, koszulkę, czapeczkę i sandałki, i wybiegła z pensjonatu. W kieszeni schowała telefon i klucze do pokoju. Biegła wzdłuż promenady, dokładnie równolegle z jachtem.

Sama nie wiedziała, dlaczego to robi, ale chciała wiedzieć, kto z tego jachtu wysiądzie. Wpadła na pomysł, że mogłaby kogoś wypytać o dziewczynę. Biegła, a w pewnym momencie dopadły ją wątpliwości. "Ale jestem głupia, policja przecież już dawno to zrobiła, chyba za bardzo się tu nudzę " - stwierdziła i mimo wszystko biegła dalej. Wyminął ją wysoki młody brunet, który puścił do niej oczko. Obejrzała się za nim i zobaczyła, że on też się odwrócił za nią i ponownie to zrobił. Nie chciała, żeby zawracał z drogi, więc odwróciła się do przodu i nieco przyśpieszyła swój bieg. Zmęczona zatrzymała się na chwilę i zobaczyła, że jej koszulka jest już mocno przepocona. Ochłonęła, a widząc jacht płynący sto metrów z przodu, zerwała się do dalszego biegu. Do portu dobiegła wykończona. Zobaczyła, jak cumują statek i obserwowała osoby opuszczające pokład. Stała w bezpiecznej odległości, więc wyjęła telefon i zrobiła kilka fotek. Zauważyła, że pokład opuściły wszystkie panie tylko z jednym panem, a na pokładzie zostało jeszcze pięć osób. Domyśliła się, że jest to właściciel z ochroną. Udając, że robi sobie selfe, udało się jej pstryknąć innym osobom kilka zdjęć.

Kadr objął właściciela na jednym zdjęciu, na pozostałych nie był on już tak dobrze widoczny. Zadowolona schowała telefon do kieszeni i zawróciła w drogę powrotną. Podbiegła kawałek do postoju i wsiadła w jedyną z taryf, która tam stała. Poprosiła kierowcę, aby zawiózł ją do pensjonatu. Spocona siedziała z tyłu i poprawiła coraz to ręką mokre włosy. Kierowca, wyczuwając jej duszny zapach zmieszany z przyjemnymi perfumami, zaproponował wodę. Nie protestowała, chętnie wzięła butelkę wody mineralnej, którą natychmiast opróżniła. Pod pensjonatem poprosiła kierowcę, aby chwilę na nią zaczekał. Nie miała przy sobie pieniędzy i pospieszyła po nie do pokoju.

Wróciła, rozliczyła się i spokojnie wróciła do wynajmowanego lokalu. O niczym nie myślała, tylko o prysznicu. Po kąpieli ubrana w szlafrok zapukała w drzwi sąsiada. Obudziła go. Nie spodziewał się wizyty o godzinie piątej z rana.

- Kto tam i czego u licha chce o tej godzinie? - narzekał, otwierając swoje drzwi wejściowe.

- To tylko ja. Chciałabym pożyczyć żelazko - oznajmiła, widząc go w progu.

- A, obiecałem. Pamiętam. Już daję. A co tak wcześnie? Trzeba było przyjść później, bo nie wszyscy są rannymi ptaszkami - potwierdził nieco zmieszany wczesną godziną.

- Przepraszam - powiedziała niemal szeptem zawstydzona. Właściciel teraz otworzył swoje drzwi szerzej i stanął przed nią w granatowym szlafroku z bałaganem we włosach. Później zniknął za drzwiami, a ona chwilę stała i czekała, nucąc jakąś piosenkę pod nosem. Rzeczywiście nikt jeszcze w pensjonacie się nie obudził. Po korytarzu hulał jedynie przeciąg. Wiatr wpadał to przez jedno, to drugie otwarte okno. Wreszcie dostała, to po co przyszła i wróciła zadowolona do swojego pokoju. Zabrała się za prasowanie lnianego kompletu, składającego się z bluzki bez rękawów i minispódniczki w kolorze jasnego beżu. Założyła na siebie przygotowaną odzież, na nos ciemne okulary, na głowę kapelusz i wyszła z pensjonatu z torebką na ramieniu. Jadąc mercedesem myślała o kawie, którą popijałaby chętnie croissanta. Na zegarku było pięć minut po szóstej, kiedy to zaparkowała auto trzy przecznice dalej i ruszyła pieszo. Weszła do budynku kuzynki niezaczepiana przez nikogo. Zadzwoniła do sąsiadów mieszkających naprzeciw ciotki. Usłyszała głośne szuranie za drzwiami, zanim otworzyła je dziewięćdziesięcioletnia staruszka.

- Słucham? Pani, do kogo? - zapytała, mierząc ją wzrokiem. - A po chwili dodała: - Chłopców nie ma w domu. Na co Joanna prędko powiedziała:

- Ja nie do nich, ja do Pani.

- Do mnie? A w jakiej sprawie? - zdziwiła się na jej odpowiedź.

- Bardzo dla mnie ważnej - oznajmiła Joanna.

- Wejdź. Przejdź do salonu - zaprosiła i wpuściła ją do środka. Widząc zdecydowaną postawę młodej kobiety, staruszka odniosła wrażenie, że Joanna nie odpuści. Leciwa pani chciała uniknąć dobijania się do jej drzwi. Wskazała dla swojego gościa kierunek, w którym miał się udać. Joanna pośpiesznie ściągnęła obuwie, przeszła do salonu, gdzie usiadła na krześle. Siedziała samotnie przy stole i niecierpliwie czekała na właścicielkę. Minęła dla niej wieczność, zanim ujrzała kobiecinę z powrotem z paterą z owocami. Staruszka trzęsącymi się rękoma postawiła na środku talerz i usiadła na krześle.

- To, co Ciebie moja droga do mnie sprowadza? - zapytała ciekawa staruszka.

- Jestem siostrzenicą sąsiadki. Ewelina to moja ciotka, siostra mojej matki Ireny. Nie zastałam jej u siebie. Nie wie sąsiadka, gdzie wyszła?

- Nie mam pojęcia moja droga - odpowiedziała krótko.

- Przyjechałam do niej dzisiaj - skłamała Joanna - A tu taka niespodzianka - brnęła dalej.

- Ty jesteś Joanna...? - zadała niepewna pytanie, błądząc w myślach.

- Tak, jestem Joanna - potwierdziła.

- Kojarzę Cię z fotografii. Dość często Ewelina pokazywała mi album - kontynuowała rozmowę o sąsiadce.

- To kiedy ostatni raz rozmawiała z nią Pani? - niecierpliwiła się Joanna.

- Dwa, może trzy dni temu, kiedy odwiedziłam ją w szpitalu - odpowiedziała natychmiast, powracając z zamyślenia.

- Była Pani w szpitalu? - się zdziwiła. Nie dowierzała, że ta kobieta, która z trudem się poruszała, gdziekolwiek wychodziła.

- Tak byłam z synem albo z dwoma. Dokładnie nie pamiętam. Bez przerwy o czymś zapominam i coś gubię - odpowiedziała.

- Wie Pani, w tym wieku to człowiek zapomina wielu rzeczy - oświadczyła, podnosząc do ust herbatnika z talerza.

Talerzyk z ciastkami stał od samego początku na stole, a okruchy na nim wskazywały, że ciastka leżą długo.

- To, o czym rozmawiałyście w szpitalu? Może ciocia przekazała coś ważnego, o wyjeździe, czy coś z tych rzeczy? - dopytywała Joanna.

- Nie wiem dobrze, gubię się... Fakty mi się plączą... Chyba czymś się zatruła albo truli ją, coś takiego mi mówiła - odpowiedziała niechętnie i ugryzła ciastko. - Natasza będzie wiedziała lepiej. Moja pamięć mnie już zawodzi moja droga - dorzuciła, przeżuwając kęs.